Kryzys władzy autorytarnej?

Na kilka dni przed inauguracją nowej kadencji Sejmu i Senatu pojawiły się zaskakujące symptomy nadciągającego kryzysu polskiej wersji „nowego autorytaryzmu”.

Odtrąbione jako zwycięstwo „Prawa i Sprawiedliwości” październikowe wybory, choć przyniosły porażkę demokratycznej opozycji, okazują się bardziej początkiem końca niż fundamentem przyszłych sukcesów ustanowionej w 2015 roku władzy.
Pierwszym sygnałem niepokojącym z punktu widzenia rządzącej partii symptomem nadciągającego kryzysu jest fiasko intensywnie czynionych prób przeciągnięcia na jej stronę senatorów opozycyjnych. Pamiętamy, ze po zeszłorocznych wyborach samorządowych „Prawo i Sprawiedliwość” zdołało znacząco poprawić swoją pozycję w sejmikach wojewódzkich przeciągając na swoją stronę bezpartyjnych samorządowców, czy też kupując za stanowisko wicemarszałka jednego ze śląskich radnych. Teraz też tego próbowano, ale bez powodzenia. Jest to, rzecz prosta, konsekwencja wyższych standardów moralnych obecnych senatorów, ale w jakiejś mierze także tego, że stosunkowo słaby wynik uzyskany przez PiS zniechęca do wiązania się z tą formacją. Jaki bowiem sens miałoby wsiadanie do statku zmierzającego ku mieliźnie?
Drugim sygnałem kłopotów obozu rządzącego jest wybijanie się na względną niezależność sojuszników PiS: „Solidarnej Polski” a zwłaszcza „Porozumienia”. Wicepremier Gowin sygnalizuje, że jego posłowie nie poprą zmiany w ustawie znoszącej limit poboru składek ZUS od najlepiej zarabiających. Niezależnie od tego, czy zmiana ta byłaby słuszna weto zadeklarowane przez koalicjanta godzi w politykę budżetową rządu i musi być odczytane jako niebezpieczny sygnał na przyszłość.
Zwłaszcza, że w parze z tym idzie trzeci sygnał: dziwne manewry wokół osoby prezesa NIK. Okazuje się, że powołane do tego służby o podejrzanych operacjach finansowych byłego ministra finansów Banasia wiedziały już na początku tego roku. Czy celowo nie informowały o tym premiera? Jeśli nie był to po prostu przejaw skrajnej niekompetencji, nasuwa się przypuszczenie, że komuś zależało na tym, by Mateusz Morawiecki znalazł się w kłopotliwej i osłabiającej go sytuacji. A jeśli tak, to tym kimś musiał być wpływowy polityk obozu władzy.
Czwartym sygnałem jest ujawnienie zamiaru wybrania do Trybunału Konstytucyjnego dwójki szczególnie skompromitowanych byłych posłów Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Ktoś, kto wpadł na ten pomysł, musi wiedzieć, że stawia Andrzeja Dudę w bardzo niezręcznej sytuacji. Jeśli ta dwójka zostanie wybrana, prezydent stanie przed niewygodną alternatywą: przyjąć od nich ślubowanie czy przyjęcia odmówić. Nie będzie mógł się zasłonić tym, że Konstytucja nakłada na niego obowiązek przyjęcia ślubowania, gdyż sam stworzył groźny precedens odmawiając przyjęcia ślubowania od legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2015 roku. Jeśli zaś przyjmie ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza, da wspaniały prezent opozycji, która będzie mogła wykorzystać to w kampanii prezydenckiej. I znów nasuwa się pytanie: czy jest to bezmyślność, czy świadome działanie na szkodę Andrzeja Dudy, który ma w obozie rządzącym nie tylko przyjaciół.
Są to sygnały nadciągających problemów wewnętrznych, które zaczynają osłabiać obóz rządzący. Towarzyszą im coraz poważniejsze prognozy ostrzegawcze mówiące o niedopinaniu się budżetu i wysoce prawdopodobnym pogorszeniu koniunktury gospodarczej. Dotychczasowa polityka gospodarczo-społeczna PiS opierała się na optymistycznym założeniu, że dobra koniunktura trwać będzie bardzo długo i że budżet państwa poradzi sobie z rozbuchanymi inicjatywami, nie tylko socjalnymi, ale także inwestycyjnymi, wśród których prym wiedzie księżycowy pomysł budowy wielkiego lotniska, które miałoby skutecznie rywalizować z Frankfurtem. To nieźle grało w czasie kampanii wyborczej, ale teraz zbliża się moment, gdy trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z realiami ekonomicznymi. Te zaś nie podlegają woli wszechwładnego Prezesa.
Wszystko to oznacza, że polityka polska nie jest tak przewidywalna, jak można było sądzić w wieczór wyborczy.
Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja polityczna zależy nie tylko od kondycji obozu rządzącego. Jak w nowej sytuacji będzie sobie radziła opozycja? Czy potrafi wykorzystać słabości obozu rządzącego i przeciwstawić im mądrą, atrakcyjną alternatywę? Jest to możliwe i wysoce prawdopodobne, ale tylko pod warunkiem, że przywódcy tej opozycji zrozumieją, dlaczego ponosili kolejne porażki i wyciągną z tego trafne wnioski. To nie jest sprawa partyjnego interesu opozycji. Tu idzie o interes Polski, o jej system demokratyczny, o jej godne i bezpieczne miejsce we wspólnocie państw demokratycznych.

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbána na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdoğana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.
Car Wołodia
Ale Putin jawi się też w zachodnich mediach jakby był najpotężniejszym człowiekiem planety. Jakby samowładnie pociągał za sznurki na całym świecie, nie wyłączając największych mocarstw. Polityczni i medialni zarządcy status quo wszędzie pokazują nam macki Putina. To on wybrał Amerykanom Donalda Trumpa na prezydenta (garścią marginalnych memów na Facebooku); to on o mało nie wybrał Francuzom Marine Le Pen (i jeszcze dopnie swego); to on podpuszcza „żółte kamizelki”, żeby robiły zawieruchy na ulicach francuskich miast; to on stoi za katalońskim separatyzmem; to on stoi za Salvinimi; to on stoi za Assange’em; to on stoi za Kaepernickiem; to on (a nie na przykład dominacja zaciskających wszystkim pasa Niemiec) odpowiada za groźbę rozpadnięcia się Europy; to on nam zagraża, kiedy Trump zrywa międzynarodowe traktaty. Putin zapewne w najśmielszych swoich snach nie fantazjuje nawet o potędze, jaką przypisują mu niektórzy jego „krytycy”.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę wyraża się także w tym, że jak w przypadku żadnego innego politycznego przywódcy naszych czasów, jego wizerunek zrósł się w jedną całość z wizerunkiem państwa, na którego czele stoi. Putin to Rosja a Rosja to Putin (i nic więcej!) – w stopniu, dla którego trudno znaleźć we współczesnej politycznej wyobraźni coś podobnego. Nawet Erdoğan nie utożsamił się jeszcze z Turcją do tego stopnia. Dominująca narracja każe nam przyjmować jako oczywiste założenie, że Putin jest samodzielnym i bez mała jedynym autorem współczesnego porządku politycznego Rosji – to wszystko jest jego projekt, jego dzieło, i jego wyłącznie.
Ten ostatni wymiar wyolbrzymionego miejsca Putina we współczesnej wyobraźni politycznej Zachodu stanowi punkt wyjścia dla znakomitej książki Tony’ego Wooda „Russia Without Putin : Money, Power and the Myths of the New Cold War” (Rosja bez Putina: Pieniądze, władza i mity nowej zimnej wojny), wydanej w zeszłym roku przez londyńsko-nowojorskie wydawnictwo Verso. Wood zaczyna od wykazania, że Putin był produktem oligarchicznego systemu, który wykształcił się na gruzach upadającego ZSRR w warunkach chaosu pod rządami Borysa Jelcyna. Przekonuje, że to mit, jakoby Putin przywrócił zamordyzm w sowieckim stylu wraz z ekonomicznymi ingerencjami państwa w gospodarkę, zrywając z jelcynowskim karnawałem liberalnej demokracji i wolnego rynku. Putin był przecież przez Jelcyna wskazany, w zasadzie mianowany na swojego następcę – i zrewanżował mu się za to dożywotnim immunitetem. Putin nie zniósł utworzonego za Jelcyna porządku, Putin go skonsolidował i ustabilizował, przywracając ramę silnego państwa rozpiętą nad interesami oligarchów (jelcynowska słabość państwa groziła przecież w dłuższej perspektywie także ich interesom i pozycji). Może i poświęcił po drodze jakiegoś Chodorkowskiego, ale było to elementem procesu wytyczania nowych reguł gry i odzyskiwania przez państwo społecznej legitymizacji, szacunku zwykłych Rosjan. Za rządów Putina (dzięki rosnącym dochodom z ropy) państwo to zaczęło znowu spełniać choćby tak podstawowe oczekiwania społeczne jak wypłacanie wynagrodzeń i emerytur w terminie.
Jelcyn i Putin
Opozycja między liberalnym Jelcynem a autorytarnym Putinem również jest z gruntu fałszywa. Rosja Putina oczywiście jest książkowym przypadkiem „demokracji nieliberalnej” albo „imitacyjnej”, w której formalne pozory demokratycznych procedur nigdy nie zagrażają obozowi władzy, a opozycja i mniejszości funkcjonują w warunkach stale zagrożonych praw, ale to Jelcyn, nie Putin, wytoczył czołgi na Dumę, to Jelcyn, nie Putin, utrzymał się u władzy na drugą kadencję, dzięki gmeraniu obcego (amerykańskiego) rządu i jego agencji w rosyjskich wyborach. Nie tylko Rosjanie, których codzienny byt uzależniony jest od państwowych rent i emerytur, ale nawet radzący sobie ekonomicznie Rosjanie z klasy średniej, którzy cenią „liberalne” wolności, niekoniecznie porównują ich jakość z Finlandią czy Szwajcarią. Jak zwraca uwagę Stephen F. Cohen , znawca Rosji piszący m. in. dla lewicowego amerykańskiego „The Nation”, dla wielu Rosjan przedmiotem porównania jest raczej to, co znają z własnej, rosyjskiej historii. W Rosji Putina opozycyjna czy zbuntowana kultura jest marginalizowana, odcinana od publicznych funduszy, ale książki są bez problemu wydawane, filmy i muzyka i tak powstają (wielki rynek w narodowym języku pomaga) i tylko nieliczni artyści (jak Pussy Riot) spotykają się z realnymi, pokazowymi represjami. To oczywiście źle, że ktokolwiek się z nimi spotyka, nie można tego lekceważyć, ale dla wielu Rosjan znaczenie ma raczej to, czy jest pod tym względem lepiej czy gorzej niż wcześniej, a nie, że jest gorzej niż w Szwecji, bo tak jak w Szwecji w Rosji nigdy nie było.
Jednym z głównych wątków zachodniego dyskursu demonizującego Putina są zabójstwa krytycznych dziennikarzy, jakoby na zlecenie samego władcy Kremla. Cohen zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, dokładnie tyle samo dziennikarzy, po 41, zostało zamordowanych pod rządami Jelcyna (tylko dwie kadencje), co przez cztery kadencje rządów Putina. Nawet to stanowiłoby więc jakąś poprawę w stosunku do epoki przed Putinem, przy założeniu, że odpowiedzialność Putina za wszystkie przypisywane mu zabójstwa dziennikarzy byłaby pewna. Po drugie bowiem te zarzuty opierają się jednak na spekulacjach i na założeniu, że to jest przecież „oczywiste”. Samo to, że dziennikarz ginie pod rządami tego czy innego prezydenta, nie wystarczy za dowód, że to na jego zlecenie. Cały świat traktuje przypadek Anny Politkowskiej, jakby odpowiedzialność Putina za jej śmierć była pewnikiem, jakby ktoś ją udowodnił – tymczasem jej koledzy z redakcji utrzymują, że była to raczej robota czeczeńska.
W oligarchicznym, dzikim rosyjskim kapitalizmie Kreml nie jest jedynym ośrodkiem władzy i interesu. Kreml nie jest jedyną instancją władzy, której krytyczni dziennikarze zachodzą za skórę. Istnieje jeszcze coś takiego jak władza ekonomiczna, w Rosji niezwykle skoncentrowana i przyzwyczajona do tego, że dostaje to, czego chce. W okresie rozpadu Związku Radzieckiego i neoliberalnej grabieży majątku narodowego nie tylko byli agenci KGB posuwali się do przemocy, usuwając niewygodnych sobie ludzi. To samo robiły zorganizowane grupy przestępcze oraz, last but not least, rywalizujący, rosnący w siłę oligarchowie. Wszyscy przecież o tym czytaliśmy w latach 90. ubiegłego wieku. Pomysł, że te grupy nagle o takich sposobach realizacji swoich interesów zapomniały, gdy tylko Putin doszedł do władzy, i serio oddały mu monopol na przemoc, albo że nagle wyłączyły z grona dopuszczalnych „targetów” zlecanej przez siebie przemocy akurat dziennikarzy, jest niepoważny.
Putin i świat
Ważne miejsce w książce Tony’ego Wooda zajmuje krytyka mitów dotyczących rosyjskiej polityki międzynarodowej pod rządami Putina. Wood nie wierzy, że Putin wkroczył do gabinetów Kremla z wielkim strategicznym planem odbudowy Rosji jako imperium, którego macki rozejdą się po całej planecie, i od tamtego czasu wizję tę przebiegle i konsekwentnie realizuje (aż obsadził swoją marionetkę w Białym Domu, jak chce najbardziej niedorzeczna wersja tej fantazji).
Upadek ZSRR pociągnął za sobą dobrowolną demilitaryzację Rosji, którą trudno porównać z czymkolwiek w nowożytnej historii. Rosja we wczesnym stadium neoliberalnej transformacji zredukowała swoje wydatki zbrojeniowe o 95 procent. Ambicją rosyjskiej klasy politycznej – w tym samego Jelcyna – było, aby Rosja, jeśli tylko zrzuci pancerz i wypluje zęby, a potem wykaże się jako wzorowy uczeń globalnych instytucji neoliberalizmu, została przyjęta w szeregi „wolnego świata”. Marzeniem było zbliżenie i integracja z Zachodem, nie wyłączając NATO. Prozachodni paradygmat Kremla wcale się nie zmienił wraz z przejęciem władzy przez Putina. Przez pierwsze dwie kadencje Putin poruszał się po świecie, spoglądając przez takie same okulary. Dopiero u władzy do Putina i jego administracji zaczęło powoli docierać, że rosyjska miłość do Zachodu jest uczuciem nieodwzajemnionym. Że rozszerzenie NATO o byłe państwa Bloku Wschodniego (w tym trzy byłe republiki radzieckie), wbrew obietnicom dawanym przez Billa Clintona Gorbaczowowi, że nic takiego nie nastąpi, było obliczone jako posunięcie skierowane przeciwko Rosji. Że pragnieniem Zachodu, wcielonego m.in. w NATO i Unię Europejską, jest pogłębianie marginalizacji Rosji, dystansu od niej, jej osłabianie, jej osaczanie przez podsuwanie coraz bliżej jej granic oddziałów US Army, aż po instalowanie u władzy neonazistów tuż pod rosyjskimi granicami, w kraju, którego ogromna część populacji czuje się kulturowo powiązana z Rosją (Ukraina).
Wbrew antyrosyjskiej propagandzie przedstawiającej działania Putina jako wielki, demoniczny plan przejęcia kontroli nad światem, Wood przekonuje, że działaniami Putina nie kieruje żaden dalekosiężny plan. Putin podejmuje raczej nerwowe, nierzadko zdesperowane kroki w reakcji na rozwój międzynarodowych wydarzeń. Wyznacza je krótkoterminowa perspektywa potrzeby niezwłocznego odwrócenia lub choć zatrzymania postępującego od lat procesu utraty przez Rosję gruntu pod nogami – powiedzenia Zachodowi basta!, zanim będzie za późno. To dlatego rachunek zysków i strat asertywnych, a czasem aroganckich posunięć ostatnich lat jest dla Rosji co najmniej niejednoznaczny, niekiedy nawet (Ukraina) z przewagą strat – wizerunkowych, dyplomatycznych i ekonomicznych.
Oceniając międzynarodowe zachowanie Rosji, nie wystarczy ograniczać się do intelektualnej łatwizny, że prawicowy polityk napina imperialne muskuły na zewnątrz, żeby utrzymać społeczne poparcie wewnątrz kraju. Trzeba sobie zadawać pytanie, czy Zachód pozostawił Putinowi jakiś większy wybór. Oddanie bez walki swoich interesów to nie jest opcja atrakcyjna i gdyby Rosją rządził nie prawicowy Putin a jakiś, powiedzmy, rosyjski Lula, to niewykluczone, że musiałby zachowywać się dziś podobnie. (Nie każdy to dzisiaj pamięta, ale w otoczonej przez amerykańskie bazy i instalacje wojskowe Brazylii Lula prowadził politykę zdecydowanej ekspansji sił zbrojnych, podsuwał wojsko pod granice Kolumbii i Paragwaju, itd.). Trudno się dziwić przywódcy państwa, że broni interesów tego państwa, a samo to, że jest to odpychający dla nas przywódca prawicowy, nie wystarczy, by unieważnić wszystkie racje tego państwa. Przynajmniej tak długo, jak długo żyjemy w systemie państw narodowych.
Putin i „mieszanie się”
Rosja Putina ma, oczywiście, swoje na sumieniu, jeśli chodzi o „mieszanie się” w sprawy innych państw w systemie państw narodowych. Ale i tutaj trzeba zadawać co najmniej dwa pytania. Pierwsze: co tu jest akcją, a co reakcją? Drugie: czy Rosji Putina nie obrywa się jednak w nieproporcjonalnym stopniu? Tak jakby to wyłącznie Putin, sam jeden, zaburzył system, w którym, dopóki Rosja nie anektowała Krymu, wszyscy przestrzegali reguł gry (respektowali suwerenność i integralność innych państw). Przy okazji amerykańskich wyborów w 2016 profesor prawa międzynarodowego Richard Falk pisał na temat rosyjskiego „mieszania się”, że jeśli Moskwa dysponowała wiedzą, że dojście do władzy Hillary Clinton groziło eskalacją napięć z Rosją, to miała podstawy próbować temu zapobiec. W końcu nikt nie zrobił więcej niż USA, żeby zniszczyć zasadę wzajemnego szacunku państw dla swojej suwerenności.
Słyszeliśmy ostatnio o rosyjskich pieniądzach zasilających europejską populistyczną i skrajną prawicę (Strachego w Austrii, Salvininiego we Włoszech). Jak poważna by ta sprawa nie była, trzeba zachowywać proporcje. Po pierwsze, i tutaj mamy najpewniej do czynienia z tym samym, co zdiagnozował Wood: działaniem głęboko reaktywnym, motywowanym krótką perspektywą, próbą zrobienia czegokolwiek. Chwytaniem okazji, kiedy ta już się pojawiła – bardziej niż tworzeniem jej od podstaw. Okazji podgrzania napięć pomiędzy państwami Zachodu w odpowiedzi na fakt, że jedność Zachodu jest od dawna jednością przeciw (między innymi) Rosji. Putin nie tylko nie ma żadnego wielkiego, makiawelicznego planu, ale usiłuje nadgonić stracony czas. Poważne dochodzenia dają podstawy zakładać, że rosyjskie pieniądze w europejskich kampaniach politycznych to drobniaki w porównaniu z ich głównym źródłem, i na pewno nie odpowiadają za ich sukcesy. Głównym i od dawna źródłem finansowania europejskiej skrajnej prawicy są bowiem szemrane pieniądze pochodzące z najbardziej reakcyjnych kręgów oligarchii amerykańskiej, i w tym wypadku z całą pewnością możemy mówić o długofalowym, od lat rozwijanym projekcie. Putin być może więc strzela sobie na dłuższą metę w stopę, bo populistyczna prawica na finansowej smyczy Amerykanów prędzej czy później będzie musiała opowiedzieć się przeciwko Rosji, i być może to jest to, co ją kiedyś zjednoczy ponad poszczególnymi nacjonalizmami.
Putin na Bliskim Wschodzie
Rosja przedstawiana jest jak agresor nawet tam, gdzie pojawiła się ze swoimi siłami na prośbę legalnego rządu suwerennego państwa – czyli w Syrii. Rosję systematycznie odmalowywano, jakby była najbrutalniejszym uczestnikiem wojny z Państwem Islamskim et consortes (bombardowanie wschodniego Aleppo), w rażącym kontraście z milczeniem, jakie otaczało amerykańskie bombardowania również znajdującego się pod kontrolą dżihadystów irackiego Mosulu. Tak, jakby fanatyczne siły neośredniowiecza można było pokonać, rzucając kwiaty zamiast bomb. Tak jakby alternatywa – pozostawienie połowy Aleppo i innych miast pod rządami obłąkanych salafickich fanatyków, którzy mieszkańców tamtych dzielnic i miast więzili jako żywe tarcze – była aktem humanitaryzmu. W Syrii to Rosja Putina stanęła po lepszej stronie historii – z całą pewnością mniej złej, z dwóch liczących się w tej wojnie. Powstrzymała osunięcie się kolejnego arabskiego państwa w otchłań chaosu, który stamtąd rozprzestrzeniałby się dalej. Przez cały ten czas większość z nas nie dowiedziała się nigdy z telewizji, że syryjskie siły rządowe i siły rosyjskie, dokonywały systematycznych ewakuacji cywilnej ludności wschodniego Aleppo – to znaczy tych, którym udało się wydostać z wielkiego więzienia, w jakie obrócili je salafici.
Jest taki odruch na części polskiej lewicy, że każdy, kto w jakimś sporze między mocarstwami wskaże racje Rosji, jest z automatu wyśmiewany, że wierzy w „rosyjski antyimperializm” albo wyznaje „kampizm”. Mamy przecież do czynienia z konfliktem imperializmów i powinniśmy się od nich tak samo odcinać. Jest to stanowisko malowniczo radykalne, ale czasem w postmodernistyczny sposób odklejone od rzeczywistości. A co, jeśli któraś ze stron mówi prawdę, nawet jeśli tylko dlatego, że akurat zgadza się ona z jej interesami? Mamy się od prawdy odcinać tak samo jak od kłamstwa, bo wygłasza ją jeden z rywalizujących imperializmów? Czy jeżeli przyjmiemy, że Związek Radziecki prowadził własną imperialną politykę, to znaczy, że od jego krytyki amerykańskiej inwazji na Wietnam należało się odcinać tak samo, jak od amerykańskiej inwazji na Wietnam? Że i inwazja i jej krytyka były takim samym złem, bo stały za nimi dwa imperializmy?
W Syrii prawda i fałsz zderzyły się w sposób, który jednocześnie rzuca światło na funkcje, jakie w zachodniej propagandzie pełni dziś demonizacja Putina jako globalnego geniusza zła. W toku wojny syryjskiej, dla ściemy zwanej „domową”, miała miejsce sekwencja rozrzuconych w czasie, ale bardzo podobnych, „ataków bronią chemiczną”. W żaden sposób nie opłacały się rządowi Baszszara al-Asada, a jednak wszystkie mocarstwa zachodnie i ich tuby propagandowe (od CNN i New York Timesa po BBC i Guardiana) łączyły się w przekonaniu o niezbitych dowodach odpowiedzialności rządu w Damaszku. Kreml natomiast łączył się z Damaszkiem w opozycji do tych twierdzeń. Każdy, kto na dominującą narrację reagował pytaniami, proponował sceptycyzm, krytycyzm, prosił o dowody (jakim cudem zapomnieliśmy wszyscy tak szybko „iracką broń masowego rażenia”?) był dyskredytowany jako szpion lub pożyteczny idiota Putina. Dziś jednak coraz więcej przemawia za tym , że to wersja Moskwy i Damaszku od początku była prawdziwa. Że były to operacje pod fałszywą flagą obliczone na sprowokowanie otwartej amerykańskiej inwazji przeciwko siłom Baszszara al-Asada, a w ostatnim przypadku być może nie było nawet żadnego ataku a jedynie propagandowa inscenizacja wideo. Jednak odbiorcy mediów głównego nurtu mogą tego do dziś nie wiedzieć, podobnie jak tego, że dla mieszkańców Aleppo syryjsko-rosyjska operacja odbicia wschodniej części miasta była tego miasta wyzwoleniem.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę i sprowadzanie każdej kwestii politycznej i geopolitycznej do pytania „co na to Putin?”, albo kiwania głową, że „tylko Putin tak twierdzi”, służy dyskredytowaniu i uciszaniu wszystkich głosów, które mogłyby zagrażać planom i posunięciom zachodniej klasy oligarchów.
Putin i wywrotowcy
Tak to działa nie tylko w sprawach wojny, „zbrojnych interwencji” i innych form agresji na arenie międzynarodowej. Taki sam mechanizm działa w polityce wewnętrznej poszczególnych państw bloku atlantyckiego. Każdemu, kto wychyla się poza neoliberalne „skrajne centrum”, niezależnie od tego, w którą stronę, dostaje się w pewnym momencie, że działa na zlecenie, za pieniądze lub jest pożytecznym idiotą Putina. Od Marine Le Pen po Jean-Luca Mélenchona i „żółte kamizelki”, od lewicowych katalońskich separatystów po włoskich neonazistów (nawet kiedy faktyczne powiązania mają w antyrosyjskich kręgach na Ukrainie). To dlatego obsesja na punkcie Putina łączy wszędzie tak szerokie spektrum dominujących mediów i partii politycznych poza tym między sobą rywalizujących, zwalczających się nawet; (neo)liberałów z (neo)konserwatystami; PO z PiS; amerykańskich Demokratów z Republikanami. Tak, nawet ich. Wbrew pozorom zażartego sporu, Republikanie wcale nie zwalczają Russiagate, oni ją pośrednio podtrzymują, bo jest im na rękę. Jak od początku tej afery przekonywali lewicowi komentatorzy, od wybitnego historyka Grega Grandina po dziennikarza Aarona Maté: Russiagate odwraca uwagę od realnych politycznych posunięć administracji Trumpa, zwłaszcza organizowanej przez nią kolejnej fali transferu bogactwa ku szczytowi drabiny społecznej, a jeżeli jej propagatorzy niczego solidnego nie udowodnią (a nigdy nie udowodnią, bo Russiagate jest niepoważną teorią spiskową), ostatecznie umocnią Trumpa i pomogą mu w reelekcji.
We Francji insynuacje o putinowskich inspiracjach „żółtych kamizelek” mają dyskredytować jakiekolwiek formy sprzeciwu wobec neoliberalnej „myśli jedynie słusznej” administracji Macrona, przymuszać do przekonania, że alternatywy jak nie było, tak nie ma. W Hiszpanii pierdoły o rosyjskich powiązaniach katalońskich separatystów mają za zadanie zagłuszać antyneoliberalny, demokratyczny impuls kierujący większością Katalończyków. W całej Europie wyolbrzymione legendy o mackach Putina niszczących „europejską wspólnotę” mają odwracać uwagę od tego, kto i czym naprawdę ją zarzyna: Niemcy, kontrolując „wspólną” walutę i zaciskając wszystkim pasa. Na całym Zachodzie złowieszcze spojrzenie Putina ma przyciągać uwagę zaniepokojonych demontażem demokracji społeczeństw, by zapomniały patrzeć tam, gdzie ten montaż naprawdę się odbywa. Że ryba (liberalna demokracja) psuje się od głowy (od centrum kapitalistycznego systemu-świata).
Putin i degeneracja demokracji
Tak, Rosję Putina charakteryzuje daleko posunięty autorytaryzm, ale trudno byłoby wykazać, że dramatycznie większy niż dwadzieścia lat temu. We Francji, Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii wykazać coś takiego byłoby natomiast całkiem łatwo. Trudno byłoby jednak wykazać, że dramatyczny rozkład liberalnej demokracji w Europie i USA następuje z winy czy inspiracji Putina. Putin ma swoje za uszami, ale nie strzela jeszcze co tydzień do protestujących na ulicach Moskwy, na oczach całego świata, tydzień w tydzień. Macron, pieszczoch neoliberalnych mediów, do protestujących na ulicach Paryża – owszem. Kilkadziesiąt osób straciło z rąk francuskiej policji oczy lub kończyny, ludzie zaczynają znikać bez śladu, pierwsze ciało wyłowiono już z rzeki. Sytuacja mediów i dziennikarzy w Rosji jest nie do pozazdroszczenia – ale jest stabilna, nie leci na łeb, na szyję. We Francji, „ojczyźnie praw człowieka”, restrykcje i represje intensyfikują się z dnia na dzień. Prezydent Stanów Zjednoczonych, „ojczyzny wolności”, marzy na głos o wojskowych paradach ku swojej czci i wypędza (na Twitterze) kolorowe amerykańskie kongresmenki z kraju. „Wzorowe liberalne demokracje” połączyły wszystkie dostępne im siły, by schwytać i unicestwić dziennikarza i wydawcę Juliana Assange’a i niemal żadne z wielkich „wolnych mediów” go nie broni.
To prawda, że Putin jest odpychającym prawicowym politykiem, który lubi używać siły w celach pokazowych i ucieka się do tak brudnych chwytów, jak instrumentalizacja a nawet instytucjonalizacja homofobii w polityce wewnętrznej. Ale to nie znaczy z automatu, że pożera dzieci na śniadanie, jeśli tylko CNN tak powie. Fiksacja na punkcie Putina jako demona, który jakoby chce pogrzebać nasze wolności, ma za zadanie odwracanie naszej uwagi od tego, kto je nam (już, szybko i sprawnie) odbiera naprawdę. Fiksacja na punkcie Putina jako tego, który jakoby zagraża światowemu pokojowi, ma za zadanie odwracać naszą uwagę od tego, kto naprawdę dwoi się i troi, żeby doprowadzić do kolejnej wielkiej wojny (Amerykanie i ich najbliżsi sojusznicy).
Inaczej niż w innych dużych prowincjach Imperium Amerykańskiego, w Polsce argumentację metodą reductio ad Putinum uprawia się nawet na sporej połaci lewicy na lewo od oficjalnej, establiszmentowej, neoliberalnej socjaldemokracji – od memetyki Partii Razem, przez analizy Krytyki Politycznej, po błędnych rycerzy fejsbukowego trockizmu. Inaczej niż nawet w USA, gdzie nie tylko „radykałowie”, ale nawet lewa połowa „dołów” Partii Demokratycznej odrzuca Russiagate tak stanowczo, że aż odstraszyła większość kandydatów do prezydenckiej nominacji od poruszania tego tematu w debatach bieżącej kampanii.
Prawy do lewego
Lewica, która daje się nabierać na reductio ad Putinum, nie rozumie chyba jednego z jej kluczowych elementów. Nie ma znaczenia, jak niewiele lewica ma z Putinem wspólnego; jak bardzo będzie się ona podpinać pod niektóre jej wątki, żeby wykazać, że się od Putina odcina; jak niechętnie on sam widziałby się w jej towarzystwie. Choć na pierwszy rzut oka szkoła reductio ad Putinum wydaje się stawiać znak równości pomiędzy obydwoma antyestabliszmentowymi krańcami współczesnej polityki – skrajną/populistyczną prawicą i radykalną lewicą (wrzucać je do jednego worka, rozmywać różnice między nimi, umieszczać je we wspólnych kontekstach) – prawdziwym jej celem jest tylko jedna z tych stron, wyłącznie lewica. Tylko lewicę takie skojarzenia delegitymizują i demoralizują. Tylko lewicy mają za zadanie naprawdę wyrządzić szkody.
Oligarchowie skrajnego centrum, podobnie jak ich przyjaciele i zleceniobiorcy w neoliberalno-neokonserwatywnych mediach, nie są w stanie żadnej wojny z rodzinami Mercerów, Kochów, czy kto tam jeszcze finansuje skrajną/populistyczną prawicę w całym bloku atlantyckim. Ich interesy są wspólne, ich strategią – podział pracy na różnych odcinkach jednego frontu. Frontu przeciwko lewicy. Widzieliśmy to doskonale w czasie ostatnich francuskich presidentielles. Neoliberalne media w Paryżu powiedzą nam czasem o pieniądzach Putina płynących do Marine Le Pen, ale to one wypromowały ją na jedyną kontrkandydatkę realnie zagrażającą Macronowi. Nie tylko dlatego, żeby jego zwycięstwo uczynić bardziej prawdopodobnym (mobilizując także tych, którzy zagłosowaliby na niego pomimo głębokiej do niego niechęci, przeciwko Le Pen). Zrobiły to także dlatego, że Le Pen była naprawdę drugą preferowaną opcją francuskiej wielkiej burżuazji, gdyby w Pałacu Elizejskim nie udało się posadzić jej najbardziej wymarzonego bawidamka. Wielka burżuazja wolałaby faszystkę niż jakiekolwiek zagrożenie dla swojego dotychczasowego stanu posiadania. Z Le Pen umiałaby sobie ułożyć życie. Zawdzięcza jej przesunięcie dyskursu tak daleko w prawo, żeby dzisiaj Macron mógł prowadzić politykę pod wieloma względami bardziej skrajnie prawicową niż zapowiadała i odważyłaby się tak szybko wprowadzić Le Pen, zachowując jednocześnie gębę polityka „liberalnego” i „centrowego”.

Czas na zbiorowe nieposłuszeństwo

…i Kongres Wolności. Z JANUSZEM ROLICKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W internecie pojawił się artykuł Janusza Rolickiego, znanego publicysty, w latach siedemdziesiątych reportera tygodników „Kultura” i „Polityka”, współtwórcy tzw. polskiej szkoły reportażu oraz świetności publicystyki kulturalnej Telewizji Polskiej w latach 1974-1980, byłego redaktora naczelnego „Trybuny” (1996 – 2001). Artykuł ma formę dramatycznego listu otwartego skierowanego do wszystkich, którym leży na sercu zatrzymanie PiS i ocalenie polskiej demokracji. Brzmi on tym bardziej alarmistycznie, że Janusz Rolicki znany jest od dziesięcioleci ze spokojnego i dialogowego podejścia do spraw publicznych.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: W tonie alarmistycznym wzywa Pan do obywatelskiego nieposłuszeństwa w stosunku do rządzących oraz do pilnego zwołania Kongresu Wolności…
JANUSZ ROLICKI: Uważam – powtórzę niektóre tezy, które zawarłem w moim tekście – że Polsce grozi ucieczka od wolności. Przypomnę, że to zjawisko zdefiniował austriacki psycholog Erich Fromm. Jednym z jego przejawów było dobrowolne, w trybie demokratycznym, oddanie władzy przez społeczeństwo niemieckie Hitlerowi. Skutki podobnej ucieczki od wolności będą dla Polski straszliwe i że będzie ona zmorą tylko dla nas, Polaków, a Europa i świat będą się temu biernie przyglądać, bo ich to szczęśliwie nie dotknie. Uważam że, po pierwsze, trzeba pójść śladem Władysława Frasyniuka i zacząć wykorzystywać prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. To był akt jednostkowy, a teraz potrzeba dokonania zbiorowego aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie czynnego oporu, ale właśnie obywatelskiego nieposłuszeństwa, dokuczliwego dla władzy. Bo skoro Jarosławowi Kaczyńskiego zaczęły śnić się niebieskie migdały i sięga po dyktaturę, zwykła, rutynowa działalność opozycyjna przestała wystarczać. Co do Kongresu Wolności, to on powinien być zwołany jak najszybciej i powinny wziąć w nim udział wszystkie wolnościowe organizacje i stowarzyszenia oraz partie polityczne, które, mam nadzieję, zawieszą na ten czas swoje partyjne ego. Platforma ideowa tego kongresu powinna być możliwie najszersza. Trzeba wykorzystać to, że partia Kaczyńskiego nie jest monolitem. Dyktatura jest na razie jeszcze możliwa do przełamania, jeszcze nie jest na tyle zasiedziała, by już nie oddać władzy, by już całkowicie wziąć społeczeństwo za twarz.

Sugeruje Pan też, że zagrożone są przyszłe wolne wybory…
Nikt nie może dać dziś gwarancji że za niespełna dwa lata takie wolne wybory się odbędą. Nawet profesor Rafał Matyja, politolog o prawicowych poglądach, dziś krytyczny wobec PiS, nie ma takiej pewności. Przecież PiS już stworzył instytucjonalne warunki, by te wybory, w przypadku niekorzystnego lub niewystarczająco dla siebie korzystnego wyniku wyborczego.

Zwłaszcza, że w ostatnim czasie pojawiły się już dwa kolejne sondaże różnych pracowni badania opinii publicznej wskazujące na pewien spadek notowań PiS. Porównał Pan Jarosława Kaczyńskiego do króla Ubu ze sztuki Alfreda Jarry…
Bo przecież ten człowiek w ciągu dwóch lat przemienił Polskę, w sposób uzurpatorski, z kraju jednak, przy wszystkich niedostatkach, z kraju podziwianego w świecie, w prawdziwą krainę groteskowego króla Ubu. Kaczyński mając usta pełne frazesów o umiłowaniu ojczyzny i troski o Polskę i Polaków jednocześnie strącił Polskę z europejskiego Parnasu. Ideologia rządzącej partii sięgnęła bruku. Do tego obserwujemy chronione przez policję przemarsze osiłków z ONR, którzy z flagami w rękach ryczą na ulicach polskich miast haniebne hasła rasistowskie, antysemickie, antywolnościowe, które są przy tum często tolerowane przez prokuraturę. Przyzwoitych ludzi zalewa z tego powodu fala wstydu. Czas z tym skończyć, zanim będzie za późno.

Po wydarzeniach z 16 grudnia 2016 roku władza określiła działania protestujących demonstrantów i posłów opozycji jako „pucz” i z uporem to powtarza, Pan tymczasem mówi o władzy, że to właśnie ona dokonuje puczu…
Tak, bo czym innym jest zmienianie ustroju państwa bez uprawnień konstytucyjnych, jak nie jawnym, pełzającym puczem?

Dziękuję za rozmowę.

Fragmenty artykułu-listu otwartego Janusza Rolickiego

„Od dwóch lat jako społeczeństwo tolerujemy w Polsce łamanie konstytucji przez rząd i parlament.
Dlaczego – pytam – nie wykorzystaliśmy dotychczas prawa do zbiorowego nieposłuszeństwa wobec rządzących, godząc się na upokarzający status życia w państwie z wolna dostającym się pod wewnętrzną okupację jednej partii? Wobec tego, czy to, co obserwujemy, jest już polską wersją ucieczki od wolności? (…)
Społeczeństwo skonsternowane brutalnością ekipy Kaczyńskiego nie wiedziało, jak reagować na zniewolenie Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie przez PiS mediów publicznych z pogwałceniem konstytucyjnych uprawnień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zawłaszczenie prokuratury, zglajchszaltowanie sądownictwa, drastyczną i kuriozalną zmianę ordynacji wyborczej, ograniczenie praw do organizowania protestów obywatelskich, zastraszanie i karanie mediów prywatnych, a ostatnio i pojedynczych dziennikarzy.
Dziś te cyniczne i niekonstytucyjne zmiany w większości mamy za sobą i stąd ponad wszelką wątpliwość wiemy, że PiS-owi chodzi o trwałe zdobycie władzy, a także większości konstytucyjnej. (…) Stworzone (…) zostały ponad wszelką wątpliwość warunki do łatwego sfałszowania wyników zbliżających się elekcji…(…) Wobec tego pytam: czy nie nadszedł już czas na zbiorowe wypowiedzenie przez społeczeństwo posłuszeństwa ekipie rządzącej Polską? Jak długo, korzystając z naszej bierności, parlamentarzyści, ministrowie, prezydent i premier z nominacji Kaczyńskiego będą łamać prawo konstytucyjne w Polsce? Czy nie czas wykrzyczeć zbiorowe „nie”? (…) Stało się tak między innymi z powodu histerii antyuchodźczej, jak również obchodów w Polsce rocznicy urodzin Hitlera. To nie jest margines marginesów – jak nas zapewniają. To wykwit hołubionych nastrojów i preferencji obecnie rządzących. Taka impreza jak obchody urodzin Hitlera mogła się publicznie wydarzyć tylko w Polsce pisowskiej (…) W tej sytuacji uratować nasz kraj może jedynie podjęcie decyzji o zbiorowym obywatelskim nieposłuszeństwie. Ta odmowa może być skuteczną odpowiedzią na samowolę władz. PiS bowiem, bimbając sobie z ustawy zasadniczej, de facto postawił się w roli uzurpatora. Dlatego z punktu widzenia porządku prawnego nasza jak najbardziej masowa odmowa posłuszeństwa nie może być uznana za sprzeczną z prawem (…) Warto w tym miejscu przypomnieć, że za udział w demonstracjach antyrządowych w ostatnich dwóch latach do sądu wezwano blisko tysiąc osób, a dwieście zostało skazanych, na razie na grzywny. Policja, na co zwróciły uwagę – jeszcze nie do końca zależne – sądy, nadużywała przy tym wielokrotnie prawa, interpretując je w sposób stronniczy wobec demonstrujących. W świetle jupiterów rozpoczęła się więc akcja brania za twarz społeczeństwa (…) Najlepiej by było, aby deklaracje o nielegalności aktualnej władzy złożyły na specjalnym Kongresie Wolności, który powinien być maksymalnie szybko zorganizowany i mocno rozreklamowany w świecie, istniejące już stowarzyszenia i organizacje obywatelskie (…) Im więcej będzie sygnatariuszy chcących walczyć o wolność, tym lepiej. Kaczyński rozumie tylko siłę. I tylko siłą możemy go pozbawić dyktatury. Powiedzmy głosem milionów, jeszcze przed latem: nie dyktaturze, ograniczaniu praworządności i perfidnemu łamaniu konstytucji. Pamiętajmy, że z dyktaturą jeszcze niezasiedziałą, a więc taką jak Kaczyńskiego, jest łatwiej walczyć niż z dyktaturą obrosłą w pełne instrumentarium przemocy. PiS jeszcze nie ma sprawnego i masowego ZOMO, jeszcze ludzie aparatu ucisku w pełni nie zarazili się chorobą nadużywania przemocy. Jeszcze się wstydzą. A dopóty, dopóki na ulicach nie strzelają i nie wysyłają przeciwko demonstrantom czołgów, są realne szanse na skuteczne zahamowanie wzbierającego puczu Kaczyńskiego. Bo puczem jest niewątpliwie zmienianie ustroju bez konstytucyjnych do tego uprawnień (…)
A więc śpieszmy się, dopóki siły antywolnościowe nie są jeszcze gotowe do bezwzględnej walki o dyktaturę. A jeśli powstaną nas miliony, to z pewnością zwyciężymy. Nieodpowiedzialnością byłoby namawianie społeczeństwa do czynnego oporu. Ale pamiętajmy, że obok powtórek z Majdanu (jako ostateczności) powinniśmy myśleć o jak najzręczniejszym a dokuczliwym dla władz powszechnym protestowaniu indywidualnym. Zaczynajmy od koszulek z hasłami, wieców i protestów ulicznych, a
także strajków. O jednym wszakże pamiętajmy: musimy świadomie zawsze i wszędzie podkreślać nielegalność obecnej władzy, która sama pozbawiła się de facto prawa do rządzenia Polską i Polakami. Łamiąc przewrotnie konstytucję, swe mandaty stracili już bezpowrotnie tak prezydent Duda, jak i premier Morawiecki, nie mówiąc już o członkach jego gabinetu. Stale wytykajmy Kaczyńskiemu i jego partii, że wprowadza w Polsce dyktaturę. Potwierdzajmy obawy, że z powodu narzuconego przez PiS prawodawstwa nie możemy być dziś pewni rzetelnych wyborów, tak samorządowych, jak i parlamentarnych. Przypominajmy, że jako obywatele Unii – jest to zresztą zaznaczone na okładkach naszych paszportów – mamy prawo, a nawet obowiązek nie tylko przypominać Europie o niegodziwości rządzących, ale także skarżyć się wprost na rząd i krajowych urzędników. Zerwijmy ze szkodliwym szantażem o praniu brudów jedynie pomiędzy Bugiem i Odrą. Jeśli wspólnie sięgniemy do zakreślonego tu instrumentarium politycznego, zwyciężymy i przepędzimy precz zmorę zniewolenia, jaką wyszykował nam Kaczyński ze swoimi cienkoszyjnymi wodzami. (…)”

Timothy Snyder o korzeniach nowego autorytaryzmu

Najnowsza książka amerykańskiego historyka Timothy Snydera („Droga do niewolności: Rosja-Europa-Ameryka”, stawia niezwykle doniosłe pytanie o źródła obecnej fali nowego autorytaryzmu przelewającej się po Europie i sięgającej do Ameryki. Wyraża także pesymizm autora w sprawie przyszłości liberalnej demokracji. Tematy te od kilku lat stanowią osnowę najciekawszych dyskusji politologów i socjologów polityki.

Autor jest w Polsce dobrze znany z uwagi na jego wcześniejsze publikacje. Debiutował w 1999 roku biografią Kazimierza Kelles-Krauza – najlepszą jak dotąd praca poświęconą temu polskiemu socjaliście (jej polski przekład ukazał się w 2011 roku). Opublikował kilka książek poświęconych dramatycznej historii Europy wschodniej w dwudziestym stuleciu, z których chyba najgłośniejsza to „Skrwawione ziemie” (2011), w której z wielkim obiektywizmem i znajomością tematu przedstawił dramat narodów naszej części Europy. W 2015 roku opublikował „O tyranii” – bardzo ciekawy esej o rosnącym zagrożeniu autorytarnym.
Jego nowa praca zbudowana jest wokół wprowadzonego przez Snydera rozróżnienia dwóch sposobów myślenia o historii: w kategoriach nieuchronności i wieczności. To pierwsze zakłada wiarę w nieunikniony postęp i charakteryzuje między innymi liberalizm. Drugie odwołuje się do odwiecznych zagrożeń, zwłaszcza tych, przed którymi stoją narody. Nowy autorytaryzm przeciwstawia się, jego zdaniem, liberalnej demokracji w imię odwiecznych lęków wspólnoty narodowej. Snyder zarzuca zwolennikom „nieuchronności”, że rezygnują z idei, a zwolennikom „wieczności”, że kierują się fałszywą ideą nacjonalizmu.
Państwem, w którym widzi ucieleśnienie nacjonalistycznego autorytaryzmu jest Rosja – zwłaszcza od dojścia do władzy Władimira Putina. Znaczna część książki stanowi analiza poglądów prawicowych rosyjskich myślicieli Iwana Ilina (1883-1954), Lew Gumiłow (1912-1992), Aleksandr Prochanow (ur. 1938)i Aleksandr Dugin (ur. 1962), w których poglądach autor widzi adaptację faszystowskich koncepcji z okresu międzywojennego do warunków Rosji po upadku ZSRR i uzasadnienie idei „euroazjatyckiej”. Jest to bardzo ciekawa warstwa pracy, w której jednak niedostatecznie przekonująca wydaje mi się teza, że polityka Putina inspirowana jest przez te właśnie koncepcje ideologiczne. Autor na przykład nie bierze pod uwagę tego, że w 2017 roku Dugin został odsunięty na bok i że krytykuje on Putina za rzekomo niedostatecznie stanowczą politykę wobec Ukrainy. Andrzej Walicki, bezspornie najlepszy znawca rosyjskiej myśli politycznej, widzi to inaczej. Walicki uważa Putina za zwolennika „konserwatywnej modernizacji” a za głównego inspiratora jego poglądów uważa Aleksandra Sołżenicyna („Przegląd Polityczny”, 2015). Kluczowe w tej kwestii wydaje się pytanie, czy konserwatywny nacjonalizm rosyjski jest ideologicznym pierwowzorem dla nowego autorytaryzmu w dzisiejszym świecie. Walicki podkreśla różnice, a Snyder podobieństwa.
W swej ocenie polityki rosyjskiej Snyder jest bardzo krytyczny – tak w odniesieniu do stanu swobód obywatelskich w Rosji, jak i do jej polityki zagranicznej, zwłaszcza wobec Ukrainy. Generalnej trafności tej krytyki nie umniejszają pewne przejaskrawienia. Pisze o rosyjskim ataku na Gruzję w sierpniu 2008 roku ani słowem nie wspominając, że był on odpowiedzią na uderzenie gruzińskie przeciw Południowej Osetii, gdzie stacjonowały (na podstawie wcześniejszych porozumień) wojska rosyjskie. Teza autora, że wybory rosyjskie 2012 roku, gdy Putin ponownie został prezydentem, były pogwałceniem prawa, nie odpowiada stanowi faktycznemu, gdyż konstytucja Federacji Rosyjskiej zakazuje jedynie pełnienia tej funkcji przez więcej niż dwie kolejne kadencje ( a nie, jak w USA czy w Polsce po prostu przez dwie kadencje). Autor twierdzi, że wybory rosyjskiej zostały sfałszowane, na co nie ma dowodów. Wybitny znawca polityki rosyjskiej Richard Pipes w 2012 roku oceniał poparcie dla opozycji na zaledwie 15-20% („Rzeczpospolita” 5 marca 2012). Podobnie sądzili inni znawcy polityki rosyjskiej, m.in. Wladimir Pozner i Cliff Kupchan. Sądzę, że zrozumienie nowego autorytaryzmu wymaga właśnie tego, by trafnie wyjaśnić przyczyny, dla których ma on autentyczne poparcie. W Rosji jest to konsekwencja rozpowszechnionego przekonania, że Rosja „wstaje z kolan”, odzyskuje swą mocarstwową pozycję w świecie, a także rezultat nostalgii za czasami radzieckimi, postrzeganymi przede wszystkim przez pryzmat zwycięstwa w „wojnie ojczyźnianej” i roli odgrywanej w podzielonym świecie.
Ostro krytykując politykę rosyjską Snyder nie daje odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się zwrot dokonany przez Putina mniej więcej w 2007 roku. Po objęciu stanowiska Putin wręcz demonstracyjnie podkreślał zamiar prowadzenia polityki dobrej współpracy z USA. Udzielił temu państwu istotnej pomocy w walce z terroryzmem po zamachach z 11 września 2001 roku. Co się potem zmieniło? Moim zdaniem czynnikiem podstawowym było amerykańskie uderzenie na Irak, uważane za najpoważniejszy błąd polityki G.W. Busha przez tak kompetentnych autorów, jak Zbigniew Brzeziński i Samuel Huntington. Stany Zjednoczone nie tylko złamały prawo międzynarodowe, ale także poniosły w Iraku porażkę, gdyż nie udało się zainstalować w tym państwie stabilnego reżymu proamerykańskiego. Zarazem USA pokazały, ze gotowe są rozszerzać siłą swą hegemonię nie licząc się z innymi państwami. Tłumaczy to w znacznym stopniu zwrot w polityce rosyjskiej.
Dwa rozdziały książki poświęcone są rozprzestrzenianiu się myślenia w kategoriach „wieczności” w Europie i w Ameryce. Przynosi to wzrost siły, a niekiedy nawet zdobycie władzy przez ugrupowania nacjonalistyczne odwołujące się dawnych krzywd i do autentycznych lub urojonych zagrożeń. Dla polskiego czytelnika szczególnie ciekawy jest fragment poświęcony naszemu krajowi pod rządami „Prawa i Sprawiedliwości” (ss. 260-269). Snyder widzi rosyjską inspirację w „skandalu z taśmami”, który pogrążył rząd Platformy Obywatelskiej, w szerzeniu wersji „zamachu smoleńskiego” , a zwłaszcza w polityce Antoniego Macierewicza. „Oskarżenia Macierewicza wysuwane przeciw Rosji – pisze Snyder – były tak dziwaczne, że wydawał się on ostatnim kandydatem na rosyjskiego agenta. Być może właśnie o to chodziło. Minister obrony głosił kult Smoleńska, jednocześnie awansując ludzi mających związki z Moskwą” (s. 266). Za sprawą amerykańskiego autora zarzuty stawiane pod adresem Macierewicza przez T. Piątka (w jego dwóch książkach) zostały upowszechnione poza Polską.
Ostatni rozdział dotyczy kampanii prezydenckiej 2016 roku w Stanach Zjednoczonych. Snyder uważa, że Donald Trump swe zwycięstwo zawdzięcza internetowej kampanii prowadzonej przez rosyjskich hakerów. To, że taka działalność była prowadzona, wydaje się pewne. Inną sprawą jest stopień, w jakim zaważyło to na wyniku wyborów. Snyder podkreśla istnienie głębokich społecznych korzeni autorytarnego zwrotu w USA, zwłaszcza szybko zwiększającego się rozwarstwienia ekonomicznego i degradacji klasy średniej. Dodałbym do tego sprzeciw konserwatywnej części społeczeństwa amerykańskiego wobec modernizacji, w tym przeciw wyraźnej zmianie na lepsze sytuacji Afroamerykanów. Autor ma też rację, gdy wskazuje na anachronizm amerykańskiego systemu wyborczego, który umożliwia zwycięstwo kandydata zdobywającego mniej głosów wyborców , ale więcej głosów w kolegium elektorów. Trzeba jednak pamiętać, że te czynniki działały i wcześniej nie przeszkadzając dwukrotnemu zwycięstwu Billa Clintona (1992, 1996) i Baracka Obamy (2008, 2012). W 2016 roku o przegranej Hillary Clinton – bezspornie znacznie lepiej przygotowanej do roli prezydenta niż Donald Trump– zdecydowało to, że zlekceważyła ona znaczne poparcie udzielone jej lewicowemu rywalowi o nominację Partii Demokratycznej, które prawdopodobnie dałoby jej zwycięstwo w kilku kluczowych stanach, gdzie silnie wystąpiły
napięcia społeczne.
Timothy Snyder kończy swe rozważania apelem o odrzucenie mitów nieuchronności i wieczności w imię prawdy i równości. Nie precyzuje, na czym ten zwrot ma polegać, ale nie poddaje się pesymizmowi. Podzielam jego zdanie, że świat nie jest skazany na podążanie „drogą do niewolności”. Inna droga zależy od tego, jak będziemy postępowali. To zaś w znacznej mierze zależy od tego, jak dalece zrozumiemy korzenie obecnego zagrożenia nowym autorytaryzmem. Dlatego takie książki są bardzo potrzebne – nie tylko uczonym.

Timothy Snyder – „Droga do niewolności. Rosja-Europa-Ameryka”, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2019, s. 416, ISBN 978-83-240-5492-3.

Meandry demokracji

Demokracja w świecie uprawiana według dotychczasowego modelu przechodzi kryzys.

Dotyczy on głównie wartości podstawowych, jak łamanie zasad ustalonych od co najmniej dwóch wieków, jak też jej praktyki. Ostatnie wybory amerykańskie, jak też wyniki brytyjskiego referendum dotyczącego obecności w UE wskazały na rozwój coraz to bardziej wyrafinowanych sposobów manipulacji nastrojami społecznymi m.in. z udziałem narzędzi jakie daje sieć Internetu i popularność portali społecznościowych.
Do języka politycznego nowego społeczeństwa informacyjnego weszło od kilku lat nieznane wcześniej określenie postprawda. Rozumie się poprzez to określenie, że w obiegu informacyjnym nie prawda jako taka, dotycząca zdarzeń, ale ich interpretacja ma znaczenie zasadnicze. Politykom wybacza się coraz częściej kłamstwo w imię wyższych racji. Polska nie odbiega zbyt daleko od tego trendu, który nabiera cech trwałej praktyki w naszej sferze cywilizacyjnej. Znamy i z naszej polskiej praktyki zdarzenia i trwające już lata kampanie propagandowe, których siłą napędową jest świadomy fałsz.

Jak wyjść z kryzysu demokracji

Podstawowym wyznacznikiem demokracji są wolne wybory, dające możliwość wyłonienia reprezentantów różnych, często antagonistycznych nurtów ideowych i politycznych. Ich efektem skompletowanie władzy ustawodawczej i utworzenie rządu sprawującego władzę wykonawczą. To dość prosty do opisania zabieg, który komplikuje się jednak w realnym życiu społecznym.
W ostatnich miesiącach trwa spór pomiędzy Komisją Europejską a polskim rządem dotyczący złamania zasad demokracji w ułożeniu na nowo zasad tzw. trójpodziału władzy, gdzie trzy podstawowe segmenty – władza ustawodawcza, władza wykonawcza i władza sądownicza są niezależne. Zapisy w naszej Konstytucji utwierdzają ten podział jasno i wyraźnie, praktyka legislacyjna dotycząca ustroju Trybunału Konstytucyjnego i sądów powszechnych budzi jednak poważne wątpliwości. Zauważyli to i zwracają uwagę Polsce członkowie gremiów stanowiących Unii Europejskiej.
Sprawa ta toczyć się będzie zapewne jeszcze długo, odnoszę bowiem wrażenie, że praktyka postprawdy weszła również w relacje pomiędzy Komisją Europejską a państwami narodowymi.

Najbliższa perspektywa

Zjawisko to jest bardzo ważne, ale ważniejsze na dziś, wydaje się być dla Polaków określenie zasad przed najbliższymi wyborami, które w cyklu kilkuletnim zdominują nasze życie publiczne. Nie można nie przypomnieć wyborów z 2015 roku, w których po raz pierwszy w historii III RP wypadła z Parlamentu lewica.
W dużej mierze na własne życzenie i ze względu na błędy popełnione przy konstruowaniu zasad we własnym środowisku, ale również ze względu na świadomą działalność przeciwników politycznych, którzy w ramach walki ukuli hasło „SLD wolno mniej”. Nikt nie próbował z tym polemizować, pytać: dlaczego?
Warto by kiedyś sięgnąć do doświadczeń tych wyborów i odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące zakresu manipulacji świadomością społeczną w ówczesnej kampanii w ramach praktyki postprawdy, manipulacji prawicy wokół historii, która absolutnie rozmija się z rzeczywistością.
W wyniku wyborów 2015 roku powstała w Polsce, jako jedyna w Europie, niezrównoważona scena polityczna, nieodzwierciedlający rzeczywistego układu sił i interesów oraz Parlament i władza wykonawcza mająca w momencie startu jedynie 19 procent poparcia całego elektoratu oraz pełnię władzy wg znanego hasła „zwycięzca bierze wszystko”. Zwracam uwagę, że ktoś na to pozwolił, nikt przeciw temu nie protestował.
Po ponad dwóch latach praktyki jednowładztwa konserwatywnej prawicy widać, że nie lubi ona i nie chce słuchać, ani wziąć pod uwagę interesów mniejszości. Kieruje się swoją logiką, która niewiele z demokracją ma wspólnego. Efektem tego jest wylewanie się na ulice ludzi będących w stanie rozpaczy, z których część w ostatnich tygodniach okupuje sale sejmowe. Można mieć im za złe samą praktykę protestu, że nie tak, jak w cywilizowanej demokracji, ale żadna z sił parlamentarnych nie reprezentuje ich interesów. Ci ludzie po prostu nie mają się do kogo odwołać, jedynym forum i miejscem, które może zapewnić im w ramach demokracji medialnej nagłośnienie i siłę przebicia są sale parlamentarne i media tam obecne.

Oblężona twierdza

Nic dziwnego, że władza się barykaduje, zamyka, tworzy oblężone twierdze w stolicy i w wielu miejscach w kraju. Ten stan jest efektem braku reprezentacji i wpływu wielu środowisk i ludzi na stan państwa i politykę ich dotyczącą. Można domniemywać, że ta praktyka polityczna będzie się upowszechniać, że ludzie w związku z brakiem reprezentacji ich interesów będą brali sprawy w swoje ręce. Polską demokrację parlamentarną zastępować będzie demokracja bezpośrednia. Mamy takich przykładów z polskiej historii wiele. Warto je studiować, dla naszego wspólnego dobra i spokoju społecznego.
Przed lewicą w tym czasie stoi bardzo poważne zadanie zrównoważenia polskiego systemu politycznego. Musi się ona znaleźć w Parlamencie, aby w perspektywie przebudować nasz system demokratyczny w kierunku zwiększenia szans na reprezentację interesów środowisk i grup obywateli dotychczas marginalizowanych. To jeden z ważnych wniosków po blisko 30 latach istnienia III RP.

Demokracja liberalna i jej pułapki

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia.

Przy bojkocie niemal całej opozycji i frekwencji poniżej 50 proc., urzędujący prezydent Nicolás Maduro zdobył niemal 68 proc. wszystkich głosów. O wiele trudniej natomiast przewidzieć rozwój sytuacji w tym targanym kryzysem gospodarczym państwie.

Nieudany następca Cháveza

Stany Zjednoczone nazwały wybory prezydenckie fikcją. Podobną opinię wyraziły Kanada oraz większość państw Ameryki Południowej, które już zapowiedziały, że odwołają swoich ambasadorów w Caracas na konsultacje. „Ostatnie wybory w Wenezueli nie spełniły nawet minimalnych standardów prawdziwej demokracji. Wyniki są nieprawowite i nie odzwierciedlają prawdziwej i niezależnej woli narodu wenezuelskiego” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent Chile Sebastián Piñera.
Wenezuela, której złoża ropy naftowej szacowane są na jedne z największych na świecie, znajduje się w nieustannym kryzysie od śmierci Hugo Cháveza w marcu 2013 r. Uwielbiany przez biedotę i znienawidzony przez kapitalistów, kontrowersyjny prezydent znacjonalizował przemysł, a pozyskane fundusze przeznaczył na walkę z ubóstwem. Nałożone wówczas na Wenezuelę międzynarodowe sankcje zahamowały rozwój gospodarczy, jednak znaczny odsetek społeczeństwa po raz pierwszy otrzymał darmową służbę zdrowia i dostęp do edukacji.
Chociaż Maduro wciąż odwołuje się do dziedzictwa Cháveza, brakuje mu jego zdolności i charyzmy. To jego nietrafione decyzje doprowadziły do skurczenia się gospodarki o kilkadziesiąt procent przy inflacji szybko zbliżającej się do 10 tys. procent. Ceny podstawowych produktów sięgnęły niebotycznych kwot. Jak donosi CNN, na czarnym rynku tuzin kurzych jaj wycenia się na kilkaset dolarów amerykańskich. Większość zakupów dokonuje się bez pieniędzy, poprzez wymianę towarów lub usług. Nic więc dziwnego, że z Wenezueli już uciekło ponad 800 tys. osób, a kolejne setki tysięcy zapewne pójdzie w ich ślady. Obserwatorzy ostrzegają przed wybuchem kryzysu migracyjnego o skali znacznie przewyższającej niedawną falę uchodźców w Europie.
Zapewne wyniki wyborów w Wenezueli nie wzbudziłyby takich kontrowersji na świecie, gdyby nie jej złoża ropy. Nacjonalizacja przemysłu i wyrzucenie zachodnich korporacji przez Cháveza doprowadziły do międzynarodowych sankcji. Tłumaczono je niedemokratycznym systemem rządów lewicowego prezydenta, lecz w rzeczywistości miały one na celu przede wszystkim wymuszenie zgody na powrót zagranicznego biznesu na wenezuelski rynek. Wszak istnieje wiele państw, nie tylko w regionie, z bardziej autorytarną władzą, które mimo to posiadają doskonałe stosunki z USA i UE.

Burundi idzie w ślady Rosji

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia nie tylko ze względu na ich bojkot przez opozycję i ręczne sterowanie. Od wielu miesięcy na świecie demokratyczne hasła znajdują się w odwrocie, a władzę umacniają lokalni satrapowie. W tym samym czasie, kiedy Maduro zapewniał sobie drugą kadencję, w afrykańskim Burundi przeprowadzono referendum, dzięki któremu urzędujący prezydent Pierre Nkurunziza może sprawować urząd do 2034 r. Oczywiście pod warunkiem, że wygra kolejne wybory, co – jak udowodniono w Wenezueli – jest całkiem proste.
Międzynarodowi obserwatorzy donoszą o licznych nadużyciach ze strony zwolenników prezydenta Nkurunzizy. Według relacji Human Rights Watch, wiele z kart do głosowania zostało wypełnionych znacznie wcześniej, a komisarze wyborczy pilnowali, aby ostateczny wynik referendum pozostał zgodny z oczekiwaniami władzy. Opozycja nie była tolerowana również w okresie poprzedzającym głosowanie. Tuż przed referendum odnotowano 15 zabójstw i sześć gwałtów – za które, zdaniem mediów, odpowiadają siły rządowe.

Nieliberalna demokracja we Włoszech

Nieliberalna demokracja ma się dobrze również w Europie. Do Rosji, Węgier i Polski mają szansę dołączyć właśnie Włochy, gdzie w miniony poniedziałek ogłoszono powstanie egzotycznej koalicji skrajnie prawicowej Ligii Północnej i populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nowy rząd ma skończyć z polityką oszczędności, wprowadzając w zamian system m.in. dochód gwarantowany dla najbiedniejszych obywateli. Jednocześnie zapowiedziano zaostrzenie polityki imigracyjnej, co zapewne oznacza koniec włoskiej pomocy na Morzu Śródziemnym dla tonących uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Chociaż Wenezuelę, Burundi, Włochy, czy też Polskę i Węgry, więcej dzieli niż łączy, we wszystkich tych państwach demokracja przeżywa poważny kryzys lub zupełnie odeszła już do lamusa. Rządy silnej ręki przybierają różne barwy – od socjalizmu po narodowy konserwatyzm. W większości są to jedynie puste hasła, mające zapewnić utrzymanie władzy. Świat przyzwyczaił się do nieliberalnej demokracji.