
Fala protestów, która wybuchła pod koniec grudnia w Iranie, bardzo szybko przestała być lokalnym buntem społecznym. Demonstracje rozszerzyły się na największe miasta kraju, władze odcięły Internet w skali ogólnokrajowej i sięgnęły po nasilone represje, a najwyższe kierownictwo państwa ogranicza się do oskarżeń o „sabotaż” inspirowany z zagranicy. Równolegle w przestrzeni publicznej coraz częściej pojawia się nazwisko Rezy Pahlawiego, syna szacha obalonego w wyniku rewolucji po latach represji, krwawych rządów i głębokich nierówności społecznych, który próbuje przedstawić się jako polityczna alternatywa dla obecnego systemu, wyraźnie licząc na wsparcie ze strony USA i Izraela.
Teheran, ale także Tabriz na północy, święte Meszhed na wschodzie, Isfahan w centrum kraju oraz Kermanszah, miasto o większości kurdyjskiej na zachodzie – to tam w ostatnich dniach koncentrują się największe zgromadzenia. Ruch protestu, zapoczątkowany 28 grudnia, przestał ograniczać się do mniejszych, biedniejszych miast i wkroczył do głównych aglomeracji, gdzie utrzymuje się do dziś.
W przeciwieństwie do masowego ruchu „Kobieta, życie, wolność” z 2022 roku, który wybuchł po śmierci Mahsy Amini, obecne demonstracje nie mają od początku charakteru ogólnokrajowej eksplozji. Nie osiągnęły też skali Zielonego Ruchu z 2009 roku, gdy setki tysięcy Irańczyków wyszły na ulice po sfałszowanych wyborach. Tym razem protest rozpoczął się w sposób relatywnie ograniczony, lecz szybko rozlał się po kraju i systematycznie narasta, co czyni go znacznie trudniejszym do zdławienia jednorazową akcją sił porządkowych.
Według danych opartych na komunikatach władz, relacjach medialnych i materiałach wideo weryfikowanych przez AFP demonstracje odbywają się w co najmniej pięćdziesięciu miastach i obejmują 25 z 31 prowincji Iranu. Skandowane hasła, coraz częściej wprost wymierzone w władzę i najwyższe kierownictwo państwa, pokazują, że bunt przestaje mieć wyłącznie charakter socjalny i uderza bezpośrednio w polityczne centrum systemu.
Gospodarka w stanie zapaści
Bezpośrednim źródłem mobilizacji społecznej pozostaje postępujące załamanie gospodarcze, które Irańczycy odczuwają na co dzień. Rial, irańska waluta narodowa, nadal traci na wartości. Po spadku o ponad 30 procent wobec dolara w 2025 roku kurs waluty dalej osuwa się od początku nowego roku. Inflacja w grudniu sięga 52 procent, według oficjalnych danych, a bezrobocie – szczególnie wśród młodych – pozostaje jednym z najwyższych w regionie.
Sytuacja materialna społeczeństwa pogarsza się w tempie, którego państwo nie jest już w stanie maskować propagandą. Średnie miesięczne wynagrodzenie wynosi około 170 euro, podczas gdy ceny podstawowych produktów rosną z miesiąca na miesiąc. W tym kontekście zapowiedziana przez rząd pomoc, wynosząca równowartość sześciu euro miesięcznie na osobę przez cztery miesiące, jest powszechnie odbierana jako gest symboliczny i całkowicie niewspółmierny do skali kryzysu.
Prezydent Masud Pezeszkian przyznał publicznie, że postulaty protestujących są uzasadnione, i zadeklarował gotowość do dialogu. Jednocześnie pozostaje on pozbawiony realnych instrumentów wpływu. Kluczowe sektory gospodarki kontrolują Gwardziści Rewolucji, a ich fundacje, zarządzające ogromnymi aktywami, są zwolnione z podatków i funkcjonują poza skuteczną kontrolą państwa.
Do tego dochodzi chaos kadrowy, który sam w sobie staje się symbolem bezradności systemu. Nowym szefem banku centralnego został Abdolnasser Hemmati – polityk, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej został odwołany przez parlament właśnie z powodu gwałtownej dewaluacji riala. Jego powrót na to stanowisko, w środku jeszcze głębszego kryzysu walutowego, podkreśla krążenie tych samych kadr i brak jakiejkolwiek nowej strategii gospodarczej.
Dodatkowym obciążeniem pozostają sankcje międzynarodowe, wzmocnione we wrześniu decyzjami ONZ. Ich zniesienie wymagałoby wznowienia rozmów nuklearnych z USA i rezygnacji z dalszego wzbogacania uranu – warunku uznawanego w Waszyngtonie za konieczny, a w Teheranie za politycznie nie do przyjęcia.
Internet odcięty, kraj izolowany
Jednym z najbardziej czytelnych sygnałów nerwowości władz jest wprowadzone dzisiaj ogólnokrajowe odcięcie Internetu. Organizacja monitorująca globalną łączność Netblocks informuje o niemal całkowitym odłączeniu Iranu od sieci na podstawie danych zbieranych w czasie rzeczywistym.
Zdaniem Netblocks mamy do czynienia z kolejnym etapem nasilającej się cenzury cyfrowej, której celem jest utrudnienie koordynacji protestów i ograniczenie przepływu informacji. Organizacja podkreśla, że blokada narusza prawo społeczeństwa do komunikowania się w krytycznym momencie i stanowi próbę zdławienia mobilizacji poprzez izolację informacyjną.
Iran pozostaje przez kolejne godziny i dni w dużej mierze offline, co utrudnia nie tylko relacjonowanie wydarzeń, ale także codzienne funkcjonowanie obywateli i firm. Jednocześnie odcięcie Internetu nie prowadzi do wygaszenia protestów – w wielu miastach demonstracje trwają mimo braku łączności.
Represje i przywódca w defensywie
Wobec braku wiarygodnych propozycji wyjścia z kryzysu władze po raz kolejny sięgają po represje. W mniejszych i uboższych miastach siły bezpieczeństwa używają ostrej amunicji, a w kilku przypadkach wchodzą do szpitali, by zatrzymywać rannych uczestników protestów.
Według bilansu opublikowanego przez norweską organizację Iran Human Rights od końca grudnia zginęło co najmniej 51 cywilów, w tym osiem–dziewięć osób nieletnich. Dane te potwierdzają relacje lokalnych aktywistów oraz weryfikowane materiały wideo krążące w sieci jeszcze przed jej zablokowaniem.
Represjom towarzyszy twarda narracja polityczna. Występując w państwowej telewizji, najwyższe władze odmawiają uznania protestów za zjawisko wewnętrzne, przedstawiając je jako element szerzej zakrojonej operacji destabilizacyjnej inspirowanej z zagranicy. Szef irańskiego MSZ Abbas Aragczi oskarża Stany Zjednoczone i Izrael o bezpośrednią ingerencję w protesty, twierdząc, że Zachód próbuje przekształcić demonstracje społeczne w „akcje przemocowe i destabilizujące”. Jednocześnie bagatelizuje możliwość interwencji militarnej, przekonując, że wcześniejsze próby zewnętrznej presji zakończyły się całkowitą porażką.
Ostatnie wystąpienie Alego Khameneiego w państwowej telewizji nie przyniosło żadnego przełomu. Najwyższy przywódca określił protestujących mianem „sabotażystów” i „wandalów”, oskarżył zagraniczne mocarstwa o inspirowanie zamieszek i zapowiedział, że Islamska Republika nie cofnie się pod presją ulicy. W jego wypowiedziach brakuje jednak zapowiedzi reform gospodarczych czy politycznych.
Presja zewnętrzna i cień czerwcowej wojny
Na rozwój wydarzeń reagują Stany Zjednoczone i Izrael. Donald Trump, w rozmowie z prawicowym komentatorem Hugh Hewittem, powiedział, że jeśli władze Iranu „zaczną zabijać protestujących”, Stany Zjednoczone „uderzą bardzo mocno”. Dodał przy tym, że irańskie władze „mają skłonność do zabijania ludzi podczas zamieszek”.
Groźby te padły w wyraźnym przypomnieniu czerwcowego ataku, gdy Izrael – przy wsparciu Stanów Zjednoczonych – przeprowadził uderzenia na irańskie instalacje nuklearne i zlikwidował kilku wysokich rangą dowódców Gwardii Rewolucyjnej. Operacja ta osłabiła irański aparat odstraszania i ograniczyła zdolność Teheranu do eskalacji regionalnej.
Jednocześnie Iran utracił znaczną część swojej „osi oporu”. Hamas i Hezbollah zostały poważnie osłabione, szyickie milicje w Iraku pozostają bierne, a upadek reżimu Baszara al-Asada w Syrii pozbawił Teheran kluczowego sojusznika. Reżim po raz pierwszy od lat znajduje się w sytuacji strategicznej samotności.
Reza Pahlawi i polityka emigracji
W cieniu protestów coraz wyraźniej zaznacza się aktywność Rezy Pahlawiego, syna szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, obalonego w 1979 roku w wyniku rewolucji, która była reakcją na dekady autorytarnych rządów, brutalnych represji i głębokich nierówności społecznych. Hasło „Javid chah” – „niech żyje szach” – pojawia się w niektórych manifestacjach, co jeszcze kilka lat temu było niemal nie do pomyślenia i świadczy raczej o narastającym chaosie politycznym niż o powszechnym zwrocie społeczeństwa ku monarchii.
Postać ojca Rezy Pahlawiego pozostaje jednak nierozerwalnie związana z historią bezpośredniej ingerencji Stanów Zjednoczonych w sprawy Iranu. W 1953 roku Mohammad Reza Pahlawi umocnił swoją władzę po zamachu stanu przeciwko demokratycznie wybranemu premierowi Mohammadowi Mosaddeghowi, zorganizowanym przez CIA oraz brytyjski wywiad. Celem tej operacji było zablokowanie nacjonalizacji irańskiego przemysłu naftowego i przywrócenie pełnej kontroli Zachodu nad kluczowym sektorem gospodarki. Od tego momentu szach był filarem prozachodniej dyktatury, utrzymywanej dzięki politycznemu, wojskowemu i wywiadowczemu wsparciu Waszyngtonu.
Bilans jego rządów obejmował masowe represje wobec opozycji, tortury i zabójstwa polityczne dokonywane przez policję polityczną SAVAK, systemową likwidację niezależnych związków zawodowych i partii lewicowych oraz gwałtowną modernizację prowadzoną kosztem większości społeczeństwa. Dochody z ropy koncentrowały się w rękach wąskiej elity, podczas gdy znaczna część Irańczyków żyła w biedzie, pozbawiona realnego wpływu na życie polityczne. To właśnie ta niesprawiedliwość i terror doprowadziły do rewolucji w 1979 roku.
Reza Pahlawi, od dekad mieszkający na emigracji w Stanach Zjednoczonych, próbuje dziś występować jako figura „neutralnej” alternatywy wobec Islamskiej Republiki. Wzywa Irańczyków do dalszych protestów i deklaruje gotowość odegrania roli w okresie przejściowym po ewentualnym upadku reżimu. Zapowiada demokratyczną transformację w ciągu stu dni, nie przedstawiając jednak spójnego programu politycznego ani mechanizmów rozliczenia zarówno obecnej władzy, jak i zbrodni monarchii sprzed 1979 roku. Jego realne zaplecze społeczne w samym Iranie pozostaje przy tym trudne do oszacowania.
Syn krwawego monarchy otwarcie i publicznie apeluje wprost do Donalda Trumpa, o „pilną i natychmiastową” interwencję na rzecz irańskiego społeczeństwa. Ten gest wpisuje się w długą historię zewnętrznych ingerencji w Iranie. Pokazuje on, że jego strategia opiera się przede wszystkim na wsparciu Waszyngtonu i jego sojuszników, a nie na oddolnej legitymacji budowanej wewnątrz kraju – co dla wielu Irańczyków budzi skojarzenia z przeszłością, którą rewolucja 1979 roku miała raz na zawsze zamknąć.
Kryzys bez prostego rozwiązania
Obecny kryzys łączy zapaść gospodarczą, narastający bunt społeczny, brutalne represje i bezprecedensową słabość międzynarodową obecnego reżimu. Władza traci zdolność skutecznego reagowania, a tradycyjne instrumenty kontroli – przemoc, propaganda i cenzura – przynoszą coraz słabsze efekty.
Iran wchodzi w fazę głębokiej niestabilności, w której nie widać szybkiego rozwiązania ani po stronie władzy, ani po stronie rozproszonej opozycji.









