Cenzura i ograniczanie swobód?

Narasta opór przeciwko planom ogłoszonym kanclerz Angelę Merkel w związku z epidemią koronawirusa. Ich fundamentem są gigantyczne prezenty z budżetu federalnego dla banksterów i biznesu. Coraz mocniej krytykowane są również plany utrzymania produkcji za wszelką cenę, bez względu na zdrowie pracowników tysięcy fabryk. W odpowiedzi na falę niezadowolenia niemieccy politycy domagają się wprowadzenia stanu wyjątkowego i cenzury internetu.

W całych Niemczech narasta lawinowo liczba osób zakażonych koronawirusem. Sytuacja w szpitalach, stacjach ratowniczych, zakładach opieki i fabrykach jest coraz bardziej dramatyczna.
W odpowiedzi na zagrożenie rząd Merkel zamknął szkoły, uniwersytety oraz obiekty sportowe i rekreacyjne, a także wprowadził szereg ograniczeń dotyczących przemieszczania się ludności i kontaktów społecznych.
Te wszystkie restrykcje nie dotyczą jednak zakładów pracy. Miliony pracowników codziennie wykonuje swoją pracę na zatłoczonych halach, nie mając przy tym odpowiedniej ochrony. Sama Merkel podkreślała, że produkcja musi zostać utrzymana za wszelką cenę. Stanowisko niemieckiego rządu dotyczy również tych zakładów, które nie produkują dóbr pierwszej potrzeby niezbędnych do przetrwania pandemii.
Przeciwko takiemu podejściu niemieckiego rządu i fundowaniu prezentów biznesowi zamiast wsparcia finansowego tym, którzy rzeczywiście go teraz potrzebują, narasta oczywiście społeczny gniew. Ze względu na brak możliwości aktywnego manifestowania sprzeciwu na ulicach uwidocznia się on głównie w internecie.
W odpowiedzi na oburzenie niemieccy politycy apelują o objęcie internetu cenzurą i wprowadzenie innych środków dyktatorskich.
Na początku tygodnia minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii Boris Pistorius (prawe skrzyło SPD) wezwał do penalizacji za, jak to określił, rozpowszechnianie „fałszywych wiadomości” w związku z pandemią koronawirusa. Konkretnie w jego przekonaniu „należy zabronić publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji zarzutów dotyczących zaopatrzenia ludności, opieki medycznej lub przyczyn, sposobów zakażenia, diagnozy i terapii COVID-19”.
Według Pistoriusa, jeśli obecne prawo nie pozwala karać za wpisy w internecie, to należy je zmienić „tak szybko, jak to możliwe”.
Pistorius jako minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii ma na swoim koncie wdrożenie nowego prawa policyjnego w tym landzie, które zwiększyło uprawnienia organów bezpieczeństwa kosztem elementarnych swobód obywatelskich.
Politykowi partii socjaldemokratycznej wtóruje przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schäuble (dawniej minister finansów RFN, jeden z architektów zniszczenia Grecji) z CDU. Schäuble zaproponował przywódcom klubów zasiadających w parlamencie rozszerzenie przepisów nadzwyczajnych uchwalonych jeszcze w 1968 roku. Jest to bardzo poważny krok i wymaga zmiany niemieckiej konstytucji. Widać jednak, że niemiecka klasa polityczna gotowa jest na wszystko.
Uchwalone w maju 1968 roku przepisy nadzwyczajne były odpowiedzią na strajki robotnicze i protesty studenckie. Dają one możliwość powołania władzy quasi-dyktatorskiej w sytuacjach kryzysowych, takich jak klęska żywiołowa, powstanie czy wojna. Pozwalają między innymi na zastąpienie Bundestagu i Bundesratu (wyższej izby niemieckiego parlamentu) tzw. „Wspólnym Komitetem” złożonym jedynie z 48 osób wybranych osób, mającym pełne uprawnienia obu izb parlamentu. Schäuble wysunął pomysł włączenia podobnego przepisu do konstytucji w przypadku wystąpienia epidemii.
Niemiecki minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer planuje już, oprócz rozmieszczenia do 50 tys. żołnierzy, przeprowadzić również mobilizację 75 tys. rezerwistów. Na konferencji prasowej minister zarzekał się, że wojska zostaną wykorzystane tylko wtedy, kiedy rozmiar i skutki pandemii przekroczy możliwości działania władz i organizacji cywilnych. Wojsko ma pomóc w opiece zdrowotnej, w zapewnieniu infrastruktury i dostaw, a także utrzymanie bezpieczeństwa i porządku – zapewniał Kramp-Karrenbauer.
Rozszerzanie się pandemii rodzi coraz więcej pytań o przyszłość kapitalizmu w jego dotychczasowej formie, nastawionej na skrajny wyzysk, kumulowanie bogactwa w rękach 1 proc. najbogatszych i degradację całej planety. Wszystkie dotychczasowe działania klasy politycznej państw kapitalistycznych wskazują na to, że zbudowanie innej, progresywnej, prospołecznej i proekologicznej polityki w jej wydaniu nie jest możliwe. Zamiast tego prowadzona jest dobrze zdefiniowana przez Naomi Klein doktryna szoku. Społeczeństwa mają się bać i oddawać coraz więcej swojej wolności w łapy banksterów, którzy szczerzą zęby, kryjąc się za posłusznie wykonującymi ich dyspozycje politycznymi marionetkami.

Cenzura nie umiera

Urzędów cenzorskich u nas nie ma. Zastąpiły je interesy nadzorców i właścicieli mediów.

To Kościół katolicki w Polsce po raz pierwszy zastosował cenzurę na przełomie 1491 i 1492, zabraniając drukarzowi krakowskiemu Fiolowi wydawania ksiąg liturgicznych w języku cerkiewnosłowiańskim. Żeby było śmieszniej, zrobiono to grubo przed wydaniem w 1515 roku bulli papieskiej nakazującej palić wszystkie książki nie mające imprimatur władz kościelnych.
Państwo błyskawicznie przejęło cenzorskie zapędy czarnych i już w 1519 zastosowano po raz pierwszy cenzurę państwową, konfiskując z rozkazu królewskiego nakład Chronica Polonorum Macieja Miechowity. Rok później edykt królewski wprowadził zakaz przywożenia do Polski ksiąg Lutra.
Kościół nie dawał się dystansować. W okolicach powstania Chmielnickiego zakres cenzury poszerzył się o kwestie międzynarodowe. W 1650 r. legacja rosyjska, przybyła do Warszawy, domagała się surowego ukarania autorów opisujących zwycięstwa Władysława IV Wazy nad Moskwą w sposób dla niej obelżywy. Aby ułagodzić rosyjskich posłów, kat spalił na warszawskim rynku wydarte z inkryminowanych ksiąg strony, na których dopatrzyli się oni obrazy swego władcy, państwa i narodu. Od tej pory Rosjanie już na bieżąco monitorowali, co się w Polsce o nich pisze, od czasu do czasu każąc stronie polskiej to i owo spalić.
Po rozbiorach ziemie polskie przejęły w kwestii cenzury ustawodawstwo zaborców. W Królestwie Polskim na mocy konstytucji nie było początkowo cenzury prewencyjnej, wprowadził ją 1826 – niezgodnie zresztą z ustawą zasadniczą – namiestnik gen. J. Zajączek. Po powstaniu listopadowym wprowadzono cenzurę prewencyjną, a 1869 rozciągnięto na ziemie polskie ustawodawstwo obowiązujące w całej Rosji, w którym obok systemu prewencyjnego zastosowano również cenzurę represyjną. W dwu pozostałych zaborach, dominowała cały czas ta ostatnia.
W Galicji co prawda wydawano wieszczów, bo cenzura na kwestie polityczne przymykała oko, ale kwestie obyczajowe kontrolował Kościół. Choć z drugiej strony wcale źle nie było, skoro prawicowcy jeszcze w roku 1913 ubolewali, że młodzież czyta tak przewrotne książki jak przygody Sherlocka Holmesa i dzieła “wielkiego polskiego pornografa” Stefana Żeromskiego. Podpadła też książka dla dzieci “Myszy Króla Popiela” . Tym, że ubliżyła godności królewskiej faktem zjedzenia pomazańca bożego przez te gryzonie.
W II Rzeczypospolitej obowiązywała jedynie cenzura represyjna: wydawca zobligowany był do dostarczania prokuraturze i odpowiedniemu organowi administracji wskazanej liczby egzemplarzy danej pozycji. Istniały jednak indeksy książek zakazanych. Najsłynniejszym z nich było dzieło pod tytułem “Co czytać?” pióra ojca Mariana Pirożyńskiego. Skądinąd redemptorysty. Zakonnik dokładał przede wszystkim powieściopisarzom. Komu nie mógł przyczepić łatki, kwalifikował jego dzieła jako tylko “moralnie obojętne”. Wielkich pisarzy, których nie lubił, klasyfikował jako ludzi przegranych, bo swoje talenty obrócili na propagandę ateizmu. Dostało się Kornelowi Makuszyńskiemu, bo miał rzekomo “objawiać abominację do cnoty czystości”. Na punkcie seksu o. Pirożyński miał hopla. Oberwało się Parandowskiemu, bo to jego sztandarowa praca, to zdaniem zakonnika “rzekomo mitologia, a w istocie pornografia”. Typowym chłopcem do bicia był Żeromski, a szczególnie jego dzieło “Dzieje grzechu”. Nie darował i Reymontowi, głównie za schadzki Antka i Jagny wewnątrz stogu na polu.
Broniewskiemu wiersz „Do towarzyszy broni“, cenzura nakazała wyrywać z każdego egzemplarza. Reszta pozostawała bez zmian, a wiersz dalej widniał w spisie treści. Cenzorzy wkurzyli się na poetę, bo przewiózł się po zamachu majowym. Komuch Broniewski miał przerąbane i w PRL. Do 1989 był zapis na jego wiersz „Homo sapiens“. Przyczyną był Katyń, a szczególnie następujące wersy za które Broniewski dziś mógłby być wieszczem Rzeczpospolitej Smoleńskiej: „A druga bomba – w grób Smoleński!/Niechaj rycerze zmartwychwstaną i/świecąc każdy piersi raną,/świadectwo dadzą krwi męczeńskiej“.
Jednak największe przejścia z międzywojenną cenzurą miał rodak Karola Wojtyły – Emil Zegadłowicz. Większa część nakładu jego „Motorów“ została skonfiskowana zanim zdążyła na dobre opuścić drukarnię. Przetrwać miało tylko około dwustu egzemplarzy, zakopanych przez autora i rozesłanych do przyjaciół.
Po II wojnie światowej, na mocy dekretu z 1946 wprowadzono cenzurę prewencyjną, sprawowaną poprzez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Choć trzeba przyznać, że początek prawdziwej cenzury datować należy na rok 1951. Wtedy władza wydała „Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu Nr1”. Na przemiał poszły 563 książki dla dzieci i 1681 dla dorosłych.
PRL-owscy cenzorzy dawali szlaban każdemu. Od Andrzejewskiego, przez Broniewskiego, po Orwella czy wyszkowską plebanię Żeromskiego. Nie zdziwi zatem nikogo fakt, że na zakaz druku załapała się też książka piszącej dla dzieci Janiny Porazińskiej. Autorka popełniła bowiem opowiastkę pod tytułem „Wesoła gromada” o przygodach dzieci z czasu wojny polsko-bolszewickiej.
Zapis o uczuciach religijnych wbrew szerzonym dziś bzdurom o ówczesnej ateizacji chronił Kościół. Pornografia i erotyka były zakazane. Ale mimo to były w kraju miejsca, gdzie można było nielegalne książki poczytać. Po pierwsze w Komitecie Centralnym PZPR, a po drugie w zbiorach ksiąg zakazanych na polskich uczelniach. Świat zakazów pokręcił się zatem i wrócił do standardów z XVI wieku.
I w końcu nastała III RP. Cenzurę sprywatyzowano. Każdy, kto ma kasę, może pobiec do sądu i zażyczyć sobie nałożenia aresztu na książkę, film, czy nawet artykuł.
Jest zatem i współczesna lista „półkowników”. Beata Tyszkiewicz zablokowała sprzedaż swojej biografii z powodu niepochlebnego opisu jej rozwodu z Andrzejem Wajdą.
Z”Kapuścińskiego non-fiction” Artura Domosławskiego wyleciały rozdziały, które według wdowy przedstawiały go w niezbyt chlubnym świetle.
W 2005 r., sąd zakazał dystrybucji książki „Edyta Górniak: bez cenzury”. Wokalistkę wkurzył opisem jej romansu z Robertem Kozyrą i Piotrem Kraśką.
W 2010 r. wybuchł „Nocnik” Andrzeja Żuławskiego, a sąd stanął zdecydowanie po stronie racji Weroniki Rosati i książkę zaaresztowano.
„Mein Kampf” i „Manifest komunistyczny” też załapały się na współczesny indeks. Za rozpowszechnianie materiałów o treści komunistycznej i faszystowskiej.
A w większości mediów i tak nie liczą się poglądy autorów, tylko to, co akurat planuje ich właściciel.

Poczta zamyka usta pracownikom

Poczta Polska postanowiła wprowadzić cenzurę i zakazać swoim pracownikom jakiejkolwiek aktywności medialnej.

Kilka miesięcy temu Poczta zwolniła dyscyplinarnie przewodniczącego Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, Piotra Moniuszki za wpis na Facebooku. Lider związku napisał, że firmie grozi upadłość. Kilka tygodni później rządowe Centrum Analiz Strategicznych przyznało, że spółce grozi utrata płynności, jednak Moniuszki nie przywrócono do pracy.
Zarząd Poczty najwyraźniej jednak przestraszył się krytycznych wypowiedzi działaczy związkowych i postanowił wprowadzić całkowity zakaz wystąpień medialnych dla wszystkich pracowników firmy.
Tylko rzecznik porozmawia
Kilka dni temu Poczta rozesłała do swoich pracowników komunikat, w którym stanowczo sprzeciwia się ich wystąpieniom medialnym bez zgody spółki. „Przypominam, że wszelkie aktywności medialne pracowników Poczty Polskiej mogą odbywać się jedynie po otrzymaniu zgody rzecznika prasowego Pani Justyny Siwek lub Pana Grzegorza Warchoła. Dotyczy to udzielania wywiadów, organizacji spotkań z mediami, udziału w konferencjach prasowych organizowanych przez inne organizacje oraz wszelkich wystąpień, które mogą mieć wydźwięk medialny (np. konferencje branżowe)”.
Jednocześnie przedstawicielka władz firmy zasugerowała, że o ważnych dla pracowników sprawach będzie wypowiadał się zarząd firmy, który sam oceni, które problemy nagłośnić, a które zataić. Firma też dała do zrozumienia pracownikom, że musi znać wszystkie plany działań załogi. „Proszę o przekazywanie wszelkich informacji i planów działań, które moglibyśmy wykorzystać w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej. Istotne są sprawy strategiczne, nowe przedsięwzięcia, ale także wydarzenia regionalne i lokalne” – czytamy w piśmie, które otrzymali pracownicy Poczty na Podlasiu.
Sprzeczne z konstytucją
Pismo rozpowszechniane przez Pocztę Polską nie tylko stanowi próbę zastraszenia pracowników firmy i zamknięcia im ust, ale jest też sprzeczne z Konstytucją RP. Zgodnie z art. 54 ustawy zasadniczej . „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Władze Poczty nie mają więc prawa zakazywać działalności medialnej swoim pracownikom. Nie ma też takich zapisów w ich umowach o pracę. To zwykła cenzura, której celem jest prewencyjne zabezpieczenie się pracodawcy przed ewentualną krytyką.
Pod tym względem pismo Poczty stoi również w sprzeczności z art. 12 Konstytucji, w którym czytamy, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych”. Trudno sobie wyobrazić działalność organizacji związkowej, która każdy swój komunikat konsultuje z zarządem firmy i która pyta go o zgodę na nagłośnienie wiedzy na temat patologii mających miejsce w przedsiębiorstwie.

Marszałek cenzor?

Marszałek województwa śląskiego zadecydował o odebraniu nagrody pieniężnej artyście, którego praca wyraża krytykę odradzającego się nazizmu.

Praca Szymona Szymankiewicza zatytułowana „Loading” zdobyła pierwszą nagrodę jury 26. edycji Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach. Plakat przedstawia symbol III Rzeszy z odsłoniętym trójkątem symbolizującym czas na zegarze. W ten sposób artysta zwraca uwagę na postępujący wzrost siły ugrupowań skrajnie prawicowych, w tym również neonazistowskich w Europie
Wraz z laurem artysta miał otrzymać 10 tysięcy złotych od władz samorządowych województwa. Marszałek Jakub Chełstowski (PiS) cofnął decyzję o przyznaniu wynagrodzenia. Dlaczego? Jak dotąd nie przedstawiono żadnego wyjaśnienia.

Członkini jury konkursu, historyczka sztuki, dr hab. Irma Kozina uważa, że jest to efekt rozgłosu, jaki praca zdobyła w światowych mediach. Dla samego artysty wymowa sytuacji jest dość jednoznaczna.

– Podczas biennale plakatu każda z prac wyróżnionych przez profesjonalnych jurorów została również nagrodzona finansowo przez marszałka województwa. Każda poza moją. Nie ma tu dużego pola do interpretacji: marszałkowi nie spodobała się wymowa mojej pracy, w której przestrzegam przed odradzającym się faszyzmem – napisał Szymon Szymankiewicz. – Uważam to za rodzaj cenzury ekonomicznej. Marszałek reprezentuje partię, której przedstawiciele wielokrotnie bagatelizowali rosnące w Polsce tendencje rasistowskie, antysemickie, profaszystowskie. Smutnym kontekstem decyzji marszałka jest fakt, że kilka dni temu w Katowicach, prokuratura kontrolowana przez ministra sprawiedliwości z rządu PiS umorzyła śledztwo w sprawie wieszania na szubienicach portretów polityków opozycji. Nawoływanie do wieszania i mordowania zawsze zaczyna się w sferze symbolicznej, dopiero później staje się realne. Najpierw pojawiają się symbole, potem giną ludzie. Przed tym przestrzega mój plakat – podsumował.

Widmo cenzury w australijskich mediach

Australijskie gazety – zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne – w swoich dzisiejszych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem „Tajne”.

W ten sposób najważniejsze dzienniki protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa. Australijskie media domagają się w ten sposób, by coraz to nowe i surowsze przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy. Argumentują, że jest to obstrukcja pracy dziennikarskiej i tworzenie nowej kultury informacyjnej legitymizującej faktycznie tajność prac władz centralnych. Środowisko medialne domaga się również lepszej ochrony sygnalistów oraz reform przepisów dotyczących zniesławienia, które w Australii są jednymi z najsurowszych na świecie. Jak zaznaczają agencje, wolność słowa nie jest zagwarantowana w australijskiej konstytucji.
Bezpośrednią inspiracją do protestu były przeprowadzone w czerwcu policyjne rewizje w siedzibie publicznego nadawcy ABC oraz w domu dziennikarki australijskiego oddziału koncernu prasowego News Corp Anniki Smethurst. Wcześniej media te podały informacje, które szkodziły wizerunkowi rządu. Chodziło o ujawnienie planów rozszerzenia kontroli australijskich tajnych służb nad komunikacją elektroniczną i kontami bankowymi oraz publikację informacji z tajnego raportu o działalności australijskich sił specjalnych w Afganistanie. Raport podaje m.in. szczegóły zabicia trojga afgańskich cywilów.

Policyjny rajd z czerwca wywołał bardzo negatywny oddźwięk w środowisku australijskich i międzynarodowych mediów. Wczoraj zaś (niedziela, 20 października) rząd podtrzymał deklarację, z której wynika, że w następstwie rewizji możliwe jest postawienie zarzutów trzem dziennikarzom, podejrzewanym o naruszenie przepisów ustawy o ochronie tajemnic państwowych.

PiS definiuje dziennikarstwo

Kolejny pomysł PiS na podporządkowanie sobie grupy zawodowej, która potencjalnie może zagrozić władzy tej partii już wywołuje protesty.

Jako jeden z pierwszych zareagował Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza. Związkowa komisja dziennikarzy i dziennikarzem wydała Oświadczenie, w którym wyraża swój jednoznaczny protest przeciwko pomysłowi Prawa i Sprawiedliwości. W Oświadczeniu czytamy:
„Przez ostatnie cztery lata rządzący wielokrotnie dawali dowody wrogiego nastawienia wobec niezależnych mediów. Zjednoczona Prawica dokonała błyskawicznej i sprzecznej ze standardami zachodnioeuropejskimi nowelizacji ustawy medialnej, przeprowadziła czystkę w mediach publicznych i zamieniła je w narzędzie ordynarnej propagandy. Politycy PiS, na czele z odpowiedzialnym za media ministrem kultury, publicznie piętnowali krytycznych wobec ich działań dziennikarzy, odmawiali im wywiadów i nie odpowiadali na pytania. Z kolei spółki skarbu państwa hojnie sponsorowały prywatne media ściśle powiązane z rządem. (…)
Nauczeni doświadczeniem, stanowczo sprzeciwiamy się propozycjom zmian dotyczących zawodu dziennikarza, traktując je jako zapowiedź radykalnego ograniczenia wolności słowa”.
Stanowisko wyrażone przez związek zawodowy należy odczytywać jako pierwsza próbę zorganizowanego sprzeciwu ze strony środowisk lewicowych, skoro do tej pory nie zareagowały ani opozycja, ani organizacje dziennikarskie, co świadczy o uwiądzie woli walki z ich strony.

Głos lewicy

UE a ochrona zdrowia

– W Europie, podobnie jak i w Polsce rosną nastroje eurosceptyczne. W Polsce te nastroje podgrzewa nie tylko partia rządząca. Faktem jest, że do tej pory Unia Europejska za mało zajmowała się człowiekiem jako jednostką. Unia bardziej przyjazna człowiekowi, która jest w stanie zająć się tym co dla człowieka jest ważne,m.in. zdrowiem. Jako Koalicja Europejskiej wychodzimy na przeciw wymaganiom Europejczyków proponując Europejski Pakiet Onkologiczny – powiedział na konferencji Koalicji Europejskiej sekretarz generalny SLD, Marcin Kulasek.
– Czas najwyższy aby Unia skorzystała ze swoich uprawnień i zajęła się profilaktyką i ochroną zdrowia, bo to właśnie dla ludzi, nie tylko dla Europejczyków jest najważniejsze – podkreślił sekretarz Sojuszu.
Źrdódło: sld.org.pl

Barbarzyńca na salonach

Łukasz Moll również wspomina prof. Modzelewskiego:
Poza tym, że był chodzącym dowodem na to, że można być częścią pewnej formacji, ale nie stać się przy tym zakładnikiem jej mitów, nawyków i sukcesu, zapamiętam z jego mediewistycznej książki „Barbarzyńska Europa”, o której było jakoś cicho. A tu Modzelewski też poszedł pod prąd i tym, którzy przekonują, że cywilizacja europejska to tylko Ateny, Rzym i Jerozolima, a barbarzyńcy to ordynarne dzikusy, które zdolne są tylko do gwałtów i grabieży, pokazał, że urządzenia barbarzyńskie i idee barbarzyńskie odgrywają w historii Europy nader znaczące, pozytywne role. Dwie takie idee – demokracji wiecowej i własności wspólnej – połączyli przecież barbarzyńcy z Pierwszej Solidarności, zanim przyszli znawcy Aten, Rzymu i Jerozolimy i zrobili po swojemu. Modzelewski pozostał po stronie barbarzyńców, choć wstępu na salony mu całkiem nie odmówiono.

Sztuka konsumpcyjna

Refleksja Tymoteusza Kochana o bananowej cenzurze:
Cenzura zawsze zaczyna się od propagandy odnowy moralnej i mówienia o wielkich wartościach i chronieniu „naszej młodzieży”. Jako pozbawieni ksenofobii ludzie z PiS-em nie mamy jednak żadnej „wspólnej młodzieży”, bo nie uważamy osób o innej orientacji seksualnej za naszego wroga. A miejsce sztuki religijnej i cenzurowanej przez klerykalizm jest w kościele.

List otwarty

do prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca
w sprawie powstającego w rzeszowskim Teatrze Maska spektaklu „#chybanieja” w reżyserii Pawła Passiniego. List zainicjowany przez Forum Przyszłości Kultury podpisało już ponad 100 przedstawicieli środowiska teatru i kultury.

Szanowny Panie Prezydencie,
Środowisko teatralne i ludzie kultury z najwyższym niepokojem śledzą napływające od kilku dni informacje związane z Pana działaniami i publicznymi wypowiedziami w sprawie powstającego w rzeszowskim Teatrze Maska spektaklu „#chybanieja” w reżyserii Pawła Passiniego. Cieszy nas, że po kilku dniach niepewności dyrekcja teatru potwierdziła kontynuację prac nad przedstawieniem, wypełniając tym samym swoje zobowiązania wobec twórców i publiczności. Nie zamyka to jednak sprawy, bo Pana działania są wyrazem jawnego naruszenia prawa regulującego relacje instytucji kultury i organizatorów, a jako takie skutkują naruszeniem praw konstytucyjnych nas wszystkich.
Jak wynika z wiadomości przekazanych opinii publicznej przez twórców spektaklu i dyrekcję teatru, usiłował Pan wstrzymać pracę nad spektaklem za pomocą przekazanej dyrekcji ustnej decyzji. Słyszymy także, że stało się to po interwencji Kurii Rzeszowskiej. Choć Kuria zaprzecza takim doniesieniom, naszej uwadze nie może ujść bezpośredni kontekst tych wydarzeń: Jednym z wątków przedstawienia jest problem pedofilii w Kościele katolickim, tymczasem biskup Diecezji Rzeszowskiej, Jan Wątroba, znalazł się na przekazanej Papieżowi Franciszkowi przez Fundację „Nie lękajcie się” liście hierarchów, którzy ukrywali przypadki pedofilii. Spektakl dotyka więc niezwykle ważnej społecznie i trudnej kwestii – z tej racji zasługuje na szczególną ochronę i wsparcie ze strony instytucji, w której toczy się praca, a także władz publicznych.
Pana publiczne wypowiedzi w tej sprawie odsłaniają zatrważające niezrozumienie obowiązków i roli władz samorządowych wynikających z Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. Narusza Pan autonomię programową instytucji artystycznej, próbując dopuścić się aktu cenzury prewencyjnej.
Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak w tym kontekście rozumie Pan konstytucyjny nakaz działania w granicach i na podstawie prawa (art. 7), konstytucyjny zakaz cenzury prewencyjnej (art. 54) oraz konstytucyjną wolność twórczości artystycznej (art. 73)?
Jest to dla nas sprawa najwyższej wagi.
Mając poczucie wspólnej odpowiedzialności za stan spraw publicznych, który zależy od determinacji obywateli do tego, by bronić demokratycznego ładu i swoich praw, oraz wypełniając konstytucyjny obowiązek troski o dobro wspólne (art. 82), domagamy się na podstawie art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (j. t. Dz. U. z 2016 r. poz. 1764 ze zm.) w trybie informacji publicznej pełnego wyjaśnienia tej sytuacji, przesłania skanów wszelkich dokumentów (decyzje, zarządzenia, inne) dotyczących ingerencji Prezydenta w tę sprawę i wskazania podstaw prawnych podjętych przez Pana działań. Kultura jest dobrem wspólnym, jej nieodzowną część stanowi zagwarantowana przez prawo autonomia instytucji kultury i konstytucyjna wolność twórczości artystycznej. Naruszanie którejkolwiek z tych wartości narusza prawa nas wszystkich.
Prosimy nasz list otwarty potraktować jako wniosek z art. 241 kodeksu postępowania administracyjnego i odnieść się do wszystkich poruszonych w nim zagadnień.

Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.

Flaczki tygodnia

Zwykle „Flaczki” nie piszą o filmach, spektaklach, książkach, których nie oglądały. Tym razem będzie o filmie, który też niewielu w naszym kraju widziało. Ale mają już o nim swoją, gorącą opinię.

***

To „Piąta kolumna szatana, grzesząc i współpracując z wrogimi nam siłami, robi bardzo złą robotę”. Tak ocenił samo powstanie filmu pan ksiądz Henryk Zieliński, stały komentator narodowo – katolickiej TVP Info.

***

Skoro tak pan ksiądz ocenił, to nie dziwmy się, że narodowo-katolicki kanał TVP Kultura w tym roku transmitowała galę wręczenia nagród Festiwalu Filmowego w Gdyni z około trzydziestominutowym opóźnieniem. Wykorzystał je na wycięcie krytycznych wypowiedzi twórcy „Kleru”.

***

Wojciech Smarzowski dwa razy mówił podczas gali wręczenia nagród. Za pierwszym razem zanim doszedł do głosu, publiczność długo go oklaskiwała. Pokazując w ten sposób, że nie akceptuje decyzji prezesa państwowego, czyli obecnie narodowo-katolickiego, Radia Gdańsk o odwołaniu przyznawania nagrody „Złoty Klakier” dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu.
Wojciech Smarzowski tak to skomentował; „Proszę państwa, nie ma co tyle klaskać, bo jeszcze ktoś policzy”. Ta wypowiedź została w transmisji. Druga, bardziej krytyczna wobec narodowo-katolickiej cenzury PiS – już nie.

***

Nagroda „Złoty Klakier” jest od lat przyznawana przez kiedyś publiczne, teraz państwowe i narodowo-katolickie „Radio Gdańsk”. Kryterium jest jasne. Po premierowych pokazach radiowcy nagrywają oklaski publiczności i mierzą je. Najdłuższe, najbardziej gromkie przyznają nagrodę „Złotego Klakiera”.
W tym roku „Kler” odnotował ponad minutowe owacje na stojąco. Nie miał sobie równych. Było oczywistym, że dostanie „Złotego Klakiera”.

***

Ale Dariusz Wasielewski, prezes zarządu Radia Gdańsk, podjął niespodziewaną decyzję. W piątek, w godzinach popołudniowych pojawił się krótki komunikat:

„W związku z zaistniałą sytuacją, uniemożliwiającą obiektywną ocenę prawidłowości przeprowadzonych pomiarów długości oklasków publiczności po poszczególnych pokazach filmów, prezentowanych podczas trwającego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, po konsultacji z Kolegium redakcyjnym Radia Gdańsk, podjąłem decyzję o nieprzyznawaniu w tym roku nagrody Złotego Klakiera” – napisał prezes Wasilewski.

***

Zapamiętajcie to nazwisko. Pan prezes dołączył do haniebnego grona cenzorów polskiej kultury. Działając na rzecz interesów zagranicznej korporacji wyznaniowej.

***

„Dziennikowi Bałtyckiemu” udało się nieoficjalnie porozmawiać z pracownikami rozgłośni. Powiedzieli, że kierownictwo stacji naciskało, aby nie wspominać na antenie zbyt często o sukcesie filmu. Pojawił się też pomysł, by ponownie przeanalizować pomiary. Ostatecznie pan prezes-cenzor zadecydował o nieprzyznawaniu nagrody.

***

W Ostrołęce, mieście, którego patronem jest były pan papież i aktualny święty kościoła katolickiego Jan Paweł II, film „Kler” nie będzie pokazywany. Tak informuje portal „Moja Ostrołęka”. Bo jedyne w Ostrołęce kino prowadzone jest przez miejski ośrodek kultury, którego repertuar ma dyktować aktualny prezydent z PiS, były katecheta.

***

Już w 2017 roku doszło tam do ocenzurowania repertuaru kina. Nie pokazano skandalizującego filmu „50 twarzy Greya”. Wówczas kierownik kina Jantar tłumaczył, że wyświetlania filmu zaniechał z powodu wymagań dystrybutora filmu. Kłamstwo wyszło na jaw, kiedy dziennikarze skontaktowali się dystrybutorem.
Ostatecznie kierownik kina osobiście przeprosił widzów i dystrybutora za podawanie nieprawdziwych informacji.
Zniewolonym kościelną cenzura mieszkańcom Ostrołęki pozostają wycieczki do wolnej Łomży.

***

Podobnego zniewolenia przez narodowo-katolicka cenzurę mogą doświadczyć mieszkańcy innych miast rządzonych przez samorządową władzę PiS. Wezwała do tego pani posłanka Anna Sobecka, pierwsza dama Radia „Maryja”. Uważana za usta Ojca Dyrektora Rydzyka. Zapewne ryzyka zadzierania z Rydzykiem PiS-owscy samorządowcy i kandydaci w wyborach samorządowych nie podejmą.

***

Na 28 września zapowiedziano premierę „Kleru”. W Internecie ogłoszono już społeczną akcję „Masowe oglądanie filmu „Kler” w celu jego popularyzacji”. Zapewne pytanie o zakazywanie przez podległe samorządom instytucje kultury projekcji filmu „Kler” pojawi się w czasie kampanii wyborczej.
Warto wiedzieć jak odnoszą się do bezprawnej cenzury narodowo-katolickiej poszczególni kandydaci na prezydentów miast, radnych sejmików wojewódzkich i rad miejskich.

***

Warto zapytać kandydata na prezydenta Warszawy, aktualnego ministra sprawiedliwości pana Patryka Jakiego, dlaczego ministerstwo sprawiedliwości pozwala na stosowanie bezprawnej cenzury w naszym kraju? Warto zapytać pana kandydata Jakiego czy pozwoliłby swojemu ewentualnemu wiceprezydentowi ds. kultury Piotrowi Guziałowi obejrzeć film „Kler”.

***

„Flaczki Tygodnia”, jak przystało na praworządnych obywateli, regularnie płacą abonament radiowo-telewizyjny. I mają teraz problem, bo nie chcą płacić na prezesów Polskie Radio SA i TVP SA, którzy łamią obowiązujące w Polsce prawo, wprowadzając cenzurę dzieł artystycznych.

***

„Flaczki” informują też, że kandydujący do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa redaktor Piotr Gadzinowski zawsze był, jest i będzie przeciwko takim cenzorskim praktykom. Film „Kler” po premierze zobaczy. Już zachęca do jego oglądania.