Ten dziwny blask

Po kilku latach milczenia Eustachy Rylski przypomniał o sobie nową powieścią „Blask”. To antyutopia albo – jak kto woli – polityczna fantazja, w której maluje obraz Polski w końcowym stadium państwowego rozkładu.

 

Niegdysiejszy błyskotliwy debiutant, który swoim tomem dwóch mikropowieści, „Stankiewicz. Powrót” (1984), od razu zdobył markę przedniego pisarza, najwyraźniej pozostaje w kręgu mrocznej aury powieści Dostojewskiego. W swoich pierwszych powieściach, których akcja toczyła się w okresie wojny domowej w młodej Rosji radzieckiej, bohaterom nadał cechy awanturników. Przedstawił studium narodzin zła, nieuniknionej katastrofy moralnej ludzi wykorzenionych, bez ojczyzny. Jego bohaterowie z własnego wyboru wpadali w potrzask historii, a w zwierzęcym instynkcie zabijania topili poczucie przegranego życia. W najnowszej powieści (gdzie nie brakuje epizodycznie pojawiających się awanturników) skupia uwagę na procesie rozpadu, na obezwładniającej głównych bohaterów bierności. Bada więc brzeg przeciwny – niegdysiejszą nadmierną aktywność zastępuje martwotą. Dawny Raskolnikow staje się Obłomowem.

Chociaż nie jest to powieść z kluczem, nieuchronnie kojarzy się z obrazem Polski współczesnej, targanej ostrymi konfliktami i ulegającej procesowi autodestrukcji. Swego rodzaju antidotum na rzeczywistość ma stać się powstające w odległym zakątku kraju dzieło „Blask”, nowa epopeja – obietnica niewzruszonego piękna i ładu.

W powieści Rylskiego rządzi, a właściwie panuje niejaki Don, człowiek idealnie nijaki, pozbawiony formalnych atrybutów władzy. To on popchnął kraj na trajektorię upadku. Obywatele, żyjący w zasadzie nieźle, nagle uwolnieni od obowiązku posłuszeństwa, wyzwoleni w swoich najgorszych skłonnościach do występku i przemocy, jęli się skupiać w odrażających bandach, przypominających zastępy dziarskich chłopców albo zdegenerowane legiony, wzorowane na tych rzymskich.

„Powszechna przemoc – pisze Rylski – wobec słabości, delikatności, odmienności, bezbronności była rdzeniem tego zła, jakie w tym pięknym pobłogosławionym przez Boga kraju się rozpanoszyło. To że żaden obywatel nie pozostanie bez swojej ofiary, że jeżeli jej nie znajdzie, państwo mu ją zagwarantuje z definicji, by nie czuł się w tym względzie opuszczony, była uświęconą prawdą, na której zbudowano tę Arkę Przymierza między obecnymi a przyszłymi czasy”. Rozpoczęła się więc walka wszystkich przeciw wszystkim, a pozorne podporządkowanie kraju Centrali stawało się coraz większą hipotezą, państwem teoretycznym. Roje rozmaitej maści karierowiczów, przestępcze mafie, tajne służby trawione gangreną korupcji nie były już zdolne utrzymać resztek rozpadających się struktur w jakim takim ładzie. Erozji uległa nie tylko władza, ale także natura uginająca się pod ciężarem postępującej dewastacji. Także wszechmocny Don, który obiecał ludowi blask, poczuł się znużony i znudzony własnym dziełem. Odsunął się na ubocze, ukrył w jakimś podrzędnym pensjonacie o kiczowatej nazwie „Wrzos” na obrzeżach kraju, wśród resztek lasów i rzek, których jeszcze nie zamieniono w porębę i ściek. Przebywa tu w towarzystwie swego najbliższego doradcy profesora Grabowskiego, zwanego Gaponią, a to z powodu permanentnej skłonności do gapienia się.
Zniknięcie przywódcy nie sprawia większego wrażenia, zwłaszcza że Don począł zanikać – w dosłownym znaczeniu tego słowa – tracił swoje kontury, kształt, aż wreszcie rozpłynął się w niebycie. Zanikał wówczas, gdy już stał się zbędny. Zmniejszano mu stopniowo (niczym staremu królowi Lirowi) ochronę, służbę, środki utrzymania. Ale wkrótce jego nieobecność pogrążyła kraj w jeszcze większym chaosie i dezorientacji.

W pensjonacie „Wrzos” pozostaje tylko Gaponia, właściwie przez nikogo nieodwiedzany. U jego boku trwa obrotny szofer, który z niejednego pieca jadł i czeka swojej chwili, aby pochwycić należny mu kawałek władzy i dziewczyna, sprowadzona jeszcze za życia Dona jako płatna dziewka. Gaponia trawi czas na lekturze „Zapisków myśliwego” Iwana Turgieniewa. Czyta je po cichu, ale także czyta na głos domownikom pensjonatu. Nie bierze do rąk innych książek, których w pensjonacie nie brakuje. To nie może być przypadek.

Dlaczego wybór pada właśnie na ten zbiór opowiadań Turgieniewa z roku 1852, będący forpocztą zniesienia poddaństwa w imperium rosyjskim. Jednak trudno przypuszczać, aby to był motyw przesądzający o włożeniu „Zapisków myśliwego” w ręce głównego bohatera powieści. To raczej tchnący z ich kart powiew pochwały natury, trwającej w swoim niepodważalnym majestacie. W czasach destrukcji więzi społecznych i degradacji natury, odwołanie do obrazu trwającego w swej doskonałości piękna pełni rolę odtrutki. Jest w tym niewypowiedziane wprost przekonanie, że tylko wielka sztuka, wielka literatura są w stanie ocalić świat.

Niebywałą rolę w zbiorze Turgieniewa pełnią opisy przyrody: bujne, pełne ekspresji, niebanalne, w które zaangażowane bywają wszystkie zmysły. Turgieniew z równą biegłością oddaje zmienne kolory krajobrazu i wtedy jest niezrównanym pejzażystą, jak i zapachy, czy dźwięki, zwłaszcza wydawane przez ptactwo, ale także wiatr czy plusk rzeki, opisy pieśni i ich majsterskiego wykonania (wielkie wrażenie czyni zapis konkursu śpiewaczego w karczmie w Kołotowce – opowiadanie „Śpiewacy”), smaki potraw, zapachy pól i lasów. Ta niezwykła umiejętność nadaje opowiadaniom barwę, brzmienie i smak – w każdym bez mała opowiadaniu, poniekąd podsumowane w ostatnim tekście zbioru, „Las i step”, w którym pisarz oddaje należne piękno krajobrazu o każdej porze roku, od jesieni po wiosnę.

Ale tchnienie piękna przyrody ogarnia całość tego zbioru. Dość zacytować początkowy fragment opowiadania „Bieżyńska łąka”: „Był piękny lipcowy dzień, jeden z tych, jakie bywają tylko wtedy, gdy pogoda ustali się na dobre. Od najwcześniejszego ranka niebo jest jasne, zorza poranna nie płonie na podobieństwo pożaru, lecz rozlewa się łagodnym rumieńcem. Słońce nie jest ogniste ani rozżarzone jak w czasie upalnej posuchy, ani mętne i purpurowe jak przed burzą, lecz jasne i radośnie promieniste – spokojnie wynurza się zza wąskiej, długiej chmurki, jaśnieje rześkim blaskiem i pogrąża się we fioletowej mgle. Górny, wąski brzeg wydłużonego obłoczka pokrywa się lśniącymi wężykami; blask ich przypomina połysk litego srebra…” [tłum. Leonard Podhorski-Okołów]. A co? Powiało „Panem Tadeuszem”? Nie przebija z tych opisów dosłownie „blask”, przeniesiony do tytułu powieści Rylskiego? To, jak się zdaje, sposób na wywikłanie się z nastroju bezbrzeżnego pesymizmu tej powieści.

Rylski nie ustaje bowiem w poszukiwaniu jakiegoś punktu odniesienia, jakiegoś modelu istnienia, względnie trwałego (choć wiemy, że zmiennego – przyrodę też potrafimy nieźle maltretować, nie gorzej niż ludzi), do którego można się odwołać w chwili trwogi. Tak czyni Gaponia, potem zmuszony jednak okolicznościami do obcej mu aktywności, do odegrania pewnej roli w choćby pozornej naprawie państwa po katastrofie. I zapłaci za to najwyższą cenę.

To nie jest powieść, której lektura sprawia radość – bywa przeciwnie: odstręcza. Czasem narracja wikła się w jakieś niezwykle skomplikowane opowieści o strukturach hipotetycznej władzy, o podrzędnych jatkach politycznych i pseudodemokratycznych przepychankach. A mimo to powieść Ryskiego nie daje spokoju. Wyposażona w dziwną siłę przyciągania i odpychania zmusza do wertowania od deski do deski.

Pisarz najwyraźniej przestrzega czytelników przed nadmiernym optymizmem, który mogłyby wzniecić „Zapiski myśliwego”. W „Epilogu” pojawi się sugestywna scena z maluchem, potomkiem Gaponi, który zagapia się jak ojciec. Maluch postrzega wysoko w niebie blask. Może to być obietnica lepszego życia. Ale może to być blask uwodzicielski, który osłania trwającą na posterunku niegodziwość.

 

Eustachy Rylski – „Blask”, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018, str. 376, ISBN 978-83-803225-5-4.