PiS przyjmie bardziej liberalny kurs?

Rada Ministrów uważa, że za panowania Prawa i Sprawiedliwości środowiska akademickie nie mają możliwości swobodnego wyrażania poglądów – i chce to zmienić. Nie wiadomo jednak, czy to rzeczywista samokrytyka rządu, czy tylko przedwyborcza zagrywka obliczona na zdobycie poparcia środowisk naukowych.
W lipcu br. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy, która ma zagwarantować członkom wspólnoty uczelni – zwłaszcza nauczycielom akademickim – możliwość swobodnego wyrażania poglądów. Nie da się ukryć, iż mało kto oczekiwał zamiaru takiego poluzowania śruby ze strony władzy. Przyjęcie tego projektu jest wszak niezbitym dowodem na to, że obecnie, pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości, nauczyciele akademiccy nie mają możliwości swobodnego wyrażenia swych poglądów – i dopiero teraz, w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, PiS-owska władza postanawia nieco poluzować im kaganiec. A przecież ugrupowanie rządzące nie zwykło przyznawać się do jakichkolwiek błędów.
„W związku z naruszeniami wolności wyrażania poglądów występującymi w uczelniach, skutkującymi wysoce niepożądanym zjawiskiem cenzury myśli i słowa, niezbędne jest podjęcie działań mających na celu zagwarantowanie członkom wspólnoty uczelni, a zwłaszcza nauczycielom akademickim, możliwości ich swobodnego wyrażania” – stwierdza Rada Ministrów, która jak widać, bardzo samokrytycznie i surowo ocenia sytuację w szkolnictwie wyższym, istniejącą po prawie sześciu latach rządów PiS.
Rząd dodaje, że samo środowisko akademickie sygnalizowało potrzebę wprowadzenia rozwiązań prawnych, które z jednej strony przeciwdziałałyby zagrożeniom dla wolności nauczania, badań naukowych i ogłaszania ich wyników, a z drugiej ograniczałyby skutki naruszania tych wolności. Wygląda na to, że rząd postanowił wreszcie wysłuchać próśb środowisk naukowych, z czego wypada się tylko cieszyć.
Przejawami wspomnianych zagrożeń i naruszeń są m.in. wywieranie presji psychicznej, agresja słowna, uniemożliwianie brania udziału w wydarzeniach naukowych, utrudnianie aktywności w zakresie działalności publikacyjnej, czy też wszczynanie postępowań dyscyplinarnych. „Te ostatnie, wszczynane częstokroć niezasadnie, należą do szczególnie dotkliwie odczuwanych przez nauczycieli akademickich, jako rodzące poważne konsekwencje w ich życiu osobistym i zawodowym” – podkreśla Rada Ministrów. Tu rząd bardzo dobrze wie o czym mówi, bo przecież przykładem bodaj jeszcze dotkliwszych represji są postępowania dyscyplinarne wszczynane przeciw polskim sędziom i prokuratorom, także pragnącym korzystać z prawa do wyrażania swych poglądów.
Zjawiska te są wysoce niepożądane, gdyż negatywnie przekładają się na jakość i rozwój polskiej nauki. Nie można też nie zauważyć, że cenzura i wynikające z niej spory między przedstawicielami środowiska akademickiego ujemnie wpływają na wizerunek uczelni, a patrząc szerzej, na wizerunek polskiego systemu szkolnictwa wyższego i nauki – słusznie stwierdza rząd. W istocie, choć cenzura oficjalnie dawno została zniesiona, to jednak podczas rządów PiS ciągle można odczuć jej funkcjonowanie – i bardzo dobrze, że wreszcie zauważył to także i rząd.
Poszanowanie swobody w wyrażaniu poglądów, w tym przekonań religijnych, światopoglądowych lub filozoficznych, deklaruje już sam ustrojodawca, który wielokrotnie wypowiada się w tym zakresie w przepisach Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, m.in. w art. 54 i art. 73. „W związku z powyższym zidentyfikowane problemy systemu szkolnictwa wyższego i nauki w omawianym zakresie należy uznać za naruszające wartości konstytucyjne, a więc wymagające interwencji legislacyjnej” – dodaje Rada Ministrów, wskazując, że postanowiła zdecydowanie stanąć na gruncie Konstytucji. To także cenna zmiana.
Rada Ministrów słusznie wskazuje, że w życiu społeczności akademickiej niezbędne jest wzmocnienie istniejących regulacji prawnych, które w większym niż obecnie stopniu zapewnią poszanowanie fundamentalnych praw i wolności członków wspólnoty uczelni. Za czasów rządów PiS wydaje się to szczególnie potrzebne.
Projekt ustawy przewiduje m.in. dodanie do katalogu ustawowych zadań rektora, dodatkowego zadania polegającego na zapewnianiu przez niego poszanowania wolności nauczania, wolności słowa, badań naukowych, ogłaszania ich wyników, a także debaty akademickiej organizowanej przez członków wspólnoty uczelni z zachowaniem zasad pluralizmu światopoglądowego i przepisów porządkowych uczelni.
Regulacja ta ma na celu rozszerzenie zakresu działań ukierunkowanych na zapewnienie członkom wspólnoty uczelni możliwości swobodnego wyrażania poglądów na jej forum. I tak, proponuje się wprowadzenie zapisu, zgodnie z którym wyrażanie przekonań religijnych, światopoglądowych lub filozoficznych nie będzie stanowiło przewinienia dyscyplinarnego.
To bardzo ważna zmiana. Oznacza ona, że każdy przedstawiciel uczelni czy nauczyciel akademicki będzie mógł np. swobodnie twierdzić, że stworzenie świata i człowieka przez Boga to naukowa bzdura i nonsens, a księga w której to opisano jest łgarstwem – i nie spadnie mu za to nawet włos z głowy. W sytuacji ofensywy klerykalizmu, z jakim mamy do czynienia w Polsce, może to być istotna zapora przed ograniczeniem wolności.
Ta regulacja jest adresowana do nauczycieli akademickich i ma na celu wyłączenie możliwości karania ich za wyrażane stanowiska we wskazanym zakresie. W efekcie wprowadzenia tej regulacji czyny nauczycieli akademickich nie będą mogły być przedmiotem czynności i postępowań realizowanych przez rzeczników dyscyplinarnych i komisje dyscyplinarne – podkreśla rząd.
Rada Ministrów prezentując projekt ustawy stwierdza także: „Od orzeczenia komisji dyscyplinarnej przy ministrze będzie przysługiwało zażalenie do Sądu Apelacyjnego w Warszawie – Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych”. Cóż, wypada tylko pochwalić rząd PiS, że decyduje się na poddanie tych działań kontroli sądowej.
Na koniec trudno oprzeć się pewnej refleksji. Otóż, tak zdecydowany zwrot w kierunku wolnościowym jest czymś zaskakującym w praktyce politycznej ugrupowania rządzącego i niekoniecznie musi się spotkać z aprobatą struktur partyjnych, przyzwyczajonych do innego kursu. Nasuwa się tu na myśl – przy zachowaniu wszelkich proporcji – sytuacja w ZSRR po śmierci Stalina. Gdy Beria objął władzę, przyjął właśnie kurs wolnościowy: zaczął zwalniać ludzi z łagrów, łagodzić kary, rozszerzać prawa obywatelskie. Establishment rządzący nie był jednak przygotowany na tak gwałtowną zmianę, a i sam Beria słabo pasował do wizerunku krzewiciela wolności – więc ta próba zmiany kursu skończyła się dla niego tragicznie.
Dziś, w naszym kraju, można się zastanawiać, czy wprowadzanie szerszego zakresu wolności dla środowisk akademickich jest rzeczywiście szczerym krokiem, czy może zostało tylko podyktowane wizją nadchodzących wyborów parlamentarnych?. Niezależnie jednak od tego, co kryje się za zamiarem takiej zmiany kursu przez szefostwo PiS, pozostaje pytanie, czy struktury tej partii zrozumieją, co kierownictwo ma na myśli?
Trzeba też jednak dodać, że rząd PiS nie byłby sobą, gdyby pod płaszczykiem przywracania swobód na uczelniach, jednocześnie nie zechciał ograniczyć prawnie samodzielności władz uczelni. Rada Ministrów stwierdza bowiem: „Projekt ustawy przewiduje zniesienie istniejącej obecnie możliwości zawieszenia przez rektora nauczyciela akademickiego w pełnieniu obowiązków w toku postępowania wyjaśniającego prowadzonego w jego sprawie”.
Może więc zwolennicy PiS nie muszą się zbytnio martwić, że ich partia dokonuje tak niezrozumiałego i daleko idącego zwrotu w kierunku wolności.

Koniec z cenzurą we włoskim kinie

Minister kultury Włoch Dario Franceschini poinformował o definitywnym zniesieniu cenzury we włoskiej kinematografii.

Jeżeli nad Wisłą zdarzy się ostatnio usłyszeć słowa „cenzura”, to skojarzenia są dość jasne: niedemokratyczny system, knebel na ustach artystów, czy też kontrolowanie tego co dobre, a co nie dla władzy. Niektórym na myśl może przyjdzie też ulica Mysia w Warszawie, bo to właśnie tam znajdował się Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk – w skrócie Główny Urząd Cenzury. Niektórzy pamiętają też artystów ślepo wspierających idącą jak lokomotywa w latach 80’tych Solidarność skandujących, że jak zabierze się cenzurę, to wtedy takie filmy nakręcą, że świat padnie na kolana. Mi osobiście przychodzi jeszcze do głowy postać zniszczonego przez życie i nałogi cenzora granego przez Janusza Gajosa w „Ucieczka z Kina Wolność”, którego szansą na odkupienie jest wejście na stałe do świata kina, ale i tam łatwo nie ma. W Studenckim Teatrze Satyryków (czyli STS) cenzura często zdejmowała całe przedstawienia. Mówiło się, że podobno nawet nekrologi podlegały cenzorskim kontrolom. Jerzy Karaszkiewicz wspominał kiedyś jak Agnieszka Osiecka napisała tekst Okularników, to w pierwszej wersji było: „I tak żyli sobie w mieście za te polskie tysiąc dwieście itd., itp., itd.” Podobno cenzor zlitował się nad biednymi okularnikami i zażądał dla nich podwyżki. Według niego powinni zarabiać średnią krajową, a wtedy to było dwa tysiące dwieście dwadzieścia złotych. Na co Osiecka podobno mu odpowiedziała, że nie znajdzie rymu do „dwadzieścia”. Cenzor myślał i też nie wymyślił. Poszli na kompromis. Ustalono pensje w wysokości dwóch tysięcy złotych. Cenzor pozostał w cieniu, mimo że stał się współautorem przeboju. A wszystko to jest o tyle zabawne, że nie tylko kraje dawnego Bloku Wschodniego charakteryzowały się władzą, która dysponuje takim narzędziem jak cenzura.
Otóż urząd Cenzora powstał w 443 p.n.e. w Starożytnym Rzymie, którego obowiązkiem było sporządzenie spisu obywateli wraz z ich majątkiem oraz przypisanie ich do właściwego okręgu. O wiele ciekawszy jest już drugim zakres obowiązków cenzorów (zawsze mianowano dwóch) czyli „cura morum”, ergo czuwanie nad moralnością obywateli. Po stwierdzeniu negatywnego zachowania mieszkańca mogli poczynić przy jego nazwisku stosowną uwagę. Skutkowało to faktycznym (choć nie prawnym) umniejszeniem czci osoby. Utratę dotychczasowej pozycji pociągało za sobą określone konsekwencje. W ostateczności cenzorzy mogli pozbawić obywatela nawet jego praw politycznych. Od ich wyroków nie przysługiwało odwołanie. Jednak cenzura w sztuce Włoch ma nieco inne początki, które sięgają okolic 1913 roku, kiedy Dekretem Króla wprowadzono przepisy mające na celu niedopuszczanie obscenicznych sztuk na deskach teatrów na Półwyspie Apenińskim. Przepisy wzmocnił faszystowski reżim Benito Mussoliniego. Zakazano między innymi projekcji filmu „Dyktator” w reżyserii Charlie Chaplina z 1940 roku, ukazującego w satyryczny sposób Adolfa Hitlera, Mussoliniego i ideologię faszyzmu. Dodajmy, że Mussolini nakazał wprowadzenie dubbingu do filmów, tak aby móc odpowiednio zmieniać wypowiedzi postaci z zagranicznych filmów jak np. „Casablanca”.
Faszyzm się skończył, ale cenzura została. Po wojnie przepisy zwyczajnie uległy dalszym modyfikacjom. Ofiarami włoskiej machiny cenzuralnej były filmy zarówno włoskie jak i zagraniczne. Premiera „Ostatniego tango w Paryżu” Bernardo Bertolucciego odbyła się dopiero w 1987 roku, czyli 15 lat po oficjalnym zakończeniu zdjęć, a „Mechaniczna pomarańcza” Stanleya Kubricka, został wyświetlony po raz pierwszy we Włoszech w płatnej telewizji w 1999 roku. Jednym z wielu też „pokrojonych” przez włoską cenzurę był film „Salò, czyli 120 dni Sodomy” w reż. Pierpaolo Pasoliniego.
Minister kultury oświadczył na konferencji, że został zlikwidowany system kontroli i interwencji, który pozwalał ingerować w wolność artystów. Wcześniej podpisał dekret, na mocy którego powołano komisję do spraw klasyfikacji filmów przy Ministerstwie Kultury. Jej zadaniem będzie sprawdzanie, czy są one przeznaczone dla odpowiedniej grupy wiekowej. Rozporządzenie to znosi możliwość cenzurowania dzieł kinematografii. Nie przewiduje już możliwości absolutnego zakazu wprowadzenia filmu do sal kinowych ani wycinania jego fragmentów, bądź wprowadzania zmian. I tak oto Cenzor odchodzi na zawsze z włoskiej rzeczywistości.

Dzień solidarności

Rządowa ustawa o nowym podatku dla mediów formalnie nie dotyka „Trybuny”. Wydawca dziennika jest obywatelem polskim, dysponującym jedynie skromnym, ale „czysto polskim” kapitałem.
Nasza gazeta utrzymuje się ze sprzedaży. Bo gazecie lewicowej i opozycyjnej jednocześnie trudno jest w dzisiejszej Polsce pozyskać szczodrych reklamodawców.
Ukazujemy się nadal, bo oszczędzamy na wszystkim.
Ukazujemy się, bo nasi Czytelnicy regularnie kupują swoją „Trybunę”. Nawet kiedy mają problemy z jej nabyciem.
Dziękujemy im za to!

Skoro rządowa ustawa o opodatkowaniu reklam w mediach bezpośrednio nie dotyka nas, to czemu protestujemy przeciwko jej wprowadzeniu?
Czemu nie chcemy opodatkowania wrażego, obcego kapitału i dofinansowania tak pozyskanymi podatkami polskiej służby zdrowia i polskiej kultury?
Protestujemy, bo celem tego podatku nie jest dofinansowanie biednej polskiej służby zdrowia i polskiej kultury, tylko zdławienia mediów niekontrolowanych jeszcze przez PiS.
Zgadzamy się z opinią posła Adriana Zandberga, znanego krytyka wielkich korporacji. Tych zagranicznych i krajowych. Jednak w tym przypadku poseł Zandberg zauważa wielki fałsz proponowanego przez rząd pana premiera Morawieckiego podatku.
Bo ten podatek sprowadza się do tego, aby rząd mógł wyjmować pieniądze z tych mediów, których nie kontroluje i przelać je na konta tych mediów, które się rządowi podobają. Sprzyjających rządowi, bezkrytycznych wobec kaczystowskiej prawicy.
„Śmieszy mnie, gdy słyszę niektórych przedstawicieli partii rządzącej, że to ich odpowiedź na opodatkowanie gigantów. Bo w Polsce spadają nakłady gazet, lokalne media cienko przędą, bardziej niż biznesy przypominają inicjatywy społeczne. I traktowanie ich jak Google’a czy Facebooka jest po prostu niepoważne”.
„W tej sprawie nie chodzi o sprawiedliwe podatki, ale o nadużycie władzy. W Sejmie od wielu miesięcy leży nasza ustawa, zgodna z zasadami proponowanymi przez Unię Europejską, dotyczącą gigantów medialnych, którzy mają dochody powyżej 750 mln euro rocznie”, poseł Zandberg przypomniał zablokowany przez kaczystowską większość projekt ustawy Koalicyjnego Klubu Lewicy.
Proponowany przez rząd zakłamany, anty demokratyczny podatek medialny zjednoczył opozycję parlamentarną. Kluby parlamentarne Koalicji Obywatelskiej, Koalicyjnego Klubu Lewicy i PSL wystąpiły z wspólnym projektem uchwały broniącej wolnych jeszcze polskich mediów.
„Nie będziemy popierali tak fatalnych ustaw, które godzą w dobro Polski i Polaków”, zadeklarowali posłowie Konfederacji na środowej konferencji prasowej i opowiedzieli się przeciwko wprowadzeniu rządowego podatku od reklam.
Teraz los podatków i polskich niezależnych od władzy mediów zależy od głosów parlamentarzystów Porozumienia Polskiego Gowina. Jeśli oni nie poprą tego szkodliwego projektu to plan likwidacji niezależnych mediów zostanie opóźniony.
Bo kaczyści nie zrezygnują z likwidacji krytycznych wobec nich mediów. A pan prezydent Andrzej Duda, który był gościem środowych „Wiadomości” TVP, choć najpierw przyznał, że projektu nie zna, to chwile potem mówił o proteście zgodnie z kaczystowskim „przekazem dnia”.
„Tu nie chodzi o wolność słowa, tu chodzi o wielkie pieniądze”. Bo przecież „Wolność słowa w Polsce jest większa niż przed 2015 rokiem, przekonywał telewidzów pan prezydent Duda.
Czy kłamał w żywe oczy, czy tylko nie był przygotowany do rozmowy?
Czyżby nie wiedział, że w Indeksie Wolności Prasy przygotowywanym co roku przez pozarządową organizację Reporterzy bez Granic Polska znalazła się w rok 2020 na 62 pozycji. W naszym regionie gorzej wypadły tylko Węgry i Ukraina.
W 2015 roku Polska zajmowała miejsce 16-te.
Bez wolnych mediów
Jak może wyglądać Polska bez wolnych, krytycznych wobec kaczystów mediów mieliśmy okazję zobaczyć w zeszłą środę.
Pustka po licznych, pluralistycznych mediów kontrastowała z radosnym, butnym kłamstwotokiem wybijającym z kaczystowskich mediów.
Zwłaszcza z TVP i Polskiego Radia utrzymywanego przez wszystkich podatników dzięki abonamentowi radiowo – telewizyjnemu i corocznym dotacjom budżetowym w wysokości 2 miliardów złotych.
Utrzymywanych przez wszystkich podatników, choć TVP i Polskie Radio, od pięciu lat faktycznie nie pełnią już roli mediów publicznych. Są mediami partyjnymi. Łamią regularnie nie tylko prawo o radiofonii i telewizji, ale też prawo o finansowaniu partii politycznych w Polsce.
W zeszłą środę polscy obywatele o lewicowych poglądach, utrzymujący ze swych podatków TVP i Radio Publiczne, znowu byli przez te media plugawieni i obrażani. Odmawiano im prawa bycia we wspólnocie Polaków.
W czasie emisji głównego wydania telewizyjnych „Wiadomości”, doszło do kuriozalnego wydarzenia. Przerwano ten główny program „informacyjny” aby transmitować na żywo relację z prywatnej mszy z udziałem kaczystowskiej elity. W trakcie tej „mszy” ksiądz profesor Waldemar Chrostowski dał popis mowy nienawiści skierowanej wobec wszystkich spoza kaczystowskiej sekty religijnej. Mówił językiem podobnym do innej kaczystki, pani profesor poseł Pawłowicz, która już w poprzedniej kadencji Sejmu RP obiecała dziennikarzowi zadającemu jej niewygodne pytania: „Weźmiemy się za was!”.
Psucie mediów publicznych
Elity PiS ukradły polskiemu społeczeństwu media publiczne. Uczyniły z nich partyjne szczujnie i knujnie.
Telewizja Jacka Kurskiego nie tylko kłamie już w każdym programie informacyjnym. Cenzuruje wydarzenia kulturalne, nawet filmy znanej czystki Ewy Sankiewicz. Kłamie tak ordynarnie, że nawet warszawski sąd apelacyjny uznał niedawno, że określenie „pałkarska propaganda” nie narusza jej „dóbr osobistych”.
Sześć lat temu, po dojściu partii pan prezesa Kaczyńskiego do władzy, elity kulturalne PiS zapowiadały reformę abonamentu radiowo- telewizyjnego i wzmocnienie mediów publicznych.
Okazało się, że stosunkowo prosta ustawa o finansowaniu mediów publicznych przerosła intelekt pani poseł Joanny Lichockiej i pana posła Krzysztofa Czabańskiego. Zamiast obiecanych reform mediów publicznych uchwalono nowe dotacje z deficytowego już budżetu państwa na „pałkarską propagandę”.
Niestety efektem takiej „pałkarskiej propagandy” są coraz powszechniejsze postulaty likwidacji istniejących jeszcze formalnie mediów publicznych. Jak widać elity PiS wszystko czego się dotkną potrafią spieprzyć.
Dlatego trzeba solidarnie bronić wszystkich wolnych jeszcze od PiS mediów.

W punkt!

Na świętego Izydora (10 maja) często bywa chłodna pora. Miało być nudno a będzie bardzo ciekawie!!! Czeka nas ultra ciekawa kampania wyborcza w wyborach na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, najprawdopodobniej 28 czerwca 2020 r.

Niby było wszystko jasne, niby każdy wiedział, że wygra obecny prezydent a jednak im dalej w las tym więcej drzew – dla ubiegającego się o reelekcję Andrzeja Dudy!

Przeszkód jest coraz więcej zwłaszcza dla urzędującej głowy państwa.

10 maja to był ten czas, w którym Andrzej Duda mógł być pewny wygranej w nawet pierwszej turze! To dlatego politycy formacji rządzącej tak mocno parli do wyborów.

Dynamika ostatnich tygodni i dni powoduje, że dziś już tak sytuacja nie wygląda jak chociażby 10 maja.

„Kazikowo – trójkowe” perturbacje i zawirowania, postępujący paraliżujący lęk co stanie się z gospodarką, bezrobociem, wysokością pensji, inflacją, służbą zdrowia etc. – mogą spowodować olbrzymie zamieszanie na polskiej scenie politycznej. W najbliższych tygodniach trwająca kampania nabierze rumieńców. Uaktywnienie wszystkich kandydatów; w tym nowości na rynku – Rafała Trzaskowskiego spowoduje, że właściwie elektoraty wszystkich formacji oraz grup społecznych będą zmobilizowane.

Wybory prezydenckie od ich początku w wariancie powszechnym czyli od roku 1990 cieszyły się największą popularnością wśród Polaków – tak też będzie w roku 2020!

Dziś już chyba także część wyborców partii rządzącej ma coraz więcej wątpliwości: wzrost cen, zagrożenie niższych pensji i jeszcze na dodatek zupełnie niepotrzebnie stosowanie ręcznego sterowania utworami na liście przebojów – niczym rodem z działalności Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk z ul. Mysiej w Warszawie; w okresie PRL (cenzura).
Przecież wśród Polaków jest sporo zwolenników PIS, którzy lubią program trzeci i mają zapewne wątpliwości, że nie tak powinny wyglądać listy przebojów – kiedy ktoś wysyła wiadomość, żeby zdjąć utwór z anteny bo komuś może się to nie spodobać.

To już przerabialiśmy i się nie sprawdziło. To będzie miało swoje odzwierciedlenie w sondażach. Zapewniam.

Zatem zaopatrzmy się w dużą ilość popcornu 😊; w tym czasie obserwujmy, słuchajmy, oceniajmy i podejmujmy decyzje. Najlepiej odpowiedzialne. Czego Wam Wszystkim życzę.

Cenzura i ograniczanie swobód?

Narasta opór przeciwko planom ogłoszonym kanclerz Angelę Merkel w związku z epidemią koronawirusa. Ich fundamentem są gigantyczne prezenty z budżetu federalnego dla banksterów i biznesu. Coraz mocniej krytykowane są również plany utrzymania produkcji za wszelką cenę, bez względu na zdrowie pracowników tysięcy fabryk. W odpowiedzi na falę niezadowolenia niemieccy politycy domagają się wprowadzenia stanu wyjątkowego i cenzury internetu.

W całych Niemczech narasta lawinowo liczba osób zakażonych koronawirusem. Sytuacja w szpitalach, stacjach ratowniczych, zakładach opieki i fabrykach jest coraz bardziej dramatyczna.
W odpowiedzi na zagrożenie rząd Merkel zamknął szkoły, uniwersytety oraz obiekty sportowe i rekreacyjne, a także wprowadził szereg ograniczeń dotyczących przemieszczania się ludności i kontaktów społecznych.
Te wszystkie restrykcje nie dotyczą jednak zakładów pracy. Miliony pracowników codziennie wykonuje swoją pracę na zatłoczonych halach, nie mając przy tym odpowiedniej ochrony. Sama Merkel podkreślała, że produkcja musi zostać utrzymana za wszelką cenę. Stanowisko niemieckiego rządu dotyczy również tych zakładów, które nie produkują dóbr pierwszej potrzeby niezbędnych do przetrwania pandemii.
Przeciwko takiemu podejściu niemieckiego rządu i fundowaniu prezentów biznesowi zamiast wsparcia finansowego tym, którzy rzeczywiście go teraz potrzebują, narasta oczywiście społeczny gniew. Ze względu na brak możliwości aktywnego manifestowania sprzeciwu na ulicach uwidocznia się on głównie w internecie.
W odpowiedzi na oburzenie niemieccy politycy apelują o objęcie internetu cenzurą i wprowadzenie innych środków dyktatorskich.
Na początku tygodnia minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii Boris Pistorius (prawe skrzyło SPD) wezwał do penalizacji za, jak to określił, rozpowszechnianie „fałszywych wiadomości” w związku z pandemią koronawirusa. Konkretnie w jego przekonaniu „należy zabronić publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji zarzutów dotyczących zaopatrzenia ludności, opieki medycznej lub przyczyn, sposobów zakażenia, diagnozy i terapii COVID-19”.
Według Pistoriusa, jeśli obecne prawo nie pozwala karać za wpisy w internecie, to należy je zmienić „tak szybko, jak to możliwe”.
Pistorius jako minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii ma na swoim koncie wdrożenie nowego prawa policyjnego w tym landzie, które zwiększyło uprawnienia organów bezpieczeństwa kosztem elementarnych swobód obywatelskich.
Politykowi partii socjaldemokratycznej wtóruje przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schäuble (dawniej minister finansów RFN, jeden z architektów zniszczenia Grecji) z CDU. Schäuble zaproponował przywódcom klubów zasiadających w parlamencie rozszerzenie przepisów nadzwyczajnych uchwalonych jeszcze w 1968 roku. Jest to bardzo poważny krok i wymaga zmiany niemieckiej konstytucji. Widać jednak, że niemiecka klasa polityczna gotowa jest na wszystko.
Uchwalone w maju 1968 roku przepisy nadzwyczajne były odpowiedzią na strajki robotnicze i protesty studenckie. Dają one możliwość powołania władzy quasi-dyktatorskiej w sytuacjach kryzysowych, takich jak klęska żywiołowa, powstanie czy wojna. Pozwalają między innymi na zastąpienie Bundestagu i Bundesratu (wyższej izby niemieckiego parlamentu) tzw. „Wspólnym Komitetem” złożonym jedynie z 48 osób wybranych osób, mającym pełne uprawnienia obu izb parlamentu. Schäuble wysunął pomysł włączenia podobnego przepisu do konstytucji w przypadku wystąpienia epidemii.
Niemiecki minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer planuje już, oprócz rozmieszczenia do 50 tys. żołnierzy, przeprowadzić również mobilizację 75 tys. rezerwistów. Na konferencji prasowej minister zarzekał się, że wojska zostaną wykorzystane tylko wtedy, kiedy rozmiar i skutki pandemii przekroczy możliwości działania władz i organizacji cywilnych. Wojsko ma pomóc w opiece zdrowotnej, w zapewnieniu infrastruktury i dostaw, a także utrzymanie bezpieczeństwa i porządku – zapewniał Kramp-Karrenbauer.
Rozszerzanie się pandemii rodzi coraz więcej pytań o przyszłość kapitalizmu w jego dotychczasowej formie, nastawionej na skrajny wyzysk, kumulowanie bogactwa w rękach 1 proc. najbogatszych i degradację całej planety. Wszystkie dotychczasowe działania klasy politycznej państw kapitalistycznych wskazują na to, że zbudowanie innej, progresywnej, prospołecznej i proekologicznej polityki w jej wydaniu nie jest możliwe. Zamiast tego prowadzona jest dobrze zdefiniowana przez Naomi Klein doktryna szoku. Społeczeństwa mają się bać i oddawać coraz więcej swojej wolności w łapy banksterów, którzy szczerzą zęby, kryjąc się za posłusznie wykonującymi ich dyspozycje politycznymi marionetkami.

Cenzura nie umiera

Urzędów cenzorskich u nas nie ma. Zastąpiły je interesy nadzorców i właścicieli mediów.

To Kościół katolicki w Polsce po raz pierwszy zastosował cenzurę na przełomie 1491 i 1492, zabraniając drukarzowi krakowskiemu Fiolowi wydawania ksiąg liturgicznych w języku cerkiewnosłowiańskim. Żeby było śmieszniej, zrobiono to grubo przed wydaniem w 1515 roku bulli papieskiej nakazującej palić wszystkie książki nie mające imprimatur władz kościelnych.
Państwo błyskawicznie przejęło cenzorskie zapędy czarnych i już w 1519 zastosowano po raz pierwszy cenzurę państwową, konfiskując z rozkazu królewskiego nakład Chronica Polonorum Macieja Miechowity. Rok później edykt królewski wprowadził zakaz przywożenia do Polski ksiąg Lutra.
Kościół nie dawał się dystansować. W okolicach powstania Chmielnickiego zakres cenzury poszerzył się o kwestie międzynarodowe. W 1650 r. legacja rosyjska, przybyła do Warszawy, domagała się surowego ukarania autorów opisujących zwycięstwa Władysława IV Wazy nad Moskwą w sposób dla niej obelżywy. Aby ułagodzić rosyjskich posłów, kat spalił na warszawskim rynku wydarte z inkryminowanych ksiąg strony, na których dopatrzyli się oni obrazy swego władcy, państwa i narodu. Od tej pory Rosjanie już na bieżąco monitorowali, co się w Polsce o nich pisze, od czasu do czasu każąc stronie polskiej to i owo spalić.
Po rozbiorach ziemie polskie przejęły w kwestii cenzury ustawodawstwo zaborców. W Królestwie Polskim na mocy konstytucji nie było początkowo cenzury prewencyjnej, wprowadził ją 1826 – niezgodnie zresztą z ustawą zasadniczą – namiestnik gen. J. Zajączek. Po powstaniu listopadowym wprowadzono cenzurę prewencyjną, a 1869 rozciągnięto na ziemie polskie ustawodawstwo obowiązujące w całej Rosji, w którym obok systemu prewencyjnego zastosowano również cenzurę represyjną. W dwu pozostałych zaborach, dominowała cały czas ta ostatnia.
W Galicji co prawda wydawano wieszczów, bo cenzura na kwestie polityczne przymykała oko, ale kwestie obyczajowe kontrolował Kościół. Choć z drugiej strony wcale źle nie było, skoro prawicowcy jeszcze w roku 1913 ubolewali, że młodzież czyta tak przewrotne książki jak przygody Sherlocka Holmesa i dzieła “wielkiego polskiego pornografa” Stefana Żeromskiego. Podpadła też książka dla dzieci “Myszy Króla Popiela” . Tym, że ubliżyła godności królewskiej faktem zjedzenia pomazańca bożego przez te gryzonie.
W II Rzeczypospolitej obowiązywała jedynie cenzura represyjna: wydawca zobligowany był do dostarczania prokuraturze i odpowiedniemu organowi administracji wskazanej liczby egzemplarzy danej pozycji. Istniały jednak indeksy książek zakazanych. Najsłynniejszym z nich było dzieło pod tytułem “Co czytać?” pióra ojca Mariana Pirożyńskiego. Skądinąd redemptorysty. Zakonnik dokładał przede wszystkim powieściopisarzom. Komu nie mógł przyczepić łatki, kwalifikował jego dzieła jako tylko “moralnie obojętne”. Wielkich pisarzy, których nie lubił, klasyfikował jako ludzi przegranych, bo swoje talenty obrócili na propagandę ateizmu. Dostało się Kornelowi Makuszyńskiemu, bo miał rzekomo “objawiać abominację do cnoty czystości”. Na punkcie seksu o. Pirożyński miał hopla. Oberwało się Parandowskiemu, bo to jego sztandarowa praca, to zdaniem zakonnika “rzekomo mitologia, a w istocie pornografia”. Typowym chłopcem do bicia był Żeromski, a szczególnie jego dzieło “Dzieje grzechu”. Nie darował i Reymontowi, głównie za schadzki Antka i Jagny wewnątrz stogu na polu.
Broniewskiemu wiersz „Do towarzyszy broni“, cenzura nakazała wyrywać z każdego egzemplarza. Reszta pozostawała bez zmian, a wiersz dalej widniał w spisie treści. Cenzorzy wkurzyli się na poetę, bo przewiózł się po zamachu majowym. Komuch Broniewski miał przerąbane i w PRL. Do 1989 był zapis na jego wiersz „Homo sapiens“. Przyczyną był Katyń, a szczególnie następujące wersy za które Broniewski dziś mógłby być wieszczem Rzeczpospolitej Smoleńskiej: „A druga bomba – w grób Smoleński!/Niechaj rycerze zmartwychwstaną i/świecąc każdy piersi raną,/świadectwo dadzą krwi męczeńskiej“.
Jednak największe przejścia z międzywojenną cenzurą miał rodak Karola Wojtyły – Emil Zegadłowicz. Większa część nakładu jego „Motorów“ została skonfiskowana zanim zdążyła na dobre opuścić drukarnię. Przetrwać miało tylko około dwustu egzemplarzy, zakopanych przez autora i rozesłanych do przyjaciół.
Po II wojnie światowej, na mocy dekretu z 1946 wprowadzono cenzurę prewencyjną, sprawowaną poprzez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Choć trzeba przyznać, że początek prawdziwej cenzury datować należy na rok 1951. Wtedy władza wydała „Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu Nr1”. Na przemiał poszły 563 książki dla dzieci i 1681 dla dorosłych.
PRL-owscy cenzorzy dawali szlaban każdemu. Od Andrzejewskiego, przez Broniewskiego, po Orwella czy wyszkowską plebanię Żeromskiego. Nie zdziwi zatem nikogo fakt, że na zakaz druku załapała się też książka piszącej dla dzieci Janiny Porazińskiej. Autorka popełniła bowiem opowiastkę pod tytułem „Wesoła gromada” o przygodach dzieci z czasu wojny polsko-bolszewickiej.
Zapis o uczuciach religijnych wbrew szerzonym dziś bzdurom o ówczesnej ateizacji chronił Kościół. Pornografia i erotyka były zakazane. Ale mimo to były w kraju miejsca, gdzie można było nielegalne książki poczytać. Po pierwsze w Komitecie Centralnym PZPR, a po drugie w zbiorach ksiąg zakazanych na polskich uczelniach. Świat zakazów pokręcił się zatem i wrócił do standardów z XVI wieku.
I w końcu nastała III RP. Cenzurę sprywatyzowano. Każdy, kto ma kasę, może pobiec do sądu i zażyczyć sobie nałożenia aresztu na książkę, film, czy nawet artykuł.
Jest zatem i współczesna lista „półkowników”. Beata Tyszkiewicz zablokowała sprzedaż swojej biografii z powodu niepochlebnego opisu jej rozwodu z Andrzejem Wajdą.
Z”Kapuścińskiego non-fiction” Artura Domosławskiego wyleciały rozdziały, które według wdowy przedstawiały go w niezbyt chlubnym świetle.
W 2005 r., sąd zakazał dystrybucji książki „Edyta Górniak: bez cenzury”. Wokalistkę wkurzył opisem jej romansu z Robertem Kozyrą i Piotrem Kraśką.
W 2010 r. wybuchł „Nocnik” Andrzeja Żuławskiego, a sąd stanął zdecydowanie po stronie racji Weroniki Rosati i książkę zaaresztowano.
„Mein Kampf” i „Manifest komunistyczny” też załapały się na współczesny indeks. Za rozpowszechnianie materiałów o treści komunistycznej i faszystowskiej.
A w większości mediów i tak nie liczą się poglądy autorów, tylko to, co akurat planuje ich właściciel.

Poczta zamyka usta pracownikom

Poczta Polska postanowiła wprowadzić cenzurę i zakazać swoim pracownikom jakiejkolwiek aktywności medialnej.

Kilka miesięcy temu Poczta zwolniła dyscyplinarnie przewodniczącego Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, Piotra Moniuszki za wpis na Facebooku. Lider związku napisał, że firmie grozi upadłość. Kilka tygodni później rządowe Centrum Analiz Strategicznych przyznało, że spółce grozi utrata płynności, jednak Moniuszki nie przywrócono do pracy.
Zarząd Poczty najwyraźniej jednak przestraszył się krytycznych wypowiedzi działaczy związkowych i postanowił wprowadzić całkowity zakaz wystąpień medialnych dla wszystkich pracowników firmy.
Tylko rzecznik porozmawia
Kilka dni temu Poczta rozesłała do swoich pracowników komunikat, w którym stanowczo sprzeciwia się ich wystąpieniom medialnym bez zgody spółki. „Przypominam, że wszelkie aktywności medialne pracowników Poczty Polskiej mogą odbywać się jedynie po otrzymaniu zgody rzecznika prasowego Pani Justyny Siwek lub Pana Grzegorza Warchoła. Dotyczy to udzielania wywiadów, organizacji spotkań z mediami, udziału w konferencjach prasowych organizowanych przez inne organizacje oraz wszelkich wystąpień, które mogą mieć wydźwięk medialny (np. konferencje branżowe)”.
Jednocześnie przedstawicielka władz firmy zasugerowała, że o ważnych dla pracowników sprawach będzie wypowiadał się zarząd firmy, który sam oceni, które problemy nagłośnić, a które zataić. Firma też dała do zrozumienia pracownikom, że musi znać wszystkie plany działań załogi. „Proszę o przekazywanie wszelkich informacji i planów działań, które moglibyśmy wykorzystać w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej. Istotne są sprawy strategiczne, nowe przedsięwzięcia, ale także wydarzenia regionalne i lokalne” – czytamy w piśmie, które otrzymali pracownicy Poczty na Podlasiu.
Sprzeczne z konstytucją
Pismo rozpowszechniane przez Pocztę Polską nie tylko stanowi próbę zastraszenia pracowników firmy i zamknięcia im ust, ale jest też sprzeczne z Konstytucją RP. Zgodnie z art. 54 ustawy zasadniczej . „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Władze Poczty nie mają więc prawa zakazywać działalności medialnej swoim pracownikom. Nie ma też takich zapisów w ich umowach o pracę. To zwykła cenzura, której celem jest prewencyjne zabezpieczenie się pracodawcy przed ewentualną krytyką.
Pod tym względem pismo Poczty stoi również w sprzeczności z art. 12 Konstytucji, w którym czytamy, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych”. Trudno sobie wyobrazić działalność organizacji związkowej, która każdy swój komunikat konsultuje z zarządem firmy i która pyta go o zgodę na nagłośnienie wiedzy na temat patologii mających miejsce w przedsiębiorstwie.

Marszałek cenzor?

Marszałek województwa śląskiego zadecydował o odebraniu nagrody pieniężnej artyście, którego praca wyraża krytykę odradzającego się nazizmu.

Praca Szymona Szymankiewicza zatytułowana „Loading” zdobyła pierwszą nagrodę jury 26. edycji Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach. Plakat przedstawia symbol III Rzeszy z odsłoniętym trójkątem symbolizującym czas na zegarze. W ten sposób artysta zwraca uwagę na postępujący wzrost siły ugrupowań skrajnie prawicowych, w tym również neonazistowskich w Europie
Wraz z laurem artysta miał otrzymać 10 tysięcy złotych od władz samorządowych województwa. Marszałek Jakub Chełstowski (PiS) cofnął decyzję o przyznaniu wynagrodzenia. Dlaczego? Jak dotąd nie przedstawiono żadnego wyjaśnienia.

Członkini jury konkursu, historyczka sztuki, dr hab. Irma Kozina uważa, że jest to efekt rozgłosu, jaki praca zdobyła w światowych mediach. Dla samego artysty wymowa sytuacji jest dość jednoznaczna.

– Podczas biennale plakatu każda z prac wyróżnionych przez profesjonalnych jurorów została również nagrodzona finansowo przez marszałka województwa. Każda poza moją. Nie ma tu dużego pola do interpretacji: marszałkowi nie spodobała się wymowa mojej pracy, w której przestrzegam przed odradzającym się faszyzmem – napisał Szymon Szymankiewicz. – Uważam to za rodzaj cenzury ekonomicznej. Marszałek reprezentuje partię, której przedstawiciele wielokrotnie bagatelizowali rosnące w Polsce tendencje rasistowskie, antysemickie, profaszystowskie. Smutnym kontekstem decyzji marszałka jest fakt, że kilka dni temu w Katowicach, prokuratura kontrolowana przez ministra sprawiedliwości z rządu PiS umorzyła śledztwo w sprawie wieszania na szubienicach portretów polityków opozycji. Nawoływanie do wieszania i mordowania zawsze zaczyna się w sferze symbolicznej, dopiero później staje się realne. Najpierw pojawiają się symbole, potem giną ludzie. Przed tym przestrzega mój plakat – podsumował.

Widmo cenzury w australijskich mediach

Australijskie gazety – zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne – w swoich dzisiejszych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem „Tajne”.

W ten sposób najważniejsze dzienniki protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa. Australijskie media domagają się w ten sposób, by coraz to nowe i surowsze przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy. Argumentują, że jest to obstrukcja pracy dziennikarskiej i tworzenie nowej kultury informacyjnej legitymizującej faktycznie tajność prac władz centralnych. Środowisko medialne domaga się również lepszej ochrony sygnalistów oraz reform przepisów dotyczących zniesławienia, które w Australii są jednymi z najsurowszych na świecie. Jak zaznaczają agencje, wolność słowa nie jest zagwarantowana w australijskiej konstytucji.
Bezpośrednią inspiracją do protestu były przeprowadzone w czerwcu policyjne rewizje w siedzibie publicznego nadawcy ABC oraz w domu dziennikarki australijskiego oddziału koncernu prasowego News Corp Anniki Smethurst. Wcześniej media te podały informacje, które szkodziły wizerunkowi rządu. Chodziło o ujawnienie planów rozszerzenia kontroli australijskich tajnych służb nad komunikacją elektroniczną i kontami bankowymi oraz publikację informacji z tajnego raportu o działalności australijskich sił specjalnych w Afganistanie. Raport podaje m.in. szczegóły zabicia trojga afgańskich cywilów.

Policyjny rajd z czerwca wywołał bardzo negatywny oddźwięk w środowisku australijskich i międzynarodowych mediów. Wczoraj zaś (niedziela, 20 października) rząd podtrzymał deklarację, z której wynika, że w następstwie rewizji możliwe jest postawienie zarzutów trzem dziennikarzom, podejrzewanym o naruszenie przepisów ustawy o ochronie tajemnic państwowych.

PiS definiuje dziennikarstwo

Kolejny pomysł PiS na podporządkowanie sobie grupy zawodowej, która potencjalnie może zagrozić władzy tej partii już wywołuje protesty.

Jako jeden z pierwszych zareagował Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza. Związkowa komisja dziennikarzy i dziennikarzem wydała Oświadczenie, w którym wyraża swój jednoznaczny protest przeciwko pomysłowi Prawa i Sprawiedliwości. W Oświadczeniu czytamy:
„Przez ostatnie cztery lata rządzący wielokrotnie dawali dowody wrogiego nastawienia wobec niezależnych mediów. Zjednoczona Prawica dokonała błyskawicznej i sprzecznej ze standardami zachodnioeuropejskimi nowelizacji ustawy medialnej, przeprowadziła czystkę w mediach publicznych i zamieniła je w narzędzie ordynarnej propagandy. Politycy PiS, na czele z odpowiedzialnym za media ministrem kultury, publicznie piętnowali krytycznych wobec ich działań dziennikarzy, odmawiali im wywiadów i nie odpowiadali na pytania. Z kolei spółki skarbu państwa hojnie sponsorowały prywatne media ściśle powiązane z rządem. (…)
Nauczeni doświadczeniem, stanowczo sprzeciwiamy się propozycjom zmian dotyczących zawodu dziennikarza, traktując je jako zapowiedź radykalnego ograniczenia wolności słowa”.
Stanowisko wyrażone przez związek zawodowy należy odczytywać jako pierwsza próbę zorganizowanego sprzeciwu ze strony środowisk lewicowych, skoro do tej pory nie zareagowały ani opozycja, ani organizacje dziennikarskie, co świadczy o uwiądzie woli walki z ich strony.