Legioniści kończą rok na pierwszym miejscu

Piłkarska ekstraklasa przerwała rozgrywki po 14. kolejkach, ale sukcesem jest jednak to, że mimo pandemii odbyły się wszystkie ze 112 spotkań. Padło w nich 306 goli, co daje średnią 2,73 bramki na mecz. W czterech zespołach dokonano zmiany trenerów. Tak w największym skrócie można podsumować pierwszą odsłonę sezonu 2020/2021.

W minioną niedzielę meczami Piasta Gliwice z Rakowem Częstochowa (0:0) i Jagiellonii Białystok z Górnikiem Zabrze (1:0) zakończyła się ostatnia w tym roku, 14. kolejka PKO Ekstraklasy. Mimo sensacyjnej porażki u siebie ze Stalą Mielec (2:3) pozycję lidera utrzymała broniąca mistrzowskiego tytułu Legia Warszawa. W tym sezonie do niższej ligi spada tylko jeden zespół, a zagrożone degradacją ostatnie miejsce okupuje jeden z trzech beniaminków ekstraklasy, Podbeskidzie Bielsko-Biała, lecz dwaj pozostali, Stal Mielec i Warta Poznań, uplasowały się tuż nad bielszczanami z czteropunktową przewagą. To jeszcze niczego wprawdzie nie przesądza, ale już widać, że te trzy drużyny trochę poziomem odstają od reszty i po wznowieniu rozgrywek raczej to się nie zmieni.
W Legii tuż przed świętami z powodu tej porażki zrobiło się jednak trochę nerwowo, bo prezes Legii Dariusz Mioduski nie krył swojej irytacji z powodu porażki z jednym z najsłabszych zespołów ekstraklasy. Na szczęście Raków tylko zremisował w Gliwicach z Piastem i dzięki temu nie doszło do zmiany na szczycie tabeli. Wypada jednak zauważyć dobrą postawę trzeciej w stawce Pogoni Szczecin, która po perturbacjach spowodowanych zakażeniami koronawirusem sporej części zespołu zakończyła jesienną rundę w imponującym stylu. „Portowcy” mają świetnego trenera (Kosta Runjanić), grupę naprawdę niezłych zawodników i wiosną mogą powalczyć nawet o mistrzostwo.
Mistrz bogaty mimo pandemii
Wszystkie finansowe sprawozdania wskazują, ze najbogatszym klubem ekstraklasy niezmiennie pozostałe Legia. Z ostatniego raportu wynika, że stołeczny klub osiągnął wzrost przychodów sprzedażowych o 10 procent, do poziomu 101,9 mln złotych, a wynik netto przy spadku kosztów operacyjnych wyniósł 7,85 mln zł, co jest dużym skokiem zważywszy na fakt, że roik wcześniej „Wojskowi” zanotowali stratę przekraczającą 31 mln złotych.
Legia w zeszłym sezonie zdobyła mistrzostwo Polski i z tego tytułu otrzymała z medialnego „tortu” 31,3 mln zł. Wzrosły też przychody reklamowe klubu – z 21,33 do 27,3 mln zł. W obecnym sezonie zapewne też wzrosną, ponieważ w sierpniu „Wojskowi” zawarli kontrakt z nowym sponsorem głównym – internetową platformą finansową Plus500. Poza tym od lat współpracują z firmą bukmacherską Fortuna i marką piwną Królewskie. Przychody Legii z transferów zawodników, podwoiły się z 25,8 mln złotych do 50,9 mln zł. Złożyła się na to głównie sprzedaż dwóch zawodników na początku tego roku – napastnika Jarosława Niezgody do Portland Timbers (za 5,5 mln dolarów) oraz bramkarza Radosława Majewskiego do AS Monaco (ponad 7 mln euro). W drugiej połowie roku stołeczny klub dokonał też transferu Michała Karbownika do Brighton&Howe za 5,5 mln euro, którego angielski zespół do końca tego sezonu zostawił jednak na Łazienkowskiej.
W związku z epidemią koronawirusa Legia skorzystała z tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm, w maju otrzymała 3,5 mln zł nieoprocentowanego kredytu, którego od 25 do 75 proc. zgodnie z zasadami tarczy może być bezzwrotne przy spełnieniu określonych kryteriów. Wydatki operacyjne Legii Warszawa w zeszłym roku finansowym wyniosły 131,35 mln zł i były mniejsze o 10 procent w porównaniu z poprzednim okresem obliczeniowym. Przesądziło o tym zmniejszenie wydatków na wynagrodzenia z 61,6 do 51,1 mln zł.
Kadrowa rewolucja na Łazienkowskiej
W minioną sobotę, czyli już następnego dnia po porażce ze Stalą, trener Michniewicz odbył długą rozmowę z prezesem i zarazem właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim. Potem w mediach opowiadał, że dyskutował z szefem także o sprawach kadrowych, a jest to temat o tyle palący, że latem przyszłego roku wygasają kontrakty aż 12 zawodników. Na tej liście znajdują się: Artur Boruc, Radosław Cierzniak, Igor Lewczuk, Ariel Mosór, Inaki Astiz, Luis Rocha, Marko Vesović, Paweł Stolarski, Walerian Gwilia, Mateusz Cholewiak, Paweł Wszołek, Jose Kante. Do tej grupy trzeba też doliczyć Michała Karbownika, który po sezonie odejdzie do Brighton oraz Williama Remy i Vamara Sanogo, których umowy właśnie zostały rozwiązane. Z końcem tego roku wygaśnie też umowa z Domagojem Antoliciem. W sumie zatem z obecnej kadry legionistów do 31 czerwca 2021 roku odejdzie w sumie 16 piłkarzy, a być może 17, bo ważą się jeszcze losy Joela Valencii. Ekwadorczyk, który w polskiej lidze zrobił furorę w Piaście Gliwice, z którego odszedł do angielskiego Brentford, ale tam się nie przebił i został na ten sezon wypożyczony do Legii, lecz także na Łazienkowskiej rozczarował swoja grą i wszystko wskazuje, iż warszawski klub odeśle go do Anglii już w styczniu.
Trener Michniewicz przyznał, że Legia będzie w przerwie zimowe chciała pozyskać dwóch skrzydłowych i napastnika o walorach innych niż te, którymi imponuje w obecnych rozgrywkach Czech Tomas Pekhart, najskuteczniejszy strzelec PKO Ekstraklasy (14 goli). Na liście graczy, których ściągnięciem zainteresowani są „Wojskowi”, znajdują się wyłącznie gracze zagraniczni. „Z niektórymi piłkarzami, którym w czerwcu skończą się kontrakty, zaczniemy negocjacje wcześniej, z innymi dopiero pod koniec sezonu. W tej pierwszej grupie są m.in. Paweł Wszołek i Artur Boruc, którego Michniewicz wciąż widzi w zespole, chociaż byłemu bramkarzowi reprezentacji Polski stuknęła już „40”. „Myślę, że on mógłby być takim naszym Gianluigim Buffonem, przy którym będący jego zmiennikiem Cezary Miszta mógłby szlifować swój bramkarski talent. Na razie nie wiem, czy jemu taka rola by odpowiadała, ale na pewno siądziemy do rozmowy i sobie to porządnie omówimy” – zapewnił trener Michniewicz.
W opinii szkoleniowca stołecznej drużyny w rundzie jesiennej to pozyskany latem Bartosz Kapustka stał sie kluczowym graczem Legii i sercem tego zespołu. W opinii Michniewicza ten 23-letni piłkarz wkrótce wróci do reprezentacji Polski. „Jeszcze nie pokazał wszystkiego, na co go stać, ale ma takie umiejętności, że za chwilę zacznie o niego pytać selekcjoner naszej kadry. Na najbliższe Euro Bartek może jeszcze nie zdąży, ale po turnieju będzie nowa reprezentacja, nowe rozdanie i to może być też szansa dla niego” – ocenił Michniewicz. Powinien też dodać, że najważniejszym kryterium będą mistrzostwo i Puchar Polski oraz zwycięski marsz legionistów w kwalifikacjach Ligi Mistrzów.

Niepokonany Michniewicz

Pierwszy raz w tym sezonie Legia zagrała drugi raz z rzędu w tym samym wyjściowym składzie. Stabilizacja kadrowa nie oznaczała radykalnej poprawy w grze, ale zapewniła zwycięstwo i… pierwszy w tym sezonie mecz na Łazienkowskiej bez straty gola.

W pierwszych minutach mistrzowie Polski próbowali zdominować rywali, ale szybko wytracili impet. Gdańszczanom sprzyjało na dodatek szczęście, bo w kilku podbramkowych sytuacjach legionistom zwyczajnie nie starczyło umiejętności. Sami nie byli jednak w stanie nawet celnie posłać piłkę na bramkę strzeżoną przez Artura Boruca. Do przerwy było więc 0:0, ale po zmianie stron gospodarze, najwyraźniej w przerwie mocno obsztorcowani przez trenera Czesława Michniewicza, ruszyli znowu do ataku i ostatecznie po golach Tomasa Pekharta i Rafaela Lopeza wygrali 2:0.
Dla 31-letniego czeskiego napastnika była to 10. bramka w tym sezonie. Pekhart jest liderem klasyfikacji strzelców PKO Ekstraklasy. Radość legionistów była podwójna, bo przystępując do spotkania z Lechia znali już wynik meczu Śląska Wrocław z Rakowem Częstochowa (1:0), zatem wiedzieli, że zwycięstwo z gdańszczanami pozwoli im odzyskać pozycję lidera. Zadowolenia nie krył też trener Michniewicz, bo odkąd przejął zespół Legii, jeszcze nie przegrał z nim ligowego meczu.
Śląsk na swoim boisku przerwał imponującą serię Rakowa, który nie przegrał 12 meczów z rzędu. Częstochowianie po meczu byli wściekli na siebie, bo przez większość meczu mieli wyraźną przewagę, a bramkę stracili w dość przypadkowy sposób. „To prawda, jesteśmy wściekli i mam nadzieję, że przeniesiemy tę złość na kolejnych rywali” – odgrażał się trener Rakowa Marek Papszun.
Prawdziwą kanonadę urządzili sobie natomiast w Białymstoku gracze Jagiellonii i Warty Poznań. Beniaminek ekstraklasy walczył dzielnie z mającymi wielkie aspiracje gospodarzami i przegrał 3:4, chociaż do przerwy prowadził 3:2. Jagiellonia zwycięską bramkę strzeliła dopiero w doliczonym czasie gry, na dodatek z rzutu karnego. Nerwami ze stali wykazał się Chorwat Jakov Puljić, dla którego gol z „jedenastki” był trzecim strzelonym w tym spotkaniu. Ten 27-letni napastnik ma już na koncie osiem bramek i na spółkę z Hiszpanem Jesusem Jimenezem z Górnika Zabrze jest wiceliderem klasyfikacji strzelców. Tak na marginesie, kolejne lokaty w także zajmują cudzoziemcy – następny w zestawieniu z 7 trafieniami jest portugalski snajper Lechii Flavio Paixao, po 6 goli mają na koncie Hiszpan Jesus Imaz z Jagiellonii i Szwed Mikael Ishak z Lecha Poznań, a pierwszy polski piłkarz na liście, Kamil Biliński z Podbeskidzie, pojawia się dopiero w grupie graczy z dorobkiem pięciu goli.
W 12. kolejce doszło też skandalu wywołanego karczemnym zachowaniem działaczy Cracovii podczas derbowego meczu z Wisłą Kraków (1:1). Spotkanie sędziował bydgoski arbiter Daniel Stefański, ale jego praca tak dalece nie spodobała się właścicielowi i prezesowi „Pasów” Januszowi Filipiakowi, że nie przebierając w słowach zbluzgał sędziego. A ponieważ mecz rozgrywano przy pustych trybunach, wulgarne wyzwiska były wyraźnie słychać na stadionie. Sprawą ma zająć się Komisja Ligi, ale Cracovia nie czekając na wyrok, zamieściła dzień po meczu takie oto oświadczenie: „W meczu z Legią sędzia Lasyk wypaczył wynik meczu, pozbawił Cracovię ewidentnego rzutu karnego. Żona sędziego Stefańskiego według wpisów w Internecie jest kibicką Wisły. Wyznaczenie tej pary do sędziowania derbów samo w sobie nie było odpowiedzialne. Zwłaszcza w kontekście wywiadu J. Filipiaka dla Onetu, krytykującym sędziego Lasyka. Obawialiśmy się złego sędziowania, a rzeczywistość okazała się gorsza niż przewidywania, co wskazują załączone linki do sytuacji z meczu. Kluby Ekstraklasy nie mają żadnych praktycznych możliwości dochodzenia swoich racji w PZPN. Przez członków Zarządu Cracovii w trakcie meczu przemawiała zwykła ludzka złość i rozżalenie. Takie sędziowanie jak w meczu Cracovii z Wisłą wypacza sens futbolu i jest jednym z głównych powodów, przez które polska piłka klubowa ma się źle” – napisano w komunikacie.

Koronawirus w Legii

Tomasz Pekhart otrzymał pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa. Badanie przeprowadzono podczas zgrupowania reprezentacji Czech. Tym samym potwierdziły się podejrzenia, jakie narastały od ponad tygodnia, że stołeczny klub stał się ogniskiem zakażenia. Ale Covid-19 z coraz większą mocą atakuje także inne zespoły.

Pierwsze symptomy u Pekharta pojawiły się już 2 listopada. W przerwie rozegranego 2 listopada zaległego meczu ligowego z Wartą Poznań (3:0) czeski napastnik zgłosił, że ma problemy z węchem, co jest jednym z pierwszych objawów zakażenia Covid-19. Mimo to trener Legii Czesław Michniewicz zmienił go dopiero w 75. minucie. To była lekkomyślna decyzja, bo chociaż Pekhart jest najskuteczniejszym piłkarzem „Wojskowych” i z dorobkiem ośmiu goli prowadzi w klasyfikacji strzelców ekstraklasy, to do przerwy legioniści prowadzili 3:0 i trzymanie na boisku gracza być może rozsiewającego wirusy to był już czysty sabotaż. Nic dziwnego, że decyzja szkoleniowca wzbudziła mnóstwo kontrowersji, zwłaszcza gdy po meczu sam Michniewicz niefrasobliwie wyznał, że także Igor Lewczuk zdradzał przed meczem symptomy zakażenia, lecz ponieważ w zespole nie było kim go zastąpić na pozycji środkowego obrońcy, musiał przeciwko Warcie zagrać.
Po powrocie do Warszawy Pekhart został poddany testom. Gdy wynik okazał się niejednoznaczny, zarządzono powtórne badanie. W minioną niedzielę stołeczny klub poinformował, że czeski napastnik jest zdrowy, ale w ligowym meczu z Lechem Poznań na Łazienkowskiej jednak nie zagrał. Na pozycji napastnik wystąpił Maciej Rosołek, którego w 59. minucie zmienił 19-letni debiutant Kacper Skibicki. I on też w 67. minucie zdobył wyrównującą bramkę dla Legii na 1:1, stając się rzecz jasna bohaterem wieczoru, chociaż zwycięskiego gola na 2:1 w 90. minucie strzelił Rafael Lopez. Pierwsze trafienie w ekstraklasie mogło otworzyć Skibickiemu drogę do występu w kadrze młodzieżowej, niestety, po meczu okazało się, że nastolatek jest zakażony koronawirusem. Z tego samego powodu na zgrupowanie pierwszej reprezentacji nie pojechał Michał Karbownik.
Ale Pekhart na zgrupowanie kadry Czech pojechał i i jak wszyscy powołani zawodnicy został dwukrotnie przebadany na obecność Covid-19. I co ciekawe, pierwszy test dał wynik negatywny, natomiast drugi wykazał u 31-letniego napastnika infekcję wirusem Sars-Cov-2. Legia natychmiast zareagowała publikując komunikat: „Przed rozpoczęciem treningów z kadrą narodową czeska federacja, zgodnie z obowiązującymi przepisami, koordynowała badania zawodników pod kątem wirusa SARS-CoV-2. Wynik testu Tomasa Pekharta był ujemny i pozwolił na jego treningi z reprezentacją. Kolejne badanie przeprowadzone zostało przed meczem z drużyną Niemiec i w tym wypadku wynik okazał się pozytywny. Zawodnik czuje się dobrze i pozostaje pod stałą obserwacją sztabu medycznego” – napisano w oświadczeniu warszawskiego klubu.
Z powodu zakażeń w 9. kolejce PKO Ekstraklasy odwołano aż cztery spotkania: Podbeskidzia z Zagłębiem Lubin, Lechii ze Śląskiem, Górnika z Piastem Gliwice oraz Wisły Płock z Pogonią Szczecin. Ponieważ sytuacja w Podbeskidziu i Pogoni oraz Śląsku i Górniku była pod kontrolą, władze PKO Ekstraklasy wyraziły zgodę na rozegranie przez te zespoły awansem spotkań z następnej, 10. kolejki. To co prawda powiększy jeszcze i tak już spory bałagan w tabeli, ale to chyba najmniejszy problem w tym naprawdę zwariowanym przez Covid-19 czasie.

Lech oszczędzał siły

W czwartek Lech Poznań w pierwszym meczu fazy grupowej Ligi Europy zmierzy się na swoim stadionie z Benficą Lizbona. Poznański zespół w przeszłości do tego etapu rozgrywek kwalifikował się trzykrotnie, a dwa razy potrafił awansować do fazy pucharowej. Jak będzie tym razem? Obawy przed potyczką z portugalskim potentatem można mieć, bo w minioną sobotę w wyjazdowym meczu 7. kolejki ekstraklasy „Kolejorz” przegrał z Jagiellonią 1:2.

Zespół Lecha nowy sezon ekstraklasy zaczął kiepsko, od wyjazdowej porażki z Zagłębiem Lubin (1:2), potem w dwóch kolejnych spotkaniach zanotował remisy, u siebie z Wisłą Płock 2:2 i we Wrocławiu ze Śląskiem 3:3. Pierwsze zwycięstwo odniósł dopiero w czwartej kolejce, pokonując w derbach Poznania Wartę 1:0. Z powodu koronawirusa w Pogoni Szczecin mecz z tym zespołem w 5. kolejce został przełożony, ale w szóstej serii spotkań poznaniacy rozgromili na wyjeździe Piasta Gliwice 4:1. Ale warto pamiętać, że w tym czasie ekipa „Kolejorza” lała rywali w kolejnych rundach kwalifikacji Ligi Europy i w cuglach awansowała do fazy grupowej Ligi Europy. Może więc nie ma powodów do obaw, bo wygląda na to, że w tej części sezonu głównym celem podopiecznych trenera Dariusza Żurawia jest jak najlepszy występ w europejskich pucharach, a nie walka o prowadzenie w rozgrywkach ekstraklasy.
Lechici muszą rozważnie szafować siłami i z tego powodu w rodzimej lidze walczą na razie na pół gwizdka, zwłaszcza gdy mają w perspektywie potyczkę w Lidze Europy, której stawką są poważne pieniądze, a przypomnijmy, że Lech rywalizuje w grupie D z zespołami Benfiki, Standardu Liege i Glasgow Rangers. Wracając zaś do sytuacji „Kolejorza” w PKO Ekstraklasie, to trudno uznać ją za dramatyczną. Po siedmiu kolejkach, ale z jednym zaległym meczem do rozegrania u siebie, poznaniacy z dorobkiem ośmiu punktów zajmują dziewiątą lokatę (dwa zwycięstwa, dwa remisy i dwie porażki). Co prawda do prowadzącego w tabeli Rakowa tracą osiem „oczek”, ale nie jest to strata niemożliwa do odrobienia w pozostałych jeszcze lechitom do rozegrania w tym sezonie ekstraklasy 24 meczach.
Uwolniony przez PZPN z obowiązków trenera kadry U-21 Czesław Michniewicz mógł już skupić się wyłącznie na pracy z zespołem Legii. Na razie trudno dopatrzyć się jakiejś jakościowej zmiany na lepsze w grze „Wojskowych”. W meczu z Zagłębie Lubin legioniści męczyli się na boisku okrutnie, ale na nich szczęście czeski napastnik Tomas Pekhart, który w kwalifikacjach europejskich pucharów nie był postrachem bramkarzy, ale w naszej ekstraklasie jest nim jak najbardziej. To on strzelił „Miedziowym” oba gole, a w sumie w tym sezonie ekstraklasy ma już na koncie sześć trafień w pięciu meczach, a tyle stołeczny zespół na razie rozegrał (spotkania z Wartą i Pogonią przełożono z powodu koronawirusa). Warto podkreślić, że Legia w tych pięciu spotkaniach zdobyła w sumie siedem bramek. Pekhart prowadzi też w klasyfikacji strzelców ekstraklasy, za nim z pięcioma golami jest Hiszpan Jesus Jimenez z Górnik Zabrze, a dalej z czterema trafieniami są: Kamil Biliński z Podbeskidzia, Portugalczyk Flavio Paixao z Lechii, Łotysz Vladislavs Gutkovskis i Słoweniec David Tijanić z Rakowa oraz Szwed Mikael Ishak z Lecha Poznań.
Wspomniany wcześniej Michniewicz, chociaż nie okazał się mężem opatrznościowym Legii i nie awansował do fazy grupowej Ligi Europy, na razie nie musi obawiać się o utratę posady w stołecznym klubie. Czarne chmury zawisły natomiast nad Waldemarem Fornalikiem, bo Piast po siedmiu kolejkach ma tylko jeden punkt na koncie i ma już cztery straty do następnej w tabeli Stali Mielec. A skoro już o mieleckiej jedenastce mowa, jej szkoleniowiec, Dariusz Skrzypczak, po klęsce z Wisłą Kraków 0:6, najwyższej w historii występów Stali w naszej ligowej elicie, też musi patrzeć w niebo. Na drugim biegunie jeśli chodzi o nastroje trenerów w ekstraklasie, poza rzecz jasna Markiem Papszunem z Rakowa, znajduje się szkoleniowiec Warty Poznań Piotr Tworek, którego zespół zaczął wygrywać, a warto odnotować, że w wygranym przez warciarzy na wyjeździe 2:1 meczu z Podbeskidziem w jego zespole wystąpiło tylko dwóch obcokrajowców, a oba gole strzelili polscy piłkarze.

Pożegnali Michniewicza

Czesław Michniewicz miał odejść z młodzieżowej reprezentacji Polski po listopadowym meczu z Łotwą, ale decyzją władz PZPN rozegrany w miniony wtorek mecz z Bułgarią (1:1) był jego ostatnim w roli selekcjonera kadry U-21.

Michniewicz miał do listopada łączyć pracę trenera Legii z posadą selekcjonera reprezentacji U-21, żeby mógł dokończyć kwalifikacje do przyszłorocznych młodzieżowych mistrzostw Europy. Przed meczami z Serbią i Bułgarią jego zespół zajmował w grupie 5 drugą lokatę, mając stratę jednego punktu do prowadzącej drużyny Rosji i jeden mecz mniej. Gdyby biało-czerwoni wygrali z Serbami i Bułgarami, wywalczyliby awans do finałów MME 2021 bez względu na wynik listopadowego meczu z Łotwą. Niestety, tracąc pięć punktów obu spotkaniach zmarnowali okazję do wyprzedzenia Rosjan, a co gorsza – pod dużym znakiem zapytania postawili też swój awans z drugiego miejsca, bo Polacy muszą teraz liczyć na potknięcia właściwie wszystkich konkurentów do awansu.
Tak więc pomysł z łączeniem dwóch posad przez Michniewicza nie wypalił – Legia pod jego wodzą nie zakwalifikowała się przecież do Ligi Europy i przegrała Superpuchar Polski z Cracovią.

W Legii znów zadyma

Stadion Legii Warszawa to w tym sezonie jest przyjaznym miejscem dla przyjezdnych drużyn. W miniony piątek z gościnności legionistów skorzystała Cracovia, która pokonała ich w karnych 5:4 i wywiozła z Łazienkowskiej Superpuchar Polski, chociaż tak naprawdę nie był to puchar, tylko skromna patera, na dodatek słabo umocowana w oprawie.

Stadion Legii Warszawa w tym sezonie nie jest atutem zespołu mistrza Polski. W ekstraklasie legioniści przegrali na Łazienkowskiej oba rozegrane dotychczas mecze, z Jagiellonią Białystok 1:2 i Górnikiem Zabrze 1:3, tu odpadli w kwalifikacjach Ligii Mistrzów z Omonią Nikozja 0:2 i w eliminacjach Ligi Europy z Karabachem Agdam 0:3. A w miniony piątek przegrali też u siebie po karnych z Cracovią mecz o Superpuchar Polski. Nic dziwnego, że kibicom „Wojskowych” puściły nerwy.
Na piątkowym meczu o Superpuchar Polski na stadionie przy Łazienkowskiej pojawiło się niespełna siedem tysięcy widzów, ale w fanach Legii chyba nie było wiary w sukces, bo już w tzw. oprawie meczowej mocno zaakcentowali swoje pretensje do właściciela stołecznego klubu Dariusza Mioduskiego, a po przegranym przez legionistów w rzutach karnych spotkaniu z Cracovią (0:0, k. 4:5) zafundowali mu pokaz pirotechniczny i festiwal złośliwych przyśpiewek w rodzaju: „Nie znasz się na tym, Mioduski nie znasz się na tym”, „Gdzie są puchary, Mioduski, gdzie są puchary”, „Hej Mioduski, co zrobiłeś, cztery lata spier…”, „Gdzie wielka Legia, Mioduski gdzie wielka Legiia”, „Chcemy prezesa, Mioduski chcemy prezesa”. Dostało się też nieobecnemu na meczu trenerowi Czesławowi Michniewiczowi, który w tym czasie wypełniał bez powodzenia swoje obowiązki jako trener reprezentacji młodzieżowej. Jego przekreśloną podobiznę na wywieszonym banerze uzupełniało wymowne hasło: „Chórzysto, nigdy nie będziesz legionistą”, wzmocnione skandowaną przyśpiewką – „Chcemy trenera, nie poznańskiego frajera”.
Atmosfera na stadionie przy Łazienkowskiej znowu mocno zgęstniała, a relacje fanów Legii z właścicielem klubu ponownie zrobiły się napięte jak postronki. Na internetowej stronie Legioniści.com licznik skrupulatnie odmierza dni od ostatniego występu „Wojskowych” w europejskich pucharach, a upłynęło ich już grubo ponad tysiąc, bo legioniści już cztery sezony z rzędu nie potrafią przebić się choćby tylko do fazy grupowej Ligi Europy, bo Liga Mistrzów jest tylko mglistym marzeniem.
Po porażce z Karabachem Agdam (0:3) stołeczny klub stracił nie tylko duże pieniądze, ale także cierpliwość swoich kibiców. W tym sezonie z powodu pandemii UEFA nakazała rozgrywanie spotkań kwalifikacyjnych w europejskich pucharach bez udziału publiczności, a fani Legii po raz ostatni na żywo dopingowali zespół 19 września w przegranym 1:3 ligowym meczu z Górnikiem Zabrze. Zatem piątkowy Superpuchar Polski z Cracovią był dla nich pierwszą okazją, żeby zademonstrować swoje stanowisko. Swoje niezadowolenie z wyników zespołu wyrazili już w trakcie rytualnego odśpiewania „Snu o Warszawie”, kiedy w trakcie na trybunach rozwieszono baner z podobizną właściciela Legii i napisem: „Czas Apokalipsy”, dramat w reżyserii Dariusza Mioduskiego. A potem odpalono świece dymne i petardy hukowe i skandowanie haseł, których treść cytowaliśmy już wyżej.
Michniewiczowi natomiast fani Legii najwyraźniej jeszcze nie wybaczyli udokumentowanego w nagraniu wideo udziału w chóralnym śpiewaniu wraz z zespołem Lecha obraźliwej przyśpiewki pod adresem Legii. Stąd baner z hasłem „Chórzysto, nigdy nie będziesz legionistą”. Michniewicz próbował te pretensje rozładować pokajaniem się na łamach strony internetowej Legia.net: „Każdy czas ma swoją historię, którą można oceniać z różnych perspektyw. To nagranie sprzed kilkunastu lat, przeszłość. Łatwo było wtedy ulec emocjom. Dziś jestem mądrzejszy i bardziej doświadczony jako trener oraz jako człowiek, również właśnie przez pracę w innych klubach i nie popełniłbym już takich błędów. Na pewno nie chciałem urazić wtedy, ani nigdy Legii, ani jej kibiców. Wiem, że to wyjątkowy klub, bardzo szanuję jego tradycję i kibiców (…)”. Jak widać, nie pomogło.
Na razie zmiana trenera nic Legii dobrego nie przyniosła i dlatego frustracja jej fanów jest jak najbardziej zrozumiała. Nie jest jednak jeszcze najgorzej, bo chociaż narzekają, obrażają i dymią, to przychodzą na stadion i płacą za bilety. Prawdziwy problem właściciela stołecznego klubu zacznie się dopiero wtedy, gdy „Żyleta” ogłosi i zarządzi bojkot.

W Legii już zmieniono trenera

Po porażce z Górnikiem Zabrze właściciel Legii Warszawa Dariusz Mioduski nieoczekiwanie dokonał zmiany trenera. W poniedziałek w miejsce zwolnionego Aleksandara Vukovicia zatrudnił selekcjonera reprezentacji Polski U-21 Czesława Michniewicza. Nowy szkoleniowiec stołecznego klubu będzie łączył te funkcje.

Vuković był trenerem piłkarzy Legii od 2 kwietnia 2019 roku. W poprzednim sezonie wywalczył mistrzostwo Polski, ale w obecnym prowadzony przez niego zespół zawodził oczekiwania właściciela klubu. Posada serbskiego szkoleniowca była zagrożona już od porażki z Omonią Niokozja w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów, bo awans do fazy grupowej tych elitarnych rozgrywek to niezmienne marzenie Dariusza Mioduskiego. Planem awaryjnym jest zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Europy, ale w prezentowanej obecnie formie warszawski zespół ma na to niewielkie szanse. Pokazała to dobitnie sobotnia porażka z Górnikiem Zabrze w 4. kolejce ekstraklasy. Vuković najwyraźniej nie był w stanie zagwarantować szefowi klubu radykalnej poprawy jakości gry, a już w czwartek 24 września legionistów czeka mecz w 3. rundzie eliminacji Ligi Europy z mistrzem Kosowa Dritą Gnjilane, zaś w przypadku oczekiwanego zwycięstwa tydzień później, 1 października, potyczka w 4. rundzie z mistrzem Azerbejdżanu Karabachem Agdam. A między tymi spotkaniami także u siebie zagra w 5. kolejce ligowej ze Śląskiem Wrocław. Trudno o bardziej sprzyjający układ gier. Pieniądze do zarobienia w Lidze Europy są znacznie mniejsze niż w Lidze Mistrzów, ale gra idzie w najgorszym razie o 2,9 mln euro.
Nie dawał gwarancji sukcesu
Serbski trener jako piłkarz spędził w Legii siedem sezonów, a od 2015 roku pracuje w sztabie szkoleniowym stołecznego klubu i w poniedziałek zakończył swoje trzecie podejście do roli trenera pierwszego zespołu. Gdy w kwietniu 2019 roku zastępował Portugalczyka Ricardo Sa Pinto, miał być „trenerem na lata”. Pewnie dlatego prezes i zarazem właściciel Legii Dariusz Mioduski w komunikacie zamieszczonym na stronie internetowej klubu poświęcił mu wiele ciepłych słów. „Bardzo dziękuję Vuko za to co zrobił dla Legii, nie tylko przez ostatnie półtora roku jako trener I drużyny, z którą zdobył Mistrzostwo Polski, ale także na przestrzeni ostatnich lat. Zawsze mogliśmy na niego liczyć, szczególnie w trudnych momentach i nigdy nie bał się brać odpowiedzialności. Należy mu się za to ogromny szacunek ze strony Klubu i kibiców. Bardzo rozwinął się też jako trener, szybko się uczył i rozwijał, dlatego jestem pewien, że będzie osiągał dalsze sukcesy w swojej karierze trenerskiej. Wiem też, że jest oraz pozostanie prawdziwym Legionistą i zawsze tak będziemy go w Klubie traktować. Dzisiaj musieliśmy jednak podjąć trudną decyzję, która wynika z faktu, że nadrzędnym celem Legii jest realizacja celów sportowych, w tym awans do pucharów europejskich. Uznaliśmy, że zmiana na stanowisku trenera pozwoli na szybszą poprawę gry naszej drużyny, co jest niezbędne ze względu na nadchodzące mecze decydujące o awansie do fazy grupowej Ligii Europy”.
Dalsze losy Vukovicia na razie są niewiadomą. Stołeczny klub i tak musi mu zapłacić pełny kontrakt, więc z szukaniem nowej pracy nie musi się spieszyć. Serb prowadził legionistów w 65 meczach, z których 36 wygrał, 12 zremisował, a w 17 doznał porażek. Wywalczył wicemistrzostwo, a w poprzednim sezonie zdobył dla stołecznego klubu 14. mistrzowski tytuł.
Michniewicz na dwóch stołkach
Zatrudniony w poniedziałek w miejsce Vukovicia 50-letni Czesław Michniewicz dostał od Mioduskiego dwuletni kontrakt. Ponieważ od 7 lipca 2017 roku nowy trener Legii pracuje w PZPN w roli selekcjonera kadry młodzieżowej, musiał uzyskać zgodę szefa związku Zbigniewa Bońka na podjęcie pracy w stołecznym klubie. Ustalono, że do zakończenia eliminacji do Młodzieżowych Mistrzostw Europy będzie łączył obie posady. Pierwszy problem pojawi się w meczu o Superpuchar z Cracovią, który został wyznaczony na 9 października, gdy kadra U-21 grać będzie z Serbią (9 października) i Bułgarią (13 października).
Legia jest dziesiątym klubem w trenerskiej karierze Michniewicza. W przeszłości był szkoleniowcem Lecha, Zagłębia Lubin, Arki, Widzewa, Jagiellonii, Polonii Warszawa, Podbeskidzi, Pogoni i Bruk-Betu Nieciecza. Z Zagłębiem zdobył mistrzostwo Polski, a z Lechem wywalczył Puchar oraz Superpuchar Polski.
Zadania jakie właściciel Legii postawił Michniewiczowi są oczywiste – awans do fazy grupowej Ligi Europy, obrona mistrzowskiego tytułu i zdobycie Pucharu Polski. Jeśli przy tym wyraził też oczekiwanie, żeby zespół grał ładny dla oka, widowiskowy futbol, to raczej chyba się nie doczeka, bo Michniewicz największą wagę przywiązuje do gry defensywnej.
Kto następny do zwolnienia?
W miniony weekend zmiany szkoleniowca zaczęli domagać się fani Wisły Kraków, rozdrażnieni porażką ich ulubieńców 0:3 z Wisłą Płock. Trener „Białej Gwiazdy” Artur Skowronek, którego w poprzednim sezonie wychwalano przy Reymonta pod niebiosa, po porażce z „Nafciarzami” usłyszał z trybun: „To jest prawda oczywista, to jest właśnie wuefista” oraz „Zmieniaj trenera, hej Kuba zmieniaj trenera”. Poprawić notowania u kibiców swojej drużyny będzie mu trudno, bo w 5. kolejce wiślaków czeka wyprawa do Zabrza, a Górnik już jednego trenera w tym sezonie zmienił.
Nieciekawie wygląda też sytuacja trenera Piasta Gliwice Waldemara Fornalika. Po czterech kolejkach jego zespół z wylądował na ostatnim miejscu w tabeli mając zerowy dorobek punktowy, zero strzelonych goli i cztery stracone. Nietrudno więc zauważyć, że Vuković stracił posadę będąc w znacznie lepszym położeniu od Fornalika, bo zostawił zespół na 7. miejscu z dorobkiem sześciu punktów i bilansem bramkowym 5:6.

Klęska młodzieżówki

W 5. kolejce eliminacji młodzieżowych mistrzostw Europy reprezentacja Polski prowadzona przez trenera Czesława Michniewicza przegrała na wyjeździe 0:3 z Bułgarią.

Biało-czerwoni w tym meczu zagrali w składzie: Kamil Grabara – Robert Gumny, Sebastian Walukiewicz, Jan Sobociński, Kamil Pestka – Marcin Listkowski (46. Przemysław Płacheta), Karol Fila, Maciej Ambrosiewicz (46. Sebastian Kowalczyk), Mateusz Bogusz (68. Bartosz Bida), Kamil Jóźwiak (74. Sylwester Lusiusz) – Patryk Klimala (74. Bartosz Slisz). Po tej porażce polski zespół stracił pozycję lidera na rzecz zespołu Rosji, trzecia lokatę zajmuje Bułgaria. W grupie 5 rywalizują jeszcze ekipy Serbii, Estonii i Łotwy.

W młodzieżowych mistrzostwach Europy, które odbędą się w 2021 roku na Węgrzech i w Słowenii, weźmie udział 16 zespołów. Bezpośrednią kwalifikację uzyskają zwycięzcy każdej z dziewięciu grup eliminacyjnych oraz najlepsza drużyna z drugiego miejsca z najlepszym bilansem. Pozostałe cztery zespoły zostaną wyłonione w barażach z udziałem ośmiu drużyn z drugich miejsc.

 

Kadra U-21 poniosła klęskę

Klęska naszej młodzieżowej reprezentacji w meczu z Hiszpanami 0:5 przekreśliła marzenia jej piłkarzy o medalu w mistrzostwach Europy oraz o awansie do turnieju olimpijskiego w Tokio. Nie to jednak jest najgorszą konsekwencją tej sromotnej porażki.

Wygrane przez biało-czerwonych podczas turnieju we Włoszech mecze z Belgią (3:2) i gospodarzami imprezy (1:0) na pewno zasługują na uznanie, ale z pewnością nie na podziw. Nasi młodzi piłkarze mieli w tych spotkaniach po prostu mnóstwo szczęścia i dość sił, żeby uporczywym bieganiem za piłką trochę zrównoważyć brak umiejętności gry w piłkę. Ich styl gry raził siermiężnością i schematyzmem, bo trener Czesław Michniewicz miał tylko jeden taktyczny pomysł, obrazowo przez futbolowych znawców nazwany „autobusem”. Polegał ona na tym, że na linii pola karnego ustawiał jeden rządek obrońców, a dwadzieścia metrów dalej drugi. Zadaniem graczy ustawionym w tych zasiekach jak słupy było przede wszystkim przeszkadzanie rywalom w oddaniu strzału na bramkę strzeżoną przez prezentującego znakomitą formę Kamila Grabarę. W tej koncepcji istotną rolę miał też odegrać wystawiony samotnie na szpicy Dawid Kownacki, niestety, tuż przed turniejem doznał kontuzji i ani w meczu z Belgami, ani Włochami swojej roli porządnie nie odegrał, a z Hiszpanami już nawet nie zagrał, bo odezwał się niezaleczony do końca uraz i nie było sensu narażać chłopaka na jego pogłębienie.

Rywalizacja drużyn juniorskich i młodzieżowych jest prowadzona po to, żeby wychować i wyszkolić zawodników na potrzeby pierwszej reprezentacji. A skoro tak, to rozpaczliwe „murowanie bramki” i gra w stylu „obrony Częstochowy” wymuszone przez Michniewicza to nie jest najlepszy pomysł na przyszłość. Wiadomo jednak, że obecnym władzom PZPN na potrzeby wizerunkowe bardzo potrzebny był sukces w tegorocznych mistrzostwach świata U-20 rozegranych na przełomie maja i czerwca w Polsce oraz mistrzostwach drużyn do lat 21 obecnie rozgrywanych we Włoszech i San Marino. I to sukces wymierny, czyli medale lub jak w przypadku młodzieżówki Michniewicza awans do turnieju olimpijskiego. Bo z takim wynikiem w dorobku obecna ekipa rządząca polską piłką w najbliższych wyborach mogłaby odrzucić sztandarowy zarzut opozycji pod swoim adresem, że markuje zaangażowanie w szkolenie młodzieży i że nie ma na tym polu żadnych wymiernych osiągnięć.
Niewykluczone, że dla tego celu Michniewicz poświęcił sportowe ambicje Grabary, Bielika, Żurkowskiego, Szymańskiego czy Kownackiego i zamiast pozwolić im na beztroskie pogranie w piłkę z rówieśnikami z Belgii, Włoch i Hiszpanii, zmusił tych chłopaków do ośmieszenia się nakazując im grać topornie i bez najmniejszego wdzięku. Włosi i Belgowie z Polakami co prawda przegrali, ale wszyscy widzieli, że to oni lepiej grali w piłkę. Wynik w kategoriach młodzieżowych jest sprawą drugorzędną, liczy się piłkarska jakość, technika panowania nad piłką, odwaga w podejmowaniu boiskowych decyzji i fantazja w konstruowaniu akcji ofensywnych. Piłkarzy tak grających kluby pożądają i takich kupują za dziesiątki milionów euro.

Jeśli o coś jeszcze można mieć pretensje do Michniewicza, to o to, że chociaż w kadrze na MME 2019 wybrał grupę utalentowanych zawodników, to w trakcie imprezy „orał” tylko kilkunastoma z nich (Grabara, Pestka, Bielik, Wieteska, Żurkowski, Szymański, Fila, Michalak, Dziczek zagrali we wszystkich trzech spotkaniach). Dla porównania, trener Hiszpanów po wygranym meczu z Belgią przeciwko Polakom wystawił skład z pięcioma nowymi zawodnikami, a na dodatek nie znalazł miejsca dla nominalnego napastnika. Bo słusznie doszedł do wniosku, że schematyczny „autobus” Polaków najlepszym sposobem będzie słynna tiki-taka wypracowana wiele lat temu przez zespół Barcelony pod wodzą Pepa Guardioli. Najgorsze jest jednak to, że chociaż Hiszpanie już do przerwy prowadzili 3:0, selekcjoner biało-czerwonych swojej taktyki do końca nie zmienił.
Dlatego trochę dziwi fakt, że prezes PZPN Zbigniew Boniek jeszcze przed turniejem we Włoszech wbrew swoim zwyczajom przedłużył Michniewiczowi kontrakt na kolejne dwa lata i powierzył kolejny rocznik U-21. Może myśli, że nikt już w Polsce nie pamięta, że ten facet był swego czasu mocno zaprzyjaźniony z niesławnej pamięci Ryszardem F., ps. Fryzjer, z czego Michniewicz nigdy się publicznie nie wytłumaczył. Może nie należy już czegoś takiego oczekiwać od kogoś, kto prowadzi wprawdzie kadrę młodzieżową, ale złożoną z zawodowych piłkarze zarabiający miliony złotych?

 

Zaskakujący sukces młodzieżówki

Od niedzieli 16 czerwca we Włoszech i San Marino trwają mistrzostwa Europy drużyn do lat 21. Reprezentacja Polski w pierwszym spotkaniu dość nieoczekiwanie pokonała faworyzowaną Belgię 3:2. W drugim meczu grupy A Włosi pokonali Hiszpanię 3:1. W środę biało-czerwoni zmierzą się z gospodarzami turnieju. Awans do półfinału turnieju zapewnia promocje do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio.

W mistrzostwach Europy reprezentacji młodzieżowych, od 1978 roku rozgrywanych w formule U-21, nasi młodzi piłkarze ani razu nie przebili się do półfinału turnieju, nie mają zatem w dorobku żadnego medalu tej imprezy. Dwa lata temu młodzieżowcy walczyli o prymat w Europie na polskich stadionach. Niestety, PZPN nie potrafił przygotować na ten turniej odpowiednio mocnej drużyny. Biało-czerwoni prowadzeni przez Marcina Dornę nie wyszli nawet z grupy. Była to sportowa porażka, bo Dorna nie miał w kadrze nieudaczników. Dowodzi tego choćby fakt, że z tamtej ekipy Jerzy Brzęczek powołuje dzisiaj Tomasza Kędziorę, Jana Bednarka, Karola Linettego, Dawida Kownackiego, Przemysława Frankowskiego i Krzysztofa Piątka, a oprócz nich o kadrę otarli się lub ocierają Jarosław Jach, Paweł Dawidowicz, Paweł Jaroszyński, Adam Buksa, Bartosz Kapustka i Mariusz Stępiński.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek czasem potrafi uczyć się na własnych błędach, a że osobiście bardzo mu zależało, żeby w dwóch tegorocznych imprezach z udziałem reprezentacji młodzieżowych dobrze wypaść, do prowadzenia kadry U-20, która na przełomie maja i czerwca wystąpiła w roli gospodarza rozgrywanych w naszym kraju mistrzostw świata, zatrudnił byłego trenera Legii Warszawa Jacka Magierę, natomiast do prowadzenia kadry U-21 trenerskiego weterana Czesława Michniewicza.

Michniewicz lepszy od Magiery

Magiera miał łatwiej, bo jego zespół jako gospodarz mundialu U-20 nie musiał przebijać się przez eliminacje, lecz może właśnie dlatego zbudowany przez niego zespół zdołał tylko wyjść z grupy i odpadł w 1/8 finału. Michniewicz miał zadanie nieporównanie trudniejsze, bo musiał ze swoją ekipą awans do turnieju we Włoszech i San Marino wywalczyć. Dokonał tego dopiero w barażach, w których biało-czerwoni pokonali Portugalczyków, rywali także w futbolu młodzieżowym z górnej europejskiej półki. W losowaniu grupowych przeciwników nasi młodzi piłkarze nie mieli szczęścia, bo trafili do grupy A z gospodarzami turnieju Włochami, Hiszpanią i Belgią. Dlatego nikt nie stawiał przed nimi wygórowanych żądań.

Sytuację zmienił zwycięski mecz z reprezentacją Belgii, której pierwsza reprezentacja jest obecnie numerem 1 w rankingu FIFA (Polska zajmuje w nim 19. miejsce). W tym kraju szkolenie młodych piłkarzy stoi na wysokim poziomie i trener Johan Walem miał znacznie większy wybór wysokiej klasy zawodników niż Michniewicz, dlatego w jego kadrze zabrakło kilku znanych już graczy z tego rocznika, regularnie powoływanych do pierwszej reprezentacji kraju. Bez nich też jednak byli uważani za faworytów, a już na pewno w spotkaniu z Polakami.

Porażka 2:3 była dla Belgów szokiem. „Na tym poziomie margines błędu jest bardzo mały. Nie wystarczy dobrze grać przez pierwsze 25 minut. Zaczęliśmy doskonale, a później straciliśmy dobry rytm i pojawiało się coraz więcej problemów. Pierwszy gol dla Polaków nigdy nie powinien paść, a ich drugie trafienie podcięło nam skrzydła” – narzekał trener Johan Walem przed kamerami telewizji RTBF. Złości nie kryli też belgijscy piłkarze. Strzelec drugiej bramki dla Belgów Dion Cools stwierdził: „Polacy zaskoczyli nas golem z rzutu rożnego i gra się posypała”. Bardziej nieuprzejmy w ocenie rywali był obrońca Elias Cobbaut: „Polacy strzelili nam szmaciane gole. Mieli cztery okazje i trafili trzy razy”.

Czesław Michniewicz, dla którego dobry wynik w mistrzostwach Europy może okazać się punktem zwrotnym w podupadłej ostatnio trenerskiej karierze, po spotkaniu z Belgami stonował optymizm. „W każdej rywalizacji trzeba mieć trochę szczęścia, a my tego wieczoru mieliśmy wszystko” – ocenił na łamach serwisu internetowego PZPN. W środę 19 czerwca biało-czerwonych czeka jednak jeszcze trudniejsze wyzwanie – mecz z gospodarzami turnieju Włochami. Tym razem Polacy nie mogą liczyć na efekt zaskoczenia, bo ich zwycięstwo nad Belgami zostało w Italii zauważone i szeroko komentowane.

Przejmą kadrę za dwa lata?

Włosi wierzą w wygraną swojego zespołu, ale doceniają siłę polskiego zespołu i podkreślają, że kilku graczy z kadry Michniewicza już występuje w zagranicznych klubach (Dawid Kownacki jest graczem Sampdorii Genua wypożyczonym do Fortuny Duesseldorf, Kamil Grabara z FC Liverpool został wypożyczony do duńskiego AGF Aarhus), Krystiana Bielika Arsenal wypożyczył do trzecioligowego Charlton Athletic, Karol Świderski ostatni sezon spędził jako zawodnik PAOK Saloniki i Jakub Piotrowski z KRC Genk), kolejni latem pójdą w ich ślady (po transferach są już Sebastian Szymański, który odejdzie z Legii Warszawa do Dynama Moskwa, Szymon Żurkowski sprzedany przez Górnika Zabrze do Fiorentiny oraz Konrad Michalak oddany przez Lechię Gdańsk do rosyjskiego klubu Achmat Grozny, a do zmiany klubów szykują Robert Gumny z Lecha Poznań, Patryk Dziczek z Piasta Gliwice i Mateusz Wieteska z Legii Warszawa, a chęć na to mają też pozostali gracze kadry.

Warto zapamiętać te nazwiska, bo po Euro 2020 piłkarze z tego pokolenia zaczną wypierać z pierwszej reprezentacji zawodników dzisiaj już mających trzydzieści i więcej lat, jak Łukasz Fabiański, Kamil Glik, Kamil Grosicki, Jakub Błaszczykowski czy Grzegorz Krychowiak. Trener Brzęczek lub jego następca może mieć wkrótce prawdziwy kłopot bogactwa na każdej pozycji. Niestety, będzie się musiał sporo po Europie najeździć, bo w kadrze nie będzie miał ani jednego zawodnika z naszej ekstraklasy.