Moja wojna bałkańska

Jechaliśmy cichą, majową nocą, autostradą od Nowego Sadu, kolumną samochodów z zaciemnionymi reflektorami. Wjeżdżając do Belgradu przejechaliśmy most na Sawie. Wtedy coś tam z tyłu huknęło i błysnęło. Na zdrowie!, zakrzyknąłem. Ciesząc się, bo szczęśliwie docieraliśmy do celu.

Do Belgradu pojechaliśmy czwórką ówczesnych parlamentarzystów SLD. Izabella Sierakowska, Piotr Ikonowicz, Wit Majewski i ja. Reprezentując parlamentarna grupę polsko- jugosłowiańską. Aby zaprotestować przeciwko „bombowej” polityce NATO przy rozwiązywania konfliktów narodowościowych. I wesprzeć propagandowo Serbów, którzy zostali okrzyknięci przez zjednoczony front północnoatlantyckiej propagandy sprawcami całego zła na Bałkanach. Zwłaszcza masowych mordów, elegancko zwanych „czystkami etnicznymi”. Pojechaliśmy bez błogosławieństwa kierownictwa SLD, sprzeciwie rządzącej koalicji AWS- UW. I krytyce czołowych liberalnych mediów. Okrzyknięto nas sługusami prezydenta Slobodana Miloszevicza, choć jego politykę też krytykowaliśmy.
Pewnie dlatego mieliśmy wsparcie opozycyjnych wobec Miloszevica elit politycznych. Postrzegających ówczesną Federacyjną Republikę Jugosławii jako państwo związane z Unią Europejską. Reprezentował ich wiceminister spraw zagranicznych Zoran Novakovicz, późniejszy ambasador Serbii i Czarnogóry w Polsce.
Wbrew prognozom polskich mediów nie spotkaliśmy się z prezydentem Miloszeviczem, bo nie zabiegaliśmy o to. Nasi gospodarze zadbali o liczne spotkania z reprezentantami serbskiej opinii publicznej. Hierarchami kościołów prawosławnego i katolickiego, parlamentarzystami wszystkich ugrupowań, politologami i publicystami. Dodatkowo zorganizowaliśmy spotkania z polskimi dyplomatami, dziennikarzami i belgradzkimi Polakami. Nocami buszowaliśmy z Piotrkiem Ikonowiczem po piwnych ogródkach wsłuchując się w głos ludu.
Widzieliśmy wojnę z niewidzialną armią. Zbombardowaną rafinerię w Panczewie, rozwalone bombami grafitowymi sieci energetyczne, rozbite szpitale, lokalne mosty i drogi. Bombardowania NATO miały być „punktowe” i „inteligentne”. Trafiać jedynie w cele wojskowe i siedziby ugrupowań oskarżanych o ludobójstwo.
Nie pokazano nam zaatakowanych obiektów wojskowych, to oczywiste, widzieliśmy zrujnowane gmachy ministerstw obrony i ministerstwa spraw wewnętrznych. Państwowej telewizji. No i hotelu „Jugosławia”, gdzie była siedziba sztabu „Arkana”, wodza militarnych bojówek oskarżanych o ludobójstwo kosowkich Albańczyków. Widzieliśmy też sporo trafionych obiektów cywilnych, bo były w sąsiedztwie celów wojskowych i politycznych. Ofiary pomyłek „inteligentnych” rakiet – podróżnych cywilnego pociągu, kolumny jadących na targ samochodów.
Najbardziej zagadkowym był atak na ambasadę Chin. Byliśmy tam dwa dni po. Nie zapomnę widoku wypalonego gmachu i chrzęstu dywanu z rozbitych porcelanowych naczyń. Mówiono, że to odwet za ukryte w gmachu instalacje wojskowe pomagające Serbom. Zginęło trzech chińskich dyplomatów. Jeden znany mi, młody polonista i slawista, został pośmiertnie uhonorowany ulicą w rodzinnym miasteczku. Amerykanie szybko wypłacili rodzinom zabitych sute odszkodowania i wyciszyli „pomyłkowy” atak. Belgradzka ulica pokochała Chiny. Widziałem demonstracje solidarności z Chińczykami.
Ambasada polska nie ucierpiała. Miejscowi grafficiarze pokryli ją jedynie swastykami, napisami „Sługusy NATO” i „Mordercy”. Ale szyb nie wybili. Wyleciały te z okien na parterze. Od podmuchów, kiedy samoloty NATO rozwaliły pobliski gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
W czasie dnia wojny nie było widać na belgradzkich ulicach. Sklepy zawalone żywnością. Pełne kawiarniane ogródki, nocami piwiarnie. Spacerujące dziewczyny przecudnej urody i starsi panowie. Młodych niewielu. Mobilizacja. Z knajp słychać było „sevdalinki” i pieśni o serbskiej duszy która została na Kosowie. Ulica dudniła, gadała z serbskim wigorem. Ameryka to kurwa, NATO to kurwa, a Rosja kurwa największa. Sprzedała się Ameryce, zamiast pomóc prawosławnym braciom. Jelcyn to kurac, i Clinton też kurac. „Monika stisni zube”. Tak zachęcano pannę Lewinski do spotkania z prezydentem Clintonem. Serbia nie podda się, będzie walczyć nawet sama, jak to nieraz w jej historii bywało.
Samoloty NATO nadlatywały zawsze w nocy. Bo to czas kurew i złodziei, usłyszałem. Dlatego wieczorami na głównych belgradzkich mostach mieszkańcy tworzyli żywe tarcze. I balangowali do świtu. ”Obriste nam dupe, NATO trupe” skandowali. „Billi, mislim na tebe. Gavrilo Princp”, słali przekaz Clintonowi. Jednej nocy przechodziliśmy z Piotrkiem Ikonowiczem, na skróty, przez most kolejowy. Nagle, jak na ćwiczeniach w wojsku. Błysk z prawej, huk z lewej. Na szczęście mieliśmy puste żołądki.
Rok później zaproszono nas do Belgradu na rocznicę wygranej wojny z NATO. Wtedy pomimo ogłoszonego zwycięstwa na ulicach narastała beznadzieja i marazm. Jugosławia wygrała wojnę, ale zaczęła przegrywać pokój. Straciła Kosowo, potem rozpadła się na Serbię i Czarnogórę. Zmarniała ekonomicznie, cywilizacyjnie, politycznie. Czeka dalej na akcesję do Unii Europejskiej.
Prezydent Miloszevicz stracił władzę w 2000roku, zmarł w 2006 roku w więzieniu w Hadze oskarżony o ludobójstwo. Jego albańscy przeciwnicy z Kosowa, najpierw dowodzący anty serbską partyzantka UCK, a potem byli „premierzy rządu Kosowa”, Ramush Haradinaj i Hashim Thaci, też zostali oskarżeni przez haski Trybunał. O ludobójstwo Serbów. Rozmawiałem z nimi, jako delegat Rady Europy, w roku 2002, podczas wyborów samorządowych w Kosowie. „Państwie” nadal nieuznawanych przez wszystkie państwa Unii Europejskiej. Takim „Naddniestrzem” NATO na Bałkanach.
Zorana Novakovicza ostatni raz widziałem w 2006 roku w szpitalu. Byłem obserwatorem Rady Europy serbskiego referendum konstytucyjnego. Zoran wiedział, że umiera. Kiedy wspominaliśmy naszą „wojnę”, rzekł mi, to czego wtedy nie mógł, nie odważył się.
Otóż podczas naszego wjazdu w 1999 roku, przez most na Sawie, dopadła nas wystrzelona nieba rakieta. Trafiła w wał ziemny chroniący most za który wtedy wjechaliśmy. Albo była niecelna albo wyrafinowanie inteligentna.
Gdyby nas dopadła – bylibyśmy pierwszymi polskimi ofiarami NATO po wstąpieniu naszego państwa do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Ofiary bombardowań NATO chcą odszkodowań

22 lata po natowskim bombardowaniu Serbii, ofiary wciąż pamiętają i domagają się sprawiedliwości. Prawnicy zajmujący się prawami człowieka złożyli pozwy przeciwko sojuszowi NATO w związku z użyciem zakazanych rodzajów broni w trakcie nalotów na Serbię w 1999 roku. Prawnicy reprezentują rodziny zabitych a także tych, którzy cierpią z powodu powikłań na skutek kontaktu ze zubożonym uranem, obecnym w użytej przez NATO amunicji. Prawnicy domagają się odszkodowań w wysokości co najmniej 300 tysięcy euro dla każdej z ofiar. Władze Serbii od dłuższego czasu zwracają uwagę na problemy zdrowotne wielu osób, które miały kontakt z miejscami bombardowanymi przez NATO i oskarżają sojusz o stosowanie amunicji ze zubożonym uranem.

Duża część z ofiar to dawni policjanci i żołnierze, którzy pracowali w 1999 roku w Kosowie, wówczas części Serbii i Federacyjnej Republiki Jugosławii. Prawnicy powołują się na podobny przykład żołnierzy włoskich, którzy stacjonowali na Bałkanach. Po powrocie do kraju, 366 z nich zmarło a co najmniej 7,5 tysiąca doświadczyło skutków zatrucia zubożonym uranem. Prawnik, który reprezentował włoskich żołnierzy i któremu udało się już wywalczyć rekompensaty w 181 przypadkach, będzie teraz wspierał serbski zespół prawników. Jego zdaniem obydwie sprawy dotyczą tych samych, zakazanych rodzajów broni. Srdjan Aleksić, szef serbskiej grupy prawników mówi, że zespół zgromadził ponad 3 tysiące stron dokumentów, w tym werdykty, opinie ekspertów i materiały specjalnej, włoskiej komisji rządowej.
Sama armia USA przyznaje, że użyła około 40 tysięcy takich pocisków w czasie konfliktów w Bośni i Kosowie. Zubożonego uranu, który sam w sobie nie jest silnie radioaktywny, używa się do powlekania czubków pocisków, dzięki czemu łatwiej nimi przebić materiały opancerzone, na przykład w czołgach lub w bunkrach. Ale po eksplozji pocisku pozostaje radioaktywny lub toksyczny pył. To ten pył powoduje długotrwałe skutki zdrowotne u osób narażonych na kontakt z nim. Wojska zajmujące się likwidowaniem śladów po działaniach wojennych bywają ofiarami zakażenia tym pyłem. Takie problemy zgłaszały armie kilku państw europejskich, których żołnierze byli na misjach na Bałkanach. Taka sytuacja dotyczy właśnie żołnierzy włoskich, którzy pracowali przy oczyszczaniu Kosowa po działaniach wojennych. Pociski ze zubożonym uranem były masowo używane przez armię USA w Iraku i Afganistanie. W obu tych krajach, w miejscach gdzie dochodziło do amerykańskich ostrzałów, odnotowuje się ponadprzeciętny wskaźnik zachorowań na nowotwory i upośledzenia u narodzonych dzieci. Według rządu Serbii i prawników, ofiarą zubożonego uranu mogą być też żołnierze i policjanci serbscy.
Agresja NATO na Jugosławię, nazywana przez NATO „wojną o prawa człowieka w Kosowie” rozpoczęła się w marcu 1999 roku bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. NATO złamało wówczas nawet swój własny statut pozwalający na interwencje wyłącznie na terytorium państw członkowskich sojuszu. Pod sztandarem „obrony praw człowieka” bombardowania doprowadziły do śmierci co najmniej 2 tysięcy osób (według rządu Serbii ponad 5 tysięcy), z czego blisko połowa to przypadkowi cywile. Rannych zostało co najmniej 12 tysięcy osób. W ruinę obrócono wiele zakładów produkcyjnych, linii komunikacyjnych, mostów, dworców, lotnisk, instalacji przemysłowych i tuneli a także blisko 25 tysięcy domów i 69 szkół. Wiele z nich oddalonych było o setki kilometrów od Kosowa. Szkody na skutek nalotów szacuje się na dziesiątki miliardów dolarów.
Choć dowódcy NATO deklarowali, że zamierzają prowadzić ataki w taki sposób, by zminimalizować straty wśród ludności cywilnej, to według Human Rights Watch, odsetek pocisków „precyzyjnych” czy „inteligentnych”, czyli takich, które rzekomo minimalizują straty cywilne, wynosił zaledwie 30% użytej amunicji a w niektórych momentach kampanii spadał do 10-20%. Piloci NATO są także odpowiedzialni za ataki na konwoje i zgromadzenia ludzi podczas których zginęli cywile. Do ataków dochodziło w ciągu dnia czyli wtedy gdy z bombardowanych dróg, mostów czy tuneli korzystali cywile i ich śmierć była do przewidzenia. Zaskakującym zbiegiem okoliczności było też wystrzelenie pocisku w kierunku konsulatu Chin. Zginęło tam trzech chińskich dziennikarzy a dwadzieścia osób zostało rannych. NATO skomentowało to jako „pomyłkę”. W trakcie całej kampanii wojennej, jedynymi stratami wojskowymi NATO była śmierć dwóch pilotów helikoptera w trakcie wypadku podczas lotu treningowego w Albanii.
Nie oznacza to, że w Kosowie nie dochodziło do konfliktów etnicznych i łamania praw człowieka. Kosowo od lat było miejscem napięć między Albańczykami a Serbami a część Serbów nie chciała uznać autonomicznych aspiracji mniejszości albańskiej. Albańskie bojówki nacjonalistyczne z tak zwanej Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK, jak już dzisiaj wiemy, wspieranej wtedy i finansowanej przez USA i przez rząd Albanii) atakowały policję, armię i samych Serbów. Korzenie samej UÇK sięgają początku lat 80-tych i powstawania na emigracji anty-jugosłowiańskich, maoistowskich grup, wspieranych przez Tiranę a następnie grup kosowskich emigrantów współpracujących z albańską mafią na Zachodzie. Zajmowały się one gromadzeniem funduszy na działalność bojówek w Kosowie i były odpowiedzialne za ataki na przedstawicieli Jugosławii za granicą, między innymi w Brukseli. W tym też czasie bojówki w samym Kosowie dokonały co najmniej dziewięciu zamachów bombowych w Prisztinie. Władze odpowiedziały masowymi aresztowaniami. Atmosfera napięcia, protestów, starć i sporadycznych incydentów zbrojnych trwała aż do lat 90-tych. Terroryści z UÇK w 1996 roku dokonali serii pięciu ataków na obozy serbskich uchodźców z Kajiny a celem innych ataków zbrojnych i bombowych stawały się komisariaty, urzędy i serbscy cywile. Policja odpowiadała siłą i przenosiła na cywilnych Albańczyków część odpowiedzialności za ataki bojówkarzy, co prowadziło do narastania frustracji i dalszego zaostrzania się konfliktu. W starciach ginęło coraz więcej ludzi i choć liczba zabitych jest przedmiotem manipulacji z obu stron, to szacuje się, że w ciągu paru lat napięć w drugiej połowie lat 90-tych w Kosowie zginęło nawet parę tysięcy osób obydwu narodowości. Powód do troski faktycznie istniał, ale można go było rozwiązać drogą dyplomatyczną, gdyby Zachód faktycznie miał taką wolę. Zamiast tego, USA od paru lat aktywnie wspierały zbrojne bojówki a w 1998 roku utworzyły nawet na terenie Kosowa podległą sobie milicję, która jednak nigdy nie odgrywała takiej roli jak UÇK. Napięcia te nie były więc prawdziwym powodem agresji NATO lecz jedynie pretekstem do agresji. Chodziło o rozgrywkę geopolityczną a konflikt w Kosowie był dobrym pretekstem do ataku. W rezultacie nalotów, rząd Jugosławii zmuszony został do wycofania policji i wojska z Kosowa a na ich miejsce weszły „siły pokojowe” złożone z żołnierzy NATO a w roli nowej armii narodowej Kosowa pojawili się uzbrojeni przez USA bojówkarze UÇK. Kosowo stało się od teraz bazą wojskową USA na Bałkanach a niedługo potem, pod presją Zachodu, od Jugosławii oderwała się Czarnogóra. Zachodowi chodziło o pozbycie się niepokornego rywala na Bałkanach, szczególnie, że Serbia naturalnie ciążyła ku Rosji w stosunkach międzynarodowych.
Warto spróbować zrozumieć kontekst w jakim międzynarodowa opinia publiczna oceniała te wydarzenia, szczególnie na Zachodzie. Nie zagoiły się jeszcze rany po największej rzezi etnicznej jaką widziała Europa od czasu drugiej wojny światowej, czyli wojny domowej z początku lat 90-tych w byłej Jugosławii i wojny domowej w Bośni, Europę zalała fala uchodźców z Bałkanów a opinię publiczną szokowały kolejne doniesienia o okrucieństwach do jakich dochodziło w czasie niedawno zakończonej wojny. Słyszeliśmy o zbrodniach w Sarajewie czy ludobójstwie w Srebrenicy a rządy zachodnie były przez obrońców praw człowieka i opinię publiczną krytykowane za brak działań i za brak zainteresowania losem masakrowanych cywilów. Główni sprawcy masakr i zbrodni wojennych wciąż byli na wolności, powstawały szokujące filmy dokumentalne o bezradności międzynarodowych sił pokojowych w Bośni, świat nie chciał powtórki z historii.
Konflikt wokół Kosowa nie miał takiej samej dynamiki jak wcześniejsze konflikty w byłej Jugosławii, ani rząd nie był odpowiedzialny za zbrodnie przeciw ludzkości. Ale większość mieszkańców Zachodu nie śledzi sytuacji na Bałkanach zbyt szczegółowo, za to często szczerze współczuje cywilnym ofiarom konfliktów. Te nastroje wśród opinii publicznej wykorzystali przywódcy państw Zachodu. Trwającej blisko trzy miesiące kampanii bombardowań, towarzyszyła bezprecedensowa kampania dezinformacji i propagandy w głównych mediach na Zachodzie. Kłamstwa tworzono w taki sposób, żeby przypominały obrazy znane z przekazów o niedawno zakończonej wojnie na Bałkanach. Przedstawiano zniekształcony i fałszywy obraz sytuacji w Kosowie a opinię publiczną informowano, że wojska jugosłowiańskie dokonują tam czystek etnicznych na masową skalę. Każdego dnia media prześcigały się w podawaniu coraz wyższej liczby rzekomych ofiar i uchodźców. Większość z tych informacji okazała się wkrótce tym, co dzisiaj nazywamy fake newsami i służyła wyłącznie zmanipulowaniu opinii publicznej. W przeddzień ataku, politycy związani z NATO twierdzili też, że celem „społeczności międzynarodowej” jest doprowadzenie do wolnych wyborów w Jugosławii, choć zaledwie kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu, w Jugosławii odbyły się wybory, które OBWE oceniła jako przeprowadzone uczciwie. Kampanię bombardowań przywódcy NATO nazwali „wojną w imię praw człowieka”. Jeśli faktycznie ktoś w to wierzył, to bilans tych działań musiał być rozczarowujący. W następstwie przejęcia kontroli nad Kosowem przez NATO i UÇK, prowincję musiało opuścić ponad 200 tysięcy uchodźców, głównie Serbów, ale także Romów i innych nie-albańskich narodowości. Serbia stała się domem dla największej grupy uchodźców w Europie od lat. Ci, którzy zdecydowali się pozostać w Kosowie a nie byli etnicznymi Albańczykami, spotykali się z szykanami, represjami i przemocą.
Agresja na Jugosławię w 1999 roku była też pierwszą operacją NATO z udziałem Polski jako nowego członka. Rządząca w kraju koalicja AWS-UW (odpowiednik dzisiejszej PiS-PO) chętnie przyłączyła się do agresji, bezkrytycznie powtarzając propagandę zasłyszaną u zachodnich sojuszników. Jedynymi politykami z Polski, którzy chcieli spojrzeć na sprawę obiektywnie, była czteroosobowa delegacja posłów lewicy, która wybrała się do Belgradu w trakcie bombardowań, odwiedzając przy okazji obozy uchodźców. Media, które w czasie bombardowań chętnie mówiły o losie albańskich uchodźców w Kosowie, nie interesowały się w ogóle losem serbskich cywilów, którzy ginęli od natowskich bomb. Ludwik Stomma na łamach ‚Polityki’ pisał wtedy: „Wydaje się jakby w kraju, który ma tak tragiczną przeszłość jak nasz, nikt nie pamiętał już, że gdzie spadają bomby, tam giną ludzie. Starcy, kobiety, dzieci. I nikogo to nie przeraża? Nikt nie podrywa się do protestu? Nikogo nie obchodzą serbskie ofiary?”. Niestety, ich głos został w kraju zakrzyczany przez wojenną propagandę, tak samo jak parę lat później, wojenna propaganda zagłuszyła przeciwników wojny w Afganistanie i Iraku.
Nie jest jasne, czy zgromadzone dokumenty w sprawie odszkodowań dla ofiar bombardowań zostaną uznane przez państwa NATO i przez trybunały. Jeśli pozew się powiedzie, otworzy to być może drogę do odszkodowań za wielomiliardowe zniszczenia wojenne. Miejmy jednak przede wszystkim nadzieję, że nagłośni to prawdę o ciemnej stronie nielegalnej agresji i sprawi, że w przyszłości opinia publiczna będzie uważnie i krytycznie przyglądać się temu co głoszą rządy, gdy prą do wojny. Wojna zawsze oznacza śmierć i tragedię zwykłych ludzi.

Nie chce siedzieć

Kruchy rozejm po izraelskich atakach na Gazę nie trwał długo: izraelskie lotnictwo znów bombarduje Strefę, Jest już co najmniej kilkadziesiąt ofiar, w tym całe rodziny po stronie palestyńskiej i jedna osoba lekko ranna po izraelskiej, gdy ruch oporu ripostował wystrzeliwując swe niecelne „rakiety”. Premier Benjamin Netanjahu liczy, że napad na Gazę pozwoli mu zostać u władzy i uniknąć więzienia za przekupstwo i oszustwa.

Tym razem Izraelczycy postanowili celować również w Hamas, który rządzi w Gazie, gdyż w Izraelu rozległa się krytyka rywali Netanjahu, że bombardowania skupiają się na siłach PDI (Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego), zamiast iść po całości. Przed samym rozejmem Izraelczycy zrównali z ziemią dom Rasmiego Abu Malhusa, razem z nim, dwiema kobietami i pięciorgiem dzieci. Twierdzili, że to dowódca PDI, co zdementowali Palestyńczycy. W końcu wojsko przyznało, że są „nieoczekiwane” ofiary śmiertelne wśród cywilów.
Napad na Gazę to sprytny ruch polityczny premiera Izraela, któremu nie udało się po wrześniowych wyborach sformować rządzącej koalicji. Miał to być sposób na zachowanie immunitetu i uniknięcie aresztowania jako oskarżonego w kilku sprawach. Jego ostatnia nadzieja to rząd „jedności narodowej”, w którym rządziłby na zmianę ze swoim politycznym konkurentem gen. Bennym Gantzem, który na zlecenie prezydenta próbuje teraz zmontować swoją, niezależną od Netanjahu koalicję rządzącą. Potrzeba do tego choćby częściowego udziału posłów palestyńskich Izraela, do czego Netanjahu nie ma zamiaru dopuścić: wojna usztywni postawy i Gantzowi nie powinno się udać. Wtedy Netanjahu uniknie więzienia, będzie „musiał” rządzić dalej.
W zamkniętej Strefie Gazy ponad połowa populacji nie ma pracy, 90 proc. sklepów zamknięto, bo jest blokada, a 96 proc. wody pitnej nie nadaje się do picia, z powodu zniszczonej kanalizacji – nawet bez bombardowań Strefa jest na krawędzi zapaści. Po ostatnim dużym napadzie na Strefę w 2014 r. (2250 zabitych cywilów, w tym ok. 500 dzieci) władze izraelskie obiecały ulgi w blokadzie, ale nigdy do nich nie doszło. W tym roku, od stycznia do września izraelskie wojsko 54 razy wtargnęło do Strefy, razem z nalotami.

Izrael znów atakuje

Według informacji podanych przez syryjskie media wojsko izraelskie przeprowadziło ostrzał rakietowy w okolicach Damaszku i Hims. Ofiarami są wyłącznie cywile.

Według informacji przedstawionych agencji SANA przez Syryjską Armię Arabską pociski wystrzelone zostały z libańskiej przestrzeni powietrznej. Gdy doszło do incydentu zarejestrowano tam obecność izraelskich samolotów wojskowych operujących na nietypowo niskiej wysokości. Potwierdzili to dziennikarze regionalnych mediów, między innymi dziennikarze telewizji Al Majadin i kanału informacyjnego Al Masdar.
Rakiety, które spadły na przedmieścia Damaszku zabiły cztery osoby, w tym jednomiesięczne dziecko. Zmarło ono wkrótce po przewiezieniu do szpitala z ciężkimi poparzeniami poparzeniami tułowia i ranami na twarzy i głowie. Oprócz tego 21 osób odniosło obrażenia.
Do incydentu doszło 30 czerwca.
Izrael wielokrotnie atakował syryjskie lub irańskie cele w Syrii. Rzadko jednak Tel Awiw się do tego przyznawał. Ani izraelska armia, ani tamtejsze władze nie odniosły się jeszcze do informacji o wczorajszym ostrzale. W ciągu ostatnich kilku tygodni jednak strona izraelska oficjalnie potwierdzała, że atakowano syryjskie instalacje wojskowe uzasadniając to „zwiększeniem napięć transgranicznych” wokół Wzgórz Golan, terytorium okupowanego przez Izrael, które Trump niedawno uznał na przynależne temu państwu.

Będzie wojna?

Izraelskie samoloty zbombardowały trzydzieści celów na terenie Strefy Gazy. Wojsko w oficjalnym komunikacie poinformowało, że jest to odpowiedź na atak moździerzowy z tego obszaru, największy od 2014 r.

 

Organizacje Islamski Dżihad oraz Brygady al-Kassama (zbrojne skrzydło Hamasu) oświadczyły, że biorą wspólną odpowiedzialność za „uderzenie na pozycje wojskowe i na syjonistyczne osiedla sąsiadujące ze Strefą Gazy”. Islamski Dżihad zapowiadał wcześniej odwet za krwawe rozpędzenie manifestacji Palestyńczyków w ramach Wielkiego Marszu Powrotu. Podczas pacyfikacji zginęło 116 osób, w tym kobiet i dzieci, większość – od kul izraelskich snajperów.

Izrael zbombardował dziś 30 celów związanych ze zbrojnymi ugrupowaniami palestyńskimi, w tym budowany przez bojowników Hamasu tunel. Nie ma jeszcze informacji o tym, czy ktokolwiek z cywilów został zabity lub ranny. Wiadomo natomiast, że setki mieszkańców enklawy zostało całkowicie odciętych od elektryczności.

Większość z 25 pocisków wystrzelonych ze Strefy Gazy zostało przechwyconych przez system Żelazna Kopuła bądź spadła na tereny niezagospodarowane.

Izraelski minister wywiadu Israel Katz stwierdził, że od czasu bombardowania Gazy w 2014 r. jeszcze nigdy kraj nie był tak blisko wybuchu otwartej wojny. – Jeśli ostrzały nie ustaną, będziemy zmuszeni do eskalacji naszej odpowiedzi, a to doprowadzi do pogorszenia sytuacji – powiedział w wojskowym radiu. Przedstawiciele Islamskiego Dżihadu w odpowiedzi oznajmili, że zachowają spokój, jeśli Izrael zaprzestanie stosowania agresji wobec Palestyńczyków z Gazy, zaś rzecznik Hamasu stwierdził, że ostrzał południowego Izraela był „naturalną odpowiedzią na zbrodnie” popełnione na Palestyńczykach.

Ze Strefy Gazy wypłynęła łódź, na której poza odciętą od świata enklawę zamierzała wydostać się grupa rannych i chorych, którzy w szpitalach w zrujnowanej Gazie nie mają szans na właściwe leczenie. Została otoczona przez izraelskie okręty i zatrzymana, a następnie skierowana do portu w Aszdod. Osoby płynące łodzią zmuszono do powrotu.
Stany Zjednoczone zażądały, w związku z rozwojem sytuacji w Izraelu, zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ.