Wojna domowa wraca?

Sudańska Tymczasowa Rada Wojskowa, która przejęła władzę po odejściu Omara al-Baszira, przez ostatnie dni groziła rozpędzeniem potężnego zgromadzenia protestacyjnego w centrum Chartumu. Jego uczestnicy domagali się, by krajem rządzili cywile, zdecydowani przebudować tamtejszy system społeczny na bardziej sprawiedliwy i i rozliczyć nadużycia al-Baszira. W poniedziałek przystąpiono do realizacji gróźb. Następnego dnia armia ogłosiła, że wypowiada wszystkie dotychczasowe porozumienia z cywilami.

W godzinach przedpołudniowych w poniedziałek w Chartumie było słychać strzały. Paramilitarne Siły Szybkiego Wspierania wkroczyły do obozu protestujących, który od blisko dwóch miesięcy znajdował się przed siedzibą Tymczasowej Rady Wojskowej. Przystąpiły do rozpędzania demonstrantów. Najpierw użyto granatów łzawiących, potem mundurowi zaczęli strzelać do tłumu. Jak podał Centralny Komitet Sudańskich Lekarzy, jedna z organizacji związkowych koordynujących od początku protesty jeszcze przeciwko al-Baszirowi, zginęło przynajmniej trzynaście osób. W licznej grupie rannych jest jeden z przywódców protestu Madani Abbas Madani.
Sudańscy lekarze twierdzą, że wojskowi nie tylko strzelali do ludzi na ulicy, ale też wkroczyli do szpitala (East Nile Hospital), gdzie już po wcześniejszych ulicznych konfrontacjach przeniesiono rannych demonstrantów.
Obóz protestujących został rozbity, namioty, w których koczowali przeciwnicy al-Baszira i jego przybocznych, spalono. Wojskowe pojazdy uniemożliwiają ludziom ponowne zgromadzenie się pod siedzibą sudańskiej junty. Jednak jak podaje „Al-Dżazira”, na podstawie rozmów z uczestnikami protestów, ludzie nie zamierzają się poddawać. Nadal są zdecydowani walczyć o bardziej sprawiedliwy Sudan. Wypędzeni z centrum miasta protestujący budują barykady w innych częściach Chartumu, gromadzą się w innych dzielnicach. W mediach społecznościowych pojawiły się filmy pokazujące, jak wojsko patroluje różne części miasta, poszukując „podejrzanych”.
Sudańskie związki zawodowe wzywają do pokojowego stawiania oporu. Apelują, by zbierać się w Chartumie i innych miastach na pokojowe marsze, tłumnie blokować drogi, mosty i porty rzeczne. Również opozycyjna Wolność i Zmiana, koalicja różnych organizacji, która prowadziła z juntą negocjacje w sprawie przyszłego oddania władzy cywilom, oficjalnie zerwała bezowocne od pewnego czasu rozmowy.
Ludzie są wściekli – część jest zdeterminowana, by z wojskowymi, którzy strzelają do nieuzbrojonych protestujących, walczyć z bronią w ręku. Po dzisiejszych wydarzeniach nikt nie ma już wątpliwości, że nowe rządy będą równie bezwzględne, skorumpowane i antyspołeczne, co ostatnie lata rządów al-Baszira.
O świcie we wtorek wystąpił generał Abdel Fattah al-Burhan wystąpił w telewizji i ogłosił, że wszystkie dotychczasowe umowy między Tymczasową Radą Wojskową a organizacjami reprezentującymi protestujących są nieważne, przy czym zarzucił grupującemu je Związkowi na rzecz Wolności, że dąży do renegocjowania powziętych ustaleń, aby nie dopuścić do tego, aby w tymczasowych władzach znaleźli się reprezentanci „innych sił politycznych i bezpieczeństwa”.
Generał al-Burhan potwierdził jednak wolę powołania rządu tymczasowego i zapowiedział, że w ciągu dziewięciu miesięcy zorganizowane zostaną wybory powszechne, które odbędą się przy udziale międzynarodowych obserwatorów.
Działania armii sudańskiej przeciwko cywilom spotkały się z potępieniem za granicą. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wezwał Sudan do przeprowadzenia niezależnego dochodzenia w sprawie otwarcia ognia do cywilów przez wojsko. Wielka Brytania i Niemcy zażądały zorganizowania specjalnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami w sprawie sytuacji w Sudanie. Do objęcia osób odpowiedzialnych za strzelanie do protestujących sankcjami wezwała organizacja Amnesty International.
Potępienie nie jest jednak powszechne. Wydaje się nieprzypadkowe, że do pacyfikacji obozu protestujących doszło dzień po spotkaniu generała al-Burhana z prezydentem Egiptu Abdelem Fattahem al-Sisim i księciem-regentem Abu Dhabi, szejkiem Mohammedem bin-Zaydem al-Nahyanem – znanymi ze swojej niechęci do protestów społecznych.