Striptease kontra bezdomność

Amerykańscy samorządowcy z Seattle w ramach przeciwdziałania problemowi bezdomności w tym mieście sfinansowali z publicznej kiesy… erotyczny show z genderowym aspektem.

Sytuacja jest rzeczywiście skandaliczna – moralnie, politycznie i ekonomicznie; niestety w bardzo symboliczny sposób ujawnia potworności neoliberalnego myślenia.
Seattle mierzy się problemem narastającej bezdomności od kilku lat. Ze względu na skalę – pomimo, iż dalece nie jest jedynym miastem w USA dotkniętym tym problemem – bezdomność w Seattle stała się swego rodzaju punktem odniesienia w debacie publicznej. Lokalna telewizja KOMO-TV (spółka-córka stacji ABC) wyemitowała nawet kilka miesięcy temu film dokumentalny na ten temat zatytułowany Seattle umiera.
I choć film ten spotkał się z uzasadnioną krytyką w związku z przesadzoną ekspozycją przemocy i narkotyków w środowisku osób bezdomnych i nawoływania do policyjnych rozwiązań (niektórzy komentatorzy, np. Tim Harris twierdzili, że jest to „pornografia biedy”), to jednoznacznie sygnalizował, że narastająca bezdomność jest wynikiem zupełnego braku polityki mieszkaniowej władz miejskich oraz że te nie reagowały przez lata pomimo, iż były świadome sytuacji.
Dopiero niedawno lokalni politycy, np. burmistrzyni Jenny Durkan ubolewała na brak środków i wyjaśniała, że „problemu tego nie da się rozwiązać z dnia na dzień”. Jednocześnie tamtejszy ratusz wyjaśniał dziennikarzom indagującym o tę kwestię na rozlicznych konferencjach prasowych, iż miasto wydaje rocznie zawrotną sumę 1 mld dolarów finansując swoje dążenia do ograniczenia bezdomności. Niestety, wygląda na to, że pieniądze te są w dużej mierze marnotrawione i to w niezwykle cyniczny sposób.
Doskonałym tego przykładem jest ubiegłotygodniowa konferencja dotycząca problematyki bezdomności zorganizowana w South Seattle College. Zorganizowała ją dyrektorka samorządowej agencji All Home, która powołana została, aby koordynować działania władz w tym zakresie w hrabstwie King. Kira Zylstra, o niej mowa, została wysłana na urlop i oczekuje nie tylko na zwolnienie z pracy, lecz również na wyniki wszczęto przeciwko niej śledztwa. Potwierdziła to w rozmowie z dziennikarzami Denise Rothleutner, szefowa Departamentu Spraw Społecznych i Usług Publicznych hrabstwa.
Oburzenie eksplodowało po tym jak na corocznej konferencji „Dekolonizacja naszej pracy zbiorowej” (Decolonizing our Collective Work; doprawdy, cokolwiek to znaczy), zorganizowanej przez All Home, doszło do pewnego wydarzenia. Zaraz po lunchu uczestnikom wydarzenia ukazała się postać transpłciowej stripteaserki. Beyoncé Black St. James tańczyła topless, przytulała i całowała widzów. Jej występ został nawet zarejestrowany przy pomocy smartfona i opublikowany na portalu społecznościowym YouTube.
Po tym jak informacja się rozeszła mieszkańcy Seattle i całego regionu zaczęli umieszczać pełne oburzenia komentarza na sposób wydatkowania pieniędzy przeznaczonych dla agencji All Home, której, przypomnijmy, jedynym zadaniem jest koordynowanie skutecznego zwalczania problemu bezdomności. Sprawa szybko trafiła do mediów. Wówczas wspomniana wcześniej Denise Rothleutner zdecydowała się na kroki w stosunku do All Home i szefowej tej instytucji. Jako się rzekło – trwa śledztwo, a Zylstra przebywa na przymusowym urlopie w oczekiwaniu na jego wyniki. Sprawa okazała się tak bulwersująca i do tego stopnia zaważyła na reputacji agencji, że władze w hrabstwie King zdecydowały o jej pospiesznym rozwiązaniu, choć decyzję tę motywowały „brakiem widocznych efektów” jej prac.
Tymczasem bezdomnych w Seattle i okolicach z dnia na dzień przybywa. Citi Journal, prestiżowy kwartalnik podejmujący zagadnienia polityki miejskiej, urbanistyki, architektury, transportu i problemy wspólnot miejskich w Stanach Zjednoczonych, publikował w najnowszym numerze obszerną analizę pt. Oblężone Seattle (Seattle Under Siege). Dziennikarz Christopher F. Rufo zwraca uwagę, iż od 2017 r. doszło do „eksplozji bezdomności”, a na ulicach miasta z tygodnia na tydzień widocznie przybywa ludzi koczujących w namiotach lub szałasach.
„Przez lata (władze w – przyp. red.) Seattle utrzymywały, że potrzebują więcej środków na rozwiązanie problemu bezdomności. Klip wideo (z występem stripteaserki – przyp. red.) dowodzi jednak, że płacenie za show transpłciowej stripteaserki celem lepszego dotarcia do organizacji non-profit zajmujących się bezdomnością, jak i tych utrzymywanych z publicznych środków, jest (zdaniem władz – przyp. red.) jak najbardziej na miejscu” – napisał Rufo na portalu społecznościowym Twitter.
Przykład konferencji dotyczącej bezdomności w Seattle i jej erotycznych elementów wyraźnie pokazuje, że polityki tożsamości i afirmatywne działania dotyczące niuansów genderowych wykorzystywane są w neoliberalizmie nie po to by jakieś realne socjo-kulturowe problemy rozstrzygać, lecz by takowe przysłaniać.

Nowy fetysz: nienawiść do bezdomnych

Regularnie ta sama scena rozdziera mi serce i chodzi za mną potem przez kilka dni: ludzie przed trzydziestką, czasem nastolatki, nawet młode dziewczyny, czerpią perwersyjną przyjemność z upokarzania bezdomnych w komunikacji miejskiej.

Wczoraj dwóch nabuzowanych chłopaków – na oko 25 lat – chciało bezdomnego z tramwaju wyrzucić na zimno, nazywając go przy tym „ścierwem” i „śmierdzielem”. Co ciekawe, każdorazowo przy tej faszystowskiej agresji ujawnia się jej liberalne usprawiedliwienie – wygłaszane na głos na użytek sumienia i obserwatorów: „można nie pić”, „trzeba iść do noclegowni”, „pracy jest dość”, „za nasze jesz i za nasze jedziesz”.
Chociaż żaden ze mnie superman i kiedyś za to oberwę, zapytałem wczoraj agresora, jak ciągnął bezdomnego do drzwi, czy nie ma ochoty zostać kanarem, bo widzę, że jara go przypierdalanie się do ludzi, ale póki nie ma identyfikatora to niech skończy się rządzić.
Popyszczył trochę na mój temat (nazwał mnie „małolacikiem”, podziękowałem za komplement), ale ogólnie sobie usiadł. Supermani po siłowniach jak zwykle udawali, że nic nie widzą, albo przyglądali się z plotkarskim nastawieniem.
Kiedy powiedziałem „przestań obrażać tego człowieka, kiedyś sam możesz być w jego sytuacji, a dziś jedyne bydło w tym tramwaju robisz Ty”, trafiłem w sedno. Gość puścił histerycznym tonem: „Byłem w takiej sytuacji! Byłbym… Ale się wziąłem, każdy ma to, co sobie wypracuje, nie?”. Przemówił ten strach, będący wyrazem jego świadomości jak niewielka granica, kilka niefortunnych sytuacji oddziela go od kondycji bezdomnego, którego widoku nie jest w stanie znieść. Ta nienawiść to w gruncie rzeczy nienawiść do siebie samego, do zawartej w sobie potencjalności, którą na razie dużym wysiłkiem udało się pokonać.
Ten agresor – na oko wyglądający jak ktoś wracający z budowy albo magazynu – wielokrotnie słyszał o takich jak on sam, że są nierobami, że każdy sobie rzepkę skrobie. Może w pracy jest popychadłem, może w domu nie jest szanowany, może wyrwał się z marginesu.
Ci, którzy wyżywają się na bezdomnych zawsze wyglądają na ludzi niemajętnych, niepewnych o swój los.
Wynosząc bezdomnego, chcą wyrzucić perspektywę, w której mogliby być na jego miejscu. Ale tego nie da się rozwiązać w pojedynkę. W pojedynkę można spróbować oduczyć się nienawiści do tego, co w nas samych słabe, brzydkie, odpychające. I wtedy będziemy stawać w obronie słabych, brzydkich, odpychających. Jeżeli wybierzemy kult supermana i rywalizacji, skończymy jako faszystowski osiłek – a w najlepszym razie jak te mopsy z siłowni, które biernie przyglądają się jak na ich oczach ginie człowieczeństwo.

Widok z auta

Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet…

Warszawa, styczeń 2019. Ósma rano. Na jednej z peryferyjnych ulic Pragi ponad stumetrowa kolejka do dobroczynnej garkuchni po darmowy posiłek. Stoją ludzie w różnym wieku, samotni i parami, na ogół ubrani źle, byle jak, albo marnie. Biednie, po prostu.
Brudni, którzy wychynęli dopiero co z jakiejś piwnicy, stoją obok biedaków schludnych, donaszających porządne niegdyś jesionki, kurtki i garnitury.
Postronnym, którzy – jak ja – jeżdżą po tej ulicy rzadko, wydawało się dotąd, że pojawiają się tu dopiero w czasie obiadowej zupy. Okazuje się, że dzień też tu zaczynają. Za to po południu i wieczorem już ich nie zobaczysz, zupa bowiem jest obiadokolacją.
Zapewne dla wielu ta garkuchnia, to jedyna szansa na zjedzenie czegokolwiek. Owszem – są tu cwaniacy, pijacy, menele. Zjedzą za darmo, ubiorą też za darmo – w to, co dadzą im w PCK, albo w parafii. Jako tako odziani mogą zająć się tym, co lubią najbardziej – ciułaniem na gorzałę. No, choćby na browarek. Kawałek złomu gdzieś znajdą, w śmietnikach trochę puszek po piwie, miejsce na parkingu „zarezerwują” za złocisza, albo po prostu w garażach supermarketu wyrwą od kogoś parę groszy na litość: „mogie odprowadzić wózek”?…
No tak, ale przecież nie wszyscy z kolejki po talerz zupy, to degeneraci. W cierpliwym tłumie głodnych są też osoby jakby nieco zakłopotane, że muszą tu stać. Niektórzy są wręcz zawstydzeni – żony z mężami, starsi, samotni mężczyźni, starsze, samotne kobiety. Nie podnoszą wzroku, nie rozglądają się na boki. Po ubiorze, po zachowaniu widać, że kiedyś mieli się znacznie lepiej, a przynajmniej na pewno jedli w swojej kuchni, ze swoich talerzy
Na tej peryferyjnej ulicy Pragi człowiek nagle zdaje sobie sprawę, jak bardzo cienka jest teraz granica między życiem normalnym, a życiem w biedzie. Jak w gruncie rzeczy niewiele nas dzieli od ciepłego wnętrza szemrzącego samochodu, do ogonka na chodniku smaganym zimnym wiatrem. Od śniadania we własnym domu, do tych stu kilkudziesięciu metrów, które trzeba przejść noga za nogą, pośród nędzy ludzkiej, żeby w ogóle zjeść cokolwiek.
Nie rozumiem tylko, dlaczego karmienie biednych, urządzanie dla nich masowych wigilii, czy wspólnego śniadania wielkanocnego, to taka dobra okazja do manifestowania społecznej dumy z chrześcijańskiej miłości bliźniego?
Czyż to nie jest aby powód do wstydu? Obywatelskiego? Państwowego? Wszak przy tych świątecznych okazjach przewija się przed naszymi oczami zupełnie inna Polska od tej, którą codziennie oglądamy na ekranach swoich telewizorów. Ona nie mieszka w apartamentowcach, nie jeździ „hybrydami”, nie rozmawia o hipsterce, albo o tym, jak pan Okrasa przyrządza krewetki w winie, tylko o tym, co dziś dają: krupnik, czy kapuśniak…
Polska zadomowiona na co dzień na peryferiach, dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – pojawia się tysiącami na ekranach w prime time. W karnych rzędach siedzi za długaśnymi stołami czekając na biskupi pokropek.
Jeszcze kilka lat temu ci ludzie chowali twarze przed kamerami. Teraz nie tylko twarzy nie chowają, ale jeszcze słowem chętnie zaświadczają, jakie łaski w wielkiej obfitości na nich spływają. Momentami mam wrażenie, że na moich oczach zrodziło się niepisane, ciche, bez słów, porozumienie między darczyńcami a odbiorcami darów: wy nas nakarmicie, a my imię wasze sławić będziemy. Przysługa za przysługę – dobre słowo za plastikową miskę z bigosem, za plastikową łyżkę i „Fantę” w plastikowym kubku… Ot, takie cichutkie „lokowanie towaru”, komercyjka upichcona na skórze i kościach… Czy na pewno nie jest to powód do poważnego zmartwienia?
Tu, na bocznej praskiej uliczce, bez medialnego blichtru, można zobaczyć Polskę biedną i samotną. I można uświadomić sobie, jak niewiele trzeba, żeby się w niej znaleźć. Wypadek, choroba, śmierć małżonka, redukcja zatrudnienia… i już – jesteś po drugiej stronie. To idzie bardzo szybko.
Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet… Ha, ha, ha!… Nie da się zaprzeczyć, tak było. Były nawet kartki. Kolejki były zmorą codzienności. Zniknęły całkowicie dopiero, kiedy pan Balcerowicz z dnia na dzień podniósł ceny mięsa o kilkaset procent – żebyśmy mogli rozpocząć „życie udane zamiast udawanego”…
No i mamy paradoks – kiedy „nic nie było” nikt nie chodził głodny, kiedy jest wszystko, kwitną darmowe garkuchnie i bożonarodzeniowo-wielkanocna dobroczynność żywieniowa.
Sam więc już nie wiem, co lepsze – zgrzebna sprawiedliwość społeczna, czy miłosierdzie bogatych?
Z punktu widzenia człowieka w samochodzie odpowiedź jest jasna – jest lepiej niż było. Ale z punktu widzenia człowieka z chodnika, który po prostu chce coś zjeść?…

Boga nie ma

Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem.

„W Głogowie gimnazjaliści zatłukli bezdomnego. Bez żadnej przyczyny. Ot tak. W świecie zwierząt, zwłaszcza wśród drapieżników, zagryzanie słabszych osobników jest częścią procesu selekcji naturalnej. Ta sama selekcja nazywa się u nas uzdrawianiem finansów publicznych i doprowadziła do likwidacji pomocy społecznej. Miliony ludzi bez pracy, bez zasiłku, traci grunt pod nogami. Zaczynają pić, włóczyć się. Rozpadają się rodziny. Powłócząc nogami „wyselekcjonowani” przez system do odstrzału zbierają puszki, makulaturę, pchają dziecinne wózki, nie z dziećmi, ale ze złomem…
Eksmisja, separacja, rozwód, drobne kradzieże i bójki po to tylko, żeby spędzić mroźną noc w ciepłym areszcie. Koczowanie koło starego fortu, gdzie przy ognisku można usmażyć przeterminowaną żywność wyżebraną w pobliskim supermarkecie. I alkohol dający chwilę ulgi w codziennym cierpieniu, jakie znają tylko samotni, odrzuceni, wzgardzeni i wyśmiewani. I papierosy, ważniejsze od chleba. Za nie w ludzie w obozach koncentracyjnych oddawali chleb. Można o nie prosić przechodniów. Ale ci naprawdę dumni wolą się schylić po niedopałki i skręcić sobie w gazecie.
Ksiądz Rydzyk nie pomodlił się za Eugeniusza K. z Głogowa. Minister Ziobro nie nadzoruje osobiście śledztwa. Odszedł, jak śpiewał Grzesiuk, „męczennik szarego motłochu”, jeszcze jeden bezimienny bohater jednodniowej sensacji w brukowej prasie. Nauczyciele twierdzą, że chłopcy nie sprawiali kłopotów wychowawczych. Czyli jednak ktoś ich wychowywał. Rodzice, nauczyciele, katecheta, ksiądz na niedzielnym kazaniu wpajali im wartości chrześcijańskie. Chrystus na krzyżu, na którego musieli się przecież nieraz gapić klęcząc w Kościele, ma na sobie łachman, nie garnitur od Diora. A więc można się codziennie modlić do męczennika, a potem spokojnie tak długo kopać leżącego, aż jego serce przestanie bić? I nikt nie poczuwa się do winy. Wszyscy są tylko trochę zdziwieni. Bo jeżeli to byli normalni chłopcy, to co jest normą?
Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem. A bieda jest hańbą, piętnem, które trzeba starannie ukrywać, żeby nie kłuła w oczy. Jesteśmy stadem na full wypasie, wypasiona jest fura, komóra i inne gówniane gadżety, których stado pożąda coraz bardziej w miarę, jak się odczłowiecza. Język wypasu to właśnie język stada. Cóż stąd, że jedną „sztukę” ktoś zadeptał na śmierć. Stado jest dalej zadowolone, zajęte przeżuwaniem. Z tym samym tępym spojrzeniem sunie na zakupy do supermarketu, na msze i siedzi przed telewizorem. Nie chce wiedzieć tego, co przeczuwają. Że każdy z nich może być następny. Wystarczy redukcja w firmie. Niespłacony dług. Eksmisja. A kiedy się już znajdą na ulicy, dopiero zaczną się bać. Wykluczeni tracą prawo do życia.
Jeżeli sprawcy, tak jak tego wymaga zwykłe poczucie sprawiedliwości, spędzą kilka lat w poprawczaku, to najprawdopodobniej zostaną bandytami. Bo takie mamy domy poprawcze. Jeżeli nie będą siedzieć, to okaże się, że wolno mordować, pod warunkiem, że ofiara nie ma stałego adresu zameldowania. Nie ma w Polsce chyba żadnej instytucji, która potrafiłaby tych młodych ludzi, którzy okazali się bezmyślnymi mordercami, uczłowieczyć. Tak jak nie było żadnej instytucji ani organizacji, która potrafiłaby im wpoić podstawowe ludzkie wartości.
Kościół, szkoła i tak modna ostatnio rodzina, poniosły klęskę. I nic. Żadnej dyskusji, poczucia winy, zapowiedzi reform. Do głogowskich szkół żaden nauczyciel nie zaprosił bezdomnych na lekcje wychowania obywatelskiego czy jak się to teraz nazywa. Nikt nawet nie próbuje młodym ludziom tłumaczyć, jaką wartość ma ludzkie życie. Każde.
Amerykańscy żołnierze w Iraku zostali ostrzelani z dachu. Rzucili bombę na sąsiedni budynek. W telewizji można było zobaczyć, jak gołymi rękami krewni i sąsiedzi odkopują zwłoki zabitych w ataku dzieci. „Sorry”, powiedzieli kowboje z obojętnymi minami. Polski rząd targuje się o to, ile ropy dostaniemy za udział w tej zbrodni. Bezrobotna kobieta odbiera życie sobie i swoim dzieciom. Sąsiad wiesza się po otrzymaniu decyzji o odebraniu mu renty inwalidzkiej. A mały Jaś patrzy w telewizor i się uczy… Uczy się, że człowiek bez pieniędzy jest gówno wart. Już niedługo na ulicach Głogowa, tak jak w całej Polsce pojawią się młodzi ludzie z puszkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A kiedy już puszczą światełko do nieba… i z tego nieba nie zagrzmi, a horyzont nie stanie w ogniu, to znaczy, że Boga nie ma.

W obronie bezdomnych

80 węgierskich pisarzy i publicystów a także działacze organizacji Miasto Należy do Wszystkich wzięło udział w demonstracji na Placu Kossutha. Miała na celu sprzeciw wobec wchodzącego w życie zakazu zamieszkiwania w przestrzeni publicznej, co w praktyce oznacza usuwanie bezdomnych z ulic.

 

Ta ustawa stanowi poprawkę do kodeksu wykroczeń. Przyjęto ją w lipcu. Procedura polega na tym, że jeżeli policjant cztery razy w ciągu 90 dni wezwie konkretnego bezdomnego do opuszczenia miejsca bytowania, a ten nie podporządkowuje się – zostanie wobec niego wszczęte postępowanie karne. Ma powstać specjalny rejestr bezdomnych objętych wezwaniami.
Kiedy ruszy już postępowanie, sąd może skazać bezdomnego na prace społecznie użyteczne lub areszt.

Jak podaje PAP, „jako cel nowych przepisów wskazano lepszą organizację usług socjalnych dla bezdomnych oraz poprawę poczucia bezpieczeństwa obywateli”.
Leilani Farha, sprawozdawczyni ONZ do spraw warunków mieszkaniowych, napisała list otwarty do rządu, w którym uznała nowe przepisy za „okrutne i niezgodne z prawem międzynarodowym dotyczącym praw człowieka”,

Działacze organizacji, która zorganizowała protest pod parlamentem, twierdzą, że środki zapobiegania bezdomności, jakie jest w stanie zapewnić państwo, są niewystarczające (to miejsca w noclegowniach na 19 tysięcy osób). Noclegownie mogą sprawdzić się jako tymczasowa pomoc, ale nie rozwiążą problemu braku zakwaterowania kilkudziesięciu tysięcy obywateli.