Ocalić stocznię

Związkowcy ze świnoujskiego oddziału Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia ciągle walczą o swój zakład pracy.

Twierdzą, że minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk został wprowadzony w błąd co do jego faktycznej sytuacji, a stocznię powinno się uzdrowić, zatrudniając do zarządu prawdziwych fachowców, a nie sprzedawać.

– Nie możemy się zgodzić na takie pokazywanie naszego oddziału stoczni – mówią związkowcy o sejmowym wystąpieniu ministra, podczas którego świnoujską część MSR Gryfia w Szczecinie przedstawiano jako ten segment, który ciągnie całe przedsiębiorstwo na dno. Przesłali do resortu własne badania, analizy i projekty ratowania zakładu. Skarżą się również na to, że ministerstwo nie dzieli się z nimi żadnymi informacjami dotyczącymi przyszłości stoczni i 1500 zatrudnianych przez nią pracowników. Jeśli coś daje im nadzieję, to postawa marszałka województwa zachodniopomorskiego oraz prezydenta miasta, którzy w przekazanym im liście intencyjnym deklarują zainteresowanie zakupem stoczni. Zapewniają, że gdyby Gryfia została wystawiona do przetargu, a zarząd stoczni poinformował już o wszczęciu procedury zbycia własności i prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, to samorząd byłby zainteresowany zakupem i dalszym rozwijaniem, a nie zamykaniem przedsiębiorstwa.

– Minister musi się teraz uderzyć w pierś i przyznać się do błędów – powiedział Bartłomiej Szmyt z NSZZ Solidarność w oddziale świnoujskiej Gryfii, cytowany przez portal gs24.pl. – Prawdopodobnie te złe dane przedstawił ministrowi obecny zarząd MSR Gryfia. A oni walczą o stołki i o pieniądze, nie o stocznię. Zresztą minister teraz też tylko o to walczy.
22 września w Warszawie odbył się protest związkowców przed Ministerstwem Gospodarki w sprawie ratowania stoczni. Zgodnie demonstrowali przedstawiciele różnych organizacji pracowniczych, zrzeszonych w „Solidarności” i w OPZZ, nie tylko stoczniowcy. Wcześniej w obronie stoczni w Świnoujściu oraz w Szczecinie demonstrowali wspólnie działacze związkowi oraz przedstawiciele organizacji socjalistycznych. Podczas wszystkich tych demonstracji zwracano uwagę, że w zachodniopomorskich spółkach rozdawane są synekury, wybrańcy pisowskich polityków łupią majątki publicznych przedsiębiorstw, doprowadzając je na krawędź upadku. Na czele zarządu Gryfii, mówili działacze, postawiony został politolog z wykształcenia, zarząd zakupił nowe limuzyny, a pracownicy nie mają do dyspozycji podstawowych sprzętów – brakuje m.in. wózków transportowych i narzędzi. Podczas protestu kilkaset osób domagało się, by wymienić osoby bez kwalifikacji na prawdziwych, merytorycznie do tego przygotowanych zarządców.

W 2018 r. minister Gróbarczyk zapewniał, że stocznia Gryfia „ma ogromne perspektywy rozwojowe”, a jego ministerstwo chce dążyć do odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego. W 2020 r. nie stać go było nawet na osobiste spotkanie z delegacją demonstrujących pracowników.

– Temat Gryfii wraca niemal na każdym posiedzeniu sejmowej komisji ds. gospodarki morskiej i za każdym razem jest zbywany przez ministra, a jego wyjaśnienia są kuriozalne – podsumowała postawę ministra posłanka Lewicy Daria Gosek-Popiołek, która była na proteście razem ze związkowcami.

Lewica w obronie rzek

– Przypadek Czajki jest to oczywista awaria, ale tak naprawdę takich przypadków mamy w Polsce dziesiątki – przypomniała Daria Gosek-Popiołek, krakowska posłanka Lewicy.

Posłanki Lewicy postanowiły wykorzystać chwilowe ogólnopolskie zainteresowanie awarią kolektora oczyszczalni ścieków w Warszawie do nagłośnienia problemu zanieczyszczenia polskich wód śródlądowych. Takie sytuacji niestety nie są wyjątkiem.

– Nasze rzeki, ich ekosystemy są niszczone i dzieje się to na porządku dziennym. Winą są oczywiście próby cięcia kosztów. Próby ukrycia winnych winny są także to, że po prostu brak jest odpowiedniego nadzoru – oznajmiła na konferencji prasowej Daria Gosek-Popiołek z Lewicy Razem. Następnie podała przykłady zrzucania ścieków do rzek, które jako że nie zatopiły żadnego ruchu politycznego, to i nie miały szans wskoczyć na czołówki ponadlokalnych mediów.

Płyną ścieki rzekami

Zrzut ścieków nieczystości z oczyszczalni ścieków do rzeki Biała w województwie małopolskim, potem to samo w mazowieckim, nad Bzurą. W lipcu 2020 r. skażenie Baryczy, w dodatku w granicach rezerwatu przyrody, tu akurat trwa śledztwo prokuratorskie. – W przypadku rzeki Ślęzy na Dolnym Śląsku od roku 2018 do dzisiaj wpłynęło kilkanaście zawiadomień o zanieczyszczeniach – wyliczała posłanka.

Zdaniem Gosek-Popiołek systematyczne zanieczyszczenia rzek to efekt braku skutecznego nadzoru. Obecnie odpowiedzialność za tę sprawę jest mocno rozmyta. Jest Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, jest generalny inspektor ochrony środowiska, ale też lokalne organy podlegające samorządom różnych szczebli. Ludzi wielu, ale narzędzia w ich rękach słabe.

Prawo wręcz ułatwia. dokonywanie zrzutów nieczystości. Kary które są w tym momencie proponowane są śmiesznie niskie.
W tym momencie są to grzywny do 5 tysięcy. Bardzo wiele przedsiębiorstw wręcz wpisuje sobie kalkuluje sobie te kary w koszta prowadzonej działalności – celnie zauważyła posłanka.

Kontrola pod koniec roku

Lewica wezwała również rząd, by sprawę Czajki wykorzystał nie tylko jako pretekst do bezpardonowych ataków na znienawidzonego Rafała Trzaskowskiego. Skoro problemy warszawskiego kolektora okazały się tak poważne, zdaniem socjaldemokratycznych posłanek rząd powinien teraz zainicjować kontrolę oczyszczalni w całym kraju. Tym bardziej, że gdy zwróciły się z apelem o podobne działania do NIK, okazało się, że zasoby Izby pozwalają na zajęcie się sprawą… pod koniec roku kalendarzowego.
A bez spojrzenia z zewnątrz w samorządach może się nic w tej sprawie nie zmienić.

– Mamy kolejną sytuację, w której dzieje się dokładnie to samo, a miasto nie wyciągnęła jak widać żadnych wniosków z zeszłego roku. A więc mamy ścieki płynące do Wisły. Mamy awarię dokładnie taką samą jak w zeszłym roku, mamy znowu wojsko budujące most pontonowy. Miasto, zamiast podejmować decyzje, zrzuca odpowiedzialność na decyzje podjęte kilkanaście lat temu – skrytykowała warszawski samorząd posłanka Magdalena Biejat. Następnie zauważyła, że władze komunalnych spółek zarządzających odpadami, ale nie tylko, nie zmieniają się od lat. Nie sprzyja to profesjonalnemu zarządzaniu i odważnemu rozwiązywaniu problemów.

Eksperci od wszystkiego

– Choć zmienił się prezydent miasta, to władze kolejnych spółek, rady nadzorcze są obsadzone od lat tymi samymi ludźmi. Przewijają się tam te same nazwiska dziwnie kojarzące się z nazwiskami znanych samorządowców i wiceprezydentów. Widzimy tam żony, mężów, krewnych i znajomych królika, wciąż te same osoby często zasiadają w kilku spółkach naraz spółkach zajmujących się energetyką śmieciami odpadami komunalnymi czy szpitalami – oświadczyła Biejat. Posłanka poinformowała również, że jej klub chce się dowiedzieć, jakie kontrole zostały przeprowadzone w sprawie Czajki po ubiegłorocznej awarii i czy w ogóle ktoś odpowiedział za to, co się stało.

Prawdziwego śledztwa w sprawie fatalnej oczyszczalni domaga się posłanka Anita Sowińska.

– Ktoś zdecydował, że w Warszawie będzie pobudowana tylko jedna duża oczyszczalnia i to na prawym, a nie lewym brzegu Wisły; ktoś zdecydował, że zostanie wybudowany tylko jeden tunel pod Wisłą, a w nim będą dwa kolektory ściekowe; ktoś zdecydował, że kolektory zostaną wykonane z takich, a nie innych materiałów. Nie może być tak, że osoby decyzyjne są bezkarni jeśli chodzi o przestępstwa dokonane na środowisku – podsumowała.