
Izraelski nalot na przywódców Hamasu w Dosze nie tylko rozwścieczył Katar, ale też pokazał, że amerykański prezydent został pominięty przez własnego sojusznika. Donald Trump dowiedział się o ataku dopiero wtedy, gdy w stolicy Kataru spadały bomby.
Izrael 9 września przeprowadził bombardowanie stolicy Kataru, wymierzone w spotkanie politycznych liderów Hamasu. Zginęło sześć osób, w tym członek katarskich sił bezpieczeństwa. Hamas twierdzi, że żaden prominentny działacz nie stracił życia. Dla Kataru, gospodarza największej amerykańskiej bazy wojskowej w regionie i mediatora wielu rozmów pokojowych, był to otwarty policzek. Władze w Dosze nazwały atak „aktem terroryzmu państwowego” i zapowiedziały możliwość odwetu.
Donald Trump, przyciśnięty pytaniami dziennikarzy, nie krył irytacji. „Jestem bardzo niezadowolony, bardzo niezadowolony ze wszystkich aspektów tej sytuacji. Chcemy powrotu zakładników z Gazy, ale nie jesteśmy zadowoleni z tego, jak to się stało” – mówił wieczorem prezydent USA.
Już kilka godzin wcześniej rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt odczytała starannie wyważone oświadczenie, nazywając bombardowanie „godnym ubolewania incydentem”. Fakty były jednak oczywiste: Waszyngton dowiedział się o izraelskiej operacji dopiero po jej rozpoczęciu, i to dzięki obserwacjom własnego wywiadu wojskowego, a nie dzięki sojusznikowi.
Trump próbował się usprawiedliwiać: „Ta decyzja została podjęta przez premiera Netanjahu, to nie była moja decyzja. Jednostronne bombardowanie Kataru, suwerennego państwa i bliskiego partnera Stanów Zjednoczonych, nie służy ani Izraelowi, ani nam”. Dodał jednak, że „wyeliminowanie Hamasu, który żeruje na nędzy mieszkańców Gazy, to cel godny pochwały”.
Amerykańskie media pisały o wściekłości doradców Trumpa, którzy zostali całkowicie wyłączeni z decyzji. Prezydent komentował sprawę przy okazji rzadkiej wizyty w restauracji w Waszyngtonie. Spotkał się tam jednak z wrzaskami aktywistek skandujących: „Free DC, Free Palestine, Trump is Hitler of our time!”. Secret Service musiał interweniować, a incydent pokazał, że niezadowolenie wobec amerykańskiej polityki narasta również wewnątrz kraju.
Nalot okazał się szczególnie kompromitujący, bo doszło do niego w momencie, gdy Katar gościł polityczne kierownictwo Hamasu na rozmowach dotyczących amerykańskiej propozycji rozejmu. Kilka dni wcześniej katarski premier Mohammed bin Abdulrahman Al-Thani otrzymał tę propozycję od wysłannika Białego Domu Steve’a Witkoffa. Jeszcze w poniedziałek Witkoff spotykał się w Miami z izraelskim ministrem Ronem Dermerem, jednym z najbliższych współpracowników Netanjahu. Izraelczycy nie zdradzili mu jednak nic o planowanej akcji.
Władze Kataru mają powody, by czuć się zdradzone. Ten niewielki, bogaty w gaz kraj od lat inwestuje w USA miliardy dolarów, kupuje amerykańską broń, a w maju emirat podarował Trumpowi luksusowego Boeinga 747 wartego 400 milionów dolarów. Nie brakowało też biznesowych układów z Trump Organization. W zamian Katar dostał bombardowanie i wyjaśnienia, że o wszystkim decydował „Bibi” Netanjahu.
Po ataku Trump miał zapewniać emira Tamima bin Hamada Al-Thaniego i jego premiera, że podobny afront już się nie powtórzy. Publicznie starał się bagatelizować sprawę. „Nic mnie nigdy nie zaskoczy, zwłaszcza jeśli chodzi o Bliski Wschód” – mówił dziennikarzom.
To jednak kolejne zdarzenie, w którym Stany Zjednoczone zostały pominięte. Od października 2023 roku izraelskie wojsko przeprowadziło ataki w siedmiu krajach regionu – od Iranu po Syrię i Gazę. W lipcu bomby spadły nawet na kościół katolicki w Gazie. W każdym przypadku Waszyngton dowiadywał się o wszystkim po fakcie.
Trump próbował czasem ratować twarz – jak wtedy, gdy tłumaczył, że celowo „oszukał Iran, by lepiej go zaskoczyć”. Ale te opowieści brzmiały jak desperacka próba zakrycia faktu, że o najważniejszych ruchach decyduje Netanjahu, a nie on.
Izraelska bomba spadła na Katar, ale prawdziwy wstrząs odczuły Stany Zjednoczone. To nie Katar, lecz Ameryka została upokorzona – bo świat zobaczył, że Donald Trump nie miał żadnej kontroli nad sojusznikiem, który działa na własną rękę, lekceważąc nawet Biały Dom.









