Młodości, ty nad poziomy wylatuj

Kiedy kazali nam czytać „Odę do młodości” ,Adama Mickiewicza, a było to niemal sześćdziesiąt lat temu, nie byliśmy zachwyceni.

Kilka lat później, kiedy skończyliśmy studia, a był to początek epoki gierkowskiej, zaangażowaliśmy się w pracę zawodową. Zapamiętaliśmy ten czas, że zaangażowanie popłaca. Potem ożenek i oczekiwanie pierwszego potomka. Wtedy można było liczyć na mieszkanie spółdzielcze z przedpłat, a także na talon na samochód, a być może wyjazd zagraniczny. Do dziś, mimo że minęło 50 lat od tamtego czasu wspominamy wyjazd autokarem z kilkudziesięcioma kolegami do RFN-u i Szwajcarii. Po obu stronach granicy, przechodzącej wzdłuż jeziora Bodeńskiego zainteresowały nas przede wszystkim wystawy sklepowe, spotkania z rówieśnikami z młodzieżówki SPD i zamki nad Renem. Miłe wspomnienia.

Dzisiaj często, jak idziemy na spacer, zwłaszcza wzdłuż Wisły, widzimy młodzież stojącą na betonowych schodach nad brzegiem rzeki, czy też dobijającą się do zamkniętych drzwi lokali, które po chwili otwierają się. No cóż, młodość ma swoje prawa. Dzisiaj, od dwudziestolatków często słyszymy, że są pokoleniem ani, ani. Anie nie pracują, ani nie uczą się. Słyszymy też od nich:” szlachta nie pracuje”. Nic przeciwko niepracującej szlachcie nie mamy, lecz jak długo tak można?

We współczesnym dyskursie o polityce warto zwrócić większą uwagę niż do tej pory na przyszłość tego młodego pokolenia określanego przez demografów jako pokolenie „żet”, albo „milenialsi”. Fakt, że przez kilka lat ci młodzi nie będą pracować, nic się nie złego nie stanie. Przed wybuchem pandemii, chwytali się różnych prac dorywczych. Wielu z nich są utrzymywani przez rodziców lub dziadków, mieszkanie w przyszłości odziedziczą być może po dziadkach. Ale jak długo tak można?

Warto pomyśleć aby stworzyć temu pokoleniu pewniejsza niż obecnie perspektywę na przyszłość. Na razie młodzi ludzie o starości i emeryturze nie myślą. Czas pędzi szybko, już za 20, 30 lat, gdy będą obliczać lata składkowe do emerytury, według obecnych zasad, może im kilku lat zabraknąć.

Warto też pomyśleć o ich ubezpieczeniu zdrowotnym z tytułu pracy dorywczej lub dlatego, że skończyli 18 lat, a trudno im znaleźć pracę.
W przestrzeni publicznej podnoszony jest problem płacy podstawowej, należnej każdemu dorosłemu, czy emerytury obywatelskiej. Warto chyba, aby Lewica pochyliła się nad tym projektem i spróbowała sformułować możliwe do realizacji postulaty.

Rynek pracy przechodzi szybko niedostrzeganą lub rzadko dostrzeganą transformację społeczną od społeczeństwa przemysłowego, ku społeczeństwu usług. Jakie to będzie społeczeństwo, tego jeszcze nie wiemy, a świadczy to fakt, że niektórzy chcą odbudowywać „klasę średnia”. W przyszłości należy się spodziewać ograniczania pracy etatowej, a wzrastać będzie liczba miejsc pracy, jak to się dziś mówi „ free lancer`ow”, czyli wolnych strzelców. Tego trendu nie da się odwrócić i należy więc opracować i poddać pod dyskurs publiczny nowe rozwiązania.

Obaj wychowaliśmy się działając w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich. To były dla nas fantastyczne lata. Dzisiaj warto stworzyć wszystkim chętnym możliwość wymiany poglądów, opinii i informacji za pośrednictwem internetu.

Z radością dowiedzieliśmy się o sukcesach pracy młodzieżówki Lewicy. Oby tak dalej. Wydaje się, że współczesna młodzież preferuje doraźne działania.
Wielokrotnie w ostatnich latach byliśmy świadkami wielotysięcznych pochodów na ulicach naszych miast. Może warto, w miarę możliwości rozbudować i ustabilizować struktury organizacyjne tej młodzieży, też przez młodzieżówkę Lewicy.

Pandemia koronawirusa odcisnęła już silne piętno na życiu każdego z nas. Coraz bardziej jest oczywiste, że nie ma powrotu do miejsc pracy sprzed pandemii. Jeśli któryś z pracodawców przekonał się, że może mieć pracowników pracujących zdalnie, to po co mają w jednym pomieszczeniu od 8oo do 16oo. Wiąże się to przecież z kosztami ogrzewania, sprzątania, opłat za energię elektryczną.

Nasze pokolenie pracowało między innymi w centralach handlu zagranicznego, hucie Warszawa, FSO. Gdzie teraz pracuje młodzież? Pytamy ich często o to. Najczęściej odpowiadają, że ich praca polega na pracy przy komputerze, tzn. pośredniczą przy szukaniu pracy, zamawianiu zakupów one-line. Inni z nich są dostawcami tych zamówień. Często nie chcą się do tych zadań przyznać.

Taka sytuacja na rynku pracy najprawdopodobniej szybko się nie zmieni, może w ogóle się nie zmieni. Tak jest teraz rzeczywistość. W końcu huta Warszawa zanieczyszczała powietrze.

Jednak warto zaoferować współczesnej młodzieży pewna ścieżkę postępowania, stabilizującą indywidualny rozwój każdego z nich. Każdy z nich podejmie te ścieżkę w różnym tempie, jedni szybciej, inni wolniej, dla każdego winna być możliwość owej podróży.

Jeśli chodzi o idee dochodu podstawowego, to też należy to rozważyć. Nie chodzi o to by rozdawać wszystkim zasiłki,albo żeby każdy mógł grać na giełdzie, ale żeby stworzyć właściwą szansę indywidualnego rozwoju w procesie pracy.

Ci ludzie, z dnia na dzień nie staną się aktywistami Lewicy. Warto jednak na początek zbudować platformy społecznościowe ułatwiające włączenie się do poszukiwań indywidualnej ścieżki rozwoju i do platformy prezentującej możliwe i pożądane rozwiązania zapewniające instytucjonalne wsparcie w poszukiwaniu i podążaniu indywidualną ścieżką kariery zawodowej, także takiej zaczynającej się od rozwożenia pizzy.

Niepokoi nas tendencja popularyzacji w niektórych środowiskach idei niczym nie ograniczonej swobody. „Chodzę sobie, nic nie robię i to jest mój styl”. Przez krótki czas tak można, ale jak długo?

Wyraźnie więc plasujemy Lewicę na innym skrzydle niż rozdawnictwo i socjal z nagrodami.

Sprzeciwiamy się też wierze, że każdy powinien sobie powinien poradzić sam. Jak na pewnym napisie:” przegrałeś wszystko, idź do banku, weź pożyczkę i graj dalej”.

Z dostępnych danych wynika, że zarówno w Polsce, jak i w Europie,a le też i w USA jest dostrzegany wśród młodzieży zwrot w lewo. Jest wielka szansą dla Lewicy, ale i wielki obowiązek w odpowiedni sposób dotrzeć do tych grup młodych ludzi, zmobilizować ich i zachęcić do działania, aby w ramach prawa, stosownie do obecnych możliwości państwa i gospodarki zbudować indywidualne ścieżki rozwoju dla każdego młodego człowieka. Z całą pewnością wymagać to będzie bardzo głębokich zmian w funkcjonowaniu państwa. Trzeba będzie tak ukształtować jego struktury, by było zdolne sprostać wyzwaniom stawianym przez cywilizację usług, podołać wyzwaniom zrównoważonego rozwoju, wyjść naprzeciw oczekiwaniom szerokich grup społecznych, w ramach publicystycznie określonego „Społeczeństwa 5.0” i „Gospodarki 5.0”.

Trudno jest dzisiaj jednym zdaniem powiedzieć jakie to będzie owe „Społeczeństwo 5.0”, czy „Gospodarka 5.0”. Na pewno inne niż to się jeszcze kilka lat temu mogło wydawać.

Spacerując wzdłuż Wisły dyskutujemy o dziejach ludzkiej cywilizacji. To są fascynujące rozmowy. Na temat dziejów ludzkiej cywilizacji ukazało się sporo publikacji. Między innymi praca Frederica Laloux`a „Pracować inaczej” (Studio Emka 2015), czy Nialla Fergusona „ Rynek i ratusz ” (Wydawnictwo Literackie, 2020).

Co z tego dla nas wynika? Czas mija, ludzie się zmieniają, żyje się coraz inaczej. Jednak, czy w średniowieczu, czy w epoce odrodzenia, spośród ogółu pracujących wyrasta grupa, która umiejętnie koncentruje wyniki pracy wszystkich, lecz nie zawsze dla wszystkich.

Dziś niestety też pojawili się w świecie finansów , informatyki, ludzie którzy na ogół nie znani szerszej opinii publicznej, ściągają krociowe dochody ze swej działalności.

Jeremy Rifkin kilka lat temu napisał książkę „Społeczeństwo zerowych kosztów krańcowych” prezentując wizję „Nowego ładu” ( ładu neoliberalnego). Jest tam zarysowana idea współdzielenia. To już w pewnym zakresie dzieje się. Na przykład znalezienie przez internet osoby, która podwiezienie samochodem kogoś , kto tego akurat potrzebuje, jadąc w tym samym kierunku, czy pomoc drogą internetową w zebraniu określonej kwoty na leczenie chorego onkologicznie.

To oczywiście nie rozwiąże problemów społecznych, ale jest jakąś ścieżką ku rozwiązaniu proponowanego przez Dariusza Jemielniaka i Aleksandry Przegalińskiej w pracy „Społeczeństwo współpracy”. Z pewnością wspólnota od razu nie zadziała, lecz jakaś forma zbiorowej, obywatelskiej odpowiedzialności za państwo na pewno jest potrzebna. Czasami mówimy w tym kontekście o społeczeństwie obywatelskim, może tak, może inaczej, ale żeby była zbiorowa presja na korektę pewnych żywiołowych procesów gospodarczych ku współczesnemu Społeczeństwu 5.0, to lewicowy rząd mógłby dać radę.

Być może że jest możliwe poprzez działanie państwa, we współpracy z grupą państw, przynajmniej należy próbować, dokonać korekty dróg kształtowania się cywilizacji usług, dopóki nie jest za późno. Państwo może, przy aktywnym wsparciu określonych grup społecznych, pewnie, że nie miłośników darowizn, ani też krzykaczy o indywidualnym sukcesie, o tym ,że może to być tylko kilka procent ogółu, to już rzecz jasna się nie mówi…, ale może podjąć te prace Lewica. Lewica identyfikująca, monitorująca i stymulująca ścieżki rozwoju społecznego i gospodarczego, aby każdy miał szansę, o ile będzie się starał, powiązać koniec z końcem, nie koniecznie na poziomie biedy, lecz trochę, no może trochę więcej, lepiej.

W świecie współczesnym coraz powszechniej mówi się o potrzebie korekty funkcjonowania finansów. Konieczna jest większa jawność przepływów finansowych i korekta warunków przepływu tych strumieni finansowych aby w większym stopniu niż dzisiaj trafiały one do wszystkich tych, którzy pracują na wygenerowanie tych strumieni, także tych którzy rozwożą pizzę.
Porządkując szafę jednemu z nas, udało się znaleźć z 1996 roku książkę Diego Camerona „Historia gospodarcza świata”. Mówi ona , że na przestrzeni pięciu tysięcy lat historii, gdy coś idzie dobrze, to zawsze się znajdzie grupa, która strumyczek zysków prywatyzuje. Kilka procent pracujących w danym zakresie, czy to na roli, czy w fabryce, czy w usługach, ów strumyczek finansowy kieruje do swojej kieszeni. Można temu zaradzić. Konieczna jest transparentność przepływu tego strumienia finansowego.

Młodości ty nad poziomy wylatuj.

Globalny dualizm kryzysowy

Nie straszę Czytelników nieuchronną Apokalipsą ani też nie uspokajam i nie usypiam ich czujności na zasadzie: „ludzie, nic się nie stało, nic się nie dzieje i nic się nie stanie”! Wręcz przeciwnie.

Czarno to widzę:
ale bez przesady – jest to istotnie spojrzenie na rzeczywistość przez „czarne okulary”, wszakże spojrzenie jak najbardziej realistyczne. Życie nauczyło mnie zimnego realizmu i nieugiętego obiektywizmu. Faktem jest, przyznaję bez bicia, że za czasów studenckich patrzyłem na świat przez „różowe okulary”, nader optymistycznie i surrealistycznie. Ale naonczas moja wiedza cywilizacyjna była jeszcze fragmentaryczna. Stałem się wtedy niepoprawnym umiarkowanym optymistą/surrealistą. Ale jeszcze bardzo dużo musiałem się nauczyć o rozwoju i o niedorozwoju cywilizacji ludzkiej, aby, jako tako, rozumieć, o co naprawdę w tym chodzi? Takoż nauka ta sprawiła, iż, po wielu latach stałem się, nolens volens umiarkowanym pesymistą/realistą. W takim duchu tworzę też niniejsze opracowanie, marząc o tym, aby powrócić kiedyś do statusu umiarkowanego optymisty/realisty; ale mam świadomość, iż raczej to niedoczekanie moje (i nasze wspólne). Dziwię się przeto współczesnym młodzikom, nie tylko lemingom i lemurom, którzy już się zgrywają bezpodstawnie i bezwiednie na optymistów/surrealistów.
Najpierw parę słów o tytule, który, zresztą, mówi sam za siebie i sygnalizuje treści, które chcę poruszyć. De facto, żyjemy z czasach dwóch monstrualnych i równoczesnych kryzysów globalnych – pandemicznego i ekonomicznego. Każdy z tych kryzysów z osobna może okazać się zabójczy dla rodzaju ludzkiego i dla życia na Ziemi, a co dopiero oba razem do kupy?! Ww. kryzysom makro towarzyszy multum pomniejszych kryzysów, równie groźnych, a mianowicie: finansowy, społeczny, ideologiczny, ekologiczny, klimatyczny, strategiczny/militarny, terrorystyczny, oświatowy, żywnościowy, rasowy, religijny i wiele, wiele innych. Oto parę tzw. makro danych dla uzasadnienia hipotezy o szkodliwości dualizmu kryzysowego dla rodzaju ludzkiego: według stanu na dzień 16.09.2020 r., liczba chorych na COVID – 19 w świecie wyniosła 29.582.122 osoby, a liczba zgonów – 935.211 (odpowiednie dane dla USA: 6.606.561 i 195.942). Zaś jeśli chodzi o globalny kryzys gospodarczy, to stopa wzrostu światowego na 2020 r. prognozowana jest na (minus) – 4,9 proc., czyli o około 2 proc. mniej niż zakładały prognozy przed pandemiczne. Z kolei, stopa „wzrostu” (czyli spadku gospodarczego) w USA w roku 2020 wyceniana jest na (minus) – 4,9 proc. !
Niniejsze opracowanie koncentruje się, w szczególności, na ewolucji cywilizacji ludzkiej, fauny i flory na Ziemi, na rozwoju społeczno – gospodarczym w okresie post jałtańskim i po obaleniu „muru berlińskiego”. Analiza prezentuje się więc w oryginalnym ujęciu dynamicznym, adekwatnie do rozwoju wydarzeń, często znacznie je wyprzedzając w czasie bądź też analizując je skrupulatnie in statu nascendi lub post factum. Jeśli zaś chodzi o treści, to – w ogólności – relatywnie mało jest opracowań na omawiane tematy kojarzących elementy politologiczne, ekonomiczne, finansowe, strategiczne, społeczne i ekologiczne. Zaś od strony metodologicznej – moje podejście jest spokojne, racjonalne i wyważone oraz wolne od skrajności. Piszę wprost, po ludzku, o tym, jak rzeczy mają się „tak naprawdę”.
O trudnych sprawach piszę zdecydowanie i odważnie, gdyż taką mam już naturę. Nie taję, przy tym, iż odczuwam dużą satysfakcję z tego powodu, że niemało moich prognoz sprzed wielu lat sprawdza się obecnie co do joty (np. w sprawach globalnych, amerykańskich, chińskich, kryzysowych czy dotyczących zjednoczenia i rozwoju Niemiec). Ale jednocześnie przykro mi, że ostrzeżenia „proroków”, futurologów i wielu mądrych ludzi na świecie – to ciągle głosy „wołających na puszczy”, z reguły lekceważone przez decydentów. Dlatego też jest tak, jak jest; a będzie jeszcze „lepiej”. Jednak mój dylemat psychologiczno – intelektualny jest poważny: czy słuszniej jest nie wiedzieć o pewnych „strasznych rzeczach” i spać spokojnie; czy też wiedzieć o nich rzetelnie i również… spać spokojnie. Z obydwu możliwości tej alternatywy wybieram tę drugą, postępując zgodnie z zasadą: „cogito ergo sum” („myślę więc jestem”).
Główny wniosek ogólny, wynikający z własnych analiz politologicznych, ekonomicznych, socjologicznych i filozoficznych z okresu całego mego świadomego życia i pracy, jest jednak dość przygnębiający: sytuacja ludzi i innych istot żywych na Ziemi oraz naszej planety – jako instytucji wszechświatowej pogarsza się nieustannie i coraz bardziej wraz z upływem czasu. Tymczasem, zdecydowanej większości Ziemian, ciągle żyjących w błogiej nieświadomości i, nierzadko, nadmiernie przemądrzałych, wydaje się nadal, że jest wręcz odwrotnie, czyli coraz lepiej!? Traktują oni pobożne życzenia jako realia i usiłują budować swą przyszłość na kruchej tafli lodu teraźniejszości. Dotyczy to, w szczególności, pokolenia kryzysowego (30 – 40 latków), licznych ww. lemingów i lemurów, szaro komórkowych analfabetów i półanalfabetów, młodych i wiecznie młodych internautów oraz półinteligentów ślizgających się leniwie po powierzchni zjawisk zamiast ich zgłębiania. Słowem, wszystkich tych (i im podobnych), których Mario Monti, były premier włoski, określił mianem „zmarnowanego (straconego) pokolenia” („generazione perduta”), w wykładzie dnia 23 sierpnia 2012 r., w Rimini. Jednym słowem, Żyjemy w czasach wielkich dylematów i paradoksów. Oto kilka najbardziej szokujących spośród nich:
a. pokój – wojna.
Niby nie doszło III wojny światowej w starym stylu, choć nie ma pewności, że już nigdy do niej nie dojdzie?! Ale w okresie po II wojnie, było zaledwie kilka tygodni rzeczywistego pokoju, kiedy nigdzie nie grały armaty i rakiety oraz nie lała się krew. Obecnie trwa też wiele wojen domowych i regionalnych oraz conajmniej cztery „branżowe” wojny światowe: ekonomiczna, surowcowa, informatyczna i terrorystyczna (zwyczajny terroryzm walczy z terroryzmem państwowym i vice versa);
b. nędza – bogactwo.
Stale pogłębia się przepaść między biegunem nędzy a biegunem bogactwa w poszczególnych krajach i w skali światowej. Kryzys globalny nasilił to zjawisko. Według najnowszych danych MFW – w Luksemburgu występuje największy PKB per capita – 113.196 USD (!); zaś najniższy – w Sudanie Południowym, zaledwie 275 USD. Kilka miliardów ludzi dysponuje zaledwie kwotą 1 – 2 USD na dzienne utrzymanie, zaś fortuny kilku procent bogaczy wzrosły niebotycznie. Znane hasło alterglobalistów amerykańskich: „99 proc. biednych i 1 proc. bogatych w USA i na świecie” jest prawdziwe lub bliskie prawdy;
c. humanizm – zezwierzęcenie.
W zastraszającym tempie postępuje dehumanizacja i brutalizacja stosunków międzyludzkich i międzynarodowych. Człowiek oraz jego dobro i życie liczy się coraz mniej. Starożytne powiedzenie: „homo homini lupus est” nabiera teraz przerażających rozmiarów i tragicznego wydźwięku. Człowiek oddala się coraz bardziej od swego ideału/pierwowzoru stworzonego przecież „na obraz i podobieństwo boże”. To wynik neoliberalnej ideologii pieniądza i związanej z nią praktyki, nędzy szerzącej się w świecie, braków surowcowych, żywnościowych i enegretycznych oraz powszechnej anarchizacji, degradacji i demoralizacji życia i ludzi, szczególnie przy pomocy zdradliwego internetu, opacznej edukacji oraz sprzedajnych, prowokacyjnych i stronniczych mediów. Na tym gruncie nasilają się coraz bardziej zjawiska nacjonalistyczne, fundamentalistyczne, faszyzujące i terrorystyczne;
d. postęp – zacofanie.
Jest to chyba najbardziej niepojęty z wielkich paradoksów cywilizacyjnych. Bowiem imponujący współczesny postęp naukowo – techniczny i praktyczne zastosowania jego owoców poprawiają sytuację tylko nielicznej grupy Ziemian (majętnych, wpływowych i utalentowanych); podczas gdy przygniatająca większość spośród nich pogrąża się coraz bardziej w otchłani tzw. wykluczenia (głód, choroby, bezrobocie, analfabetyzm, ciemnota, prześladowania, destrukcja środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, brak czystej wody i in.). Współczesnych paradoksów tego rodzaju jest znacznie więcej.
Jednocześnie najbardziej dosadnym zewnętrznym wyrazem ilustrującym ewolucję pogarszającej się sytuacji w łonie społeczności ludzkiej są fluktuacje poziomu napięcia w stosunkach międzynarodowych. Nie dysponujemy niezawodnymi instrumentami pomiarowymi owego poziomu i jednoznacznymi wynikami badań tego rodzaju. Można podawać jedynie przybliżone dane, na które składa się suma (wypadkowa) przeróżnych czynników generujących wzrost lub obniżanie poziomu napięcia. Najogólniej rzecz ujmując, w okresie postjałtańskim, kształtuje się ono sinusoidalnie, raz wyżej, raz niżej. I tak, po krótkotrwałej euforii zwycięstwa nad faszyzmem, nacjonalizmem i militaryzmem niemiecko-japońsko-włoskim, dość szybko nastała „zimna wojna” między Wschodem i Zachodem oraz szaleńczy wyścig zbrojeń, także w zakresie broni masowej zagłady i środków jej przenoszenia. Zapoczątkowano militaryzację kosmosu. Kolejne wojny: koreańska, indochińska (szczególnie wietnamska), afgańska, bliskowschodnia i wiele innych pomniejszych, kryzys kubański a nawet zbrojna konfrontacja radziecko-chińska itp. znacznie podwyższyły poziom napięcia. Pokojowa przyszłość naszej cywilizacji zawisła na włosku i wisi na nim w dalszym ciągu.
Na krótko, opamiętanie nadeszło w latach 70-tych XX wieku dzięki odprężeniu, niezaangażowaniu i pokojowemu współistnieniu. Ich symbolem była KBWE i tzw. proces helsiński. Temu zawdzięczamy, m.in., pozytywne przemiany w Europie (gdzie zapoczątkowane zostały przecież dwie wojny światowe!). W wyniku tych przemian możliwe było powstanie i rozszerzanie Unii Europejskiej. Nieco później, swoistym bezprecedensowym fenomenem dziejowym był fakt, iż rozpad ZSRR (i tzw. imperium radzieckiego) oraz zjednoczenie Niemiec (obalenie „muru berlińskiego”) dokonało się bez wojny światowej. Globalny system jednobiegunowy (USA), który powstał na gruzach dwubiegunowego, przyniósł jednak fatalne owoce dla naszej cywilizacji (wojny regionalne, kryzys globalny i in.). USA uwierzyły, wprawdzie na krótko, w swoją dominację, dyktaturę, nieomylność i niezwyciężoność w świecie, usiłując wprowadzać w nim Pax Americana. W wyniku tego, Stany Zjednoczone wywołały kolejne wojny: w Zatoce Perskiej, w Afganistanie, w Iraku, w Syrii, na Bałkanach i in. oraz wojny hybrydowe.
Nie wygrały jednak żadnej z tych wojen. Ubocznym efektem irracjonalnej Pax Americana jest także ogromna fala rewolucji i ruchów społecznych w państwach islamskich Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz morze krwi przelewanej np. w Libii, w Syrii, w Egipcie, w Iraku i w Afganistanie (nadal), w Pakistanie i in. Plus dramat emigrantów i uchodźców! W pierwszych dekadach XXI wieku poziom napięcia globalnego znów poszedł niebezpiecznie do góry, tym bardziej, iż sytuacja pogorszyła się również na Dalekim Wschodzie (np. między Chinami, USA i Japonią) oraz w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. W sumie, nawet jeśli ów poziom napięcia kształtuje się nadal sinusoidalnie, to jego wypadkowa (w linii prostej) unosi się jednoznacznie ku górze. Na tym polega wielkie niebezpieczeństwo dla świata, tym bardziej, iż nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się granica bezpieczeństwa, której nie wolno przekroczyć. W tej sytuacji, niewyobrażalne nieszczęście może zdarzyć się w każdej chwili, nawet przez przypadek, np. wygłup szaleńca, błąd człowieka, wadę sztucznej inteligencji, awarię robota czy komputera itp.
Treści merytoryczne :
W naszych czasach (i w całej historii cywilizacji ludzkiej) negatywy (i straty) rozwojowe znacznie dominują nad pozytywami (i korzyściami). Ogólny (całościowy) bilans dokonań Ziemian jest ujemny/negatywny. Jeśli coś udało się im osiągnąć (np. kolonizacja, odkrycie Ameryki, dekolonizacja, postęp naukowo-techniczny i in.) to – jakże często – w wyniku… wojen lub przygotowań do wojowania. Koszty uzyskania osiągnięć są więc nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich wartości. Teraz jednak bez porównania większa i groźniejsza jest dysproporcja i skala tego zjawiska (np. „demokratyzacja” czy „amerykanizacja” Iraku, Afganistanu, Libii, Egiptu, Syrii i in. czy nawet Ukrainy i Polski za cenę zadłużenia, morza krwi, strat i Himalajów zniszczeń). Tym bardziej, że USA i Zachodowi chodzi, przy tym, o własne interesy ekonomiczne i strategiczne, o osłonę Izraela, o ropę naftową i o gaz a nie o „demokratyzację” producentów tych surowców i innych uległych partnerów.
Uzasadnienie merytoryczne pogarszającej się – generalnie – sytuacji Ziemian i Ziemi zacznijmy od aspektów geopolitycznych. W tym zakresie, największym problemem i niebezpieczeństwem zarazem jest notoryczny brak efektywnego i optymalnego ładu międzynarodowego oraz systemu (ustroju) polityczno – społecznego w poszczególnych krajach (z nielicznymi wyjątkami, typu Chiny, Szwajcaria czy państwa skandynawskie). Można wręcz stwierdzić, iż pożądany i funkcjonalny ład międzynarodowy nie istniał nigdy w całej historii naszej cywilizacji. Ciągle walczy się o „nowy ład”, a przecież odpowiedniego starego ładu nie było! Jeśli by istniał, to nie byłoby tylu wojen i tylu nieobliczalnych i niepotrzebnych ofiar i strat, a rozwój świata dokonywałby się w normalnym trybie i dla dobra wszystkich Ziemian.
Wielcy wodzowie starożytności i średniowiecza, a później: Napoleon, Hitler, Stalin, czy Reagan usiłowali tworzyć „łady” regionalne czy światowe na miarę swej wybujałej wyobraźni i ambicji supermocarstwowych, ale żaden z nich nie przetrwał zbyt długo. Również w okresie postjałtańskim pojawił się układ sił (ład) dwubiegunowy i jednobiegunowy, ale one oba także wylądowały na śmietniku historii. Doczekaliśmy się czasów, kiedy – zamiast sensownego ładu – mamy pustkę systemową i anarchizujący nieład globalny w tej mierze. Obłudne i nieskuteczne poszukiwania ładu (np. na forum ONZ) trwają nadal, choć mało kto wie, jak ów ład ma wyglądać? Pewne nadzieje należy wiązać jednak z wielobiegunowym układem sił na świecie, pojawiającym się już na horyzoncie. Tworzą się nowe ośrodki siły i lokomotywy (pomyślniejszego?) rozwoju naszej cywilizacji: Chiny, BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska i in. Jednak, mimo zapału i entuzjazmu promotorów, kreowanie ładu wielobiegunowego następuje powoli i napotyka na ogromne przeszkody, głównie w postaci wzrostu napięcia międzynarodowego i kryzysu globalnego oraz oporu materii ze strony starego antysystemu.
Istotnym elementem obecnego nieładu międzynarodowego są tzw. organizacje pozarządowe (NGOs = Non-Governmental Organizations). Ich liczby idą w miliony. Niestety, ilość nie poprawia jakości ich działania. Wręcz przeciwnie. Liczba NGOs funkcjonujących na arenie międzynarodowej wynosi już ponad 50.000. Zaś w skali krajowej jest ich znacznie więcej: Indie – 3,5 mln (!); USA – 1,5 mln; Rosja – 277.000 itp. Nie ma praktycznie dziedziny życia i pracy, w której nie funkcjonowałyby NGOs. Ich działalność jest jednak bardzo mało efektywna; razi w niej dublowanie i brak koordynacji poczynań. Dlatego też, w rzeczywiście nowym ładzie międzynarodowym, anachroniczny i rozdęty system NGOs wymagałby radykalnej redukcji, optymalizacji i uzdrowienia. Organizacje te powinny skutecznie pomagać społeczeństwom i ludziom w potrzebie, państwom, rządom i całemu światu w rozwiązywaniu wielkich problemów i wyzwań współczesności.
Radykalnych reform i sanacji wymaga także przestarzały system rządowych organizacji międzynarodowych, szczególnie ONZ (i tzw. United Nations Family). Powstały one w diametralnie odmiennej sytuacji, niekiedy jako bękarty zmowy jałtańskiej. I od tamtej pory się nie zmieniły. Pozostały one, w zasadzie, tylko forum dyskusyjnym i propagandowym, maszynką do głosowania i, przez długi czas, potulnym elementem w prowadzeniu polityki globalnej USA. Nie może dalej być tak, iż postjałtańscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ dysponują nadal prawem weta i decydyją samowolnie za innych. Skład Rady nie odzwierciedla współczesnego układu sił na świecie (Indie, Japonia, Australia, Iran, RPA, Nigeria, Brazylia, Niemcy, Kanada itp.?). Wielkie koszty utrzymania ONZ i innych organizacji międzynarodowych nie przekładają się na pożądane efekty ich działalności. Np. szokuje opieszałość i impotencja ONZ w sprawach bliskowschodnich, ekologicznych, społecznych, terrorystycznych i w wielu innych. „Medice cura te ipsum” („lekarzu wylecz się sam”) – chce się powiedzieć.
Na ogólny nieład światowy nakłada się, co gorsza, brak odpowiedniego i optymalnego systemu (ustroju) w poszczególnych krajach (z ww. nielicznymi wyjątkami). W okresie pre– i postjałtańskim, następujące po sobie systemy waliły się jak domki z kart: neokapitalizm, liberalizm, faszyzm, sowietyzm i, wreszcie, amerykański skrajny neoliberalizm. Właśnie owe liberalizmy („niewidzialna ręka rynku” itd.) wywołały dwa wielkie kryzysy globalne, z których pierwszy doprowadził do II wojny światowej. Na palcach jednej ręki można by policzyć dziś te państwa (spośród ponad 200-tu istniejących), które dysponują klarownym, optymalnym i efektywnym systemem polityczno-społeczno-gospodarczym. Nie ma go nawet w USA! Tragiczny to bilans „ewolucji systemowej” naszej cywilizacji w okresie minionych 5.000 –7.000 lat! Także w tej sferze występuje obecnie dotkliwa i bardzo niebezpieczna luka systemowa, która powinna trwać jak najkrócej, ale usuwanie której wydłuża się w nieskończoność. Fachowcy pytają: co po skrajnym neoliberaliźmie? Autentyczna demokracja? Społeczna gospodarka rynkowa? Model chiński? Model szwajcarski? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kardynalne pytanie. W każdym razie, nasza cywilizacja wkroczyła w postamerykański etap swego rozwoju; są przeto niemałe szanse na to, że będzie on lepszy od poprzednich etapów. Ale kiedy?
Wydaje się wszakże, iż – w okresie przejściowym – można by zaproponować szwajcarsko-skandynawski model demokracji, polityki zagranicznej i społecznej gospodarki rynkowej, w odniesieniu do krajów rozwiniętych i do niektórych emerging nations; zaś model chiński, z odpowiednimi modyfikacjami, w stosunku do państw rozwijających się. Ale byłyby to tylko rozwiązania tymczasowe, nie gwarantujące trwałej poprawy sytuacji w świecie i w poszczególnych krajach oraz obniżenia poziomu napięcia międzynarodowego. W tym kontekście, dość karykaturalnie prezentują się pozorowane starania niektórych ludzi i instytucji, szczególnie ONZ, ws. wprowadzenia tzw. zrównoważonego rozwoju (sustainable development). Na ogół, kończy się to gadulstwem na kosztownych konferencjach światowych (np. w Monterrey, w Johannesburg’u, w Paryżu itd.) oraz brakiem konkretnych poczynań realizacyjnych. Szkoda, bowiem sama idea zrównoważonego rozwoju (społeczno-gospodarczo-ekologicznego) jest dobra i odpowiednia celem rozwiązywania wielkich problemów naszych czasów. Ale, póki co, niemożliwa do praktycznego urzeczywistnienia – z uwagi na ww. przeszkody, brak środków i konflikty interesów, szczególnie pomiędzy supermocarstwami. Sytuacja pandemiczna jest tego wymownym świadectwem.
Spośród geostrategicznych przyczyn
systematycznego pogarszania się sytuacji Ziemian i Ziemi wymienić należy na pierwszym miejscu odwieczną skłonność natury ludzkiej do rozwiązywania istniejących problemów, sporów i konfliktów przeważnie metodami siłowymi (niepokojowymi – Hard Power). Jednak, o ile kiedyś metody te nie stanowiły aż tak wielkiego zagrożenia dla całej ludzkości i dla życia na Ziemi, to obecnie, poczynając od Hiroszimy, od Nagasaki i od… COVID -19 kryją one w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich. Hard Power (siła oręża), wielkie i coraz nowocześniejsze potencjały militarne supermocarstw oraz ich konfrontacja stanowią jedno z największych zagrożeń dla życia na Ziemi. Obok wyżej wymienionych, kolejnym wielkim paradoksem naszych czasów jest fakt, iż postęp naukowo – techniczny oraz najwspanialsze wynalazki geniuszu ludzkiego i sztucznej inteligencji (komputerowo –robotowej) dokonywane są, z reguły i w pierwszym rzędzie, z myślą o ich zastosowaniach militarnych (np. bomby nulearne, satelity szpiegowskie, internet, nanotechnologie, robotyzacja pola walki, drony, wojny hybrydowe, perspektywy wojen kosmicznych i in.). W sprawach geostrategicznych przedstawiam jedynie najważniejsze nowalijki, stanowiące zarazem największe niebezpieczeństwo dla Ziemi i dla Ziemian:
ewolucja doktryn militarnych.
W okresie postjałtańskim, największe skłonności agresywne i wojownicze wykazywały niezmiennie: USA, ZSRR, Izrael oraz byłe mocarstwa kolonialne: W. Brytania i Francja. Pozostali czołowi agresorzy, szczególnie Niemcy i Japonia, byli raczej potulni po swej wielkiej klęsce w II wojnie światowej. Jestem jednak przekonany, iż nie powiedziały one jeszcze ostatniego słowa w tej mierze. Niemcy posiadają już jedną z najnowocześniejszych armii świata. Zaś Japończycy przekształcają swe „siły samoobrony” w regularną i też bardzo nowoczesną armię. Starożytna zasada: „si vis pacem, para bellum” („jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”) stosowana jest nadal w całej rozciągłości. Towarzyszy temu przyspieszona ewolucja i modernizacja doktryn militarnych (praktycznie) wszystkich państw, szczególnie supermocarstw, NATO, Wspólnoty Niepodległych Państw czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Od konferencji jałtańskiej do upadku systemu jednobiegunowego (2009 r.), względny pokój światowy był utrzymywany na zasadzie odstraszania broniami masowej zagłady, równowagi strachu oraz tzw. MAD (Mutually Assured Destruction = zapewnione wzajemnie zniszczenie). Tzn., iż, państwo zaatakowane np. bronią rakietowo-nuklearną, miałoby jeszcze dość sił, aby zadać niszczycielski cios odwetowy stronie atakującej. Były (i są) to doktryny nonsensowne, absurdalne i bardzo niebezpieczne.
Gwałtowny postęp w zakresie technologii i techniki militarnej, komputeryzacja i robotyzacja pola walki, straty poniesione w wyniku kryzysu globalnego, militaryzacja gospodarki celem odrabiania tych strat, rywalizacja o surowce, o rynki zbytu i in. sprawiają, iż siły zbrojne poszczególnych państw, szczególnie najbardziej agresywnych supermocarstw, elastycznie i pospiesznie modyfikują swe doktryny militarne – stosownie do nowych uwarunkowań. Istota tych zmian polega, przede wszystkim, na uzyskaniu możliwości zadania od razu nokautującego ciosu przeciwnikowi, na maksymalnym odsunięciu potencjalnego pola walki od własnego terytorium oraz na stosowaniu tzw. udrzeń wyprzedzających (pre-emptive strikes). W przypadku realizacji takich doktryn w praktyce, polem walki może stać się cała Ziemia.
W oparciu o nie, US Army walczy z przeciwnikami w odległym Afganistanie, a władze Stanów Zjednoczonych nadal usiłują odwracać uwagę Amerykanów od poważnych problemów wewnętrznych, narzucać Pax Americana innym, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz powracać, de facto, do nierealnej już roli supermocarstwa jednobiegunowego (trumpowska America First and Make America Great Again Policy) . Nie jest to jednak możliwe, z uwagi na osłabienie USA w wyniku dualizmu kryzysowego i na zmianę układu sił w świecie na ich niekorzyść. Inne supermocarstwa, szczególnie Chiny i Rosja, podchodzą nadspodziewanie spokojnie do awanturniczej i wojowniczej polityki USA, np. w kwestii Afganistanu, Iraku, Egiptu, Syrii i in. Jest to bowiem polityka samobójcza, w związku z czym nie należy „pomagać” Waszyngtonowi w jego dążeniu do popełnienia samobójstwa, jeśli tylko on sam tego tak bardzo pragnie! Co gorsza, wielomiliardowe i mało efektywne nakłady na wojowanie pogarszają katastrofalną sytuację budżetową w USA oraz zwiększają ich łączne zadłużenie do niebotycznych rozmiarów (skumulowane długi Stanów Zjednoczonych – państwowy, korporacyjny, konsumencki, zagraniczny i ukryty – sięgają już około 210 bln USD, czyli prawie 10-cio krotnej wartości PKB, który, w 2019 r., wyniósł 21,44 bln USD) – w kategoriach PPP;
nowy etap wyścigu zbrojeń.
Na początku XXI wieku świat wkroczył w nową – jakościowo – fazę wyścigu zbrojeń. Zdawać by się mogło, że upadek Związku Radzieckiego i systemu dwubiegunowego osłabi nieco tempo zbrojeń. Tak się jednak nie stało. Globalne nakłady na cele militarne oscylowały, w owym czasie, na poziomie 2 bln USD rocznie; dokładnie – 1,822 bln USD – w roku 2019 [5]. Same Stany Zjednoczone przeznaczały na te cele około 700 mld USD rocznie. Wyścig był stymulowany przez wojny rozpętane i prowadzone przez USA, szczególnie w Iraku, w Syrii i w Afganistanie oraz przez ogólny wzrost napięcia międzynarodowego i przez zjawiska kryzysowe. Te ostatnie zmusiły rządy do niewielkich cięć i oszczędności w budżetach wojskowych, ale i tak utrzymują się one na bardzo wysokim poziomie. De facto, zdecydowana większość krajów, także najbiedniejszych, podnosi swe nakłady na cele militarne. Za nową jakość uzbrojenia trzeba płacić znacznie więcej niż za starą ilość (duża liczebność „siły żywej”, ciężkiej broni pancernej, artylerii, samolotów, okrętów bojowych itp.); ich udział w nowoczesnych siłach zbrojnych będzie ograniczany do niezbędnego minimum. Spirala wyścigu zbrojeń kręci się z coraz większą szybkością. Prym w wyścigu modernizacyjnym w zakresie sił zbrojnych wiodą: USA, Rosja, Chiny, Japonia, Izrael i in. Poza klubem nuklearnym, już kilkadziesiąt państw świata może wejść w posiadanie tej czy innych broni masowej zagłady. Casus syryjski jest wielce wymowny w tym względzie.
Wymienione wyżej sumy mogą jednak nie wystarczyć na finansowanie przestawiania sił zbrojnych na nowe tory jakościowe, szczególnie na komputeryzację i na robotyzację pola walki. Jej dobitną ilustracją są już rakiety samosterujące (np. typu tomahawk), inne precision guided missiles oraz tzw. drony (drones = samoloty bezzałogowe). Uderzają one w wyznaczone cele z ogromną precyzją i siłą. Następuje szybko doskonalenie (i miniaturyzacja) wszelkich broni masowej zagłady, środków jej przenoszenia, przy jednoczesnym zwiększaniu mocy uderzeniowej i niszczycielskiej oraz militaryzacja przestrzeni kosmicznej. Istnieje ryzyko, iż mądre roboty i komputery oraz inne instrumenty bazujące na sztucznej inteligencji, mogą wymknąć się spod kontroli człowieka, wydawać rozkazy same sobie i wówczas totalna zagłada życia na Ziemi byłaby prawie nieunikniona. Zdaniem strategów izraelskich, siły zbrojne tego państwa potrzebują około pięciu lat na całkowite przestawienie się na nowe tory jakościowe oraz na kompleksowe unowocześnienie. Liczą oni na to, iż – w ww. okresie czasu – islamscy sąsiedzi (Syria, Egipt, Irak, Libia, Liban, Jemen, Palestyna i in.) nie będą w stanie zaatakować Izraela – z uwagi na trudności gospodarcze oraz niepokoje i perturbacje społeczno-polityczne w tych krajach. W tym sensie, owe niepokoje są bardzo na rękę państwu żydowskiemu, które podsyca ten ferment islamski;
wojny z terroryzmem.
Niestety, sprawdziły się w znacznym stopniu prognozy futurologów izraelskich (sprzed kilkudziesięciu lat) nt. zasadniczej zmiany charakteru przyszłych wojen – nie państwo z państwem, nie armia z armią, nie grupa państw z grupą państw, nie koalicja armii z koalicją armii itp.; lecz państwa (armie) z siłami terrorystycznymi i vice versa. Punktem zwrotnym na gorsze w tych przemianach i procesach był dzień 9 września 2001 r. (tzw. nine-eleven) – atak samolotami pasażerskimi na 2 wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i na inne obiekty w USA. Okoliczności tego ataku nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca. Nawet wielu obywateli amerykańskich nie kryje swych wątpliwości w tym względzie. Niemniej jednak władze USA uznały to za wygodny pretekst do intensyfikacji swej globalnej wojny z terrorystami (war on terror). Ze zwiększającą się intensywnością trwa ona już kilkanaście lat. Ale konsekwencje tej konfrontacji globalnej są, póki co, bardzo odległe od oczekiwań i zamiarów promotorów amerykańskich i zachodnich – w ogólności. Żaden kraj i żadne społeczeństwo nie jest już wolne od zagrożenia terrorystycznego. Terroryści atakują, z reguły, z zaskoczenia. Obywatele żyją w coraz większym strachu – nigdy nie wiadomo, kiedy, czym, jak i gdzie mogą oni uderzyć? Zamiast osłabienia ugrupowań i sił terrorystycznych mamy do czynienia z ich umocnieniem i z ożywieniem ich działalności nieomalże w całym świecie. Nawet zamordowanie Osamy ben Laden’a nie zneutralizowało al-Kaidy i jej poczynań. Wręcz przeciwnie!
Inny paradoks: formacje talibańskie zostały kiedyś utworzone, wyszkolone, uzbrojone i finansowane przez USA/CIA celem walki z wojskami radzieckimi w Afganistanie. Jednak, po ich wycofaniu się stamtąd, obróciły się one przeciwko swym twórcom i promotorom oraz przeciwko proamerykańskim rządom niektórych krajów, szczególnie Afganistanu i Pakistanu. Niemal codzienne już ataki, zamachy i inne akcje terrorystyczne w wykonaniu talibów i ich popleczników oraz al-Kaidy, to prawdziwa zmora dla instytucji państwowych i dla obywateli wielu krajów. USA i Zachód stosuje więc niewłaściwe i nieskuteczne „lekarstwo” w zwalczaniu tej plagi. Tym bardziej, że jest ona stymulowana przez tragiczne konsekwencje wieloletnich wojen oraz obecnego kryzysu pandemicznego i gospodarczego. Jakie wyjście mają, np., młodzi Afgańczycy pozbawieni jakichkolwiek szans rozwojowych, nękani biedą, bezrobociem, głodem, epidemiami i innymi nieszczęściami? Wstępują w szeregi talibów, którzy obiecują im lepsze życie. Należy mieć nadzieję, że niedawne porozumienie pokojowe talibów z rządem Afganistanu przyczyni się do względnego uspokojenia i unormowania sytuacji.
Zresztą, analogiczne dramaty społeczno-gospodarcze w innych krajach islamskich skłoniły milionowe rzesze niezadowolonej młodzieży do czynnego udziału w wielkim zrywie rewolucyjnym w Afryce Północnej oraz na Bliskim i na Środkowym Wschodzie. Póki co, jedną z głównych konsekwencji tego zrywu jest bezprecdensowa i bardzo groźna dla świata destabilizacja ww. regionów i nasilenie napływu uchodźców z biednego Południa do bogatej Północy. Wniosek z tego jest prosty: leczenie epidemii terrorystycznej nie powinno polegać na stosowaniu terroryzmu państwowego wobec normalnego terroryzmu (a tak czyni to Zachód), lecz na usuwaniu korzeni i przyczyn (szczególnie społeczno – ekonomicznych oraz ideologicznych) tegoż terroryzmu. W przeciwnym bowiem razie, stanie się on też śmiertelnym zagrożeniem dla całego świata oraz instrumentem nieznośnego psychicznego i fizycznego szantażowania całej ludzkości, szczególnie w przypadku, gdyby terroryści weszli w posiadanie broni masowej zagłady oraz intensyfikowali nadal swoje mordercze działania.
Długo zastanawiałem się nad możliwościami usunięcia głównych kryzysowych zagrożeń geostrategicznych (szczególnie militarnych) dla życia na Ziemi. Analiza moja obejmuje nie tylko epokę postjałtańską, lecz – praktycznie – całościową przeplatankę pokoju i wojen oraz ewolucję „miecza i tarczy” w historii naszej cywilizacji. Wnioski wynikające z tej analizy są smutne i przerażające: człowiekowi nigdy (do tej pory) nie udało się wyeliminować wojen i metod siłowych ze swego istnienia i rozwoju oraz zapewnić trwałego (wiecznego) pokoju w nim! To dyskwalifikuje człowieczeństwo – jako zbiorowość istot (rzekomo) myślących i inteligentnych. Historia uczy, iż – nawet po dłuższym okresie pokoju – z reguły dochodziło do wojen niszczących dorobek pokojowego wysiłku państw, narodów i grup społecznych. Ten diabelski mechanizm kręci się niezmiennie w dalszym ciągu. Prawdopodobieństwo kolejnej totalnej i wielkiej wojny jest coraz większe, m.in., z powodu analizowanych kryzysów i ich skutków oraz odwiecznych zaniedbań i dysproporcji rozwojowych.
Cóż więc robić w takiej sytuacji? Jedynym racjonalnym wyjściem jest powszechne zrezygnowanie raz na zawsze z siłowych metod rozwiązywania sporów i konfliktów, zaprzestanie produkcji narzędzi śmierci oraz zlikwidowanie sił zbrojnych i wszelkich formacji paramilitarnych przez wszystkich! Należy pozostawić tylko siły policyjne, niezbędne do utrzymania porządku społecznego i spokoju wewnętrznego. Produkcja, wdrażanie i stosowanie coraz nowocześniejszych narzędzi śmierci dochodzi już do absurdu. To jedna skrajność. Jej przeciwstawieniem byłoby solidarne i jednoczesne zniszczenie („na przemiał”) tych narzędzi. Dopóki będą one istniały, dopóty znajdą się okazje i chętni do ich stosowania. Tak radykalne i bezprecedensowe globalne posunięcie rozbrojeniowe oznaczałoby, w praktyce, odstąpienie ludzkości od dotychczasowej filozofii i praktyki wojny, zniszczenia i śmierci oraz zastąpienia jej przez filozofię i praktykę pokoju, budowania i życia. Innej drogi nie ma! Utopia? Być może – w obecnym stanie ducha decydentów i obywateli. Ale, jeśli ta utopia nie stanie się prawdziwie humanistyczną rzeczywistością, to życie na Ziemi okaże się koszmarem, a następnie niemożnością. Albo, albo…!
Zagrożenia geoekonomiczne:
dziś sfera gospodarczo – finansowa stanowi, bardziej niż kiedykolwiek, materialne przyczyny już istniejących i kolejnych zapaści w rozwoju i nieuchronnych niebezpieczeństw dla człowieczeństwa. Drastyczne pogarszanie się sytuacji w tej mierze jest odczuwalne przez przytłaczającą większość ludzkości. Najnowszy dualizm kryzysowy, daleki od zakończenia, unaocznił to z całą jaskrawością. Jak wykazałem powyżej, nakłada się na to marnotrawienie ogromnych środków przeznaczanych corocznie na zbrojenia i na prowadzenie wojen – zamiast na pokojowy rozwój. Mechanizm kreowania problemów ekonomicznych jest dość prosty, wręcz banalny. Ich liczba, tempo i ostrość stale wzrasta z rozmaitych powodów: przyrost naturalny, pauperyzacja społeczeństw, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, brak wody i rezerw surowcowych, niesprawiedliwy podział dochodów i dóbr, eksplozja zjawisk patologicznych (korupcja, malwersacje finansowe, neoliberalna ideologia pieniądza, protekcjonizm i in.), zażarta walka o rynki zbytu, zwiększanie się przepaści między (rosnącym) biegunem bogactwa i (także rosnącym) biegunem nędzy w świecie, brak odpowiedniego systemu rozwoju społeczno-gospodarczego i optymalnego modelu finansowego w poszczególnych krajach i na całym świecie oraz odpowiedniej koordynacji rozwoju gospodarczego w skali globalnej i wiele, wiele innych.
Rzecz w tym, iż tempo przyrostu coraz poważniejszych problemów gospodarczych w poszczególnych krajach i na świecie coraz bardziej przewyższa tempo ich rozwiązywania. Powstaje groźna dysproporcja. Skutek tego zjawiska jest ewidentny: dzień za dniem przybywa nierozwiązanych problemów, których łączna masa tworzy już coraz większą i coraz bardziej niebezpieczną ekonomiczną substancję wybuchową. Bezprecedensowa skala współczesnych zjawisk patologicznych, szczególnie niedorozwoju, głodu, chorób, bezrobocia i zadłużenia, jest tego wymowną ilustracją. W okresie postjałtańskim istniała, początkowo, nadzieja, że powojenny świat wkroczy na bardziej efektywną ścieżkę rozwoju gospodarczego i wyciągnie wnioski z I-go wielkiego kryzysu (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku) oraz z II-giej wojny światowej i z II-go kryzysu globalnego. Tak się jednak nie stało. Obydwie części dwubiegunowego świata powojennego wdały się niezwłocznie w zawziętą rywalizację, zamiast współpracy, w intensywne zbrojenia i w wojny regionalne, zamiast pokojowego współistnienia, w szerzenie wrogości i nienawiści, zamiast przyjaźni i tolerancji. Nadzieja na lepsze szybko prysła jak bańka mydlana. Ludzkość może mowić o wielkim szczęściu, że skończyło się wówczas tylko na strachu i na kolosalnych stratach ekonomiczno-finansowych z tytułu bezproduktywnych poczynań, takich jak: przegrane wojny, nowoczesne zbrojenia, gwiezdne wojny i in.
Po raz drugi w czasach postjałtańskich, historyczna nadzieja na lepsze w trudnej sytuacji geoekonomicznej pojawiła się po upadku systemu dwubiegunowego, po rozpadzie Związku Radzieckiego i po obaleniu „muru berlińskiego”. Nieefektywne ustroje, występujące do tamtej pory w niektórych tzw. krajach totalitarnych, zostały zastąpione przez (też nieefektywne) neoliberalne modele zachodnie, szczególnie przez amerykański. USA, jako supermocarstwo jednobiegunowe przez prawie 20 lat, usiłowały umocnić swą dominację w świecie i pokierować jego rozwojem na wzór i podobieństwo własne. Tak się jednak nie stało. Wielka szansa historyczna USA (zrobienia czegoś lepszego dla siebie i dla świata) została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Amerykanów zgubił ich egoizm, megalomania i pazerność. Wzorce amerykańskie nie dały się efektywnie zastosować w innych krajach, nie wyłączając Polski. Nie powiodły się także próby narzucania siłą amerykańskiej „demokracji” i wolnego rynku na świecie. Krwawe i kosztowne doświadczenia Iraku, Afganistanu, Libii, Syrii czy Egiptu są tragicznym potwierdzeniem tej oceny. Mało tego, system neoliberalny splajtował także w swej własnej ojczyźnie, w USA, doprowadzając do wybuchu kolejnego globalnego kryzysu gospodarczego (z przełomu I-szej i II-giej dekady XXI wieku) oraz obecnych wielkich perturbacji i strat w USA ( powodu pandemii i nieudolności w walce z nią). Okazało się, iż Stany Zjednoczone nie mają recepty ani na własny rozwój, ani też, tym bardziej, na pomyślną ewolucję całego gospodarstwa światowego. Straty ekonomiczno – finansowe spowodowane już przez kryzys są olbrzymie (setki bilionów dolarów?) i wręcz niemożliwe do precyzyjnego obliczenia. Pewne jest natomiast, że rosną one nadal i że odrobienie tych strat będzie już mało prawdopodobne w warunkach amerykańskiego życia na kredyt.
W taki to sposób, skrajni neoliberałowie („niewidzialna ręka rynku”!?) i neokonserwatyści amerykańscy zahamowali normalny rozwój gospodarstwa własnego i światowego; ba, cofnęli wstecz rozwój naszej cywilizacji (o 20 lat! Jak twierdzi Bill Gates), skomplikowali i zaostrzyli występujące problemy ekonomiczno-finansowe oraz sprawili, że USA stają się supermocarstwem dekadenckim, staczającym się coraz szybciej po równi pochyłej – ku śmietnikowi historii. Zdaniem Gatesa, ww. liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie (tylko 1,9 USD dziennie na utrzymanie) zwiększyła się już o 37 mln osób w okresie pandemii. W pewnym sensie jest więc zrozumiałe, iż Stany Zjednoczone są coraz bardziej nerwowe, agresywne i aroganckie oraz – gdyby nie nastąpiła zmiana układu sił ekonomiczno-strategicznych na ich niekorzyść, mogłyby one wywołać wielką zawieruchę światową. Jednakże, w tej dramatycznej sytuacji gospodarstwa światowego, pojawia się, po raz trzeci w okresie postjałtańskim, kolejna historyczna nadzieja na lepsze.
Jej materialnym wyrazem jest możliwość zastąpienia skompromitowanej dominacji i hegemonizmu amerykańskiego przez system wielobiegunowy na świecie (multilateralizm) oraz przez autentycznie nowy ład ekonomiczno-finansowy (i społeczno-polityczny). Ład bazujący (póki co, teoretycznie) na rehumanizacji stosunków międzynarodowych, na harmonijnym i zrównoważonym rozwoju, na pokojowej i równoprawnej współpracy wszystkich ze wszystkimi oraz na zasadach sprawiedliwości i poszanowania wzajemnego. Lokomotywą stymulującą nowy ład są Chiny oraz ich sojusznicy, szczególnie państwa BRICS i SOW. Porządkowanie współczesnych stajni Augiasza należy rozpocząć, naturalnie, od ich fundamentów materialnych, czyli od gospodarstwa światowego.
Dramaturgia społeczno-demograficzna:
przedstawiona powyżej coraz trudniejsza sytuacja geopolityczna, geostrategiczna i geoekonomiczna nie pozostaje, naturalnie, bez negatywnego wpływu na ewolucję geospołeczną oraz na tendencje demograficzne w świecie. Oczywiście, nie ma skutecznych i bezbolesnych możliwości uniwersalnych kontrolowania i optymalizacji rozwoju społecznego i przyrostu demograficznego (może z wyjątkiem Chin). Jednakże, inne kraje i cały świat nie zdobył się jeszcze na unormowanie sytuacji oraz na uniknięcie obecnego chaosu i żywiołowości w tej dziedzinie. Gdyby ten stan rzeczy miał utrzymywać się nadal, to naszej cywilizacji groziłaby niewyobrażalna katastrofa ogólnoludzka – z powodu znacznego przyrostu ludności w warunkach skażenia środowiska naturalnego, klęsk żywiołowych oraz: niedostatku żywności, wody pitnej, opału, dachu nad głową, zasobów surowcowych czy lekarstw. Poczynania ONZ, FAO, ŚOZ i in. są niedostateczne w tej mierze. Np. the UN Population Division zajmuje się, głównie, publikowaniem danych statystycznych i prognoz demograficznych, których i tak potem nikt nie bierze poważnie pod uwagę i nie wykorzystuje w praktyce. Tak więc, sławetna „bomba ludnościowa” („population bomb”) tyka już coraz głośniej i natarczywiej. Rzecznicy teorii spiskowych i neoliberalnego NWO wykorzystują pandemię dla celów drastycznej redukcji liczebności ludności świata.
Najpierw o jej najważniejszych aspektach ilościowych (na podstawie danych ONZ-owskich): w październiku 2011 r. liczba ludności świata przekroczyła 7 mld. Obecnie wynosi ona 7,89 mld (2,5 mld – w roku 1950). Globalny przyrost naturalny jest relatywnie niewielki – 1,1 proc. , czyli o połowę mniejszy niż w rekordowym roku 1963 (2,2 proc.). Na średnią kobietę (w wieku rozrodczym) przypada 2,52 dziecka; przy czym wszelkie rekordy w tej mierze bije Afryka Subsaharyjska, szczególnie Niger (7,6 dziecka; dla porównania – w USA: 1,9 dziecka na kobietę, średnio). Globalnie, stosunek kobiet do mężczyzn wynosi jak: 1 do 1,01. Średnia długość życia Ziemian osiągnęła obecnie 68 lat (69 lat – kobiety i 65 lat – mężczyźni). Najwięcej ludzi zamieszkuje w Azji – 4,3 mld (ponad 60 proc. ogółu); II-gie miejsce zajmuje Afryka – ponad 1 mld (15 proc.; przy czym liczba ludności tego kontynentu ulegnie podwojeniu – 2,5 mld – do roku 2050); III-cie miejsce: Europa – 740 mln (11 proc. ) i IV-te miejsce: Ameryka Północna – 353 mln (5 proc.). Najwięcej obywateli mają obecnie Chiny (ponad 1,4 mld, wśród których dominująca grupa etnicza Han jest jednocześnie najliczniejszą na świecie) oraz Indie (1,3 mld). Do roku 2050 ta kolejność może ulec odwróceniu: Indie 1,7 mld; Chiny – 1,5 mld.
Analiza jakościowa:
suche dane statystyczne nie odzwierciedlają powagi sytuacji związanej z „bombą ludnościową”. Dla uzyskania pełni obrazu, trzeba na nią spojrzeć także z uwzględnieniem kryteriów jakościowych właśnie. Jest to jednak zadanie niezwykle trudne, bowiem istnieją diametralnie odmienne prognozy demograficzne dla świata na okres do 2050 roku. Przeważa opinia, iż – w tym terminie – liczba ludności naszej planety przekroczy 11 mld. Traktowana jest ona jako maksymalny „pułap wytrzymałości” Ziemi w zakresie zapewnienia choć minimalnych warunków utrzymania przetrwania (survival) dla zdecydowanej większości Ziemian. Reprezentantem drugiej skrajności w prognozach jest neomathusiański uczony, prof. Richard Duncan, który przewiduje, iż – do roku 2050 – liczba ludności świata spadnie do 2 mld (!) – z braku pożywienia, lekarstw i innych środków do życia oraz z powodu pandemii i globalnej katastrofy gospodarczej. Zmniejszanie liczebności obywateli Polski dokonuje się już w coraz szybszym tempie.
Tak czy inaczej, utrzymanie stopy przyrostu demograficznego i liczby ludności świata na optymalnym poziomie jest wielkim problemem makro naszej cywilizacji. Nie ma odpowiedniej recepty na rozwiązanie tego problemu. Pojawiają się nierzadko propozycje absurdalne i drastyczne, niekiedy neomalthusiańskie: poprzez wojny, terroryzm, zjawiska patoligiczne, głód, epidemie (AIDS, Ebola, ptasia grypa, pandemia COVID – 19 i in.) można by doprowadzić nie tylko do optymalizacji lecz, wręcz, do znacznego zmniejszenia dość szybko rosnącej liczby ludności świata. Dla przypomnienia: uczony brytyjski, Thomas Malthus, przewidywał (już w roku 1798) spadek tej liczby w XIX wieku i później – z powodu braku żywności. Prognoza ta nie sprawdziła się jednak – bowiem „zielona rewolucja” w świecie, w latach 1950 – 1985, doprowadziła do wzrostu globalnej produkcji artykułów rolno-spożywczych o 250 proc.. Ale dziś to za mało. Decydenci cierpią jednak nadal na „kompleks Malthus’a”, czego dowodem jest ich dążenie do maksymalizacji produkcji rolnej za wszelką cenę (chemizacja, klonowanie, rośliny i zwierzęta hodowlane „genetycznie modyfikowane” itp.). Jest to jednak broń obosieczna mogąca doprowadzić do wynaturzenia, do demoralizacji i do degeneracji rodzaju ludzkiego.
Bardzo wiele do życzenia pozostawia jakość życia (quality of life, living standards) przeważającej większości wielomiliardowych mas ludzkich na Ziemi. To nie jest normalne życie, to nędzna wegetacja. 60 proc. spośród nich zamieszkuje w krajach najbiedniejszych – zacofanych w rozwoju lub rozwijających się. ONZ prognozuje, że wskaźnik ten wzrośnie do 80 proc. – w roku 2050 i do 85 proc. – w roku 2100. Marny ich los. Nawet w USA ponad 50 mln obywateli żyje w biedzie, poniżej minimum socjalnego (poverty level), które tam wynosi około 22.000 USD rocznie. Jednocześnie, w reszcie świata liczba ludzi dysponujących zaledwie 1 – 2 USD dziennie na swe utrzymanie przekroczyła już 2 mld osób (skrajne ubóstwo). Jeszcze więcej Ziemian nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Np. tylko w Pakistanie, na prawie 200 mln mieszkańców, aż 60 mln pozbawionych jest czystej wody do picia. Inna plaga: to bezrobocie – w czasie kryzysu i pandemii wzrosło ono do prawie 500 mln osób. Liczbę tę należy pomnożyć przez 4 (członkowie rodzin bezrobotnych) celem uzyskania rzeczywistego obrazu tragicznej sytuacji w tej mierze. Kryzys, szczególnie bezrobocie i zadłużenie, przyczynia się też do wzrostu ilości zabójstw i samobójstw. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, liczba samobójstw wśród mężczyzn w UE i w USA wzrosła o ponad 10 proc. od początku kryzysu.
Kolejny problem: starzenie się społeczeństw dotykające, szczególnie, obszarów zasobnych, np. Europa, ale również rozwijających się Chin. Już obecnie liczba mieszkańców Ziemi w wieku powyżej 60 lat wynosi ponad 850 mln osób. Ma ona wzrosnąć do 2 mld – w roku 2050 i do 3 mld – w roku 2100. W Chinach liczba osób powyżej 60 lat oscyluje obecnie wokół 15 proc. , (osiągąjąc 25 proc. w wielkich miastach, np. w Szanghaju). Łącznie – jest to prawie 200 mln ludzi, spośród których około 25 mln żyje w biedzie). Do roku 2050 ww. wskaźnik osiągnie 34 proc. – w odniesieniu do całych Chin. Ubóstwo ma zostać zlikwidowane w br. Szybkie starzenie się społeczeństwa stanowi już poważny problem polityczny, społeczny i ekonomiczny dla tamtejszych władz. Jest to także problem globalny – z uwagi na fakt, iż ludność Chin stanowi około 20 proc. całej ludzkości. Właśnie starzy i najstarsi obywatele Ziemi oraz dzieci cierpią najbardziej wskutek zaostrzających się trudności, niebezpieczeństw, niedomagań, niesprawiedliwości, patologii i plag trapiących dziś całą naszą cywilizację.
Doszła ona to takiego etapu w swoim rozwoju, na którym dokonuje się bezprecedensowa dehumanizacja w stosunkach społecznych, gospodarczych, politycznych i międzynarodowych – na wszystkich szczeblach drabiny hierarchicznej: od poszczególnych jednostek do całej ludzkości. Cena życia ludzkiego i dobra człowieka jest coraz niższa. W naszych czasach jest to, przede wszystkim, skutkiem neoliberalnej ideologii pieniądza, pogoni kapitału i bogatych za zyskiem, a wszystkich ludzi – za pieniądzem. Ideologia i praktyka tego rodzaju, w której człowiek traktowany jest jak towar czy śmieć lub jeszcze gorzej, pozostaje w jaskrawej sprzeczności z istotą człowieczeństwa, z godnością rodzaju ludzkiego i ze szczytnymi ideałami humanizmu. Gdyby miało to trwać dalej, wówczas coraz większe masy ludzkie skazane byłyby na poniżenie, na nędzną wegetację i na zagładę. Z powyższej analizy wynika, iż w skali geospołecznej i w ramach poszczególnych krajów, palącym zadaniem jest rehumanizacja życia i pracy, czego warunkiem jest odstąpienie od ideologii pieniądza i od praktyki z nią związanej oraz postawienie troski o dobro człowieka na I-szym miejscu. Pewne nadzieje w tej mierze należy wiązać z obecnymi zmianami w układzie sił globalnych, z przekształceniami systemowymi oraz z budową nowego (wielobiegunowego) ładu politycznego, ekonomicznego i społecznego na świecie. Pytanie tylko, czy nie jest już zbyt późno, żeby nie dopuścić do globalnej katastrofy społecznej i demograficznej na Ziemi?
Perturbacje geoekologiczne:
wokół widma katastrofy ekologicznej, zmian klimatycznych, ich przyczyn i konsekwencji, toczą się od dawna zażarte spory, szczególnie między ekologami a przemysłowcami, między rządzącymi a rządzonymi oraz między państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się i in. Osią sporów jest, m.in., brak jasności, jeśli chodzi o dowody: czy główne przyczyny tych zmian wynikają ze zjawisk i z procesów naturalnych? Czy też są one konsekwencją irracjonalnych i samobójczych poczynań ludzkich, zwłaszcza w produkcji przemysłowej i rolnej, w rabunkowej gospodarce surowcowej i w postępującej destrukcji środowiska naturalnego na Ziemi? Nie ma racjonalnej – naukowej i praktycznej – możliwości jednoznacznego rozstrzygnięcia tego sporu. Fachowcy i zwykli obywatele oscylują w swych rozważaniach od jednej skrajności do drugiej. Jedni twierdzą, iż nadchodzi wielkie ocieplenie atmosfery i powierzchni ziemskiej. Np. uczeni ze znakomitego ośrodka badań klimatycznych Uniwersytetu w Cambridge prognozują, iż – wskutek ocieplenia i przyspieszonego topnienia lodów – poziom wód oceanicznych podniesie się o 7 m (!) już w niedługium czasie. Inni zaś głoszą, że wkraczamy w kolejną epokę lodowcową! Np. geofizyk prof. Victor Manuel Velasco Herrera (Universidad de Mexico) jest zdania, że – za 5 lat – Ziemia wejdzie w małą epokę lodowcową, która może potrwać około 60 – 80 lat. Związane byłoby to z osłabieniem aktywności Słońca.
Znamienne jest jednak, iż zdecydowana większość uczonych – ekologów, klimatologów, geofizyków i innych – podziela pogląd, iż klimat ulega przyspieszonym i nieodwracalnym (w znacznym stopniu) zmianom na gorsze będącym, w przeważającej mierze, wynikiem działalności ludzkiej. Nawet jeśli by przyjąć, że natura i człowiek ponoszą w analogicznym zakresie (np. 50 proc. : 50 proc. ) odpowiedzialność za zniszczenia ekologiczne (ecological disasters) i za zmiany klimatyczne (climate change), to i tak skala głupoty i krótkowzroczności ludzkiej jest przeogromna. Rzecz oczywista, człowiek nie ma wpływu na zjawiska naturalne: promieniowanie słoneczne i kosmiczne, uderzenia asteroidów, wibracje pola magnetycznego, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami i in. Ale jednocześnie ten sam człowiek ponosi wielką odpowiedzialność za ustawiczne niszczenie swego środowiska naturalnego, co wywiera bardzo negatywny wpływ na warunki życia i rozwoju rodzaju ludzkiego oraz wszystkich gatunków fauny i flory na Ziemi.
Lista grzechów, niedociągnięć i błędów ludzkich w tej mierze jest bardzo długa, szczególnie w okresie od I rewolucji przemysłowej. Wymieńmy przykładowo tylko niektóre z nich: rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych, niekontrolowany przyrost demograficzny, za którym nie nadąża produkcja towarów i usług, żywiołowy rozwój gospodarczy, szczególnie industrializacja, emisja gazów przemysłowych, zwłaszcza dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, metanu i aerozoli do atmosfery, wybuchy i katastrofy nuklearne (cywilne i wojskowe), nadmierna urbanizacja, zanieczyszczanie gleby, wody i powietrza, pożary lasów, wzrost natężenia hałasu (tzw. noise pollution) oraz zaśmiecanie wokółziemskiej przestrzeni kosmicznej, wycinka lasów tropikalnych, szczególnie amazońskich, środkowo-afrykańskich i indonezyjskich, tzw. zielonych płuc Ziemi i wiele innych.
W czasach nowożytnych i współczesnych połączone (obiektywne) czynniki pozaziemskie i (subiektywne) działania człowiecze spowodowały już bezprecedensowe i bardzo groźne pogorszenie sytuacji geoekologicznej (oraz w skali poszczególnych krajów). Wywiera ona coraz bardziej negatywny wpływ na wszystkie istoty żywe na Ziemi, grożąc ich metamorfozą, degeneracją, obumieraniem i zagładą. Dotychczasowe konsekwencje i niebezpieczeństwa ekodestrukcji dostrzegalne są nie tylko przez uczonych, ale i przez większość zwykłych obywateli. I znów, wymieńmy tylko najważniejsze konsekwencje negatywne: wzrost emisji gazów przemysłowych; niszczenie warstwy ozonowej; efekt cieplarniany, ewidentne podnoszenie się temperatury powietrza i wód oceanicznych; zmiany klimatyczne (także w zakresie pór roku) i nasilanie się ekstremalnych zjawisk pogodowych (powodzie, susze, tajfuny i in.); zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych; obumieranie raf koralowych; topnienie lodów, szczególnie pokryw lodowych Arktyki i Antarktyki; podnoszenie się poziomu wód oceanicznych; rozmrażanie wiecznej zmarzliny, co powoduje „ucieczkę” metanu do atmosfery, potęgującą efekt cieplarniany; pustynnienie i stepowienie (jest prognoza, iż lasy amazońskie staną się sawanną relatywnie niedługo); coraz bardziej dotkliwy brak czystej wody; przesuwanie się granicy chorób i szkodników tropikalnych (np. szarańczy) coraz bardziej na północ; ryzyka egzystencjalne związane z inżynierią genetyczną, z klonowaniem oraz z innymi eksperymentami biotechnologicznymi i nanotechnologicznymi; efekty użycia broni masowej zagłady (teorie spiskowe uważają pandemię za przykład zastosowania broni bakteriologicznej, zwanej też „bombą atomową dla ubogich) oraz awarie w elektrowniach nuklearnych; bieda (także o podłożu ekologicznym), szczególnie, w krajach zacofanych i rozwijających się, co już powoduje coraz większe fale migracji, np. między Ameryką Południową a Północną, Afryką a Europą oraz na Dalekim Wschodzie i w strefie Pacyfiku (mieszkańcy zatapianych państw wyspiarskich (np. Kiribati, Vanuatu, Tonga i in.) emigrują na tereny wyżej położone – Australia, Nowa Zelandia itp.) oraz wiele innych dramatycznych konsekwencji praktycznych.
Słowem, poważnych zagrożeń geoekologicznych jest coraz więcej. Decydenci orientują się nieźle w tej materii – ale niezbędne przeciwdziałania i poczynania profilaktyczne na gruncie krajowym i międzynarodowym są ciągle niedostateczne. Im bardziej owe dysproporcje się pogłębiają, tym bardziej perspektywa globalnej katastrofy ekologicznej staje się realna i wręcz nieunikniona. Materia ekologiczna jest tego rodzaju, iż owych problemów nie uda się rozwiązać w pojedynkę. Niezbędny jest radykalny i skoordynowany wysiłek wszystkich ludzi, wszystkich państw i rządów oraz wszystkich organizacji międzynarodowych. Inaczej czeka nas marny los. Przykładów impotencji i złej woli w zakresie ochrony środowiska jest multum: ciągłe jego zanieczyszczanie (pollution), bezproduktywne konferencje ekologiczne, nieefektywna realizacja umów międzynarodowych, w szczególności, tzw. Protokołu z Kyoto (z dnia 12.12.1997 r.). Został on przedłużony (w roku 2012) na okres do roku 2020. Dotyczy ograniczenia emisji gazów przemysłowych w państwach rozwiniętych. Ale który rząd (łącznie z polskim) zdobędzie się na radykalne ograniczenie produkcji przemysłowej, żeby zmniejszyć emisję gazów? Rzadko który – czyli prawie żaden. Skutki są przerażające, np. w odniesieniu do wydzielania dwutlenku węgla do atmosfery: globalnie (łącznie) – 43,1 mld ton (w tym emisje przemysłowe – 36,8 mld ton, w roku 2019 (!). Niechlubna pierwsza „10-tka” państw uprzemysłowionych emituje razem około 70 proc. z tej ilości; a mianowicie: 1. Chiny – 10,6 mld ton; 2. USA – 5,4 mld; 3. UE – 5,2 mld; 4. Indie – 2,6 mld; 5. Rosja – 1,7 mld; 6 – Japonia – 1,2 mld; 7. Niemcy – 0,75 mld; 8 Iran – 0,72 mld, 9. Korea Płd. – 0,65 mld i 10. Kanada – 0,56 mln ton CO2; (dane przybliżone na podstawie statystyk ONZ-owskich).
Globalne koszty i straty powodowane przez niszczenie środowiska naturalnego są olbrzymie, coraz większe i nieobliczalne. Jeszcze jako tako można je skalkulować w odniesieniu do poszczególnych epizodów – powódź, susza, pożar i in. W takiej sytuacji, bujnej wyobraźni Szanownych Czytelników polecam jedynie niektóre główne elementy składowe owych kosztów i strat w poszczególnych rodzajach „pollutions” – proszę liczyć samemu: a. zanieczyszczanie powietrza pociąga za sobą – nakłady na leczenie chorób z tym związanych i na oczyszczanie powietrza; b. skażenie wód – nakłady na leczenie, na oczyszczanie wody i na regenerację zniszczonych ekosystemów; c. zanieczyszczenie gleby – straty w produkcji rolnej, koszty zmian i przenoszenia tej produkcji gdzie indziej, podatność zdegradowanych obszarów na klęski żywiołowe (i nowe straty); d. zwiększenie natężenia hałasu – koszty leczenia, nakłady na ochronę przed hałasem, na odszkodowania (np. za huk startujących samolotów, ruchu kołowego itp.); e. wycinka i pożary lasów – koszty ich regeneracji i profilaktyki antydeforestacyjnej oraz wielkie straty globalne z powodu deforestacji; f. degradacja wybrzeża i wód przybrzeżnych – nakłady na ratowanie ekosystemów i na ochronę pasa przybrzeżnego (osiedla ludzkie, zakłady pracy, plaże, wydmy itp.).
Krótka konkluzja:
w takim to bardzo trudnym i przerażającym kontekście globalnym przebiega i nasila sławetny współczesny dualizm kryzysowy. Sprzężenie zwrotne: dualizm komplikuje jeszcze bardziej sytuację globalną, a ona zaostrza dualizm kryzysowy. Historia cywilizacji nie zna zjawiska w takim zestawieniu i o tak ogromnej (globalnej) skali. Pogorszy to znacznie dotychczasową sytuację, której ewentualne uzdrowienie trwać będzie latami. W sumie, nie może być jeszcze mowy o praktycznej realizacji szczytnych ideałów zrównoważonego rozwoju świata (sustainable development), kojarzącego proporcjonalnie i harmonijnie czynniki ekonomiczne, społeczne i ekologiczne. Na dziś, żaden z tych czynników nie spełnia elementarnych acz rygorystycznych wymagań zrównoważonego rozwoju. Poza wszystkim, jak widać to jaskrawo chociażby przez pryzmat sytuacji geoekologicznej, większość działań „wspólnoty międzynarodowej” i poszczególnych krajów jest spóźniona o dwie epoki (industrialną i postindustrialną). Obrazowo mówiąc, Ziemia – jako wspólny dom człowieczy i wszystkich istot żywych fauny i flory – jest w ogniu, straż pożarna jedzie ślamazarnie do pożaru, ale nie ma pewności, czy zdoła dom uratować? Tymczasem jednak są wielkie ofiary ludzkie i straty materialne. A mądrość homo sapiens powinna polegać na tym, żeby (profilaktycznie) nie dopuścić do pożaru. Jest w niniejszym opracowaniu niemało rozważań dotyczących niezbędnych i pilnych rozwiązań oraz oznak nadziei, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Jednak – żeby tak się stało – ludzkość musi niezwłocznie odstąpić od fatalnych teorii i praktyk z całej niedobrej przeszłości, wyciągnąć z niej stosowne wnioski oraz wypracować i wdrożyć optymalną (innowacyjną) formułę lepszej przyszłości.

Rynek wolności i obietnic My, socjaliści

Polska jest dziś pełna niespodzianek. Na pewno można dostać za darmo obietnicę wolności i kolejne 500+. Co nas czeka jeszcze w tym świecie przedwyborczym – nikt nie wie, a populiści są nieprzewidywalni. Bardzo martwię się o przyszłość książki, jako nośnika idei i informacji, bo zabija ją nie tylko technologia, ale również kolejna wojna, w którą wchodzą wielkie siły współczesnej Polski.

Jeden i internautów

rzucił kilka dni temu na FB taką oto myśl: W jednym kościele pali się książki o „Harrym Potterze” a w drugim przyjmuje się z honorami czytelników i entuzjastów książki Hitlera „Mein Kampf”. Jeśli więc przyjąć, że warto pochylić się nad tym wpisem, to rodzi on pytanie, czy ofiarą jest książka, czy też ofiarą jest wolność i prawa dostępu do wartości ponadmaterialnych. Opisany incydent palenia książek i gadżetów młodzieżowych w jednym z gdańskich kościołów stanowić powinien przyczynek do szerszej dyskusji społecznej o prawach i wolnościach człowieka, szczególnie Polaka, który znalazł się na styku dwóch wielkich prądów cywilizacyjnych. Z jednej strony postępu i nowoczesności, które wyznacza doświadczenie demokratyczne i technologia, z drugiej zaś strony średniowieczna ciemnota, stanowiąca paliwo dla walki politycznej.

Sprzeczność

obydwu tych zdarzeń – obietnicy wolności i incydentu wyznaczającego zapowiedź cenzury, a więc ograniczenia wolności, jest ewidentna i nakazuje zastanowić się nad rangą oszustwa, jakie wychodzi z obozu władzy. Władza jest zdeterminowana, a Kościół jako jedno z jej narzędzi robi co może, aby zachować swoje wpływy – zarówno polityczne, jak i materialne.

Można przypuszczać,

że cała inicjatywa wypływa ze strachu ordynariusza gdańskiego, który zrodził się na skutek upowszechnienia wiedzy dotyczącej kolizji z prawem, postępowania w przeszłości, szanowanego do niedawna księdza J. Arcybiskup jako znany wojownik prawdopodobnie postanowił się odegrać. Uruchomiono więc informację i upubliczniono widok symbolicznego, pierwszego w wolnej Polsce, w XXI wieku stosu. Za tym poszły zdjęcia z zaprzysiężenia w częstochowskiej katedrze kilkudziesięciu rosłych narodowców. Przekaz jest jasny: wasza wolność jest ograniczona (jej symbol – książka spłonie), a jak się nie dostosujecie, to zajmą się wami nasi wierni ludzie.
Osoby komentujące ten kościelny happening nie kryły swojego oburzenia. Wielu zauważało, że wkrótce przyjdzie czas na palenie ludzi, u innych pojawiły się skojarzenia z kampanią palenia książek w III Rzeszy, w latach 30. ub. wieku. Jeden z religioznawców przypomniał przy okazji, że palenie ksiąg wywodzi się z trydenckiej, sarmackiej religijności.

W średniowieczu

zagrożeniem mieli być nasi sąsiedzi i przeciwnicy – muzułmanie, a później prawosławni czy luteranie. Trzeba było się przed nimi bronić, a symbolicznie zniszczyć. Takie podejście „konfrontacyjne” było wówczas popularne w całej Europie. Jednak o ile w wielu krajach tego rodzaju religijność zanikła, tak u nas duch „wojującego Kościoła” ma się całkiem dobrze.
Z dużym niepokojem patrzę na rozwijający się w Polsce spór cywilizacyjny, dotyczący rozwoju i miejsca człowieka w społeczeństwie. Mamy przynajmniej trzy opcje, które czują się uprawnione do walki o swoją wizję: konserwatywną, wybiegającą, jak widać, chwilami w średniowiecze, której zwolennikiem są aktualnie rządzący i Kościół, drugą neoliberalną, w której człowiek ze zdolnością kredytową jest elementem rynku i trzecią, rodzącą się w bólach koncepcję lewicową, człowieka – podmiotu procesów społecznych, obywatela.

Praktyka historyczna

wskazuje, ze nigdy nie jest tak, że zwycięża jedna opcja ideowa, polityczna czy cywilizacyjna. Sztuką jest porozumienie i pokojowa rywalizacja, której celem jest wolność, sprawiedliwość i dobro człowieka. Żyjemy jednak w świecie konfrontacji wartości na miarę jakości demokracji, którą sobie zbudowaliśmy. O ile dziś widać, że demokracja sprzyja myśleniu konserwatywnemu, o tyle trzeba wierzyć, że budując ją według współczesnych wzorców odrzucimy zarówno konserwatywny jak i neoliberalny kanon i stworzymy stan stosunków społecznych i organizacji państwa w oparciu o wartości socjalizmu demokratycznego. Nie jest to nowa idea i nowe doświadczenie. Polskiej demokracji trzeba pomóc, aby przezwyciężyła swoje słabości i wielką skalę niemożności. Dobrym pierwszym krokiem byłoby powszechne zaangażowanie obywatelskie w budowę ideału, który wynika z hasła „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Przed polską lewicą

stoi z tego powodu wielkie zadanie na wybory europejskie w maju i parlamentarne w październiku 2019 – wypromowanie tych wartości i zdobycie dla nich poparcia społecznego.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Bogactwo a zasobność – problem współczesności

Od zawsze ten który dużo posiadał był bogaty, dziwne ale teraz przestaje to być oczywiste.

 

Może się też wydawać, że poruszane przeze mnie kwestie to „oczywiste oczywistości” – ale prawda jest taka, że wiek XXI zweryfikował te pojęcia. Wcześniej – owszem, szły one w parze.
Od zarania dziejów zawsze ktoś, kto posiadał dużo dóbr – był z automatu „bogaty”. Dziś jednak w wysoko rozwiniętych krajach ogół społeczeństwa żyje bardzo bogato, ale – co zastanawiające – posiada coraz mniej na własność. Częstokroć teraz posiadanie nie daje przychodu ale daje obciążenia.
Jeszcze 100 lat temu ogół ludności w Polsce był w jakimś stopniu panem swego losu. Większość „włościan” czy rzemieślników posiadała środki produkcji na własność. Własna ziemia, własny sprzęt, własny dom, własny inwentarz. Tak było jeszcze w pokoleniu naszych dziadków, których wciąż dobrze pamiętamy. To byli prawdziwi włodarze. Pracowali ciężko, żyli najczęściej biednie, ale jednak nie ulegali mirażom tak wszechobecnego dziś populizmu.
Oni nie szukali sobie wodzów i zbawicieli narodu – dlatego, że ich los zależał w dużej mierze od nich samych. Zbawicielem był od zawsze Pan w Niebiesiech. Gdy był urodzaj – wszyscy szczęśliwi i wszyscy na tym korzystali; gdy nieurodzaj – pretensje wznoszono do Pana Boga, ale i do własnego lenistwa albo braku zapobiegliwości.
Narzędzia pracy pozwalały tylko na rozproszony system produkcji. Jeżeli szewc miał tylko kopyto i młotek – mógł, co najwyżej zatrudnić 2 do 4 czeladników, nie więcej. Gdy obrabiano pola, to bez mechanizacji zespół rodzinny mógł wspólnymi siłami obsiać bądź zebrać tylko z kilka hektarów. W tej chwili mamy ciągniki, które orzą całe noce i dnie bez kierowcy. Powstanie np. chińskiej megafermy na milionie hektarów w Afryce , to rzeczywistość – w dodatku bez niewolników!
Powstawanie fabryk bez pracowników też nikogo już nie dziwi. Gdy 10 lat temu przejeżdżałem ze znajomym Niemcem blisko Browaru w Schkeuditz w Saksonii, mój znajomy pokazał palcem i powiedział: „Byłem tam w zeszłym tygodniu, pokazali mi halę rozlewu i – nie do wiary – tam był tylko jeden człowiek. Na dodatek jeszcze wzięli czarnego, bo taniej”.

 

Co znaczy „globalizacja”?

Co oznacza dla nas koncentracja produkcji i kapitałów, co niesie ze sobą mechanizacja, automatyzacja i robotyzacja? Otóż to wszystko przyśpiesza , przyspieszone odchodzenie od bycia włodarzami, gospodarzami, właścicielami własnych warsztatów pracy.
Stajemy się natomiast dostatnio uposażonymi wyrobnikami. Te wszystkie procesy prowadzą do wyższej wydajności i obniżania cen towarów.
Cóż, coś za coś: tracimy być może małe, przytulne sklepy, indywidualne gospodarstwa, rzemiosło, za to kupujemy więcej i taniej w supermarketach. Należy pamiętać, że wszyscy ludzie w nich pracujący to już tylko najemnicy.
Śmiem twierdzić, że wręcz warunkiem współczesnego dobrobytu jest utrata powszechnej niedawno niezależności gospodarczej i indywidualnych środków produkcji szerokich mas ludności. Ogół społeczeństwa w bogatych krajach żyje dostatnio, ale musi stracić coś, co nazywa się zasobność. Tę zasobność traci się łatwo i bezboleśnie, bo w zamian wchodzi się do elitarnego „klubu bogatych”.
Gdy nasz dziadek kupił kawałek pola, to tym samym powiększał swój zasób i pośrednio swoje bogactwo. Gdy budował dom czy zabudowania, to robił to „za swoje” i wkrótce pozwalało mu to na zwiększenie inwentarza – pośrednio produkcji i wzrost bogactwa.
Najczęściej przeciętny rolnik przez całe życie pracował w pocie czoła, dorabiał się – żył skromnie, ale zawsze był „na swoim”. Gdy rodziło się kolejne dziecko, przyjmowano je jak dar losu, bo wychodzono z założenia, że tam, gdzie dwoje się uchowało to i trzecie się uchowa.
Masy ludności żyły biednie, lecz miały coś, czego nie da się kupić za pieniądze, miały biedną

 

pewność losu.

Dziś 43 procent obywateli USA cierpi na bezsenność. Nie śpią , bo rozmyślają: „co z naszym zakładem, koncern już buduje nową fabrykę w Chinach…; „co z pracą w banku, w przyszłym roku łączenie filii i na pewno nie będzie dwóch działów marketingu i księgowości…”; „co ze spłatą domu, zostały jeszcze 22 lata kredytu, samochód się starzeje, a z przedmieścia wszędzie daleko…”.
Zwykle wykwalifikowani pracownicy nawet po zwolnieniach znajdują gdzieś niezłą pracę. W konkurencyjnej gospodarce upadłości są normą, a wydajniejsze firmy nieustannie wypierają słabsze, towar tanieje, znów można za mniej kupić więcej.. Jednak ten stan „bogatej niepewności” zabija – dosłownie! – chęć „mnożenia się”. Ludzie boją się zakładać rodziny.
Jak wytłumaczyć paradoks, że w ubogich krajach przyrost naturalny jest nieodmiennie wysoki, a w takiej na przykład Francji mnożą się głównie ludzie napływowi? Decyzje o rozrodzie to coś, co umyka prostym wyjaśnieniom.
Gdy na sawannie panuje susza, antylopy stają się niepłodne lub następują poronienia. Gdy kobiety w wielkich korporacjach wchodzą w męskie współzawodnictwo – poczynają dzieci późno lub zgoła wcale.
To po prostu biologia. Prawa natury są jak prawa fizyki: dotyczą wszystkich, a najczęściej o ich działaniu nie mamy bladego pojęcia. Czym we wszechświecie jest szara materia i ciemna energia – nie wie nikt. Nawet Einstein czy Hawking.
Współcześnie kiedy młody, dobrze zarabiający człowiek chce się zabezpieczyć finansowo na przyszłość , jak to robili zawsze przodkowie – kupuje duży apartament na kredyt, bo, jak wiadomo, ,,nieruchomości zawsze w perspektywie czasu drożeją,,. Kupuje bardziej oszczędny, a przez to droższy samochód. Kupuje tak, jak radzi „Murator”: „Chcesz mieć ciepłą wodę użytkową za darmo, to kup panele”. Przecież ta prymitywna i kłamliwa reklama twierdzi że kupując otrzymasz coś za darmo. W rzeczywistości w naszym klimacie otrzymywanie ciepłej wody z solarów jest niepewne i bardzo drogie.
Inwestując w drogi, ładny dom – kupujesz pewność, że w gorszych czasach go nie sprzedasz, a jeżeli już, to z dużą stratą. W okresie dekoniunktury sprzedają się wyłącznie małe domy. Taki dom oznacza wyłącznie większe koszty elektryczności, ogrzewania i… wyższe podatki – o czym boleśnie przekonali się np. Hiszpanie i Grecy. Drogi, teoretycznie oszczędny samochód, np. hybryda to również inwestycja, która powiększa tylko koszty i w porównaniu ze skromniejszym samochodem jest zwyczajnie nieopłacalna.
Młodzi ludzie to dziś niewolnicy kredytów. Nie mają możliwości skutecznego inwestowania w majątek produkcyjny. Stają się bogaci gdy wszystko spłacą są już starzy i nic im z bogactwa. To tak jakby odkładać przyjemność z odbywania stosunków cielesnych… na starość. Nie mówię żeby nie oszczędzać ,ale możliwości inwestowania są bardzo ograniczone do wąskiej grupy.

 

Problem powszechnego populizmu

To zjawisko zawsze wynika z potrzeby chwili. Kiedy ludzie nie radzą sobie z okolicznościami losu, szukają przywódców, którzy wycisną z coraz węższego grona właścicieli daniny dla ogółu, podczas gdy ten w swej masie dawno już stracił narzędzia niezależności.
Poważne Partie socjalistyczno-ludowe mają małe poparcie, bo ludzi poważnie skrzywdzonych materialnie jest coraz mniej, prócz tego żadne szanujące się ugrupowanie polityczne nie da więcej niż obiecają populiści. Niemcy uwierzyli kiedyś wybitnemu populiście i 12 lat jego rządów znaczyło 7 milionów zabitych Niemców. Historia nie uczy się na błędach innych, trzeba sparzyć trzeba się samemu.
Czy danina w postaci postępującej niesamodzielności materialnej w zamian za względy dostatek jest warta swojej ceny, oceńcie państwo sami. Marzenie jednak o tym, by żyć sielsko, anielsko i na dodatek ekologicznie może okazać się mrzonką kiedy na świecie mamy już 7,5 miliarda ludzi.