AS Monaco zawita do Opalenicy

Gdyby nie odwołano Euro 2020 powodu pandemii koronawirusa, reprezentacja Polski zaczęłaby przygotowania do startu w turnieju w ośrodku Remes w Opalenicy. Nasza piłkarska kadra pojawi się tam dopiero w maju przyszłego roku, ale do tego czasu ten znany już dobrze w Europie kompleks treningowy nie będzie, mimo pandemii, stał pusty.

Hotel Remes w Opalenicy podczas turnieju Euro 2012 przez blisko miesiąc był bazą pobytową reprezentacji Portugalii. Kibice tłumnie zjeżdżali tu na otwarte treningi tej drużyny żeby podziwiać głównie popisy Cristiano Ronaldo. Zachwyceni życzliwością mieszkańców tego małego wielkopolskiego miasteczka gracze portugalskiej drużyny na jednym z pożegnalnych treningów założyli koszulki z napisem „Opalenia, dziękujemy”. O tym sympatycznym geście wdzięczności za gościnę rozpisywała się prasa w całej Europie, co dodatkowo rozreklamowało także ośrodek treningowy.
W kolejnych latach po mistrzostwach Europy renomę wzmacniały entuzjastyczne recenzje klubowych zespołów, które coraz chętniej zaczęły przyjeżdżać tu na letnie zgrupowania. W ośrodku w Opalenicy trenowali piłkarze m.in. AEK Ateny, Fulham, Broendby Kopenhaga, FC Midtjylland, Vitesse Arnhem oraz wiele zespołów z Cypru i Izraela.
W maju kadra Jerzego Brzęczka miała tu przygotowywać się do Euro 2020, ale pandemia koronawirusa wywróciła piłkarski kalendarz do góry nogami. Wpędziła też całą hotelarską branżę w finansowe tarapaty, ale szczególnie takie kompleksy hotelowe, jak Remes, obciążone dodatkowymi kosztami utrzymania bazy sportowej, zwłaszcza boisk trawiastych.
Wraz z ogłoszeniem decyzji o odmrożeniu sportu do ośrodka Remes wróciło jednak życie, a z pierwszymi ofertami nadzieja, że ten letni sezon może nie do końca będzie stracony. Ekipa menedżerska podjęła negocjacje z klubami, która wcześniej z powodu pandemii odwołały rezerwację, ale też zaczęła słać oferty do innych potencjalnych klientów.
Zwykle pierwsze zespoły pojawiały się w ośrodku w trzeciej dekadzie czerwca, w tym roku zjawią się dopiero pod koniec lipca, ale najwięcej przyjedzie ich w sierpniu i wrześniu. 27 lipca na 10-dniowe zgrupowanie pojawi się zespół AS Monaco, który ma w planach rozegranie w Opalenicy kilku sparingów z drużynami z Czech, Słowacji i naszej rodzimej ekstraklasy.
W kadrze ekipy z Księstwa Monako na pewno znajdzie się były bramkarz Legii Warszawa Radosław Majecki, ale prawdopodobnie nie będzie już w niej naszego reprezentacyjnego środkowego obrońcy Kamila Glika, który wedle doniesień włoskich i francuskich mediów ma się w letnim okienku transferowym przenieść do beniaminka Serie A Benevento Calcio.
W połowie lipca z do Opalenicy ma też zawitać drużyna piłkarek nożnych Olympique Lyon, aktualnych mistrzyń Francji i pięciokrotnych triumfatorek Ligi Mistrzyń. Najlepszy obecnie klubowy zespół w kobiecym futbolu w Europie ma w ośrodku Remes przygotować formę do zaplanowanego na sierpień dokończenia sezonu w kobiecej Chapions League.
Trwają też negocjacje z kilkoma zespołami z Niemiec, Anglii oraz polskiej ekstraklasy. W tej chwili jednak rezerwację złożyła Pogoń Szczecin, która tu zamierza przygotowywać się do nowego sezonu rozgrywkowego.
Hotel i kompleks sportowy w Opalenicy, miejscowości oddalonej o 40 km na południowy-zachód od Poznania, posiada osiem pełnowymiarowych boisk piłkarskich z nawierzchnią trawiastą, a w odległości zaledwie 15 minut jazdy autokarem jest stadion ze sztucznym oświetleniem i boiskiem spełniającym najwyższe standardy.
Zaplecze hotelowe oferuje 83 komfortowe pokoje typu Standard, 11 pokoi typu Superior, cztery apartamenty i 10 luksusowych domków. Dodatkowe atuty to strefa Spa&Wellness z siłownią, basenem, saunami oraz wannami z hydromasażem oraz sześciodołkowe pole golfowe.
Za niespełna rok z tych wszystkich boisk i atrakcji korzystać będą kadrowicze powołani przez Jerzego Brzęczka na mistrzostwa Europy. Przypomnijmy, że wedle tegorocznych planów biało-czerwoni z Opalenicy mieli przenieść się od razu do swojej głównej bazy pobytowej w Irlandii. W turnieju Euro 2021 nasz zespół zmierzy się w grupie E z Hiszpanią, Szwecją oraz zwycięzcą barażowej ścieżki B (Bośnia i Hercegowina, Słowacja, Irlandia lub Irlandia Północna). Polska z Hiszpanią zagra w Bilbao, dwa pozostałe spotkania rozegra w Dublinie, dlatego na bazę PZPN wybrał Portmarnock Hotel & Golf Links położony w pobliżu Dublina.

Lewy w Niemczech zdobył już wszystko

Robert Lewandowski w końcu wygrał prestiżową w Niemczech klasyfikację tygodnika „Kicker” na najlepszego piłkarza sezonu. To było ostatnie z najważniejszych trofeów w niemieckim futbolu jakiego nie miał jeszcze w kolekcji. Teraz jego ambicję mogą zaspokoić już tylko laury europejskie i światowe.

W Niemczech wyróżnienia przyznawane przez redakcję „Kickera”, chociaż mają mocną konkurencję, bo wszystkie media w tym kraju to robią, to jednak ten największy tygodnik piłkarski robi to nieprzerwanie od 57 lat, czyli od momentu powstania Bundesligi. „Kicker” ocenia piłkarzy w skali 1-6, gdzie „1” oznacza klasę światową i jest notą marzeń dla każdego gracza, natomiast „6” oznacza „występ poniżej krytyki”. Trudno uwierzyć, że dopiero w dziesiątym sezonie spędzonym w niemieckiej ekstraklasie Lewandowski doczekał się tego prestiżowego wyróżnienia.
Najwyżej cenią swoich graczy
Tylko raz był bliski zwycięstwa, w sezonie 2015/2016, ale niemal na samym finiszu rozgrywek został wyprzedzony przez ówczesnego pomocnika Borussii Dortmund Henricha Mchitarjana, który do Bundesligi przybył wprawdzie z Armenii, ale miał niemieckie pochodzenie. To trochę tłumaczy przyczynę, z powodu której „Lewy” tak długo musiał czekać na uznanie ze strony redaktorów „Kickera”, którzy nigdy nie ukrywali, że preferują swoją ligę, swój futbol i swoich rodaków.
Lewandowskiego przez te lata ostentacyjnie wręcz nie doceniali jednak nie dlatego, że był Polakiem. Traktowali go ozięble, bo „Kicker” nie darzy sympatią i uznaniem graczy, którzy traktują Bundesligę jako trampolinę do innych europejskich lig, a Lewandowski nie krył przecież swoich ambicji przejścia do Realu Madryt.
Dopiero gdy porzucił te plany i postanowił związać się na dobre i złe z Bayernem, jego występy zaczęły być relacjach „Kickera” premiowane wyższymi notami. A w tym sezonie zaniżanie mu ocen byłoby już wręcz kompromitacją, zwłaszcza w meczach rozegranych po restarcie zawieszonego w marcu z powodu pandemii sezonu. „Lewy” zagrał w ośmiu spotkaniach „koronarundy” i zdobył w nich 9 bramek.
Nikt w Bundeslidze nie strzelił więcej goli od niego, w „Kicker” wystawił mu za te występy oceny o średniej 2,5. To też był najlepszy wynik niemieckiej ekstraklasie. Noty z całego sezonu złożyły się na rewelacyjną średnią 2,42. Dwa kolejne miejsca w zestawieniu „Kickera” także zajęli zawodnicy Bayernu – drugi na liście Leon Goretzka miał średnią 2,71, a trzeci Thomas Mueller 2,74. Od pięciu sezonów lidera klasyfikacji „Kickera” nie dzieliła taka duża różnica w średniej not.
Inna sprawa, że wcześniej występów „Lewego” tak dobrze nie oceniano. Wcześniej najlepszą średnią (2,63) miał we wspomnianym sezonie 2015/2016, a w innych nie lokował się nawet na podium, chociaż był najlepszym strzelcem mistrza kraju – najpierw Borussii Dortmund (2011/2012), a potem Bayernu (2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019).
Gablota już pełna trofeów
Po wygraniu klasyfikacji „Kickera” Lewandowski ma w dorobku już wszystkie możliwe do zdobycia na niemieckiej ziemi laury. Mistrzem Niemiec został już osiem razy, jest najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi (236 gole), pięciokrotnie zdobył tytuł króla strzelców (tylko Gerd Mueller ma ich więcej, bo siedem). A zdobywając w tym sezonie 34 bramki został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi. Więcej goli od niego w jednym sezonie strzelił już tylko wspomniany Gerd Mueller (40, 38 i 36). Pobić te jego dokonania będzie „Lewemu” piekielnie trudno.
Lewandowski nie może jednak czuć się piłkarzem w pełni spełnionym, bo nie zdobył jeszcze żadnego trofeum na arenie międzynarodowej. W finale Ligi Mistrzów zagrał dotąd tylko raz, w barwach Borussii Dortmund, ale jego zespół przegrał wtedy z Bayernem Monachium. Nigdy nie był też królem strzelców Ligi Mistrzów, choć ma już w dorobku 14 takich tytułów zdobytych w innych rozgrywkach.
W tym nietypowym sezonie może jednak zaspokoić swoją ambicję. Nie ulega wątpliwości, że „Lewy” znajduje się w życiowej formie, a zespół Bayernu odkąd prowadzi go trener Hansi Flick jest niepokonany – wygrał 19 z 20 spotkań we wszystkich rozgrywkach, a jedno zremisował. Po wygranej w pierwszym meczu 1/8 finału w Londynie z Chelsea 3:0 rewanż w Monachium wydaje się formalnością i Bayern raczej na pewno zagra w zaplanowanym w sierpniu w Lizbonie turnieju finałowym. Lewandowski prowadzi w klasyfikacji strzelców Champions League – w sześciu występach strzelił aż 11 goli, trafiając do siatki w każdym ze spotkań. To dorobek, jakim na tym etapie rozgrywek w przeszłości mogli się pochwalić się jedynie Lionel Messi (2011/12) i Cristiano Ronaldo (2013/14, 2015/16 i 2017/18).
Lewandowski zaczął robić rzeczy nieosiągalne dla piłkarskich śmiertelników, które dotąd były zarezerwowane tylko dla najlepszych piłkarzy naszych czasów. Jak zdobycie więcej niż 50 bramek w roku kalendarzowym (2019). Na tej liście jest też wygranie plebiscytu „France Football”, który Argentyńczyk i Portugalczyk zdominowali w ostatnich dwunastu latach.
Skok na półkę Messiego i CR7
Ale w tym sezonie to właśnie Lewandowski jest w tej chwili najpoważniejszym kandydatem do zdobycia „Złotej Piłki”. Z 49 bramkami na koncie zdobytymi we wszystkich rozgrywkach jest zdecydowanie najskuteczniejszym piłkarzem obecnego sezonu. Messi strzelił dotąd 27 goli, a Cristiano Ronaldo 28. A „Lewy” w sobotę zagra w finale Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen i może osiągnąć, a nawet przekroczyć magiczną barierę 50 trafień w jednym sezonie. Eksperci od marketingu sportowego nadal jednak uważają, że Lewandowski nie jest jeszcze „marką globalną”, jak Messi i Cristiano Ronaldo. To może się jednak zmienić tylko wtedy, gdy kapitan reprezentacji Polski do swojej kolekcji trofeów dołączy tytuły dla najlepszego piłkarza w Europie i na świecie.
Ale i bez tego już dzisiaj „Lewy” jest najbogatszym polskim sportowcem, zaś w kategorii „open” też nie wypada najgorzej, bo w najnowszym rankingu najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” znalazł się wraz z żoną Ann na 80. miejscu. W najbliższych latach jego pozycja raczej nie będzie słabła, bo obecny kontrakt z Bayernem wygasający z końcem czerwca 2023 roku gwarantuje mu roczne zarobki przekraczające 20 mln euro netto. Pod tym względem „Lewy” nie może narzekać na dyskryminację w niemieckiej lidze, należy bowiem elity najlepiej opłacanych graczy Bundesligi. W Bayernie nikt nie zarabia więcej od niego, a to oznacza, że nikt nie zarabia też więcej w całej lidze.
Poza tym Lewandowski z coraz większym rozmachem zaczyna inwestować swoje pieniądze w rozmaite biznesowe projekty (deweloperskie, aplikacje internetowe, startupy), ale jak na tym wychodzi, owiane jest mgłą tajemnicy. Więcej wiadomo o jego dochodach z reklam, a jest w tej chwili najlepszym „słupem ogłoszeniowym” z naszych sportowców. W 2017 roku założył z żoną agencję Stor9 oraz dom mediowy RL Media, którego zadaniem jest zarządzanie kampaniami reklamowymi, w których biorą udział. O wielu jego aktywnościach dowiemy się pewnie dopiero wtedy, gdy przestanie grać w piłkę. Oby jak najpóźniej.

Piłka w rękach agentów

Angielska federacja piłkarska (FA) opublikowała niedawno raport, w którym ujawniono wydatki klubów Premier League na prowizje dla piłkarskich agentów i pośredników transferowych w okresie od 1 lutego 2019 do 31 stycznia 2020 roku. Tylko w tym czasie wydały one na ten cel szokująco wysoką kwotę 263 mln funtów.

Raport FA szokuje, bo wynika z niego, że kluby Premier League wydają fortunę na wynagrodzenia dla agentów. Liderem zestawienia jest świeżo upieczony mistrz kraju FC Liverpool, który przeznaczył na ten cel 30,3 mln funtów, a to jest więcej niż wydał w tym czasie na transfery nowych zawodników, co należy uznać za biznesowe kuriozum. „The Reds” w poprzednim sezonie w letnim i zimowym okienku transferowym pozyskali Takumi Minamino (7,25 mln funtów), Harveya Elliotta (1,5 mln), Seppa van den Berga (1,3 mln), Adriana i Andy’ego Lonerganów (obaj przyszli na zasadzie wolnego transferu). Nie jest to jednorazowy akt bezsensownej rozrzutności, bo rok wcześniej ekipa z Liverpoolu przekazała handlarzom piłkarskim towarem blisko 44 mln funtów.
Drugi w tym zestawieniu jest zdetronizowany w tym sezonie przez „The Reds” Manchester City, który zapłacił agentom i pośrednikom 29 mln funtów, a trzecią lokatę zajmuje drugi z klubów z Machesteru, United, z wydatkami na ten cel wynoszącymi 27,6 mln funtów. Czwarta Chelsea Londyn zapłaciła z tego tytułu 26,2 mln funtów. Dla porównania – ostatni na tej liście klub Premier League, FC Burnley, wydał na pośredników 3,9 mln funtów. Wypada podkreślić, że wynagrodzenia dla agentów nie są wypłacane wyłącznie przy transferach zawodników, ale także w przypadku przedłużeniem kontraktów przez graczy już występujących w danym klubie.
Rosnące z roku na rok wydatki na wynagrodzenia dla agentów i pośredników nie jest bynajmniej domeną angielskiej ligi. Podobnie szokująco wysokie kwoty zarabiają oni też w innych czołowych ligach europejskich, ale w biedniejszych proceder też się rozwija. Także w Polsce, chociaż u nas nie przybrał on jeszcze szokujących rozmiarów i na razie drenuje klubowe budżety na poziomie 35-40 mln złotych rocznie. Zdaniem futbolowych ekspertów skutki pandemii koronawirusa w tym roku prawdopodobnie powstrzymają trend wzrostowy, lecz nie wpłyną jakoś znacząco na dochody agentów i pośredników, których po zdjęciu przez FIFA barier dostępu do tego zawodu są w tej chwili tysiące. Korzystając z niesłabnącej prosperity na swoje usługi ludzie parający się tym zajęciem zbudowali sobie w ostatniej dekadzie bardzo mocną pozycję w światowym futbolu, a najbardziej obrotni z nich zaczęli zarabiać na poziomie największych piłkarskich gwiazd. I co istotne, zaczęli też przejmować kontrolę nad klubami w różnych krajach, czyniąc z nich wygodne narzędzia do hurtowego obrotu piłkarskim towarem.
Nie robią tego jednak otwarcie, bo to nieetyczne i rodzi podejrzenia korupcyjne. Władze FIFA i UEFA już dawno dostrzegły ten problem i w jaskrawych przypadkach grożą sankcjami, dlatego potentaci w tym biznesie kryją się sprytnie albo za tzw. słupami, albo w gąszczu akcjonariuszy zakładanych w rajach podatkowych różnych funduszy inwestycyjnych i grup kapitałowych. W Polsce za takim parawanem skrywają się niemieccy właściciele Lechii Gdańsk i Korony Kielce, a ostatnio dołączył do nich w Arce Gdynia nasz rodzimy potentat w tej branży, Jarosław Kołakowski, którego w gdyńskim klubie formalnie reprezentuje jego syn, Michał.
Kołakowski zajmuje się piłkarskimi transferami od blisko ćwierćwiecza, a jego najbardziej dochodowym klientem jest związany z nim od wielu lat Kamil Glik. Przejął Arkę za niewielkie pieniądze od rodziny Midaków, ale trudno na razie ocenić, czy po raczej nieuchronnym spadku gdyńskiego klubu z ekstraklasy zechce, a przede wszystkim czy zdoła go finansować z własnej kieszeni. Większym krezusem od Kołakowskiego mógł być (a może nawet wciąż jest) Cezary Kucharski, który jako agent Roberta Lewandowskiego zarobił wiele milionów euro, więcej niż zdołał sam jako piłkarz przez całą karierę. W 2018 roku „Lewy” zakończył jednak ich współpracę, a swoje interesy powierzył jednemu z największych tuzów w tej branży, Izraelczykowi Piniemu Zahaviemu. Nowy agent nie przeprowadził jednak wymarzonego przez kapitana naszej reprezentacji transferu z Bayernu Monachium do Realu Madryt, mimo to nadal ze sobą współpracują. Pewnie dlatego, że Zahavi wynegocjował Lewandowskiemu dwa kolejne nowe kontrakty z monachijskim klubem i jak wieść niesie wywindował jego zarobki do rekordowego poziomu w Bundeslidze. W przeszłości Izraelczyk reprezentował interesy m.in. angielskiego gwiazdora Rio Ferdinanda, ale zasłynął najbardziej transferem Brazylijczyka Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain.
Od 2015 roku Zahavi kontroluje też belgijski klub Excelsior Mouscron, polskim kibicom znany głównie z tego, że swego czasy grali w nim bracia Michał i Marcin Żewłakowie. Zahavi nie ma jednak ambicji przekształcenia tego lokalnego klubu w piłkarską potęgę, choćby na belgijska miarę. Od początku traktował go jak swego rodzaju stację przeładunkową dla piłkarzy, z którymi miał podpisane umowy menedżerskie. Potrafił w jednym sezonie sprowadzić do Mouscron 30 graczy i tylu też wytransferować do innych klubów. W szatni był taki tłok, że trener nie znał nawet większości zawodników z kadry. Skończyło sie to nieciekawie, bo Excelsior tuż przed wybuchem pandemii koronawirusa został pozbawiony licencji i groziła mu karna degradacja do ligi amatorskiej. Teraz co prawda jakimś cudem sprawa rozeszła się po kościach i klub ponownie dostał licencję, ale smrodek wokół niego pozostał.
Zdecydowanie lepiej w zarządzaniu klubem radzi sobie inny z tuzów branży pośredników transferowych, Portugalczyk Jorge Mendes, który fortunę zbił przede wszystkim jako agent Cristiano Ronaldo. Ten wpływowy dzisiaj agent zaczynał jako pracownik wypożyczalni kaset wideo, potem brał się za różnego rodzaju działalność rozrywkową. Prowadził klub nocny, restaurację, aż w końcu dzięki przypadkowej znajomości z ówczesnym młodzieżowym reprezentantem Portugalii Nuno Espirito Santo został menedżerem piłkarskim. Jego klientami, oprócz wspomnianego Cristiano Ronaldo, są też obecny trener Tottenhamu Hotspur Jose Mourihno czy wschodząca gwiazda portugalskiego futbolu Joao Felix, sprzedany z Benfiki Lizbona do Atletico Madryt za 127 mln euro.
Mendes z tylnego fotela prowadzi dziś Wolverhampton, którego trenerem jest wspomniany wcześniej Nuno Espirito Santo, a w kadrze zespołu znajduje się aż ośmiu Portugalczyków, których oczywiście interesy reprezentuje Mendes. Ekipie „Wilków” wiedzie się jednak w lidze całkiem nieźle – drużyna zajmuje piąte miejsce tabeli Premier League i są uważani za nową siła w angielskim futbolu. Ale Mendes nie ogranicza się do jednego projektu. Mendes chętnie umieszcza swoich zawodników również w klubie Famalicao, który w pierwszej fazie sezonu był nawet liderem ligi portugalskiej. Famalicao jest uważane za filię Atletico Madryt.
Wolverhampton i Famalicao to akurat pozytywne przykłady klubów znajdujących się pod wpływem piłkarskich agentów, co nie zmienia faktu, że oba także są tylko „halami targowymi” do handlu piłkarskim towarem.

Złoty But dla Immobile?

W rozegranej w miniony weekend 28. kolejce Serie A Juventus rozgromił Lecce 4:0 i utrzymał czteropunktową przewagę nad drugim w tabeli Lazio Rzym. Rzymski zespół wygrał 2:1 z Fiorentiną, a jedną z bramek zdobył Ciro Immobile.

W opinii ekspertów Juventus jest murowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa kraju, już dziewiątego z rzędu, a 35. w historii (dwa tytuły zostały mu odebrane za udział w aferze korupcyjnej). Jedną z bramek dla ekipy „Starej Damy” zdobył z rzutu karnego Cristiano Ronaldo i było to jego 23. ligowe trafienie w obecnych rozgrywkach. Portugalczyk w klasyfikacji strzelców Serie A jest jednak drugi, a na czele znajduje się napastnik Lazio Ciro Immpobile, który ma w tej chwili na koncie 28 goli. W dwóch rozegranych po restarcie kolejkach Serie A obaj snajperzy zdobyli po dwie bramki, obaj jednak trafiali wyłącznie z rzutów karnych. Ale nie ulega wątpliwości, że prowadzący obecnie w klasyfikacji „Złotego Buta” Robert Lewandowski (34 gole, 68 punktów) raczej nie zdobędzie w tym sezonie tego cennego trofeum. Pewniakiem w tym wyścigu wydaje się właśnie Immobile, którego zapewne będzie do końca ścigał Cristiano Ronaldo. Włoska ekstraklasa liczy 20 zespołów, ma więc do rozegrania w sumie 38 kolejek, a to oznacza, że obaj jej najskuteczniejsi snajperzy będą mieli jeszcze 10 meczów na poprawienie swojego strzeleckiego dorobku. I na dodatek grają w dwóch najlepszych zespołach, które strzelają najwięcej goli. Immobile ma do Lewandowskiego tylko sześć goli straty i jeśli nie przydarzy mu się jakaś kontuzja czy długa dyskwalifikacja, to jest więcej niż pewne, iż utrzymując dotychczasową regularność w 10 występach trafi tyle razy, żeby wyprzedzić kapitana reprezentacji Polski. Cristiano Ronaldo traci do „Lewego” 13 bramek, ale także on przy odrobinie snajperskiego szczęścia jest w stanie odrobić straty.
Lewandowski będzie mógł tylko bezradnie obserwować poczynania konkurentów do „Złotego Buta”. Argentyński gwiazdor FC Barcelona na razie zatrzymał się na 21 trafieniach, ale on będzie miał jeszcze tylko sześć okazji do poprawienia tego dorobku, bo tyle kolejek pozostało do zakończenia rozgrywek Primera Division.

Bitwa o Złotą Piłkę

W środę 17 czerwca Komitet Wykonawczy UEFA ma ogłosić decyzję w sprawie dokończenia rozgrywek w europejskich pucharach. Włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” podał, że prawdopodobnie zespoły, które zakwalifikują się do 1/4 finału, dokończą zmagania w formule turniejowej. Liga Mistrzów wedle tego planu miałaby dokończyć zmagania w Lizbonie. Jeśli do tego dojdzie, będzie to kluczowe piłkarskie wydarzenie także w kwestii wyboru piłkarza roku.

Rozgrywki Ligi Mistrzów zostały zawieszona w trakcie rozgrywania spotkań 1/8 finału. Do ćwierćfinałów zdążyły awansować zespoły Paris Saint-Germain, RB Lipsk, Atalanty Bergamo i Atletico Madryt, natomiast w czterech pozostałych parach pozostały do rozegrania spotkania rewanżowe, w których Manchester City podejmie Real Madryt (2:1 w pierwszym meczu), zaś Bayern Monachium zagra z Chelsea Londyn (3:0), Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1), a FC Barcelona z SSC Napoli (1:1). Te mecze muszą powinny zostać rozegrane do końca lipca.
Osiem zespołów, które zakwalifikują się do ćwierćfinałów, w dniach 12 – 23 sierpnia rozegra w Lizbonie turniej w formule trzyrundowej, lecz bez rewanżów, które nie będą potrzebne ponieważ wszyscy rywalizować będą na neutralnym terenie. „La Gazzetta dello Sport” spekuluje, że na podobnych zasadach zostanie dokończona także Liga Europy, a krajem, w którym zostaną dokończone te pucharowe rozgrywki, będą Niemcy. Zmagania mają się rozpocząć od 10 sierpnia na stadionach w Duisburgu, Gelsenkirichen, Duesseldorfie oraz Kolonii, gdzie zostanie też rozegrany wielki finał, który wedle pierwotnego planu w tym sezonie miał się odbyć na Ergo Arenie w Gdańsku. UEFA ponoć już postanowiła, że Gdańsk będzie gościł finalistów Ligi Europy w przyszłym sezonie, podobnie jak Stambuł, który miał być gospodarzem tegorocznego finału Ligi Mistrzów.
Decyzja ma zapaść podczas zaplanowanej na 17-18 czerwca wideokonferencji Komitetu Wykonawczego UEFA. Spekulacje włoskiego dziennika mogą się jednak nie potwierdzić, a to dlatego, że Portugalia, która jeszcze niedawno była uważana za kraj, który uporał się już z pandemią koronawirusa, znowu zaczął notować wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Jeszcze na początku maja dziennie liczba nowych przypadków nie przekraczała stu, ale ostatnio wzrosła dziesięciokrotnie. Z tego względu portugalskie władze wycofały się z decyzji o powrocie kibiców na stadiony piłkarskie. Zwłaszcza wybór Lizbony na miejsce dokończenia Ligi Mistrzów jest w tym momencie kontrowersyjnym pomysłem, bo w stolicy Portugalii notuje się 90 procent dziennej liczby zarażonych. Raczej nie ma jednak zagrożenia, że UEFA w ogóle odwoła rozgrywki pucharowe i uzna je za nieodbyte.
Z czołowych lig europejskich tylko francuska zrezygnowała z wznowienia rywalizacji. Niemiecka Bundesliga podjęła wyzwanie jako pierwsza, w tym tygodniu zrobiła to też hiszpańska Primera Division, a wkrótce mają to zrobić także angielska Premier League i włoska Serie A (rozegrano już rewanżowe mecze półfinałowe w krajowym pucharze). Ta skomplikowana sytuacja staje się też problemem dla organizatorów prestiżowych plebiscytów na piłkarza roku (FIFA, UEFA, i „Złotej Piłki” przyznawanej przez redakcje „France Football”). Dokończenie zmagań, zwłaszcza w elitarnej Lidze Mistrzów, z pewnością pomogłoby im w dokonaniu względnie sprawiedliwego wyboru.
Dla polskich kibiców to też istotna sprawa, bo w tym sezonie Robert Lewandowski wymieniany jest w gronie najpoważniejszych pretendentów do tytułu „Piłkarza Roku”. Tym bardziej, że imponuje formą także po restarcie rozgrywek. Od momentu ich wznowienia strzelił sześć goli w sześciu meczach, a w całym sezonie trafił do siatki już 45 razy. W samej Bundeslidze zdobył 30 bramek i z 60 punktami prowadzi w klasyfikacji Złotego Buta, zmierzając po piątą koronę króla strzelców w Niemczech, a trzecią z rzędu. Liczby te nie uwzględniają wtorkowego meczu 32. kolejki Bundesligi, w którym Bayern zmierzył się na wyjeździe z Werderem Brema. Spotkanie zakończyło się po zamknięciu wydania, ale zanim się zaczęło było już jasne, że jeśli Bayern wygra, zdobędzie po raz ósmy z rzędu mistrzostwo Niemiec.
Indywidualne osiągnięcia kapitana reprezentacji Polski doceniła w końcu nawet obojętna dotąd na jego dokonania redakcja tygodnika „France Football”, zamieszczając jego zdjęcie na okładce i publikując obszerny z nim wywiad. To dobrze prorokuje „Lewemu” a tegorocznym plebiscycie „Złotej Piłki”, lecz z pewnością nie jest jeszcze zapowiedzią zwycięstwa w nim. Nawet jeśli Bayern do mistrzostwa Bundesligi dorzuci jeszcze triumf w Pucharze Niemiec, a Lewandowski zdobędzie tytuły króla strzelców obu tych rozgrywek, co ma już praktycznie w kieszeni, to i tak decydujące znaczenie będą miały wyniki Bayernu w Lidze Mistrzów. Im wyżej bawarska jedenastka w tych rozgrywkach zajdzie, tym większe będą szanse „Lewego” na zdobycie „Złotej Piłki” i tytułu „Piłkarza Roku UEFA”. Tak blisko tych trofeów nigdy wcześniej nie był, ale nie zapominajmy, że na placu boju w Lidze Mistrzów są jeszcze Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Kylian Mbappe.
Dwaj ostatni z wymienionych gwiazdorów futbolu na razie nie mają gdzie grać, ale Messi już strzelił gola, a Barcelona jest liderem hiszpańskiej ekstraklasy. Cristiano Ronaldo wprawdzie nie zaliczył tak udanego powrotu do gry, ponieważ nie wykorzystał rzutu karnego w półfinałowym meczu Pucharu Włoch z AC Milan, lecz Juventus Turyn mimo to awansował do finału tych rozgrywek i wciąż może obronić mistrzostwo Serie A, a także wygrać Ligę Mistrzów. W dalszej kolejności jako kandydatów do zdobycia „Złotej Piłki” w tym roku wymienia się Belga Kevina de Bruyne’a z Manchesteru City, kolegów „Lewego” z Bayernu Thomasa Muellera i Serge’a Gnabry’ego, a nawet graczy Borussii Dortmund Erlinga Haalanda i Jadona Sancho, chociaż ekipa BVB odpadła w 1/8 finału Champions League. Wymienia się także Timo Wernera z RB Lipsk, który z 25 golami jest wiceliderem klasyfikacji strzelców Bundesligi, trzeci w klasyfikacji „Złotego Buta” za Lewandowskim i Ciro Immobile z Lazio Rzym, a z RB Lipsk wciąż ma szansę na triumf w Lidze Mistrzów. W tym zwariowanym sezonie wszystko jest jeszcze możliwe.

Złoty But dla Immobile?

W rozegranej w miniony weekend 28. kolejce Serie A Juventus rozgromił Lecce 4:0 i utrzymał czteropunktową przewagę nad drugim w tabeli Lazio Rzym. Rzymski zespół wygrał 2:1 z Fiorentiną, a jedną z bramek zdobył Ciro Immobile.

W opinii ekspertów Juventus jest murowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa kraju, już dziewiątego z rzędu, a 35. w historii (dwa tytuły zostały mu odebrane za udział w aferze korupcyjnej). Jedną z bramek dla ekipy „Starej Damy” zdobył z rzutu karnego Cristiano Ronaldo i było to jego 23. ligowe trafienie w obecnych rozgrywkach. Portugalczyk w klasyfikacji strzelców Serie A jest jednak drugi, a na czele znajduje się napastnik Lazio Ciro Immpobile, który ma w tej chwili na koncie 28 goli. W dwóch rozegranych po restarcie kolejkach Serie A obaj snajperzy zdobyli po dwie bramki, obaj jednak trafiali wyłącznie z rzutów karnych. Ale nie ulega wątpliwości, że prowadzący obecnie w klasyfikacji „Złotego Buta” Robert Lewandowski (34 gole, 68 punktów) raczej nie zdobędzie w tym sezonie tego cennego trofeum. Pewniakiem w tym wyścigu wydaje się właśnie Immobile, którego zapewne będzie do końca ścigał Cristiano Ronaldo. Włoska ekstraklasa liczy 20 zespołów, ma więc do rozegrania w sumie 38 kolejek, a to oznacza, że obaj jej najskuteczniejsi snajperzy będą mieli jeszcze 10 meczów na poprawienie swojego strzeleckiego dorobku. I na dodatek grają w dwóch najlepszych zespołach, które strzelają najwięcej goli. Immobile ma do Lewandowskiego tylko sześć goli straty i jeśli nie przydarzy mu się jakaś kontuzja czy długa dyskwalifikacja, to jest więcej niż pewne, iż utrzymując dotychczasową regularność w 10 występach trafi tyle razy, żeby wyprzedzić kapitana reprezentacji Polski. Cristiano Ronaldo traci do „Lewego” 13 bramek, ale także on przy odrobinie snajperskiego szczęścia jest w stanie odrobić straty.
Lewandowski będzie mógł tylko bezradnie obserwować poczynania konkurentów do „Złotego Buta”. Argentyński gwiazdor FC Barcelona na razie zatrzymał się na 21 trafieniach, ale on będzie miał jeszcze tylko sześć okazji do poprawienia tego dorobku, bo tyle kolejek pozostało do zakończenia rozgrywek Primera Division.

Pierwszy miliarder wśród piłkarzy

Cristiano Ronaldo przeszedł do historii futbolu. Został pierwszym piłkarzem w dziejach, który wedle magazynu „Forbes” zarobił w trakcie kariery ponad miliard dolarów. Przed nim ten pułap osiągnęli golfista Tiger Woods oraz pięściarz Floyd Mayweather Jr. Portugalski piłkarz jest pierwszym przedstawicielem gier zespołowych w elitarnym gronie sportowych miliarderów.

Piłkarz Juventusu Turyn od 1 czerwca 2019 roku do 1 czerwca 2020 roku zarobił 105 milionów dolarów. Spośród osób ujętych w rankingu bardziej wzbogacili się jedynie modelka Kylie Jenner, raper Kanye West i tenisista Roger Federer. Po doliczeniu dochodów z ostatnich dwunastu miesięcy 35-letni Cristiano Ronaldo stał się pierwszym piłkarzem i zarazem pierwszym przedstawicielem sportów zespołowych, który w czasie kariery zarobił ponad miliard dolarów. Oczywiście fortuna portugalskiego gwiazdora futbolu nie pochodzi wyłącznie z gry w piłkę, chociaż 35-letni piłkarz ma za sobą sześć sezonów w Manchesterze United, dziewięć w Realu Madryt, a od połowy 2018 roku gra w Juventusie Turyn. Około 35 procent jego zarobków to umowy sponsorskie, między innymi dożywotni kontrakt z firmą Nike. Taką samą podpisali jeszcze tylko koszykarze Michael Jordan i LeBron James. Oprócz tego Cristiano Ronaldo rozwija własne marki modowe i kosmetyczne, sieć hoteli oraz czerpie korzyści z rekordowej popularności na portalach społecznościowych. Tylko na Instagramie portugalski piłkarz zgromadził 222 miliony obserwujących i nie ma pod tym względem równego sobie. Za pomocą tego medium promuje też marki, z którymi jest związany kontraktami.
Z piłkarzy bliski wejście do klubu miliarderów jest na razie tylko wielki boiskowy rywal Cristiano Ronaldo – Lionel Messi.

Szczęsny już w Turynie

Zagraniczni gracze Juventusu Turyn wracają powoli do Włoch. W ekipie lidera Serie A zameldowali się już m.in. Cristiano Ronaldo, Wojciech Szczęsny, Danilo i Douglas Costa. Na razie przechodzą kwarantannę.

Zgodnie z wytycznymi włoskich władz przed wznowieniem treningów piłkarze muszą przejść 14-dniową kwarantannę. We wtorek część zawodników Juventusu, którzy w trakcie przerwy w rozgrywkach przebywali w Turynie, po przejściu testów na obecność koronawirusa wznowiła treningi. Piłkarze na razie mogą jednak ćwiczyć tylko indywidualnie. Z zagranicznych gwiazd Juventusu nie wrócił jeszcze Gonzalo Higuain, który wciąż przebywa w ojczystej Argentynie. Natomiast u innego z argentyńskich graczy „Starej Damy”, Paulo Dybali, wykryto obecność wirusa Covid-19, ale nie ma już objawów choroby. Turyński klub poinformował, że dwa ostatnie testy dały wynik negatywny, zatem można uznać, że piłkarz jest już całkowicie zdrowy.
Wojciech Szczęsny przed powrotem do Turynu przebywał w Warszawie, gdzie ostatnio ćwiczył pod okiem trenera bramkarzy reprezentacji Polski Andrzeja Woźniaka.

Leon dobry jak Cristiano Ronaldo

Wilfredo Leon uważany jest za jednego z najlepszych obecnie siatkarzy na świecie. Z uwagi na nieprzeciętne umiejętności i podejście do uprawiania sportu, Kubańczyk z polskim paszportem często porównywany jest do portugalskiego piłkarza Cristiano Ronaldo. Leon podkreśla, że dla niego to wielki komplement.

Talent do gry w siatkówkę Wilfredo odziedziczył po matce, Alinie Venero Boza, która także uprawiała ten sport, imię i nazwisko po ojcu, Wilfredo Leonie Hechavarri. Już jako młokos demonstrował nieprzeciętne umiejętności, czego dowodem debiut w seniorskiej reprezentacji Kuby już w wieku 14 lat. Miało to miejsce podczas turnieju eliminacyjnego do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Trzy lata później Wilfredo był już gwiazdą narodowej drużyny i jej kapitanem. W 2010 roku osiągnął swój pierwszy znaczący sukces, zdobywając z zespołem Kuby złoty medal letnich igrzysk młodzieży w Singapurze. W roku 2012 pierwsza reprezentacja tego kraju niespodziewanie przegrała jednak w kwalifikacjach do igrzysk w Londynie, co u 19-letniego Leona wywołało taką frustrację, że postanowił wyjechać za granicę. Na Kubie taka decyzja oznaczała wtedy natychmiastowe skreślenie z kadry narodowej, co też działacze tamtejszej federacji siatkarskiej zrobili.
Do Polski 19-letni Wilfredo przyjechał za namową dziennikarki Małgorzaty Gronkowskiej, którą poznał za pośrednictwem internetu, gdy zwróciła się do niego z prośbą o wywiad. Przez nią poznał też działającego w Rzeszowie menedżera sportowego Andrzeja Grzyba, któremu powierzył swoje interesy. W 2014 roku Leon podpisał kontrakt z rosyjskim potentatem, Zenitem Kazań, w którym spędził cztery kolejne lata i w barwach którego zdobył mnóstwo trofeów, albowiem w tym okresie klub z Kazania dzielił i rządził nie tylko w lidze rosyjskiej, lecz także w europejskich pucharach.
Gdy zaczynał grę w tym klubie, reprezentacja Polski pod wodzą francuskiego trenera Stefana Antigi wywalczył mistrzostwo świata i wtedy u Leona zrodziła się myśl, że skoro nie może już grać w reprezentacji Kuby, a przecież zawsze marzył o medalowych występach na igrzyskach olimpijskich i w mistrzostwach świata, to chcąc te marzenia spełnić powinien dołączyć do kadry Polski. Od strony formalnej nie było to trudne, bo w czerwcu 2015 roku ożenił się z Gronkowską, a 14 lipca tego roku otrzymał polskie obywatelstwo. Znacznie trudniejsze było pokonanie biurokratycznych barier w kubańskiej federacji, a bez jej zgody władze FIVB nie mogły wydać zezwolenia na zmianę barwa narodowych Leona. Gdy już w końcu Kubańczycy odpuścili, siatkarz musiał jeszcze odczekać dwuletnią karencję, dlatego w reprezentacji Polski, która w 2018 roku po raz drugi z rzędu zdobyła mistrzostwo świata, mógł zadebiutować dopiero w lipcu 2019 roku.
Warto przypomnieć te fakty w kontekście porównań Leona do Cristiano Ronaldo. Nigdy jednak nie sprawdzimy czy portugalski piłkarz, gdyby mógł zmienić barwy narodowe i chciał grać, na przykład w triumfującej w 2018 roku na mundialu w Rosji reprezentacji Francji, dostałby w niej miejsce równie łatwo, jak w mistrzowskiej drużynie polskich siatkarzy dostał Kubańczyk. Leon trafił do polskiej kadry w jej kolejnym złotym okresie, rok po tym, jak bez jego udziału wywalczyła po raz drugi z rzędu mistrzostwo świata. Ma jednak to szczęście, że biało-czerwoni teraz celują w najcenniejsze trofeum – złoty medal olimpijski. Takie zadanie jest im stawiane przez kibiców, wciąż głodnego sukcesów belgijskiego trenera Vitala Heynena i wreszcie przez władze Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Wielka szkoda, że przez pandemię koronawirusa kubański siatkarz i jego polscy koledzy muszą odłożyć realizację tego celu na następny rok, ale wszyscy wierzą, że za kilka miesięcy sportowe życie wróci do normy i znów będą mogli grać jak dawniej.
W każdym sporcie zawodnik jest wart tyle, ile aktualnie potrafi z siebie na boisku. Cristiano Ronaldo ma 35 lat, czyli jest o blisko dekadę starszy od Leona, ale dbając wręcz obsesyjnie o swoją sportową formę, wciąż zachwyca grą na najwyższym poziomie. Kubański siatkarz w dbałości o swój organizm mu nie ustępuje. Jeśli więc coś ich różni, to wyłącznie stan konta, bo piłka nożna wciąż jest wyżej ceniona od siatkówki, co przekłada się rzecz jasna także na poziom popularności.
Leon ma tego świadomość i o porównaniach ze słynnym na cały świat Portugalczykiem mówi tak: „Porównanie do Cristiano Ronaldo bardzo mnie cieszy, bo to oznacza, że praca jaką wykonałem i wciąż wykonuję na boisku i poza nim, jest doceniana. To mnie motywuje, aby w dalszym ciągu doskonalić moją grę. Chciałbym jednak zapewnić, że sam o sobie tak nie myślę. Nawet nie zastanawiam się jaką mam teraz pozycję w siatkarskiej hierarchii. Mam jednak nadzieję, że wszystko co najlepsze w tym sporcie mam jeszcze do wygrania, przede wszystkim z reprezentacja Polski, której stałem się pełnoprawnym graczem” – powiedział Wilfredo Leon w wywiadzie udzielonym dla serwisu internetowego olympicchannel.com.

Mocno hurtowa przecena piłkarzy

Z powodu epidemii koronawirusa sportowe życie w Europie praktycznie zamarło. W wielu dyscyplinach zespołowych rozgrywki postanowiono zakończyć, wyjątkiem jest piłka nożna. Co prawda za wyjątkiem Białorusi inne ligi na naszym kontynencie nie grają, lecz żadna póki co jeszcze oficjalnie nie zakończyła sezonu. Wszyscy chcą grać, żeby choć trochę zmniejszyć powstałe w okresie przestoju straty finansowe. Już jednak wiadomo, że w tym roku będzie to niewykonalne, a to oznacza między innymi potężny regres na rynku transferowym.

Wedle ocen futbolowych ekspertów latem tego roku z piłkarskimi transferami może być jak z ropą naftową – chętnych do sprzedawania będzie więcej niż chętnych do kupowania, a jak wiadomo gdy podaż przewyższa popyt, wtedy towary tanieją. Pierwszym sygnałem zwiastującym letnią wyprzedaż może być dokonana przez niemiecki branżowy portal transfermarkt.de hurtowa obniżka transferowych wycen piłkarzy. Stosowana przez niego metodologia szacowania rynkowej wartości zawodników jest raczej toporna i niezbyt adekwatna względem ich rzeczywistej jakości sportowej, ale dla wielu ludzi stanowi jednak jakiś punkt odniesienia.
Wiek jest najważniejszym kryterium
Dlatego ogłoszoną przez transfermarkt.de przecenę uznano jako obowiązującą, chociaż zastosowane w niej kryteria są, delikatnie mówiąc, mocno niesprawiedliwe. Otóż każdemu piłkarzowi urodzonemu przed 1998 rokiem zmniejszono jego aktualną rynkową wartości 20 procent, zaś zawodnikom młodszym tylko o 10 procent.
Założyciel portalu Matthias Seidel tak tłumaczy taki, a nie inny podział: „Spadają kursy giełdowe, kluby są zagrożone upadkiem, wszystkie notują brak przychodów, więc w takiej sytacji trudno sobie wyobrazić, aby kwoty transferowe utrzymały się na dotychczasowym poziomie. Co prawda pewnie latem, mimo kryzysu, dojdzie pewnie do kilku dużych transferów, ale będą one wyjątkami, bo spodziewamy się raczej tendencji do pozyskiwania wolnych zawodników, wymiany bezgotówkowej i wypożyczeń. Mając na uwadze te przyszłe trendy postanowiliśmy już teraz zareagować i przeprowadzić odpowiednią aktualizację wartości rynkowych”.
Szkoda tylko, że w tej „aktualizacji” popełniono tak wiele idiotyzmów. Najlepszym przykładem jest wycena wartości Roberta Lewandowskiego. Napastnik Bayernu Monachium w czerwcu 2018 roku był wyceniany przez transfermarkt.de na 90 mln euro. Prawdą jest, że na mundialu w Rosji „Lewy” niczym się nie wyróżnił, podobnie jak cała reprezentacja Polski, lecz po mistrzostwach świata zrezygnował z planów podejścia z Bayernu Monachium i przez kolejne miesiące imponował w barwach tego klubu wręcz fenomenalną formą strzelecką, zaś w obecnym sezonie jest nie tylko liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi i wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta”, lecz tak najskuteczniejszym piłkarzem w Lidze Mistrzów. W liczbie łącznie strzelonych goli w sezonie nie ma sobie równych w Europie, więc zasadne jest pytanie – na jakiej podstawie niemiecki portal obniżył jego wartość rynkową najpierw z 90 na 70 mln euro, a teraz przecenił o kolejne 14 milionów do uwłaczającej klasie i dorobkowi Lewandowskiego kwoty 56 mln euro. Pomijając fakt, że jest to wartość wyliczona kompletnie „od czapy”, to na dodatek nie ma kompletnie sensu, albowiem jak wiadomo 31-letni „Lewy” ma z Bayernem kontrakt do końca czerwca 2023 roku, a nie umieszczono w nim klauzuli odstępnego.
Chyba nawet her Seidel nie ma złudzeń, że bawarski klub oddałby teraz polskiego napastnika za 56 mln euro. Nie ma w tej chwili na piłkarskim rynku piłkarza mogącego zapełnić lukę po „Lewym”, a już na pewno nie do kupienia za te pieniądze. A zatem de facto Lewandowski jest graczem znacznie więcej wartym niż podaje transfermarkt.de i powinien mieć przy swoim nazwisku notkę „nie do kupienia”, czyli „bezcenny”.
Bezcenny, czyli wart 180 mln euro
Dokładnie tak właśnie odpowiadają arabscy właściciele Paris Saint-Germain na pytanie, za ile byliby skłonni sprzedać francuskiego napastnika Kyliana Mbappe, najdroższego obecnie wedle wyceny transfermarkt.de piłkarza na świecie, bo po przecenie dokonanej przez ten portal jego wartość oszacowano na 180 mln euro. Tak się składa, że za taką kwotę paryski klub wykupił tego niewątpliwie znakomitego napastnika z AS Monaco latem 2018 roku, ale od dawna chrapkę na Francuza ma Real Madryt i przed wybuchem epidemii pojawiały się plotki, że „Królewscy” są gotowi zapłacić za jego przejście nawet 300 mln euro. Dzisiaj władze madryckiego klubu, które zapowiadają cięcia wynagrodzeń i ostry kurs oszczędnościowy, pewnie już nie myślą o pobiciu transferowego rekordu Neymara, za którego, jak pamiętamy, Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro.
Dlatego Neymar długo jeszcze pozostanie najdroższym piłkarzem, bo z finansowym skutkami pandemii europejski i światowy futbol będzie się borykał przez wiele lat, a wiele wskazuje, że epoka szastania pieniędzmi na piłkarskiej transfery właśnie na naszych oczach przechodzi do historii. Sugeruje to choćby szef niemieckiej Bundesligi Christian Seifert. „Twierdzę, że rynek transferowy tego lata się załamie. Będzie to szokiem dla niektórych agentów, bo nagle przyjdzie im ciężko pracować na swoje pieniądze, pewnie też okaże się wstrząsem dla niektórych z topowych europejskich lig, gdy do ludzie nimi zarządzających w końcu dotrze, że pieniądze nie spadają same z nieba co miesiąc” – wieszczy Seifert.
Piłkarze mocno zatem potanieją, lecz to jeszcze nie powód, żeby przy ich wycenie, nawet szacunkowej, obrażać futbolowych gigantów, jak wspomniany Lewandowski, ale przede wszystkim Leo Messi, którego obecną wartość transfermarkt.de szacuje na 112 mln euro, czy Cristiano Ronaldo wycenianego na ledwie 60 mln euro. Pomijając klasę i dokonania tych wielkich graczy, o ich faktycznej wartości wciąż przecież stanowi to, ile znaczą w swoich zespołach i co im swoją grą zapewniają. Oni na pewno więcej wnoszą niż Raheem Sterling w Manchesterze City, którego wyceniono na 128 mln euro, czy nawet wspomniany Neymar, przeceniony na taką sama kwotę, albo Saido Mane i Mohamed Salah z Liverpoolu, warci według niemieckiego portalu po 120 mln euro. Może więc zdumiewać, że w najnowszym zestawieniu Leo Messi jest dopiero 12, Cristiano Ronaldo 43., a Lewandowski 47.
Prawdziwą cenę dyktują kluby
To, że ta trójka graczy jest już po „30”, nie jest żadnym argumentem uzasadniającym ich degradację na liście najcenniejszych graczy na świecie. Ale muszą wrócić na boisko, żeby zawstydzić tak nisko wyceniających ich aktualną wartość piłkarską „fachowców” z niemieckiego portalu.
Jak bardzo kwoty podawane w zestawieniu transfermarkt.de są nieadekwatne do rzeczywistej wartości zawodników, dowodzi choćby przykład Pierre’a-Emericka Aubameyanga, którego niemiecki portal wycenił na 56 mln euro, podczas gdy Arsenal Londyn jest gotów już latem oddać Gabończyka za połowę tej kwoty. A zatem taka właśnie jest aktualna rynkowa wartość tego gracza.
Inny przykład to Wojciech Szczęsny, którego w Juventusie cenią i wedle działaczy tego klubu do ewentualnej sprzedaży reprezentanta Polski skłonić by ich mogła tylko jakaś „bardzo szalona oferta”. Pod tym określeniem kryje się kwota nie mniejsza niż 60 mln euro, co oznacza, że właśnie tyle jest obecnie wart polski bramkarza. A w zestawieniu transfermarkt.de nie ma go nawet w czołowej „50” najdroższych graczy.
Poza tym można odnieść wrażenie, że twórcy transferowych wycen nie zawsze biorą pod uwagę dokonania zawodników. Owszem, Francuza Ousmane Dembele w końcu po ponad dwóch wybitnie nieudanych latach w Barcelonie przecenili ze 120 mln na 56 mln euro, tyle że właśnie na taką kwotę wyceniają teraz wartość Lewandowskiego, chociaż Polak przez ostatnie 2,5 roku pobił mnóstwo strzeleckich rekordów.


Najdrożsi wg. Transfermarkt.de

  1. Kylian Mbappe, 21 lat, Francja, Paris Saint-Germain, 180 mln euro;
  2. Raheem Sterling, 25, Anglia, Manchester City, 128 mln euro;
  3. Neymar, 28, Brazylia, Paris Saint-Germain, 128 mln euro;
  4. Sadio Mane, 27, Senegal, FC Liverpool, 120 mln euro;
    – Mohamed Salah, 27, Egipt, FC Liverpool, 120 mln euro;
    – Harry Kane, 26, Anglia, Tottenham, 120 mln euro;
    – Kevin De Bruyne, 28, Belgia, Manchester City, 120 mln euro;
  5. Jadon Sancho, 20, Anglia, Borussia Dortmund, 117 mln euro;
  6. Lionel Messi, 32, Argentyna, FC Barcelona, 112 mln euro;
  7. Trent Alexander-Arnold, 21, Anglia, FC Liverpool, 99 mln euro;
  8. Antoine Griezmann, 29, Francja, FC Barcelona, 96 mln euro;
  9. Joao Felix, 20, Portugalia, Atletico Madryt, 81 mln euro;
    – Kai Havertz, 20, Niemcy, Bayer Leverkusen, 81 mln euro;
  10. Bernardo Silva, 25, Portugalia, Manchester City, 80 mln euro;
    – N’Golo Kante, 29, Francja, Chelsea Londyn, 80 mln euro;
    – Leroy Sane, 24, Niemcy, Manchester City, 80 mln euro;
    – Virgil van Dijk, 28, Holandia, FC Liverpool, 80 mln euro;
    – Paul Pogba, 27, Francja, Manchester United, 80 mln euro;
    – Jan Oblak, 27, Słowenia, Atletico Madryt, 80 mln euro;
    – Eden Hazard, 29, Belgia, Real Madryt, 80 mln euro;
  11. Erling Haaland, 19, Norwegia, Borussia Dortmund, 72 mln euro;
    – Frenkie de Jong, 22, Holandia, FC Barcelona, 72 mln euro;
    – Paulo Dybala, 26, Argentyna, Juventus Turyn, 72 mln euro;
    – Serge Gnabry, 24, Niemcy, Bayern Monachium, 72 mln euro;
    – Saul Niguez, 25, Hiszpania, Atletico Madryt, 72 mln euro;
    – Roberto Firmino, 28, Brazylia, FC Liverpool, 72 mln euro;
    – Alisson Becker, 27, Brazylia, FC Liverpool, 72 mln euro;
    – Marc-Andre ter Stegen, 27, Niemcy, FC Barcelona, 72 mln euro;
  12. Romelu Lukaku, 26, Belgia, Inter Mediolan, 68 mln euro;
    – Christian Eriksen, 28, Dania, Inter Mediolan, 68 mln euro;
  13. Matthijs de Ligt, 20, Holandia, Juventus Turyn, 67,5 mln euro;
  14. Lautaro Martinez, 22, Argentyna, Inter Mediolan, 64 mln euro;
    – Rodri, 23, Hiszpania, Manchester City, 64 mln euro;
    – Sergej Milinkovic-Savic, 25, Serbia, Lazio Rzym, 64 mln euro;
    – Marcus Rashford, 22, Anglia, Manchester United, 64 mln euro;
    – Andrew Robertson, 26, Szkocja, FC Liverpool, 64 mln euro;
    – Dele Alli, 23, Anglia, Tottenham, 64 mln euro;
    – Timo Werner, 24, Niemcy, RB Lipsk, 64 mln euro;
    – Raphael Varane, 26, Francja, Real Madryt, 64 mln euro;
    – Joshua Kimmich, 25, Niemcy, Bayern Monachium, 64 mln euro;
    – Heung-min Son, 27, Korea Płd, Tottenham, 64 mln euro;
  15. Casemiro, 28, Brazylia, Real Madryt, 64 mln euro;
  16. Aymeric Laporte, 25, Francja, Manchester City, 60 mln euro;
    – Marco Verratti, 27, Włochy, Paris Saint-Germain, 60 mln euro;
    – Mauro Icardi, 27, Argentyna, Paris Saint-Germain, 60 mln euro;
    – Cristiano Ronaldo, 35, Portugalia, Juventus Turyn, 60 mln euro;
  17. Gabriel Jesus, 23, Brazylia, Manchester City, 56 mln euro;
    – Arthur, 23, Brazylia, FC Barcelona, 56 mln euro;
    – Ousmane Dembele, 22, Francja, FC Barcelona, 56 mln euro;
    – Lucas Hernandez, 24, Francja, Bayern Monachium, 56 mln euro;
    – Jose Gimenez, 25, Urugwaj, Atletico Madryt, 56 mln euro;
    – Ederson, 26, Brazylia, Manchester City, 56 mln euro;
    – Fabinho, 26, Brazylia, FC Liverpool, 56 mln euro;
    – Philippe Coutinho, 27, Brazylia, Bayern Monachium, 56 mln euro;
  • Kalidou Koulibaly, 28, Francja, SSC Napoli, 56 mln euro;
    – Pierre-Emerick Aubameyang, 30, Gabon, Arsenal Londyn, 56 mln euro;
    – Robert Lewandowski, 31, Polska, Bayern Monachium, 56 mln euro.