Metodologia duchowego aspektu konserwacji powierzchni poziomych

Jak pokazują najnowsze analizy naukowe, sprzątanie może stanowić prawidłowy sposób na zrelaksowanie się, a także rodzaj pogłębionej medytacji.

Medytacyjne i relaksacyjne właściwości sprzątania odczuwają zwłaszcza mieszkańcy Wielkiej Brytanii i Francji. Tego zdania jest odpowiednio 75 proc. i 59 proc. mieszkańców obu państw. Mniej mistycznie, ale zapewne bardziej skutecznie podchodzą do tej czynności Skandynawowie (badanie ich nie objęło). Natomiast Polacy podzielają poglądy o duchowych walorach sprzątania, ale jak to u nas, nie bardzo przekuwają wolę sprzątania, w czyn – co widać po coraz większym stopniu zaśmiecenia naszego kraju.
Na wyciąganie podobnych wniosków pozwalają międzynarodowe badania zwyczajów związanych ze sprzątaniem i utrzymaniem czystości, realizowane na zlecenie firmy Kärcher przez instytut badawczy Dynata w jedenastu krajach. Wykorzystane dane oparte są na ankietach, w których uczestniczyło łącznie 11099 osób. Wyniki zostały zważone i są reprezentatywne dla populacji Belgii, Brazylii, Chin, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii, Holandii, Polski, Rosji i USA w wieku od 18 do 65 lat.
Jak widać, ankietowani wskazali ciekawy aspekt domowych porządków – sprzątanie, jako zajęcie, które podejmujemy, by poczuć się lepiej. Żyjemy w bardzo dynamicznie zmieniającym się świecie i bez wątpienia w niespokojnych czasach. Znalezienie sposobu na relaks staje się konieczne. Czy jednak faktycznie, sprzątanie może być czynnością, która w tym pomaga?
Tę nieoczywistą konkluzję pogłębia dr Brigitte Bösenkopf, psycholożka i szefowa Centrum Badań nas Stresem w Wiedniu. Jej zdaniem, w codziennej gonitwie ludzie bardzo potrzebują czasu na relaks. Cierpią z powodu rosnących wymagań zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, presji czasu i chęci spełnienia swoich aspiracji na każdym polu.
Co ma z tym wspólnego sprzątanie? Otóż ma, i to wiele. Neurobiolodzy odkryli, że nasz mózg wytwarza konkretne, endogenne substancje – tak zwane „hormony szczęścia”, kiedy może funkcjonować w sposób rutynowy. I to jest dokładnie aspekt, który realizuje sprzątanie. Koncentrujemy się na chwili obecnej, nasz umysł uwalnia się od natrętnych myśli – staje się jasny, a dodatkowo wysiłek włożony w sprzątania nagradza czystość w domu.
Podczas sprzątania jesteśmy „panami samych siebie” i możemy realizować tę raczej nieskomplikowaną pracę tak, jak chcemy. Co ważne, wysiłek pracujących wówczas neuronów jest minimalny, a to sprawia, że nasz mózg jest zrelaksowany. Nic więc dziwnego, że to właśnie sprzątanie staje się więc dla wielu osób rytuałem relaksacyjnym.
Sprzątanie nigdy chyba nie będzie oznaczało relaksu dla wszystkich z nas. Jest wiele osób, które go zwyczajnie nie znosi. Jednak, jak wykazało badanie, aż 92 proc. z nas lubi mieszkać w czystym domu. Jak zatem motywować do tych zajęć powinny się osoby, które za porządkami nie przepadają, a przecież chciałaby żyć w czystym otoczeniu? Według dr Brigitty Bösenkopf, to nasze wewnętrzne podejście do sprzątania decyduje o tym, czy postrzegamy tę czynność jako zło konieczne, czy też jako sposób na relaks.
Ta wiedza powinna pomóc osobom migającym się od domowych porządków – w zakasaniu rękawów. Warto, aby spojrzeli na porządki jak na wyzwanie, z którym trzeba sobie poradzić, ale zyskując w efekcie satysfakcję i… poczucie relaksu.
Przy odrobinie wprawy, nawet sceptycy, którzy szerokim łukiem omijają mop czy odkurzacz, poczują się zrelaksowani sprzątając oraz, co bardzo ważne, docenią czystość swojego otoczenia, traktując ją jako zasłużoną nagrodę. Ważne, by dać się ponieść wykonywanemu w danej chwili zadaniu. Jest to z punktu widzenia psychologii doskonały sposób na odczucie własnej sprawczości, wpływu na otaczającą rzeczywistość. Wiele osób opisuje sprzątanie przy takim podejściu jako doświadczenie medytacyjne.
Zasadniczo motywacji do sprzątania może być bardzo wiele. Są także takie osoby, którym czyste otoczenie daje poczucie, że również ich wewnętrzny świat staje się bardziej uporządkowany. Kiedy dobre chęci zetkną się z chaotyczną i wypełnioną szczelnie zadaniami codziennością, cóż, wtedy często brudna podłoga zaczyna być niczym wyrzut sumienia, powodujący stres.
Badania pokazują, że stres często nie jest powodowany przez presję zewnętrzną, ale w 70 proc. wytwarza go nastawienie wewnętrzne. Decyduje o tym nasza osobowość. Ludzie, którzy akceptują stres nie jako coś złego, presję, z którą nie ma jak sobie poradzić, ale jako codzienne wyzwanie, łatwo rozwiązują ten dylemat. Koncentrują się na tym, co jest wykonalne i nie tracą energii na samokrytykę.
Ci natomiast, których stresuje chaos i nieporządek w domu, nie powinni nadmiernie użalać się nad sobą, ale postępować strategicznie – i bardzo uważnie zastanawiać się, jakie działania związane z utrzymaniem czystości można wykonać w krótkim czasie. I na nich się skupić.
Dawniej zazwyczaj było tak, że sprzątaniu poświęcony był specjalny dzień w tygodniu. Najczęściej sobota. Wyniki ankiety pokazują, że teraz nie jest to już popularne podejście. W wielu rodzinach, ale także w przypadku singli, weekend jest zajęty zajęciami rekreacyjnymi. Klasyczne sprzątanie w sobotę nie pasuje już do tego harmonogramu.
Sprzątanie najlepiej jest przeprowadzać w ciągu tygodnia w mniejszych częściach. Po pracowitym dniu, coraz częściej spędzonym na pracy biurowej, wiele osób nawet cieszy się, że wieczorem wykona konkretną fizyczną czynność w domu: odkurzy czy umyje podłogę. Choćby po to, by zapomnieć o swoich zawodowych zmartwieniach i wykonać czynności, które natychmiast przynoszą widoczne pozytywne rezultaty.
Średni czas poświęcony na sprzątanie różni się znacznie w zależności od kraju. Międzynarodowe badanie pokazuje, że czas ten waha się od półtorej do prawie pięciu godzin. Tutaj dwa czynniki odgrywają ważną rolę. Osobowość odpowiadającego na pytanie i jego środowisko kulturowe, innymi słowy, w jakim stopniu czystość i porządek są ustalone jako wartości w społeczeństwie.
Perfekcjoniści inwestują dużo czasu w porządki domowe, podczas gdy ludzie chaotyczni mogą łatwo pogodzić się z nieporządkiem. Z drugiej strony, pracoholicy woleliby zainwestować całą swoją energię w swoją pracę, nie w sprzątanie. A ludzie zorientowani na związki uwielbiają tworzyć wygodne, czyste domy.
Można domniemywać, że rozwój techniczny umożliwi ludzkości coraz częściej doświadczać sprzątania jako relaksu. Nowoczesne urządzenia wspierają ludzkie pragnienie zachowania porządku i czystości. W naszym zagonionym życiu codziennym te „pomoce domowe” oszczędzają czas i z reguły dają lepsze rezultaty niż tradycyjne, mozolne i ręczne metody sprzątania – aczkolwiek może nieco redukują duchowy wymiar tych czynności, mogący być związany także i z pewną ekspiacją. Na to jednak nie ma już rady, bo podobnie jak w wielu dziedzinach życia, nowoczesne technologie odgrywają coraz ważniejszą rolę także w sprzątaniu.

Każdy żyje jak umie

– Ktoś, kto pisze tylko wiersze, nawet słabe, po 20 latach pozostaje poetą, a moja zmienność gatunkowa utrudnia innym identyfikację mnie i to jest pewnie mankament tej sytuacji. Dla mnie jest to jednak źródłem bogactwa – mówi Andrzej Mularczyk, scenarzysta, pisarz i reporter w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Z noty biograficznej o Panu można wyczytać, że debiutował Pan w 1943 roku, w wieku 13 lat w konspiracyjnych „Dźwigarach”. Jak możliwy był tak wczesny debiut w poważnym piśmie? Czy to okupacja tak przyspieszyła Pana dojrzewanie?

Pisarz rodzi się z przerażenia albo z zachwytu. Mając 13 lat zaczytywałem się powieściami Conrada, nie rozumiejąc ich sensu, a równocześnie byłem w Szarych Szeregach, uczyłem się na ćwiczeniach w Laskach pod Konstancinem rzutu granatem. Poza tym byłem zanurzony w środowisko literackie mojego brata, Romana Bratnego, które składało się z wielu później znanych twórców jak Witold Zaleski czy Zbigniew Stolarek. W naszej willi Boryczówka w Konstancinie była radiostacja. Mój ojciec, który był szefem inspektoratu Armii Krajowej Radom-Kielce przestrzegał nas przed lekceważeniem zasad konspiracji. Zalecał przerzucenie radiostacji w inne miejsca, ale obsługa za dobrze się u nas czuła i w końcu ściągnęła na nasz dom uwagę Abwehry, której agenci wtargnęli do nas pewnego dnia i aresztowali część obsługi radiostacji. Pewnego dnia przy naszym domu żandarm zastrzelił na moich oczach 16-17-letniego Żyda, który kopał jakiś rów. Trupa zostawiono, a ja zwróciłem uwagę na taki szczegół, że przez potoki jego krwi, które wsiąkały w piasek, nie mogą się przedostać mrówki. Od tamtego czasu widzę zdarzenia, los, dramat poprzez maksymalizację szczegółu. Napisałem wtedy krótki tekst, który wydrukowano w „Dźwigarach”, w cyklu „Profile cienia”, w którym pomieszczano sylwetki tych, którzy zginęli. I tak zaczęła się moja droga pisania. Nigdy potem nie sięgnąłem po ten tekst, który jest w zasobach Biblioteki Narodowej, może z lęku przed tym, że znajdę tam jakieś złe zdania, złe tropy. Moje życie wyznaczała wtedy wojna, ale także nauka w ramach tajnych kompletów, której jakość była jednak na ogół niska.

Czy można tak stwierdzić, że wojna, okupacja, a także Pana dziecięcy wiek w momencie wybuchu wojny sprawiły, że nie zaczynał Pan jako młody, kawiarniany literat snujący marzenia o swoim miejscu w literaturze, lecz że inspiracją do pisania była groza życia…

Tak było. Dyktando wojny było tak stygmatyzujące, że wszystko stanowiło wtedy dramat, także dla takiego chłopca jak ja. Nie było wakacji, przygód, wędrówek, kajaków, była groza okrutnej wojny. Drugim czynnikiem, który uczynił mnie pisarzem, był kontakt moim stryjem Janem Mularczykiem, którego poznałem w 1945 roku na Ziemiach Zachodnich. Miał za sobą bogatą historię życia, a przy tym był wspaniałym narratorem. Słuchałem opowieści jego życia przez kilka tygodni i spisałem je w zeszytach, które zachowałem do dziś. W tych opowieściach był i dramat, i melancholia, i humor. Jego opowieści o historii mojej rodziny rozchodziły się w różnych kierunkach jak dendryty, jak rozlewiska, pełne nawrotów. Jeździłem do niego co kilka lat i te jego losy spisywałem, Powstała w ten sposób powieść słowa, można by rzec, że napisana przez narratora słowem. W oparciu o to, dodając sporo konfabulacji, napisałem książkę „Każdy żyje jak umie”, która czeka na wydanie.

Najszerszej publiczności jest Pan znany przede wszystkim jako scenarzysta filmowy. To dziś modne zajęcie. Wielu młodych ludzi marzy o pisaniu scenariuszy i o ich realizacji…

Wiem coś o tym. Brzydzę się warsztatami pisarskimi, hodowlą sztucznego drobiu. To efekt amerykańskiego widzenia świata, zgodnie z którym wszystko można kupić. Swego czasu prowadziłem zajęcia z zakresu pisania scenariuszy w Collegium Civitas, ale tylko po to, żeby zniechęcić uczestników do tej profesji, pod hasłem „Lasciate ogni speranza”. Chciałem im uświadomić, że scenarzysta nie jest władcą swego utworu, że jest skazany na drugorzędność, na porażkę. Film powstaje bowiem ostatecznie na planie i ten efekt końcowy odbiega od wizji scenarzysty. Pisarz jest wtedy pisarzem, kiedy posługuje się tylko tym, co jest jego własnością czyli słowem. Moje pisanie wzięło się z życia, a świat składa się z opowieści. Pokazywałem moim słuchaczom na swoim przykładzie proces destrukcji prawdy życia w procesie pisania. Autor literatury faktu odpowiada przed bohaterem, nie może go zdradzić, nie może deformować prawdy o nim. Tymczasem w procesie tworzenia literatury komercyjnej następuje daleko idące przetworzenie faktów przez wszystkie możliwe filtry, na rzecz atrakcyjności, kosztem prawdy życia. Nie lubię też, gdy młodzi ludzie zbyt szybko chcą pisać, bo uważam, że najpierw trzeba coś przeżyć, a dopiero potem pisać.

Jakie były Pana pierwsze wspomnienia jako widza kinowego?

– Miałem 6 lat, w 1936 roku, kiedy ojciec był zastępcą dowódcy pułku strzelców konnych w Garwolinie. Pamiętam, że w sali kultury żołnierzy, przerobionej z cerkwi obejrzałem film instruktażowy pt. „Działanie szpicy przedniej w zagrożeniu”. W kinie miejskim w Garwolinie zobaczyłem „Bitwę pod Racławicami” Józefa Lejtesa z Tadeuszem Białoszczyńskim w roli Kościuszki. Po wojnie, w 1946 roku, po odstaniu czterogodzinnej kolejki, w zburzonej, cuchnącej trupami Warszawie, do której przyjeżdżałem z kolegami na wagary, w kinach „Polonia” i „Atlantic” na Chmielnej, oglądałem takie filmy jak „Szary lord”, „Mściwy jastrząb”, czy francuski „Romans pajaca” Marcela Carne z Jeanem Louis Barrault. To były niezapomniane wrażenia.

Jak Pan wspomina swoje pierwsze poważne, trudne doświadczenie pisarskie, scenariopisarskie?

– Wiąże się ono ze scenariuszem pt.„Wielkie słońce rzuca cień”, o historii młodego człowieka, który po wyjściu z ubeckiego więzienia w 1956 roku nie mógł znaleźć się w życiu. Napisałem scenariusz i zaczęła się szarpanina z cenzurą, naciskano na mnie, m.in. Antoni Bohdziewicz, ale nie ustąpiłem, do realizacji nie doszło i scenariusz do tej pory leży w mojej piwnicy. Za to pomogłem temu chłopakowi dostać się na studia. Pointa tej historii była niezwykła. W 1996 roku, po pół wieku mój bohater odezwał się do mnie z USA, powiedział że jest milionerem i chciał mnie zaprosić do siebie. Spotkaliśmy się jednak kilka lat później w Pasłęku, gdzie ufundował on tablicę dla upamiętnienia swoich kolegów, podobnie skazanych jak on. W literaturze faktu bohaterowie czasem dopisują swoim życiu coś po postawieniu ostatniej kropki przez autora.

Kiedy miałem 19 lat wylądowałem w piśmie Służby Polsce „Razem”. Gnębiono nas tam, z Jerzym Janickim, jako garbatych inteligentów i straszono, że niedługo klasa robotnicza ujmie pióra w swoje ręce, a my będziemy niepotrzebni. Mimo to byliśmy na tyle potrzebni i dobrzy, że jeździliśmy na kilkutygodniowe reportaże, np. barkami nurtem Odry, czego owocem były reportaże „Z biegiem Odry”. Czas ten spędzaliśmy głównie na piciu wódki i na odreagowaniu przykrych doświadczeń ze śledztw zetempowskich. Poza tym pisałem wtedy, z konieczności, różne story m.in. o przodownikach pracy, ale zawsze interesował mnie dramat ludzki. Potem przeszedłem do pracy w radiu, jako dokumentalista i reporter, starając się niezmiennie pozostać wiernym prawdziwym sprawom i prawdziwym bohaterom. Wolałem to niż zbyt dużo czytać innych po to, by ich naśladować. Nie pamiętam przeczytanych książek nazajutrz. Mam lęk przed naśladowaniem kogokolwiek, przed wtórnością.

Dlaczego wybrał Pan rolę pisarza, który nie stawia na pierwszym planie swojego „ja”, lecz kryje się za swoimi bohaterami?

Może z lęku przed życiem, ze skłonności do schowania się w siebie? Aby w sobie to przewalczyć, po pierwsze grałem w piłkę nożną, grę brutalną, a po drugie, zostałem reporterem, aby wyjść naprzeciw ludziom i zderzyć się z ich losem. Poza tym był we mnie zakodowany wstyd mówienia o sobie. Nie miałem odwagi, śmiałości zajmować świata swoją osobą, wolałem skryć się za bohaterami. Dopiero od kilku lat odważyłem się mówić „ja”, choć nie w bardzo egotycznym sensie tej postawy. Nie żałuję jednak, że stało się to tak późno.

Czy spodziewał się Pan, że trzy filmy według Pana scenariusza, „Sami swoi”, „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć” osiągną szczyty masowej popularności i będą tak chętnie oglądane przez kolejne generacje widzów?

Przed powstaniem pierwszego filmu, w 1967 roku, nie spodziewałem się. Chcę powiedzieć, że źródłem tych opowieści był mój stryj, ale tylko oczywiście jako postać, w wymiarze temperamentu, nie w sensie zdarzeń filmowych, bo te zostały wymyślone. Pierwsza wersja opowieści o Kargulu i Pawlaku powstała jako słuchowisko radiowe. Kiedy Sylwester Chęciński nakręcił film, to okazało się, że wbrew mojemu sceptycyzmowi, mało znany przedtem aktor epizodysta Wacław Kowalski jest stworzony do roli Pawlaka. Popularność tych filmów wzięła się, jak myślę, z tego, że nastąpiło połączenie wspólnoty losu ze wspólnotą śmiechu, że zogniskowała się w nich suma oczekiwań społecznych końca lat 60., że pojawił się tam język zabużański, który był wyrazem naszych tęsknot, bośmy tam, za Bugiem, zostawili kawałek Polski. Udało się trafić tym filmem w moment wiszący w powietrzu, w jakieś oczekiwania, w jakieś społeczne doświadczenia, które zawsze są obecne w tle.

Cechą Pan twórczości jest wielogatunkowość…

-toś, kto pisze tylko wiersze, nawet słabe, po 20 latach pozostaje poetą, a moja zmienność gatunkowa utrudnia innym identyfikację mnie i to jest pewnie mankament tej sytuacji. Dla mnie jest to jednak źródłem bogactwa, że stosuję różnego instrumenty pisarskie, by łatwiej wykorzystać pewne tematy, pewne tworzywa.

Czy pojemność emocjonalna Pana pisania, od komediowości scenariuszy o Pawlaku i Kargulu, poprzez realizm seriali „Dom” i „Droga”, aż po wysoki diapazon, ton greckiej tragedii scenariusza do „Katynia” Wajdy to kwestia zawodowstwa, czy przede wszystkim pojemności Pana osobowości?

Nie, to nie jest tylko zawodowstwo. Życie jest dramatem, więc i dobra komedia musi zawierać elementy dramatu. Jest we mnie jakiś kamerton, który pozwala mi odczuwać tony danej historii, danej sytuacji. Ten kamerton podaje mi ton. W przypadku Katynia wybrałem ton kameralny, a przy tym mniej dosłowny, choć Wajda zobaczył w końcu ten temat bardziej panoramicznie. Pewnie miał słuszność z punktu widzenia taktycznego, jako reżyser.

Co jest dla Pana największym problemem przy rozmawianiu z ludźmi o ich historiach?

Jak sprawić, by odsłonili najciekawsze warstwy swoich przeżyć i swoich osobowości, jak zdjąć z nich te kolejne warstwy, niczym siedem warstw cebuli. Wielu ludzi ma skłonności do przedstawiania się takimi, jakimi chcieliby się przedstawić, a nie jakimi są. Sztuka rozmowy z nimi polega na tym, żeby dotrzeć do tej najciekawszej warstwy ich przeżyć i osobowości.

Dziękuję za rozmowę.

Budowa na instrument drewniany

Drewno to materiał konstrukcyjny, który jest tani, ekologiczny,
a zarazem wytrzymały.

Na całym świecie znana jest uniwersalna mądrość książki „Mały Książę”. Jeden z zawartych w niej cytatów brzmi „najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu”. Wbrew pozorom — to poetyckie i ponadczasowe zdanie znakomicie wpisuje się w codzienne wyzwania i wybory, również te budowlane. Dlatego każdy kto buduje dom, powinien zadbać o jego konstrukcję.
W Europie i nie tylko, budowniczowie coraz chętniej wracają do konstrukcji drewnianych.
Drewno to materiał konstrukcyjny, który jest tani, ekologiczny, a zarazem wytrzymały. Świetnie znosi pracę całego budynku, umiejętnie przenosząc obciążenia. Nie straszne mu zmienne warunki atmosferyczne i upływający czas.
Konstrukcja drewniana jest lżejsza niż stalowy szkielet o tej samej nośności. Jest też, o dziwo, bezpieczniejsza od stali w aspekcie przeciwpożarowym — zabezpieczone drewno wolniej poddaje się wysokiej temperaturze, więc konstrukcja drewniana może dłużej chronić ludzi przed oparzeniami, inaczej niż błyskawicznie rozgrzewający się metal. Jest też bardziej stateczna.
Wszystkie te atuty warto wykorzystać projektując budynki użyteczności publicznej oraz domy mieszkalne. Drewno po odpowiedniej obróbce posiada podwyższoną odporność ogniową, lepsze właściwości izolacyjne i jest odporne na rozwój bakterii.
Przede wszystkim, ważny jest prawidłowy stopień wysuszenia, aby zawartość wody w drewnie była zgodna z normami przypisanymi danej klasie drewna. Unikniemy w ten sposób późniejszych problemów z rozwijającą się pleśnią oraz grzybami.
Dokładne właściwości budowlane poszczególnych klas drewna można bez problemu sprawdzić i porównać. Zalicza się do nich wytrzymałość na zginanie, rozciąganie wzdłuż i w poprzek włókien, ściskanie i ścinanie. Oprócz tego klasy różnią się sprężystością oraz gęstością.
– Warto wiedzieć, że zgodnie z obowiązującą w Polsce normą, klasy drewna konstrukcyjnego są oznaczane od C14 do C50 dla gatunków iglastych oraz od D30 do D70 dla gatunków liściastych. Kupując drewno należy zwrócić uwagę na ewentualne defekty (np. zgnilizna lub pęknięcia), które mogą mieć charakter pierwotny lub być efektem niewłaściwego składowania. Nie ma tu miejsca na niedoróbki, bo skutki mogą ciągnć się długo, dlatego drewno konstrukcyjne warto kupować u profesjonalnego dystrybutora. — radzi ekspert Sławomir Perliński.
Z drewna konstrukcyjnego otrzymuje się łaty, listwy i belki przeznaczone na szkielet budynku, loraz więźbę dachową. Te elementy mogą być wykorzystywane do budowy domów, konstrukcji magazynów i hal, wznoszenia ścian wewnętrznych i zewnętrznych. Zawsze kluczowa jest jakość i wytrzymałość używanego drewna. Rozróżniamy parę jego podstawowych rodzajów.
Świerkowe lite drewno konstrukcyjne (klasa C24), według obowiązujących przepisów, to materiał dopuszczony do stosowania na konstrukcje dachowe, stropy, ściany i domy szkieletowe. Drewno jest strugane i suszone, a jego wilgotność wynosi 15-18 proc. Co to znaczy, że jest lite? Oznacza to, iż nie jest łączone, w związku z czym długość pojedynczego odcinka sięga do 6m. Deski z takiego drewna maja 45 i 60 milimetrów grubości, szerokość może być różna (zwiększa się stopniowo o 2,5cm). Są to wymiary typowe dla tradycyjnego budownictwa. Drewno konstrukcyjne jest wytrzymałe i zachowuje znakomitą sztywność, dzięki czemu to idealny budulec do domów drewnianych.
– Drewno często jest suszone tak, aby miało najwyżej 15 proc. wilgotności. Razem ze spadkiem zawartości wody w drewnie, równocześnie spada zawartość substancji wabiących insekty. Dlatego przy prawidłowym przestrzeganiu zasad konstrukcyjnych, może ono być stosowane bez chemicznego zabezpieczenia – wskazuje ekspert Sławomir Perliński.
Suszenie litego drewna konstrukcyjnego w komorach suszarniczych podlega pewnym ograniczeniom. Grubego drewna nie da się prawidłowo wysuszyć lub jest to zbyt kosztowne i czasochłonne. Można wtedy zastosować konstrukcyjne drewno świerkowe o zwiększonym przekroju. Z połączenia dwóch lub trzech elementów otrzymuje się belki klejone warstwowo, przy użyciu bezbarwnej żywicy melaminowej oraz łączy na tzw. mikrowczepy, a następnie struga. Takie drewno ma jeszcze lepszą wytrzymałość oraz podatność na pękanie i skręcanie. Także może być stosowane bez uprzedniego zabezpieczenia chemicznego.
W porównaniu z innymi konstrukcyjnymi materiałami budowlanymi, jak stal czy beton, takie drewno charakteryzuje się znacznie niższą przewodnością cieplną. Dzięki stosowaniu go w konstrukcjach ścian zewnętrznych lub dachów, skutecznie ogranicza się tworzenie mostków cieplnych, co umożliwia wznoszenie budynków bardziej energooszczędnych.
Jeszcze lepszą wytrzymałość mają belki robione z co najmniej trzech równolegle klejonych, suszonych desek lub lameli z drewna iglastego. Można je stosować w konstrukcjach nośnych o dużych rozpiętościach oraz obciążeniach. Dlatego jest to doskonały surowiec na wielkopowierzchniowe hale, aquaparki oraz magazyny. Takie drewno nie pęcznieje i nie odkształca się. Jest też bardziej odporne na działanie wilgoci i niekorzystnych warunków atmosferycznych.
Drewno klejone ma wyjątkowo wysoką zdolność nośną przy względnie niskiej masie własnej. Ze względu na dużą stabilność i łatwość obróbki jest wykorzystywane do najbardziej wymagających projektów i daje architektom swobodę w urzeczywistnianiu ich wizji. Dzięki wybitnej odporności znajduje zastosowanie w halach pływackich, centrach sportowych, salonach samochodowych czy obiektach produkcyjnych. Sprawdza się jako materiał budowlany nawet w chemicznie agresywnym otoczeniu. jest również bardzo estetyczne i może z powodzeniem spełniać funkcję reprezentacyjną. — dodaje Sławomir Perliński.
Tak więc, drewno konstrukcyjne to recepta na udaną budowę ze względu na atrakcyjną cenę, stabilność, trwałość i lekkość konstrukcji. W domu z drewna mieszka się zdrowo i energooszczędnie.