Rynek wolności i obietnic My, socjaliści

Polska jest dziś pełna niespodzianek. Na pewno można dostać za darmo obietnicę wolności i kolejne 500+. Co nas czeka jeszcze w tym świecie przedwyborczym – nikt nie wie, a populiści są nieprzewidywalni. Bardzo martwię się o przyszłość książki, jako nośnika idei i informacji, bo zabija ją nie tylko technologia, ale również kolejna wojna, w którą wchodzą wielkie siły współczesnej Polski.

Jeden i internautów

rzucił kilka dni temu na FB taką oto myśl: W jednym kościele pali się książki o „Harrym Potterze” a w drugim przyjmuje się z honorami czytelników i entuzjastów książki Hitlera „Mein Kampf”. Jeśli więc przyjąć, że warto pochylić się nad tym wpisem, to rodzi on pytanie, czy ofiarą jest książka, czy też ofiarą jest wolność i prawa dostępu do wartości ponadmaterialnych. Opisany incydent palenia książek i gadżetów młodzieżowych w jednym z gdańskich kościołów stanowić powinien przyczynek do szerszej dyskusji społecznej o prawach i wolnościach człowieka, szczególnie Polaka, który znalazł się na styku dwóch wielkich prądów cywilizacyjnych. Z jednej strony postępu i nowoczesności, które wyznacza doświadczenie demokratyczne i technologia, z drugiej zaś strony średniowieczna ciemnota, stanowiąca paliwo dla walki politycznej.

Sprzeczność

obydwu tych zdarzeń – obietnicy wolności i incydentu wyznaczającego zapowiedź cenzury, a więc ograniczenia wolności, jest ewidentna i nakazuje zastanowić się nad rangą oszustwa, jakie wychodzi z obozu władzy. Władza jest zdeterminowana, a Kościół jako jedno z jej narzędzi robi co może, aby zachować swoje wpływy – zarówno polityczne, jak i materialne.

Można przypuszczać,

że cała inicjatywa wypływa ze strachu ordynariusza gdańskiego, który zrodził się na skutek upowszechnienia wiedzy dotyczącej kolizji z prawem, postępowania w przeszłości, szanowanego do niedawna księdza J. Arcybiskup jako znany wojownik prawdopodobnie postanowił się odegrać. Uruchomiono więc informację i upubliczniono widok symbolicznego, pierwszego w wolnej Polsce, w XXI wieku stosu. Za tym poszły zdjęcia z zaprzysiężenia w częstochowskiej katedrze kilkudziesięciu rosłych narodowców. Przekaz jest jasny: wasza wolność jest ograniczona (jej symbol – książka spłonie), a jak się nie dostosujecie, to zajmą się wami nasi wierni ludzie.
Osoby komentujące ten kościelny happening nie kryły swojego oburzenia. Wielu zauważało, że wkrótce przyjdzie czas na palenie ludzi, u innych pojawiły się skojarzenia z kampanią palenia książek w III Rzeszy, w latach 30. ub. wieku. Jeden z religioznawców przypomniał przy okazji, że palenie ksiąg wywodzi się z trydenckiej, sarmackiej religijności.

W średniowieczu

zagrożeniem mieli być nasi sąsiedzi i przeciwnicy – muzułmanie, a później prawosławni czy luteranie. Trzeba było się przed nimi bronić, a symbolicznie zniszczyć. Takie podejście „konfrontacyjne” było wówczas popularne w całej Europie. Jednak o ile w wielu krajach tego rodzaju religijność zanikła, tak u nas duch „wojującego Kościoła” ma się całkiem dobrze.
Z dużym niepokojem patrzę na rozwijający się w Polsce spór cywilizacyjny, dotyczący rozwoju i miejsca człowieka w społeczeństwie. Mamy przynajmniej trzy opcje, które czują się uprawnione do walki o swoją wizję: konserwatywną, wybiegającą, jak widać, chwilami w średniowiecze, której zwolennikiem są aktualnie rządzący i Kościół, drugą neoliberalną, w której człowiek ze zdolnością kredytową jest elementem rynku i trzecią, rodzącą się w bólach koncepcję lewicową, człowieka – podmiotu procesów społecznych, obywatela.

Praktyka historyczna

wskazuje, ze nigdy nie jest tak, że zwycięża jedna opcja ideowa, polityczna czy cywilizacyjna. Sztuką jest porozumienie i pokojowa rywalizacja, której celem jest wolność, sprawiedliwość i dobro człowieka. Żyjemy jednak w świecie konfrontacji wartości na miarę jakości demokracji, którą sobie zbudowaliśmy. O ile dziś widać, że demokracja sprzyja myśleniu konserwatywnemu, o tyle trzeba wierzyć, że budując ją według współczesnych wzorców odrzucimy zarówno konserwatywny jak i neoliberalny kanon i stworzymy stan stosunków społecznych i organizacji państwa w oparciu o wartości socjalizmu demokratycznego. Nie jest to nowa idea i nowe doświadczenie. Polskiej demokracji trzeba pomóc, aby przezwyciężyła swoje słabości i wielką skalę niemożności. Dobrym pierwszym krokiem byłoby powszechne zaangażowanie obywatelskie w budowę ideału, który wynika z hasła „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Przed polską lewicą

stoi z tego powodu wielkie zadanie na wybory europejskie w maju i parlamentarne w październiku 2019 – wypromowanie tych wartości i zdobycie dla nich poparcia społecznego.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Bogactwo a zasobność – problem współczesności

Od zawsze ten który dużo posiadał był bogaty, dziwne ale teraz przestaje to być oczywiste.

 

Może się też wydawać, że poruszane przeze mnie kwestie to „oczywiste oczywistości” – ale prawda jest taka, że wiek XXI zweryfikował te pojęcia. Wcześniej – owszem, szły one w parze.
Od zarania dziejów zawsze ktoś, kto posiadał dużo dóbr – był z automatu „bogaty”. Dziś jednak w wysoko rozwiniętych krajach ogół społeczeństwa żyje bardzo bogato, ale – co zastanawiające – posiada coraz mniej na własność. Częstokroć teraz posiadanie nie daje przychodu ale daje obciążenia.
Jeszcze 100 lat temu ogół ludności w Polsce był w jakimś stopniu panem swego losu. Większość „włościan” czy rzemieślników posiadała środki produkcji na własność. Własna ziemia, własny sprzęt, własny dom, własny inwentarz. Tak było jeszcze w pokoleniu naszych dziadków, których wciąż dobrze pamiętamy. To byli prawdziwi włodarze. Pracowali ciężko, żyli najczęściej biednie, ale jednak nie ulegali mirażom tak wszechobecnego dziś populizmu.
Oni nie szukali sobie wodzów i zbawicieli narodu – dlatego, że ich los zależał w dużej mierze od nich samych. Zbawicielem był od zawsze Pan w Niebiesiech. Gdy był urodzaj – wszyscy szczęśliwi i wszyscy na tym korzystali; gdy nieurodzaj – pretensje wznoszono do Pana Boga, ale i do własnego lenistwa albo braku zapobiegliwości.
Narzędzia pracy pozwalały tylko na rozproszony system produkcji. Jeżeli szewc miał tylko kopyto i młotek – mógł, co najwyżej zatrudnić 2 do 4 czeladników, nie więcej. Gdy obrabiano pola, to bez mechanizacji zespół rodzinny mógł wspólnymi siłami obsiać bądź zebrać tylko z kilka hektarów. W tej chwili mamy ciągniki, które orzą całe noce i dnie bez kierowcy. Powstanie np. chińskiej megafermy na milionie hektarów w Afryce , to rzeczywistość – w dodatku bez niewolników!
Powstawanie fabryk bez pracowników też nikogo już nie dziwi. Gdy 10 lat temu przejeżdżałem ze znajomym Niemcem blisko Browaru w Schkeuditz w Saksonii, mój znajomy pokazał palcem i powiedział: „Byłem tam w zeszłym tygodniu, pokazali mi halę rozlewu i – nie do wiary – tam był tylko jeden człowiek. Na dodatek jeszcze wzięli czarnego, bo taniej”.

 

Co znaczy „globalizacja”?

Co oznacza dla nas koncentracja produkcji i kapitałów, co niesie ze sobą mechanizacja, automatyzacja i robotyzacja? Otóż to wszystko przyśpiesza , przyspieszone odchodzenie od bycia włodarzami, gospodarzami, właścicielami własnych warsztatów pracy.
Stajemy się natomiast dostatnio uposażonymi wyrobnikami. Te wszystkie procesy prowadzą do wyższej wydajności i obniżania cen towarów.
Cóż, coś za coś: tracimy być może małe, przytulne sklepy, indywidualne gospodarstwa, rzemiosło, za to kupujemy więcej i taniej w supermarketach. Należy pamiętać, że wszyscy ludzie w nich pracujący to już tylko najemnicy.
Śmiem twierdzić, że wręcz warunkiem współczesnego dobrobytu jest utrata powszechnej niedawno niezależności gospodarczej i indywidualnych środków produkcji szerokich mas ludności. Ogół społeczeństwa w bogatych krajach żyje dostatnio, ale musi stracić coś, co nazywa się zasobność. Tę zasobność traci się łatwo i bezboleśnie, bo w zamian wchodzi się do elitarnego „klubu bogatych”.
Gdy nasz dziadek kupił kawałek pola, to tym samym powiększał swój zasób i pośrednio swoje bogactwo. Gdy budował dom czy zabudowania, to robił to „za swoje” i wkrótce pozwalało mu to na zwiększenie inwentarza – pośrednio produkcji i wzrost bogactwa.
Najczęściej przeciętny rolnik przez całe życie pracował w pocie czoła, dorabiał się – żył skromnie, ale zawsze był „na swoim”. Gdy rodziło się kolejne dziecko, przyjmowano je jak dar losu, bo wychodzono z założenia, że tam, gdzie dwoje się uchowało to i trzecie się uchowa.
Masy ludności żyły biednie, lecz miały coś, czego nie da się kupić za pieniądze, miały biedną

 

pewność losu.

Dziś 43 procent obywateli USA cierpi na bezsenność. Nie śpią , bo rozmyślają: „co z naszym zakładem, koncern już buduje nową fabrykę w Chinach…; „co z pracą w banku, w przyszłym roku łączenie filii i na pewno nie będzie dwóch działów marketingu i księgowości…”; „co ze spłatą domu, zostały jeszcze 22 lata kredytu, samochód się starzeje, a z przedmieścia wszędzie daleko…”.
Zwykle wykwalifikowani pracownicy nawet po zwolnieniach znajdują gdzieś niezłą pracę. W konkurencyjnej gospodarce upadłości są normą, a wydajniejsze firmy nieustannie wypierają słabsze, towar tanieje, znów można za mniej kupić więcej.. Jednak ten stan „bogatej niepewności” zabija – dosłownie! – chęć „mnożenia się”. Ludzie boją się zakładać rodziny.
Jak wytłumaczyć paradoks, że w ubogich krajach przyrost naturalny jest nieodmiennie wysoki, a w takiej na przykład Francji mnożą się głównie ludzie napływowi? Decyzje o rozrodzie to coś, co umyka prostym wyjaśnieniom.
Gdy na sawannie panuje susza, antylopy stają się niepłodne lub następują poronienia. Gdy kobiety w wielkich korporacjach wchodzą w męskie współzawodnictwo – poczynają dzieci późno lub zgoła wcale.
To po prostu biologia. Prawa natury są jak prawa fizyki: dotyczą wszystkich, a najczęściej o ich działaniu nie mamy bladego pojęcia. Czym we wszechświecie jest szara materia i ciemna energia – nie wie nikt. Nawet Einstein czy Hawking.
Współcześnie kiedy młody, dobrze zarabiający człowiek chce się zabezpieczyć finansowo na przyszłość , jak to robili zawsze przodkowie – kupuje duży apartament na kredyt, bo, jak wiadomo, ,,nieruchomości zawsze w perspektywie czasu drożeją,,. Kupuje bardziej oszczędny, a przez to droższy samochód. Kupuje tak, jak radzi „Murator”: „Chcesz mieć ciepłą wodę użytkową za darmo, to kup panele”. Przecież ta prymitywna i kłamliwa reklama twierdzi że kupując otrzymasz coś za darmo. W rzeczywistości w naszym klimacie otrzymywanie ciepłej wody z solarów jest niepewne i bardzo drogie.
Inwestując w drogi, ładny dom – kupujesz pewność, że w gorszych czasach go nie sprzedasz, a jeżeli już, to z dużą stratą. W okresie dekoniunktury sprzedają się wyłącznie małe domy. Taki dom oznacza wyłącznie większe koszty elektryczności, ogrzewania i… wyższe podatki – o czym boleśnie przekonali się np. Hiszpanie i Grecy. Drogi, teoretycznie oszczędny samochód, np. hybryda to również inwestycja, która powiększa tylko koszty i w porównaniu ze skromniejszym samochodem jest zwyczajnie nieopłacalna.
Młodzi ludzie to dziś niewolnicy kredytów. Nie mają możliwości skutecznego inwestowania w majątek produkcyjny. Stają się bogaci gdy wszystko spłacą są już starzy i nic im z bogactwa. To tak jakby odkładać przyjemność z odbywania stosunków cielesnych… na starość. Nie mówię żeby nie oszczędzać ,ale możliwości inwestowania są bardzo ograniczone do wąskiej grupy.

 

Problem powszechnego populizmu

To zjawisko zawsze wynika z potrzeby chwili. Kiedy ludzie nie radzą sobie z okolicznościami losu, szukają przywódców, którzy wycisną z coraz węższego grona właścicieli daniny dla ogółu, podczas gdy ten w swej masie dawno już stracił narzędzia niezależności.
Poważne Partie socjalistyczno-ludowe mają małe poparcie, bo ludzi poważnie skrzywdzonych materialnie jest coraz mniej, prócz tego żadne szanujące się ugrupowanie polityczne nie da więcej niż obiecają populiści. Niemcy uwierzyli kiedyś wybitnemu populiście i 12 lat jego rządów znaczyło 7 milionów zabitych Niemców. Historia nie uczy się na błędach innych, trzeba sparzyć trzeba się samemu.
Czy danina w postaci postępującej niesamodzielności materialnej w zamian za względy dostatek jest warta swojej ceny, oceńcie państwo sami. Marzenie jednak o tym, by żyć sielsko, anielsko i na dodatek ekologicznie może okazać się mrzonką kiedy na świecie mamy już 7,5 miliarda ludzi.