PKO Ekstraklasa: Dla Legii ważniejsze są europejskie puchary

W miniony weekend nasz piłkarska ekstraklasa rozpoczęła nowy sezon. Letnia przerwa niezbyt korzystnie podziałała na formę zawodników, bo z pięciu pierwszych spotkań aż cztery zakończyły się remisami, a zwycięstwo zdołała odnieść tylko broniąca tytułu Legia Warszawa, która w rezerwowym składzie pokonała na swoim stadionie Wisłę Płock 1:0.

Przed startem ligowych rozgrywek cztery polskie zespoły zaliczyły występy w kwalifikacjach europejskich pucharów. Najwięcej meczów rozegrali piłkarze Legii, którzy w Lidze Mistrzów mają za sobą dwa spotkania z norweskim Bodo/Glimt (3:2 i 2:0) oraz estońską Florą Tallin (2:1) i w perspektywie czeka ich w najbliższy wtorek rewanż z tym zespołem na wyjeździe. Do tego legioniści zaliczyli jeszcze przegrany mecz o Superpuchar Polski z Rakowem Częstochowa, toteż trener stołecznej drużyny Czesław Michniewicz chcąc oszczędzić siły swoich najlepszych graczy na drugi mecz z Florą, do sobotniej potyczki z Wisłą Płock wystawił rezerwową ekipę.
W wyjściowym składzie Legii znalazło się aż sześciu młodzieżowców (bramkarz Kacper Tobiasz, obrońcy Kacper Skibicki i Maik Nawrocki, pomocnik Jakub Kisiel oraz napastnicy Maciej Rosołek i 20-letni Alabńczyk Ernest Muci, który kapitalnym uderzeniem z dystansu zdobył zwycięską bramkę dla „Wojskowych”. „Żartowaliśmy nawet, że po meczu możemy zrobić w szatni kinderbal, bo tylu młodzieżowców mieliśmy w zespole” – przyznał trener Michniewicz.
Legia tego lata wszystkie siły rzuca do walki o awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W spotkaniu z Florą Tallin było widać, że rywale są w lepszej formie fizycznej, więcej biegają i są szybsi, dlatego Michniewicz postanowił w ten weekend dać swoim najlepszym graczom odpocząć. Postąpił zresztą tak samo jak szkoleniowiec Flory, który ligowe spotkanie przed pierwszą pucharową potyczką z legionistami zagrał rezerwowym składem i dlatego odpoczywający gracze z wyjściowej jedenastki zaprezentowali się na Łazienkowskiej lepiej pod względem motorycznym od mistrzów Polski. W rewanżu już tej przewagi mieć nie powinni. „Dla nas celem nadrzędnym jest wygrana w dwumecz z Florą. Na razie jesteśmy w połowie drogi. Gdyby rewanż grali w środę, być może z Wisłą Płock wystawiłbym inny skład, ale po konsultacjach z profesorem Jastrzębskim uznałem, że trzeba dać wiodącym graczom trochę oddechu, żeby odzyskali świeżość i dynamikę na wtorkowy wieczór. To będzie dla nas ważny mecz, bo jego wynik wpłynie na przyszłości całego klubu” – podkreślił szkoleniowiec „Wojskowych”. I dodał: „Mimo dużych zmian kadrowych w pierwszej jedenastce mamy za sobą udaną inaugurację rozgrywek w ekstraklasie. Nasz zespół w takim składzie za często nie grywa, najczęściej na treningach, ale dzisiaj pokazał na tle płockiej drużyny kilka naprawdę fajnych zagrań. Oczywiście było też kilka błędów i groźnych sytuacji pod naszą bramką, ale to normalne w każdym meczu. Cieszę się z tego zwycięstwa i teraz już skupiam się wyłącznie na wtorkowym rewanżu z Florą Tallin” – zapewniał Michniewicz.
Inne spotkania rozegrane w piątek i sobotę zakończyły się podziałem punktów. Żaden z trójki beniaminków ekstraklasy nie zaznał na inaugurację ekstraklasy goryczy porażki. Bruk-Bet Nieciecza na swoim stadionie zremisował ze Stalą Mielec 1:1, Górnik Łęczna także u siebie zremisował z Cracovią 1:1, chociaż do 82. minuty prowadził 1:0. Pokonać nie dał się też Radomiak Radom, mimo iż grał na wyjeździe. Mimo ogłoszonego bojkotu przez kibolskie grupy fanów Lecha Poznań, na mecz „Kolejorza” z Radomiakiem przybyło ponad 10 tys. widzów. Niestety, lechici mimo starań nie zdołali sforsować desperackiej obrony radomian, a oni sami byli zbyt słabi, żeby skutecznie zaatakować bramkę gospodarzy. Bezbramkowy remis to jednak dla Lecha porażka, zaś dla zespołu Radomiaka niewątpliwy sukces.
Podziałem punktów zakończyło się również starcie Jagiellonii Białystok z Lechią Gdańsk. Na białostockim stadionie zjawiło się niewiele ponad osiem tysięcy kibiców, ale oba zespoły nie zafundowały im wielkiego piłkarskiego widowiska.

PKO Ekstraklasa: Legioniści w końcu pokonali drużynę Piasta

W najciekawszym spotkaniu 26. kolejki PKO Ekstraklasy Legia Warszawa wygrała na wyjeździe z Piastem Gliwice 1:0. Zwycięskiego gola w 75. minucie strzelił Portugalczyk Rafael Lopes. Ten wynik zapewnia „Wojskowym” zajęcie na koniec rozgrywek miejsca gwarantującego start w europejskich pucharach, bez względu na rezultaty czterech ostatnich meczów jakie pozostały im jeszcze do rozegrania w tym sezonie.

Jeszcze miesiąc temu zespół Legii przypominał rozpędzony walec, który bez trudu rozjeżdżał w lidze kolejnych przeciwników. Ale w meczach z Lechem Poznań i Cracovią coś w tej legijnej maszynerii przestało dobrze funkcjonować. Dwa bezbramkowe remisy przy jednoczesnych zwycięstwach ścigającej Legię zawzięcie Pogoni Szczecin zmniejszyło przewagę stołecznej drużyny z dziesięciu do sześciu punktów. Na domiar złego w spotkaniu z Cracovią czerwona kartkę zobaczył trener Czesław Michniewicz i Komisja Ligi zdyskwalifikowała go na dwa ligowe mecze. I to akurat z rywalami piekielnie niebezpiecznymi – z Piastem w Gliwicach oraz Lechią w Gdańsku. Z zastępstwie Michniewicza ekipę Legii z środowym spotkaniu z Piastem poprowadził z ławki trenerskiej jego asystent Przemysław Małecki. Ale bardziej istotna personalną roszadę szkoleniowcy warszawskiej drużyny dokonali przed meczem, wystawiając do gry dwójkę napastników.
Tym drugim, obok najskuteczniejszego strzelca zespołu Tomasa Pekhart, był tym razem 29-letni Portugalczyk Rafael Lopez. I on też został bohaterem wieczoru strzelając na kwadrans przed końcem spotkania zwycięską bramkę, która zapewniła Legii nie tylko komplet punktów, ale także pewny start w europejskich pucharach w nowym sezonie. Oczywiście stołeczna ekipa mierzy znacznie wyżej i chce zdobyć mistrzostwo Polski zapewniające udział w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. Na cztery kolejki przed zakończeniem rozgrywek „Wojskowi” mają sześć punktów przewagi na drugą w tabeli Pogonią i 10 nad trzecim Rakowem (ale częstochowianie mają jeszcze do rozegrania zaległe spotkanie ze Stalą Mielec).
Wyniki 26. kolejki:
Piast Gliwice – Legia Warszawa 0:1. Gol: Rafael Lopes (75). Warta Poznań – Raków Częstochowa 0:2. Gole: Vladislavs Gutkovskis (42), Jakub Kiełb (70 samobójcza). Pogoń Szczecin – Górnik Zabrze 1:0. Gol: Rafał Kurzawa (20).
Lech Poznań – Lechia Gdańsk 3:0. Gole: Michał Skóraś (52), Mikael Ishak (57 karny), Dani Ramirez (65). Śląsk Wrocław – Podbeskidzie Bielsko-Biała 4:3. Gole: Krzysztof Mączyński (35), Patryk Janasik (61), Konrad Poprawa (83), Robert Pich (90) – Rafał Janicki (41), Kamil Biliński (70), Marko Roginić (78). Jagiellonia Białystok – Stal Mielec 3:3. Gole: Bogdan Tiru (3, 85), Tomas Prikryl (12) – Jonathan de Amo (18), Maciej Domański (68 karny), Mateusz Mak (90). Zagłębie Lubin – Wisła Kraków 4:1. Gole: Karol Podliński (35), Patryk Szysz (71), Filip Starzyński (74), Samuel Mraz (87) – Sasza Balić (16 samobójcza). Cracovia – Wisła Płock 1:0. Gol: Marcos Alvarez (42 karny).
Zestaw par 27. kolejki
Piątek 23 kwietnia: Raków – Śląsk, godz. 18:00; Podbeskidzie – Lech, 20:30. Sobota: Górnik – Wisła Płock, 15:00; Zagłębie – Piast, 17:30; Wisła Kraków – Cracovia, 20:00. Niedziela: Warta – Jagiellonia, 12:30; Stal – Pogoń , 15:00; Lechia – Legia, 17:30.

Legioniści w strachu, że zostali rozszyfrowani

Zespół Legii Warszawa zaczął ten rok fatalnie, od porażki 0:1 z Podbeskidziem. Potem jednak „Wojskowi” w kolejnych 10 spotkaniach byli niepokonani, wygrywając siedem z nich. W ostatnich dwóch zaliczyli jednak bezbramkowe remisy, nic więc dziwnego, że przed środowym meczem z Piastem zaczęli trochę panikować.

Powód niepokoju zdradził na pomeczowej konferencji po niedzielnej potyczce z Cracovią trener Legii Czesław Michniewicz. „To drugi mecz z rzędu, w którym nie strzeliliśmy gola. I to mnie martwi najbardziej, bo wcześniej nie mieliśmy z tym problemów” – przyznał szkoleniowiec lidera ekstraklasy. Faktycznie – w tym roku legioniści w 11 rozegranych ligowych spotkaniach strzelili 22 gole, tracąc tylko dziewięć. Gdy 3 kwietnia pokonali na swoim boisku wicelidera tabeli Pogoń Szczecin 4:2, ich przewaga nad „Portowcami” urosła do 10 punktów i w lodówkach na stadionie przy Łazienkowskiej zaczęto mrozić szampana. Ale po dwóch bezbramkowych remisach ta komfortowa już przewaga gwałtownie stopniała do sześciu „oczek”, bo w tym samym czasie szczecinianie zdobyli komplety punktów ogrywając u siebie Wisłę Płock 2:0 i na wyjeździe, także 2:0, Podbeskidzie. Trzeci w tabeli Raków też nie próżnował i także zdobył sześć punktów, pokonując na wyjeździe Wisłę Kraków 2:1 i u siebie Lecha 3:1. A częstochowianie mają jeszcze w zapasie zaległe spotkanie z ostatnią w stawce Stalą Mielec. Ta potyczka została jednak wyznaczona dopiero na 5 maja, a do tego czasu te rachuby mogą okazać się już nieaktualne (rozegrane we wtorek mecze Pogoni z Górnikiem i Rakowa z Wartą zakończyły się po zamknięciu wydania, podobnie jak spotkania Lecha z Lechią i Śląska z Podbeskidziem).
Fani stołecznej drużyny po dwóch słabszych występach ekipy trenera Michniewicza zaczęli się zastanawiać, czy ich powodem nie było też rozprężenie i utrata koncentracji jaką zwykle daje uzyskanie znaczącej przewagi punktowej nad konkurentami. „Nikt z nas nie myśli, że już zdobyliśmy tytuł mistrza Polski” – zapewniał Michniewicz po wygranej w 23. kolejce Pogonią. Po meczu z Cracovią trener „Wojskowych” z trudem skrywał frustrację. „Straciliśmy dzisiaj dwa punkty, a było to dla nas bardzo ważne spotkanie. W pierwszej połowie rywale grali jeszcze w miarę otwarty futbol, często wychodzili daleko od własnego pola karnego, dzięki temu moi piłkarze mieli sporo miejsca na rozgrywanie akcji. Ale w drugiej połowie Cracovia cofnęła się głęboko pod własną bramkę i było jasne, że będzie do ostatniego gwizdka grała na utrzymanie remisu” – narzekał Michniewicz, którego w 22. minucie spotkania sędzia Damian Sylwestrzak ukarał czerwoną kartka i odesłał na trybuny.
Rozpracowali taktykę Legii
Być może z perspektywy trybun mecz wyglądał inaczej, ale na boisku ekipa „Pasów”, niemal w całości składająca się z obcokrajowców (jedynym polskim piłkarzem w wyjściowym składzie był młodzieżowiec, 21-letni Sylwester Lusiusz), wcale na taką bezradną nie wyglądała. Cracovia jest bez wątpienia największym rozczarowaniem w ekstraklasie w tym sezonie, większym nawet od Lecha Poznań, ale w niedzielę jej piłkarze mieli podstawy do niezadowolenia z remisu. Bo chociaż więcej bramkowych okazji rzeczywiście stworzyli legioniści, to jednak ewidentnie najlepszą zmarnował w 77. minucie 29-letni niemiecki napastnik hiszpańskiego pochodzenia Marcos Alvarez, przegrywając sytuację jeden na jednego ze strzegącym bramki Legii 41-letnim Arturem Borucem.
Cracovia jest kolejną drużyną po Lechu, która w meczu z liderem ekstraklasy zdecydowała się zagrać w ustawieniu z trójką obrońców, czyli wykorzystała ten sam sposób gry, który od lutego i meczu z Rakowem (2:0) stosował z powodzeniem Legia. „Nawet jeśli rywale nas rozszyfrowali, to na pewno nie jest jedyny powód bezbramkowych występów z Lechem i Cracovią. Nasza gra zrobiła się zbyt wolna i to jest w tej chwili nasz problem, bo jeśli jakiś element gry nie funkcjonuje na najwyższym poziomie, pojawia się natychmiast efekt domina” – przyznał trener Michniewicz.
Szkoleniowiec Legii ma jeszcze dodatkowy problem, bo za czerwoną kartę musi liczyć się z zawieszeniem i co najmniej dwa spotkania legioniści zagrają bez niego na trenerskiej ławce. Całkiem niewykluczone, że podziała to na nich motywująco i żeby zrobić przyjemność trenerowi pokonają w środę Piasta, co samo w sobie i tak byłoby znaczącym wydarzeniem, bowiem „Wojskowi” nie potrafią wygrać z zespołem Waldemara Fornalika w Gliwicach od grudnia 2018 roku. A warto wiedzieć, że Piast w tym roku przegrał podobnie jak Legia tylko raz, ulegając w lutym Warcie Poznań 0:1. A w pozostałych spotkaniach zgromadził 24 punkty i wywindował się w tabeli na czwarte miejsce.
Fornalik nie pęka przed Legią
Szkoleniowiec gliwickiej drużyny przed środowym spotkaniem z liderem ekstraklasy na zwyczajowej konferencji prasowej był jednak przez dziennikarzy pytany o niedawną porażkę Piasta po rzutach karnych w półfinale Pucharu Polski z pierwszoligową Arką Gdynia oraz remis z Lechią w Gdańsku w poprzedniej kolejce ekstraklasy (gliwiczanie zremisowali 2:2, chociaż do 87. minuty prowadzili 2:0). „Szkoda, że nie pytacie mnie o wygrane mecze, a jest ich zdecydowanie więcej. Przypomnę, że z osiemnastu ostatnich spotkań, przegraliśmy tylko jedno. Nikt nie jest doskonały i każdemu może przydarzyć się chwila dekoncentracji, jak nam w meczu z Lechią. Traktujemy ten remis jak zimny prysznic i nauczkę na przyszłość” – stwierdził trener Fornalik.
Piast w tym sezonie grał przeciwko Legii dwukrotnie na jej stadionie: w rundzie jesiennej ekstraklasy zremisował 2:2, a w marcu tego roku w 1/4 finału Pucharu Polski pokonał legionistów 2:1. „Legia walczy o mistrzowski tytuł i jest bardzo blisko jego zdobycia. Poza tym to aktualny mistrz Polski, więc do meczu z tym zespołem podchodzimy z pokorą, ale też bez jakiejś dodatkowej motywacji. Poprzednie mecze z Legią były trudne, oni mieli optyczną przewagę i częściej byli przy piłce, lecz za to moi piłkarze byli skuteczniejsi. Mam nadzieje, że tak samo będzie też w środowym spotkaniu” – stwierdził trener Piasta.
W kadrze meczowej gliwickiej drużyny w meczu z Legią na pewno zabraknie Bartosza Rymaniaka, który w spotkaniu z Lechią doznał urazu kolana oraz leczącego kontuzję ręki Tomasza Mokwy. Nie zagra też Patryk Lipski, bo musi pauzować za żółte kartki, do drużyny być może dołączą rekonwalescenci – Jakub Czerwiński i Martin Konczkowski.

Zestaw par środowych meczów:
Jagiellonia Białystok – Stal Mielec, godz. 18:00, sędziuje Szymon Marciniak (Płock);
Zagłębie Lubin – Wisła Kraków, godz. 18:00, sędziuje Łukasz Kuźma (Białystok);
Cracovia – Wisła Płock, godz. 20:30, sędziuje Piotr Lasyk (Bytom);
Piast Gliwice – Legia Warszawa, godz. 20:30, sędziuje Damian Kos (Gdańsk).

Skorża wrócił do Lecha

Potwierdziły się medialne spekulacje, że w Lechu Poznań następcą zwolnionego trenera Dariusza Żurawia zostanie Maciej Skorża. Dla 49-letniego szkoleniowca to powrót do poznańskiego klubu. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2023 roku, ale w niedzielnym meczu z Legią zespołu Lecha nie miał odwagi poprowadzić.

Skorża był już trenerem ekipy „Kolejorza” w latach 2014-2015. Przejął zespół 1 września 2014 z rąk Krzysztofa Chrobaka, który niespełna trzy tygodnie wcześniej zastąpił zwolnionego Mariusza Rumaka. Asystentami Skorży zostali wtedy Dariusz Żuraw i Tomasz Rząsa. Pierwszego z nich zastąpił w roli szkoleniowca, a drugi z wymienionych będzie de facto jego przełożonym, bo jest dyrektorem sportowym Lecha.
Pierwsza przygoda Skorży z Lechem pod względem sportowym była udana, bo pod jego wodzą drużyna w sezonie 2014/2015 zdobyła mistrzostwo Polski i sięgnęła po Superpuchar Polski. W przerwie letniej coś się jednak w dobrze funkcjonującym mechanizmie popsuło, bo lechici nowe rozgrywki w ekstraklasie zaczęli fatalnie, szybko też odpadli w kwalifikacjach Ligi Mistrzów po dwóch porażkach z FC Basel. Ale w Lidze Europy zdołali awansować do fazy grupowej, więc nie było jeszcze dramatu.
Niestety dla Skorży, zespół przegrywał w krajowej lidze mecz za meczem i coraz bardziej tracił szanse na obronienie mistrzowskiego tytułu. Czarę goryczy przelała dotkliwa wyjazdowa porażka w 11. kolejce z Cracovią – lechici przegrali w Krakowie aż 2:5 i następnego dnia zarząd poznańskiego klubu ogłosił dymisję Skorży, zatrudniając w jego miejsce Jana Urbana. Po tym niepowodzeniu Skorża aż do 23 maja 2017 roku pozostawał bezrobotny, ale tego dnia uśmiechnęło się do niego szczęście, bo dostał angaż w Pogoni Szczecin. Od nowego sezonu miał w ekipie „Portowców” zastąpić Kazimierza Moskala. W okresie przygotowawczym coś chyba jednak poszło nie tak, bo szczeciński zespół, który w poprzednich rozgrywkach zajął siódme miejsce, pod wodzą Skorży w 14 ligowych meczach wygrał tylko dwa razy, trzy spotkania zremisował, a w dziewięciu doznał porażek, strzelając w sumie 11 goli i tracąc aż 23. Nie były to wyniki do zaakceptowania dla władz szczecińskiego klubu, bo nie takich spodziewali się po trenerze, który miał w dorobku trzy mistrzowskie tytuły (dwa z Wisłą Kraków i jeden z Lechem), trzy Puchary Polski (dwa z Legią i jeden z Groclinem Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski), Superpuchar Polski (z Lechem) i Puchar Ekstraklasy (z Groclinem Dyskobolią). Zwolniony 30 października 2017 roku za porozumieniem stron Skorża zostawiał Pogoń na ostatnim miejscu w tabeli .
W Polsce jego trenerska marka mocno po tym niepowodzeniu podupadła, ale w Zjednoczonych Emiratach Arabskich o tym chyba nie wiedziano, bo 19 marca 2018 Skorża został selekcjonerem kadry olimpijskiej ZEA i utrzymała się na tym stanowisku do 28 lutego 2020 roku. Gdy prowadzony przez niego zespół nie zakwalifikował się do igrzysk w Tokio, podziękowano mu za dalsza pracę i odesłano do Polski.
Po powrocie jego nazwisko od czasu do czasu pojawiało się w medialnych spekulacjach ilekroć zapowiadało się na zmianę trenera w którymś z naszych topowych zespołów. Tak też było w przypadku Lecha Poznań, bo pozycja Dariusza Żurawia słabła od wielu miesięcy. Jego notowania na krótko wzrosły w marcu, po wyjazdowych wygranych w 19. i 20. kolejce z Wartą Poznań (2:1) i Pogonią Szczecin (1:0), lecz potem przyszła seria trzech meczów bez zwycięstwa – remis z Piastem (0:0) oraz porażki u siebie z Jagiellonią (2:3) i na wyjeździe z Cracovią (1:2). Władze „Kolejorza” uznały, że czas Żurawia się skończył.
Skorża nie miał oporów przed objęciem posady po swoim dawnym współpracowniku, ale wykazał się rozwagą nie przejmując zespołu w przededniu ligowego meczu z Legią. Kibiców wprawdzie na trybunach w niedzielnym meczu nie było , ale zważywszy na swoje związki z Legią, Wisłą Kraków i Pogonią Skorża byłby pewnie przez nich, podobnie jak Czesław Michniewicz w Legii, potraktowany z rezerwą. Obu w oczach fanów „rozgrzeszyłoby” go jedynie zwycięstwo, lecz nikt Lechowi nie dawał na to szans.

W Legii liczy się Kapustka

W 18. kolejce dwa zespoły z Wisłą w nazwie przyczyniły się do zmiany na pozycji lidera ekstraklasy. Krakowska Wisła pokonała Pogoń 2:1, a płocka pozwoliła Legii na trening strzelecki i przegrała z nią 2:5, dzięki czemu warszawianie wrócili na pierwsze miejsce. Kiepskie serie przerwały zespoły Rakowa i Lecha, a Warta zakończyła długi marsz Piasta bez porażek.

Jednym z najważniejszych aktorów meczu Legii z Wisłą Płock był Bartosz Kapustka. 24-letni pomocnik trafił do stołecznego klubu 13 sierpnia ubiegłego roku po trzech sezonach poniewierki w angielskim Leicester City, która mocno wyhamowała jego świetnie zapowiadającą się po udanych występach w Euro 2016 karierę. W Leicester Kapustka nie przebił się do podstawowego składu, więc najpierw grał w zespole młodzieżowym, potem wypożyczono go do niemieckiego Freiburga, a potem do drugoligowego belgijskiego Oud-Heverlee Leuven. Dopiero w tym klubie zaczął więcej grać, ale gdy powoli zaczął wracać do dawnej formy, dzięki czemu stał się podstawowym graczem młodzieżowej reprezentacji Polski prowadzonej przez trenera Czesława Michniewicza, doznał poważnej kontuzji. Wtedy wielu futbolowych ekspertów postawiło na tym piłkarzu krzyżyk i jego nazwisko pojawiało się już tylko jako przykład zmarnowanej kariery przez przedwczesny lub nieprzemyślany transfer do zachodniego klubu.
Dlatego pojawienie się Kapustki w Legii uznano na początku jako kolejny transferowy bubel stołecznego klubu. Piłkarz miał jednak farta, bo niedługo po transferze właściciel Legii Dariusz Mioduski zwolnił trenera Aleksandara Vukovicia i zatrudnił Czesława Michniewicza. A ten szkoleniowiec akurat miał patent na Kapustkę i wiedział jak wykorzystać jego piłkarski potencjał na boisku. Zamiast powielać taktyczne pomysły Adama Nawałki, który w reprezentacji Polski przestawił Kapustkę na skrzydło pomocy, Michniewicz konsekwentnie wystawiał go w środku w roli rozgrywającego. Nawiasem mówiąc na tej pozycji grał też w drużynach młodzieżowych i tak naprawdę dopiero w trakcie i po Euro 2016 został przypisany na stałe jako skrzydłowy. To było jednak dla tego chłopaka przekleństwo, bo na tej pozycji nie sprostał oczekiwaniom nie tylko w Premier League, ale też Bundeslidze.
Michniewicz postawił na swoim i chociaż w kadrze Legii graczy na środek pomocy nie brakowało (Domagoj Antolić, Andre Martins, Walerian Gwilia, Bartosz Ślisz), to na tej pozycji właśnie Kapustka był przez niego regularnie wystawiany do gry. I w końcu zaczął spłacać trenerowi kredyt zaufania. Już w kilku wcześniejszych meczach zagrał bardzo dobrze, choćby przeciwko Lechowi Poznań. Ale w minioną sobotę w starciu z „Nafciarzami” wraz Luquinhasem grał pierwsze skrzypce w zespole Legii.
Olbrzymim atutem Kapustki jest jego wytrzymałość – w spotkaniu z płocczanami przebiegł ponad 10 km, wykonał 24 sprinty i aż 54 szybkie biegi. We wspomnianym meczu z Lechem przebiegł 12 km. Jeszcze więcej zanotował w spotkaniu z Piastem Gliwice, gdy pokonał 12,3 km. I choć są w naszej ekstraklasie od niego pod tym względem lepsi, potrafiący w meczu zaliczyć ponad 13 km, to mozna ich policzyć na palcach. A Kapustka ma jeszcze ten walor, że potrafi jeszcze biegać bardzo szybko – do niego należy rekord sezonu ustanowiony w spotkaniu z Cracovią, gdy zmierzono mu sprint z prędkością 34,77 km/h.
Trudno też zakwestionować jego umiejętności piłkarskie. Niewielu jest w naszej lidze zawodników tak często i chętnie jak on decydujących się na dryblingi. W meczu z Piastem miał takich indywidualnych akcji osiem, z czego pięć udanych. Piłkarz potrafiący okiwać rywali to w każdej drużynie czysty skarb, bo daje przewagę zarówno w grze kombinacyjnej, jak i w szybkich kontratakach. Michniewicz docenia te walory Kapustki i twardo stawia go nie tylko w roli podstawowego zawodnika swojej drużyny, ale również jej lidera i coraz głośniej poleca swojego ulubieńca nowemu selekcjonerowi reprezentacji Polski Paulo Sousie.
Z tym może być jednak problem, bo akurat w środku pomocy portugalski szkoleniowiec ma spory wybór (Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński, Mateusz Klich, Karol Linetty, Jakub Moder, Sebastian Szymański i odradzający się w lidze greckiej Damian Szymański), a deficyt ma akurat na skrzydłach. Właśnie na naszych oczach wypada z kadry kolejny kluczowy gracz na tej pozycji, Kamil Grosicki, który definitywnie stracił miejsce w zespole West Bromwich Albion, ale z powodu swoich wygórowanych oczekiwań finansowych nie może znaleźć nowego pracodawcy. Jeśli wierzyć ostatnim rewelacjom w tej sprawie, to szefowie angielskiego klubu są ponoć skłonni zapłacić „Grosikowi” wszystkie pieniądze jakie należą mu się do końca wygasającego z końcem czerwca kontraktu, byleby odszedł już teraz. To zrodziło spekulacje, wedle których piłkarz ten jeszcze przed kończącym się w środę 24 lutego oknie transferowym w polskiej lidze ma podpisać kontrakt z Legią.
Stołeczny klub konsekwentnie dementuje jednak plotki o pozyskaniu Grosickiego. Z Łazienkowskiej dochodzą wieści, że owszem, były w tej sprawie wstępne rozmowy, lecz piłkarz postawił takie wygórowane warunki finansowe, że właściciel warszawskiego klubu szybko uciął temat. Dariusz Mioduski rzeczywiście realizuje teraz strategię polegającą na zatrudnianiu perspektywicznych piłkarzy, którzy na Łazienkowskiej mają się rozwinąć i zyskać na wartości, żeby następnie można ich było korzystnie transferować do innych klubów. Kapustka jest właśnie doskonałym przykładem takiego projektu. A teraz zamiast płacić setki tysięcy euro 33-letniemu Grosickiemu, „Wojskowi” woleli zatrudnić 24-letniego Uzbeka Jasura Jakszibojewa, 22-letniego Ukraińca Nazarija Rusyna i 19-letniego Albańczyka Ernesta Muciego.
Wracając zaś jeszcze do Grosickiego. Mimo słabego poziomu sportowego nasza ekstraklasa nie jest złym miejscem pracy dla piłkarzy, zwłaszcza takich, którym za granicą zwichnęły się kariery i szukają miejsca do odbudowania formy. Z takiej możliwości skorzystał nie tylko wspomniany już wcześniej Bartosz Kapustka, ale też wielu innych polskich piłkarzy, jak choćby Jakub Świerczok w Piaście, Jarosław Jach w Rakowie, Bartosz Salamon w Lechu czy przymierzający się do gry w Cracovii Jakub Kosecki.
W meczu Lecha ze Śląskiem ważyły się posady szkoleniowców w obu zespołach. Dariusza Żurawia uratował gol strzelony przez debiutującego w ekipie „Kolejorza” Arona Johannssona. Skromne jednobramkowe zwycięstwo przerwało najgorszą w XXI wieku serię ligowych niepowodzeń. Lechici nie potrafili wygrać meczu od 6 grudnia, notując przez ten czas w lidze trzy remisy i trzy porażki, przegraną w Lidze Europy z Glasgow Rangers 0:2 i wygrany dopiero po rzutach karnych mecz we Pucharze Polski z pierwszoligowym Radomiakiem. Trudno jednak stwierdzić czy poznańska drużyna ma już kryzys za sobą, bo Śląsk w tym roku też słabo przędzie i jeszcze nie wygrał meczu, notując w lidze dwa remisy i dwie porażki. Dramatu jeszcze nie ma, bo wrocławski zespół zajmuje w tabeli szóstą lokatę i ma tylko dwa punkty straty do czwartego Górnika, ale w mediach już pojawiły się plotki, że pozycja czeskiego trenera Vitezslava Lavicki jest mocno zagrożona, a jego następcą ma być Jerzy Brzęczek.
Co ciekawe, w drugim z dolnośląskich klubów, Zagłębiu Lubin, też zrobiło się nerwowo po słabym starcie w rundzie wiosennej, bo i tam szukają nowego trenera na miejsce Słowaka Martina Seveli. Te plotki nie muszą się potwierdzić, bo w tym sezonie szefowie klubów są zadziwiająco nieskorzy do zwalniania szkoleniowców, nawet jeśli sami podają się do dymisji (vide Michał Probierz w Cracovii).

Legioniści kończą rok na pierwszym miejscu

Piłkarska ekstraklasa przerwała rozgrywki po 14. kolejkach, ale sukcesem jest jednak to, że mimo pandemii odbyły się wszystkie ze 112 spotkań. Padło w nich 306 goli, co daje średnią 2,73 bramki na mecz. W czterech zespołach dokonano zmiany trenerów. Tak w największym skrócie można podsumować pierwszą odsłonę sezonu 2020/2021.

W minioną niedzielę meczami Piasta Gliwice z Rakowem Częstochowa (0:0) i Jagiellonii Białystok z Górnikiem Zabrze (1:0) zakończyła się ostatnia w tym roku, 14. kolejka PKO Ekstraklasy. Mimo sensacyjnej porażki u siebie ze Stalą Mielec (2:3) pozycję lidera utrzymała broniąca mistrzowskiego tytułu Legia Warszawa. W tym sezonie do niższej ligi spada tylko jeden zespół, a zagrożone degradacją ostatnie miejsce okupuje jeden z trzech beniaminków ekstraklasy, Podbeskidzie Bielsko-Biała, lecz dwaj pozostali, Stal Mielec i Warta Poznań, uplasowały się tuż nad bielszczanami z czteropunktową przewagą. To jeszcze niczego wprawdzie nie przesądza, ale już widać, że te trzy drużyny trochę poziomem odstają od reszty i po wznowieniu rozgrywek raczej to się nie zmieni.
W Legii tuż przed świętami z powodu tej porażki zrobiło się jednak trochę nerwowo, bo prezes Legii Dariusz Mioduski nie krył swojej irytacji z powodu porażki z jednym z najsłabszych zespołów ekstraklasy. Na szczęście Raków tylko zremisował w Gliwicach z Piastem i dzięki temu nie doszło do zmiany na szczycie tabeli. Wypada jednak zauważyć dobrą postawę trzeciej w stawce Pogoni Szczecin, która po perturbacjach spowodowanych zakażeniami koronawirusem sporej części zespołu zakończyła jesienną rundę w imponującym stylu. „Portowcy” mają świetnego trenera (Kosta Runjanić), grupę naprawdę niezłych zawodników i wiosną mogą powalczyć nawet o mistrzostwo.
Mistrz bogaty mimo pandemii
Wszystkie finansowe sprawozdania wskazują, ze najbogatszym klubem ekstraklasy niezmiennie pozostałe Legia. Z ostatniego raportu wynika, że stołeczny klub osiągnął wzrost przychodów sprzedażowych o 10 procent, do poziomu 101,9 mln złotych, a wynik netto przy spadku kosztów operacyjnych wyniósł 7,85 mln zł, co jest dużym skokiem zważywszy na fakt, że roik wcześniej „Wojskowi” zanotowali stratę przekraczającą 31 mln złotych.
Legia w zeszłym sezonie zdobyła mistrzostwo Polski i z tego tytułu otrzymała z medialnego „tortu” 31,3 mln zł. Wzrosły też przychody reklamowe klubu – z 21,33 do 27,3 mln zł. W obecnym sezonie zapewne też wzrosną, ponieważ w sierpniu „Wojskowi” zawarli kontrakt z nowym sponsorem głównym – internetową platformą finansową Plus500. Poza tym od lat współpracują z firmą bukmacherską Fortuna i marką piwną Królewskie. Przychody Legii z transferów zawodników, podwoiły się z 25,8 mln złotych do 50,9 mln zł. Złożyła się na to głównie sprzedaż dwóch zawodników na początku tego roku – napastnika Jarosława Niezgody do Portland Timbers (za 5,5 mln dolarów) oraz bramkarza Radosława Majewskiego do AS Monaco (ponad 7 mln euro). W drugiej połowie roku stołeczny klub dokonał też transferu Michała Karbownika do Brighton&Howe za 5,5 mln euro, którego angielski zespół do końca tego sezonu zostawił jednak na Łazienkowskiej.
W związku z epidemią koronawirusa Legia skorzystała z tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm, w maju otrzymała 3,5 mln zł nieoprocentowanego kredytu, którego od 25 do 75 proc. zgodnie z zasadami tarczy może być bezzwrotne przy spełnieniu określonych kryteriów. Wydatki operacyjne Legii Warszawa w zeszłym roku finansowym wyniosły 131,35 mln zł i były mniejsze o 10 procent w porównaniu z poprzednim okresem obliczeniowym. Przesądziło o tym zmniejszenie wydatków na wynagrodzenia z 61,6 do 51,1 mln zł.
Kadrowa rewolucja na Łazienkowskiej
W minioną sobotę, czyli już następnego dnia po porażce ze Stalą, trener Michniewicz odbył długą rozmowę z prezesem i zarazem właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim. Potem w mediach opowiadał, że dyskutował z szefem także o sprawach kadrowych, a jest to temat o tyle palący, że latem przyszłego roku wygasają kontrakty aż 12 zawodników. Na tej liście znajdują się: Artur Boruc, Radosław Cierzniak, Igor Lewczuk, Ariel Mosór, Inaki Astiz, Luis Rocha, Marko Vesović, Paweł Stolarski, Walerian Gwilia, Mateusz Cholewiak, Paweł Wszołek, Jose Kante. Do tej grupy trzeba też doliczyć Michała Karbownika, który po sezonie odejdzie do Brighton oraz Williama Remy i Vamara Sanogo, których umowy właśnie zostały rozwiązane. Z końcem tego roku wygaśnie też umowa z Domagojem Antoliciem. W sumie zatem z obecnej kadry legionistów do 31 czerwca 2021 roku odejdzie w sumie 16 piłkarzy, a być może 17, bo ważą się jeszcze losy Joela Valencii. Ekwadorczyk, który w polskiej lidze zrobił furorę w Piaście Gliwice, z którego odszedł do angielskiego Brentford, ale tam się nie przebił i został na ten sezon wypożyczony do Legii, lecz także na Łazienkowskiej rozczarował swoja grą i wszystko wskazuje, iż warszawski klub odeśle go do Anglii już w styczniu.
Trener Michniewicz przyznał, że Legia będzie w przerwie zimowe chciała pozyskać dwóch skrzydłowych i napastnika o walorach innych niż te, którymi imponuje w obecnych rozgrywkach Czech Tomas Pekhart, najskuteczniejszy strzelec PKO Ekstraklasy (14 goli). Na liście graczy, których ściągnięciem zainteresowani są „Wojskowi”, znajdują się wyłącznie gracze zagraniczni. „Z niektórymi piłkarzami, którym w czerwcu skończą się kontrakty, zaczniemy negocjacje wcześniej, z innymi dopiero pod koniec sezonu. W tej pierwszej grupie są m.in. Paweł Wszołek i Artur Boruc, którego Michniewicz wciąż widzi w zespole, chociaż byłemu bramkarzowi reprezentacji Polski stuknęła już „40”. „Myślę, że on mógłby być takim naszym Gianluigim Buffonem, przy którym będący jego zmiennikiem Cezary Miszta mógłby szlifować swój bramkarski talent. Na razie nie wiem, czy jemu taka rola by odpowiadała, ale na pewno siądziemy do rozmowy i sobie to porządnie omówimy” – zapewnił trener Michniewicz.
W opinii szkoleniowca stołecznej drużyny w rundzie jesiennej to pozyskany latem Bartosz Kapustka stał sie kluczowym graczem Legii i sercem tego zespołu. W opinii Michniewicza ten 23-letni piłkarz wkrótce wróci do reprezentacji Polski. „Jeszcze nie pokazał wszystkiego, na co go stać, ale ma takie umiejętności, że za chwilę zacznie o niego pytać selekcjoner naszej kadry. Na najbliższe Euro Bartek może jeszcze nie zdąży, ale po turnieju będzie nowa reprezentacja, nowe rozdanie i to może być też szansa dla niego” – ocenił Michniewicz. Powinien też dodać, że najważniejszym kryterium będą mistrzostwo i Puchar Polski oraz zwycięski marsz legionistów w kwalifikacjach Ligi Mistrzów.

Niepokonany Michniewicz

Pierwszy raz w tym sezonie Legia zagrała drugi raz z rzędu w tym samym wyjściowym składzie. Stabilizacja kadrowa nie oznaczała radykalnej poprawy w grze, ale zapewniła zwycięstwo i… pierwszy w tym sezonie mecz na Łazienkowskiej bez straty gola.

W pierwszych minutach mistrzowie Polski próbowali zdominować rywali, ale szybko wytracili impet. Gdańszczanom sprzyjało na dodatek szczęście, bo w kilku podbramkowych sytuacjach legionistom zwyczajnie nie starczyło umiejętności. Sami nie byli jednak w stanie nawet celnie posłać piłkę na bramkę strzeżoną przez Artura Boruca. Do przerwy było więc 0:0, ale po zmianie stron gospodarze, najwyraźniej w przerwie mocno obsztorcowani przez trenera Czesława Michniewicza, ruszyli znowu do ataku i ostatecznie po golach Tomasa Pekharta i Rafaela Lopeza wygrali 2:0.
Dla 31-letniego czeskiego napastnika była to 10. bramka w tym sezonie. Pekhart jest liderem klasyfikacji strzelców PKO Ekstraklasy. Radość legionistów była podwójna, bo przystępując do spotkania z Lechia znali już wynik meczu Śląska Wrocław z Rakowem Częstochowa (1:0), zatem wiedzieli, że zwycięstwo z gdańszczanami pozwoli im odzyskać pozycję lidera. Zadowolenia nie krył też trener Michniewicz, bo odkąd przejął zespół Legii, jeszcze nie przegrał z nim ligowego meczu.
Śląsk na swoim boisku przerwał imponującą serię Rakowa, który nie przegrał 12 meczów z rzędu. Częstochowianie po meczu byli wściekli na siebie, bo przez większość meczu mieli wyraźną przewagę, a bramkę stracili w dość przypadkowy sposób. „To prawda, jesteśmy wściekli i mam nadzieję, że przeniesiemy tę złość na kolejnych rywali” – odgrażał się trener Rakowa Marek Papszun.
Prawdziwą kanonadę urządzili sobie natomiast w Białymstoku gracze Jagiellonii i Warty Poznań. Beniaminek ekstraklasy walczył dzielnie z mającymi wielkie aspiracje gospodarzami i przegrał 3:4, chociaż do przerwy prowadził 3:2. Jagiellonia zwycięską bramkę strzeliła dopiero w doliczonym czasie gry, na dodatek z rzutu karnego. Nerwami ze stali wykazał się Chorwat Jakov Puljić, dla którego gol z „jedenastki” był trzecim strzelonym w tym spotkaniu. Ten 27-letni napastnik ma już na koncie osiem bramek i na spółkę z Hiszpanem Jesusem Jimenezem z Górnika Zabrze jest wiceliderem klasyfikacji strzelców. Tak na marginesie, kolejne lokaty w także zajmują cudzoziemcy – następny w zestawieniu z 7 trafieniami jest portugalski snajper Lechii Flavio Paixao, po 6 goli mają na koncie Hiszpan Jesus Imaz z Jagiellonii i Szwed Mikael Ishak z Lecha Poznań, a pierwszy polski piłkarz na liście, Kamil Biliński z Podbeskidzie, pojawia się dopiero w grupie graczy z dorobkiem pięciu goli.
W 12. kolejce doszło też skandalu wywołanego karczemnym zachowaniem działaczy Cracovii podczas derbowego meczu z Wisłą Kraków (1:1). Spotkanie sędziował bydgoski arbiter Daniel Stefański, ale jego praca tak dalece nie spodobała się właścicielowi i prezesowi „Pasów” Januszowi Filipiakowi, że nie przebierając w słowach zbluzgał sędziego. A ponieważ mecz rozgrywano przy pustych trybunach, wulgarne wyzwiska były wyraźnie słychać na stadionie. Sprawą ma zająć się Komisja Ligi, ale Cracovia nie czekając na wyrok, zamieściła dzień po meczu takie oto oświadczenie: „W meczu z Legią sędzia Lasyk wypaczył wynik meczu, pozbawił Cracovię ewidentnego rzutu karnego. Żona sędziego Stefańskiego według wpisów w Internecie jest kibicką Wisły. Wyznaczenie tej pary do sędziowania derbów samo w sobie nie było odpowiedzialne. Zwłaszcza w kontekście wywiadu J. Filipiaka dla Onetu, krytykującym sędziego Lasyka. Obawialiśmy się złego sędziowania, a rzeczywistość okazała się gorsza niż przewidywania, co wskazują załączone linki do sytuacji z meczu. Kluby Ekstraklasy nie mają żadnych praktycznych możliwości dochodzenia swoich racji w PZPN. Przez członków Zarządu Cracovii w trakcie meczu przemawiała zwykła ludzka złość i rozżalenie. Takie sędziowanie jak w meczu Cracovii z Wisłą wypacza sens futbolu i jest jednym z głównych powodów, przez które polska piłka klubowa ma się źle” – napisano w komunikacie.

Koronawirus w Legii

Tomasz Pekhart otrzymał pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa. Badanie przeprowadzono podczas zgrupowania reprezentacji Czech. Tym samym potwierdziły się podejrzenia, jakie narastały od ponad tygodnia, że stołeczny klub stał się ogniskiem zakażenia. Ale Covid-19 z coraz większą mocą atakuje także inne zespoły.

Pierwsze symptomy u Pekharta pojawiły się już 2 listopada. W przerwie rozegranego 2 listopada zaległego meczu ligowego z Wartą Poznań (3:0) czeski napastnik zgłosił, że ma problemy z węchem, co jest jednym z pierwszych objawów zakażenia Covid-19. Mimo to trener Legii Czesław Michniewicz zmienił go dopiero w 75. minucie. To była lekkomyślna decyzja, bo chociaż Pekhart jest najskuteczniejszym piłkarzem „Wojskowych” i z dorobkiem ośmiu goli prowadzi w klasyfikacji strzelców ekstraklasy, to do przerwy legioniści prowadzili 3:0 i trzymanie na boisku gracza być może rozsiewającego wirusy to był już czysty sabotaż. Nic dziwnego, że decyzja szkoleniowca wzbudziła mnóstwo kontrowersji, zwłaszcza gdy po meczu sam Michniewicz niefrasobliwie wyznał, że także Igor Lewczuk zdradzał przed meczem symptomy zakażenia, lecz ponieważ w zespole nie było kim go zastąpić na pozycji środkowego obrońcy, musiał przeciwko Warcie zagrać.
Po powrocie do Warszawy Pekhart został poddany testom. Gdy wynik okazał się niejednoznaczny, zarządzono powtórne badanie. W minioną niedzielę stołeczny klub poinformował, że czeski napastnik jest zdrowy, ale w ligowym meczu z Lechem Poznań na Łazienkowskiej jednak nie zagrał. Na pozycji napastnik wystąpił Maciej Rosołek, którego w 59. minucie zmienił 19-letni debiutant Kacper Skibicki. I on też w 67. minucie zdobył wyrównującą bramkę dla Legii na 1:1, stając się rzecz jasna bohaterem wieczoru, chociaż zwycięskiego gola na 2:1 w 90. minucie strzelił Rafael Lopez. Pierwsze trafienie w ekstraklasie mogło otworzyć Skibickiemu drogę do występu w kadrze młodzieżowej, niestety, po meczu okazało się, że nastolatek jest zakażony koronawirusem. Z tego samego powodu na zgrupowanie pierwszej reprezentacji nie pojechał Michał Karbownik.
Ale Pekhart na zgrupowanie kadry Czech pojechał i i jak wszyscy powołani zawodnicy został dwukrotnie przebadany na obecność Covid-19. I co ciekawe, pierwszy test dał wynik negatywny, natomiast drugi wykazał u 31-letniego napastnika infekcję wirusem Sars-Cov-2. Legia natychmiast zareagowała publikując komunikat: „Przed rozpoczęciem treningów z kadrą narodową czeska federacja, zgodnie z obowiązującymi przepisami, koordynowała badania zawodników pod kątem wirusa SARS-CoV-2. Wynik testu Tomasa Pekharta był ujemny i pozwolił na jego treningi z reprezentacją. Kolejne badanie przeprowadzone zostało przed meczem z drużyną Niemiec i w tym wypadku wynik okazał się pozytywny. Zawodnik czuje się dobrze i pozostaje pod stałą obserwacją sztabu medycznego” – napisano w oświadczeniu warszawskiego klubu.
Z powodu zakażeń w 9. kolejce PKO Ekstraklasy odwołano aż cztery spotkania: Podbeskidzia z Zagłębiem Lubin, Lechii ze Śląskiem, Górnika z Piastem Gliwice oraz Wisły Płock z Pogonią Szczecin. Ponieważ sytuacja w Podbeskidziu i Pogoni oraz Śląsku i Górniku była pod kontrolą, władze PKO Ekstraklasy wyraziły zgodę na rozegranie przez te zespoły awansem spotkań z następnej, 10. kolejki. To co prawda powiększy jeszcze i tak już spory bałagan w tabeli, ale to chyba najmniejszy problem w tym naprawdę zwariowanym przez Covid-19 czasie.

Lech oszczędzał siły

W czwartek Lech Poznań w pierwszym meczu fazy grupowej Ligi Europy zmierzy się na swoim stadionie z Benficą Lizbona. Poznański zespół w przeszłości do tego etapu rozgrywek kwalifikował się trzykrotnie, a dwa razy potrafił awansować do fazy pucharowej. Jak będzie tym razem? Obawy przed potyczką z portugalskim potentatem można mieć, bo w minioną sobotę w wyjazdowym meczu 7. kolejki ekstraklasy „Kolejorz” przegrał z Jagiellonią 1:2.

Zespół Lecha nowy sezon ekstraklasy zaczął kiepsko, od wyjazdowej porażki z Zagłębiem Lubin (1:2), potem w dwóch kolejnych spotkaniach zanotował remisy, u siebie z Wisłą Płock 2:2 i we Wrocławiu ze Śląskiem 3:3. Pierwsze zwycięstwo odniósł dopiero w czwartej kolejce, pokonując w derbach Poznania Wartę 1:0. Z powodu koronawirusa w Pogoni Szczecin mecz z tym zespołem w 5. kolejce został przełożony, ale w szóstej serii spotkań poznaniacy rozgromili na wyjeździe Piasta Gliwice 4:1. Ale warto pamiętać, że w tym czasie ekipa „Kolejorza” lała rywali w kolejnych rundach kwalifikacji Ligi Europy i w cuglach awansowała do fazy grupowej Ligi Europy. Może więc nie ma powodów do obaw, bo wygląda na to, że w tej części sezonu głównym celem podopiecznych trenera Dariusza Żurawia jest jak najlepszy występ w europejskich pucharach, a nie walka o prowadzenie w rozgrywkach ekstraklasy.
Lechici muszą rozważnie szafować siłami i z tego powodu w rodzimej lidze walczą na razie na pół gwizdka, zwłaszcza gdy mają w perspektywie potyczkę w Lidze Europy, której stawką są poważne pieniądze, a przypomnijmy, że Lech rywalizuje w grupie D z zespołami Benfiki, Standardu Liege i Glasgow Rangers. Wracając zaś do sytuacji „Kolejorza” w PKO Ekstraklasie, to trudno uznać ją za dramatyczną. Po siedmiu kolejkach, ale z jednym zaległym meczem do rozegrania u siebie, poznaniacy z dorobkiem ośmiu punktów zajmują dziewiątą lokatę (dwa zwycięstwa, dwa remisy i dwie porażki). Co prawda do prowadzącego w tabeli Rakowa tracą osiem „oczek”, ale nie jest to strata niemożliwa do odrobienia w pozostałych jeszcze lechitom do rozegrania w tym sezonie ekstraklasy 24 meczach.
Uwolniony przez PZPN z obowiązków trenera kadry U-21 Czesław Michniewicz mógł już skupić się wyłącznie na pracy z zespołem Legii. Na razie trudno dopatrzyć się jakiejś jakościowej zmiany na lepsze w grze „Wojskowych”. W meczu z Zagłębie Lubin legioniści męczyli się na boisku okrutnie, ale na nich szczęście czeski napastnik Tomas Pekhart, który w kwalifikacjach europejskich pucharów nie był postrachem bramkarzy, ale w naszej ekstraklasie jest nim jak najbardziej. To on strzelił „Miedziowym” oba gole, a w sumie w tym sezonie ekstraklasy ma już na koncie sześć trafień w pięciu meczach, a tyle stołeczny zespół na razie rozegrał (spotkania z Wartą i Pogonią przełożono z powodu koronawirusa). Warto podkreślić, że Legia w tych pięciu spotkaniach zdobyła w sumie siedem bramek. Pekhart prowadzi też w klasyfikacji strzelców ekstraklasy, za nim z pięcioma golami jest Hiszpan Jesus Jimenez z Górnik Zabrze, a dalej z czterema trafieniami są: Kamil Biliński z Podbeskidzia, Portugalczyk Flavio Paixao z Lechii, Łotysz Vladislavs Gutkovskis i Słoweniec David Tijanić z Rakowa oraz Szwed Mikael Ishak z Lecha Poznań.
Wspomniany wcześniej Michniewicz, chociaż nie okazał się mężem opatrznościowym Legii i nie awansował do fazy grupowej Ligi Europy, na razie nie musi obawiać się o utratę posady w stołecznym klubie. Czarne chmury zawisły natomiast nad Waldemarem Fornalikiem, bo Piast po siedmiu kolejkach ma tylko jeden punkt na koncie i ma już cztery straty do następnej w tabeli Stali Mielec. A skoro już o mieleckiej jedenastce mowa, jej szkoleniowiec, Dariusz Skrzypczak, po klęsce z Wisłą Kraków 0:6, najwyższej w historii występów Stali w naszej ligowej elicie, też musi patrzeć w niebo. Na drugim biegunie jeśli chodzi o nastroje trenerów w ekstraklasie, poza rzecz jasna Markiem Papszunem z Rakowa, znajduje się szkoleniowiec Warty Poznań Piotr Tworek, którego zespół zaczął wygrywać, a warto odnotować, że w wygranym przez warciarzy na wyjeździe 2:1 meczu z Podbeskidziem w jego zespole wystąpiło tylko dwóch obcokrajowców, a oba gole strzelili polscy piłkarze.

Pożegnali Michniewicza

Czesław Michniewicz miał odejść z młodzieżowej reprezentacji Polski po listopadowym meczu z Łotwą, ale decyzją władz PZPN rozegrany w miniony wtorek mecz z Bułgarią (1:1) był jego ostatnim w roli selekcjonera kadry U-21.

Michniewicz miał do listopada łączyć pracę trenera Legii z posadą selekcjonera reprezentacji U-21, żeby mógł dokończyć kwalifikacje do przyszłorocznych młodzieżowych mistrzostw Europy. Przed meczami z Serbią i Bułgarią jego zespół zajmował w grupie 5 drugą lokatę, mając stratę jednego punktu do prowadzącej drużyny Rosji i jeden mecz mniej. Gdyby biało-czerwoni wygrali z Serbami i Bułgarami, wywalczyliby awans do finałów MME 2021 bez względu na wynik listopadowego meczu z Łotwą. Niestety, tracąc pięć punktów obu spotkaniach zmarnowali okazję do wyprzedzenia Rosjan, a co gorsza – pod dużym znakiem zapytania postawili też swój awans z drugiego miejsca, bo Polacy muszą teraz liczyć na potknięcia właściwie wszystkich konkurentów do awansu.
Tak więc pomysł z łączeniem dwóch posad przez Michniewicza nie wypalił – Legia pod jego wodzą nie zakwalifikowała się przecież do Ligi Europy i przegrała Superpuchar Polski z Cracovią.