Lewy został piłkarzem tygodnia

Robert Lewandowski został wybrany przez kibiców „Piłkarzem Tygodnia” w plebiscycie UEFA. To efekt jego kapitalnego występu przeciwko Chelsea Londyn w 1/8 finału Ligi Mistrzów. „Lewy” w wygranym przez Bayern Monachium 4:1 meczu zdobył dwie bramki i zaliczył dwie asysty.

W sumie w obu spotkaniach z Chelsea Londyn (3:0 i 4:1) Lewandowski miał udział przy wszystkich siedmiu golach – trzy sam strzelił, a przy pozostałych czterech asystował. Poza tym prowadzi w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów z dorobkiem 13 bramek zdobytych w siedmiu występach. Jeśli utrzyma prowadzenie do końca rozgrywek, zostanie pierwszym piłkarzem w tym stuleciu, który zdobędzie trzy snajperskie korony w jednym sezonie – wcześniej został królem strzelców w Bundeslidze (34 gole) i Pucharze Niemiec (sześć trafień).
Do tytułu „Piłkarza Tygodnia UEFA” nominowani byli czterej piłkarze – oprócz Lewandowskiego jeszcze Leo Messi (FC Barcelona), Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn) i Kyle Walker (Manchester City). Walkera nominowano za skuteczność podań w meczu z Realem Madryt na poziomie 85 procent, Cristiano Ronaldo za dwie bramki strzelone drużynie Olympique Lyon (2:1), natomiast Messiego za gola i znakomitą grę w wygranym 3:1 spotkaniu z SSC Napoli.
Największe uznanie kibiców z tego kwartetu zdobył Lewandowski i to on został wybrany piłkarzem tygodnia. Teraz naszego piłkarza czeka jednak wielkie wyzwanie, bo w piątek, 14 sierpnia Bayern Monachium zmierzy się w Lizbonie w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z ekipą Barcelony.

Liga Mistrzów: Koncerty trzech tenorów

Zaległe mecze 1/8 finału Champions League zostaną zapamiętane głównie z fenomenalnych występów trzech gigantów futbolu – Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Roberta Lewandowskiego. Portugalczyk z tej edycji już jednak wraz z Juventusem odpadł, natomiast Argentyńczyk i Polak w piątek 14 sierpnia o palmę pierwszeństwa w tym sezonie powalczą w ćwierćfinałowym meczu Bayernu Monachium z Barceloną.

Lewandowski w pierwszym meczu z Chelsea, na Stamford Bridge w Londynie, zaliczył dwie asysty i jednego gola w wygranym przez Bayern 3:0 spotkaniu. W spotkaniu rewanżowym rozegranym w minioną sobotę na Allianz Arena w Monachium, wygranym przez bawarska drużynę 4:1, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki i dorzucił dwie asysty, czyli „Lewy” miał udział przy wszystkich siedmiu bramkach jakie w tym dwumeczu Bayern wbił ekipie Chelsea. Tym niesamowitym wyczynem chyba już ostatecznie przekonał niedowiarków, że należy mu się miejsce na samym szczycie piłkarskiej hierarchii, obok Messiego i Cristiano Ronaldo. Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 13 trafień w siedmiu występach i jest zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców. Następny w zestawieniu Erling Haaland z Borussii Dortmund ma na koncie 10 goli, ale on już odpadł ze swoim zespołem z rozgrywek.
Z zawodników, których drużyny wciąż pozostają w grze, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City maja po sześć trafień, tyle samo mają też w dorobku klubowy kolega „Lewego” Serge Gnabry oraz napastnik Olympique Lyon Memphis Depay, natomiast po po pięć goli na koncie mają Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain oraz Josip Ilcic z Atalanty Bergamo. Co ciekawe, gol strzelony przez Leo Messiego w wygranym przez Barcelonę 3:1 sobotnim spotkaniu z SSC Napoli był dopiero drugim trafieniem Argentyńczyka w obecnym sezonie Ligi Mistrzów. Gwiazdor „Dumy Katalonii” w starciu z włoskim zespołem błysnął jednak wielką formą, dlatego kibice już ostrzą sobie apetyty na starcie Barcelony i Bayernu, które będzie też wielkim pojedynkiem o tytuł piłkarza roku w Europie i na świecie w 2020 roku. Messi w poprzednim roku zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia i w tym roku wciąz jeszcze ma szanse powtórzyć ten wyczyn, a jedynym graczem który może mu w tym realnie przeszkodzić, jest właśnie Lewandowski.
Tak dla przypomnienia – „Lewy” jest nie tylko najlepszym strzelcem bieżącej edycji Ligi Mistrzów, jest także królem strzelców Bundesligi i Pucharu Niemiec, wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta” oraz w ogóle najskuteczniejszym piłkarzem tego sezonu w Europie – we wszystkich rozgrywkach w 44 rozegranych meczach zdobył 53 bramki. Pod tym względem zostawił w tyle nie tylko Messiego, ale także Cristiano Ronaldo, Neymara, Kyliana Mbappe, Harry’ego Kane’a, Mohameda Salaha, Timo Wernera, Elinga Haalanda i Karima Benzemę, którego Polak właśnie ponownie wyprzedził w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów. Lewandowski z 66 golami w dorobku awansował na czwarte miejsce, a przed nim są już tylko Raul (72 gole), Messi (114) i niekwestionowany Cristiano Ronaldo (130).
Portugalczyk nie powalczy w tym sezonie o triumf w Lidze Mistrzów, bo Juventus po jego dwóch golach wygrał z Olympique Lyon tylko 2:1, za mało żeby wyeliminować francuską dużynę, która pierwszy mecz u siebie wygrała 1:0. Na pocieszenie Cristiano Ronaldo pozostały indywidualne osiągnięcia: po dublecie w meczu z Olympique Lyon powiększył liczbę swoich goli w tym sezonie do 37, co jest nowym rekordem w historii Juventusu Turyn. CR7 przebił osiągnięcie Felice Placido Borela II, który w sezonie 1935/1936 zdobył dla Juve 36 bramek. Mistrz świata z 1934 roku do zebrania takiego dorobku potrzebował 40 występów, a Portugalczyk swój rekord ustanowił w 46 spotkaniach. Przez 86 lat żaden piłkarz Juventusu nawet nie zbliżył się do rekordu Borela II. Najlepsi dochodzili do 32 bramek, a byli to Alessandro Del Piero (1997/1998), David Trezeguet (2001/2002) i Gonzalo Higuain (2016/2017).
Cristiano Ronaldo ma teraz o czym myśleć, bo w Juventusie już w sobotę zaczęła się personalna rewolucja. Pierwszy sezon Juventusu pod wodzą trenera Maurizio Sarriego w opinii włodarzy turyńskiego potentata zakończył się niepowodzeniem. Wywalczone nie bez problemu scudetto okazało się jedynym trofeum bianconerich, którzy po transferze Cristiano Ronaldo mieli wspiąć się na szczyt europejskiego futbolu i wywalczyć wymarzony puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Decyzję o zwolnieniu szkoleniowca podjął ponoć osobiście właściciel Juve Andrea Agnelli. Sarri przepracował w Turynie tylko jeden sezon. Były trener Chelsea i Napoli zastąpił na tym stanowisku Massimiliano Allegriego. Zdaniem włoskich mediów 61-letni szkoleniowiec nie miał posłuchu u największych gwiazd zespołu. Jego nagłe odejście zwolnienie skomplikowało sytuację Arkadiusza Milika, którego głównie Sarri chciał ściągnąć do Juventusu, więc teraz transfer może okazać się nieaktualny. Ale Milik już zdążył podpaść wszystkim ważniakom w Napoli i jeśli zostanie, będzie miał w tym klubie ciężkie życie. Jeszcze w sobotę władze Juventusu dokonały wyboru nowego szkoleniowca. Został nim Andrea Piro, wybitny przed laty włoski piłkarz, mistrz świata z 2006 roku, czterokrotny mistrz Italii w barwach Juventusu. Jego nominacja jest niespodzianka, bo 41-letni obecnie Pirlo dopiero w 2017 roku zakończył piłkarską karierę i w Juve zadebiutuje w trenerskim fachu.
Nie mniejsze niż w Turynie rozgoryczenie panuje też w ekipie Realu Madryt, który został upokorzony dwoma porażkami przez Manchester City. Dla hiszpańskiego trenera angielskiego zespołu Pepa Guardioli piątkowe zwycięstwo 2:1 było już 11 w jego trenerskiej karierze odniesione przez jego zespoły w potyczkach z „Królewskimi”. W historii futbolu pod tym względem nie ma lepszego. Przy okazji Guardiola przerwał niesamowitą serię triumfów trenera Realu Zinedine’a Zidane’a, który po raz pierwszy w karierze szkoleniowca poznał smak odpadnięcia z Ligi Mistrzów. W latach 2016-2018 Francuz poprowadził Królewskich do trzech kolejnych triumfów w tych elitarnych rozgrywkach i do piątku miał stuprocentową skuteczność w fazie pucharowej Champions League. Pod jego wodzą Real wygrał 9 dwumeczów i trzy finały. Jeśli ktoś miał Zidane’a powstrzymać, to tylko Guardiola. Gdy prowadził Barcelonę (2008-2012) wygrała aż 9 z 15 El Clasico. Jako trener Bayernu dostał co prawda od Realu łomot w Lidze Mistrzów, ale jako trener „The Citizens” wrócił na zwycięską ścieżkę. W pierwszym meczu 1/8 finału Champions League Manchester City wygrał na Santiago Bernabeu 2:1, a w rewanżu na swoim stadionie powtórzył ten rezultat. Teraz bilans Guardioli z Realem to 11 zwycięstw, 4 remisy i 4 porażki – żaden szkoleniowiec nie wygrał tylu spotkań z Królewskimi. W piątkowym meczu angielski zespół dostał mocne wsparcie ze strony francuskiego stopera „Królewskich” Raphaela Varane’a, którego dwa kompromitujące błędy przyniosły gospodarzom obie bramki. Hiszpańskie media nie zostawiły na tym piłkarzu suchej nitki i obciążyły go całą winą za odpadnięcie Realu.
Teraz osiem zespołów, które wywalczyły awans do ćwierćfinału, zbierze się w Lizbonie, gdzie od 12 sierpnia rozgrywki w Lidze Mistrzów zostaną dokończone w formule turniejowej.
Zestaw par 1/4 finału:
Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain (środa, 12 sierpnia);
RB Lipsk – Atletico Madryt (czwartek, 13 sierpnia);
FC Barcelona – Bayern Monachium (piątek, 14 sierpnia);
Manchester City – Olympique Lyon (sobota, 15 sierpnia);
1/2 finału:
Manchester City/Olympique Lyon – FC Barcelona/Bayern Monachium (18 sierpnia);
RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain (19 sierpnia);
Finał odbędzie się 23 sierpnia. Wszystkie mecze rozpoczynać się będą o 21:00.

Docenili Wojtka w Italii

Włoska ekstraklasa piłkarska podsumował miniony sezon przyznając wyróżnienia dla najlepszych zawodników na poszczególnych pozycjach. Na najlepszego bramkarza wybrano Wojciecha Szczęsnego.

Bramkarz reprezentacji Polski zaliczył bardzo udany sezon. W naszpikowanym gwiazdami Juventusie, który po raz dziewiąty z rzędu zdobył mistrzowski tytuł, Szczęsny niejednokrotnie był kluczową postacią zespołu. Wielu ekspertów uznało, że jego wkład w sukces ekipy „Starej Damy” był niezaprzeczalny, co poświadczają statystyki. Polak w minionym sezonie zagrał w 29 meczach włoskiej ekstraklasy, z których 11 zakończył z zerowym kontem. Ponadto obronił aż 74 procent strzałów oddanych na jego bramkę. W obu przypadkach nie miał sobie równych w Serie A. Tytuł najlepszego bramkarz sezonu otrzymał więc jak najbardziej zasłużenie. W jego karierze to drugie tego typu wyróżnienie – wcześniej jako zawodnik Arsenalu Londyn w sezonie 2013/2014 zdobył „Złotą Rękawicę”, nagrodę przyznawaną najlepszemu bramkarzowi sezonu w Premier League.
Najlepszym napastnikiem został zdobywca tytułu króla strzelców Ciro Immobile z Lazio Rzym, zdobywca 36 bramek. Włoski napastnik wyrównał rekord Serie A należący do Gonzalo Higuaina, a w pokonanym polu zostawił gwiazdora Juventusu Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 31 goli musiał zadowolić się drugą lokatą w klasyfikacji strzelców. Portugalczyk zresztą w ogóle nie został wyróżniony, bo tytuł MVP, czyli dla najbardziej wartościowego gracza sezonu przyznano jego koledze z ataku „Starej Damy”, Argentyńczykowi polskiego pochodzenia Paulo Dybali. Na najlepszego obrońcę został wybrany Stefan de Vrij z Interu Mediolan, a na najlepszego pomocnika Argentyńczyka Alejandro Gomeza z Atalanty Bergamo.
Dodatkowo wyróżniono najlepszego młodzieżowca, którym został urodzony w Szwecji Macedończyk Dejan Kulusevski z AC Parmy, który od nowego sezonu będzie klubowym kolegą Szczęsnego, bo Juventus który wykupił go w styczniu za 35 milionów euro, a następnie na pół roku wypożyczył do Parmy.

Koniec wyścigu po Złotego Buta

Coro Immobile zdobył Złotego Buta. 30-letni napastnik Lazio Rzym w miniona środę został liderem tej klasyfikacji strzelając 35. gola w sezonie, a w sobotę w ostatniej kolejce Serie A w meczu z SSC Napoli (1:3) zdobył honorową bramkę dla swojego zespołu i powiększył swój dorobek do 36 trafień.

Włoski piłkarz wywalczył dwa strzeleckie trofea za jednym zamachem – został królem strzelców Serie A, wyprzedzając drugiego w klasyfikacji Cristiano Ronaldo z Juventusu Turyn o pięć goli oraz zdobył „Złotego Buta” – nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich. Druga lokatę w tej klasyfikacji zajął Robert Lewandowski, który w minionym sezonie Bundesligi zdobył dla Bayernu Monachium 34 bramki w 31 występach. Tak na marginesie, Immobile aż 14 goli strzelił z rzutów karnych, a jego najgroźniejszy rywal w Serie A, Cristiano Ronaldo, dwanaście. Dla porównania – Lewandowski, który wedle statystyk meczowych jest obecnie najskuteczniejszym wykonawcą „jedenastek” w XXI wieku, w minionym sezonie tylko pięć goli strzelił z rzutów karnych.
Lazio przegrało w Neapolu z SSC Napoli 1:3, ale ta porażka nie miała większego znaczenia, bo rzymianie już wcześniej zapewnili sobie start w Lidze Mistrzów, podobnie jak mistrz Italii Juventus, drugi w tabeli Inter Mediolan oraz trzecia Atalanta Bergamo. W zwycięskim w sobotę zespole SSC Napoli z dwójki Polaków zagrał tylko Piotr Zieliński, bo Arkadiusz Milik już tego lata chce zmienić pracodawcę, przez co popadł w niełaskę u szefów klubu. Włoskie media donoszą, że polski napastnik doszedł już do porozumienia z Juventusem, ale klub z Neapolu żąda zbyt dużej kwoty odstępnego. Milik znalazł się w trudnym położeniu, bo jeśli zostanie w Neapolu do końca kontraktu, czyli do czerwca 2021 roku, cały sezon spędzi zapewne w głębokich rezerwach. SSC Napoli zakwalifikowało się ostatecznie do Ligi Europy, podobnie jak AC Milan i AS Roma.
Co ciekawe, Cristiano Ronaldo w ostatniej, 38. kolejce Serie A nie zagrał i porażkę 1:3 Juventusu z Romą oglądał z trybun, bo trener bianconerich Maurizio Sarri postanowił dać wolne swojemu najlepszemu zawodnikowi. Portugalczyk nie był z tego powodu zadowolony, bo zdobywając 31 bramek wyrównał osiągnięcie Felice Boreliego z sezonu 1933/1934, a chciał je pobić. Trener Sarri postawił jednak weto ambicjom gwiazdora, bo Juventus już w piątek 7 sierpnia czeka rewanżowa potyczka w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Olympique Lyon. Dla przypomnienia – pierwszy mecz ekipa „Starej Damy” przegrała 0:1, więc z francuskim zespołem czeka ją trudna przeprawa. Jeśli wyjdzie zwycięsko z tej potyczki, już od 12 sierpnia przyjdzie jej rywalizować w turnieju Final Eight Ligi Mistrzów w Lizbonie, a w ćwierćfinale Juventus trafi na rywala z najwyższej półki, bo zwycięzcę meczu Real Madryt – Manchester City.
Co się zaś tyczy Lewandowskiego, to miał on dosyć czasu żeby oswoić się z myślą, że w tym sezonie jednak nie zdobędzie „Złotego Buta”. Unikał wypowiedzi w tej sprawie, podobnie jak w kwestii rezygnacji przez redakcję „France Football” przyznania w tym roku nagrody „Złotej Piłki” dla najlepszego gracza sezonu. Widać uznał, że najlepszym argumentem jakiego może użyć w tej sytuacji, są kolejne gole i triumf z Bayernem w Lidze Mistrzów.
I do osiągnięcia tego celu mistrzowie Niemiec właśnie się szykują. Po krótkie wakacyjnej przerwie zespół w minionym tygodniu wrócił do treningów, a w sobotę rozegrał mecz sparingowy z Olympique Marsylia, wybrany przez Bayern 1:0 po goli Serge’a Gnabry’ego. Wydarzeniem tego spotkania był pierwszy od października 2019 roku występ wracającego na boisko po wyleczeniu kontuzji środkowego obrońcy bawarskiej drużyny Niklasa Suele.
Bayern w sobotę 8 sierpnia zmierzy się w rewanżowym meczu 1/8 finału Champions League z Chelsea Londyn. W pierwszym spotkaniu, rozegranym jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa, mistrzowie Niemiec wygrali w Londynie 3:0 i w rewanżu na swoim stadionie są rzecz jasna murowanymi faworytami. „Lewy” wyszedł w podstawowym składzie i grał do 72. minuty. Zastąpił go 19-letni Holender Joshua Zirkzee, ale trener Hansi Flick po przerwie wymienił całą jedenastkę, dając pograć wszystkim zawodnikom podstawowej kadry zespołu.
Warto zauważyć, że niemieckie media są chyba już trochę znudzone wychwalaniem Lewandowskiego, bo z wyraźną przyjemnością odnotowały, że polski piłkarz niczym się w meczu z Olympique Marsylia nie wyróżnił, a zważywszy na fakt, że nie wykorzystał kilku dogodnych okazji do strzelenia gola, nie zasłużył tym samym na wysoką ocenę.

Ciro Immobile zdjął Lewemu Złotego Buta

Napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile nie zmarnował szansy na zdobycie „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich. Włoski piłkarz w rozegranym w minioną środę meczu z Brescią (2:0) w przedostatniej kolejce Serie A strzelił 35. gola w obecnym sezonie i został samodzielnym liderem tej prestiżowej klasyfikacji.

Lewandowski zakończył ligowy sezon z dorobkiem 34 trafień, które zapewniły mu tytuł króla strzelców Bundesligi oraz zapewniły prowadzenie w klasyfikacji „Złotego Buta”. Kapitan reprezentacji Polski nie mógł być jednak pewien zwycięstwa, bo Bundesliga zakończyła rozgrywki 26 czerwca, natomiast wciąż toczyła się rywalizacja w ligach hiszpańskiej, angielskiej i włoskiej, a w nich grali jego najgroźniejsi konkurenci – Leo Messi w Barcelonie, Jamie Vardy w Leicester City oraz Ciro Immobile z Lazio Rzym i Cristiano Ronaldo w Juventusie. W najlepszej sytuacji byli Immobile i Ronaldo, bo Serie A najpóźniej wznowiła rozgrywki i miała też najwięcej spotkań do rozegrania. A ponieważ portugalski gwiazdor Juve dyktował niesamowite tempo w snajperskim wyścigu z napastnikiem Lazio, już jakiś czas temu stało się jasne, że któryś z nich na pewno przegoni Lewandowskiego. W 36. kolejce Immobile zaliczył hat-tricka w spotkaniu z Hellas Weroną i powiększył swoje bramkowe konto do 34. trafień, zaś w minioną środę w 37. kolejce strzelając gola w spotkaniu z Brescią wyszedł z 35 golami na pozycję samodzielnego lider klasyfikacji „Złotego Buta”.
Jedynym graczem, który mógł odebrać Immobile wymarzone przez każdego napastnika trofeum, był Cristiano Ronaldo, ale w minioną środę w przegranym przez Juventus 0:2 meczu z Cagliari Portugalczyk nie powiększył swojego dorobku i pozostał przy 31 trafieniach. Na dogonienie napastnika Lazio Portugalczyk ma więc szanse już tylko matematyczne, bo nawet on w ostatniej, 38. kolejce raczej nie strzeli pięciu goli drużynie AS Roma. A tyle potrzebuje żeby przeskoczyć w klasyfikacji Immobile, oczywiście przy założeniu, że Włoch w ostatniej kolejce w spotkaniu z SSC Napoli już nie zdobędzie żadnej bramki. Immobile ma jednak potężną motywację, bo jest blisko co najmniej wyrównania strzeleckiego rekordu w Serie A ustanowionego w sezonie 2015/2016 przez grającego wówczas w SSC Napoli Argentyńczyka Gonzalo Higuaina, który został królem strzelców z dorobkiem 36 goli, czym poprawił obowiązujące od 1950 roku rekord legendarnego szwedzkiego napastnika AC Milan Gunnara Nordahla (35 goli).
Cristiano Ronaldo raczej nie przegoni również Lewandowskiego, bo traci do niego trzy gole, zatem musiałby w meczu z Romą zaliczyć co najmniej hat-tricka, a to wydaje się mało prawdopodobne, bo już mecz z Cagliari pokazał, że z piłkarzy Juventusu po przyklepaniu mistrzowskiego tytułu w 35. kolejce „zeszło powietrze”. A bez ich wsparcia nawet CR7 w pojedynkę nie przebije się co najmniej trzykrotnie przez defensywę rzymskiej drużyny, chociaż w przypadku tego genialnego napastnika nie można takiego wyczynu wykluczyć. Zwłaszcza, że on też ma mocną motywację do zdobycia kolejnych bramek, bo już teraz z dorobkiem 31 trafień dorównał trzem królom strzelców. Z tyloma golami na koncie triumfowali w przeszłości w tej klasyfikacji Luca Toni (Fiorentina, sezon 2005/2006), Felice Borel (Juventus, sezon 1934/1935) i Giuseppe Meazza (Inter Mediolan, sezon 1929/1930).
Wracając natomiast do klasyfikacji „Złotego Buta”, czołówka zestawienia wygląda obecnie tak: 1. Ciro Immobile (Lazio Rzym) – 35 goli, 70 punktów; 2. Robert Lewandowski (Bayern Monachium) – 34 gole, 68 punktów, 3. Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn) – 31 goli, 62 punkty; 4. Tomo Werner (RB Lipsk) – 28 goli, 56 punktów; 5. Erling Haaland (RB Salzburg/Borussia Dortmund) – 29 goli, 50 punktów oraz Leo Messi (FC Barcelona) – 25 goli, 50 punktów. Dla przypomnienia – Haaland w rundzie jesiennej grał w RB Salzburg, dla którego strzelił 16 goli, ale liga austriacka ma współczynnik trudności „1,5”, podczas gdy bramki zdobywane w pięciu najwyżej sklasyfikowanych w europejskim rankingu lig krajowych (angielskiej, niemieckie, hiszpańskiej, włoskiej i francuskiej) są liczone podwójnie (mają współczynnik „2,0”).

Wirus na Złotej Piłce

W poniedziałek 20 lipca piłkarze Bayernu Monachium wrócili z krótkich wakacji. Tego dnia redakcja tygodnika „France Football” niespodziewanie ogłosiła, że w tym roku jednak nie przyzna „Złotej Piłki”, nagrody na najlepszego piłkarza roku. To była kiepska wiadomość zwłaszcza dla Roberta Lewandowskiego, którego uważano za głównego kandydata do tej nagrody w 2020 roku.

Swoją decyzję redakcja „France Football” uzasadniła następująco: „Obecny rok był wyjątkowy i nie może być traktowany jako zwykły. Trofeum Złotej Piłki przekazuje wartości – takie jak przykładność, solidarność i odpowiedzialność – inne niż same osiągnięcia sportowe. Nie można było zachować sprawiedliwości w przypadku tego honorowego tytułu, w szczególności na poziomie statystycznym, a także przygotowań, ponieważ wszyscy aspirujący do tej nagrody nie mogli rywalizować na równych, uczciwych zasadach, na co wpływ miało przerwanie sezonów wywołanym pandemią koronawirusa. Nie chcieliśmy umieszczać na liście nagród niezatartej gwiazdki, odnoszącej się do uwagi, że jest to trofeum zdobyte w wyjątkowych okolicznościach z powodu kryzysu spowodowanego przez Covid-19. Dlatego po raz pierwszy od 1956 roku Złota Piłka nie zostanie przyznana. To decyzja najbardziej odpowiedzialna i logiczna. Tylko dwa miesiące (styczeń i luty), z jedenastu potrzebnych do sformułowania opinii i wybrania najlepszych, to zdecydowanie za mało, aby wybrać kogokolwiek, biorąc pod uwagę, że wiele meczów nie odbyło się lub odbędzie się w innych warunkach i formatach (za zamkniętymi drzwiami, pięć zmian, Europejski Final 8 LM bez rewanżów). Wielu z naszych 220 jurorów rozsianych po całym świecie, nie mogło obserwować i śledzić dokonań piłkarzy z powodu sytuacji kryzysowej, a także innych priorytetów. Historia Złotej Piłki jest zbyt cenna, aby naruszyć renomę jej dobrego imienia” – napisano w komunikacie opublikowanym przez „France Football”.
Przyznawana od 1956 roku nagroda „Złotej Piłki” w ostatnich latach przestała być najważniejszym piłkarskim laurem, bo konkurencją dla niej stały się równie prestiżowe wyróżnienia nadawane przez FIFA i UEFA. Siła tradycji i utrwalonych opinii wciąż jednak działa na korzyść francuskiego tygodnika, dlatego podjęta przez jego redakcję decyzja wzbudziła w piłkarskim światku tak wiele emocji. Zwłaszcza w Polsce, bo u nas występuje jakaś szczególna potrzeba posiadania piłkarza niekwestionowanego światowego formatu, a za takiego zwykło się uważać każdego zdobywcę „Złotej Piłki”. W przeszłości (w 1974 i 1982 roku) Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek zajęli miejsca na najniższym podium klasyfikacji „Złotej Piłki”, a Lewandowskiego „France Football” w 2015 roku umieścił na czwartej pozycji. To był jedyny raz, kiedy kapitan reprezentacji Polski został przez redakcję uznany za gracza z najwyższej światowej półki. W kolejnych latach Francuzi już tylko z sobie wiadomego powodu jedynie „Lewego” upokarzali. Przypomnijmy, że w poprzednim sezonie Polak zajął dopiero ósme miejsce, które nie tylko w naszym kraju zostało powszechnie uznane za krzywdzące.
W tym roku redaktorzy „FF” mieliby już jednak poważny problem, bo swoimi dokonaniami w tym sezonie Lewandowski przebił nawet osiągnięcia etatowych w ostatniej dekadzie zdobywców „Złotej Piłki”, czyli Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk otrzymywał nagrodę sześciokrotnie w latach 2009, 2010, 2011, 2012, 2015 i 2019, a Portugalczyk w 2008, 2013, 2014, 2016 i 2017 roku. Dominację tych dwóch genialnych piłkarzy redakcja „France Football” przerwała w 2018 roku, przyznając nagrodę Chorwatowi Luce Modriciowi, liderowi reprezentacji Chorwacji, która wywalczyła w Rosji wicemistrzostwo świata.
W tym roku Messi zakończył rozrywki ligowe w Hiszpanii z 25 golami i 21 asystami na koncie. Pod względem bramkowym był to jego najgorszy rok od sezonu 2008/09, gdy w La Liga zdobył 23 bramki, ale nigdy wcześniej nie miał tak wielu asyst, jak teraz. Słabo jednak wypada w porównaniu z dokonaniami Lewandowskiego w tym sezonie oraz Ronaldo, który wciąż gra i w miniony poniedziałek powiększył swój strzelecki dorobek w Serie A w tym sezonie do 30 trafień. Portugalczyk na pewno będzie mistrzem Włoch i może zdobyć nie tylko tytuł króla strzelców włoskiej ekstraklasy, ale też wyprzedzić Lewandowskiego, który prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta” z dorobkiem 34 goli. FC Barcelona, chociaż przegrała walkę o mistrzostwo kraju z Realem Madryt, wciąż może jeszcze jednak wygrać Ligę Mistrzów.
Triumf w tych rozgrywkach mogą też odnieść wspomniani Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski, ale także gracze Paris Saint-Germain Kylian Mbappe i Neymar, z powodu których „France Football” tak naprawdę odwołał przyznanie nagród „Złotej Piłki”. Poza tym jesienią zacznie się nowy sezon, także w Lidze Mistrzów i Lidze Narodów, zatem okazji do właściwej oceny potencjalnych zdobywców tego trofeum z pewnością by nie zabrakło. Ale chyba w redakcji francuskiego tygodnika nie lubią Cristiano Ronaldo, a przyznanie nagrody Polakowi po prostu nie mieści się im w głowach.

Ronaldo goni Lewego

Prowadzącemu w klasyfikacji „Złotego Buta” Robertowi Lewandowskiemu mogą zagrozić już tylko dwa gracze z włoskiej Serie A – Ciro Immobile z Lazio Rzym i Cristiano Ronaldo z Juventusu Turyn.

W minioną sobotę Juventus w meczu 32. kolejki Serie A zremisował na własnym stadionie z Atalantą Bergamo 2:2. Zajmująca w tabeli trzecie miejsce drużyna gości dwukrotnie wychodziła na prowadzenie po golach Kolumbijczyka Duvana Zapaty i Ukraińca Rusłana Malinowskiego, jednak za każdym razem do remisu doprowadzał Cristiano Ronaldo, pewnie wykorzystując rzuty karne. Dla portugalskiego gwiazdora Juventusu były to 27. i 28. ligowe trafienia w obecnych rozgrywkach. Tym samym 35-letni Cristiano Ronaldo zmniejszył stratę do prowadzącego w klasyfikacji strzelców Serie A napastnika Lazio Rzym Ciro Immobile już tylko do jednego gola. Włoski piłkarz w trzech ostatnich kolejkach (w jednej pauzował za żółte kartki) nie powiększył swojego bramkowego dorobku i stanął na 29 trafieniach, odwrotnie niż Portugalczyk, który od wznowienia rozgrywek włoskiej ekstraklasy zdobył siedem bramek, a w ostatnich 18 meczach Serie A pokonywał bramkarzy rywali aż 23 razy. Wygląda więc na to, że prowadzący w klasyfikacji strzelców niemal od początku rozgrywek Immobile może na samym finiszu stracić tytuł na rzecz Cristiano Ronaldo.
Rywalizację tych dwóch graczy z pewnością z uwagą śledzi lider klasyfikacji „Złotego Buta” (nagroda dla najlepszego strzelca lig europejskich) Robert Lewandowski, który prowadzi z dorobkiem 34 goli i 68 punktów, bo tylko oni mają jeszcze realne szanse na pozbawienie go tej prestiżowej nagrody. Drugi w zestawieniu Immobile ma na koncie 28 goli i 58 punktów), a trzeci Cristiano Ronaldo 28 goli i 54 punkty. Najgroźniejszym rywalem „Lewego” będzie pewnie znajdujący się w znakomitej formie Portugalczyk, który „Zlotego Buta” po raz ostatni zdobył w sezonie 2014/15 jako zawodnik Realu Madryt. Juventus ma jeszcze do rozegrania mecze z Sassuolo, Lazio, Udinese, Sampdorią, Cagliari i Romą.

AS Monaco zawita do Opalenicy

Gdyby nie odwołano Euro 2020 powodu pandemii koronawirusa, reprezentacja Polski zaczęłaby przygotowania do startu w turnieju w ośrodku Remes w Opalenicy. Nasza piłkarska kadra pojawi się tam dopiero w maju przyszłego roku, ale do tego czasu ten znany już dobrze w Europie kompleks treningowy nie będzie, mimo pandemii, stał pusty.

Hotel Remes w Opalenicy podczas turnieju Euro 2012 przez blisko miesiąc był bazą pobytową reprezentacji Portugalii. Kibice tłumnie zjeżdżali tu na otwarte treningi tej drużyny żeby podziwiać głównie popisy Cristiano Ronaldo. Zachwyceni życzliwością mieszkańców tego małego wielkopolskiego miasteczka gracze portugalskiej drużyny na jednym z pożegnalnych treningów założyli koszulki z napisem „Opalenia, dziękujemy”. O tym sympatycznym geście wdzięczności za gościnę rozpisywała się prasa w całej Europie, co dodatkowo rozreklamowało także ośrodek treningowy.
W kolejnych latach po mistrzostwach Europy renomę wzmacniały entuzjastyczne recenzje klubowych zespołów, które coraz chętniej zaczęły przyjeżdżać tu na letnie zgrupowania. W ośrodku w Opalenicy trenowali piłkarze m.in. AEK Ateny, Fulham, Broendby Kopenhaga, FC Midtjylland, Vitesse Arnhem oraz wiele zespołów z Cypru i Izraela.
W maju kadra Jerzego Brzęczka miała tu przygotowywać się do Euro 2020, ale pandemia koronawirusa wywróciła piłkarski kalendarz do góry nogami. Wpędziła też całą hotelarską branżę w finansowe tarapaty, ale szczególnie takie kompleksy hotelowe, jak Remes, obciążone dodatkowymi kosztami utrzymania bazy sportowej, zwłaszcza boisk trawiastych.
Wraz z ogłoszeniem decyzji o odmrożeniu sportu do ośrodka Remes wróciło jednak życie, a z pierwszymi ofertami nadzieja, że ten letni sezon może nie do końca będzie stracony. Ekipa menedżerska podjęła negocjacje z klubami, która wcześniej z powodu pandemii odwołały rezerwację, ale też zaczęła słać oferty do innych potencjalnych klientów.
Zwykle pierwsze zespoły pojawiały się w ośrodku w trzeciej dekadzie czerwca, w tym roku zjawią się dopiero pod koniec lipca, ale najwięcej przyjedzie ich w sierpniu i wrześniu. 27 lipca na 10-dniowe zgrupowanie pojawi się zespół AS Monaco, który ma w planach rozegranie w Opalenicy kilku sparingów z drużynami z Czech, Słowacji i naszej rodzimej ekstraklasy.
W kadrze ekipy z Księstwa Monako na pewno znajdzie się były bramkarz Legii Warszawa Radosław Majecki, ale prawdopodobnie nie będzie już w niej naszego reprezentacyjnego środkowego obrońcy Kamila Glika, który wedle doniesień włoskich i francuskich mediów ma się w letnim okienku transferowym przenieść do beniaminka Serie A Benevento Calcio.
W połowie lipca z do Opalenicy ma też zawitać drużyna piłkarek nożnych Olympique Lyon, aktualnych mistrzyń Francji i pięciokrotnych triumfatorek Ligi Mistrzyń. Najlepszy obecnie klubowy zespół w kobiecym futbolu w Europie ma w ośrodku Remes przygotować formę do zaplanowanego na sierpień dokończenia sezonu w kobiecej Chapions League.
Trwają też negocjacje z kilkoma zespołami z Niemiec, Anglii oraz polskiej ekstraklasy. W tej chwili jednak rezerwację złożyła Pogoń Szczecin, która tu zamierza przygotowywać się do nowego sezonu rozgrywkowego.
Hotel i kompleks sportowy w Opalenicy, miejscowości oddalonej o 40 km na południowy-zachód od Poznania, posiada osiem pełnowymiarowych boisk piłkarskich z nawierzchnią trawiastą, a w odległości zaledwie 15 minut jazdy autokarem jest stadion ze sztucznym oświetleniem i boiskiem spełniającym najwyższe standardy.
Zaplecze hotelowe oferuje 83 komfortowe pokoje typu Standard, 11 pokoi typu Superior, cztery apartamenty i 10 luksusowych domków. Dodatkowe atuty to strefa Spa&Wellness z siłownią, basenem, saunami oraz wannami z hydromasażem oraz sześciodołkowe pole golfowe.
Za niespełna rok z tych wszystkich boisk i atrakcji korzystać będą kadrowicze powołani przez Jerzego Brzęczka na mistrzostwa Europy. Przypomnijmy, że wedle tegorocznych planów biało-czerwoni z Opalenicy mieli przenieść się od razu do swojej głównej bazy pobytowej w Irlandii. W turnieju Euro 2021 nasz zespół zmierzy się w grupie E z Hiszpanią, Szwecją oraz zwycięzcą barażowej ścieżki B (Bośnia i Hercegowina, Słowacja, Irlandia lub Irlandia Północna). Polska z Hiszpanią zagra w Bilbao, dwa pozostałe spotkania rozegra w Dublinie, dlatego na bazę PZPN wybrał Portmarnock Hotel & Golf Links położony w pobliżu Dublina.

Lewy w Niemczech zdobył już wszystko

Robert Lewandowski w końcu wygrał prestiżową w Niemczech klasyfikację tygodnika „Kicker” na najlepszego piłkarza sezonu. To było ostatnie z najważniejszych trofeów w niemieckim futbolu jakiego nie miał jeszcze w kolekcji. Teraz jego ambicję mogą zaspokoić już tylko laury europejskie i światowe.

W Niemczech wyróżnienia przyznawane przez redakcję „Kickera”, chociaż mają mocną konkurencję, bo wszystkie media w tym kraju to robią, to jednak ten największy tygodnik piłkarski robi to nieprzerwanie od 57 lat, czyli od momentu powstania Bundesligi. „Kicker” ocenia piłkarzy w skali 1-6, gdzie „1” oznacza klasę światową i jest notą marzeń dla każdego gracza, natomiast „6” oznacza „występ poniżej krytyki”. Trudno uwierzyć, że dopiero w dziesiątym sezonie spędzonym w niemieckiej ekstraklasie Lewandowski doczekał się tego prestiżowego wyróżnienia.
Najwyżej cenią swoich graczy
Tylko raz był bliski zwycięstwa, w sezonie 2015/2016, ale niemal na samym finiszu rozgrywek został wyprzedzony przez ówczesnego pomocnika Borussii Dortmund Henricha Mchitarjana, który do Bundesligi przybył wprawdzie z Armenii, ale miał niemieckie pochodzenie. To trochę tłumaczy przyczynę, z powodu której „Lewy” tak długo musiał czekać na uznanie ze strony redaktorów „Kickera”, którzy nigdy nie ukrywali, że preferują swoją ligę, swój futbol i swoich rodaków.
Lewandowskiego przez te lata ostentacyjnie wręcz nie doceniali jednak nie dlatego, że był Polakiem. Traktowali go ozięble, bo „Kicker” nie darzy sympatią i uznaniem graczy, którzy traktują Bundesligę jako trampolinę do innych europejskich lig, a Lewandowski nie krył przecież swoich ambicji przejścia do Realu Madryt.
Dopiero gdy porzucił te plany i postanowił związać się na dobre i złe z Bayernem, jego występy zaczęły być relacjach „Kickera” premiowane wyższymi notami. A w tym sezonie zaniżanie mu ocen byłoby już wręcz kompromitacją, zwłaszcza w meczach rozegranych po restarcie zawieszonego w marcu z powodu pandemii sezonu. „Lewy” zagrał w ośmiu spotkaniach „koronarundy” i zdobył w nich 9 bramek.
Nikt w Bundeslidze nie strzelił więcej goli od niego, w „Kicker” wystawił mu za te występy oceny o średniej 2,5. To też był najlepszy wynik niemieckiej ekstraklasie. Noty z całego sezonu złożyły się na rewelacyjną średnią 2,42. Dwa kolejne miejsca w zestawieniu „Kickera” także zajęli zawodnicy Bayernu – drugi na liście Leon Goretzka miał średnią 2,71, a trzeci Thomas Mueller 2,74. Od pięciu sezonów lidera klasyfikacji „Kickera” nie dzieliła taka duża różnica w średniej not.
Inna sprawa, że wcześniej występów „Lewego” tak dobrze nie oceniano. Wcześniej najlepszą średnią (2,63) miał we wspomnianym sezonie 2015/2016, a w innych nie lokował się nawet na podium, chociaż był najlepszym strzelcem mistrza kraju – najpierw Borussii Dortmund (2011/2012), a potem Bayernu (2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019).
Gablota już pełna trofeów
Po wygraniu klasyfikacji „Kickera” Lewandowski ma w dorobku już wszystkie możliwe do zdobycia na niemieckiej ziemi laury. Mistrzem Niemiec został już osiem razy, jest najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi (236 gole), pięciokrotnie zdobył tytuł króla strzelców (tylko Gerd Mueller ma ich więcej, bo siedem). A zdobywając w tym sezonie 34 bramki został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi. Więcej goli od niego w jednym sezonie strzelił już tylko wspomniany Gerd Mueller (40, 38 i 36). Pobić te jego dokonania będzie „Lewemu” piekielnie trudno.
Lewandowski nie może jednak czuć się piłkarzem w pełni spełnionym, bo nie zdobył jeszcze żadnego trofeum na arenie międzynarodowej. W finale Ligi Mistrzów zagrał dotąd tylko raz, w barwach Borussii Dortmund, ale jego zespół przegrał wtedy z Bayernem Monachium. Nigdy nie był też królem strzelców Ligi Mistrzów, choć ma już w dorobku 14 takich tytułów zdobytych w innych rozgrywkach.
W tym nietypowym sezonie może jednak zaspokoić swoją ambicję. Nie ulega wątpliwości, że „Lewy” znajduje się w życiowej formie, a zespół Bayernu odkąd prowadzi go trener Hansi Flick jest niepokonany – wygrał 19 z 20 spotkań we wszystkich rozgrywkach, a jedno zremisował. Po wygranej w pierwszym meczu 1/8 finału w Londynie z Chelsea 3:0 rewanż w Monachium wydaje się formalnością i Bayern raczej na pewno zagra w zaplanowanym w sierpniu w Lizbonie turnieju finałowym. Lewandowski prowadzi w klasyfikacji strzelców Champions League – w sześciu występach strzelił aż 11 goli, trafiając do siatki w każdym ze spotkań. To dorobek, jakim na tym etapie rozgrywek w przeszłości mogli się pochwalić się jedynie Lionel Messi (2011/12) i Cristiano Ronaldo (2013/14, 2015/16 i 2017/18).
Lewandowski zaczął robić rzeczy nieosiągalne dla piłkarskich śmiertelników, które dotąd były zarezerwowane tylko dla najlepszych piłkarzy naszych czasów. Jak zdobycie więcej niż 50 bramek w roku kalendarzowym (2019). Na tej liście jest też wygranie plebiscytu „France Football”, który Argentyńczyk i Portugalczyk zdominowali w ostatnich dwunastu latach.
Skok na półkę Messiego i CR7
Ale w tym sezonie to właśnie Lewandowski jest w tej chwili najpoważniejszym kandydatem do zdobycia „Złotej Piłki”. Z 49 bramkami na koncie zdobytymi we wszystkich rozgrywkach jest zdecydowanie najskuteczniejszym piłkarzem obecnego sezonu. Messi strzelił dotąd 27 goli, a Cristiano Ronaldo 28. A „Lewy” w sobotę zagra w finale Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen i może osiągnąć, a nawet przekroczyć magiczną barierę 50 trafień w jednym sezonie. Eksperci od marketingu sportowego nadal jednak uważają, że Lewandowski nie jest jeszcze „marką globalną”, jak Messi i Cristiano Ronaldo. To może się jednak zmienić tylko wtedy, gdy kapitan reprezentacji Polski do swojej kolekcji trofeów dołączy tytuły dla najlepszego piłkarza w Europie i na świecie.
Ale i bez tego już dzisiaj „Lewy” jest najbogatszym polskim sportowcem, zaś w kategorii „open” też nie wypada najgorzej, bo w najnowszym rankingu najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” znalazł się wraz z żoną Ann na 80. miejscu. W najbliższych latach jego pozycja raczej nie będzie słabła, bo obecny kontrakt z Bayernem wygasający z końcem czerwca 2023 roku gwarantuje mu roczne zarobki przekraczające 20 mln euro netto. Pod tym względem „Lewy” nie może narzekać na dyskryminację w niemieckiej lidze, należy bowiem elity najlepiej opłacanych graczy Bundesligi. W Bayernie nikt nie zarabia więcej od niego, a to oznacza, że nikt nie zarabia też więcej w całej lidze.
Poza tym Lewandowski z coraz większym rozmachem zaczyna inwestować swoje pieniądze w rozmaite biznesowe projekty (deweloperskie, aplikacje internetowe, startupy), ale jak na tym wychodzi, owiane jest mgłą tajemnicy. Więcej wiadomo o jego dochodach z reklam, a jest w tej chwili najlepszym „słupem ogłoszeniowym” z naszych sportowców. W 2017 roku założył z żoną agencję Stor9 oraz dom mediowy RL Media, którego zadaniem jest zarządzanie kampaniami reklamowymi, w których biorą udział. O wielu jego aktywnościach dowiemy się pewnie dopiero wtedy, gdy przestanie grać w piłkę. Oby jak najpóźniej.

Piłka w rękach agentów

Angielska federacja piłkarska (FA) opublikowała niedawno raport, w którym ujawniono wydatki klubów Premier League na prowizje dla piłkarskich agentów i pośredników transferowych w okresie od 1 lutego 2019 do 31 stycznia 2020 roku. Tylko w tym czasie wydały one na ten cel szokująco wysoką kwotę 263 mln funtów.

Raport FA szokuje, bo wynika z niego, że kluby Premier League wydają fortunę na wynagrodzenia dla agentów. Liderem zestawienia jest świeżo upieczony mistrz kraju FC Liverpool, który przeznaczył na ten cel 30,3 mln funtów, a to jest więcej niż wydał w tym czasie na transfery nowych zawodników, co należy uznać za biznesowe kuriozum. „The Reds” w poprzednim sezonie w letnim i zimowym okienku transferowym pozyskali Takumi Minamino (7,25 mln funtów), Harveya Elliotta (1,5 mln), Seppa van den Berga (1,3 mln), Adriana i Andy’ego Lonerganów (obaj przyszli na zasadzie wolnego transferu). Nie jest to jednorazowy akt bezsensownej rozrzutności, bo rok wcześniej ekipa z Liverpoolu przekazała handlarzom piłkarskim towarem blisko 44 mln funtów.
Drugi w tym zestawieniu jest zdetronizowany w tym sezonie przez „The Reds” Manchester City, który zapłacił agentom i pośrednikom 29 mln funtów, a trzecią lokatę zajmuje drugi z klubów z Machesteru, United, z wydatkami na ten cel wynoszącymi 27,6 mln funtów. Czwarta Chelsea Londyn zapłaciła z tego tytułu 26,2 mln funtów. Dla porównania – ostatni na tej liście klub Premier League, FC Burnley, wydał na pośredników 3,9 mln funtów. Wypada podkreślić, że wynagrodzenia dla agentów nie są wypłacane wyłącznie przy transferach zawodników, ale także w przypadku przedłużeniem kontraktów przez graczy już występujących w danym klubie.
Rosnące z roku na rok wydatki na wynagrodzenia dla agentów i pośredników nie jest bynajmniej domeną angielskiej ligi. Podobnie szokująco wysokie kwoty zarabiają oni też w innych czołowych ligach europejskich, ale w biedniejszych proceder też się rozwija. Także w Polsce, chociaż u nas nie przybrał on jeszcze szokujących rozmiarów i na razie drenuje klubowe budżety na poziomie 35-40 mln złotych rocznie. Zdaniem futbolowych ekspertów skutki pandemii koronawirusa w tym roku prawdopodobnie powstrzymają trend wzrostowy, lecz nie wpłyną jakoś znacząco na dochody agentów i pośredników, których po zdjęciu przez FIFA barier dostępu do tego zawodu są w tej chwili tysiące. Korzystając z niesłabnącej prosperity na swoje usługi ludzie parający się tym zajęciem zbudowali sobie w ostatniej dekadzie bardzo mocną pozycję w światowym futbolu, a najbardziej obrotni z nich zaczęli zarabiać na poziomie największych piłkarskich gwiazd. I co istotne, zaczęli też przejmować kontrolę nad klubami w różnych krajach, czyniąc z nich wygodne narzędzia do hurtowego obrotu piłkarskim towarem.
Nie robią tego jednak otwarcie, bo to nieetyczne i rodzi podejrzenia korupcyjne. Władze FIFA i UEFA już dawno dostrzegły ten problem i w jaskrawych przypadkach grożą sankcjami, dlatego potentaci w tym biznesie kryją się sprytnie albo za tzw. słupami, albo w gąszczu akcjonariuszy zakładanych w rajach podatkowych różnych funduszy inwestycyjnych i grup kapitałowych. W Polsce za takim parawanem skrywają się niemieccy właściciele Lechii Gdańsk i Korony Kielce, a ostatnio dołączył do nich w Arce Gdynia nasz rodzimy potentat w tej branży, Jarosław Kołakowski, którego w gdyńskim klubie formalnie reprezentuje jego syn, Michał.
Kołakowski zajmuje się piłkarskimi transferami od blisko ćwierćwiecza, a jego najbardziej dochodowym klientem jest związany z nim od wielu lat Kamil Glik. Przejął Arkę za niewielkie pieniądze od rodziny Midaków, ale trudno na razie ocenić, czy po raczej nieuchronnym spadku gdyńskiego klubu z ekstraklasy zechce, a przede wszystkim czy zdoła go finansować z własnej kieszeni. Większym krezusem od Kołakowskiego mógł być (a może nawet wciąż jest) Cezary Kucharski, który jako agent Roberta Lewandowskiego zarobił wiele milionów euro, więcej niż zdołał sam jako piłkarz przez całą karierę. W 2018 roku „Lewy” zakończył jednak ich współpracę, a swoje interesy powierzył jednemu z największych tuzów w tej branży, Izraelczykowi Piniemu Zahaviemu. Nowy agent nie przeprowadził jednak wymarzonego przez kapitana naszej reprezentacji transferu z Bayernu Monachium do Realu Madryt, mimo to nadal ze sobą współpracują. Pewnie dlatego, że Zahavi wynegocjował Lewandowskiemu dwa kolejne nowe kontrakty z monachijskim klubem i jak wieść niesie wywindował jego zarobki do rekordowego poziomu w Bundeslidze. W przeszłości Izraelczyk reprezentował interesy m.in. angielskiego gwiazdora Rio Ferdinanda, ale zasłynął najbardziej transferem Brazylijczyka Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain.
Od 2015 roku Zahavi kontroluje też belgijski klub Excelsior Mouscron, polskim kibicom znany głównie z tego, że swego czasy grali w nim bracia Michał i Marcin Żewłakowie. Zahavi nie ma jednak ambicji przekształcenia tego lokalnego klubu w piłkarską potęgę, choćby na belgijska miarę. Od początku traktował go jak swego rodzaju stację przeładunkową dla piłkarzy, z którymi miał podpisane umowy menedżerskie. Potrafił w jednym sezonie sprowadzić do Mouscron 30 graczy i tylu też wytransferować do innych klubów. W szatni był taki tłok, że trener nie znał nawet większości zawodników z kadry. Skończyło sie to nieciekawie, bo Excelsior tuż przed wybuchem pandemii koronawirusa został pozbawiony licencji i groziła mu karna degradacja do ligi amatorskiej. Teraz co prawda jakimś cudem sprawa rozeszła się po kościach i klub ponownie dostał licencję, ale smrodek wokół niego pozostał.
Zdecydowanie lepiej w zarządzaniu klubem radzi sobie inny z tuzów branży pośredników transferowych, Portugalczyk Jorge Mendes, który fortunę zbił przede wszystkim jako agent Cristiano Ronaldo. Ten wpływowy dzisiaj agent zaczynał jako pracownik wypożyczalni kaset wideo, potem brał się za różnego rodzaju działalność rozrywkową. Prowadził klub nocny, restaurację, aż w końcu dzięki przypadkowej znajomości z ówczesnym młodzieżowym reprezentantem Portugalii Nuno Espirito Santo został menedżerem piłkarskim. Jego klientami, oprócz wspomnianego Cristiano Ronaldo, są też obecny trener Tottenhamu Hotspur Jose Mourihno czy wschodząca gwiazda portugalskiego futbolu Joao Felix, sprzedany z Benfiki Lizbona do Atletico Madryt za 127 mln euro.
Mendes z tylnego fotela prowadzi dziś Wolverhampton, którego trenerem jest wspomniany wcześniej Nuno Espirito Santo, a w kadrze zespołu znajduje się aż ośmiu Portugalczyków, których oczywiście interesy reprezentuje Mendes. Ekipie „Wilków” wiedzie się jednak w lidze całkiem nieźle – drużyna zajmuje piąte miejsce tabeli Premier League i są uważani za nową siła w angielskim futbolu. Ale Mendes nie ogranicza się do jednego projektu. Mendes chętnie umieszcza swoich zawodników również w klubie Famalicao, który w pierwszej fazie sezonu był nawet liderem ligi portugalskiej. Famalicao jest uważane za filię Atletico Madryt.
Wolverhampton i Famalicao to akurat pozytywne przykłady klubów znajdujących się pod wpływem piłkarskich agentów, co nie zmienia faktu, że oba także są tylko „halami targowymi” do handlu piłkarskim towarem.