Smog atakuje, rząd obiecuje

Niestety, od samych słów i obietnic, poziom zanieczyszczenia powietrza w Polsce jakoś nie chce spaść.

 

Program „Czyste powietrze” formalnie ruszył 19 września, co oznacza, że od tej daty można składać wnioski o dofinansowanie termomodernizacji czy wymiany dotychczasowej instalacji grzewczej.
Może tu chodzić o docieplenie ścian budynku, wymianę okien, drzwi, podłóg i dachu, montaż lub modernizację instalacji centralnego ogrzewania i ciepłej wody, założenie kolektorów słonecznych czy urządzeń fotowoltaicznych, albo wentylacji mechanicznej z odzyskiem ciepła.

 

Program istniejący teoretycznie

Możliwości jest więc na pozór dużo, zaś dofinansowanie może objąć od 40 do 90 proc kosztów wymiany pieca czy termomodernizacji domu – co faktycznie oznacza kwoty od 53 tys zł, do 7 tys zł, zależnie od dochodów w gospodarstwie domowym (im wyższe, tym dofinansowanie mniejsze).
Na rzeczywiste zasilenie kasą z programu liczyć mogą jednak tylko nieliczni – a z własnej kieszeni trzeba wydać sporo.
Poza tym, przy dochodach ponad 1600 zł miesięcznie na osobę, dotacji już nie ma. Wtedy można otrzymać jedynie ulgę podatkową, sięgającą do 30 proc kosztów wymiany pieca czy termomodernizacji.
Granicę 1600 zł na osobę bardzo łatwo przekroczyć, zaś ci, którzy jej nie osiągną, i tak będą musieli wydać od kilku do kilkunastu tysięcy z własnych zasobów.
Dla uboższych Polaków, palących w piecach byle czym (i byle taniej) to poważny wydatek. Pamiętać też trzeba, że nowe piece będą wymagać spalania lepszego gatunku węgla – a więc ogrzewanie stanie się długofalowo bardziej kosztowne niż dotychczas.
Należy się zatem obawiać, że rządowy program dofinansowania nie przyniesie większych rezultatów – choć nie ma co krakać, bo na razie i tak funkcjonuje on tylko teoretycznie. A póki co, nasz kraj kompletnie nie radzi sobie ze smogiem, stanowiąc nie zieloną, ale ciemnoszarą plamę na mapie Europy.

 

Nie radzimy sobie

Takie właśnie pytanie: „Jak Polacy radzą sobie ze smogiem?” – w marcu tego roku na terenie całej Polski zadali badacze Centrum Badania Opinii Społecznej. Wyniki nie napawają optymizmem, bo jesteśmy jednym z państw, które w Europie wlecze się w ogonie działań pro ekologicznych.
Polskie miasta znajdują się w czołówce najbardziej zanieczyszczonych, a odpowiadają za to w głównej mierze gospodarstwa domowe oraz samochody.
Jak wynika z tego badania, tylko 44 proc. pytanych Polaków uważa, że smog jest poważnym problemem – natomiast większość respondentów, bo aż 59 proc. deklaruje, że do ogrzewania domów wykorzystuje przestarzałe piece i kotły węglowe.
Jednocześnie, z niechęcią patrzymy na rosnące rachunki za energię, a alarmy smogowe w całej Polsce nie dają zapomnieć o przekroczonych normach zawartości pyłów, spalin i innych zanieczyszczeń.

 

Na początku jest audyt

Termomodernizacja nie jest prosta i nie można jej sprowadzać do obłożenia ścian domów dodatkową izolacją. Wymaga doświadczonej ekipy, o którą dziś niełatwo. Przede wszystkim należy ocenić stan techniczny budynku i wykonać tzw. audyt energetyczny.
– Audyt energetyczny obejmuje wszystkie elementy, które mogą przyczynić się do utraty energii cieplnej. Najczęściej spotykamy się z nieszczelną stolarką okien i drzwi, niedokładnie wykończonymi ścianami, dachami i stropami, czy naprędce wykonanymi instalacjami wentylacji, klimatyzacji lub systemami ciepłej wody. Właśnie tam tworzą się mostki cieplne, przez które wychładzają się nasze domy. Dopiero po audycie, wiedząc, z jakim problemem ma się do czynienia, można kompleksowo podejść do każdej inwestycji – począwszy od nowego budownictwa, do wielopokoleniowych budynków, gdzie konstrukcja często nadszarpnięta jest zębem czasu. Tylko wtedy ma się pewność, że projekt modernizacji instalacji grzewczej będzie efektywny i ograniczy emisję szkodliwych gazów czy pyłów – mówi ekspert Jarosław Hrehorowicz.
Przeprowadzenie takiej analizy energetycznej warto zlecić certyfikowanemu doradcy, który poza oceną stanu technicznego budynku oszacuje korzyści związane z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii.
To przydatny dokument, za który, gdy ktoś ubiega się o dofinansowanie, może uzyskać do 1000 zł zwrotu kosztów (co oczywiście nigdy nie obejmie całej ceny tej analizy).

 

Nikt im tego nie zabroni

Termomodernizacja może obejmować cały dom lub tylko kilka elementów, w zależności od naszych potrzeb i możliwości finansowych. Dla ekip przeprowadzających prace termomodernizacyjne najtrudniejsze są starsze budynki, bo wymagają więcej uwagi niż te niedawno powstałe.
Badania Polskiej Izby Ekologii pokazały, że emisja pyłów z kotła węglowego, czy z kominka ręcznie zasilanego drewnem, to od 40 do nawet 800 miligramów na metr sześcienny szkodliwych dla naszego zdrowia związków PM2.5 czy PM10. Zestawienie tych wyników z zerową emisyjnością pomp ciepła, pokazuje, z jaką skalą nieefektywnych systemów ogrzewania domów mamy do czynienia – no ale przecież Polacy nie zrezygnują z palenia drewnem w kominkach. Zwłaszcza, że w naszym kraju nie funkcjonuje egzekwowanie zakazów spalania byle czego.

Głos lewicy

Granty, wnioski i niesprawiedliwość

 

Łukasz Moll krytykuje system przyznawania grantów i finansowania nauki na polskich uczelniach wyższych:

Sukces w postępowaniu grantowym to w dużej mierze, owszem, wynik ciężkiej pracy i talentu, ale te zdecydowanie nie wystarczą. Potrzebne jest zwykłe szczęście – to, żeby trafić na kompetentnych, a przy okazji nieuprzedzonych do tematu czy paradygmatu recenzentów. Niezbędny jest know how jak w ogóle pisać takie wnioski – to coś, czego nie nabywa się w toku kształcenia, coś, co ktoś bardziej doświadczony w tej materii musi Ci pokazać. Wobec tego nie obędzie się bez znajomości. Te mają niebagatelne znaczenie przy wyborze opiekuna projektu. Ze swoim tematem i obszarem zainteresowań na moim uniwersytecie nie znalazłbym absolutnie nikogo, kto miałby dorobek pozwalający wnioskowi przejść przez sito oceny. Oznacza to, że w wielu przypadkach trzeba uciec z peryferii do centrum – co też zrobiłem – a tego nie da się zrobić bez odpowiedniej sieci kontaktów, przy zdobywaniu której znowu odgrywają role rozmaite czynniki, na które nie do końca mamy wpływ.
Poza tym robota nad tym wnioskiem jest niewdzięczna. W przypadku porażki cały trud idzie po prostu na marne. Dołujące są negatywne opinie recenzentów, jeśli w oczywisty sposób wynikają z niekompetencji. Od takich recenzji nie ma ścieżki odwoławczej. Cały proces oceny jawi się jako obiektywny i merytokratyczny, stąd jeśli się nie udaje zaczynamy nadmiernie szukać winy po swojej stronie – przejrzenie tego, jak ten system działa, jak arbitralnie odsiewa jednych i wspiera drugich, wymaga odpowiedniego rozpoznania. Posiadanie go frustruje dodatkowo, bo co nam po takiej wiedzy, skoro nie jest premiowana?
Inaczej wreszcie aplikuje się o grant, gdy ma się stabilną sytuację zawodową albo jakieś zabezpieczenie materialne i wtedy to jest po prostu wzmocnienie naszego potencjału badawczego, szansa na wskoczenie na wyższy poziom, a inaczej, gdy grant jest dla Ciebie – tak jak dla mnie – ostatnią deską ratunku, która pozwoli Ci się utrzymać na powierzchni i pracować w zawodzie przynajmniej przez jakiś czas, a być może otwiera Ci drogę do stałego zatrudnienia w przyszłości.
Wiem, ilu bezsprzecznie bardziej zdolnych, pracowitych i interesujących ode mnie młodych akademików grantu nie dostało. Wiem też, ilu wyraźnie słabszych niż ja się na niego załapało. Biorąc to wszystko pod uwagę, nigdy nie będę jednym z tych, którzy powiedzą „jak najwięcej grantów, premiować tylko najlepszych, obiektywnie weryfikować czyjeś zdolności, nie dawać kasy byle komu”. Wystarczająco długo byłem tym „byle kim”, żeby widzieć się teraz po drugiej stronie.

Lotnicze sny o potędze

Polska Grupa Lotnicza z udziałem LOT-u to przykład mistyfikacji, tworzonej przez rząd PiS za publiczne pieniądze zabrane z Funduszu Reprywatyzacji.

 

Gdy uwaga opinii publicznej skupiała się na strajku pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT, niewielu komentatorów analizowało przeobrażenia, jakim za państwowe pieniądze ulega przewoźnik.
Otóż 10 października br. LOT oficjalnie stał się częścią państwowej Polskiej Grupy Lotniczej (PGL), która oprócz tego objęła udziały trzech innych spółek (LOT Aircraft Maintenance Services, LS Airport Services i LS Technics).

 

Tak dogonimy Europę

Powołanie holdingu PGL ma służyć mocarstwowym planom, jakie rząd Prawa i Sprawiedliwości ma wobec państwowego przewoźnika, który dzięki temu – a także dzięki wybudowaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego – ma teoretycznie być zdolny do konkurowania z europejskimi gigantami.
W opinii prezesa LOT-u wzorem dla PGL są europejskie grupy lotnicze takie jak Lufthansa, Air France-KLM oraz International Airlines Group. Rafał Milczarski, prezes LOT-u i prezes PGL pominął jednak zasadniczy fakt: wszystkie wymienione przez niego grupy mają przewagę kapitału prywatnego, a ich akcje znajdują się w obrocie giełdowym.
Co prawda w Air France-KLM francuskie państwo ma 14 proc. akcji i 23 proc. praw głosu, lecz grupa jest notowana na giełdach w Paryżu i Amsterdamie. Tak samo spółkami giełdowymi są w pełni prywatne Lufthansa oraz IAG. Ta pierwsza jest notowana na giełdzie we Frankfurcie, akcje tej drugiej można nabyć na giełdach w Londynie i Madrycie.
Działając jako spółki giełdowe z przewagą kapitału prywatnego, wymienione przez prezesa LOT-u grupy są każdego dnia oceniane przez inwestorów i zmuszone funkcjonować w sposób o wiele bardziej transparentny niż w pełni państwowy polski przewoźnik, a ich sprawozdania finansowe są publikowane wcześniej niż sprawozdania LOT-u. W tym roku pojawiły się już w drugiej połowie lutego, podczas gdy LOT przesłał swoje sprawozdanie do Krajowego Rejestru Sądowego dopiero 16 lipca.

 

Reprywatyzacja dobra dla LOT-u

Rząd PiS dokapitalizował PGL kwotą 1,2 mld zł z Funduszu Reprywatyzacji. To przykład niezgodnego z pierwotnym przeznaczeniem użycia środków z Funduszu Reprywatyzacji. W 2017 roku rząd wydał już z Funduszu Reprywatyzacji na rozbudowę państwowego sektora kwotę ponad 2,1 mld zł.
W założeniu środki z tego funduszu miały być przeznaczane na cele związane z zaspokajaniem roszczeń byłych właścicieli mienia przejętego przez Skarb Państwa. Zmieniło się to wraz z dokonaną 6 lipca 2016 r. zmianą ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji (obecnie jest to ustawa o komercjalizacji i niektórych uprawnieniach pracowników).
Dodany przepis stwierdza, że środki Funduszu Reprywatyzacji „mogą być przeznaczone na sfinansowanie nabycia przez Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra właściwego do spraw Skarbu Państwa, akcji spółek publicznych”.
Natomiast 6 grudnia 2017 r. weszła w życie zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach służących realizacji ustawy budżetowej na rok 2017, pozwalająca na przeznaczenie kwoty 1,4 mld zł na zakup lub objęcie akcji spółek kapitałowych. Właśnie z tej kwoty sfinansowano 1,2 mld zł dla PGL w wysokości 1,2 mld zł.
Zdaniem Fundacji Obywatelskiego Rozwoju mistyfikacją jest zarówno twierdzenie, że państwowy moloch nie różni się od prywatnego holdingu, jak i teza, że ów państwowy moloch będzie służył czemukolwiek innemu niż stworzeniu zamkniętego układu z udziałem państwowych spółek, w ramach którego jedne państwowe podmioty płacą za błędy innych.
Absurdem byłoby założenie, że PGL nie będzie trapiona przez wszelkie bolączki państwowych spółek: że nie będzie służyła rozdawaniu synekur zasłużonym działaczom partyjnym albo że nie będzie kierowała się rachunkiem politycznym zamiast ekonomicznym.
Na ten wniosek nie może mieć wpływu chwilowa rentowność LOT-u (w dużej mierze wynikająca z wcześniejszej restrukturyzacji oraz z niskiego kursu dolara i niskich cen paliw w 2017 roku).

 

W polskim krwiobiegu

Inną mistyfikacją jest argument za stworzeniem w ramach PGL firmy leasingowej. To przede wszystkim na powołanie tej firmy ma zostać przeznaczona kwota 1,2 mld zł, jaką PGL otrzymała jako kapitał zakładowy z budżetu państwa (w wyniku wspomnianego na początku włączenia do PGL czterech państwowych spółek kapitał własny grupy wynosi razem ok. 2,5 mld zł).
Prezes Milczarski w kontekście powołania PGL Leasing stwierdził: „Dotychczas z racji braku polskiego podmiotu zajmującego się taką działalnością te zyski zostawały poza granicami naszego kraju. Utworzenie nowej firmy leasingowej wewnątrz PGL pozwoli na pozostawienie tych środków w krwiobiegu polskiej gospodarki”.
Tego typu marzenia o autarkii są charakterystyczne dla ludzi związanych z obecnym obozem rządzącym: Mateusz Morawiecki co rusz utyskuje na dochody zagranicznych inwestorów, zapominając o korzyściach, jakie zagraniczne inwestycje przynoszą polskiej gospodarce, a podczas ostatniego Forum Ekonomicznego w Krynicy Beata Szydło ubolewała nad utratą przez nasz kraj gospodarczej niezależności.
Największym problemem dla partii rządzącej wydaje się jednak niezależność prywatnych spółek od polityków; stąd kolejne renacjonalizacje, nazywane eufemistycznie „repolonizacjami”.
W przypadku PGL mamy do czynienia z wypowiedzią prezesa grupy, który powinien kierować się rachunkiem ekonomicznym, a nie troszczyć się o mityczny „krwiobieg polskiej gospodarki”. Jak się jednak okazuje, polityczni nominaci zatrudnieni w państwowych firmach kierują się interesem obozu rządzącego, któremu zawdzięczają swoją pozycję.
Chociaż nie znamy szczegółów przyszłego działania PGL Leasing, to możemy podejrzewać, że plan powołania takiej spółki wynika ze struktury floty LOT-u.
Otóż LOT w zasadzie nie posiada własnych samolotów. Z 54 maszyn, jakimi dysponował na koniec 2017 roku, tylko trzy posiadał na własność – wszystkie trzy to embraery 145, z których LOT nie korzysta od kilku lat i które próbuje od dłuższego czasu bezskutecznie sprzedać.
Z pozostałych 51 samolotów 35 jest w leasingu operacyjnym, a 16 w leasingu finansowym . Dla porównania Lufthansa ma w leasingu tylko 15 proc. swojej floty.

 

Latanie w leasingu

Zobowiązania LOT-u z tytułu leasingu finansowego wynosiły na koniec 2017 roku 1,9 mld zł, a więc prawie 5 razy więcej niż kapitał własny przewoźnika (394 mln zł). Z kolei za dzierżawienie samolotów w ramach leasingu operacyjnego LOT w ubiegłym roku zapłacił 277 mln zł. A zatem kolejne transakcje leasingu oznaczałyby dla polskiego przewoźnika istotny wzrost kosztów.
Zapowiedź, że powołanie PGL Leasing ma służyć pozostawieniu pieniędzy „w krwiobiegu polskiej gospodarki”, sugeruje, że celem tego rozwiązania jest to, by LOT mógł brać samoloty w leasing od spółki należącej do tej samej grupy. W takiej sytuacji należy oczekiwać, że odbywałoby się to na preferencyjnych dla LOT-u warunkach.
Jedynym wyzwaniem wydaje się to, by ów schemat wprowadzić w życie w sposób niebudzący zastrzeżeń Komisji Europejskiej, bo LOT niedawno otrzymał pomoc publiczną. W 2012 r. został zasilony z państwowego budżetu kwotą 527 mln zł.
Powstanie firmy leasingowej w ramach PGL spowodowałoby, że działalność leasingowa stałaby się właściwie działalnością podstawową PGL. Wskazuje na to wysokość kapitałów własnych spółek wchodzących w skład grupy. Z sumy 2,5 mld zł, PGL Leasing ma dysponować kwotą 1 mld zł, podczas gdy kapitał własny LOT-u to, jak już wspomniano, niecałe 400 mln zł.

Trwa fikcja walki ze smogiem

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zrobił dotychczas nic, aby powietrze w Polsce stało się czystsze. I bynajmniej nie zamierza zmienić swego sposobu działania.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wspieraniu termomodernizacji i remontów.
Lektura tego projektu dobrze pokazuje, jak duże były dotychczas zaniedbania rządu PiS w walce ze skażeniem powietrza – i jak mało rząd zamierza nadal robić, żeby to nadrobić.

 

Po dwóch latach bezczynności

Rząd chwali się, że „projekt nowelizacji ustawy tworzy podstawy prawne i finansowe do realizacji pilotażowych przedsięwzięć niskoemisyjnych (termomodernizacyjnych), których adresatem będą rodziny dotknięte tzw. ubóstwem energetycznym (mniej zamożne i z tego powodu mające kłopoty z zaspokojeniem potrzeb energetycznych, np. związanych z ogrzewaniem mieszkania i wody)”.
Mówiąc po ludzku, oznacza to, że rząd planuje wsparcie finansowe dla biedniejszych rodzin, żeby mogły wymienić przestarzałe kotły lub piece na węgiel („kopciuchy”) na czystsze, mniej zatruwające powietrze.
I żeby mogły sobie docieplić domy, co spowoduje, że mniej węgla trzeba będzie spalać dla ogrzania pomieszczeń.
To zamierzenie Rady Ministrów jest wielką nowością, bo do tej pory rząd, który propagandowo walczy ze smogiem od dwóch lat, w rzeczywistości w tym czasie nawet palcem nie kiwnął, żeby pomóc biedniejszym rodzinom (bogatszym zresztą też nie).
Teraz zaś Rada Ministrów obiecuje, że wprowadzi dofinansowanie ze środków publicznych na docieplenia domów i wymianę przestarzałych kotłów, nie spełniających standardów emisyjnych, czy pieców na węgiel – na ogrzewanie bardziej ekologiczne.
Czyli, na kotły które będą spalać tylko węgiel najlepszej jakości lub kotły gazowe. Dofinansowanie będzie można też uzyskać na podłączenie do sieci ciepłowniczej.

 

Mistrzowie składanych obietnic

Powyższa obietnica, mająca przykryć dotychczasowe zaniedbania i bierność rządu Prawa i Sprawiedliwości brzmi na pozór atrakcyjnie – i tak też jest przedstawiana w „publicznych” PIS-owskich mediach. W rzeczywistości jednak oznacza ona mydlenie oczu ludziom i chęć pokazania, że coś się robi – choć dotychczas nie robiło się nic i tak zostanie.
Warto zauważyć, że spośród 50 miejscowości o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w Europie, znajdujących się na liście Światowej Organizacji Zdrowia z 2016 r., aż 33 są położone w Polsce.
Na identycznej liście WHO z 2018 r. liczba polskich miast wzrosła do 36. Taki jest efekt dwuletniej „walki ze smogiem” w wydaniu PiS.
Może ktoś jeszcze pamięta, że w swoim expose premier Mateusz Morawiecki obiecywał, jak bardzo jego rząd będzie walczyć o czyste powietrze nad Polską? Powstał nawet program „Czyste powietrze”, ogłoszony na początku 2017 r. (który oczywiście został na papierze). Szef rządu w lutym 2018 r. wystąpił też z nową inicjatywą, nazwaną STOP SMOG. Programów i zapowiedzi mamy więc aż nadto.
A w rzeczywistości zaś, na razie mamy do czynienia tylko z projektem ustawy, który nie wiadomo czy i kiedy stanie się obowiązującym prawem. Jeśli zaś się nawet stanie, to jego efekt będzie znikomy.

 

Nie program, lecz programik

Po pierwsze – planowane dofinansowanie zostało od razu ograniczone przez rząd do niewielkiej grupy mieszkańców Polski.
Chodzić będzie wyłącznie o biedniejsze rodziny zamieszkałe w budynkach jednorodzinnych znajdujących się w miastach liczących do 100 tys mieszkańców. miejscowościach
„Wyprowadzanie ludzi z ubóstwa energetycznego przez programy termomodernizacji jest nie tylko walką o ciepłe domy i zmniejszenie smogu, ale także walką o zapewnienie dostępu do podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych poprawiających egzystencję i komfort życia” – chwali się rząd.
Jak widać, wyprowadzanie ludzi z ubóstwa energetycznego nie będzie dotyczyć osób, które mieszkają na wsiach oraz w miastach powyżej 100 tys mieszkańców.
Ponadto zaś, jeśli nawet obiecywane dofinansowanie wejdzie w życie, będzie dodatkowo ograniczone, ponieważ ma ono stanowić tylko program pilotażowy.
Rząd już zapowiedział, że program wsparcia ma objąć wyłącznie mieszkańców domów jednorodzinnych położonych w wspomnianych 36 najbardziej zanieczyszczonych polskich miejscowościach znajdujących się na liście Światowej Organizacji Zdrowia z 2018 r. – ale nie wszystkich, lecz tylko tych, którzy mieszkają w miastach poniżej 100 tys ludzi.
Tymczasem wśród owych 36 miast są także takie, które mają ponad 100 tys. mieszkańców: Kraków, Katowice, Sosnowiec, Gliwice, Zabrze, Bielsko-Biała, Rybnik, Tychy, Dąbrowa Górnicza, Kalisz. Jest ich 11.
Tak więc, rządowy program dofinansowania termomodernizacji ma objąć wyłącznie biedniejsze osoby z domów jednorodzinnych, mieszkające w 25 miejscowościach. To już nie program, ale programik!

 

Sami sobie pomagajcie

A co z wymienionymi jedenastoma większymi miastami?
Rada Ministrów stwierdza, że pozostałe miasta z liczbą mieszkańców przekraczających 100 tys. , w tym znajdujące się na liście WHO, będzie można objąć „indywidualnym trybem postępowania”. Będzie można objąć – co oczywiście nie znaczy, że się na pewno obejmie.
„Ustalenie szczegółów planów naprawczych dla tych miast dokonane zostanie po przeprowadzeniu rozmów z udziałem ich władz i lokalnych organizacji pozarządowych zajmujących się jakością powietrza. Planowanie i realizowanie przedsięwzięć niskoemisyjnych będzie obowiązkiem gminy” – oświadcza Rada Ministrów.
Oznacza to, że jeśli chodzi o poprawę jakości powietrza w najbardziej skażonych, wielkich polskich miastach, rząd po staremu nie zamierza kiwnąć nawet palcem.
Tak jak dotychczas, będą się tym musiały zajmować samorządy (i ponosić wydatki na ten cel) , wyręczając administrację rządową.

 

Pieniądze na wodzie pisane

Co gorsza, na cały ów pilotażowy programik przeznaczono bardzo mało pieniędzy z budżetu.
Zgodnie z projektem, na pilotaż termomodernizacyjny zostanie przeznaczone z budżetu państwa 883,20 mln zł w latach 2019-2024, które zasilą Fundusz Termomodernizacji i Remontów (prowadzony przez Bank Gospodarstwa Krajowego).
Duża część tej kwoty (ponad 700 mln zł) ma pochodzić z opłaty recyklingowej (opłaty ponoszonej przez sieci handlowe za wydawanie tzw. foliówek). W latach 2019-2020 na pilotaż zostanie przeznaczone 180 mln zł, a w latach 2021-2024 – 703,20 mln zł.
No i gdzie te grube miliardy, którymi tak chętnie żongluje rząd premiera Morawieckiego, gdy chodzi o obietnice leżące w dalszej przyszłości?
Trzeba też mieć na względzie, że i ta precyzyjnie wyliczona kwota 883,20 mln zł jest palcem na wodzie pisana. 700 mln zł ma pochodzić z opłat od foliówek – tyle, że sprzedawcy się wycwanili i zamawiają torby foliowe o innej grubości niż te, od których trzeba odprowadzać opłaty. Pieniądze za foliówki oczywiście biorą od klientów – ale zostawiają je sobie. Zapowiedź, że z tytułu foliówek uda się więc uzyskać 700 mln zł to zwykła lipa.

 

Liczcie na dobrodziejstwo gminy

Na koniec, należy niestety rozwiać nadzieje biedniejszych osób z domów jednorodzinnych w 25 najbardziej zanieczyszczonych miejscowościach liczących poniżej 100 tys. mieszkańców. Jeśli liczą oni na to, że budżet państwa całkowicie sfinansuje im wymianę pieców i docieplenie ścian, to mogą przeżyć gorzkie rozczarowanie.
Uzasadnienie projektu nowelizacji ustawy o wspieraniu termomodernizacji i remontów, mówi, że „co do zasady” osoba, która będzie realizowała takie przedsięwzięcie w budynku jednorodzinnym nie poniesie z tego tytułu żadnej opłaty. A zasady jak wiadomo mają wiele wyjątków.
Tu podstawowy wyjątek jest taki, że program dociepleń i wymiany pieców w przypadku miast do 100 tys. mieszkańców będzie w 30 proc. finansowany przez samorząd. Tak więc, rząd weźmie na siebie tylko sfinansowanie niewiele ponad dwóch trzecich.
Jeśli samorząd będzie biedny lub uzna, że ważniejsze są inne zadania, to mieszkańcy nie mają co liczyć, że ktoś w całości im pokryje koszty wymiany pieców i dociepleń. Tymczasem, oszacowano, że termomodernizacja jednego domu to koszt średnio ok. 53 tys. zł brutto.
Niech więc obywatele tych 25 miast poniżej 100 tys ludzi się przygotują, że będą musieli sami zapłacić do 30 proc. z wspomnianych 55 tys zł.

Jak zatrzymać znikające ciepło

Polska jest zbyt biednym krajem, żeby nadal mogła sobie pozwalać na ogrzewanie (i zatruwanie) powietrza.

 

W domu intensywnie pracują kaloryfery, mimo to w pomieszczeniach nie udaje się uzyskać komfortowej temperatury.
Dlaczego tak się dzieje? To wynik dużych strat ciepła, które są spowodowane głównie niewłaściwym izolowaniem i dociepleniem murów naszego „M”.
Okazuje się bowiem, że trzy na cztery domy w Polsce cechuje niska efektywność energetyczna. To zaś powoduje, że ucieka ciepłe powietrze, a wraz z nim również niemałe sumy pieniędzy, które wydajemy w sezonie jesienno-zimowym na ogrzewanie.

 

Przestańcie truć

Rozwiązaniem może być usunięcie wad i usterek powodujących uciekanie ciepła, czyli termomodernizacja. Problem jednak w tym, że zaledwie połowę Polaków byłoby stać na sfinansowanie takich działań z własnej kieszeni.
Termomodernizacja jest w Europie Zachodniej codziennością od lat. W Polsce też mówiło się o niej od dawna, ale w rzeczywistości poczynania termomodernizacyjne nabrały rozmachu dopiero za rządów PO-PSL.
Wtedy to powstał Fundusz Termomodernizacji i Remontów – narzędzie państwa, które od 2012 r. aktywnie wspierało poprawę efektywności energetycznej.
Niestety, po dojściu do władzy, rząd PiS w praktyce zarzucił działania termomodernizacyjne. Zlikwidował też system wsparcia termomodernizacji budynków jednorodzinnych. Te lata bierności trudno będzie nadrobić.
Dopiero w tym roku pojawiły się zapowiedzi wznowienia prac nad poprawą efektywności energetycznej budynków w Polsce, jednak mają one głównie wymiar propagandowy.
W rzeczywistości, termomodernizacja w wydaniu PiS ogranicza się tylko do jednego miasta, Skawiny, a i to na razie tylko teoretycznie. Bo jeśli chodzi o ograniczanie strat ciepła, to całe nasze państwo obecnie funkcjonuje tylko teoretycznie.

 

Gdy trzeba wyręczać rząd

Na szczęście są jeszcze samorządy, które swymi działaniami próbują nadrabiać bierność i zaniedbania rządu PiS.
W wielu aglomeracjach w całej Polsce działają programy walki ze smogiem, w ramach których spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe, a także i mieszkańcy na własną rękę, mogą ubiegać się o dotację na wymianę pieca w mieszkaniu czy przyłączenie budynku do sieci gazowej.
Aby skorzystać ze wsparcia tego rodzaju, warto się upewnić, jaki program antysmogowy jest prowadzony w danym mieście. Trzeba zorientować się, jak wygląda procedura udzielania środków, a także sprawdzić terminy składania wniosku o udzielenie dofinansowania, które powinny widnieć na stronie internetowej stosownego urzędu – żeby nie przegapić okazji na otrzymanie pieniędzy.

 

Szukanie pieniędzy

Przedsięwzięcia termomodernizacyjne, które pozwolą obniżyć rachunki za ogrzewanie, można także przeprowadzić, korzystając z kredytu dofinansowanego przez Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Taki kredyt, z dopłatą do kapitału na poziomie nawet do 40 proc. kosztów całej inwestycji, możemy zaciągnąć w Banku Ochrony Środowiska.
Dostępność pożyczek i warunki ich przyznawania różnią się w poszczególnych województwach. Zależy to od modelu wspierania poczynań termomodernizacyjnych, przyjętych przez samorządy. Jeżeli w naszym miejscu zamieszkania bank nie przyjmuje wniosków na taki dofinansowany kredyt, możemy postarać się o uzyskanie wsparcia finansowego od miasta lub gminy., zgodnie z warunkami lokalnego programu antysmogowego.
Najczęściej można uzyskać dofinansowanie wymiany pieca węglowego, „kopciucha”, na piec najwyższej klasy grzewczej, albo na na gazowy.

 

Pora na wymianę

Według Głównego Urzędu Statystycznego, wydatki związane z ogrzewaniem w sezonie jesienno-zimowym stanowią nawet 20 proc. wszystkich kosztów utrzymania.
Tyle wynosi ogólnopolska średnia, jednak z jeszcze wyższymi wydatkami muszą liczyć się osoby mieszkające w niewystarczająco ocieplonych budynkach, w których w dodatku zwykle są też przestarzałe technologie grzewcze. Takie budynki mają niską efektywność energetyczną. Przez to, trudno o uzyskanie w jego wnętrzach komfortowej temperatury, która powinna wynosić około 21 stopni – a ogrzewanie pochłania znaczne sumy pieniędzy.
Podstawowe działania, jakie należy wtedy podjąć, to zwykle zakup nowego kotła grzewczego, docieplenia budynku z zewnątrz, oraz wymiana okien i drzwi na bardziej szczelne, a przez to zatrzymujące całe ciepło w środku.

 

W starym piecu

Podliczając koszty takiego niezbędnego remontu, które mogą wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych, nie należy jednak załamywać rąk. Gdy nie ma co liczyć na wsparcie ze strony rządu, można bowiem skorzystać z kilku komercyjnych możliwości sfinansowania termomodernizacji, która podniesie komfort przebywania w mieszkaniu jesienią i zimą. To oczywiście kosztuje, ale w dłuższej perspektywie pozwoli też zaoszczędzić pieniądze.
Jedną z takich możliwości są ekokredyty, które weszły na stałe do oferty niektórych banków.
– Część z nich oferuje preferencyjne kredyty na cele modernizacyjne, np. na wymianę kotła węglowego na gazowy, zakup i montaż instalacji ogrzewania centralnego czy docieplenie budynku. Zdarza się, że banki zwalniają klientów z prowizji, oferują niskie, stałe oprocentowanie lub małą marżę. Wysokość takiego wsparcia jest elastyczna Inna możliwość to dofinansowanie do kredytu w ramach premii termomodernizacyjnej Banku Gospodarstwa Krajowego. O taki kredyt można ubiegać się w bankach współpracujących z BGK – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Warto się wziąć za docieplanie budynków i ograniczanie strat ciepła. Inwestycja w termomodernizację nie tylko podnosi komfort życia i obniża rachunki za ogrzewanie, ale również zmniejsza negatywny wpływ przestarzałego systemu grzewczego na środowisko.
Nawet bowiem jeśli ktoś ma w domu starego węglowego „kopciucha” zatruwającego środowisko, to gdy jego dom będzie ocieplony i lepiej uszczelniony, wystarczy krótsze palenie w takim piecu, aby osiągnąć wymaganą temperaturę. Do atmosfery trafi zatem mniej trujących dymów.

Głos prawicy

Nie straż, nie straż…

Prawnik Witold Jurasz podzielił się na Facebooku historią, z której wynika, że ewidentnie nie jest zadowolony z porządków w Polsce i w Warszawie…
Po południu zaparkowałem samochód na Placu Grzybowskim w Warszawie. Nie zauważyłem zakazu parkowania i w związku z tym mój samochód został odholowany przez Straż Miejską. Auto było odholowane na moich oczach. Prosiłem, by dać mi mandat i rachunek za przyjazd lawety bym jutro nie musiał specjalnie tracić połowy dnia na odzyskiwanie auta, ale okazało się że nie jest to możliwe (na pytania czemu odpowiedzi nie uzyskałem). Dodam, że odholowanie auta kosztuje 500 zł (skądinąd mniej więcej dwu lub trzykrotność stawki komercyjnej). Do tego dochodzi jeszcze koszt parkingu w wysokości 50 złotych i mandat w wysokości około 100 zł. Zaznaczam, że auto zaparkowałem z dala od przejścia dla pieszych, z dala od przystanku autobusowego i że nijak nie przeszkadzało ono pieszym (po zaparkowaniu nadal pozostawało circa 3 m chodnika). Nie zmienia to faktu że nie zauważyłem zakazu parkowania. Tym niemniej nie rozumiem po pierwsze bandyckich stawek za koszt lawety, po drugie sensu odholowywania auta (zamiast wypisania mandatu) no i wreszcie tego, czemu poza kosztami skazany jestem na odwiedziny w urzędzie, na poczcie (w urzędzie nie można zapłacić), po raz kolejny w urzędzie by uzyskać zezwolenie na odzyskanie auta i wreszcie na parkingu (położonym rzecz jasna z dala od urzędu).
Wróciwszy do domu w ramach perwersji (chyba po to żeby po raz kolejny przekonać się gdzie mieszkam) zadzwoniłem na numer Straży Miejskiej i spytałem czy straż mogłaby łaskawie udzielić mi pomocy interweniując w sprawie bardzo głośnej imprezy która ma miejsce w sąsiednim domu. Mi osobiście impreza ta nie będzie przeszkadzać, bo po zamknięciu okien nie słychać już muzyki, ale mieszkańcy bloku położonego circa 100 m od mojego domu dzisiaj nie usną. Usłyszałem w odpowiedzi, że Straż Miejska takimi sprawami się nie zajmuje i że mogę zadzwonić na policję, ale pewnie lepiej by było, żebym sam poszedł interweniować. I tak oto po raz kolejny się przekonałem, że państwo polskie jest wyjątkowo skuteczne w egzekwowaniu, nakładaniu, karaniu i utrudnianiu życia, ale gdy dla odmiany obywatel potrzebuje państwa, to umywa ręce.

Ry(d)zyk-fizyk

Michał Karnowski na portalu wPolityce.pl domaga się więcej pieniędzy dla Ojca Rydzyka.
W czerwcu 2018 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało, że w Toruniu powstanie Muzeum „Pamięć i Tożsamość” im. św. Jana Pawła II. Umowa dot. muzeum została podpisana pomiędzy MKiDN a Fundacją Lux Veritatis, związaną ze środowiskiem Radia Maryja. Resort na działalność muzeum w latach 2018-2020 przekaże 70 mln zł.
„Gazeta Wyborcza” informację o planowanej w Toruniu placówce przyjęła pokrzykiwaniem, że „Tadeusz Rydzyk buduje muzeum”.
Kluczowe pytanie brzmi następująco: dlaczego – wedle GW – polski podatnik ma prawo dokładać np. do szerzenia wiedzy o historii i współczesności Żydów polskich, a nie ma prawa sfinansować wielokontekstowego muzeum o dziele Jana Pawła II, którego elementem jest pojednanie polsko-żydowskie?
Takie podejście byłoby jakąś nową dyskryminacją, w mojej opinii obie inicjatywy zasługują na wsparcie ze strony środków publicznych. A może chodzi o to, kto buduje dane muzeum, kto będzie tworzył jego koncepcję ideową? Z jakich pozycji duchowych to uczyni?
Możemy się cieszyć, że ojciec Tadeusz Rydzyk wraz z innymi ojcami redemptorystami i świeckimi nie zwalniają tempa. Po Radiu Maryja, Telewizji TRWAM (bez których duchowy i intelektualny przełom w Polsce byłby niemożliwy), Wyższej Szkoły Kultury Medialnej i Społecznej, Sanktuarium Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i Jana Pawła II w Toruniu, mobilizują Polaków do podjęcia kolejnego zadania: pilnowania prawdy o Polsce.
Warto pamiętać, że wszystko to powstaje przede wszystkim z ofiar wiernych, a każdy kto odwiedził toruński ośrodek choć raz wie, że żadna złotówka nie została tam zmarnowana. Co najważniejsze, powstają instytucje żywe i prawdziwe, w najlepszym duchu katolickim i polskim.
I to chyba, ta prawdziwość i żywotność, ta siła oddziaływania także na młode pokolenie, najbardziej boli środowisko Michnika.