Jak zostać celebrytą?

Dziewczynki chcą być najczęściej aktorkami i lekarkami, chłopcy – strażakami, oficerami, piłkarzami i policjantami. Te dziecięce marzenia kończą się w wieku maturalnym i są zastępowane bardziej racjonalnymi planami dalszego życia. Ale u wielu osób pozostaje trwałe podłoże tych marzeń – być sławnym a przynajmniej znanym dlatego, że coś robię lepiej niż inni, albo staję się celebrytą bez konkretnej przyczyny, czasem przez przypadek, który pozwolił mi wejść do świadomości publicznej. Bo przecież – jak mówią – „celebryta to człowiek znany z tego, że jest znany”.

Od czasów młodości obserwuję międzypartyjną i wewnątrzpartyjną walkę o popularność w środowisku polityków.

Zalety popularności

Trudno się dziwić, bo ich aktywność w świadomości społecznej mierzona jest rzadko faktycznymi osiągnięciami, a częściej liczbą wystąpień w telewizji i radiu, oraz na portalach internetowych Stąd ciągłe „parcie na szkło” i publikowanie w Internecie poglądów, ocen i polemik możliwie zaskakujących, kontrowersyjnych, wywołujących powszechną aprobatę, albo znaczący skandal. Czasem bezdennie głupich. Ale to nie szkodzi, bo wiadomo, że jest lepiej, jak o nas mówią dobrze, a gorzej, jak mówią źle. Ale najgorzej jest wtedy, kiedy w ogóle o nas nie mówią.

Wichry unoszą śmieci

W tych sferach współczesnej, politycznej arystokracji nic mnie już nie dziwi. Ale w ostatnich miesiącach dostrzegam ożywienie walki o popularność wśród ludzi, którzy nie są politykami i dotychczas zadawalali się rolą „siły roboczej’ i konsumentów napędzających naszą gospodarkę. Co więcej – byli zwolennikami RODO i denerwowali się, kiedy ktoś publicznie wymieniał ich nazwisko, lub próbował zaliczać do zwolenników lub przeciwników czegoś lub kogoś.
Kiedy wieją wichry rewolucji to – podobno – pierwsze podnoszą się lekkie przedmioty, a więc także śmieci. U nas wichrów nie widzę, ale lekki wiaterek „dobrych zmian” i perspektywy nasilenia „zamordyzmu”, jako systemu rządzenia powodują, że uaktywniają się ludzie o niezaspokojonych ambicjach, żądni kariery lub chociażby krótkotrwałej sławy. To nie tylko zaspakaja ambicje, ale może też ułatwiać życie. Jak nasza twarz jest już znana, to ekspedientki w sklepach stają się bardziej uprzejme, recepcjonistki w przychodni skracają nam kolejki, banki łatwiej udzielają nam kredytów, poważne firmy proponują odpłatny udział w telewizyjnych reklamach. No i wzrasta nam powodzenie u osób przeciwnej płci.

Mamy uznane sukcesy

Są trzy drogi do osiągnięcia tego celu. Pierwsza, moralnie poprawna, ale najtrudniejsza – zrobić coś bezdyskusyjnie wartościowego, powiedzieć, napisać lub skomponować coś, co znajdzie powszechne uznanie, dobrze zagrać poważną rolę w filmie (teatr nie wystarcza. Bo za mało widzów), osiągnąć rewelacyjny wynik sportowy. Dostać za to np. nagrodę Nobla, albo medal olimpijski, lub doczekać się chociażby masowych pochwał krytyków. Mało znany polityk lub w ogóle nieznany obywatel z politycznymi ambicjami może także pójść tą drogą. Jeśli będzie bardziej wyrazisty od innych – to go zauważą, poproszą o wywiad, włączą do telewizyjnej dyskusji, zaproszą na przyjęcie, na którym będzie mógł poznać wielu wpływowych ludzi.
Druga droga osiągania pozycji celebryty polega na zrobieniu czegoś zaskakująco nietypowego, opublikowaniu kontrowersyjnego tekstu, publicznym obrażaniu kogoś znanego, wzięciu aktywnego i zauważalnego udziału w zebraniu, akcji, czy „imprezie” organizowanej przez potępiane środowiska. Stęsknione za sensacją środki masowego przekazu także i wtedy okażą swoje zainteresowanie i stworzą okazje do zadawania pytań w rodzaju – „czy naprawdę uważa Pan Xińskiego za odszczepieńca, łajdaka i antypatriotę?”. Czy podziela pan poglądy organizacji XYZ? Jeśli będziemy umiejętnie ciągnąć ten wątek, oskarżać i obrażać następne osoby związane z celem naszego ataku – tym większe mamy szanse na zdobycie i utrwalenie pozycji celebryty.

Na pijawkę

Trzecia droga jest najłatwiejsza, ale jednocześnie najbardziej niemoralna. Przypomina działanie pijawki – przyssanie się do innej osoby i wypijanie z niej smakowitej krwi. Jeśli kogoś awansują zwłaszcza z „wrogiego” obozu politycznego, lub jeśli wszystko wskazuje na to, że szykowany jest taki awans, jeśli znany aktor, reżyser czy naukowiec ma być jeszcze bardziej znany – usiądźmy wygodnie w domowym fotelu i pogrzebmy w naszej pamięci. Może był zamierzchły czas, w którym z tą osobą mieliśmy kontakt? Może powiedział nam coś „nieostrożnego” lub złośliwego o tych, którzy obecnie są trzonem aktualnej władzy? Jeśli jest odmiennej płci, to może coś między nami iskrzyło, my próbowaliśmy uwodzić, albo nas uwodzono? Może coś mówił o łapówkach, albo sam je brał lub dawał? A może chociaż dobrze znamy osobę, która miała z nim (czy z nią) takie przeżycia i możemy się na nią powołać, bez jej sprzeciwu?

Łagodnie molestowani

Bardzo często coś możemy sobie przypomnieć. W luźnych rozmowach z „ważnymi osobami”, dziennikarzami, amatorskimi „sygnalizatorami”, czyli donosicielami, możemy wówczas błysnąć stosownym opowiadaniem, zastrzegając się, że dokładnie tych zdarzeń nie pamiętamy. Ale – przykładowo – pamiętamy, że trzydzieści lat temu byliśmy łagodnie molestowani przez pana Ygresińskiego, który nie tylko dwuznacznie głaskał nas po ramieniu. Chwalił się także, że ludzie zostawiają mu pieniądze na jakieś dobroczynne lub inwestycyjne cele mimo, że o to nie prosi. Ale nie wiadomo, czy otrzymane datki rzeczywiście były wykorzystywane na te cele, czy też zaspakajały jego rozbuchane potrzeby. A pani Q… – ta znana aktorka – piętnaście lat temu była na urlopie w Tajlandii i mieszkała w tym samym hotelu. Strach powiedzieć, co ona tam wyprawiała! I to wieloosobowo!!
Jeśli nasze opowiadania będą ciekawe, to media na pewno się nimi zainteresują. A my mamy wtedy dwa wyjścia. Albo idziemy na całość, pokazujemy twarz, coś na ten temat piszemy, podgrzewamy atmosferę i szybko stajemy się celebrytą. Albo zachowujemy tajemniczość, w nagraniach rozmów domagamy się zmiany głosu, zamazywania twarzy i sylwetki. Wtedy dochodzenie do celu trwa dłużej i wymaga sterowanych „przecieków”, ale możemy uniknąć bezpośrednich kontrataków i kłopotliwych spraw sądowych.

Motywacja

Te trzy drogi pozwalające na osiągnięcie pozycji celebryty właściwie były dostępne i wykorzystywane „od zawsze”. Napisałem ten felietonik nie dlatego, żeby je na nowo odkrywać. Zaniepokoiła mnie zmiana proporcji. W ostatnich latach wyraźną przewagę osiągnęła trzecia droga, – czyli masowe ujawnianie się pijawek, prawdziwych lub fałszywych „świadków historii”, którzy po wielu latach czują się niecnie wykorzystani przez znanych polityków, aktorów, lekarzy i sportowców. – a więc także celebrytów, ale o dawno utrwalonej pozycji. Szczególnie zagrożeni są tacy, którzy tą pozycję poprawiają.

Trzy pieczenie

Zastanawiam się, jakie są przyczyny tego wzrostu zainteresowania „karierą” celebryty. To chyba zazdrość, która w bogacącym się społeczeństwie staje się ważniejsza i bardziej mobilizująca. Ale drugą przyczyną jest też polityka, chęć zatrzymania kariery konkretnego „wroga”, albo przynamniej permanentne psucie mu opinii. Nawet jak nic nie jest prawdą – coś jednak przylgnie, coś ludzie będą powtarzać, ktoś będzie miał wątpliwości. Możemy nawet ożywić prokuraturę. Upieczemy trzy pieczenie na jednym ogniu – sami wejdziemy na ścieżkę prowadzącą do zostania celebrytą, zyskamy uznanie w naszym środowisku politycznym i przyczynimy się do osłabienia konkurencji. Może nas docenią i zaproponują jakieś wysoko płatne zajęcie? Najlepiej takie, z którego trudno nas będzie zwolnić.

Księga wyjścia (38)

Ballada o popsutym świecie.

Kilka tygodni temu pisałem o fundacji Edu Afryka i dzieciach z Beninu i Togo. Pisałem o obrazach młodych artystów. Tym którzy nie czytali, pokrótce przypomnę. Często są to dzieciaki, które pierwszy raz w życiu trzymały w rękach kredki albo farby.
Namalowały swoje pierwsze w życiu prace, które po oprawieniu i dołączeniu zdjęcia autora, sprawiają niesamowite wrażenie. Zaczynam felieton od tej informacji ponieważ pojawiła się szansa, by zdobyć takie dzieło. Żeby dowiedzieć się jak to zrobić wystarczy przyjść w najbliższą niedzielę do Kawiarni Nowa Prowincja w Krakowie przy ulicy Brackiej. Naprawdę warto.
Obrazy oprawione, wraz ze zdjęciem autora świetnie wyglądają na ścianie. Rysunki są o tyle ciekawe, że nie zostały inspirowane żadnym wzorem, żadnym innym autorem, malarzem, czy wskazówką dorosłych. Każda linia, plama wzór, są ich własne. Własne i pierwsze.
Nie są żadną kopią i przedstawiają świat, dokładnie taki, jaki te dzieciaki widzą wokół siebie i w swojej wyobraźni. O fundacji Edu Afryka jeszcze pewnie nie raz będę pisał, bo jest to jedna z niewielu organizacji, której działanie nie ma nic wspólnego z charytatywą, litością, wnioskami na grubą kasę, ot zebrała się grupa zapaleńców z pomysłem zrobili zrzutkę i zaczęli działać. Podobnie jak załoga kutra Sea Watch.
Już ponad miesiąc spisuję kominy w podwarszawskich miejscowościach, ale dopiero teraz wpadłem na to, by przeczytać napis na identyfikatorze, który noszę na szyi. Brzmi on: „Program ograniczenia niskiej emisji”. Prawdę mówiąc zgłupiałem. Byłem przekonany, że chodzi o wprowadzenie niskiej emisji, a już na pewno nie jej ograniczanie. Łażę z tym napisem wmawiając ludziom, że smog, że zdrowie, że dzieci i że czyste powietrze, na dowód prawdziwości słów pokazuję identyfikator nie wiedząc że robię z siebie idiotę.
Na szczęście chyba nikt go jeszcze nie przeczytał. Gminna pieczątka wystarcza. Teraz sam zacząłem się śmiać ze swojego refleksu i bezmyślności. Tak, bezmyślności, przecież wiem jak pracują rady różnego szczebla i jakie pomysły miewają ich członkowie. Każdego dnia zakładam na szyję informator, że tak naprawdę wprowadzam program zwiększania emisji spalin, i idę spisywać te kominy, by według urzędowego wpisu kopciły bardziej niż dotychczas.
Gdy zaczynałem chodzić z tymi ankietami, zapomniałem, że radni często w swoich uchwałach starają się tak komplikować język, by wydawał się on mądrzejszy. A według powszechnego przekonania – zwłaszcza urzędników – im bardziej niezrozumiały, tym waga jego rośnie i brzmi poważniej. Do tego każdy radny chcąc podkreślić swoją aktywność dorzuca od siebie jakieś „trudne” słowo, reszta uzna je za właściwe, w całości wygląda dobrze, a swym doborem i mnogością słów podkreśla powagę urzędu.
Protokolant zanotuje i wychodzi na świat taki tworek, który znaczy zupełnie coś innego, niż znaczyć miało i przeczy temu co robimy.
Mogę mieć pretensje tylko do siebie, że tak późno wpadłem, by to przeczytać. A z drugiej strony jestem tylko wynajętymi nogami, które mają jedynie złazić określony teren i zapisać to, co się gdzieś zagubiło w otchłani urzędowego archiwum.
A nogi nie muszą myśleć. Nawet jeśli są to nogi z szyją, szyją służącą jedynie do wieszania identyfikatora. Zaczyna się powoli czas świąteczny.
Z okien wiejskich domów widać już przygotowane lampki do przystrojenia domów. Z niektórych nawet choinki. Czasami zazdroszczę mieszkańcom stabilizacji, spokoju, rodziny i ułożonego życia. Chociaż wiem też, że niejednokrotnie są to pozory. Pewnie są ludzie, którzy chcieliby żyć jak ja. Ktoś, kto nie ma nic do stracenia, może pozwolić sobie na mówienie tego co myśli. Nic do stracenia i nic do zyskania. Gdybym miał jeszcze raz wybierać, nie jestem pewien czy ponownie skrecilbym w tę właśnie drogę.
Prawdę mówiąc zawsze chciałem tak żyć jak teraz, ale przechodząc obok, gdy po zmroku zerkam w mijane okna i widzę szczęśliwych ludzi, bywa że nachodzą mnie wątpliwości.
Dosyć tej nostalgii, poza życiem rodzinnym po zmroku widzę głównie telewizyjne odbicia w szybach pokazujące celebrytów w świątecznej scenerii namawiających do świątecznej miłości i dobra. W rogu ekranu numer konta, na które można wspomnianą miłość i dobro wpłacać. Zaczęła się pora bombardowania empatią.
Czyli żniwa dla charytatywy. Ale tego numeru konta już z ulicy nie widać, choć nietrudno się domyślić, bo zwykle są to jakieś fundacje. Zupełnie inne od tych, z początku felietonu. Przy takich akcjach zwykle szlag mnie trafia. Podobnie jak przy balach charytatywnych, o których już nawet pisać mi się nie chce.
Im bliżej świąt, tym i ludzie trochę milsi, bardziej skłonni do pomocy, chociaż też i zabiegani. Dlatego łatwiej trafić w ich czułe punkty, jakieś wyrzuty sumienia lub inne emocje, i wyrwać trochę przelewów, które zasilą biura, administrację, pensje pracowników, a jak coś zostanie to wyselekcjonowana „gwiazda”, wręczy potrzebującemu.
Następnego dnia o potrzebującym wszyscy zapomną, ale w pamięci zostanie postać gwiazdy „ależ to cudowna osoba”. Dotychczas poznałem wiele fundacji i stowarzyszeń. Podzieliłem je sobie według własnych kategorii. Czasami istnieją tylko po to, by utrzymać na topie jakiegoś celebrytę, niektóre powstały, bo ktoś znał przepisy, potrafił napisać projekt i mimo, że nie ma pojęcia o wymienionym problemie, to dostaje kasę z górnej półki i albo robi jakieś głupie, pozorowane działania, albo rozpisuje fikcyjnie wydatki.
I te, które nazwałbym korpofundacjami. Niejednokrotnie koszt ich funkcjonowania przewyższa wydatki na jakąkolwiek pomoc, a pomoc odbywa się zwykle w obecności reporterów i wszechobecnych kamer telewizyjnych.
Jakże to różne od fundacji opisanych na początku. Charytatywa powinna odejść wraz ze średniowieczem, a wszelkie ludzkie problemy i potrzeby winny być załatwiane systemowo. Póki jednak świat działa tak jak działa, to zapaleńcy jak załoga Sea Watch i Edu Afryka będą bardzo potrzebni. Pytanie jednak, czy pozostałe fundacje też?