
Podczas wystąpienia w izraelskim parlamencie prezydent USA ogłosił „historyczny świt nowego Bliskiego Wschodu”. Jego wizyta w Jerozolimie miała wzmocnić wizerunek Stanów Zjednoczonych – i jego samego – jako głównego rozgrywającego i „architekta pokoju” w regionie.
Jeszcze zanim Air Force One wylądował na lotnisku Ben Guriona, samolot przeleciał nad plażą w Tel Awiwie, gdzie ktoś wypisał na piasku ogromne „Thank you”. Po drodze do Jerozolimy konwój był witany transparentami z podziękowaniami. W chwili, gdy amerykański przywódca wchodził do Knesetu, ogłoszono uwolnienie ostatnich zakładników przetrzymywanych przez Hamas – co zbiegło się idealnie z jego wizytą.
W księdze pamiątkowej Knesetu zapisał: „To dla mnie wielki zaszczyt. Wspaniały i historyczny dzień. Nowy początek”. Obok niego premier Benjamin Netanjahu i przewodniczący parlamentu Amir Ohana nie kryli zadowolenia. Na trybunach widać było czerwone czapki z napisem „Trump, prezydent pokoju” – symbol wiary, że to właśnie on stoi za zakończeniem działań zbrojnych i początkiem nowego etapu w regionie.
Gdy wszedł na salę obrad, powitała go owacja na stojąco. Owacje, aplauzy i śmiech przerywały przemówienie niemal co chwilę. Publiczność reagowała z entuzjazmem na każde zdanie – sala była jednym wielkim teatrem zachwytu nad Trumpem.
Jako pierwszy głos zabrał Benjamin Netanjahu, który nazwał amerykańskiego prezydenta „najlepszym przyjacielem Izraela, jaki kiedykolwiek mieszkał w Białym Domu”. Przypomniał decyzje z jego pierwszej kadencji: uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela, akceptację suwerenności nad Wzgórzami Golan, wsparcie w ONZ i działania przeciwko Iranowi. Zapowiedział, że wspólnie z USA „rozszerzy pokój” w regionie.
Kiedy mikrofon przejął Trump, atmosfera przypominała wiec zwycięstwa. Zwrócił się bezpośrednio do Netanjahu: – Wiesz, dlaczego jesteś popularny? Bo wiesz, jak zwyciężać. – Po czym dodał: – Kocham Izrael. To państwo będzie trwało wiecznie. – Z uśmiechem odniósł się także do zarzutów korupcyjnych wobec izraelskiego premiera: – A cygara i szampan? Kogo to obchodzi.
W dalszej części wystąpienia, stojąc pod niebiesko-białym sztandarem Izraela, mówił tonem niemal mesjanicznym. – Po latach niekończących się wojen i zagrożeń nadchodzi świt nowego Bliskiego Wschodu. Broń ucichła, a słońce wstaje nad ziemią, która wreszcie może zaznać pokoju. – Według niego „Izrael wygrał wszystko, co można było wygrać na polu bitwy”, a teraz nadszedł czas, by „przekuć zwycięstwo w trwały pokój i dobrobyt dla całego regionu”.
Jeszcze zanim opadły oklaski po tych słowach, w sali doszło do sceny, która obnażyła prawdziwe granice tego „pokoju”. Dwaj lewicowi posłowie – Ofer Cassif i Ayman Odeh z arabskiej lewicowej partii Hadash – zostali wyrzuceni z obrad po tym, jak wstali z transparentami z napisem „Uznajcie Palestynę”. Strażnicy błyskawicznie wyprowadzili ich z sali, a prezydent USA z uśmiechem skomentował: „No, to było skuteczne.”
Cassif opublikował potem w mediach społecznościowych zdjęcie plakatu, który – jak napisał – „pokazał Trumpowi w Knesecie”. Dodał, że prawdziwy, sprawiedliwy pokój może nadejść dopiero wtedy, gdy skończy się okupacja i gdy świat uzna palestyńskie państwo obok Izraela. Odeh, Palestyńczyk z izraelskim obywatelstwem, napisał: „Wyrzucili mnie tylko dlatego, że powtórzyłem coś, z czym zgadza się cała społeczność międzynarodowa – że trzeba uznać Palestynę.”
W teatrze entuzjazmu i samouwielbienia to krótkie wezwanie do uznania Palestyny zabrzmiało jak akt obywatelskiego nieposłuszeństwa – i natychmiast spotkało się z karą.
Po chwili Trump wrócił do swojej narracji o „nowej epoce pokoju”. Podkreślał, że narody Bliskiego Wschodu „nie powinny być już wrogami, lecz partnerami”, i wzywał do „końca dziesięcioleci terroryzmu i ekstremizmu”. Apelował do Palestyńczyków, by „na zawsze odrzucili drogę przemocy” i skupili się na „stabilności i rozwoju gospodarczym”. O tysiącach ofiar i kryzysie humanitarnym nie wspomniał ani słowem.
W zaskakującym tonie odniósł się także do Iranu – kraju, który jeszcze niedawno był celem amerykańskich nalotów. – Nawet wobec Iranu nasza dłoń przyjaźni i współpracy pozostaje wyciągnięta – zapewnił.
Po zakończeniu wizyty udał się do Egiptu, gdzie weźmie udział w międzynarodowym szczycie poświęconym przyszłości Gazy. To dla niego okazja, by jeszcze bardziej utrwalić swój wizerunek „mediatora” i „architekta pokoju”.
Cena „nowego początku”
W ciągu dwóch lat izraelskiego ludobójstwa w Strefie Gazy – które, jak podkreślają Amnesty International, Human Rights Watch i zespoły eksperckie ONZ, spełnia definicję zbrodni ludobójstwa – życie straciło ponad 67 tysięcy Palestyńczyków, w tym około 20 tysięcy dzieci, a ponad 169 tysięcy osób zostało rannych. Tysiące wciąż uznaje się za zaginione; wielu z nich prawdopodobnie spoczywa pod gruzami domów.
Zakończona ofensywa, prowadzona przy wsparciu militarnym USA i finansowana z wielomiliardowych pakietów pomocy, obróciła w ruinę niemal całą Gazę. Według danych palestyńskiego ministerstwa zdrowia i agend ONZ ponad 90 procent budynków mieszkalnych zostało zniszczonych lub uszkodzonych, podobnie jak większość szpitali i placówek medycznych. W bombardowaniach zginęło ponad 1700 pracowników służby zdrowia, a setki lekarzy zostały aresztowane lub zaginęły. System opieki medycznej praktycznie przestał istnieć.
Do tego dochodzi katastrofa humanitarna. Ponad 96 procent mieszkańców nie ma stałego dostępu do czystej wody, a dziesiątki tysięcy dzieci cierpią na niedożywienie. Z powodu głodu zmarło już co najmniej 450 osób, w tym ponad 150 dzieci. UNICEF szacuje, że od trzech do czterech tysięcy dzieci straciło kończyny, a co czwarte jest skrajnie niedożywione.
W izraelskich więzieniach przebywa dziś ponad 10 tysięcy Palestyńczyków, w tym setki kobiet i dzieci, często bez postawienia zarzutów i bez prawa do obrony. Równocześnie w Gazie zginęło blisko 300 dziennikarzy i pracowników mediów – to najtragiczniejszy bilans w historii współczesnego dziennikarstwa.









