Nowy Ład w Budapeszcie

Węgierski scenariusz z pewnymi modyfikacjami realizowany jest nad Wisłą.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji.
Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.
Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy.

Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.
Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte.
Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.
Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.
Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.
Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.
Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.
Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.
Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.
PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał prezesowi.
To czego na Orbánowską skalę jeszcze u nas nie zrobiono, to przywłaszczanie przez oligarchów władzy środków unijnych.
Władca Węgier wychował się w Felcsút. Teraz w tej liczącej niecałe 2 tys. mieszkańców wsi kilku zaprzyjaźnionych z Orbánem biznesmenów zbudowało stadion, powstała akademia piłkarska i obejmujaca ledwie trzy stacje linia kolejowa zbudowana za unijne pieniądze.
Wozi ona powietrze, więc zainteresowały się nią służby finansowe UE. Nic z kontroli jednak nie wyszło. Do 2018 r. wójtem Felcsút był bowiem zaprzyjaźniony z premierem Węgier Lőrinc Mészáros, który jeszcze kilkanaście lat temu pracował jako monter instalacji gazowych.
Dziś to najbogatszy Węgier. Na państwowych kontraktach, które były w większości finansowane z funduszy unijnych, Mészáros budował mosty, kładł kanalizację, przejmował media. Z zamówień publicznych żyją też jego dzieci. Według Forbesa jego majątek to dziś ok. 1,2 mld dol.
Członkowie rodziny Orbána też mają dobrze. István Tiborcz jest mężem Rahel, jednej z czterech córek premiera. Żyje doskonale z umów z państwem za unijne pieniądze.
Jego biznesami zainteresowała się unijna agencja do walki z nadużyciami finansowymi OLAF. Według niej Tiborcz zdefraudował 40 mln euro. Wygrywał przetargi, choć nie miał żadnego doświadczenia w dziedzinach w których startował, a cena, jaką dyktował, była sporo wyższa niż rynkowa. OLAF swój raport przekazał węgierskiej prokuraturze, a ta uznajła, że do przestępstwa nie doszło. Teraz zięć Orbána działa na rynku nieruchomości. Buduje i kupuje luksusowe hotele, zamki, pałace, a także spa.
To tylko wierzchołek korupcyjnej piramidy na Węgrzech. Z raportu OLAF wynika, że liczba wykrytych przypadków nieprawidłowości w wydatkowaniu funduszy UE na Węgrzech aż 10 razy przekracza unijną średnią. Blisko 4 proc. unijnych projektów stało się areną przekrtętów. Według Brukseli u nas ten współczynnik wynosi ledwie 0,12 proc.
Eurokratom wychodzi, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Szczytem wszystkiego okazało się śledztwo OLAF, z którego wynikało, że na Węgrzech zdefraudowano pieniądze, które miały być przeznaczone na walkę z korupcją.
Czy jednak z tego powodu Orbánowi wstrzymano, lub zabrano jakiegoś euroforinta? Otóż nie. I być może właśnie świadomość bezkarności w robieniu Brukseli na szaro zarówno w kwestii praworządności, jak i prostego złodziejstwa, zapłodni intelektualnie ubogie w kaskę, zaplecze prezesa Kaczyńskiego. I stąd przy skoku na pieniądze z funduszu odbudowy niezbędna była bajka o Polskim Ładzie, mające ogrywać panujące w polskim suwerenie przekonanie, że PiS kradnie, ale się z narodem choć częścią łupu dzieli.

PiS, prawicowy fenomen bolszewizmu

W trakcie mojej korespondencji z Markiem Suskim zwróciłem mu uwagę na bolszewickie złogi w działalności politycznej PiSu jak i w mentalności pisowców. To go oburzyło, bo przecież bolszewicy to tacy ludzie, którzy strzelali w tył głowy. Racja, lecz skoro ich zbrodnie budzą zrozumiałą odrazę, jak to się dzieje, że PiS stał się tak paradoksalną, wynaturzoną hybrydą deklarowanej prawicowości i bolszewizmu.

To pytanie może budzić gniewną reakcję wyznawców ideologii wykuwanej na Nowogrodzkiej, lecz jest pytaniem absurdalnym jedynie z pozoru i na pierwszy rzut oka. Rzecz w tym, że PiS, partia chętnie postrzegająca się jako skrajnie prawicowa, zaskakująco daleko posuwa się w czerpaniu pełnymi garściami z teorii marksizmu-leninizmu, jak i z praktycznych doświadczeń komunistycznych ekip. Jeśli dla sympatyków Lewicy spostrzeżenie to może wydać się nieco ambarasujące i wprowadzające zamęt myślowy, warto podkreślić to co oczywiste – jeśli historia powtarza się, wraca jako farsa. Dlatego wynaturzona lewicowość w wydaniu PiS ma postać nienaturalną, niekonsekwentną, fałszywą i nie przystającą do współczesności.
Ile ich łączy
Na początek garść wspólnych dla komunizmu i pisizmu haseł i praktycznych ich realizacji. W realnym socjalizmie rozwijano programy socjalne, dotyczące jednak rzeczywiście potrzebujących osób i rodzin. Pis idzie tym samym śladem, lecz pisowskie 500 plus trafia do wszystkich równo, niezależnie od statutu majątkowego i tego czy odbiorcą jest osoba unikająca zatrudnienia, preferująca życie z zasiłku, czy też poprzez pracę starająca się zapewnić rodzinie godziwe życie.
O ile w młodym radzieckim państwie powszechnym było etykietowanie przeciwników władzy jako ,,wroga narodu”, to pisowska władza uwielbia metkować opozycję jako zdrajców Polski. A oba reżimy cechujące się wyrazistą antyinteligenckością i populizmem, chętnie szukają poparcia głównie u ludzi słabo wykształconych, z nizin społecznych, niegdyś nazywanych proletariatem.
Jeśli partia bolszewików miała charakter wodzowski i cechował ją skrajny radykalizm, to czy wszystko nie wskazuje, że PiS z swoim autorytarnym prezesem i rewolucyjną przebojowością jest jej młodszą siostrzycą?
Normą było i jest zaprzęganie historii na służbę reżimów i rządów partii niedemokratycznych. W radzieckich opracowaniach historycznych, książkach, podręcznikach i artykułach, w wszechogarniającej propagandzie dostrzegało się programowe przekłamywanie historii. To masa przykładów do przytoczenia, jak np. zaprzeczanie istnienia paktu Ribbentrop-Mołotow, początek II wojny światowej 22 czerwca 1941 r., niemiecka zbrodnia w Katyniu, Armia Krajowa jako sojusznik Hitlera, prośba państw bałtyckich o przyłączenie do ZSRR, łaskawe, wielkoduszne obejście się marszałka Suworowa z mieszkańcami Pragi w 1794 r. itp. To wszystko w pisowcach budzi święty gniew i sprzeciw. Lecz są to ludzie, którzy tzw. polityką historyczną realizują partyjne cele. Na nowo piszą historię Polski, w której to Polacy ukształtowali współczesną Europę, Lech Kaczyński własną piersią zatrzymał pochód ruskich tanków na Europę, za co musiał zapłacił życiem pod Smoleńskiem i jest tak naprawdę ojcem polskiej Niepodległości, jego matka Jadwiga, przebywając w Starachowicach uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, natomiast największą rolę w polskim ruchu oporu odegrali żołnierze wyklęci, a żołnierze 1. i 2. Armii WP to wojsko polskojęzyczne, które przyniosło Polakom zniewolenie i okupację.
Totalne niszczenie przez bolszewików i kaczystów indywidualizmu i prywatności obywateli to ich wspólna spuścizna i praktyczny dorobek. Pełna ingerencja w to jak ludzie mają żyć, z kim współżyć, co czytać i oglądać, jaki styl w sztuce kultywować, w co wierzyć, jakie poglądy wyznawać, którym wartościom hołdować, co jest dobre i moralne a co złe i naganne, co promować a co zabronić, wszystko to pod rządami PiS, jak głuche echo wraca z przeszłości Kraju Rad.
Interesujące jest tylko to, czy rządząca partia popełnia plagiat z komunizmu świadomie, czy jest to skutek anatomicznych instynktów obecnie starszych wiekiem ludzi uważających się za prawicowców, jednak takich, którzy wyrośli w realnym socjalizmie, przesiąkli nim i nie są zdolni otrząsnąć się z mentalnych naleciałości okresu, w którym dorastali, częstokroć jako członkowie PZPR zdobywali wyksztalcenie, robili kariery zawodowe i odbierali darmowe mieszkania. I nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby dziś, z prawicowych pozycji nie deklarowali swego antykomunizmu i zaprzeczali swej własnej przeszłości.
,,Dobro narodu ponad prawem”
To niedorzeczne słowa enfant terrible polskiej polityki, zmarłego wicemarszałka Sejmu RP Kornela Morawickiego, wprawdzie nie z PiS, ale pierwotnie kukizowca, więc tak czy inaczej przystawki (chciałoby się powiedzieć – przyssawki) PiS. To jednak słowa, które były pisowski marszałek Marek Kuchciński scharakteryzował jako ,,proste, lecz jakże piękne”. Ta sytuacja całkowicie obnażyła istotę PiS jako partii po uszy ugrzęzłej w komunistycznej mentalności. Kto zna realia życia w Związku Radzieckim, ten wie, że określenie ,,dobro narodu” (błago naroda) uwielbiali radzieccy komuniści, choć to oni sami określali, czym ma być dobro narodu, jak i kto go zdefiniuje i jak wcielać je w życie, często kosztem życia obywateli Kraju Rad. Litery prawa do tego nie potrzebowali. Dlatego po rewolucji, dla dobra narodu pozbawiali życia byłych carskich oficerów, a co bogatszych chłopów (kułaków) zsyłali na Syberię. Podobne sytuacje, oczywiście w realnych proporcjach widzimy w rządzonej przez PiS Polsce. Dla dobra narodu i w imię deklarowanej sprawiedliwości ludowej PiS tylnymi drzwiami wprowadził tzw. ustawę dezubekizacyjną. To mściwy pisowski nowotwór, ignorujący pryncypialne zasady prawne uznawane w cywilizowanym świecie i gwałcący normy konstytucyjne, pozbawiający prawnie przysługujących świadczeń emerytalnych tak zasłużonych dla demokratycznej Polski ludzi jak gen. Gromosław Czempiński czy gen. Sławomir Petelicki, a nawet odbierający renty wdowom i sierotom po policjantach poległych w walce z bandytami. To wyraz taniego i wręcz tandetnego populizmu cechującego zarówno wczesny okres socjalizmu jak i obecną władzę, która zrobi każdą podłość i każdą niedorzeczność by pozyskać sobie poparcie mas ludowych. Wcielający się w funkcję genseka Jarosław Kaczyński, dyktując swą wolę posłusznym mu posłom, wskazuje co dla narodu ma być dobre i uszczęśliwia nas swoimi decyzjami. Że zniszczy przy tym instytucje prawa, pokaże pogardę dla orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, to nieistotne dla partii mającej w nazwie prawo i sprawiedliwość.
Ukształtować nowego człowieka
Naczelnym celem partii bolszewików w polityce społecznej stawało się zbudowanie społeczeństwa idealnego, a drogą ku temu miało być ukształtowanie nowego typu człowieka. Takie zadanie przed partią postawił Lenin. Każdy dorosły powinien być członkiem partii, młodzi komsomolcami, najmłodsi pionierami i zuchami odpowiednio kształtowanymi w szkołach i uczelniach w myśl leninowskiej ideologii. Bolszewickie kierownictwo wiedziało, że wizja taka może spotkać się z oporem obywateli. W imię dobra narodu uruchomiono więc cały państwowy aparat terroru i represji, wprowadzono nie liczący się z prawem przymus.
O potrzebie wychowania nowego typu człowieka także mówi ostatnio Kaczyński. Temu celowi ma służyć cała inżynieria społeczna m.in. podporządkowanie sobie szkół i uniwersytetów, zmiana całego systemu edukacji tak, by młodzi niekoniecznie posiedli głębszą wiedzę, a stali się uświadomionymi wyborcami PiSu, czytaj – głupszymi, zmanipulowanymi i zindoktrynowanymi. Z. Ziobro już przestrzega: ,,Jeśli tego nie zrobimy, przegramy bitwę o polskie dusze”. Nie ma wątpliwości skąd zaczerpnął takie przeświadczenie. Dziennikarka Karolina Lewicka zastanawia się czy Kaczyński, wychowany w Polsce Ludowej, tak nasiąkł proletariackimi ideami, że dziś nie potrafi zorganizować państwa inaczej, jak tylko na podobieństwo bolszewickiego systemu.
Prymat ideologii nad gospodarką i gigantomania
Ta deklarowana odbudowa zrujnowanego kraju, jego reindustrializacja, polonizacja i nacjonalizacja przedsiębiorstw, przejmowanie banków, środków masowego przekazu, wykupywanie przez spółki skarbu państwa tytułów prasowych, a do tego podejrzliwość wobec przedsiębiorców, upatrywanie prowokacji i dywersji to atrybuty i znak firmowy pisowskiej władzy. Podporządkowanie centralnej władzy jak największej ilości gałęzi gospodarki, pełna kontrola nad nią to strategiczny cel PiSu. Czemu właściwie ma to służyć i czy to wszystko nie przypomina nam czegoś? Owszem, przypomina nauki Lenina: „Komunizm to gospodarka plus elektryfikacja całego kraju”. Czy Morawiecki dążąc do implementowania gospodarki upaństwowionej i kontrolowanej przez władzę, wprowadzi nam komunizm? Pewnie nie, lecz czujność muszą budzić jego neokomunistyczne wizje gospodarczych, planowych pięciolatek, dziesięciolatek, a prezes Kaczyński przebąkuje nawet o dwudziestolatkach. Owszem, dwudziestolatki są fajne, ale nie te zmyślone przez Kaczyńskiego, choć Morawiecki wyznaje, że jest w nich zakochany. To chyba dlatego, że wyznaje także zasadę prymatu osobistych urojeń nad zdrowym rozsądkiem.
Jeśli z kolei z kasy państwowej, z ministerstw i spółek, setki milionów złotych trafiają do kościelnego biznesmena T. Rydzyka na jego zbożne ,,dzieła”, to czy taka hojność ma jakiekolwiek umocowanie w podstawach racjonalnego wydatkowania środków publicznych, czy też przyczyna leży w ideologicznej tożsamości kościelnych hierarchów, Rydzyka i rządu? To jasne; dla rządzących priorytetem jest wspieranie inicjatyw kościoła kat., również tych biznesowych, ignorując najpilniejsze potrzeby społeczne, szczególnie w okresie pandemii lub też spychanie ich na dalszy plan.
Pseudomocarstwowe zdęcie to cecha dobrze opisująca wdrażaną różnymi drogami ideologię PiSu. W imię tych wątpliwych wartości władza sili się na gesty przerastające jej finansowe, intelektualne i organizacyjne możliwości, a także nie liczące się z gospodarczą rentownością. Jak w epoce gierkowskiej kiedy byliśmy ponoć dziesiątą potęgą gospodarczą świata, tak i teraz niezbędne są atrybuty mocarstwowości. Wszystko musi być ,,naj”. Jak najwyższe wieżowce Stalina w Moskwie, zagospodarowanie Syberii, radzieckie największe elektrownie wodne, gigantyczne projekty zawracania rzek Jenisej i Ob czy przekopanie kanału Białomorsko – Bałtyckiego. Czyżby pisowcy pozazdrościli radzieckim towarzyszom ich potęgi i rozmachu? Na to wygląda, bo skąd nie liczące się z kosztami projekty wyczerpujące znamiona prostackiej gigantomanii, jak przekop Mierzei Wiślanej, którego koszt zwróci się za 400 lat, największa w Europie elektrownia węglowa w Ostrołęce z jej utopionymi w betonie 2 mld zł, megaport lotniczy na łące w podłódzkim Baranowie, zaplanowany zakup najnowocześniejszych samolotów F-35, na które nie stać o wiele bogatszych od nas, a do tego gigantyczne projekty polityczne, jak mityczne tzw. Trójmorze (wcześniej Międzymorze), czy nadany samemu sobie status Polski jako najważniejszego partnera europejskiego Stanów Zjednoczonych, a wcześniej Anglii.
Dziel i rządź
Komuniści wiedzieli, jak skutecznie radzić sobie z rządzeniem, choć pewnie żaden z nich nie przeczytał rozprawy „O skutecznym rad sposobie” Stanisława Konarskiego; wielu z nich nie miało pojęcia o istnieniu takiego dzieła, a bolszewiccy budowniczowie Kraju Rad często nie potrafili czytać. Mieli za to rewolucyjny instynkt, niucha, który podpowiadał im, że skuteczność w rządzeniu zapewni im wewnętrzne skonfliktowanie społeczeństwa. Stąd radzieccy komuniści po zdobyciu władzy w 1917 r. napuszczali bezrolnych na kułaków, robotników na nepmanów, ideologicznie uświadomionych na wierzących, uczciwych na parazytów, a najlepiej całe społeczeństwo na światowy imperializm.
Pisowcy potrafią czytać, co więcej, wiedzą, jak rządzić. Najlepiej i najskuteczniej przez nieustanny chaos, zamęt w państwie i wszechogarniający konflikt. Lecz jeszcze lepiej naposzczuć jednych na drugich, jak za tow. Wiesława – robotników na studentów, prostaczków na inteligentów, Polaków na Żydów. Podobnie i teraz – wyznawców religii smoleńskiej na niedowiarków wciąż tkwiących w błędnym przekonaniu, że to była zwyczajna katastrofa komunikacyjna, patriotów na zdrajców, uczciwych na kombinatorów, wierzących na bezbożników i bluźnierców, mięsożerców na wegetarian, samochodziarzy na cyklistów, i tak bez końca. Jaki piękny konflikt społeczny uwarzył się nam w kipiącym polskim kotle.
Bo przecież Kaczyński uważający się za konserwatystę jest w istocie rzeczy destrukcyjnym rewolucjonistą używającym bolszewickich metod i haseł do realizacji prawicowych wizji i celów. Już na początku swych rządów zapowiedział rewolucję, obdarzoną przez niego dziwaczną nazwą kontrrewolucji kulturowej, która niczym rewolucja październikowa ma zmienić porządek rzeczy nie tylko w kraju, lecz nawet przeorać całą Europę.
Lenin uczył, że rewolucja społeczna wybuchnie tam, gdzie poziom konfliktu społecznego osiągnie najwyższą temperaturę. Kaczyński, który poznał nauki wodza proletariatu, dorzuca do rozgrzanego na czerwono pieca. Wie, że jak nauczali klasycy marksizmu-leninizmu, należy wywołać ferment rewolucyjny (rewolucionnoje brożenije). Do tego potrzebna jest przyprawa w kotle. Przepis jest prosty; należy zagrać na najniższych instynktach społecznych; szczypta mściwości, rewanżu, ostrej ksenofobii, wrogości, nieufności, zawiści, i rewolta gotowa, a władza PiS zabetonowana na amen. PiS w przeciwieństwie do partii bolszewików doszedł do władzy drogą demokratyczną, lecz robi wszystko co niedemokratyczne by władzy tej nie oddać. Podporządkowanie całego aparatu państwowego swoim nieograniczonym wpływom, niedemokratyczne zmiany wprowadzane w celu utrwalenia władzy, przywodzą na pamięć słowa Lenina, powtórzone w 1945 r. przez W. Gomułkę: : ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Tworzą one zawstydzające dla PiS memento, którym jednak pisowcy zdają się zbytnio nie przejmować i zagadują je antykomunistyczną retoryką.
Szowinizm
Radzieckie kierownictwo stanowczo odżegnywało się od takiego obcego bolszewizmowi pojęcia jak szowinizm. Tylnymi drzwiami jednak pobudzało nastroje szowinistyczne, słusznie kalkulując, że mogą one służyć interesom władzy. Stąd wpajanie radzieckim ludziom przekonania o ich prymacie wśród narodów świata, o wyjątkowości radzieckiego społeczeństwa, o wielkości i potędze, co zresztą głosiły wielkie neony na budynkach, np.: ,,Chwała wielkiemu narodowi radzieckiemu”. Pisowska władza nie ukrywa sympatii do ideologii szowinizmu, bowiem zrozumiała jak hasła o szowinistycznym brzmieniu przysłużyły się utrwaleniu władzy radzieckiej na długich 70 lat, a przecież wg słów Kaczyńskiego chcą rządzić przynajmniej lat 20. Dlatego na co dzień obserwujemy festiwal haseł w rodzaju: ,,Polska wyspą wolności i tolerancji”, ,,Europa zazdrości polskiego dobrobytu”, ,,świat wzoruje się na polskich rozwiązaniach antykowidowych”, ,,polscy żołnierze pod Monte Cassino położyli podwaliny UE”, ,,polskim żołnierzom Europa zawdzięcza wolność”, ,,chrystianizacja Europy prowadzona przez Polskę” i cały arsenał patetycznego, lecz groteskowego bełkotu przepełnionego prymitywnym polonocentryzmem rodem z gumofilców i waciaka. Widzimy też dotykanie czułych miejsc narodowej dumy kiedy prezydent grzmi, że ,,nie będą nam w obcych językach mówili jak mamy się rządzić”, a Kaczyński baja o Polsce jako ,,ostatniej reducie zachodniej cywilizacji”, a jednocześnie obserwujemy pokaz pogardy dla innych narodów i ras.
„Określone siły”
To, że w polityce należy posługiwać się językiem prostym, a nawet prostackim, obraźliwym, używać oskarżycielskiego tonu, o tym zawsze wiedzieli komuniści. Pamiętamy tę całą gomułkowszczyznę, tych wichrzycieli, wywrotowców, chłystków, chuliganów, te zapytania: ,”Na czyj młyn ta woda?”, te hasła: ,,Wichrzycielom mówimy nasze stanowcze – NIE !”. Takiego języka pisowcy nauczyli się od swoich mentorów z przeszłości i takim instrumentem posługują się na co dzień. Jako jedyni sprawiedliwi pouczają tonem Katona, karcą niepokornych, obrażają, wskazują na obcą inspirację, na przedsiębiorców, którzy wolą sobie zaszkodzić, byle rządowi przysporzyć problemów, na samorządowców-szkodników, na animowanie przez „określone siły”, pochody KOD-u, kobiece protesty, ulice i zagranicę.
Propaganda, nie informacja
Za krytykę władz radzieccy komuniści zamykali dysydentów w psychiatrykach bądź zsyłali do odległych zakątków kraju. Bo krytyka władzy to atak na ludowe państwo i podważanie jego dorobku. Czy to przypadek, że Beata Szydło powtarzała bolszewickie tezy o ataku na pisowską władzę jako ataku na Polskę? Wtórowali jej ministrowie ugruntowując przekonanie, że każda krytyka władzy, demonstracja przeciw niej, a nawet debata o praworządności nt. demolowania demokracji przez PiS, jest godzeniem w Polskę. Takie propagandowe komunały nie biorą się znikąd. Wynikają z głębokiego przekonania aktywistów partyjnych PiS, że tak faktycznie jest. To ewidentny skutek ich postkomunistycznej mentalności, lub czerpaniu z skarbnicy komunistycznej propagandy i z gomułkowskiej nowomowy. Kto pamięta tamte czasy, a Szydło i Kaczyński pamiętają, temu znane jest twierdzenie: ,,Atak na partię, jest godzeniem w żywotne interesy Polski Ludowej i narodu”.
Dla bolszewików i pisowców sprawy władzy miały i mają naturę mistyczną, dlatego otoczone muszą być aurą tajemniczości. To co kipi w kotle władzy nie jest przeznaczone dla wiedzy maluczkich. Kto za komuny słyszał co dzieje się za kulisami władzy? Choć dziś mamy wnikliwych dziennikarzy, a i tak władza stara się ukryć przed nimi ile się tylko da. Stąd ignorowanie lub wyniosłe milczenie ministrów nagabywanych przez przedstawicieli czwartej władzy. Informacje zastępuje propaganda, trwają zakulisowe rozgrywki, puszczane są zasłony dymne w postaci eksponowania drugoplanowych, zastępczych kwestii.
Antydemokratyczna władza nie potrafi obyć się bez kłamstwa, manipulacji i prostackiej propagandy. Porażającą jest zbieżność metod stosowanych w tym zakresie przez rządzącą w ZSRR WKP(b) i będącym u władzy PiS. To temat na oddzielny tekst, bo samo wymienianie propagandowych tez, kłamstw i manipulacji obydwu ekip zajęłoby zbyt wiele miejsca. Warto za to polecić dającą wiele do myślenia świeżo wydaną książkę Marka Świerczka ,,Jak sowieci przetrwali dzięki oszustwu”, ukazującą mechanizm akcji dezinformacyjnej prowadzonej przez totalną władzę.
Spoiwem skutecznego rządzenia przez partie niedemokratyczne musi być określona ideologia skupiająca ludzi wokół władzy centralnej. Podczas gdy w latach realnego socjalizmu dla Wojska Polskiego podstawą spójności ideologicznej żołnierzy miała być ideologia marksistowsko – leninowska, to obecnie, wg rozkazu gen. R. Głąba z stycznia 2019 r., o sile moralnej wojska mają przesądzać informacje zaczerpnięte wyłącznie z TVP Info i Jedynki, a w myśl b. ministra obrony A. Macierewicza głównym orężem żołnierza polskiego ma być wiara katolicka (!). Aż chce się dodać: a główną taktyką – ogień krzyżowy. Ale jesteśmy bezpieczni ponieważ właśnie zawierzono armię Panience Jasnogórskiej.
Państwem może rządzić kucharka
,,Partia to Lenin, a Lenin to partia” – głosił w swym rewolucyjnym poemacie Władimir Majakowski. Prezes nie dysponuje nadwornym wierszokletą, ale i tak wszyscy wiedzą, że partia to Kaczyński. Niemniej partia potrzebuje kadr. „Kardy są najważniejsze” – nauczał Lenin. Kaczyński ma identyczne zdanie. Kadry nie muszą być wykształcone i kompetentne, mają być wierne jedynie słusznej linii partii. Nie przypadkiem wśród posłów i senatorów PiS znajdujemy takie kompetentne kadry jak aktywiści parafialni, tapicerzy, stolarze, ślusarze, czeladnicy piekarstwa, technicy kolejowi, technicy ogrodnictwa, wyplatacze koszy wiklinowych itp. Prawdziwie bolszewicka kadra, od której poza lojalnością i podnoszeniem ręki za bezprawnymi ustawami niewiele wymaga się, lecz o której Macierewicz mówił, że podwładny ma być dyspozycyjny i zaufany. To pisowcom wystarczy, wszakże Lenin głosił: . „Prawy bolszewik, obdarzony zaufaniem Partii, może kierować czymkolwiek, żadnych szczególnych umiejętności tu nie trzeba”. W myśl tej zasady Obajtek, wójt Pcimia zostaje szefem koncernu PKN Orlen, bo swymi kompetencjami zaimponował prezesowi podczas lokalnej powodzi przywożąc na dwukołowej przyczepce skołowanych gdzieś kilka rolek papy.
Wspomnienia byłych NKWDzistów Sergo Goglidze czy Wsiewołoda Mierkułowa pokazują ten sam mechanizm, w którym mimo świadomości naruszania prawa, gotowi byli bez dyskusji wypełnić każdy rozkaz Stalina. Na gruncie tak rozumianej lojalności również i w dzisiejszych polskich realiach swą gotowość do służby melduje cały szereg miernot i sługusów: harcerze na stanowiskach po usuniętych, doświadczonych agentach wywiadu wojskowego, młodziki od gimnazjum wysługujący się ministrom, lizusy, pismaki na zawołanie, hipokryci, ozadaniowani manipulanci, propagandyści „dobrej zmiany”.
Lenin twierdził, że rządzenie państwem jest łatwe. Może dlatego, iż pisał te słowa, zanim objął władzę. Przekonywał, że państwem może rządzić kucharka. No i faktycznie mieliśmy już kobietę na stanowisku premiera, osobę formatu kucharki. Niezły bigos zgotowała Polakom. Inna kucharka trzęsie oskubanym z godności i niezależności Trybunałem Konstytucyjnym, choć gotuje tylko dla jednego Polaka.
Niedokształcone typy, z trudem na trójkę kończące uczelnie, a nawet absolwenci zawodówek i podstawówek, plagiatorzy prac magisterskich i doktorskich, ludzie wyciągani z dołów hierarchii zawodowej i stawiani na szczycie poszczególnych ministerstw muszą być z natury rzeczy wdzięczni, a zatem wierni i posłuszni woli swych protektorów. To demolujące dla państwa zjawisko, znane z początków władzy ludowej w Kraju Rad i w Polsce, rozkwitło w pisowskiej rzeczywistości, a urządzone na stanowiskach miernoty, korzystając z swej pozycji, przystępują do realizacji aktu zemsty za swe dotychczasowe niepowodzenia i upokorzenia, dają upust swym kompleksom, najniższym instynktom i fobiom. Na takie fobie, urojone zagrożenia dla swej pozycji cierpiał Stalin i wielu jego towarzyszy z wierchuszki władzy. Wokół wietrzyli spiski i knowania, rozumiejąc sprawowanie władzy i politykę jako osobistą rozgrywkę z konkurencyjną koterią, niekończącą się dworską intrygę i walkę o przetrwanie. Czy postępowanie Z. Ziobry daleko odbiega od profilu psychologicznego owładniętego obsesją zemsty Stalina, skoro Ziobro korzystając z pozycji ministra sprawiedliwości już czternasty rok ciągnie proces przeciw kardiologom za rzekome spowodowanie śmierci jego ojca. Czy to nie przypomina słynnego stalinowskiego procesu kremlowskich lekarzy z początku lat 30.?
Stalin pozbawił stanowisk, a potem życia starych, zasłużonych bolszewików, zastępując ich komunistami z tylnych szeregów, stawiał zasłużonych dowódców armii wpierw w stan oskarżenia o powiązania ze starym reżimem, a następnie przed lufami plutonów egzekucyjnych. Czy takie czystki nam czegoś nie przypominają? Nie, aż tak źle nie będzie, ale z drugiej strony źle już jest. Macierewicz jako naczelny inkwizytor wojska stawiał przed komisjami weryfikacyjnymi wszystkich oficerów, którzy służyli przed 1989 r. i przeznaczał ich do odstrzału. Jak Stalin, który pozbawił Armię Czerwoną najlepszych dowódców i pozbył się profesjonalnej kadry, tak i pisowscy dyletanci pozbyli się z szeregów WP czołówki polskiej generalicji. Co więcej, przed komisje weryfikacyjne wezwano doświadczonych agentów wywiadu i kontrwywiadu cywilnego, zasłużonych w walce z gangami policjantów, pograniczników, a nawet lekarzy szpitala MSW i sportowców klubów mundurowych. Wyrzucono ich z służby i pozbawiono należnych świadczeń emerytalnych. Tylko dlatego, że przesłużyli choćby jeden dzień przed 1989 r. Dobrze, że Syberia z jej gułagami nie należy do Polski; Ziobro może zsyłać kilkunastu niepokornych prokuratorów co najwyżej 400 km od ich domów, za to w ciągu 48 godzin.
A. Duda nazywa takie neobolszewickie czystki ,,czyszczeniem Polski”, lecz już M. Kuchciński idzie dalej mówiąc o ,,odszczurzaniu Polski”. Podobny proces doprowadził do sytuacji gdzie z MSZ powyrzucano na bruk najlepsze, profesjonalne kadry dyplomacji tylko dlatego, że kształcili się w moskiewskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Kaczyński usuwa w cień dawnych, rzeczywistych opozycjonistów, zastępuję bohaterów Solidarności własnymi miernotami z czwartego szeregu. To wszystko jako skutek paranoicznych fobii, zawiści, małości, nieufności i mściwości kwitnących w PiSie. Niczym radzieccy bolszewicy u zarania władzy rad. Tylko gratulować pisowcom wzorców i mentorów.
Izolacja międzynarodowa
Trudno może o analogie pisowskiej dyplomacji do dyplomacji radzieckiej, ale może jednak. Ta druga, mimo że robotniczo-chłopska, cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Pisowskie dyplomatołki potrafią skutecznie przegrywać polskie interesy i są w tym dobrzy. W ich przekonaniu otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić, pozbawić tożsamości, nakazać stosowanie się do prawa i własnej konstytucji. Dlatego świadomie bądź nieświadomie doprowadzają Polskę do samoizolacji na arenie europejskiej i światowej. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim własnym świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny, rządzić się po swojemu. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich komunistów tzw. syndrom oblężonej twierdzy. Pisowcom już ten cel udało się osiągnąć, bo po przegranej D. Trumpa mało kto chce się na poważnie liczyć z państwem naruszającym podstawowe zasady, którymi kieruje się UE. Ale co tam, tak do końca nie jesteśmy w izolacji. Jak Związek Radziecki w latach 30. mający wsparcie Mongolii i Republiki Tuwa, tak i my mamy swoich sojuszników na miarę pisowskich ambicji: Słowacja, Słowenia, Czarnogóra, Rumunia, Węgry, Azerbejdżan. Tyle, że to już nie ta liga co Trójkąt Weimarski.
Kult militaryzmu i kult jednostki
Każdy niedemokratyczny reżim uwielbia odwoływać się do ducha militaryzmu. W hitlerowskich Niemczech trwały nieustanne defilady wojskowe, a całe życie społeczne uległo militaryzacji. Podobne sytuacje miały miejsce w ZSRR, a tradycja ta kontynuowana jest w Korei Płn. Zachłystywanie się sferą militarną, tworzenie kultu wojska, każdy może obserwować w dzisiejszych polskich realiach. To rozbudowywanie armii poprzez tworzenia amatorskiego WOTu, to tworzenie w każdym powiecie strzelnic dla młodzieży, defilady wojskowe z prezydentem jadącym na czele kolumny, wypominki żołnierzy wyklętych, budowanie muzeów o charakterze wojskowym, szum propagandowy wokół zakupów broni, to wszystko łączy PiS z radziecką tradycją militarną. Lecz już potrząsanie szabelką przed nosem rosyjskiego niedźwiedzia (macierewiczowe ,,jesteśmy de facto w stanie wojny z Rosją”), czyni z partii rządzącej istną groteskę, tym bardziej kiedy zauważymy jak partia dowodzona przez tchórza i fajtłapę, który wojsko widział co najwyżej na obrazku, tak chętnie odwołuje się do militarnej retoryki. Skąd u nich to zauroczenie ,,frontem obrony wsi”, ,,frontem walki z przestępczością”, ,,pierwszą linią frontu”, ,,atakiem frontalnym”, ,,oszalałym atakiem”, ,,zmasowanym atakiem”, ,,ofensywą jesienno – zimową”, ,,polem zaciętej walki”, ,,wrogiem”, ,,redutą obrony dobrego imienia RP”, ,,trwaniem do końca na posterunku”, ,,ostatnią rubieżą obrony”, ,,dawaniem stanowczego odporu”, ,,wspólnym marszem”, ,,przegrupowaniem sił i środków”, ,,zabezpieczeniem zaplecza”, ,,modlitwą jako najskuteczniejszą bronią wojska polskiego” i pewnie wieloma innymi, podobnie buńczucznymi formułkami.
Rewolucja Kaczyńskiego potrzebuje symboli. Stąd pomnikomania i dążenie do przywrócenia kultu jednostki, jakże charakterystycznej dla komunizmu. Jest oczywiste, kogo dotyczą te zjawiska. Mamy nowych proroków polityki i kultury, nowych strażników prawa i konstytucji, nowych bohaterów narodowych, tych zbiorowych i indywidualnych, nowe wartości patriotyczne, nowe objawienia, łącznie z Maryjnymi, tymi uchwalonymi oficjalnie przez Sejm RP. Wszystko w tej dziedzinie jest już przetasowane. To Lech Kaczyński ,,faktycznie kierował Solidarnością”, ś.p. Anna Walentynowicz była przywódczynią strajku w Stoczni Gdańskiej, o roli Bogdana Borusewicza nie warto wspominać, a Lech Wałęsa to zaledwie agent bezpieki. Dlatego jego nazwisko należało zasłonić płachtą na gmachu terminalu w Gdańsku, by nie kłuło w oczy goszczącego tam prezydenta George’a Busha.
Tysiąc pomników L. Kaczyńskiego na 10-lecie zbrodni smoleńskiej. Podobnie brzmiące hasło pamiętamy z epoki gomułkowskiej, lecz tamto odnosiło się do tysiąca szkół na Tysiąclecie Polski, a to w nowej wersji już praktycznie obowiązuje, gdyż jesteśmy na etapie oddania do użytku publicznego już 600 miejsc upamiętnienia byłego prezydenta.
Jak w Związku Radzieckim – każde miasto, każda dzielnica, nawet drewniana wiocha bez wodociągów i kanalizacji z cotygodniowym objazdowym sklepem w ciężarówce, musiało mieć swojego Lenina, choćby takiego z gipsu, na pół metra wysokiego i pociągniętego złotanolem, ale własnego, by móc u jego stóp składać plastikowe kwiatki i upiornie szeleszczące na wietrze blaszane wieńce. W rządzonej przez PiS Polsce pomniki, tablice memorialne, popiersia, głazy, ulice, ronda, gazoport, szkoły, już wkrótce może i lotnisko, wszystko ma być im. L. Kaczyńskiego. I nie istotne czy samorząd życzy sobie tego czy nie.
Wszystko stanęło na głowie. O ile w komunizmie mieliśmy księżycową gospodarkę, o tyle obecnie mamy księżycowy krajobraz sceny politycznej, a niemal wszystko co realizuje PiS staje się neobolszewickim anachronizmem, absurdalną niedorzecznością, farsą, groteską, ponurą karykaturą politycznej normalności.

Znasz li ten kraj

Pamiętam z przedwojennych lat chłopięcych, jak do nastrojowej pieśni S. Moniuszki ze słowami wiersza A. Mickiewicza „Znasz li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa….” uzdolnieni koledzy usiłowali dorabiać inne teksty, adresowane do sympatii z gimnazjum Platerówny. Dzisiejsza młodzież, gdyby znała ten wiersz i odczuwała potrzebę jego autorskiej przeróbki, powinna zaczynać go raczej od słów „Znasz li ten dziwny kraj, gdzie jabłka dojrzewają, a inteligencja zanika ….”.

Rachunek sumienia

Próbując łapać pierwsze promienie przedwiosennego słońca, siadam na przyzbie, na razie tylko w towarzystwie pieska, i zastanawiam się, od czego to się zaczęło. Już długie sześć lat mija od chwili, kiedy „My Naród”, wprawdzie nie jednogłośnie, ale poprawnie, wybraliśmy określoną partię polityczną o pięknej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” z przewagą, dająca jej prawo rządzenia.

Teraz wszystko jest „narodowe”, więc coraz więcej współobywateli przyznaje, że to był narodowy błąd. Nie czuję się współwinny, bo głosowałem na zupełnie kogo innego. I ze zdziwieniem, podbudowanym strachem, wysłuchiwałem przed wyborami i po wyborach opowieści wodza zwycięskiej partii i członków jego gwardii (a może lepiej – biura politycznego) o tym, że stworzą nową Polskę. A właściwie nowe państwo – oczywiście suwerenne, podniesione z kolan, bezwzględnie uczciwe, sprawiedliwe, nowoczesne, bogate i wzbogacające obywateli, do reszty zdekomunizowane, pamiętające o bohaterskiej przeszłości i tych, którzy ją tworzyli. Wszystkie te deklaracje były podlane werbalnym sosem patriotyzmu, wspomagającym podział na „my” – prawicowi patrioci i „oni” – liberalni koniunkturaliści i postkomuniści, czyli, na obywateli pierwszego i drugiego sortu.

Dlaczego byłem przestraszony? Bo jako zdeniołężniały, ale złośliwy staruszek, pamiętałem, że właściwie wszystkie przejmujące władzę ugrupowania w Polsce i okolicy zawsze mówiły to samo, jedynie inaczej rozkładając akcenty. I powstawał groźny paradoks – ci, którzy w znacznym stopniu realizowali te obietnice, doprowadzali swój kraj, a nawet świat, do historycznych tragedii.

Cyryl jak Cyryl, ale te metody!

PIS wygrał wybory przede wszystkim przez obietnicę dawania pieniędzy w systemie 500+. I spełnił tą obietnicę, co utwierdziło znaczą część elektoratu w przekonaniu, że jest solidny i będzie się przy nim dobrze żyło. Mam znajomych w niewielkim mieście, którzy do dzisiaj słuchają tylko „wodza” i państwowej telewizji, nie wierzą w żadne wiadomości negatywne. Tylko głowa rodziny „na osobności” i przy piwie mówi mi – „rozumiesz chyba jak jest, ja wiem, że oni „gonią w piętkę”, ale zapisałem się do partii, dali mi lepszą pracę, dostaję za frico 1500 na troje dzieci – to jak mogę ich krytykować?”.

„Gonienie w piętkę” zaczęło się zaraz po wyborach i do dzisiaj odbywa się w kilku podstawowych płaszczyznach:

– stwarzania szansy na utrzymanie wieloletnich rządów, metodą przejmowania władzy przez członków, lub posłusznych zwolenników, na wszystkich szczeblach od podstaw, aż do samej góry – łącznie z „aparatem” ścigania i wymierzania sprawiedliwości, armią i „terenem”, czyli samorządem terytorialnym.
– wmawiania narodowi, że wszystko przed tym było złe, szkodliwe dla kraju i nie patriotyczne – poczynając od „komuny”, a kończąc na rządach PO – PSL. Wszyscy razem zostawili kraj w ruinie, i dopiero my zmienimy tą ruinę w krainę wiecznej szczęśliwości. Podstawowym instrumentem tej propagandy stała się państwowa telewizja, pieszczotliwie zwana „szczujnią”.
– utrwalania podziału społeczeństwa na „my” i „oni” wszelkimi metodami, łącznie z próbami zastraszania ważnych grup zawodowych, czego przykładem są żenujące manewry prowadzone „w sprawie” sędziego Tulei. zagrożonego ostatnio doprowadzeniem do prokuratury w kajdankach. Ale klinicznym przykładem tego instrumentu utrwalania władzy, jest podtrzymywanie przez 11 lat bezsensownej tezy o możliwym zamachu na nasz rządowy samolot pod Smoleńskiem. Nie pokazuje się palcem, ale daje do zrozumienia, czyja to mogła być wina. I tym samym utrzymuje się poparcie istotnej, chociaż coraz mniej licznej, grupy mniej czytających obywateli i zwolenników „spiskowej teorii dziejów”.
– podniecania opinii publicznej wszystkimi prawdziwymi i fikcyjnymi przestępstwami dokonywanymi przez „wrogie siły”, czyli opozycję, ulicę i zagranicę, poczynając od kradzieży batoników i kiełbasy. Jednocześnie lekceważenie wszelkich zarzutów obciążających „swoich”, chowanych w państwowych spółkach i sztandarowych instytucjach. Ostatnio uznano nawet, że osoby na kierowniczych stanowiskach nie muszą podawać do publicznej wiadomości swoich oświadczeń majątkowych. Przecież to ich prywatna sprawa ile i jak zarabiają!
– uporczywe, bezsensowne a czasem śmieszne uznawanie wszystkiego za własny sukces, zarówno moralny – jak słynne głosowanie 24: 1 jak i materialny – jak rozpoczęcie budowy tunelu w 85% finansowanej przez UE, drogą budowę nowej elektrowni w Ostrołęce, którą jednak trzeba zburzyć.
– natarczywe, wręcz zabawne chwalenie się prawdziwym lub (ostatnio częściej) rzekomym powodzeniem wszelkich działań i przodującym miejscem w międzynarodowe konkurencji – nawet dotyczącej pandemii. Te opowieści wspierane są twierdzeniem, że prowadzimy nadzwyczaj sprawną politykę zagraniczną. Tylko nieuctwu i złośliwości europejskich działaczy zawdzięczamy objawy krytyki, a nawet niechęci.

To nie są odrębne cele – to są tylko specyficzne (chciałoby się rzec – chorobliwe) metody sprawowania władzy przez rządzące obecnie ugrupowanie. Podejmowane w ich ramach działania prowadzą do powstawania nieustannych konfliktów z tą gorszą częścią społeczeństwa – o przestrzeganie konstytucji, rujnowanie wymiaru sprawiedliwości, ograniczanie wolności przekonań, dyrygowanie policją, zakazywanie aborcji, zapowiadanie niepotrzebnych inwestycji.

Wzrost i upadek autokracji?

Jeśli dobrze rozumiem zawiłe wypowiedzi wodza i jego „powtarzaczy”, to wszystkie „zabawy” tej władzy mają prowadzić do „odnowienia Polski” i nadania jej wzniosłych cech, które wymieniłem na początku felietonu.
Jest mi coraz bardziej przykro, – ale przestałem w to wierzyć. Usiłuję pojąć, co naprawdę kieruje czołówką tej władzy, że gotowa jest niszczyć ludzi niepodzielających jej poglądów i „tracić twarz”, która będzie chyba trudna do odzyskania po utracie władzy. A historia dowodzi, że taki moment nastąpi.

Dochodzę do wniosku, że głównym motywem tego postępowania jest jednak wynikające z cech charakteru nieodparte dążenie do autokratycznej władzy. Oczywiście w takiej skali, jaka dla danej osoby jest dostępna – rodziny, przedsiębiorstwa, mafii, partii, parlamentarnego klubu, wsi czy miasta. To często występująca cecha. W każdej skali może być niebezpieczna, ale stanowi zagrożenie dla nas wszystkich, jeśli sięga skali państwa.

Ktoś użył w niedawnej publikacji sformułowania „autokratyczna demokracja”. Nie ma czegoś takiego i być nie może, bo nawet sprawna autokracja (bo bywa sprawna) musi być całkowitym przeciwieństwem demokracji. Odbiera samodzielność myślenia, ogranicza zainteresowania do problemów materialnych i do tego, co wolno, a czego nie wolno. W skali kraju koncentruje prawo do decydowania o wszystkim wąskiej grupie osób, z reguły otaczającej „głównego „ autokratę, cieszącego się ich prawdziwym lub udawanym uwielbieniem.

To smutne, ale od pewnego czasu idziemy w tym kierunku. „Lenistwo suwerena” powoduje, że znaczna część Narodu jest już zarażona tym, równie niebezpiecznym jak COVID 19, wirusem obojętności, wirusem zgody na bezmyślność i podporządkowanie się regułom autokracji.
Mój kraj robi wrażenie, jakby – poza grupami młodzieży – zapadł w sen zimowy. Ale znam ten kraj i wierzę, że wiosną się obudzi.

Warszawa – Marki, 13.03.2021

Demokracja i autorytaryzm w warunkach pandemii

Pandemia Covid 19 stała się dla wszystkich państw – niezależnie od ich ustroju – wielkim egzaminem. Sprawdza się bowiem zdolność państw do realizowania ich podstawowej funkcji, którą jest zapewnienie bezpieczeństwa obywateli.

Przypomnę tu słowa wielkiego angielskiego filozofa polityki, zwolennika władzy absolutnej, Tomasza Hobbesa. W wydanym w 1651 roku sławnym dziele „Lewiatan” Hobbes pisał o tym następująco:

„Obowiązki suwerena (czy to będzie monarcha czy zgromadzenie) wyznacza cel, dla którego została powierzona moc suwerena, a mianowicie staranie o bezpieczeństwo ludu, do czego zobowiązuje suwerena prawo natury” (str. 297 wydania polskiego z 1954 roku).

Słowa te najczęściej interpretuje się jako odnoszące się do bezpieczeństwa zewnętrznego, ale nic nie wskazuje na to, by Hobbes miał na myśli tylko ten rodzaj zagrożeń . Bezpieczeństwo ludu, które czynił podstawową racją istnienia wszelkiej władzy państwowej, obejmuje także skuteczną ochronę przed zagrożeniami wewnętrznymi, takimi jak anarchia czy klęski żywiołowe. Pandemia jest więc sprawdzianem skuteczności państwa w realizacji jego podstawowego zadania.

Trwająca już ponad rok epidemia Covid-19 postawiła wszystkie państwa świata przed trudnym egzaminem, do którego nie były one przygotowane. Jest jeszcze zbyt wcześnie, by formułować ostateczną ocenę działań podejmowanych dla zwalczenia tego zagrożenia, ale już pojawiają się wstępne oceny, których trafność można będzie w pełni sprawdzić, gdy skończy się obecny koszmar masowych zarażeń i śmierci.

Jedną z najciekawszych takich ocen jest opublikowany ostatnio raport grupy badawczej Economist (związanej ze sławnym tygodnikiem) zatytułowany „Indeks demokracji 2020”, na który zwrócił mi uwagę profesor Grzegorz Kołodko. Obszerna część raportu dotyczy tego, jak państwa radzą sobie z obecną pandemią. Jest to kolejny taki raport, a pierwszy opublikowany został dla roku 2006.

Raport posługuje się pięcioma kryteriami: (1) jakość wyborów i pluralizm polityczny, (2) funkcjonowanie państwa, (3) uczestnictwo w polityce, (4) kultura polityczna i (5) wolności obywatelskie. Każde państwo zostaje ocenione w tych pięciu kategoriach na skali od O do 7, a analizą objęte zostało 167 państw i terytoriów z pominięciem minipaństw. W 2020 roku tylko 23 państwa zaliczono do „pełnych demokracji” a kolejne 52 – do „ułomnych demokracji” (flawed democracies). Łącznie do państw demokratycznych zaliczono więc 44.9% państw, zamieszkałych przez 49.4% ludności świata. Dwie pozostałe kategorie to „reżymu hybrydowe” (35) i „autorytarne” (57). Polska, wraz z innymi państwami środkowo-wschodniej Europy, znalazła się w grupie „ułomnych demokracji”, do której spadły także Stany Zjednoczone – oczywiście wskutek ekstrawagancji Donalda Trumpa. Najważniejszym spostrzeżeniem raportu jest stwierdzenie, że stan demokracji w świecie pogorszył się, przy czym kluczowe pytanie dotyczy tego, czy (lub jak dalece) stało się to wskutek pandemii.

Ofiarą pandemii, a ściślej mówiąc restrykcji wprowadzanych przez rządy dla jej zwalczania, padły wolności obywatelskie. Drastyczne restrykcje wprowadzone przez władze chińskie w prowincji Wuhan okazały się skuteczne, ale tak daleko idącego ograniczenia swobód obywateli trudno byłoby oczekiwać od państw demokratycznych. Raport zwraca uwagę między innymi na to, że amerykańska kultura polityczna, nacechowana nieufnością do państwa, stanowi silną przeszkodę dla skutecznego zwalczania pandemii. Aczkolwiek najsilniejszy regres wolności obywatelskich wystąpił w państwach autorytarnych, raport wskazuje też na to, że w 49 państwach zaliczanych do pełnych lub ułomnych demokracji nastąpiło pogorszenie się stanu demokracji. Nie jest to jednak bezwzględną regułą. Taiwan, zdaniem autorów raportu, okazał się prymusem w walce z pandemią przy równoczesnym zachowaniu standardów demokratycznych.
Ogólnoświatową tendencją okazał się spadek zaufania do rządów, którym obywatele zarzucają nieradzenie sobie z pandemią. Wyraźne nasilenie się protestów obywatelskich w takich państwach, jak Białoruś a ostatnio także Rosja, może (choć nie musi) być choćby w części podsycany niezadowoleniem z tego, jak przebiega walka z pandemią. Od profesora Adama Przeworskiego, jednego z najwybitniejszych socjologów polityki w USA, usłyszałem ostatnio opinię, że od tego, jak poradzi sobie z pandemią, zależeć będzie bilans nowej prezydentury Joe Bidena.

Pandemia – stwierdzają autorzy raportu – wpłynęła na układ sił w skali świata. Najlepiej radzi sobie z nią Azja – skąd inąd kontynent, gdzie dominują reżymy niedemokratyczne, co powoduje, że coraz wyraźniejsze jest przesuwanie się globalnego układu sił w stronę „dynamicznego Wschodu”.

Tyle, gdy idzie o obraz świata w warunkach pandemii. Sytuacja Polski jest jednak szczególna i wymaga odrębnego potraktowania.

Pod względem skuteczności walki z pandemią Polska znajduje się mniej więcej pośrodku państw europejskich. Rządzący chętnie wskazują na to, że jest u nas lepiej niż na przykład w Portugalii, czy sąsiednich Czechach, ale dyskretnie milczą o Norwegii, Szwecji czy Finlandii, gdzie wyniki walki z pandemią są wyraźnie lepsze niż w Polsce. Tym, co negatywnie wyróżnia nasz kraj, nie jest – moim zdaniem – stan pandemii, ani nawet zakres restrykcji i ich wysoce negatywny wpływ na gospodarkę kraju, lecz intensyfikacja konfliktu politycznego pośrednio związana z nieudolnością rządu w walce z pandemią.

Polska jest jedynym państwem europejskim (i, jak mi się wydaje, jednym z bardzo nielicznych w świecie), w którym władze państwowe zdecydowały się na zaostrzenie konfliktu ideologicznego – właśnie w apogeum pandemii i w oczywisty sposób z zamiarem przysłonięcia własnej nieudolności przekierowaniem uwagi na inną sferę spraw. Nikt rozsądny nie uwierzy wszak, że tak zwany „trybunał konstytucyjny”, niemal całkowicie uzależniony od Prawa i Sprawiedliwości, sam z siebie w październiku ubiegłego roku postanowił zaostrzyć przepisy dotyczące warunków legalnego zakończenia ciąży. Była to decyzja polityczna – niemal na pewno podjęta przez szefa rządzącej partii. Jarosław Kaczyński popełnił w tej sprawie wielki błąd, który będzie go dużo kosztował. Liczył zapewne, że polaryzując społeczeństwo wokół spornej kwestii aborcji odsunie na bok niewygodne pytania o to, dlaczego zmarnowano letni okres przejściowego złagodzenia pandemii i nie przygotowano kraju na jej drugą falę, dlaczego nie przygotowano należycie akcji szczepień, dlaczego nie stworzono realistycznej tarczy dla tych gałęzi gospodarki, które padają pod ciężarem narzuconych przez rząd restrykcji. A także – co jest dla Prawa i Sprawiedliwości szczególnie kłopotliwe – jak wyjaśnić skandal z zakupem (zapłaconych, ale niedostarczonych) respiratorów: skrajną niekompetencją czy korupcją w kręgach decyzyjnych?

Efekt okazał się inny od zamierzonego. Sprawa ustawy antyaborcyjnej nie przesłoniła nieudolności rządu w sprawie pandemii, ale dodała siły protestującym. W obozie rządzącym pojawiła się wyraźna rysa, gdyż nie udała się próba wysadzenia z siodła niedostatecznie lojalnego Jarosława Gowina – podjęta niewątpliwie z inspiracji, jeśli nie na rozkaz, Jarosława Kaczyńskiego. Niedaleki czas pokaże, czy konsekwencje będą podobne, jak te z 2007 roku, gdy fiaskiem i utratą władzy skończyła się próba wyeliminowania szefów sojuszniczych partii – Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin.

Wszystko to przemawia za tym, że polityczne konsekwencje pandemii w Polsce są inne, w istocie poważniejsze, niż w większości państw świata.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Polacy popierają weto i nie chcą praworządności, ale chcą pieniądze od państw, gdzie aborcja jest legalna, nie ma politycznej nienawiści wobec osób o innej orientacji i nie ma nagonki na komunizm.

Chcą mieć ciastko i zjeść ciastko. Być autorytarnym państwem policyjnym, gdzie leje się kobiety na protestach, mieć prawo wyboru partii, które to akceptują i rozwalają system prawny, a jednocześnie dostawać za to nagrody od – przynajmniej zdaniem władzy – lewackiej i martwej
moralnie Europy.

To się nie uda. Suwerenność narodowa nie oznacza prawa do bycia oprawcą i ponad nią są jeszcze szersze i ważniejsze wartości.
Europejscy pracownicy widzą co się w Polsce dzieje i ich solidarność ze społeczeństwem wybierającym Kaczyńskiego będzie umierać. Tak, ze SPOŁECZEŃSTWEM, nie z Kaczyńskim. Bo żadne społeczeństwo nie ukryje się za wybieranymi przez siebie politykami. To już nie są lata 30-te. Oczywiście, że z nacjonalizmu oraz skrajnego klerykalizmu wynika zerwanie z UE, bo Europa nie jest faszyzująca i nie da zgody na nagonkę na mniejszości, czy też np. na piekło kobiet.

PiS nie ma już prawie żadnych sojuszników i jest w UE tylko dla kasy, ale chce tej kasy na robienie w Polsce katopatriarchatu, dyktatury i nacjonalistycznego reżimu. Tak się nie da.

Ziobro i spółka myślą, że okiwają całą Europę, ale skończy się to wszystko tak, że wyzysk będzie zarówno narodowy, międzynarodowy i jeszcze do tego skończą się wszelkie dotacje.

Zdawajmy sobie jednak sprawę z tego, że oni tego pragną. To nie jest wypadek przy pracy. Biedny, ciemny oraz głęboko odizolowany obóz katolicko-narodowy to ich cel i jedyna wersja Polski w której mogą zachować władzę. Jeszcze będą musieli zakazać Netfliksa, czy cenzurować internet. I o tym też już marzą.

Zaczęło się od 500+, a skończy na – 1000… €.

A kapitał wygra przy każdym rozstrzygnięciu. Nawet bardziej na odcięciu Polski od UE. Ciemnogród odcięty od świata i dotacji to kolejna wielka emigracja i desperacja pracowników, jeszcze tańsza siła robocza…

Gdzie ja jestem?

Ostatnio, kiedy budzę się rano i przypominam sobie wydarzenia poprzedniego dnia, nie mogę uwierzyć, gdzie jestem. Przeżyłem końcówkę przedwojennych rządów Sanacji, wszystkie powojenne rządy i zmiany ideologiczne, do których te rządy musiały się dostosować, ale od pięciu lat czuję się zagubiony.

Po raz pierwszy w tym okresie dożyliśmy sytuacji, w której stworzono warunki do zgromadzenia w ręku jednego człowieka większości atrybutów władzy. Człowiek ten stoi wprawdzie na czele największej partii uprawnionej wynikami wyborów do tworzenia rządu, ale – formalnie i logicznie – nie ma prawa do narzucania swoich poglądów nawet tym, którzy mu pomagają. A już na pewno tym, którzy nie są jego zwolennikami.

Manewry sejmowe

Ostatnie manewry w naszym sejmie coraz bardziej przypominają kabaret, I to – excusez moi – zdecydowanie bliższy „Pożarowi w burdelu”, niż niezapomnianym „Starszym Panom”.

Autokracja, o której grzechach niedawno pisałem na tych łamach, wychodzi jednak w Polsce szybciej niż myślałem z wieku niemowlęcego, i staje się niebezpiecznym młodzieńcem. Osobiste upodobania szeregowego posła stojącego na czele wspomnianej rządzącej partii, stają się nienaruszalną wytyczną dla wszystkich, którzy tą partię wspierają. Niektórzy próbują się buntować. Ale nawet, jeśli dbając o własne korzyści w końcu się dogadują, to rysa na tym obrazie pozostanie głęboka, krwawiąca i trudna do zagojenia.

Ktoś powie – zaraz, zaraz! Za czasów PRL też mieliśmy pełną autokrację, najpierw Gomułki a potem Gierka. Niezupełnie. Ona była słabsza, mimo „opieki” wielkiego sąsiada. Tak to wygląda teraz, w pisanej przez rządzącą partię nowej, patriotycznej historii Polski. Jednak dzierżący władzę „pierwsi sekretarze” musieli się liczyć z głosami komitetu centralnego i biura politycznego, w których panowały różne poglądy. Teoretycznie obecny pierwszy sekretarz, – pardon – prezes, też ma grupę mędrców zgrupowanych wokół siebie, ale jej członkowie dysponują tyko nieśmiałym głosem doradczym. Jego głos jest decydujący, wszyscy powtarzają to, co raczył powiedzieć.

Gwardia

Autokracja w Polsce od 2005 roku staje się coraz bardziej wyraźna i powoli wzbogaca o atrybuty charakterystyczne dla autorytaryzmu i dyktatury. Jeśli „służby” potrafią wejść o 6 rano do mieszkania objętego immunitetem sędziego, licząc zapewne na poczęstowanie poranną kawą, to narusza się granice nie tylko wyznaczone konstytucją, ale także podstawowe zasady demokracji. Przekracza się cienką. czerwoną linię, dzielącą autokrację od jeszcze słabego autorytaryzmu, stanowiącego przedsionek dyktatury. Ten pozornie drobny „incydent” spowodował, że zmieniłem zdanie co do szybkości niszczenia naszej demokracji.

Znowu słyszę głosy protestujących. Co to za bzdury? Nadgorliwość paru panów nie może być podstawą wyciągania takich wniosków!

A jednak, moim nieważnym zdaniem, może i powinna. Dyktatury nigdy nie powstawały tylko w oparciu o siłę i charyzmę jednego człowieka, który na początku mógł mieć najlepsze zamiary. Żeby stać się dyktatorem, trzeba mieć nie tylko poparcie, ale też zapewnioną współpracę znacznej liczby ludzi, którzy albo bezkrytycznie lub bezmyślnie wierzą w słuszność wprowadzanego systemu i geniusz przywódcy, albo zaspakajają swoje ambicje, albo liczą na znaczące materialne korzyści. Ich wartość moralna jest więc zróżnicowana, ale wartość wykonawcza zależy od ich zdeterminowania, i skuteczności działania. Ważne dla rodzącego się autorytaryzmu i dyktatury jest to, co i jak posłusznie robią, a nie, dlaczego to robią. Mają być i zwykle są wierną gwardią.

Pożądana koncentracja wysiłków

Moje poranne rozterki wynikają też z faktu, że nie dostrzegam koncentracji naszej zmieniającej skórę władzy na tym, co – moim zdaniem – powinno być dla nas teraz i w najbliższej perspektywie naprawdę ważne. Wydaje mi się, że rozsądna władza powinna obecnie skupiać swoje siły na czterech problemach:

Jak dotrwać do końca pandemii z możliwie najmniejszym stratami ludzkimi i materialnymi? Jak zwalczyć związany z tym żenujący bałagan organizacyjny i kompetencyjny widoczny np. w dostępności szczepień na grypę i pneumokoki? Jak eliminować możliwość powtórzenia tego bałaganu i zapewnić dostępność i sprawność szczepień na koronawirusa w chwili, w której będzie można już kupić odpowiednie szczepionki?

Co robić, aby przetrwać w możliwie najlepszej formie światowy kryzys ekonomiczny, który potrwa co najmniej 3 – 5 lat? Jak jeszcze bardziej ułatwić podejmowanie inicjatyw gospodarczych? Jak zahamować odpływ z kraju najlepiej wykształconej młodzieży, która powinna być trzonem tej przedsiębiorczości?

Jak zmienić negatywne nastawienie do Polski, przez nas wywołane i panujące obecnie w krajach Unii Europejskiej? Jak w spokojny sposób zakończyć niszczenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości? Z jakich – od początku bezsensownych –wycofać się działań, stanowiących podstawę poglądu, że Polska nie jest państwem praworządnym? Zrezygnować z absurdalnych twierdzeń o istnieniu ideologii LGBT i zapewnić ludziom o „nienormatywnej” orientacji seksualnej poszanowanie i ochronę ich praw obywatelskich.

Jak ponownie poprawić stosunki z Rosją i wejść szerzej na jej rynek? Wycofać się z fantazji smoleńskich, lub przedstawić naukowo udowodnione fakty, które będą uznane przez krajowych i zagranicznych specjalistów z dziedziny lotnictwa. Nie negując faktów historycznych – przestać ciągle wracać do „noża w plecy” i innych krzywd wyrządzonych nam przez nieistniejący od dawna Związek Radziecki. Rozwinąć ponownie wymianę kulturalną i turystyczną z republikami Federacji Rosyjskiej.

Na tym bym się skoncentrował, gdybym miał cokolwiek do powiedzenia. Ale w warunkach autokracji – nie mam, podobnie jak miliony Polaków. Mam za to teatr udawanych rozwodów partyjnych, festiwal hurrapatriotycznych imprez i wystąpień notabli, sławiących naszą nieomylność i nieustające sukcesy. Mam też podziwiać ściganie domniemanych przestępców wśród opozycyjnych partii i grup społecznych, osłanianie „swoich i nieustanny, rekordowy „skok” na państwową kasę.

Mam jednak także resztki nadziei. Nadziei na to, że ogłupianie mniej wykształconej części narodu państwową i często jedyną dostępną telewizją, przyniesie w końcu odwrotny do zamierzonego skutek. Coraz więcej ludzi zacznie dostrzegać różnice między pięknymi słowami i czynami, między opowiadaniami o „misji”, a walką o władzę, traktowaną jak ulubiony narkotyk i niewyczerpane źródło dużych dochodów.

Temat zastępczy

Spór o wiek emerytalny jest tematem zastępczym idealnym dla neoliberalnej prawicy z PiS i PO. Obie partie udają prosocjalne sprzeciwiając się podniesieniu wieku emerytalnego, a to nic nie zmienia, bo emeryci w Polsce i tak muszą pracować!

Mamy minimalne emerytury na granicy minimum socjalnego, które dają wegetację i zmuszają seniorów do oddawania mieszkań w zastaw za wyższe świadczenia. Mamy setki tysięcy osób, które dostają poniżej emerytury minimalnej…

To są ludzie sprowadzani przez PiS do roli żebraków, którym rzuca się jakieś „trzynastki” tuż przed wyborami, by MOŻE mogli sobie kupić nowe buty raz na dziesięć lat. Czy Ci wyzyskiwani ludzie pracy przejdą na tę głodową emeryturę w wieku 30 czy 70 lat jest już totalnie bez znaczenia. Tyrać trzeba i będzie trzeba aż do śmierci, bo tego chce i tak działa ten system.

Warto pamiętać jeszcze o jednym. Ludzie, którzy są obecnie u władzy (plus w zasadzie cała prawica) wyświęcają II RP, gdzie na porządku dziennym były getta ławkowe dla Żydów i obozy koncentracyjne dla politycznej opozycji.

Nietykalna w mainstreamie II RP to prawdziwa inspiracja prawicy, której marzy się powrót do dyktatury.

Wiele nie brakuje byśmy wrócili do tamtych „wspaniałych” czasów z analfabetyzmem i przewrotem wojskowym. Gdyby nie otoczenie międzynarodowe i UE nie skończyłoby się na samych groźbach, odczłowieczaniu i prześladowaniach, czy na groźbach z maczetą.

I to narodowy wstyd, że do tego dopuściliśmy.

Lewica 2020 – jasny wybór

Stoimy przed niezwykle ważnymi wyborami, od wyniku których zależeć będzie przyszłość Polski nie tylko na następne pięć lat, lecz na dziesięciolecia.

Podstawową stawką w tych wyborach nie jest po prostu przedłużenie lub zakończenie nieudanej prezydentury Andrzeja Dudy, lecz to, czy Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego drużynie uda się doprowadzić do końca budowę polskiej wersji nowego autorytaryzmu – na wzór Węgier, Turcji czy Rosji. Ten nowy autorytaryzm różni się od dawnego przede wszystkim tym, że rodzi się nie z przewrotu wojskowego czy innej formy przemocy, lecz z wygranych wyborów i że jest w stanie potwierdzać prawo do rządzenia autorytarnej ekipy w kolejnych wyborach. Jeśli je przegra – będzie to jego koniec.

Pięć lat temu głosowałem w drugiej turze na Bronisława Komorowskiego, gdyż na podstawie wieloletnich studiów nad autorytaryzmem przewidywałem, co dla Polski oznaczać będzie wygrana mało znanego kandydata, za którym stał Jarosław Kaczyński. Wtedy jednak nie wszyscy ludzie lewicy to widzieli – i nie dziwię się im, gdyż nawet krótki epizod rządów PiS w latach 2005-2007 nie dawał podstaw do pełnej oceny grożącego nam niebezpieczeństwa. Dziś jest inaczej. Nikt nie może już zasłaniać się niewiedzą.

Mamy w tych wyborach dwóch kandydatów ugrupowań lewicowych Roberta Biedronia i Waldemara Witkowskiego. Obu znam i cenię. Jednak jak wielu ludzi lewicy nie mam złudzeń co do ich wyniku wyborczego. W wypadku Roberta Biedronia, jednego z przywódców odrodzonej i zjednoczonej lewicy, która jest dziś trzecim pod względem liczebności klubem sejmowym, pytanie zasadnicze brzmi, czy zdoła on utrzymać to poparcie, którym wyborcy obdarzyli lewicę w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych. W tej chwili nic na to nie wskazuje. Zadajmy sobie pytanie: dlaczego?

Stawiam to pytanie jako człowiek, któremu poglądy Biedronia bardzo odpowiadają i który z niepokojem obserwuje jego słabe notowania sondażowe. Widzę w nich przede wszystkim obawę wielu wyborców lewicowych, że głos oddany na Biedronia będzie nie tylko głosem zmarnowanym, ale takim, który wbrew naszej intencji może przyczynić się do reelekcji Andrzeja Dudy.

Jest tak dlatego, że nie usłyszałem z ust kandydata lewicy jednoznacznej deklaracji, iż w drugiej turze (na którą wszak on sam nie ma jakichkolwiek szans) poprze Rafała Trzaskowskiego – obecnie już niemal pewnego kontrkandydata Andrzeja Dudy w decydującym starciu, jakie odbędzie się 12 lipca. Ta niepewność odbiera kandydatowi lewicy głosy ludzi, którzy – jak ja – uważają , że nie wybieramy „mniejszego zła” i że nie mamy do czynienia z dwoma kandydatami prawicy, których rzekomo niewiele różni.

Ci, którzy uporczywie trzymają się takiej („symetrycznej”) wizji polskiej sceny politycznej powinni sobie sami odpowiedzieć, czy istotnie sądzą, że nie ma istotnej różnicy między niszczeniem niezależnych sądów a ich obroną, między ogłaszaniem, że LGBT „to nie są ludzie” a deklaracją za rzecz związków partnerskich, między pielgrzymowaniem do księdza Rydzyka a opowiedzeniem się za państwem neutralnym światopoglądowo, między niszczeniem naszego wizerunku w Unii Europejskiej a konsekwentnym budowaniem silnej pozycji Polski w zjednoczonej Europie, między władzą autorytarną a samorządną Rzeczpospolitą.

W polityce trzeba dokonywać racjonalnych wyborów. Kierowanie się emocjami wynikającymi z tego, że nie wszystko nam się w polityce Platformy Obywatelskiej podobało lub podoba, jest karykaturą polityki, a nie polityką. Jeśli w Senacie i w Sejmie przedstawiciele lewicy potrafią współpracować z Koalicją Obywatelską, to na jakiej podstawie mielibyśmy odcinać się od poparcia wywodzącego się z niej kandydata na prezydenta RP?

Idzie przy tym o jasną deklarację teraz, a nie dopiero po 28 czerwca. Należy powiedzieć już teraz, jak to zrobił największy autorytet polskiej lewicy, polityk który jako jedyny dwukrotnie wygrał wybory prezydenckie – Aleksander Kwaśniewski – że w drugiej turze bez wahania poprze tego, kto zmierzy się z Andrzejem Dudą. Bez takiej wyraźnej deklaracji powstać może wrażenie, że idąc śladem „symetrystów” kandydat lewicy uchyla się od jednoznacznego stanowiska co do wyborów w drugiej turze, a tym samym zachęca swych wyborców do ich zbojkotowania. Bez tak wyraźnej deklaracji nie może więc liczyć on na głosy tych ludzi lewicy, dla których nie jest obojętne, czy przez następne lata prezydentem będzie posłuszny wykonawca poleceń Jarosława Kaczyńskiego czy też kandydat demokratycznej opozycji. To nie jest czas na grę pozorów.

Jak umierają demokracje?

Niemal pól wieku temu dwaj politolodzy amerykańscy Juan Linz i Alfred Stepan opublikowali zbiorową pracę pod znaczącym tytułem „Załamanie reżimów demokratycznych” (The Breakdown of Democratic Regimes, 1978), w której dokonali porównawczej analizy procesów upadku systemów demokratycznych w dwudziestym wieku.

W latach późniejszych uwaga badaczy ( w tym także tej dwójki autorów) skierowana była na procesy odwrotne: odradzanie się lub wręcz rodzenie się demokracji na gruzach systemów autorytarnych. Ogromna literatura poświęcona przejściom do demokracji jest nadal ważna, ale wahadło wychyliło się w przeciwną stronę. Dziś znów najważniejszych problemem teoretycznym nauk politycznych jest wyjaśnienie, jak i dlaczego demokracje umierają.
Klaus von Beyme, były prezydent Międzynarodowego Towarzystwa Nauk Politycznych (IPSA) i emerytowany profesor Uniwersytetu w Heidelbergu poświęcił temu zagadnieniu ważną i interesującą pracę „Od Post-demokracji do neo-demokracji” (From Post-Democracy to Neo-Democracy, 2018), w której wskazał na destruktywne dla systemów demokratycznych działanie prawicowego populizmu i wskazywał na potrzebę gruntownego zreformowania demokracji. Adam Przeworski w porównawczej analizie kryzysów demokracji (Crises of Democracy, 2019) wskazał na stopniowe gromadzenie się zjawisk kryzysowych, których korzenie widzi przede wszystkim w neoliberalnym modelu gospodarczym, rosnącej polaryzacji ekonomicznej oraz w nacjonalizmie i rasizmie. Listę wybitnych uczonych, którzy wyrażają zatroskanie o losy demokracji wzbogaciła ostatnio praca jednego z najwybitniejszych psychologów polityki Janusza Reykowskiego „Rozczarowanie demokracją” (2019). Zdarza się słyszeć głosy skrajnych pesymistów głoszących ostateczny zmierzch demokracji. Należy do nich jeden z najciekawszych filozofów politycznych Marcin Król („Polityka” 2-8 stycznia 2019).
Nie ulega wątpliwości, że w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego pierwszego wieku pojawiły się groźne symptomy kryzysu demokracji i rodzenia się nowego typu autorytaryzmu. Jest on pod pewnymi względami inny od jego pierwowzorów z poprzedniego stulecia, ale pozostaje antydemokratyczną odpowiedzią na problemy, z którymi liberalna demokracja radzi sobie nie najlepiej. Zrozumienie różnic, ale i podobieństw istniejących miedzy dawnymi i nowymi autorytaryzmami jest warunkiem trafnej diagnozy i skutecznej terapii.
Dawne i nowe autorytaryzmy różni stosunek do przemocy. Tradycyjny autorytaryzm wyrastał z dokonanego przemocą przewrotu i utrzymywał się dzięki stosowaniu przemocy na masową skalę. Dochodził do władzy przemocą (najczęściej, ale nie wyłącznie, w drodze wojskowego zamachu stanu) i sprawował władzę stosując na masowa skalę przemoc. Nie przeczy temu fakt, że niektóre ówczesne reżymy autorytarne miały stosunkowo wysokie poparcie społeczne, ale nie decydowały się na sprawdzenie stopnia tego poparcia w wolnych, kontestowanych wyborach. Wyjątkiem pod tym względem były polskie wybory parlamentarne 1928 roku – przegrane przez obóz rządzący, który rychło powetował sobie tę porażką przeprowadzając sfałszowane wybory „brzeskie” w 1930 roku. Nowy autorytaryzm 21-ego stulecia zachowuje fasadę instytucji demokratycznych, w tym wolne, zakładające rzeczywistą rywalizację obozu rządzącego i opozycji, wybory. Ma zaś na tyle silne poparcie, że jest w stanie wygrywać kolejne wybory i tą drogą petryfikować system polityczny. Ewentualne przegranie wyborów dla współczesnego reżymu autorytarnego oznaczałoby katastrofę, gdyż powodowałoby nie zwykłą zmianę ekipy rządzącej, lecz demontaż całej budowanej przez poprzednie lata konstrukcji politycznej.
Istotą nowego autorytaryzmu nie jest więc pozbawienie obywateli możności decydowania o tym, kto ma rządzić, lecz stworzenie maksymalnie scentralizowanego systemu rządzenia, w którym cała władza skupiona jest w jednym ośrodku kierowniczym. Ośrodkiem tym jest najczęściej kierownictwo rządzącej partii, lub po prostu wódz i jego najbliższe otoczenie. Centralizacja władzy oznacza przede wszystkim:
pełne podporządkowanie rządu i centralnej administracji państwowej woli centralnego ośrodka kierowniczego, co pozbawia je samodzielnej roli politycznej i czyni z nich techniczne narzędzie w ręku ludzi sprawujących rzeczywistą władzę;
marginalizację parlamentu, w którym ogranicza się debatę polityczną i minimalizuje wpływ opozycji na proces legislacyjny;
podporządkowanie państwowych środków przekazu kierowniczemu ośrodkowi politycznemu, zanik ich autonomii i daleko idące płynącemu z nich przekazowi; zarazem podejmowanie intensywnych działań dla pośredniego uzależnieni niepaństwowych środków przekazu, lub ich marginalizacji;
pełne uzależnienie prokuratury i jak najdalej idące ograniczenie niezależności sądów od czynnika politycznego;
wprowadzenie na masową skalę politycznych kryteriów obsady wyższych i średnich stanowisk w administracji państwowej, w tym także w siłach zbrojnych i w policji.
Im pełniej udaje się zrealizować te cele, tym bardziej skonsolidowany jest system autorytarny i tym głębszy jest kryzys liberalnej demokracji.
Kryzys obecny pod kilku ważnymi względami różni się od wielkiego załamania się systemów demokratycznych w Europie w latach międzywojennych. Dotknął on głównie państwa, w których liberalna demokracja miała krótką historię, w tym szereg państw powstałych w wyniku wojny. Irlandia – po uzyskaniu w 1921 roku niepodległości (jako dominium brytyjskie), – przeszła przez dwuletnią (1922-23) wojnę domową a w latach późniejszych przez trwające aż do 1948 autorytarne rządy nacjonalistycznej partii Fiana Fall, na której czele stał i był premierem Eamon de Valera. Na Węgrzech stłumienie krótkotrwałej (1918-1919) rewolucji komunistycznej przyniosło ustanowienie dyktatorskich rządów admirała Miklosa Horthy.
Lata międzywojenne były okresem szybkiego kurczenia się strefy liberalnej demokracji w Europie. Kolejnymi etapami pierwszego kryzysu europejskiej demokracji były:
1922 –„Marsz na Rzym” i dojście do władzy partii faszystowskiej we Włoszech,
1923 – obalenie rządu A. Stambolijskiego i ustanowienie autorytarnej dyktatury w Bułgarii,
1926 – wojskowe zamachy stanu w Polsce, Portugalii i Litwie; ustanowienie w tych państwach rządów autorytarnych,
1927 – cywilny zamach stanu w Estonii,
1929 – wojskowy (ale poparty przez króla Aleksandra Karadżordżevića) zamach stanu w Królestwie Serbów, Chorwatów i Słoweńców, przyjęcie nowej nazwy państwa (Jugosławia) i ustanowienie scentralizowanego systemu autorytarnego,
1933 – dojście do władzy w Niemczech NSDAP i ustanowienie totalitarnej dyktatury,
1934 – ustanowienie dyktatury E. Dollfussa w Austrii ( austrofaszyzm),
1934 – autorytarny zamach stanu na Łotwie,
1936 – ustanowienie ( z poparciem króla Jerzego II) wojskowej dyktatury w Grecji,
1936-1939 – wojna domowa w Hiszpanii zakończona ustanowieniem wojskowo-partyjnej dyktatury,
1938 – ustanowienie dyktatorskiej władzy króla Karola II w Rumunii.
Pod koniec okresu międzywojennego liberalna demokracja istniała już tylko w dwunastu państwach europejskich (Belgia, Czechosłowacja, Dania, Finlandia, Francja, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Norwegia, Szwajcaria, Szwecja i Wielka Brytania) a także w Stanach Zjednoczonych i w dominiach brytyjskich (Kanada, Australia, Nowa Zelandia). Świat wydawał się zmierzać ku dominacji reżymów totalitarnych lub autorytarnych. Taki zresztą był klimat epoki. Przekonanie, że liberalna demokracja chyli się ku upadkowi było nagminne.
Druga wojna światowa zmieniła ten stan rzeczy radykalnie. Klęska Niemiec, Włoch, Japonii i ich satelitów przyniosła podział świata na dwa rywalizujące bloki zbudowane wokół zwycięskich supermocarstw – Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Pod dominacją radziecką znalazły się państwa Europy środkowo-wschodniej, co owocowało ustanowieniem tam rządów partii komunistycznych. W zachodniej Europie systemy demokratyczne funkcjonowały dobrze – poza jedynym wypadkiem antydemokratycznego zamachu stanu w Grecji (1967) i ustanowieniem tam na kilka lat (1967-74) dyktatury wojskowej. W roku 1974 upadła dyktatura portugalska a w 1975 rozpoczął się proces negocjowanej demokratyzacji w Hiszpanii. Pod koniec lat osiemdziesiątych liberalna demokracja triumfowała w większości państw europejskich , w obu Amerykach, w części Azji (zwłaszcza w Indiach, Japonii, Izraelu) i w niektórych państwach afrykańskich. Ostatnie dziesięciolecie XX wieku przyniosło bezkrwawe zwycięstwo demokracji w dawnym bloku państw socjalistycznych W latach osiemdziesiątych nastąpiła demokratyzacja niemal wszystkich państw latynoamerykańskich. Triumf liberalnej demokracji wydawał się zapewniony.
A potem pojawiły się symptomy drugiego kryzysu liberalnej demokracji, różniącego się się od pierwszego pod trzema względami.
Po pierwsze: obecny kryzys demokracji nie wyraża się on w zagarnięciu przemocą władzy przez siły antydemokratyczne, lecz w pokojowym, wykorzystującym mechanizmy demokratyczne przebudowywaniu systemu politycznego w kierunku autorytarnym.
Po drugie: obejmuje państwa, gdzie demokracja liberalna ukształtowała się stosunkowo niedawno (głównie po zakończeniu „zimnej wojny”) i pozostawia poza swym zasięgiem państwa o dłuższej historii rządów demokratycznych. Te ostatnie stają przed wyzwaniem, jakim są populistyczne i nacjonalistyczne ruchy typu Frontu Narodowego we Francji czy Alternatywy dla Niemiec w RFN, ale nic nie wskazuje na to, by siły te były w stanie zdobyć władzę. Nawet tam, gdzie autorytarni politycy zdobywają stanowiska państwowe (jak Donald Trump w USA), system demokratyczny jest dostatecznie silny, by zapobiec ustanowieniu rządów autorytarnych.
Po trzecie: istnieje w Europie wspólnota państw demokratycznych – Unia Europejska – zdolna w dość znacznym stopniu hamować zakusy autorytarne w państwach członkowskich i zniechęcać do autorytaryzmu państwa ubiegające się o wejście do Unii. Nie zawsze jest to skuteczne, o czym świadczy przykład autorytarnego reżymu węgierskiego, ale nie jest też pozbawione konsekwencji, co pokazuje hamujący wpływ Unii Europejskiej na demontaż państwa prawnego w Polsce po 2015 roku.
Obecny kryzys demokracji liberalnej dotyczy najsilniej państw, gdzie zmiany demokratyczne pojawiły się dopiero pod koniec zimnej wojny lub o jej zakończeniu. Nie spełniły się nadzieje na ustanowienie systemu liberalnej demokracji w Rosji i w większości państw dawnego ZSRR, a powstały w to miejsce system prezydenckiej „suwerennej demokracji” w Rosji stanowi dla wielu państw powstałych z rozpadu ZSRR atrakcyjne rozwiązanie alternatywne w stosunku do liberalnej demokracji. Wśród państw pokomunistycznych, które przyjęte zostały na początku tego stulecia do Unii Europejskiej, najdalej w kierunku ustanowienia i konsolidacji systemu autorytarnego zaszły Węgry i – choć nie tak konsekwentnie – Polska. Nacjonalizm i nowy autorytaryzm znajduje także wyraz w polityce liczących się ugrupowań i polityków w Czechach, Bułgarii, Rumunii i Słowacji, a także w aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej Albanii, Kosowie i Serbii. Problem nie ogranicza się jednak do byłych państw komunistycznych . Rozczarowanie rządami demokratycznymi prowadzi w wielu państwach demokratycznych do powstawania stosunkowo silnych ruchów populistycznych najczęściej o prawicowym i nacjonalistycznym obliczu. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA, a także powrót do władzy polityków wywodzących się z dawnych dyktatur wojskowych w Chile i Brazylii wskazują na to, że problem nie ogranicza się do Europy i ma zasięg światowy.
Czy oznacza to, że demokracje umierają? Odpowiedź twierdząca na to pytanie może dotyczyć tylko części istniejących obecnie demokracji. Z analizy historyczno-porównawczej wyłania się wyraźny obraz: demokracje nie upadają tam, gdzie mają za sobą co najmniej okres, życia dwóch pokoleń (czyli 60-70) lat. Nie ma ani jednego przykładu historycznego świadczącego o tym, ze „stare demokrację” umierają. To paradoks: inaczej niż wśród ludzi, to właśnie organizmy młode są najbardziej narażone na przedwczesny zgon.
Wynika to ze znaczenia, jakie dla utrzymania demokracji ma kultura polityczna – zespół norm i wartości, które wymagają czasu, by stały się jak skała, na której zbudowany gmach demokracji jest nie do obalenia. Póki tego nie ma – a być nie może tam, gdzie demokracja jest doświadczeniem stosunkowo niedawnym – zwycięstwo sił autorytarnych jest wciąż możliwe.
Możliwe – ale nie nieuchronne. Historia poprzednich kilkudziesięciu lat pokazała, jak upadają reżymy autorytarne. Czas obecny pokaże, czy i jak potrafią obronić się demokracje tam, gdzie autorytaryzm zajrzał im w oczy. Wymaga to zrozumienia powagi sytuacji, ale także gotowości obrony demokracji – często ponad podziałami, które nieraz dzielą jej zwolenników.

Imitacyjny autorytaryzm i jego perspektywy

Paradoksem obecnej polityki polskiej jest to, że bardzo intensywnej rusofobii, której podporządkowana jest polska polityka wschodnia, towarzyszy wyraźna tendencja do naśladowania rosyjskiej wersji elekcyjnego autorytaryzmu w polityce wewnętrznej.

Kierunek zmian zachodzących w polskiej polityce od 2015 roku wyraźnie przypominają to, co dzieje się w Rosji od roku 2000, gdy po nieudanej prezydenturze Borysa Jelcyna władze przejął Włodzimierz Putin. Z lat mojej wczesnej młodości pamiętam okres podobnego naśladowania wzorów obcych (wtedy radzieckich) w Polsce po 1948 roku. Wtedy wynikało to z dwóch powodów: zależności Polski od ZSRR i fanatyzmu przedwojennych komunistów, w większości postrzegających system radziecki jako wzór do naśladowania. Wtedy jednak w ramach PZPR przebijał się, acz z trudem, nurt patriotyczny i reformatorski, którego dziełem w 1956 roku było zerwanie ze stalinowską ortodoksją i próba realizowania „polskiej drogi do socjalizmu”.

Podobieństwa obu systemów widoczne są w czterech podstawowych dziedzinach.

Po pierwsze: tak w Rosji, jak i w Polsce dokonuje się proces koncentracji władzy w ręku jednej partii, która zdobywszy władzę w wyniku wyborów systematycznie podporządkowuje sobie nie tylko cały aparat państwowy, ale także środki masowego przekazu (w tym zwłaszcza telewizję publiczną), prokuraturę i sądownictwo. W procesie tym rządzący stawiają przede wszystkim na polityczną dyspozycyjność awansowanych kadr, często kosztem ich zawodowych kompetencji.

Po drugie: w obu państwach prawdziwa władza skupiona jest w ręku jednego człowieka, w stosunku do którego inni dygnitarze państwowi odgrywają jedynie rolę wykonawców. W Rosji jest to o tyle mniej rażące, że przywódca jest wyposażonym w znaczne uprawnienia prezydentem, podczas gdy w Polsce jest jedynie wszechwładnym szefem rządzącej partii.
Po trzecie: w obu państwach rządzący pielęgnują ścisłe związki władzy państwowej z najsilniejszym kościołem i odwołują się do zasad religijnych dla umocnienia swej władzy. W obu także odwołują się do ideologii narodowej i do poczucia rzekomego zagrożenia ze strony zagranicy.
Po czwarte wreszcie: w obu państwach dokonuje się proces wykorzystywania wpływów politycznych dla umacniania pozycji ludzi władzy w sferze gospodarki, czego oczywistą konsekwencja jest proces wytwarzania się nowej warstwy uprzywilejowanej, dla której źródłem bogacenia się jest polityka.

Podobieństwa te nie powinny jednak przesłaniać istotnych różnic, które powodują, że polska wersja „naśladowczego autorytaryzmu” jest znacznie słabsza i mniej ustabilizowana niż jej rosyjski oryginał. Jest tak z kilku powodów.

Pierwszym jest siła tradycji demokratycznej w Polsce, co powoduje, że nastawienia autorytarne, choć ostatnio rosnące w siłę, są bez porównania słabsze niż w Rosji. Jest to konsekwencja historii – zarówno dawniejszej, jak i stosunkowo niedawnej. To w Polsce Ludowej pojawił się masowy ruch demokratycznej opozycji i to w Polsce Ludowej w rządzącej istniał stosunkowo silny prąd reformatorski. Również proces wychodzenia z systemu państwowego socjalizmu był w Polsce znacznie bardziej demokratyczny niż w Rosji, gdyż jego kluczowym momentem były negocjacje „okrągłego stołu”, nie bez powodu uważane w całym świecie za udany przykład „deliberatywnej demokracji”.

Druga różnica polega na tym, że rządzący Federacją Rosyjską Władimir Putin może wykazać się znaczącymi sukcesami w polityce wewnętrznej i zagranicznej, czego nie da się powiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim. Putin objął władzę, gdy gospodarka rosyjska była w stanie daleko posuniętego rozkładu i gdy trwała druga wojna czeczeńska. Zdołał rozwiązać oba te problemy. Jego popularność ogromnie wzrosła po przyłączeniu do Rosji Krymu, o czym świadczą nie tylko badania socjologów (w tym zwłaszcza moskiewskiego centrum socjologii i psychologii polityki kierowanego przez Helenę Szestopal), ale także wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Pięć lat rządów Prawa i Sprawiedliwości żadnymi porównywalnymi efektami nie może się wykazać.

Trzecia różnica wynika z innej sytuacji międzynarodowej obu państw. W Rosji hasło „wstawania z kolan”, dążenie do przeciwstawienia się światowej hegemonii USA i temu kierunkowi integracji europejskiej, który pozostawia Rosję poza jednocząca się Europą, trafiają na podatny grunt, gdy z Rosjanie nie bez powodu postrzegają własne państwo jako mocarstwo światowej, jednego z głównych zwycięzców drugiej wojny światowej. Nie jest winą Jarosława Kaczyńskiego, że w Polsce tak historia, jak i obecny potencjał, czynią politykę „wstawania z kolan” i przeciwstawiania się Unii Europejskiej żałosną karykaturą. Jest natomiast jego winą to, że w dla wewnętrznych (zresztą iluzorycznych) korzyści politycznych zatruwa myślenie Polaków o zewnętrznym świecie.

Czwarta różnica polega na tym, że opozycja w Polsce jest bez porównania silniejsza niż w Rosji. W ostatnich wyborach parlamentarnych padło na nią niemal milion głosów więcej niż na rządzącą Zjednoczoną Prawicę i jedynie podział opozycji (przy obowiązującym systemie d’Hondta) zapewnił kontynuacje rządów PiS. W Rosji nie do pomyślenia jest, by – jak w Polsce – we wszystkich wielkich miastach rządziły partie demokratycznej opozycji.
Piąta wreszcie różnica polega na jakości przywództwa. Putin jest najbardziej popularnym politykiem rosyjskim, Kaczyński należy do najmniej popularnych polityków polskich. Dla trwałości systemu autorytarnego jest to różnica zasadnicza.

Wszystko to powoduje, że wtórny, naśladowczy autorytaryzm polski stoi na niepewnych nogach. Polska nie musi naśladować Rosji, choć powinna dążyć do zbudowania z nią normalnych, wolnych od wrogości stosunków dobrego sąsiedztwa.