Oczko w głowie Z PKF przez Polskę i Świat, czyli opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

…czyli o Edwardzie Gierku, o niezniszczalnych nudystach z Chałup, o Marku Piwowskim i o pączkach.

Mniej więcej w okresie intensywnego zainteresowania Piotra Jaroszewicza Polską Kroniką Filmową zadzwoniła do mnie Teresa Andrzejewska, wiceminister Handlu Wewnętrznego, i poinformowała, że pani Stanisławie Gierkowej bardzo się podobał temat o jej synu, profesorze Adamie Gierku.
Polska Kronika Filmowa miała swój oddział w Katowicach, którego szefem był operator Roman Trzeszewski, i to on właśnie ten temat zrealizował. Informacja Teresy była dla mnie jeszcze jednym dowodem na to, że kronikę oglądają także osoby z najwyższych kręgów władzy.
Listy i telefony od widzów sprawiały nam nie tylko przyjemność, ale utwierdzały w przeświadczeniu, że kronika porusza problemy ważne i ciekawe, budzące zainteresowanie widzów. Ich listy inspirowały redaktorów i operatorów. W kilka dni po rozmowie z Teresą Andrzejewską zadzwonił do mnie porucznik z Biura Ochrony Rządu, z prośbą o spotkanie. Kontakty z przedstawicielami BOR-u nie były niczym nadzwyczajnym, bowiem składy ekip (nazwiska, miejsce zamieszkania, a także daty urodzenia) obsługujących wszystkie imprezy na najwyższych szczeblach władzy redakcja za każdym razem wysyłała właśnie do Biura Ochrony Rządu. Porucznik, młody, elegancki mężczyzna, na co zwróciły uwagę koleżanki redakcyjne, poinformował mnie, że pracuje w osobistej grupie chroniącej I Sekretarza KC PZPR i pragnie ze mną ustalić terminy, kiedy będzie mógł przyjeżdżać po kronikę, którą towarzysz Gierek obejrzy w domu wraz z rodziną.
Nie powiem, że byłem zachwycony ową wiadomością. Pomyślałem, że pierwszy sekretarz zechce, podobnie jak premier, dawać mi wskazówki i polecenia w sprawie redagowania kroniki. Ale cóż mogłem na to poradzić? Zwykli ludzie nie miewają wszak wpływu na decyzję władz najwyższych, no, chyba, że się zbuntują i masowo tej władzy przeciwstawią. Wojna z władzą kończy się, niestety, jak wskazuje historia, dla buntowników nie najlepiej, bo albo są strącani w piekielne czeluście (zbuntowani aniołowie) albo tracą pracę, albo bywają internowani lub osadzani w więzieniu, zdarza się niekiedy, że tracą życie. W każdym razie, nie popełnię wielkiego błędu, jeśli napiszę, że owoce buntu konsumuje zupełnie kto inny niż zbuntowane masy. Powiedziałem więc porucznikowi, iż jest mi bardzo miło, ba, czuję się zaszczycony, że towarzysz Edward Gierek znajdzie czas na oglądanie Polskiej Kroniki Filmowej!
Zapytałem porucznika, czy będzie tak uprzejmy, aby przekazać mi informacje, jak pierwszy sekretarz reaguje na kronikę. Porucznik zgodził się i od tej pory dwa razy w tygodniu wymienialiśmy poglądy.
Dowiedziałem się od niego, między innymi, że telewizja każdego dnia dostarcza” Pierwszemu” kasetę z „Dziennikiem,” gdzie Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się z każdym wydaniem lepiej. Ta cenna wiadomość spowodowała, że zwiększyłem liczbę tematów krytycznych, do tego stopnia, iż zauważyli ten fakt moi przyjaciele w Wydziale Prasy, pytając czy nie przesadzam z krytyką? Wtedy odpowiedziałem, że towarzysz Gierek ogląda każde wydanie i nic nie mówi, to znaczy, że akceptuje. Mieli nawet do mnie pretensje, że ich nie poinformowałem o tym we właściwym czasie, iż „Pierwszy” ogląda kronikę u siebie w domu.
Porucznik przez pół roku przyjeżdżał regularnie dwa razy w tygodniu na Chełmską. Pewnego dnia nie pojawił się w redakcji. Sądziłem, że zachorował albo wyjechał na urlop. Zadzwoniłem do niego do BOR-u i dowiedziałem się, że nie będzie przyjeżdżał po kronikę, bo „Pierwszy” nie chce już jej oglądać.
Do dziś nie wiem, dlaczego Edward Gierek zniechęcił się do kroniki. Pocieszałem się, że czyni to najprawdopodobniej z braku czasu.
Przyznam, że decyzja zmartwiła mnie niepomiernie, przez pół roku, ani razu nie interweniował, nie wydał polecenia, że za dużo w kronice tematów krytycznych. Ale o PKF nie zapomniał. Na początku 1974 roku otrzymałem od Edwarda Gierka list, który kończył się słowami: „Z okazji Nowego Roku życzę Wam dalszych sukcesów w pracy dziennikarskiej i działalności społecznej, wiele pomyślności dla Was i Waszych najbliższych”. Mimo iż znałem mechanizm wysyłania życzeń, nie ukrywam, że sprawił mi wiele przyjemności. Stał się swego rodzaju glejtem. Raz jeden powołałem się na ten list, aby powstrzymać wybuch złości premiera.
Drugi list napisał do mnie I Sekretarz KC PZPR 10 lipca 1975 roku. Przytaczam go w całości. „Szanowny Towarzyszu Redaktorze! Za kilka miesięcy odbędzie się VII Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Oceni on postęp, jakiego dokonał nasz naród w okresie, który minął od poprzedniego Zjazdu i wytyczy główne kierunki socjalistycznego rozwoju Polski w latach następnych… Mając na uwadze Wasze osiągnięcia w twórczej pracy dziennikarskiej i zaangażowanie polityczne zwracam się z prośbą o przedstawienie przemyśleń i propozycji w sprawach, którymi Waszym zdaniem powinien zająć się Zjazd. Będę Wam wdzięczny za każdy wniosek, którego realizacja może przyczynić się do przyśpieszenia rozwoju kraju i pomyślności naszego narodu. Jestem głęboko przekonany, że pomożecie swą radą w przygotowaniu programu, z którym nasza partia przyjdzie na VII Zjazd”.
W Wytwórni Filmów Dokumentalnych podobny list otrzymał Roman Wionczek, reżyser bezpartyjny, znany twórca filmów dokumentalnych. Henryk Jantos, szef dokumentalistów, zorganizował w redakcji dokumentu kilka spotkań, na których artyści-filmowcy zastanawiali się nad odpowiedzią. W redakcji PKF nie odbyło się ani jedno zebranie. Edward Gierek bowiem list skierował do mnie, a ja nie miałem zwyczaju odpowiadać na prywatne listy zespołowo.
W swojej odpowiedzi poinformowałem Edwarda Gierka o wzroście zainteresowania Polską na świecie. Czterdzieści osiem kronik filmowych, (do INA należało 80) z którymi utrzymujemy stałą bezpośrednią wymianę materiałów, zamieściło w 1974 roku 342 polskie tematy. To rekord. W dalszej części listu wspomniałem o kłopotach Polskiej Kroniki Filmowej związanych z zachowawczym stanowiskiem Naczelnego Zarządu Kinematografii, co utrudnia PKF propagowanie Polski na świecie. Poruszyłem też w liście problem organizacji pracy w polskiej gospodarce, któremu poświęca się zbyt mało uwagi. Zobowiązania produkcyjne z okazji różnych rocznic określiłem jako anachronizm w nowoczesnej gospodarce. Wreszcie napisałem o tym, co mnie najbardziej interesowało. „Środowisko dziennikarskie – pisałem – nurtują problemy, które moim zdaniem powinny znaleźć właściwe miejsce w dokumentach Zjazdu. Mam na myśli zagadnienia krytyki w środkach masowego przekazu. Chodzi o to, że …krytyka ujemnych zjawisk naszego życia nie zawsze spotyka się z aprobatą towarzyszy zajmujących różne odpowiedzialne stanowiska. Często nam, dziennikarzom partyjnym, zarzuca się, że krytykując osłabiamy decyzje podjęte przez rząd i administrację…W świadomości społecznej utrwaliło się przekonanie, że środki masowego przekazu wyrażają i propagują politykę Partii. Poglądy prezentowane przez prasę i telewizję są utożsamiane ze stanowiskiem władzy. Brak zatem, rzeczowej krytyki negatywnych zjawisk jest przyjmowany przez obywateli jako próba ukrycia niedociągnięć i braków”. Wreszcie napisałem o zupełnie nowym zjawisku – wolnych sobót. Młodzież szkolna nie korzystała z wolnych sobót, co pozbawia ją dobrodziejstwa wypoczynku i spędzania wolnego czasu z rodziną.
Dwa listy Edwarda Gierka skierowane do mnie, stały się tarczą, za którą chroniłem się wielokrotnie, pomagały mi przetrwać ataki, często brutalne, i wychodzić obronną ręką w wojnach podjazdowych, jakie toczyli ze mną różni urzędnicy. A co najważniejsze – pozwalały mi pokazywać kraj i jego problemy, krytykować biurokrację i nonsensy występujące w codzienności realnego socjalizmu.
Teraz, gdy patrzę jak rosną szeregi bohaterów zwalczających „komunizm”, nie mogę zrozumieć, dlaczego tak długo trwał on nad Wisłą. Nie należałem do tych bohaterów. Nie byłem przeciwnikiem socjalizmu, sądziłem, że można go zreformować. Ale jestem zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich uproszczeń w ocenie przeszłości. Chodzę z podniesioną głową, gdy patrzę, jak współcześni niezależni dziennikarze bez skrupułów manipulują opinią publiczną. Dlatego z taką drobiazgowością opisuję czasy, w których przyszło mi kierować Polską Kroniką Filmową. Pokazałem dość dokładnie relacje między redakcją PKF, a Wydziałem Prasy KC PZPR. Nie zamierzam niczego tuszować. A oto przykład z nieco innej łączki.
Swego czasu wygrzebali mnie z zakamarków niepamięci i zaproponowali rozmowę w TVP. Przed audycją młody dziennikarz, Radosław Brzózka, zapytał mnie, jak układała się współpraca z reżyserami filmów dokumentalnych? Poprosiłem go, aby nie zadawał mi owego pytania przed kamerą, bo to temat bardzo rozległy i nie zdołam odpowiedzieć w ciągu sześciu minut, które otrzymałem na cały występ; nie starczyłoby mi czasu na inne pytania. Mogę tylko stwierdzić, że wyglądała nie najlepiej, zapewne z winy obu stron. Nie przedstawiała się jednak beznadziejnie, skoro wielu reżyserów korzystało z pomocy kroniki w sytuacjach podbramkowych, czyli w sytuacjach tzw. zdjęć uciekających.
Aby reżyser filmu dokumentalnego mógł rozpocząć zdjęcia, musiał mieć zatwierdzony scenariusz i oczywiście budżet. Oto reżyser X złożył wszystkie potrzebne dokumenty do filmu o katastrofach. Scenariusz musiała zatwierdzić komisja, wydatki – inna komisja. Ponadto, film musiał mieć kierownika produkcji, bo tak jest w każdej szanującej się kinematografii. Pokonanie tych wszystkich biurokratycznych procedur wymagało sporo czasu. I właśnie w czasie zatwierdzania scenariusza i kosztorysu wydarzyła się prawdziwa katastrofa. Wtedy twórcy filmów dokumentalnych zwracali się do PKF i nasza ekipa pod ich światłym kierownictwem zdjęcia realizowała.
Mniej więcej w taki sposób opisałem redaktorowi Brzózce zdarzenie hipotetyczne. A teraz posłużę się przykładem jak najbardziej prawdziwym. Wraz z dojściem do władzy Edwarda Gierka wiele zmieniło się w polityce wyjazdowej za granicę. Polscy artyści coraz częściej udawali się na Zachód, niektórzy z nich spędzali nawet urlopy na francuskich, hiszpańskich i włoskich słonecznych plażach. A na tym zgniłym Zachodzie wyemancypowane panie na przykład, opalały się bez staników. Widziałem to na własne oczy, choć nie jestem artystą. Ba, w tych „zepsutych” krajach istniały wydzielone plaże dla nudystów, a mówiąc językiem pana Leppera: dla golasów.
He, he, he ! Nasi artyści, nie licząc się z obowiązującą nad Bałtykiem moralnością z pod znaku dwa razy K – Kościół i komuna – przenieśli zachodnie zwyczaje do Chałup! Pamiętacie piosenkę „Chałupy welcome to?” No i zaczęli (artystki i artyści) opalać się jak ich Wszechmogący stworzył. Tymczasem nasza czujna milicja socjalistyczna, (o moherowych beretach nikt jeszcze wówczas nie słyszał śpiewano, owszem o „rudym rydzu”, bo oj-dyr Rydzyk pobierał chyba dopiero nauki moralne i finansowe w seminarium), zaczaiła się za wydmami i pojmała polskich „golasów” obrażających „K-k” moralność! I o tym zamierzał zrealizować film utalentowany reżyser, największy prześmiewca PRL-u, sam Marek Piwowski!
Zwrócił się do redaktora Piotra Halbersztata o pomoc. Piotr przekazał mi prośbę reżysera, wyraziłem zgodę na wyjazd ekipy zdjęciowej, ale na wszelki wypadek poleciłem red. Halbersztatowi, by zapytał władze regionalne, czy nie mają zastrzeżeń, że będziemy przebieg kolegium karno-orzekającego w Pucku filmować. Piotr zadzwonił do przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Pucku i Wydziału Spraw Wewnętrznych Prezydium WRN w Gdańsku i zgodę otrzymał. Sławny reżyser wyjechał z ekipą PKF do Pucka…
Jeszcze nie zdążył wrócić na Chełmską, gdy zadzwonił do mnie towarzysz Manfred Gorywoda z KC PZPR i zadał mi proste pytanie: dlaczego wysłaliśmy ekipę filmową do Pucka i co tam robił Marek Piwowski? Wyjaśniłem, że pan Piwowski nie podszywa się pod kronikę, bo to ja wyraziłem zgodę na jego wyjazd, ponieważ reżyser zamierza realizować film na ten temat, a o rozprawie kolegium dowiedział się w ostatniej chwili (zdjęcia uciekające) więc mu pomogłem.
Manfred Gorywoda należał do ludzi światłych, przyjął ze zrozumieniem wyjaśnienie. Intuicja i doświadczenie podpowiedziały mi abym napisał notatkę wyjaśniającą. Poleciłem wysłać wyjaśnienia towarzyszowi Gorywodzie. I całą sprawę uznałem za zamkniętą. Jak się okazało przedwcześnie.
Biuro Kontroli Urzędu Rady Ministrów zażyczyło sobie obejrzenie materiału z Pucka. Poinformowałem przedstawiciela biura, że materiał jest już wywołany, ale jeszcze nie ułożony. Ustaliłem termin projekcji i natychmiast zadzwoniłem do pana Marka Piwowskiego do domu, opowiedziałem, jakie mam kłopoty i poprosiłem, aby pomógł wybrać odpowiednie fragmenty, które pokażę przedstawicielom Biura Kontroli URM.
Odpowiedź, jaką usłyszałem dosłownie mnie sparaliżowała. Marek Piwowski oznajmił, że kłopoty związane z materiałem z Pucka to mój problem, a nie jego. Nie wierzyłem własnym uszom. Wielki reżyser, a człowiek… Gdyby przebieg kolegium karno-orzekającego w Pucku filmowała normalna ekipa Polskiej Kroniki Filmowej, sądzę, że nie wywołałoby to takiego zainteresowania władz najwyższych, ale osoba największego szydercy w kraju wzbudziła czujność i podejrzenia.
Stosunkowo najłatwiej poszło z Manfredem Gorywodą, moje wyjaśnienia i notatka wystarczyły. Biuro Kontroli Urzędu Rady Ministrów po obejrzeniu materiału (zaznaczam – części materiału) nie miało żadnych zastrzeżeń, przedstawiciel Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (bo i ten resort oglądał skrócony materiał) nie dopatrzył się naruszenia przepisów, nie dostrzegł żadnego niebezpieczeństwa dla kraju i socjalizmu. Mieliśmy bowiem na filmowanie zgodę Wydziału Spraw Wewnętrznych Prezydium WRN, przewodniczącego prezydium PRN, no i samego przewodniczącego kolegium karno – orzekającego. Kiedy myślałem, że sprawa jest tym razem definitywnie zakończona, musiałem pisać nową notatkę, tym razem dla premiera.
Napisałem w niej: „Pragnę zaznaczyć, że realizacja tematu nie jest równoznaczna z jego opublikowaniem. Polska Kronika Filmowa realizuje około 100 tematów miesięcznie – publikuje natomiast 60-70. Materiały, które nie wchodzą do wydań są przeznaczone do archiwum. Koszty realizacji dwóch tematów w Pucku wyniosły: Delegacje i noclegi – 2.055, 42 zł; Transport 875 km. x 4,75 zł. – 4.156, zł; Taśma filmowa 1.260 M. x 4.39 – 5.531 zł; Razem koszt dwóch tematów – 11.742 zł. Koszt jednego tematu – 5.871 zł. Zawsze, bowiem przy realizacji zdjęć dźwiękowych synchronicznych oprócz operatora obrazu, jego asystenta i oświetlacza bierze udział operator dźwięku i jego asystent. W sprawie materiału realizowanego w Pucku prowadziło dochodzenie Biuro Kontroli Urzędu Rady Ministrów. Pragnę zaznaczyć, że nie dopatrzyło się naruszenia przez naszą redakcję normalnego toku postępowania. Składaliśmy też w tej sprawie wyjaśnienia dla tow. Manfreda Gorywody z KC PZPR… Kierownictwo Polskiej Kroniki Filmowej nie zostało do tej pory poinformowane o tym, że nasza ekipa źle się zachowała w Pucku… Prosimy, zatem o bliższe dane, które ułatwią nam wnikliwe i sumienne potraktowanie zarzutów”.
Byłem wówczas jeszcze zastępcą redaktora naczelnego PKF. Wyjaśnienia pisałem ja, bo to ja, podczas nieobecności redaktora naczelnego kroniki, wyraziłem zgodę na wyjazd ekipy do Pucka. Można powiedzieć, że był to mój pech, choć nie tylko. Minęła rocznica Rewolucji Październikowej, obchodzona w listopadzie, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Zdążyłem awansować na szefa PKF, zapomniałem o Pucku, aż tu pewnego majowego dnia zjawił się w moim pokoju kierownik archiwum WFD i złożył pismo następującej treści: „W sierpniu ub. r. został przekazany do Archiwum niewykorzystany temat PKF p.t. PROCES NUDYSTÓW I HOMOSEKSUALISTÓW /nr. Poz. 28767 – bez dokumentacji/. Zawiera on 9 pudełek kopii magnetycznej 35 mm., 5 pudełek kopii obrazu i 5 pudełek negatywu. Łącznie stanowi to 19 pudełek. Treścią tematu są dwie rozprawy przed Kolegium Orzekającym. W czasie opracowania tematu w naszym Wydziale stwierdzono, iż nie posiada on wartości archiwalnych i wydaje się wątpliwe, aby był kiedykolwiek wykorzystany w PKF lub filmie dokumentalnym. Z uwagi na ograniczone możliwości przechowywania materiałów filmowych w magazynach i stosunkowo krótki czas żywotności taśmy magnetycznej – proponujemy zniszczenie materiału pozytywowego i negatywowego i skasowanie taśmy magnetycznej. Kierownik Wydziału Archiwum. E. Muszka”.
Propozycja E. Muszki była dla mnie niezrozumiała. Wiedziałem, że nie jest on z zawodu archiwistą i dlatego nie poprosiłem go, by jak najszybciej opuścił mój pokój. Uzasadnienie E. Muszki, że w archiwum nie ma miejsca dla 19 pudełek zakrawało na ponury żart. Przez ten temat miałem bardzo dużo kłopotów, nie wiele brakowało, abym stracił pracę. A ponadto po tylu kontrolach i napisanych wyjaśnieniach zdążyłem się do materiału przywiązać, choć nigdy nie obejrzałem go w całości.
Nie odmówiłem E. Muszce natychmiast. Znałem już na tyle środowisko, w którym pracowałem, że moja odmowa zapoczątkowałaby następne starania i naciski. Dlatego powiedziałem, że nie mogę podjąć decyzji, bo archiwum mi nie podlega; wyjazd Marka Piwowskiego do tego stopnia zbulwersował przedstawicieli najwyższych władz, iż muszę zapytać o zgodę, to znaczy uzyskać aprobatę Wydziału Prasy.
Oczywiście, nie pytałem nikogo, wiedziałem jaką uzyskam odpowiedź. Po kilku dniach poinformowałem E. Muszkę, że Wydział Prasy nie akceptuje jego propozycji i zwróciłem mu pismo. W mojej obecności kierownik wydziału archiwum dokonał osobistej adnotacji na dokumencie. Ale temat ten nie przestał mnie prześladować.
Od 1973 roku upłynęło dużo czasu, po wprowadzeniu stanu wojennego straciłem pracę, zmienił się ustrój w Polsce, przeszedłem na emeryturę i los sprawił, że poznałem człowieka-legendę opozycji, Mirosława Chojeckiego, który wysłuchawszy moich opowieści, zainteresował się nimi i był skłonny (jako producent filmowy) wyprodukować kilka dziesięciominutowych odcinków o PRL.
Wspólnie z Ewą Bielską, która pracowała w PKF „za moich czasów,” złożyliśmy trzy próbne scenariusze, a wśród nich ten o rozprawie kolegium w Pucku, pt. „Chałupy welcome to.” Miał to być dziesięciominutowy odcinek o obyczajach, w którym znalazłaby się śmieszna sekwencja z rozprawy w Pucku, zdjęcia współczesne z plaż zagranicznych i tych w Chałupach, oczywiście. W archiwum WFD materiał z kolegium karno – orzekającego opatrzono adnotacją, że jest chroniony ustawą o ochronie danych osobowych. Nie wierzyłem własnym oczom! Od 1972 roku, kiedy temat zrealizował Marek Piwowski, do 2004 roku upłynęły 32 lata. W czasie panowania „komuny” manipulatorzy, indoktrynerzy, propagandyści i Bóg wie, jaka jeszcze czerwona swołocz nie wpadli na pomysł wykorzystania taśm filmowych z Pucka w niecnych celach. Cóż takiego zapisano na celuloidzie, że nie można w demokracji go wykorzystać?
Wyrzucam sobie, że przez lenistwo, w 1972 roku, nie obejrzałem go w całości. Ale o Marku Piwowskim, który już wówczas cieszył się sławą czołowego prześmiewcy, zapamiętałem krążącą na Chełmskiej anegdotę.
W Warszawie gościła delegacja węgierskich filmowców, po suto zakrapianej kolacji na drugi dzień rano na roboczych obradach nie pojawił się tłumacz. Poszukiwania nie dały żadnego rezultatu, postanowiono, więc, że spotkanie zostanie przełożone. Wówczas Marek Piwowski oznajmił, że zna węgierski i może tłumaczyć, jeśli dyskutanci, oczywiście, nie będą używali zbyt skomplikowanego języka.
Gdy na mównicy pojawił się przewodniczący węgierskiej delegacji, Marek Piwowski stanął obok niego. Po kilku zdaniach wypowiedzianych przez Węgra zaczął tłumaczyć, co brzmiało mniej więcej tak: „przewodniczący węgierskiej delegacji pragnie gorąco podziękować polskim kolegom za serdeczne przyjęcie i znaną na całym świecie gościnność…” skinieniem głowy dał znać węgierskiemu koledze, by mówił dalej… „Wczorajsza kolacja – tłumaczył – dowiodła, że słynne powiedzenie, iż Polak Węgier dwa bratanki… jest ciągle aktualne, żywotne i twórczo rozwijane…” Polscy filmowcy byli zaskoczeni płynnością tłumaczenia Marka Piwowskiego, oto ujawnił jeszcze jeden talent! Gdy Węgier skończył przemówienie i zamierzał zejść z podium, Marek Piwowski powstrzymał go na chwilę i dodał: „Węgierski kolega pragnie na zakończenie zapytać, czy wśród polskich filmowców jest przedstawiciel służb specjalnych? W węgierskiej delegacji jest przedstawiciel tych służb i czy chciałby z polskim kolegą wymienić doświadczenia i pamiątkowe znaczki…”
Przypadki interwencji władz partyjnych i państwowych przed ukazaniem się materiału w kronice zdarzały się bardzo rzadko. W mojej pamięci przechowały się dwa o mniejszym znaczeniu. W okolicy Sandomierza sfilmowaliśmy, jak sadownicy wysypują do rowów jabłka, których nie przyjęły punkty skupu. Ekipa nie zdążyła wrócić do Warszawy, a już zakazano nam go publikować.
Andrzej Wajda poprosił mnie, by kronika odnotowała, jakieś – lecie firmy Blikle. Wysłałem ekipę na Nowy Świat z przyjemnością, albowiem ciasta i pączki Bliklego smakują wybornie, a moja rodzina zalicza się do wiernych klientów firmy. Do dziś, ilekroć żona wybiera się do Szwajcarii, nasza wnuczka Gucia, urodzona w Bernie, zawsze prosi o przepyszne serniki i pączki. Wtedy sprawa przybrała niespodziewany obrót. Operator po zakończeniu zdjęć wkroczył do redakcji z dwoma kartonami pączków, które ze smakiem spałaszowaliśmy. Po zaplanowaniu tematu do wydania, kiedy materiał znajdował się już w montażowni, zadzwonił Mieczysław Wojtczak i poinformował mnie, że Komitet Warszawski PZPR nie życzy sobie tematu o Bliklem w Polskiej Kronice Filmowej.
Znałem Mietka Wojtczaka osobiście, jeszcze z Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, nie sądziłem ani wtedy ani teraz, że był to jego pomysł. Zapytałem go wprost: czy nie macie poważniejszych tematów? „Mamy, ale nic nie poradzimy, gdy sekretarzowi pączki Bliklego nie smakują” – odpowiedział Mietek. Nie pobiegłem jednak z tą informacją do Andrzeja Wajdy, nie wypadało skarżyć się na instancję partyjną, byłem wszak tej partii członkiem.
Jak z tego wynika, z „oczka w głowie” władze przeróżnych szczebli oka nie spuszczały.

Wizyty państwowe Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

W czasie trzynastu lat pracy wielokrotnie wyjeżdżałem z oficjalnymi delegacjami państwowymi za granicę. Nie zamierzam opisywać wszystkich, bo miały one mniej więcej jednakowy przebieg. Wspomnę o kilku, moim zdaniem ciekawszych. Najczęściej wyjeżdżałem z Edwardem Gierkiem.

W 1977 roku obsługiwałem wizytę I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej we Włoszech i w Watykanie. Odwiedził on wtedy, jako pierwszy przywódca Polski Ludowej, cmentarz na Monte Casino, gdzie złożył wieniec i oddał hołd poległym tu polskim żołnierzom.
W Watykanie, na dziedzińcu San Damaso, gdzie odbywało się oficjalne powitanie, na gościa z Polski oczekiwała gwardia papieska, zwana także szwajcarską i najmniejszą armią świata, w barwnych strojach z halabardami, dostojnicy kurii rzymskiej i oczywiście obsługa prasowa. Watykańscy specjaliści od protokołu dyplomatycznego ustawili nas w określonym miejscu i stanowczo nakazali, by zachowywać się odpowiednio do miejsca, w którym się znajdujemy. Znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że nikt nie powinien ruszyć się z przydzielonego mu miejsca. Golcowi, operatorowi PKF, przypadło miejsce, z którego nie był zadowolony. Bardzo ubolewał, że nie może stanąć metr czy dwa dalej, aby zrobić najlepsze ujęcie. Wpadł jednak na pomysł, że można o pół metra przesunąć w prawo gwardzistę z halabardą, a on zrobi wtedy najlepsze ujęcie w swoim życiu. Zaczął mocno na mnie nalegać, bym zajął się rozwiązaniem tej kwestii. Zwróciłem się z tym problemem do przedstawiciela naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prosząc o pomoc. Dyplomata Kronice gotów był nieba przychylić, a zwłaszcza Ryśkowi, którego wszyscy lubili i cenili.
Udaliśmy się do jakiegoś monsignore z watykańskiego protokołu, którego nasz dyplomata poprosił o przesunięcie człowieka z halabardą o pół metra w prawo. Ten spojrzał na nas z wyrozumiałą dezaprobatą i spokojnie odpowiedział: „Nie mogę tego uczynić szanowny kolego, przecież gwardzista stoi w tym miejscu od ponad czterystu lat…” Przyjęliśmy werdykt z właściwą pokorą.
Między Polską Kroniką Filmową a telewizją istniała ciągła rywalizacja, przeradzająca się często w jawną niechęć. Wspominam tu o tym nie bez kozery. W Rzymie ekipa PKF składała się tylko z dwóch osób, natomiast ekipa telewizji liczyła trzech operatorów. Nie pamiętam już dokładnie, ilu redaktorów, dźwiękowców i specjalistów z innych dziedzin towarzyszyło prezesowi, Maciejowi Szczepańskiemu. Złośliwi komentowali, że jest to odrębna delegacja wizytująca Italię.
Po oficjalnej wizycie w Watykanie, późnym popołudniem, w dniu odlotu Edward Gierek wydał koktajl, w którym uczestniczyli kardynał Agostino Casaroli, twórca nowej polityki Watykanu wobec krajów Europy Wschodniej, i kardynał Stefan Wyszyński, liczni biskupi, a także szefowie włoskich partii politycznych, wśród nich Enrico Berlinguer, sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej, jeden z twórców eurokomunizmu, nurtu polityczno-ideowego nieuznającego dyktatury, a co zatem idzie – leninizmu. Już samo zestawienie nazwisk świadczyło, że nie było to spotkanie banalne.
Stałem w pobliżu, gdy Edward Gierek podszedł do Stefana Wyszyńskiego. „Słyszałem – powiedział do kardynała – że pan chorował”. „To prawda, panie pierwszy sekretarzu – odpowiedział kardynał – ale dzięki Bogu, już się czuję dobrze”. Kardynał o coś poprosił pierwszego sekretarza. Ten odpowiedział, że nie może spełnić jego prośby. „Nic nie szkodzi – pocieszył kardynał pierwszego sekretarza – załatwię to z pana małżonką”. Oddaliłem się w tym momencie od rozmawiających, nie wypadało przysłuchiwać się prywatnej rozmowie.
Operatorzy filmowi i telewizyjni na tego rodzaju spotkania wpuszczani są tylko na chwilę. Dostaliśmy znak, że możemy filmować. Ryszard Golc wykorzystał dany nam czas, co do sekundy. Polska Kronika Filmowa, była jedyną ekipą filmującą opisane spotkanie. Zdziwiła mnie nieobecność wyjątkowo licznej ekipy telewizji. W koktajlu nie uczestniczył także Maciej Szczepański. Później okazało się, że cała ekipa Telewizji Polskiej wyruszyła w tym czasie na zakupy!
W samolocie otrzymałem polecenie: po wywołaniu taśmy, udostępnić natychmiast materiał telewizji. Zsiniałem ze złości! To przecież nie było w porządku. Musiałem ustąpić przed potęgą Macieja Szczepańskiego. Przeżywałem jednak w duszy cichą satysfakcję, że Polska Kronika Filmowa okazała się lepsza i solidniejsza. Nie pierwszy i nie ostatni raz!
Wizyta w Szwecji też była pełna niespodzianek. Rząd szwedzki nie ma specjalnej kolumny samochodowej, wynajmuje eleganckie limuzyny w firmie prywatnej. Samochodów nie prowadzą oficerowie z biura ochrony rządu, bo taka jednostka nie istnieje. Nic więc dziwnego, że w czasie wizyty kawalkada samochodów wioząca polską delegację, wracającą do rezydencji w Sztokholmie, pomyliła drogę i musiała się zatrzymać, aby zapytać, jak dojechać do Pałacu Haga. Na szczęście, przez ryneczek przechodziła pani niosąca w koszu bieliznę do pralni. Wskazała drogę, a na pożegnanie zapytała, czy to polska delegacja? A kiedy usłyszała potwierdzenie, rzekła: – Bardzo mi miło, dziś wieczorem spotkamy się na kolacji. Panią okazała się żona premiera Szwecji, Lisabet Palme. No cóż, co kraj to obyczaj!
4 czerwca 1975 roku Edward Gierek odleciał helikopterem do Harpsund, letniej rezydencji premiera Palme, położonej nad jeziorem w malowniczej okolicy. W przerwie między rozmowami obaj panowie wyszli na spacer, podeszli do dziennikarzy, przywitali się z nami i po krótkiej rozmowie udali się w stronę jeziora, oddalonego od rezydencji około sto metrów. Olof Palme zaproponował gościowi przejażdżkę po jeziorze. Wsiedli do łódki, premier Szwecji przy wiosłach, pierwszy sekretarz jako pasażer. Łódka wolno zaczęła oddalać się od brzegu. Wtedy zauważyliśmy, że adiutant Edwarda Gierka, płk. Zdzisław Chełmiński, zaczyna nerwowo biegać w tę i z powrotem przy brzegu jeziora. Tymczasem łódź z premierem i pierwszym sekretarzem oddalała się coraz dalej od brzegu. Płk. Chełmiński nerwowo próbował odczepić z uwięzi jakąś łódkę, a gdy mu się to udało, wskoczył do niej i z determinacją zaczął z całych sił wiosłować, by doścignąć łódkę obu panów. Zbliżył się do niej na odległość dziesięciu-piętnastu metrów i już nie odstąpił. Dziennikarze szwedzcy patrzyli na wyczyny pułkownika ze zdumieniem i chyba podziwem, bo po powrocie na brzeg zasypali dzielnego adiutanta pytaniami. Następnego dnia poświęcono temu zdarzeniu sporo miejsca na czołówkach gazet. Pułkownik miał swoje pięć minut.
W programie wizyty przewidziano pobyt w Göteborgu, a w nim zwiedzanie zakładów Volvo, wizytę w ratuszu i śniadanie w salonach recepcyjnych. Z ratusza delegacja przeszła pieszo, około 500 metrów, do przystani, skąd statkiem ratownictwa morskiego popłynęliśmy do stoczni Götaverken. Statki budowano tu w wielkich halach, co chroniło stoczniowców przed deszczem i chłodem w jesienne i zimowe miesiące, bo hale były ogrzewane. W zakładach Volvo wielkie wrażenie wywarł na zwiedzających pokaz bezpieczeństwa samochodu. Demonstracja polegała na tym, że samochód umieszczony na szynach z dwoma manekinami, przypiętymi pasami, nabiera szybkości i uderza w betonową zaporę. Przód pojazdu ulega zniszczeniu, ale nie w takim stopniu, by zagrozić życiu pasażerów, ponieważ samochody produkowane przez zakłady Volvo mają zainstalowane specjalne amortyzatory, które zmniejszają siłę uderzenia. Rysiek Golc jeszcze w samolocie nie ochłonął z wrażenia. „Zniszczyć taki doskonały samochód”
– powtarzał.
W ostatnim dniu wizyty Rada Szwedzkich Eksporterów podejmowała Edwarda Gierka śniadaniem w restauracji Stallmästagarden. U wejścia do lokalu powitał polskiego gościa prezydent koncernu Alfa Laval, Hans Stahle.
W zakładach Alfa Laval robiliśmy z Januszem Kuźniarskim reportaż, bo są one znane nad Wisłą jeszcze sprzed wojny. Naszą uwagę zwróciła w fabryce nie tyle nowoczesna produkcja, co stołówka pracownicza. Wystrój tej stołówki nie ustępował renomowanej restauracji, w czasie obiadu występowały znane zespoły rozrywkowe – wokalne i orkiestrowe. Poinformowano nas w czasie obiadu, że personel kierowniczy jada posiłki w odrębnej stołówce. W naszej wyobraźni natychmiast zrodziło się pytanie: skoro stołówka robotnicza jest na tak wysokim poziomie, to jak wygląda ta dla dyrekcji? Przekonaliśmy się, o tym następnego dnia. Dania w karcie te same, co w stołówce pracowniczej. Różnica polegała tylko na tym, że wystrój sali dla personelu kierowniczego był bardzo skromny, nie przygrywała orkiestra i posiłku nie umilały występy piosenkarek. To, po co ta odrębność? Ano po to, by nie tracić cennego czasu. W czasie obiadu można przecież rozmawiać o sprawach zakładu czy wymieniać poglądy na tematy zawodowe! Nie mieliśmy więcej pytań.
Imponujący przebieg miała wizyta Edwarda Gierka we Francji. Gazety na pierwszych stronach przypomniały, że Paryż wita po królewsku człowieka, którego w przeszłości wydalono z Francji. Ceremonia powitania z salwą armatnią odbyła się nie na lotnisku, a na Placu Inwalidów. Edward Gierek leciał helikopterem, a my, dziennikarze, jechaliśmy samochodem. Musieliśmy dotrzeć na miejsce przed Edwardem Gierkiem. Nigdy nie zapomnę tej jazdy. Naszego citroena eskortowali policjanci na motocyklach. Samochód cały czas pędził z włączoną syreną. To wprost niewiarygodne, na zakrętach pisk opon zagłuszał syrenę, pędziliśmy z zawrotną szybkością. Policjanci w okutych blachą butach torowali nam przejazd. Na karoseriach aut, które ociągały się ze zjechaniem na bok pozostawały ślady tych butów. To niesamowite, pewne odcinki ulic pokonywaliśmy pod prąd. Gdy minął pierwszy szok zacząłem obserwować kierowcę, który mógł pochodzić z Malezji bądź z Indonezji, siedziałem obok niego na przednim fotelu. Nie dostrzegłem na jego twarzy żadnego napięcia
Najbardziej lubiłem podróże z profesorem, Henrykiem Jabłońskim, przewodniczącym Rady Państwa. Chociaż obowiązywał ten sam protokół dyplomatyczny, nie wyczuwało się żadnej oficjalnej sztywności, Henryk Jabłoński był po prostu sobą – bardziej profesorem niż dostojnikiem.
Z pierwszego wyjazdu do Iraku zapadł mi w pamięci pobyt w Mosulu i w owianej sławą starożytnej Niniwie, położonej na lewym brzegu Tygrysu. Badacze historii odnotowują początki osadnictwa już w VI wieku p.n.e. Trzy wieki później władca, Sanherib, ustanowił Niniwę stolicą Asyrii. Za panowania Sanheriba i Aszurbanipala wybudowano tu imponujące pałace. Miasto, do którego prowadziło piętnaście bram, osiągnęło największy rozkwit w jego historii. Zniszczone przez Babilończyków, Medów i Persów w 612 roku p.n.e., już nigdy nie podźwignęło się z upadku. Mury obronne Niniwy i wykopaliska do dziś poruszają wyobraźnię współczesnych. W naszej świadomości Niniwa istnieje dzięki przekazom biblijnym.
W październiku 1975 roku prezydentem Iraku był Al-Bakr, ale już wtedy mówiło się nad Tygrysem o trzydziestoośmioletnim zastępcy przewodniczącego Rady Dowództwa Rewolucji, Saddamie Husajnie, jako o człowieku, którego czas szybko nadejdzie. Przyjął go na audiencji, po rozmowie w cztery oczy z prezydentem Al-Bakrem, przewodniczący Rady Państwa. Na taśmie utrwalił wizytę operator kroniki, Karol Szczeciński.
Cztery urocze dni spędziliśmy z Januszem Kreczmańskim obsługując oficjalną wizytę prof. Henryka Jabłońskiego w Austrii. Do dziś pamiętam pobyt w Operze Wiedeńskiej. Dawano „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego, z udziałem Teresy Żylis-Gary w roli Tatiany.
Po raz trzeci miałem szczęście uczestniczyć w ekipie dziennikarskiej obsługującej oficjalną wizytę przewodniczącego Rady Państwa, prof. Henryka Jabłońskiego, w Meksyku i w Kostaryce. Była to podróż niesłychanie długa. Trzydzieści siedem i pół godziny przebywaliśmy w powietrzu, z międzylądowaniami w Santa Maria na Azorach i w Nassau na Bahamach, a w drodze powrotnej w Hawanie. Samolotem Ił-62M pokonaliśmy – bagatela – dwadzieścia sześć tysięcy sześćset dwadzieścia pięć kilometrów.
Wylądowaliśmy w Meridzie, stolicy stanu Jukatan, gdzie delegację polską powitali przedstawiciel prezydenta Meksyku i władze lokalne. Późnym popołudniem zwiedziliśmy Uxmal, dawne miasto-państwo Majów, które istniało „zaledwie” 450 lat (987-1441). Wielkie wrażenie wywarły na zwiedzających zabytki architektoniczne w Uxmal: Pałac Gubernatora, Dom Mniszek, Świątynia Czarownika, Wielka Piramida i Dom Żółwia oraz liczne płaskorzeźby i mozaiki zdobiące fasady zachowanych budynków. Wieczorem za sprawą światła i dźwięku przenieśliśmy się wśród tych ruin i ocalałych zabytków w świat duchów, dawnych mieszkańców miasta Majów, oglądając widowisko przygotowane dla turystów. Najmniej zadowolony był Sławek Sławkowski, operator kroniki – ciemności panujące w czasie spektaklu ograniczyły mu możliwości filmowania.
W stolicy – Ciudad de Mexico – profesora Jabłońskiego i jego małżonkę, powitał prezydent Meksyku, José López Portillo z małżonką. Od pierwszego dnia wizyty prof. Henryk Jabłoński zwrócił na siebie uwagę prasy meksykańskiej znajomością historii Meksyku. Andrzej Świecki z „Życia Warszawy”, który doskonale znał profesora, uchylił mi rąbka tajemnicy. Otóż, już rok przed wizytą, przewodniczący Rady Państwa sprowadził książki o Meksyku z biblioteki uniwersytetu w Oxfordzie i intensywnie je studiował. W Meksykańskiej Akademii Historii profesor Henryk Jabłoński wygłosił wykład (tekst, przetłumaczony na język hiszpański, rozdano przed pojawieniem się autora na mównicy) na temat „Tradycje i współczesność”. Został on bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy i był obszernie komentowany w prasie.
Teotihuacan ma wiele znaczeń: nazywane jest miastem bogów, miejscem, w którym ludzie poznali drogę bogów, miejscem, gdzie ludzie stają się bogami, miejscem, gdzie narodzili się bogowie. Jest z pewnością zabytkiem tajemniczym i magicznym. Początki miasta sięgają II wieku p.n.e. Teotihuacan z wieku na wiek stawało się centrum religijnym i administracyjnym ówczesnych ludów. Swoje ślady pozostawili tu Toltekowie i Aztekowie. Rozkwit Teotihuacan nastąpił w IV-VII wieku. Widok, jaki jawi się naszym oczom, gdy patrzymy na centralną arterię miasta, jest świadectwem wielkiej wyobraźni budowniczych, racjonalności i precyzji. Zbudowali oni Teotihuacan na planie prostokątnie przecinających się ulic, pomyśleli o zbiornikach wody deszczowej, tak cennej w tym klimacie, o targowiskach, teatrach, świątyniach. Imponują swoimi rozmiarami Piramidy Słońca i Księżyca. Aleja Umarłych prowadzi do placu piętnastu świątyń. Zadziwia świątynia Quetzalcoatla – Pierzastego Węża. Współcześni muszą zadać sobie pytanie, jakie siły sprawiły, że to potężne i piękne miasto upadło i zostało zapomniane. Czyżby opuścił mieszkańców Tlaloca – bóg deszczów? A może Tlatocatecutli, który trwał siedem razy po pięćdziesiąt dwa lata, bóg piekieł, wyludnił miasto i skazał je na zapomnienie? Na wiele pytań uczeni nie znajdują jeszcze odpowiedzi. Ważne, że Teotihuacan skłania do zadawania pytań i refleksji nad przemijaniem i dolą człowieczą.
Niezapomnianą atrakcją dla uczestników polskiej delegacji pozostanie zwiedzanie rozległej strefy archeologicznej w Teotihuacan.
Z Meksyku polecieliśmy do Kostaryki. Kostarykę odkrył w 1502 roku Krzysztof Kolumb podczas czwartej i ostatniej wyprawy. Sądził, że odkrył legendarną krainę złota, więc nazwał ją „bogatym wybrzeżem” – Costa Rica. Wylądowaliśmy w stolicy kraju, San José. Miasto, położone na wysokości 1272 m. nad poziomem morza, liczy około 400.000 mieszkańców i jest największym w Kostaryce.
Delegacja przeprowadziła oficjalne rozmowy. Podpisano umowę o współpracy kulturalnej i naukowej. Koncert muzyki chopinowskiej, podobnie jak w Meksyku, dał Piotr Paleczny. Delegacja polska zwiedziła plantację kawy.
1 listopada odlecieliśmy do Hawany, gdzie powitał przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego prezydent Kuby, Fidel Castro. Profesor wręczył Comandante ptasie mleczko, sądząc, że Fidelowi Castro tylko tego brakuje. A ja, z Romkiem Dobrzyńskim, dziennikarzem z TVP, wypiliśmy koktajl „Cuba Libre”, żałując, że wizyta w Hawanie trwała zbyt krótko. Odlecieliśmy, po ośmiu dniach tułaczki, do ojczyzny.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

 

Przeciw dekomunizacji Wywiad

Francuski dziennikarz i aktywista stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek (Przyjaciele Edwarda Gierka), Jacques Kmieciak w rozmowie z „Dziennikiem Trybuna” opowiada o swojej książce, w której podsumowuje działania podejmowane we Francji przeciwko dekomunizacyjnej polityce polskiego rządu.

 

Jak zrodziła się idea napisania tego opracowania?

Zrodziła się ona z reakcji na zamiary Prawa i Sprawiedliwości, aby napisać historię Polski na na nowo, równocześnie ją zafałszowując. Od powrotu do władzy w 2015 r. opcji narodowo-katolickiej sytuującej się na skrajnej prawicy, zabrała się ona ze zdwojoną siłą za realizację czegoś, co określiła mianem „dekomunizacji”. Proces ten postępował od restauracji kapitalizmu w Polsce w 1990 r, ale w 2016 r. polski parlament przyjął ustawę mającą na celu wyparcie z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do Polski Ludowej (1944-1989) i szeroko rozumianego postępowego ruchu robotniczego.

 

W jaki sposób się to dokonywało?

Najpierw poprzez zmiany nazw ulic czy innych obiektów noszących imiona bojowników o emancypację klasy pracującej i o socjalizm.

 

Jaka była na to reakcja we Francji?

Kampania przemianowywania ulic dotknęła szczególnie Polaków mieszkających na północnym-wschodzie, zwłaszcza w regionie Nord-Pas-de-Calais. W okresie międzywojennym trafiło tu wiele tysięcy robotników poszukujących tu pracy, a był to okres podnoszenia tego zagłębia górniczego z ruin po I wojnie światowej. Wciągali się do francuskiego ruchu związkowego, zwłaszcza w ramach CGTU, brali udział w strajkach. Wywodzący się z tego regionu działacze Partii Komunistycznej walczyli z faszyzmem w Hiszpanii w czasie wojny domowej, z nazistami podczas drugiej wojny światowej. Po wyzwoleniu Polska Ludowa uznała ich za bohaterów. Ich imionami nazywano ulice, place i instytucje publiczne. Szczególnie na Śląsku, gdzie trafiło ponad 60 tys. repatriowanych stąd Polaków, którzy włączyli się w proces odbudowy.

 

Kim byli bojownicy, którzy teraz trafili na polską „czarną listę”?

To ludzie tacy jak – na przykład – Burczykowscy. Rodzina zaangażowana w ruchu oporu w Pas-de-Calais. Ojciec po patriotycznym strajku górników w maju i czerwcu 1941 r. był deportowany do Niemiec, gdzie zginął. Jego trzej synowie zostali straceni przez nazistów w cytadeli w Arras. Albo Tomasz Rabiega, związkowiec z Douai, który odznaczył się w czasie strajków Frontu Ludowego. Bronisław Kania, działacz FTP, ścięty w 1943 r. w więzieniu w Cuincy, niedaleko Douai. Albo górnik Edward Gierek, deportowany z Francji po słynnym strajki w Leforest w sierpniu 1934 r. W 1970 r. został przywódcą polskich władz…

 

A zatem we Francji reakcja na „dekomunizację” nie dała na siebie czekać?

Tak. Bardzo szybko PCF, CGT, a także PRCF oraz Międzynarodowy Komitet Solidarności Klasowej (CISC) włączyły się do działąnia. Ich przedstawiciele we władzach również: Christian Pedowski, mer Sallaumines, skąd pochodzili Burczykowscy, Christian Musial, mer Leforest, którego honorowym obywatelem był Edward Gierek od 1972 r., kiedy to spotkał się z prezydentem Georgesem Pompidou. Do polskich władz trafiły listy z protestami. Z inicjatywy stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek do polskiego ambasadora we Francji trafiła petycja, nazywana « Apelem 133 « . Podpisały go tacy wielcy weterani ruchu oporu, jak na przykład Léon Landini, przewodniczący dawnych członków FTP-MOI z regionu Rhône-Alpes… Ambasador nie zadał sobie trudu, żeby na ten apel odpowiedzieć. W lipcu 2017 r. Freddy Kaczmarek, mer Auby, podjął inicjatywę, aby nadać fragmentowi autostrady A21 imię Rabiegi i Kani. To bardzo symboliczne, bo tą właśnie trasą przyjeżdżają do Francji podróżujący z Polski. Rok później Freddy Kaczmarek nadał imię Edwarda Gierka ulicy w Douaisis.

 

Zastawienie tych wszystkich działań jest opisane w Pańskim opracowaniu?

Jak najbardziej. Chodzi o powstrzymanie rewizjonistycznych praktyk polskiego rządu. Ci, którzy chcą wymazać pamięć o polskich bojownikach sami na siebie kierują ogień krytyki i przywracają pamięć o nich. To dzięki nim też mamy okazję przypomnieć o Rabiedze. Albo o Józefie Kolorzu – członku Komitetu Centralnego Francuskiej Partii Komunistycznej i żołnierzu Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii, zamordowanym przez frankistów w 1938 roku…

 

Były przecież też i inne działania…

Tak. Na przykład, aby nie dopuścić do przemianowania ronda Edwarda Gierka w Sosnowcu. Bo Gierek cieszy się tu dużą popularnością, także za to, co robił w czasach, gdy był u władzy, czy ze względu na jego wkład w rozwój Śląska. Ale również protestujemy przeciwko demontażowi pomników Armii Czerwonej, która wybawiła Europę od nazizmu, przeciwko prześladowaniom Komunistycznej Partii Polski i jej kierownictwa, w których to sprawach od stycznia 2018 r. regularnie organizowane są demonstracje pod polską ambasadą – o tym także piszę w moim opracowaniu.

 

Jakie płyną z tych działań wnioski na przyszłość?

Tak, jak w mojej pracy, oddałbym głos filozofowi Georgesowi Gastaud. Pisze on: Antykomunizm to oficjalna przykrywka dla deonazizmu. W Polsce rasitowsko-klerykalna klika Kaczyńskiego, prześladuje KPP, metodycznie niszczy pomniki Polski Ludowej i toleruje haniebne parady sympatyków Hitlera na ulicach Warszawy. Ci, którzy protestują przeciw zamachom na wolność prasy, niezależność wymiaru sprawiedliwości, edukacji, prawa kobiet w Polsce, a nie wspominają o prześladowaniach komunistów są jak ci, którzy kiedyś cieszyli się z delegalizacji Niemieckiej Partii Komunistycznej w 1933 roku, a potem dołączyli do komunistów i związkowców w obozach koncentracyjnych.

 

Jacques Kmieciak – „Pologne – J’écris ton nom Liberté”, Éditions Nord Avril, str. 102, ISBN 9782367900988.

Nie przepraszamy za PRL

22 lipca to ważna data w historii Polski (kiedyś było to święto państwowe). Koszaliński Komitet Obrony Lewicowych Tradycji oraz Koszalińskie Porozumienie Lewicy zorganizowały debatę obywatelską, której gościem honorowym był prof. Paweł Bożyk – były doradca ekonomiczny Edwarda Gierka. Sala pękała w szwach.

 

Prof. Bożyk przy okazji promocji swojej książki „Apokalipsa według Pawła – jak zniszczono nasz kraj”, mówił – operując faktami i liczbami, jak zniszczono polską gospodarkę w okresie transformacji ustrojowej. Z 1650 zakładów doprowadzono do upadłości 650, niektóre pod przykrywką prywatyzacji doprowadzono do tzw. wrogiego przejęcia po to, by je zlikwidować. Dotyczyło to głównie dużych zakładów generujących modernizację min. z branży elektronicznej, przemysłu informatycznego i precyzyjnego. Wśród likwidatorów i prywatyzatorów polskiego systemu ekonomicznego czołowe miejsca zajmują Leszek Balcerowicz, Janusz Lewandowski i Wiesław Kaczmarek. Terapia szokowa którą zastosowano, była skokiem z trampoliny do basenu w którym nie było wody.

W dyskusji Eugeniusz Jakubaszek mówił o zlikwidowaniu koszalińskich przedsiębiorstw. Ruiny dobrze prosperujących byłych PGR-ów do dziś straszą w naszym województwie – to dzieło byłego wojewody Stanisława Sochy. Ta doktrynalna decyzja wpędziła w wieloletnią biedę, bezrobocie i beznadzieję dwa pokolenia byłych pracowników PGR-ów wraz z ich rodzinami. Zygmunt Smolik – jeden z twórców Koszalińskiej Doliny Krzemowej (w tamtym okresie Koszalin plasował się na czwartym miejscu w kraju w branży elektronicznej) przedstawił szczegółowo, jak likwidowano koszaliński przemysł elektroniczny (KAZEL – 1500 zatrudnionych, Ośrodek Naukowo-Produkcyjny Materiałów Półprzewodnikowych na Leśnej – 400 zatrudnionych).

Trawestując znane wystąpienie Mieczysława Rakowskiego, który mówił sarkastycznie: przepraszam za PRL, przepraszam za to, przepraszam za tamto, uczestnicy debaty obywatelskiej mówili pełnym głosem: NIE PRZEPRASZAMY:

– za oddanie nas przez ”Wielką Trójkę” w strefę wpływów Związku Radzieckiego – to nie była nasza decyzja;
– za odbudowę zniszczonej przez hitlerowców Warszawy i wielu innych miast Polski, za odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie;
– za reformę rolną, o którą bezskutecznie walczyło kilka pokoleń polskich chłopów;
– za awans społeczny milionów synów i córek chłopskich i robotniczych;
– za bezpłatny dostęp młodzieży chłopskiej i robotniczej do wyższych uczelni;
– za likwidację analfabetyzmu;
– za tysiąc szkół na tysiąclecie, za tysiące bibliotek, za tanie książki, za miejskie i wiejskie domy kultury;
– za uprzemysłowienie Polski;
– za to, że dwa pokolenia Polaków żyły nie znając plagi bezrobocia;
– za to, że na ulicach polskich miast nie było żebraków ani dziesiątków tysięcy bezdomnych;
– za to, że milion polskich dzieci nie zaczynało dnia bez śniadania;
– za to, że dzięki państwowemu mecenatowi nad kulturą i sztuką powstawały arcydzieła filmowe i teatralne;
– za zagospodarowanie Ziem Północnych i Zachodnich i uznanie naszej zachodniej granicy przez Republikę Federalną Niemiec;
– za ustawę o działalności gospodarczej, która otworzyła drogę do gospodarki rynkowej;
– za Okrągły Stół, wspólne dzieło ówczesnych rządzących i opozycji.

Na zakończenie debaty uczestnicy przyjęli przesłanie. „Znamy osiągnięcia, ale również błędy i słabości tamtego okresu, które tworzą historię PRL-u. Wiemy, że byliśmy więźniami dogmatów, od których uwalnialiśmy się stopniowo. Historii PRL-u nie można postrzegać tylko w biało czarnych barwach. Za historyczne osiągnięcie tamtego okresu uważamy odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych, wprowadzenie Polski w erę cywilizacji przemysłowej, przeprowadzenie wielkiej rewolucji społecznej, powszechną edukację (likwidację analfabetyzmu) i zachowanie naszej tożsamości narodowej. Okres ten, to przede wszystkim wielka ofiarność, poświęcenie i gotowość służenia Ojczyźnie”.

Nie zgadzamy się na opluwanie i ośmieszanie naszej przeszłości, którą współtworzyliśmy uczciwie pracując. Żądamy od rządzącej prawicy obiektywnej analizy i oceny najnowszej historii Polski, a nie propagandy zohydzającej PRL.

Ludzie, za co my płacimy?

Pan poseł PiS Konrad Głębocki zamienił poselski mandat na posadę JE Ambasadora RP. Zanim wyjechał na placówkę złamał polskie prawo 175 razy.

 

Tyle razy głosował w Sejmie RP chociaż nie sprawował już wtedy mandatu poselskiego.

Głosował, bo pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poinformował go, że nie wolno mu głosować. Czyli pan Marszałek Kuchciński dopuścił do łamania prawa.
Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poczuwa się do winy. Bo nie dostał info z Kancelarii pana prezydenta Andrzeja Dudy, że pan poseł nie jest już posłem, bo jest już Ekscelencją Ambasadorem RP.

A i sam pan poseł nie pochwalił się panu Marszałkowi, że jest już Ekscelencją. Może nie dotarło to do jego świadomości? Albo nie mógł uwierzyć, że tak mu się przyfarciło.
Kancelaria pana prezydenta Andrzeja Dudy też nie poczuwa się do łamania prawa przez Ekscelencję Głębockiego, sto siedemdziesiąt pięć razy udającą pana posła Głębockiego. Oszukująca tyle razy konstytucyjny organ władzy. Bo Kancelaria uważa, że informowanie o tym to nie jej broszka. To zadanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych uważa, że to rola Kancelarii pana prezydenta. Poza tym ważność mandatów posłów to domena Kancelarii Sejmu RP.

Pan premier Mateusz Morawiecki nie bronił swego podwładnego, czyli ministra spraw zagranicznych, ani swojego sejmowego szefa pana Marszałka, bo ma znacznie ważniejsze zajęcia.

Ostatnio biegał po Parlamencie Europejskim, zaczepiał europarlamentarzystów i podtykał im pod oczy fotografię czwórki mieszanej. Zaczepiani zwykle odwracali się od zdjęcia i pana premiera z najwyższym obrzydzeniem.

Nie dlatego, że uchwycone tam postacie były rozebrane lub wyuzdane. Cała czwórka, trzech panów i jedna pani, byli ubrani od stóp do głów.

Zdjęcie przedstawiało byłego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w towarzystwie dwójki młodzieńców i jednej młodej kobiety.

Jednym z młodzieńców jest niewątpliwie Aleksander Kwaśniewski, do czego przyznał się od razu, ale tym razem nie chodziło o niego. Chodziło o kobietę.

Ową młodą kobietą miała być obecna prezes Krajowej Rady Sądownictwa Małgorzata Gersdorf, choć jest do niej na zdjęciu niepodobna. Ale zdjęcie zostało zrobione 38 lat temu. Każdy w ciągu 38 lat może się zmienić.

Pod każdym względem.

I owo zdjęcie, jak uzasadniał pan premier Morawiecki, miało być koronnym dowodem na to, że pani prezes Gersdorf jest zakamuflowaną komunistyczną zbrodniarką, bo przecież jawnie fotografowała się z byłym pierwszym sekretarzem KC PZPR.

I samo już takie zdjęcie jest wystarczającym powodem do jej usunięcia z KRS, a przy okazji, do łamania Konstytucji RP.

Problem polega na tym, że tamta pani ze zdjęcia nie jest Małgorzatą Gersdorf, co potwierdził prezydent Aleksander Kwaśniewski. Co też oznacza, że służby specjalne pana premiera, które go w to dowodowe zdjęcie wyposażyły wykazały się totalną głupotą.

Ale zamiarem prowokacji, chęcią zrobienia z pana premiera Morawieckiego totalnego idioty.

Głupotą wykazał się też pan premier Morawiecki, który zachowuje się jak mały donosiciel. Traci czas na donosy, sztucznie hoduje „komunistów” na zdjęciach, kiedy prawdziwi polscy hodowcy świń, owoców i warzyw dostają w plecy, bo nie ma komu dopilnować pracy pana ministra rolnictwa.

Argumentacja pana premiera Morawieckiego też jest głupia, skoro jego władca – pan sułtan Jarosław Kaczyński – określił Edwarda Gierka jako „patriotę”, który „chciał siły Polski”.
Zatem każde zdjęcie z Edwardem Gierkiem można uznać za zdjęcie z polskim patriotą.

No chyba, że wtedy, w 2010 roku, w czasie kampanii wyborczej, pan Jarosław Kaczyński kłamał jak bura suka. Ale tak przecież pan premier Morawiecki nie myśli?

Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński uważa, że te 175 bezprawne głosowania pana nieposła Głębockiego nie miały żadnego znaczenia, bo nie decydowały o wyniku tych głosowań. Czym potwierdził, że każde inne indywidualne głosowania poselskie nie mają w kierowanym przez niego Sejmie znaczenia.

Czemu zatem dalej karze każdego posła za nieusprawiedliwione nieobecności podczas głosowań?

Niedawno pan marszałek Kuchciński zwołał Zgromadzenie Narodowe, czyli wspólne posiedzenie Sejmu i Senatu, aby uczcić 550-leci polskiego parlamentaryzmu. Trwało ono aż 38 minut.
Po zbilansowania kosztów tego nadzwyczajnego posiedzenie okazało się, że jedna minuta tego niepotrzebnego posiedzenia kosztowała 28 tysięcy złotych.

Za nieróbstwo, niekompetencję i antykomunistyczne fobie pana premiera i innych prominentów PiS płacą wszyscy podatnicy.

Zwłaszcza ci „gorszego sorta”, czyli większość obywateli Polski.

Pamiętajcie o tym w nadchodzących wyborach.

Gierek w Auby

W Polsce trwa szał dekomunizacji. Francuskie miasto Auby postanowilo tymczasem uhonorować Edwarda Gierka.

 

Mistrzem ceremonii był mer Auby, Freddy Kaczmarek. Zaproszeni i obecni byli Adam Gierek, syn Edwarda Gierka i europoseł RP, jego małżonka, Wilhem Zych, przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu, Barbara Kossowska Siewiec, kierownik biura współpracy z zagranicą w Sosnowcu, Christian Musial, mer miasta Leforest (gdzie Edward Gierek żył, pracował na kopalni i skąd został deportowany w 1934 roku), Christian Champire, mer miasta Grenay, przedstawiciele Rady Departamentu, Rady Regionu, liczni działacze i działaczki Francuskiej Partii Komunistycznej z regionu Północy i Pas de Calais oraz liczni mieszkańcy Auby i okolicznych miasteczek. Uczestniczyła też przedstawicielka KPP.

Uroczystości rozpoczęła orkiestra Auby, która odegrała hymn Francji. Następnie mer Freddy Kaczmarek przedstawił okoliczności, obecnych gości oraz tabliczkę honorującą Edwarda Gierka na ulicy która łączyła ulicę Jacquesa Duclos (najważniejszego działacza FPK po Maurice Thorez) z inną ulicą. Ulica znajduje się na ładnym osiedlu mieszkaniowym w pobliżu pól i ogrodów. Pierwszą tablicę odsłonił Adam Gierek. Następnie udaliśmy się na drugi koniec ulicy pod drugą tablicę, którą odsłonięto pod hymnie polskim. Nastąpiły przemówienia. Jacek Kmieciak, przewodniczący Stowarzyszenia Przyjaciół Edwarda Gierka opowiedział historię jego życia, pracę w kopalni w Leforest, walki związkowe w CGT robotników polskich i francuskich o poprawę warunków życia i pracy, następnie strajk z 1934 roku górników polskich oraz represje jakie ich spotkały ze strony władz francuskich: więzienie, deportacja, w tym Gierka który musiał wrócić do Polski a następnie wyjechał do Belgii. Jacek Kmieciak wspomniał, że dekret deportacyjny nie został nigdy anulowany i że jak Giscard d’Estaing podejmował Edwarda Gierka jako głowę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w 1972 roku, to deportacja nadal formalnie na Gierku ciążyła. Towarzysz Kmieciak wspomniał o tym; by przypomnieć że nigdy nic nie było dane robotnikom, że jedynie przez walkę można zdobyć godność i że kapitalistyczna republika nigdy nie darowała robotnikom ich buntu i walki o socjalizm. Natomiast Edward Gierek mógł zostać szefem państwa, które było socjalistyczne.
Adam Gierek uzupełnił historię ojca i wspomniał o jego dokonaniach w PRL i bardzo dobrej opinii Polaków o nim. Krystian Musial, mer Leforest przypomniał o ciężkiej pracy górników w Leforest, o ich udziale w antynazistowskim Ruchu Oporu, o heroizmie robotników Nordu. Także o tym, że walka nadal trwa. Gdy w Polsce obecne władze wymazują z historii pamięć po Gierku i PRL, Macron i rząd Francji niszczą zdobycze socjalne robotników i prywatyzują zdobyte walką robotników usługi publiczne takie jak państwowa kolej. Dlatego też spotkanie to jest wyrazem solidarności klasy robotniczej Polski i Francji i odnowieniem tej więzi jaka łączyła robotników polskich i francuskich tu w zagłębiu górniczym Nordu i której historia Edwarda Gierka jest przykładem. Wielu obecnych działaczy komunistycznych i związkowych, zwłaszcza pochodzenia polskiego, było bardzo wzruszonych, dla nich to nie są puste słowa.

Następnie przemawiał Wilhelm Zych, Przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu. Mówił o mieszkańcach Sosnowca pochodzących z rodzin repatriowanych z Francji oraz o walce mieszkańców miasta przeciw wymazaniu pamięci Edwarda Gierka poprzez likwidacje ronda jego imienia. Zych ogólnie skrytykował dekomunizację. Po nim przemawiała przedstawicielka miasta Czeladź, które jest bliźniacze z Auby. Także ona skrytykowała tak zwany dekret dekomunizacyjny. W te dni w Auby przebywała liczna grupa młodzieży z Czeladzi. Przedstawicielka KPP przemawiała tuż przed merem Freddy Kaczmarkiem i odczytała tekst w imieniu KPP. Mer Kaczmarek zakończył wystąpienie podkreślając wagę solidarności proletariackiej przeciwko represjom jakie doświadcza KPP. KPP została uwidoczniona na równi z europosłem i przewodniczącym Rady Miejskiej Sosnowca. Merowie komunistycznych miast Auby, Grenay i Leforest podkreślali bliskie związki z KPP, tak że obecni politycy z SLD i Platformy, musieli nas poważnie i z szacunkiem traktować.

Mówiąc o PRL i Gierku pokazaliśmy, że PRL to jak najbardziej była Polska, wielu ludzi do niej jest przywiązanych i ją pamięta, także tu we Francji. Jak na zakończenie powiedział Adam Gierek: albo PRL to była Polska albo Polska nie ma stu lat.

 

Wystąpienie KPP z okazji nadania imienia Edwarda Gierka w Auby

13 lipca w mieście Auby we Francji jednej z ulic uroczyście nadano imię Edwarda Gierka. Jednomyślną decyzją rady miejskiej uhonorowano polskiego komunistę, związanego w młodości z górniczym regionem Nord-Pas-de-Calais. O nadanie nazwy ulicy wnioskowało między innymi polonijne Stowarzyszenie Przyjaciół Edwarda Gierka oraz organizacje komunistyczne. Edward Gierek pracował jako górnik i zamieszkiwał z rodziną w miasteczku Leforest w regionie Nord Pas-de-Calais od roku 1931 do 1934 kiedy został wydalony z Francji za działalność związkową i udział w strajku górników.

Na uroczystość zaproszona zastała między innymi delegacja KPP. Poniżej wystąpienie okolicznościowe wygłoszone w imieniu naszej partii:

Komunistyczna Partia Polski dziękuje władzom Auby oraz wszystkim środowiskom dzięki którym możliwe było nadanie ulicy w Auby imienia Edwarda Gierka. Wasza postawa jest przykładem internacjonalizmu oraz międzynarodowej solidarności. Jest to bardzo ważna inicjatywa, zwłaszcza dziś, gdy w Polsce władze fałszują historię i usuwają wszystkie pamiątki związane z Polską Ludową oraz ruchem robotniczym w ramach tak zwanej „dekomunizacji”.

Edward Gierek pozostaje w pamięci polskiego społeczeństwa jako ten, który podczas dekady swoich rządów przyczynił się do ogromnego rozwoju technologicznego kraju oraz zamożności jego mieszkańców. Lata 1970-1980 to czas największego uprzemysłowienia. Powstawały zakłady pracy, kopalnie, drogi szybkiego ruchu, czy nowe połączenia kolejowe. Przemysł nastawiono na zaspokajanie najważniejszych potrzeb konsumpcyjnych ludzi pracy. Poprawiły się również warunki zatrudnienia. Nieznane były zjawiska bezrobocia, bezdomności oraz wykluczenia społecznego. Społeczeństwo zyskało również szeroki dostęp do bezpłatnego szkolnictwa, w tym na poziomie uniwersyteckim. Dekada rządów Gierka została przerwana dopiero przez skutki międzynarodowego kryzysu, które dla kraju takiego jak Polska były wówczas nie do uniknięcia. Pomimo to inwestycje z czasów Gierka przetrwały do okresu restauracji kapitalizmu i zostały zniszczone dopiero przez tak zwane przemiany gospodarcze. Wiele z nich, takich jak centralna magistrala kolejowa ze Śląska na północ Polski, Huta Katowice, osiedla mieszkaniowe, szkoły, czy budynki użyteczności publicznej przetrwało do dzisiaj.

Pomimo wszelkich przeciwności przypominamy o tym oraz kontynuujemy walkę o sprawiedliwość społeczną. KPP pozostaje partią klasową odwołującą się do postulatów ruchu robotniczego. Wiele z naszych ostrzeżeń przed niszczycielskim charakterem kapitalizmu, potwierdziło się. Przestrzegaliśmy przed społecznymi skutkami reform oraz ich ogromnymi kosztami. Dziś, z gorzką satysfakcją, możemy powiedzieć, że mieliśmy rację. Nowe inwestycje nie służą już społeczeństwu, jak za czasów Polski Ludowej, lecz pomnażaniu dochodów kapitalistów. Programy budowy mieszkań zastąpiła spekulacja na rynku mieszkaniowym oraz bezdomność. Obecna Polska jest krajem ogromnych nierówności społecznych, nieznanych w okresie Polski Ludowej.
Dziękujemy za zaproszenie na dzisiejszą uroczystość. Pomimo najszczerszych chęci przedstawiciele kierownictwa KPP nie mogą w niej uczestniczyć. Ma to związek z procesem politycznym jaki wytoczono KPP oraz redakcji partyjnego pisma „Brzask” za rzekome propagowanie totalitaryzmu. Wczoraj odbywało się kolejne posiedzenie sądu w naszej sprawie, dlatego nie byliśmy w stanie dotrzeć dziś do Auby. Ten trwający ponad dwa i pół roku proces jest elementem antykomunistycznej polityki władz oraz narastających represji politycznych.

Pozdrawiamy wszystkich uczestników i uczestniczki dzisiejszej uroczystości. Ze swojej strony zapewniamy, że wytrwamy w walce o sprawiedliwość społeczną i zachowanie pamięci o ludziach takich jak Edward Gierek.

Flaczki tygodnia

Kiedy najwyższa władza partyjno-państwowa przebywa w szpitalu, władze niższej rangi rozjechały się po Polsce kopiując „gospodarskie wizyty” dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Kiedy widzę pana premiera Mateusza Morawieckiego podczas takiej „gospodarskiej wizyty” w Lublinie od razu czuję się młodszy! Jakbym przeniósł się w pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. Prawie taki sam scenariusz spotkań ze społeczeństwem. Pod ścianą biało-czerwone sztandary. Wtedy był jeden, bo gospodarka niedoboru, teraz cały las ich, gęsty jak Puszcza Białowieska przed drzewobójstwem pana ministra Szyszki. Pod sztandarami pan premier na tle złożonym z siedzącej młodzieży. Dorodnej wyselekcjonowanej. Po prawej stronie premiera posadzili dziewczynę młodą i urodziwą, faworyzowaną licznymi najazdami kamer. To młode piękno ma podprogowo wywoływać na pozytywne skojarzenia u męskiej widowni poprzez mrowienie w ich lędźwiach. Zaprzeczać sączonej przez „totalną opozycję” tezie, że na spotkania z elitami PiS przychodzą tylko moherowe babcie.

***

Pan premier mówi podobnie jak sekretarze wojewódzcy w czasach Polski Ludowej. Nie może mówić jak pierwszy sekretarz, bo ten poziom zarezerwowany jest dla pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Aktualnie poważnie chorego na drobną przypadłość kolana.

***

Każde przemówienie pana premiera oparte jest na schemacie samochwalstwa. Podobnego stylem do propagandy sukcesu epoki Edwarda Gierka. Różnica tkwi w tym, że wtedy jeśli mówiono, że się zbuduje to oznaczyło, że inwestycja jest rozpoczęta.
Teraz jest jak z tymi promami morskimi budowanymi w Szczecinie. Dokonano uroczystego poświęcenia stępki, czyli kilu przyszłych promów i na tym skończyło się na razie. Bo nie ma jeszcze szczegółowego projektu przyszłych promów, ani dokładnego kosztorysu. Ani też zebranego grona fachowców, którzy potrafiliby takie promy wybudować. Może kiedyś ściągnie się ich z Ukrainy, albo Korei Północnej. Na dodatek źli ludzie w Szczecinie rozsiewają plotki, że jedną z dwóch stępek ktoś zwyczajnie ukradł.

***

Podobnie jest ze sztandarową, wielką budową kaczyzmu z Centralnym Portem Lotniczym. Jest decyzja najwyższych władz partyjno-państwowych, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak ćwierkają wiewiórki z Sejmu, grono jego pochlebców wmówiło mu, że powinien zostawić po sobie jakąś „Gdynię”. Bo skoro II Rzeczpospolita mogła wybudować od zera nowy port morski i miasto Gdynię, to i IV Rzeczpospolita powinna mieć swój wielki port.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i Gdyni, bo kiedy powstała, żadnego własnego portu morskiego nie miała. Polska Ludowa odzyskała Gdańsk, dodatkowo dostała w rekompensacie Szczecin-Świnoujście, Kołobrzeg, Elbląg i kilka mniejszych. Ale Polska Ludowa w opinii pana premiera Mateusza Morawieckiego jest źródłem zła wszelkiego jeszcze istniejącego w IV RP. Zatem nic dobrego o Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu. O Gdyni trzeba dobrze mówić, ale tylko tej przedwojennej.

***

Kiedy byłem małym chłopcem, to jeszcze w epoce Władysława Gomułki, partyjno-rządowa propaganda obrzydzała „Polskę sanacyjną”, czyli II Rzeczpospolita jak tylko mogła. Nasłuchałem się wtedy o biedzie na wsi, o zapałkach dzielonych na czworo, o bieda szybach. Wszystko to była prawda. Podobnie jak dzisiejsze opowieści, że w Polsce Ludowej w sklepach był na półkach tylko ocet, a milicja mordowała licealistów i „żołnierzy wyklętych”. Tylko, że nie zawsze był tylko ten ocet. I podobnie nie wszyscy chłopi dzielili zapałki. Pamiętam też, że im bardziej obrzydzano nam w szkołach tamtą „sanację”, tym bardziej ona ciekawiła i była podziwiana. Im bardziej dołowano dorobek kulturalny II Rzeczpospolitej tym więcej osób zasiadało w niedzielę przed telewizorami. Kiedy w ramach cyklu „W starym kinie” prezentowano przedwojenne filmy z obrzydzaną „sanacją”.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i miasta Gdyni, bo portu nie miała. IV RP nowego lotniska nie potrzebuje, bo ma ich pod dostatkiem. Rolę dużego portu może spełniać zmodernizowany, rozbudowany duoport Okęcie-Modlin. Polska za to bardzo potrzebuje nowych i zmodernizowanych sieci kolejowych. Dróg i mostów. Potrzebuje ich modernizująca się gospodarka. Potrzebuje ich dowództwo NATO, aby przerzucać amerykańskie wojsko na flankę wschodnią. Wojsko potrzebuje zmodernizowanych lotnisk, mostów, dróg, sieci kolejowej.

***

Deficytowy budżet państwa polskiego nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Unia Europejska nie da na nowe lotnisko, ale może dać na tory kolejowe i drogi. Zatem rządzące teraz „koniokrady” kombinują, że kiedy zaczną budować wielkie lotnisko w środku Polski, to na sieć kolejową i drogową, niezbędną dla funkcjonowania takiego lotniska, może uda im się wyrwać z Unii Europejskiej. Ukradnie się te konie z brukselskiej stajni. A lotnisko zbuduje się za amerykańskie i chińskie kredyty. Bo przecież Centralny Port Lotniczy potrzebny jest jedynie Amerykanom do przerzutu wojsk w razie wojny z Rosją i Chińczykom jako lotnisko tranzytowe dla ich linii lotniczych.

***

Ale przy tym Centralnym Porcie Lotniczym ma być zbudowane też nowe miasto. Imienia Lecha Kaczyńskiego. Zanim ten Lechograd powstanie, to już rząd chce wykupić ziemie na ten cel od mieszkających tam obywateli. Po cenach jak za drogi i lotniska, czyli niższych niż stawki deweloperskie.
Wygląda na to, że młode wilczki z PiS podarują staremu prezesowi CPL i Lechograd, a sami zarobią na spekulacji gruntami. Robiąc w trąbę mieszkańców uznanych za baranów. Ci nawet protestować nie będą, bo wcześniej się ich uroczyście wysiedli.