Czas na zbiorowe nieposłuszeństwo

…i Kongres Wolności. Z JANUSZEM ROLICKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W internecie pojawił się artykuł Janusza Rolickiego, znanego publicysty, w latach siedemdziesiątych reportera tygodników „Kultura” i „Polityka”, współtwórcy tzw. polskiej szkoły reportażu oraz świetności publicystyki kulturalnej Telewizji Polskiej w latach 1974-1980, byłego redaktora naczelnego „Trybuny” (1996 – 2001). Artykuł ma formę dramatycznego listu otwartego skierowanego do wszystkich, którym leży na sercu zatrzymanie PiS i ocalenie polskiej demokracji. Brzmi on tym bardziej alarmistycznie, że Janusz Rolicki znany jest od dziesięcioleci ze spokojnego i dialogowego podejścia do spraw publicznych.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: W tonie alarmistycznym wzywa Pan do obywatelskiego nieposłuszeństwa w stosunku do rządzących oraz do pilnego zwołania Kongresu Wolności…
JANUSZ ROLICKI: Uważam – powtórzę niektóre tezy, które zawarłem w moim tekście – że Polsce grozi ucieczka od wolności. Przypomnę, że to zjawisko zdefiniował austriacki psycholog Erich Fromm. Jednym z jego przejawów było dobrowolne, w trybie demokratycznym, oddanie władzy przez społeczeństwo niemieckie Hitlerowi. Skutki podobnej ucieczki od wolności będą dla Polski straszliwe i że będzie ona zmorą tylko dla nas, Polaków, a Europa i świat będą się temu biernie przyglądać, bo ich to szczęśliwie nie dotknie. Uważam że, po pierwsze, trzeba pójść śladem Władysława Frasyniuka i zacząć wykorzystywać prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. To był akt jednostkowy, a teraz potrzeba dokonania zbiorowego aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie czynnego oporu, ale właśnie obywatelskiego nieposłuszeństwa, dokuczliwego dla władzy. Bo skoro Jarosławowi Kaczyńskiego zaczęły śnić się niebieskie migdały i sięga po dyktaturę, zwykła, rutynowa działalność opozycyjna przestała wystarczać. Co do Kongresu Wolności, to on powinien być zwołany jak najszybciej i powinny wziąć w nim udział wszystkie wolnościowe organizacje i stowarzyszenia oraz partie polityczne, które, mam nadzieję, zawieszą na ten czas swoje partyjne ego. Platforma ideowa tego kongresu powinna być możliwie najszersza. Trzeba wykorzystać to, że partia Kaczyńskiego nie jest monolitem. Dyktatura jest na razie jeszcze możliwa do przełamania, jeszcze nie jest na tyle zasiedziała, by już nie oddać władzy, by już całkowicie wziąć społeczeństwo za twarz.

Sugeruje Pan też, że zagrożone są przyszłe wolne wybory…
Nikt nie może dać dziś gwarancji że za niespełna dwa lata takie wolne wybory się odbędą. Nawet profesor Rafał Matyja, politolog o prawicowych poglądach, dziś krytyczny wobec PiS, nie ma takiej pewności. Przecież PiS już stworzył instytucjonalne warunki, by te wybory, w przypadku niekorzystnego lub niewystarczająco dla siebie korzystnego wyniku wyborczego.

Zwłaszcza, że w ostatnim czasie pojawiły się już dwa kolejne sondaże różnych pracowni badania opinii publicznej wskazujące na pewien spadek notowań PiS. Porównał Pan Jarosława Kaczyńskiego do króla Ubu ze sztuki Alfreda Jarry…
Bo przecież ten człowiek w ciągu dwóch lat przemienił Polskę, w sposób uzurpatorski, z kraju jednak, przy wszystkich niedostatkach, z kraju podziwianego w świecie, w prawdziwą krainę groteskowego króla Ubu. Kaczyński mając usta pełne frazesów o umiłowaniu ojczyzny i troski o Polskę i Polaków jednocześnie strącił Polskę z europejskiego Parnasu. Ideologia rządzącej partii sięgnęła bruku. Do tego obserwujemy chronione przez policję przemarsze osiłków z ONR, którzy z flagami w rękach ryczą na ulicach polskich miast haniebne hasła rasistowskie, antysemickie, antywolnościowe, które są przy tum często tolerowane przez prokuraturę. Przyzwoitych ludzi zalewa z tego powodu fala wstydu. Czas z tym skończyć, zanim będzie za późno.

Po wydarzeniach z 16 grudnia 2016 roku władza określiła działania protestujących demonstrantów i posłów opozycji jako „pucz” i z uporem to powtarza, Pan tymczasem mówi o władzy, że to właśnie ona dokonuje puczu…
Tak, bo czym innym jest zmienianie ustroju państwa bez uprawnień konstytucyjnych, jak nie jawnym, pełzającym puczem?

Dziękuję za rozmowę.

Fragmenty artykułu-listu otwartego Janusza Rolickiego

„Od dwóch lat jako społeczeństwo tolerujemy w Polsce łamanie konstytucji przez rząd i parlament.
Dlaczego – pytam – nie wykorzystaliśmy dotychczas prawa do zbiorowego nieposłuszeństwa wobec rządzących, godząc się na upokarzający status życia w państwie z wolna dostającym się pod wewnętrzną okupację jednej partii? Wobec tego, czy to, co obserwujemy, jest już polską wersją ucieczki od wolności? (…)
Społeczeństwo skonsternowane brutalnością ekipy Kaczyńskiego nie wiedziało, jak reagować na zniewolenie Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie przez PiS mediów publicznych z pogwałceniem konstytucyjnych uprawnień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zawłaszczenie prokuratury, zglajchszaltowanie sądownictwa, drastyczną i kuriozalną zmianę ordynacji wyborczej, ograniczenie praw do organizowania protestów obywatelskich, zastraszanie i karanie mediów prywatnych, a ostatnio i pojedynczych dziennikarzy.
Dziś te cyniczne i niekonstytucyjne zmiany w większości mamy za sobą i stąd ponad wszelką wątpliwość wiemy, że PiS-owi chodzi o trwałe zdobycie władzy, a także większości konstytucyjnej. (…) Stworzone (…) zostały ponad wszelką wątpliwość warunki do łatwego sfałszowania wyników zbliżających się elekcji…(…) Wobec tego pytam: czy nie nadszedł już czas na zbiorowe wypowiedzenie przez społeczeństwo posłuszeństwa ekipie rządzącej Polską? Jak długo, korzystając z naszej bierności, parlamentarzyści, ministrowie, prezydent i premier z nominacji Kaczyńskiego będą łamać prawo konstytucyjne w Polsce? Czy nie czas wykrzyczeć zbiorowe „nie”? (…) Stało się tak między innymi z powodu histerii antyuchodźczej, jak również obchodów w Polsce rocznicy urodzin Hitlera. To nie jest margines marginesów – jak nas zapewniają. To wykwit hołubionych nastrojów i preferencji obecnie rządzących. Taka impreza jak obchody urodzin Hitlera mogła się publicznie wydarzyć tylko w Polsce pisowskiej (…) W tej sytuacji uratować nasz kraj może jedynie podjęcie decyzji o zbiorowym obywatelskim nieposłuszeństwie. Ta odmowa może być skuteczną odpowiedzią na samowolę władz. PiS bowiem, bimbając sobie z ustawy zasadniczej, de facto postawił się w roli uzurpatora. Dlatego z punktu widzenia porządku prawnego nasza jak najbardziej masowa odmowa posłuszeństwa nie może być uznana za sprzeczną z prawem (…) Warto w tym miejscu przypomnieć, że za udział w demonstracjach antyrządowych w ostatnich dwóch latach do sądu wezwano blisko tysiąc osób, a dwieście zostało skazanych, na razie na grzywny. Policja, na co zwróciły uwagę – jeszcze nie do końca zależne – sądy, nadużywała przy tym wielokrotnie prawa, interpretując je w sposób stronniczy wobec demonstrujących. W świetle jupiterów rozpoczęła się więc akcja brania za twarz społeczeństwa (…) Najlepiej by było, aby deklaracje o nielegalności aktualnej władzy złożyły na specjalnym Kongresie Wolności, który powinien być maksymalnie szybko zorganizowany i mocno rozreklamowany w świecie, istniejące już stowarzyszenia i organizacje obywatelskie (…) Im więcej będzie sygnatariuszy chcących walczyć o wolność, tym lepiej. Kaczyński rozumie tylko siłę. I tylko siłą możemy go pozbawić dyktatury. Powiedzmy głosem milionów, jeszcze przed latem: nie dyktaturze, ograniczaniu praworządności i perfidnemu łamaniu konstytucji. Pamiętajmy, że z dyktaturą jeszcze niezasiedziałą, a więc taką jak Kaczyńskiego, jest łatwiej walczyć niż z dyktaturą obrosłą w pełne instrumentarium przemocy. PiS jeszcze nie ma sprawnego i masowego ZOMO, jeszcze ludzie aparatu ucisku w pełni nie zarazili się chorobą nadużywania przemocy. Jeszcze się wstydzą. A dopóty, dopóki na ulicach nie strzelają i nie wysyłają przeciwko demonstrantom czołgów, są realne szanse na skuteczne zahamowanie wzbierającego puczu Kaczyńskiego. Bo puczem jest niewątpliwie zmienianie ustroju bez konstytucyjnych do tego uprawnień (…)
A więc śpieszmy się, dopóki siły antywolnościowe nie są jeszcze gotowe do bezwzględnej walki o dyktaturę. A jeśli powstaną nas miliony, to z pewnością zwyciężymy. Nieodpowiedzialnością byłoby namawianie społeczeństwa do czynnego oporu. Ale pamiętajmy, że obok powtórek z Majdanu (jako ostateczności) powinniśmy myśleć o jak najzręczniejszym a dokuczliwym dla władz powszechnym protestowaniu indywidualnym. Zaczynajmy od koszulek z hasłami, wieców i protestów ulicznych, a
także strajków. O jednym wszakże pamiętajmy: musimy świadomie zawsze i wszędzie podkreślać nielegalność obecnej władzy, która sama pozbawiła się de facto prawa do rządzenia Polską i Polakami. Łamiąc przewrotnie konstytucję, swe mandaty stracili już bezpowrotnie tak prezydent Duda, jak i premier Morawiecki, nie mówiąc już o członkach jego gabinetu. Stale wytykajmy Kaczyńskiemu i jego partii, że wprowadza w Polsce dyktaturę. Potwierdzajmy obawy, że z powodu narzuconego przez PiS prawodawstwa nie możemy być dziś pewni rzetelnych wyborów, tak samorządowych, jak i parlamentarnych. Przypominajmy, że jako obywatele Unii – jest to zresztą zaznaczone na okładkach naszych paszportów – mamy prawo, a nawet obowiązek nie tylko przypominać Europie o niegodziwości rządzących, ale także skarżyć się wprost na rząd i krajowych urzędników. Zerwijmy ze szkodliwym szantażem o praniu brudów jedynie pomiędzy Bugiem i Odrą. Jeśli wspólnie sięgniemy do zakreślonego tu instrumentarium politycznego, zwyciężymy i przepędzimy precz zmorę zniewolenia, jaką wyszykował nam Kaczyński ze swoimi cienkoszyjnymi wodzami. (…)”

Timothy Snyder o korzeniach nowego autorytaryzmu

Najnowsza książka amerykańskiego historyka Timothy Snydera („Droga do niewolności: Rosja-Europa-Ameryka”, stawia niezwykle doniosłe pytanie o źródła obecnej fali nowego autorytaryzmu przelewającej się po Europie i sięgającej do Ameryki. Wyraża także pesymizm autora w sprawie przyszłości liberalnej demokracji. Tematy te od kilku lat stanowią osnowę najciekawszych dyskusji politologów i socjologów polityki.

Autor jest w Polsce dobrze znany z uwagi na jego wcześniejsze publikacje. Debiutował w 1999 roku biografią Kazimierza Kelles-Krauza – najlepszą jak dotąd praca poświęconą temu polskiemu socjaliście (jej polski przekład ukazał się w 2011 roku). Opublikował kilka książek poświęconych dramatycznej historii Europy wschodniej w dwudziestym stuleciu, z których chyba najgłośniejsza to „Skrwawione ziemie” (2011), w której z wielkim obiektywizmem i znajomością tematu przedstawił dramat narodów naszej części Europy. W 2015 roku opublikował „O tyranii” – bardzo ciekawy esej o rosnącym zagrożeniu autorytarnym.
Jego nowa praca zbudowana jest wokół wprowadzonego przez Snydera rozróżnienia dwóch sposobów myślenia o historii: w kategoriach nieuchronności i wieczności. To pierwsze zakłada wiarę w nieunikniony postęp i charakteryzuje między innymi liberalizm. Drugie odwołuje się do odwiecznych zagrożeń, zwłaszcza tych, przed którymi stoją narody. Nowy autorytaryzm przeciwstawia się, jego zdaniem, liberalnej demokracji w imię odwiecznych lęków wspólnoty narodowej. Snyder zarzuca zwolennikom „nieuchronności”, że rezygnują z idei, a zwolennikom „wieczności”, że kierują się fałszywą ideą nacjonalizmu.
Państwem, w którym widzi ucieleśnienie nacjonalistycznego autorytaryzmu jest Rosja – zwłaszcza od dojścia do władzy Władimira Putina. Znaczna część książki stanowi analiza poglądów prawicowych rosyjskich myślicieli Iwana Ilina (1883-1954), Lew Gumiłow (1912-1992), Aleksandr Prochanow (ur. 1938)i Aleksandr Dugin (ur. 1962), w których poglądach autor widzi adaptację faszystowskich koncepcji z okresu międzywojennego do warunków Rosji po upadku ZSRR i uzasadnienie idei „euroazjatyckiej”. Jest to bardzo ciekawa warstwa pracy, w której jednak niedostatecznie przekonująca wydaje mi się teza, że polityka Putina inspirowana jest przez te właśnie koncepcje ideologiczne. Autor na przykład nie bierze pod uwagę tego, że w 2017 roku Dugin został odsunięty na bok i że krytykuje on Putina za rzekomo niedostatecznie stanowczą politykę wobec Ukrainy. Andrzej Walicki, bezspornie najlepszy znawca rosyjskiej myśli politycznej, widzi to inaczej. Walicki uważa Putina za zwolennika „konserwatywnej modernizacji” a za głównego inspiratora jego poglądów uważa Aleksandra Sołżenicyna („Przegląd Polityczny”, 2015). Kluczowe w tej kwestii wydaje się pytanie, czy konserwatywny nacjonalizm rosyjski jest ideologicznym pierwowzorem dla nowego autorytaryzmu w dzisiejszym świecie. Walicki podkreśla różnice, a Snyder podobieństwa.
W swej ocenie polityki rosyjskiej Snyder jest bardzo krytyczny – tak w odniesieniu do stanu swobód obywatelskich w Rosji, jak i do jej polityki zagranicznej, zwłaszcza wobec Ukrainy. Generalnej trafności tej krytyki nie umniejszają pewne przejaskrawienia. Pisze o rosyjskim ataku na Gruzję w sierpniu 2008 roku ani słowem nie wspominając, że był on odpowiedzią na uderzenie gruzińskie przeciw Południowej Osetii, gdzie stacjonowały (na podstawie wcześniejszych porozumień) wojska rosyjskie. Teza autora, że wybory rosyjskie 2012 roku, gdy Putin ponownie został prezydentem, były pogwałceniem prawa, nie odpowiada stanowi faktycznemu, gdyż konstytucja Federacji Rosyjskiej zakazuje jedynie pełnienia tej funkcji przez więcej niż dwie kolejne kadencje ( a nie, jak w USA czy w Polsce po prostu przez dwie kadencje). Autor twierdzi, że wybory rosyjskiej zostały sfałszowane, na co nie ma dowodów. Wybitny znawca polityki rosyjskiej Richard Pipes w 2012 roku oceniał poparcie dla opozycji na zaledwie 15-20% („Rzeczpospolita” 5 marca 2012). Podobnie sądzili inni znawcy polityki rosyjskiej, m.in. Wladimir Pozner i Cliff Kupchan. Sądzę, że zrozumienie nowego autorytaryzmu wymaga właśnie tego, by trafnie wyjaśnić przyczyny, dla których ma on autentyczne poparcie. W Rosji jest to konsekwencja rozpowszechnionego przekonania, że Rosja „wstaje z kolan”, odzyskuje swą mocarstwową pozycję w świecie, a także rezultat nostalgii za czasami radzieckimi, postrzeganymi przede wszystkim przez pryzmat zwycięstwa w „wojnie ojczyźnianej” i roli odgrywanej w podzielonym świecie.
Ostro krytykując politykę rosyjską Snyder nie daje odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się zwrot dokonany przez Putina mniej więcej w 2007 roku. Po objęciu stanowiska Putin wręcz demonstracyjnie podkreślał zamiar prowadzenia polityki dobrej współpracy z USA. Udzielił temu państwu istotnej pomocy w walce z terroryzmem po zamachach z 11 września 2001 roku. Co się potem zmieniło? Moim zdaniem czynnikiem podstawowym było amerykańskie uderzenie na Irak, uważane za najpoważniejszy błąd polityki G.W. Busha przez tak kompetentnych autorów, jak Zbigniew Brzeziński i Samuel Huntington. Stany Zjednoczone nie tylko złamały prawo międzynarodowe, ale także poniosły w Iraku porażkę, gdyż nie udało się zainstalować w tym państwie stabilnego reżymu proamerykańskiego. Zarazem USA pokazały, ze gotowe są rozszerzać siłą swą hegemonię nie licząc się z innymi państwami. Tłumaczy to w znacznym stopniu zwrot w polityce rosyjskiej.
Dwa rozdziały książki poświęcone są rozprzestrzenianiu się myślenia w kategoriach „wieczności” w Europie i w Ameryce. Przynosi to wzrost siły, a niekiedy nawet zdobycie władzy przez ugrupowania nacjonalistyczne odwołujące się dawnych krzywd i do autentycznych lub urojonych zagrożeń. Dla polskiego czytelnika szczególnie ciekawy jest fragment poświęcony naszemu krajowi pod rządami „Prawa i Sprawiedliwości” (ss. 260-269). Snyder widzi rosyjską inspirację w „skandalu z taśmami”, który pogrążył rząd Platformy Obywatelskiej, w szerzeniu wersji „zamachu smoleńskiego” , a zwłaszcza w polityce Antoniego Macierewicza. „Oskarżenia Macierewicza wysuwane przeciw Rosji – pisze Snyder – były tak dziwaczne, że wydawał się on ostatnim kandydatem na rosyjskiego agenta. Być może właśnie o to chodziło. Minister obrony głosił kult Smoleńska, jednocześnie awansując ludzi mających związki z Moskwą” (s. 266). Za sprawą amerykańskiego autora zarzuty stawiane pod adresem Macierewicza przez T. Piątka (w jego dwóch książkach) zostały upowszechnione poza Polską.
Ostatni rozdział dotyczy kampanii prezydenckiej 2016 roku w Stanach Zjednoczonych. Snyder uważa, że Donald Trump swe zwycięstwo zawdzięcza internetowej kampanii prowadzonej przez rosyjskich hakerów. To, że taka działalność była prowadzona, wydaje się pewne. Inną sprawą jest stopień, w jakim zaważyło to na wyniku wyborów. Snyder podkreśla istnienie głębokich społecznych korzeni autorytarnego zwrotu w USA, zwłaszcza szybko zwiększającego się rozwarstwienia ekonomicznego i degradacji klasy średniej. Dodałbym do tego sprzeciw konserwatywnej części społeczeństwa amerykańskiego wobec modernizacji, w tym przeciw wyraźnej zmianie na lepsze sytuacji Afroamerykanów. Autor ma też rację, gdy wskazuje na anachronizm amerykańskiego systemu wyborczego, który umożliwia zwycięstwo kandydata zdobywającego mniej głosów wyborców , ale więcej głosów w kolegium elektorów. Trzeba jednak pamiętać, że te czynniki działały i wcześniej nie przeszkadzając dwukrotnemu zwycięstwu Billa Clintona (1992, 1996) i Baracka Obamy (2008, 2012). W 2016 roku o przegranej Hillary Clinton – bezspornie znacznie lepiej przygotowanej do roli prezydenta niż Donald Trump– zdecydowało to, że zlekceważyła ona znaczne poparcie udzielone jej lewicowemu rywalowi o nominację Partii Demokratycznej, które prawdopodobnie dałoby jej zwycięstwo w kilku kluczowych stanach, gdzie silnie wystąpiły
napięcia społeczne.
Timothy Snyder kończy swe rozważania apelem o odrzucenie mitów nieuchronności i wieczności w imię prawdy i równości. Nie precyzuje, na czym ten zwrot ma polegać, ale nie poddaje się pesymizmowi. Podzielam jego zdanie, że świat nie jest skazany na podążanie „drogą do niewolności”. Inna droga zależy od tego, jak będziemy postępowali. To zaś w znacznej mierze zależy od tego, jak dalece zrozumiemy korzenie obecnego zagrożenia nowym autorytaryzmem. Dlatego takie książki są bardzo potrzebne – nie tylko uczonym.

Timothy Snyder – „Droga do niewolności. Rosja-Europa-Ameryka”, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2019, s. 416, ISBN 978-83-240-5492-3.

Meandry demokracji

Demokracja w świecie uprawiana według dotychczasowego modelu przechodzi kryzys.

Dotyczy on głównie wartości podstawowych, jak łamanie zasad ustalonych od co najmniej dwóch wieków, jak też jej praktyki. Ostatnie wybory amerykańskie, jak też wyniki brytyjskiego referendum dotyczącego obecności w UE wskazały na rozwój coraz to bardziej wyrafinowanych sposobów manipulacji nastrojami społecznymi m.in. z udziałem narzędzi jakie daje sieć Internetu i popularność portali społecznościowych.
Do języka politycznego nowego społeczeństwa informacyjnego weszło od kilku lat nieznane wcześniej określenie postprawda. Rozumie się poprzez to określenie, że w obiegu informacyjnym nie prawda jako taka, dotycząca zdarzeń, ale ich interpretacja ma znaczenie zasadnicze. Politykom wybacza się coraz częściej kłamstwo w imię wyższych racji. Polska nie odbiega zbyt daleko od tego trendu, który nabiera cech trwałej praktyki w naszej sferze cywilizacyjnej. Znamy i z naszej polskiej praktyki zdarzenia i trwające już lata kampanie propagandowe, których siłą napędową jest świadomy fałsz.

Jak wyjść z kryzysu demokracji

Podstawowym wyznacznikiem demokracji są wolne wybory, dające możliwość wyłonienia reprezentantów różnych, często antagonistycznych nurtów ideowych i politycznych. Ich efektem skompletowanie władzy ustawodawczej i utworzenie rządu sprawującego władzę wykonawczą. To dość prosty do opisania zabieg, który komplikuje się jednak w realnym życiu społecznym.
W ostatnich miesiącach trwa spór pomiędzy Komisją Europejską a polskim rządem dotyczący złamania zasad demokracji w ułożeniu na nowo zasad tzw. trójpodziału władzy, gdzie trzy podstawowe segmenty – władza ustawodawcza, władza wykonawcza i władza sądownicza są niezależne. Zapisy w naszej Konstytucji utwierdzają ten podział jasno i wyraźnie, praktyka legislacyjna dotycząca ustroju Trybunału Konstytucyjnego i sądów powszechnych budzi jednak poważne wątpliwości. Zauważyli to i zwracają uwagę Polsce członkowie gremiów stanowiących Unii Europejskiej.
Sprawa ta toczyć się będzie zapewne jeszcze długo, odnoszę bowiem wrażenie, że praktyka postprawdy weszła również w relacje pomiędzy Komisją Europejską a państwami narodowymi.

Najbliższa perspektywa

Zjawisko to jest bardzo ważne, ale ważniejsze na dziś, wydaje się być dla Polaków określenie zasad przed najbliższymi wyborami, które w cyklu kilkuletnim zdominują nasze życie publiczne. Nie można nie przypomnieć wyborów z 2015 roku, w których po raz pierwszy w historii III RP wypadła z Parlamentu lewica.
W dużej mierze na własne życzenie i ze względu na błędy popełnione przy konstruowaniu zasad we własnym środowisku, ale również ze względu na świadomą działalność przeciwników politycznych, którzy w ramach walki ukuli hasło „SLD wolno mniej”. Nikt nie próbował z tym polemizować, pytać: dlaczego?
Warto by kiedyś sięgnąć do doświadczeń tych wyborów i odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące zakresu manipulacji świadomością społeczną w ówczesnej kampanii w ramach praktyki postprawdy, manipulacji prawicy wokół historii, która absolutnie rozmija się z rzeczywistością.
W wyniku wyborów 2015 roku powstała w Polsce, jako jedyna w Europie, niezrównoważona scena polityczna, nieodzwierciedlający rzeczywistego układu sił i interesów oraz Parlament i władza wykonawcza mająca w momencie startu jedynie 19 procent poparcia całego elektoratu oraz pełnię władzy wg znanego hasła „zwycięzca bierze wszystko”. Zwracam uwagę, że ktoś na to pozwolił, nikt przeciw temu nie protestował.
Po ponad dwóch latach praktyki jednowładztwa konserwatywnej prawicy widać, że nie lubi ona i nie chce słuchać, ani wziąć pod uwagę interesów mniejszości. Kieruje się swoją logiką, która niewiele z demokracją ma wspólnego. Efektem tego jest wylewanie się na ulice ludzi będących w stanie rozpaczy, z których część w ostatnich tygodniach okupuje sale sejmowe. Można mieć im za złe samą praktykę protestu, że nie tak, jak w cywilizowanej demokracji, ale żadna z sił parlamentarnych nie reprezentuje ich interesów. Ci ludzie po prostu nie mają się do kogo odwołać, jedynym forum i miejscem, które może zapewnić im w ramach demokracji medialnej nagłośnienie i siłę przebicia są sale parlamentarne i media tam obecne.

Oblężona twierdza

Nic dziwnego, że władza się barykaduje, zamyka, tworzy oblężone twierdze w stolicy i w wielu miejscach w kraju. Ten stan jest efektem braku reprezentacji i wpływu wielu środowisk i ludzi na stan państwa i politykę ich dotyczącą. Można domniemywać, że ta praktyka polityczna będzie się upowszechniać, że ludzie w związku z brakiem reprezentacji ich interesów będą brali sprawy w swoje ręce. Polską demokrację parlamentarną zastępować będzie demokracja bezpośrednia. Mamy takich przykładów z polskiej historii wiele. Warto je studiować, dla naszego wspólnego dobra i spokoju społecznego.
Przed lewicą w tym czasie stoi bardzo poważne zadanie zrównoważenia polskiego systemu politycznego. Musi się ona znaleźć w Parlamencie, aby w perspektywie przebudować nasz system demokratyczny w kierunku zwiększenia szans na reprezentację interesów środowisk i grup obywateli dotychczas marginalizowanych. To jeden z ważnych wniosków po blisko 30 latach istnienia III RP.

Demokracja liberalna i jej pułapki

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia.

Przy bojkocie niemal całej opozycji i frekwencji poniżej 50 proc., urzędujący prezydent Nicolás Maduro zdobył niemal 68 proc. wszystkich głosów. O wiele trudniej natomiast przewidzieć rozwój sytuacji w tym targanym kryzysem gospodarczym państwie.

Nieudany następca Cháveza

Stany Zjednoczone nazwały wybory prezydenckie fikcją. Podobną opinię wyraziły Kanada oraz większość państw Ameryki Południowej, które już zapowiedziały, że odwołają swoich ambasadorów w Caracas na konsultacje. „Ostatnie wybory w Wenezueli nie spełniły nawet minimalnych standardów prawdziwej demokracji. Wyniki są nieprawowite i nie odzwierciedlają prawdziwej i niezależnej woli narodu wenezuelskiego” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent Chile Sebastián Piñera.
Wenezuela, której złoża ropy naftowej szacowane są na jedne z największych na świecie, znajduje się w nieustannym kryzysie od śmierci Hugo Cháveza w marcu 2013 r. Uwielbiany przez biedotę i znienawidzony przez kapitalistów, kontrowersyjny prezydent znacjonalizował przemysł, a pozyskane fundusze przeznaczył na walkę z ubóstwem. Nałożone wówczas na Wenezuelę międzynarodowe sankcje zahamowały rozwój gospodarczy, jednak znaczny odsetek społeczeństwa po raz pierwszy otrzymał darmową służbę zdrowia i dostęp do edukacji.
Chociaż Maduro wciąż odwołuje się do dziedzictwa Cháveza, brakuje mu jego zdolności i charyzmy. To jego nietrafione decyzje doprowadziły do skurczenia się gospodarki o kilkadziesiąt procent przy inflacji szybko zbliżającej się do 10 tys. procent. Ceny podstawowych produktów sięgnęły niebotycznych kwot. Jak donosi CNN, na czarnym rynku tuzin kurzych jaj wycenia się na kilkaset dolarów amerykańskich. Większość zakupów dokonuje się bez pieniędzy, poprzez wymianę towarów lub usług. Nic więc dziwnego, że z Wenezueli już uciekło ponad 800 tys. osób, a kolejne setki tysięcy zapewne pójdzie w ich ślady. Obserwatorzy ostrzegają przed wybuchem kryzysu migracyjnego o skali znacznie przewyższającej niedawną falę uchodźców w Europie.
Zapewne wyniki wyborów w Wenezueli nie wzbudziłyby takich kontrowersji na świecie, gdyby nie jej złoża ropy. Nacjonalizacja przemysłu i wyrzucenie zachodnich korporacji przez Cháveza doprowadziły do międzynarodowych sankcji. Tłumaczono je niedemokratycznym systemem rządów lewicowego prezydenta, lecz w rzeczywistości miały one na celu przede wszystkim wymuszenie zgody na powrót zagranicznego biznesu na wenezuelski rynek. Wszak istnieje wiele państw, nie tylko w regionie, z bardziej autorytarną władzą, które mimo to posiadają doskonałe stosunki z USA i UE.

Burundi idzie w ślady Rosji

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia nie tylko ze względu na ich bojkot przez opozycję i ręczne sterowanie. Od wielu miesięcy na świecie demokratyczne hasła znajdują się w odwrocie, a władzę umacniają lokalni satrapowie. W tym samym czasie, kiedy Maduro zapewniał sobie drugą kadencję, w afrykańskim Burundi przeprowadzono referendum, dzięki któremu urzędujący prezydent Pierre Nkurunziza może sprawować urząd do 2034 r. Oczywiście pod warunkiem, że wygra kolejne wybory, co – jak udowodniono w Wenezueli – jest całkiem proste.
Międzynarodowi obserwatorzy donoszą o licznych nadużyciach ze strony zwolenników prezydenta Nkurunzizy. Według relacji Human Rights Watch, wiele z kart do głosowania zostało wypełnionych znacznie wcześniej, a komisarze wyborczy pilnowali, aby ostateczny wynik referendum pozostał zgodny z oczekiwaniami władzy. Opozycja nie była tolerowana również w okresie poprzedzającym głosowanie. Tuż przed referendum odnotowano 15 zabójstw i sześć gwałtów – za które, zdaniem mediów, odpowiadają siły rządowe.

Nieliberalna demokracja we Włoszech

Nieliberalna demokracja ma się dobrze również w Europie. Do Rosji, Węgier i Polski mają szansę dołączyć właśnie Włochy, gdzie w miniony poniedziałek ogłoszono powstanie egzotycznej koalicji skrajnie prawicowej Ligii Północnej i populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nowy rząd ma skończyć z polityką oszczędności, wprowadzając w zamian system m.in. dochód gwarantowany dla najbiedniejszych obywateli. Jednocześnie zapowiedziano zaostrzenie polityki imigracyjnej, co zapewne oznacza koniec włoskiej pomocy na Morzu Śródziemnym dla tonących uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Chociaż Wenezuelę, Burundi, Włochy, czy też Polskę i Węgry, więcej dzieli niż łączy, we wszystkich tych państwach demokracja przeżywa poważny kryzys lub zupełnie odeszła już do lamusa. Rządy silnej ręki przybierają różne barwy – od socjalizmu po narodowy konserwatyzm. W większości są to jedynie puste hasła, mające zapewnić utrzymanie władzy. Świat przyzwyczaił się do nieliberalnej demokracji.