Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.

Nie będzie fortu

Podkreślanie miłości do Stanów Zjednoczonych przy każdej okazji nic nie dało – polski rząd i tak nie doczeka się stałej amerykańskiej bazy na swoim terytorium. A jeśli będzie narzekał, to sojusznik odgrzeje temat odszkodowań za mienie żydowskie.

W ubiegłym roku prezydent Andrzej Duda przekonywał, że odniósł w Białym Domu ogromny sukces, przekonując Donalda Trumpa do otwarcia w Polsce stałej bazy US Army, na koszt Warszawy. W styczniu minister obrony Mariusz Błaszczak twierdził, że amerykański sekretarz obrony Patrick Shanahan jest entuzjastą pomysłu i start przygotowań do otwarcia bazy to kwestia czasu. Potem była konferencja antyirańska na amerykańskie zlecenie, po której – to już zdanie samego premiera – weszliśmy do dyplomatycznej pierwszej ligi i przypieczętowaliśmy przyjaźń z USA. Chyba jednak niezupełnie.
Z materiału opublikowanego przez „Gazetę Wyborczą” wynika, że MON już w ubiegłym tygodniu dowiedział się, iż Polska nie ma szans na stałą obecność Amerykanów na swoim terytorium. USA nie chce również, by polscy politycy posługiwali się nazwą Fort Trump.
„Najlepszy sojusznik” dostanie co najwyżej możliwość udziału we wspólnych szkoleniach, większe magazyny sprzętu na terenie Polski i nieznaczne zwiększenie obecności żołnierzy, też nie wiadomo, czy na stałe. Pentagon postanowił zmniejszyć koszty wschodniej flanki NATO o 600 mln dolarów. Uznano, że bardziej opłaca się inwestować w odstraszanie Chin, wojska cybernetyczne, postęp technologii wojskowych.
Ku ogromnemu rozczarowaniu polskich polityków Warszawa nie będzie nawet liderem na liście odbiorców pomocy wojskowej USA w regionie – jeśli na kierunek polski Pentagon zarezerwował 232 mln dolarów, to już na wspieranie Ukrainy o 18 mln więcej.
W połowie marca do Warszawy przyleci John Rood, zastępca sekretarza obrony USA. Jak dowiedziała się „Gazeta Wyborcza”, nie tylko przedstawi on oficjalnie dalsze plany współpracy wojskowej, ale też będzie oczekiwał, że Polska opowie o nich jako o wielkim sukcesie. Bo jeśli nie, Waszyngton zamierza odgrzać temat restytucji mienia żydowskiego.
– A może czas zbudować politykę bezpieczeństwa, która nie będzie polegać na woli innych państw? – pyta na Twitterze komentator VisegradInsight, portalu specjalizującego się w sprawach Europy Środkowej, Marcin Zaborowski.

Głos lewicy

Minimum godnego życia

Występując w debacie „Dochód minimalny w sprawiedliwej Europie: prawo obywateli” wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Bogusław Liberadzki powiedział: – Jestem zaskoczony przebiegiem tej debaty, niektórzy mówią o rynku, o płacy minimalnej, czy też o sprawiedliwości. A my mówimy o ludzkiej godności i to jest przedmiot naszej debaty. Ludzka godność, czyli Ci którzy z różnych powodów: losowych, życiowych, czy też kalectwa – nie są w stanie uzyskiwać dochodów z pracy i mamy im powiedzieć, że mają zostać pod tym przysłowiowym mostem. Czy wydatki typu: jedzenie, mieszkanie, odzież, mogą zostać z tego minimalnego dochodu pokryć? Wydaje się, że ten minimalny dochód to minimum godności może spełnić.

Rozumiem, że mamy zadanie wspólne – poziom Europejski to są reguły oraz zasady, a poziom krajowy i narodowy to będzie kwota. Inna jest przecież wartość 1 euro w Luksemburgu i w Bułgarii.

Myślę, że razem możemy ten problem rozwiązać.

 

Płacić za „Fort Trump”?

– To jest sytuacja przedziwna, dlatego, że nie do końca rozumiem za co Polska miałaby płacić. Rozumiem, że w rachubę nie wchodzą wydatki osobowe, że żołnierze Stanów Zjednoczonych otrzymują swoje pensje i świadczenia z budżetu USA. Koszty pobytu ponoszą amerykanie. Dopuszczam tylko taką możliwość, że Polska finansowałaby lub współfinansowałaby utworzenie materialnej bazy, może trzeba byłoby wybudować nowe koszary, być może jakąś szkołę dla dzieci tych żołnierzy. Dzisiaj Amerykanie, którzy są w Polsce – ponieważ tu ciągle stacjonują żołnierze USA – przeważnie są tu 6 lub 9 miesięcy. To jest pobyt o charakterze rotacyjnym, co oznacza, że żołnierze są tutaj sami bez swoich rodzin. Stała baza oznacza, że żołnierze przyjeżdżają z żonami oraz dziećmi i to rzeczywiście wymaga stworzenia zaplecza. Być może Polska musiałaby ponosić tego koszty, ale ja się patrzę na to dosyć spokojnie, ponieważ budowa dzisiaj jakieś szkoły, czy też koszarów na potrzeby żołnierzy Stanów Zjednoczonych, w praktyce znaczy, że ta szkoła i koszary jest na terytorium Polski i na nim pozostanie – powiedział europoseł Janusz Zemke w wywiadzie opublikowanym na portalu interia.pl.

 

Przemiana nie rewolucja

Nie jesteśmy za rewolucją, bo rewolucjoniści gdy tylko dostaną kawałek władzy próbują narzucić swój punkt widzenia społeczeństwu, które w swych poglądach zwykle za nimi „nie nadąża”.
Jesteśmy za przemianą społeczną, która polega na tym, że w trakcie walki ze starym systemem w ludziach rodzi się potrzeba nowego ustroju i nowe wartości. Wtedy przemiana jest oddolna i dobrowolna a nie narzucona – napisał na swoim profilu na Facebooku lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej Piotr Ikonowicz.

 

Elity pochodzenia

Taśma z Morawieckim pokazuje dlaczego dla mnie, na takim emocjonalnym poziomie, bardziej istotny niż podział prawica-lewica jest podział związany z pochodzeniem. Okazuje się, że Morawiecki, Bieńkowska czy Belka – mimo że wywodzą się z innych obozów politycznych i na użytek publiczny mówią co innego – w chwili prawdy myślą o społeczeństwie w niemal identyczny, wielkopański sposób. Dowiadujemy się, że trzeba obniżyć aspiracje ludu, który ma zasuwać za miskę ryżu (Morawiecki), że za 6 tysięcy miesięcznie pracuje tylko idiota albo złodziej (Bieńkowska), albo zapoznajemy się z całkowicie odczłowieczonym postrzeganiem gospodarki (Belka) – komentuje na swoim profilu fejsbukowym lewicowy publicysta Łukasz Moll.

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.

Szczególne jak zachowanie psa

Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny za jakiś czas – i to pewnie niedługi – wypadnie powiedzieć sobie „i po co nam to było”. A właściwa odpowiedź na nie będzie brzmiała: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 

O wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie napisano już wiele. Od apologetycznych peanów w mediach publicznych, poprzez umiarkowane peany innych mediów mainstreamu – bo przecież „szczególne relacje” jakie Polska ma jakoby z USA są bożyszczem tak PiS, liberałów jak i części lewicy – aż do komentarzy z radykalnie lewej strony – krytycznych i prześmiewczych. Nie ma sensu więc powtarzać tego wszystkiego tutaj i zastanawiać się, czy dopuszczenie do biurka Donalda Trumpa to zaszczyt wielki, czy tylko umiarkowany.

Nie ma co też zastanawiać się nad pustosłowiem podpisanej umowy, której polska dyplomacja wychwala jako epokowy sukces, usiłując przekonać nas, że stanowi ona podstawę do jakiejś współpracy i dlatego to nie ma w niej konkretów (skądinąd poza zobowiązaniem Polski do zwiększania wydatków na zbrojenia).

Nie ma też co komentować, że otrąbiony już wcześniej „wielki sukces” prezydenta Dudy sprowadził się do potwierdzenia tego, o czym mówiło się już dawno. Do potwierdzenia, że Polska w imię niechęci do gazu rosyjskiego, pod hasłem „uniezależnianie się Rosji”, będzie kupować znacznie droższy skroplony gaz amerykański – i nadaremnie walczyć z „Nord Stream 2”, którego sam Trump nie myśli obkładać sankcjami, co wskazuje, że i tu wysuwamy się przed szereg. Ale to, co było przebąkiwane już wcześniej, że Polska miałaby zapłacić za stworzenie amerykańskiej bazy – to jednak pewnego komentarza wymaga.

Abstrahujmy od pytania, czy baza taka (czy w ogóle zwiększanie amerykańskiej obecności wojskowej na „wschodniej flance”) jest Polsce potrzebna – bo ten temat wielokrotnie był analizowany – i czy konieczna była czołobitna propozycja jej nazwy – „Fort Trump”, bo tu chodzimy na teren groteski. A już nad sprawą kosztów warto się zastanowić. W mediach pojawiała kwota 2 mld. dolarów, czemu MON zaprzecza, ustami ministra Mariusza Błaszczaka twierdzącego, że o kosztach nie mówiono. Choć trudno mu do końca wierzyć, bo pojawiły się też sugestie że mówiono, a nawet, że pojawiała się jakaś większa kwota. Ale czy Polska nie mogłaby wydać tych pieniędzy na coś bardziej praktycznego i potrzebnego? Przypominanie, że „niektóre kraje” płacą Amerykanom za obecność ich wojsk jest wielce mylące, bo przykład ten to Korea Południowa. Od kilku miesięcy postępuje na Półwyspie Koreańskim odwilż, ale przypomnijmy – mowa o kraju, który nadal formalnie jest w stanie wojny ze swoim sąsiadem. Polska – szczęśliwie nie jest w podobnej sytuacji. Nie mówiąc też o tym, że jak kwitnienie przyjaźni między prezydentem Mun Dze Inem a przewodniczącym Kim Dzong Unem postąpi dalej, to może być i tak, że Seul te wydatki może uznać za bezzasadne.

Rzecz najpoważniejsza leży jednak w samej zasadzie i momencie, kiedy sprawa ta się pojawiła.

Dorobiona do tego jest ideologia w myśl zasady, że naczelną racją polskiej polityki wojskowej ma być strach przed jakoby zagrażającej Polsce, agresywnej Rosji. Konsekwentnie przez ostatnie lata wpajano nam przekonanie, że takie zagrożenie istnieje, i robiły to praktycznie wszystkie opcje polityczne. Należy jednak zwrócić uwagę, że Rosja – Rosją, ale że przede wszystkim jednak jest to akt wrogi w stosunku do europejskich sojuszników z NATO.

W obrębie Sojuszu Północnoatlantyckiego toczy się ostra dyskusja o tym, czy zwiększać budżety obronne (do czego większość europejskich państw z Niemcami na czele wcale się nie pali) i czy europejscy członkowie NATO mają płacić Amerykanom za obronę. Różnice zdań w tych sprawach omal nie doprowadziły do fiaska ostatniego szczytu Sojuszu Brukseli w lipcu 2018 r. Zapobiegła temu prawdopodobnie tylko świadomość faktu, że zaraz po nim Donald Trump miał spotykać się z Władimirem Putinem i uznano, że wobec tego może lepiej zminimalizować wrażenie rysującego się poważnego pęknięcia. Teraz jednak Polska, schlebiając swoim antyrosyjskim fobiom, uznała że Niemcom i Francji należy pokazać figę. I jeszcze za to zapłacić. A skoro jakoby polska doktryna zakłada, że NATO ma nas przed czymś bronić, to czy rozbijactwo tego rodzaju jest najlepszą drogą do jego wzmacniania? W imię wspierania koncepcji, że NATO ma być sterowane za pomocą amerykańskiego dyktatu.

Donald Trump nie gra może na rozbicie NATO, bo w końcu to jednak instrument amerykańskiej polityki w Europie, ale na rozbicie Unii Europejskiej – jak najbardziej. I tym ruchem do jego gry Polska przyłożyła rękę. Za co nam pewnie bliżsi sąsiedzi nie raz podziękują. Czy zatem naprawdę konieczne było i tego, kolejnego kroku, za pomocą którego jeszcze bardziej Polska staje się wyizolowana w swoim otoczeniu?

Polscy politycy i decydenci polityki zagranicznej uwielbiają się chełpić jakimiś domniemanym „szczególnymi relacjami” z USA. Jak ta szczególność się przedstawia – w to już nikt nie wchodzi. Starczy że ktoś w Waszyngtonie powie kilka słów zachęty, pogłaszcze po główce i „szczególność” relacji już jest. Jednak w relacjach dwustronnych między Warszawą a Waszyngtonem jest sprawa, którą można uznać za rodzaj papierka lakmusowego do ich oceniania. I o niej trzeba na koniec powiedzieć. Ta sprawa nazywa się wizy.

W czasie różnych poprzednich spotkań na najwyższym szczeblu słowo to pojawiało się, a kolejni amerykańscy prezydenci składali przynajmniej jakieś nieszczere i nigdy nie spełnione obietnice. Prezydentowi Dudzie prezydent Trump nie raczył uczynić i takiego gestu. Słowo „wizy” nawet się nie pojawiło. Co pokazuje dobitnie, że szczególność polskich relacji z Ameryką jest mniej więcej taka, jak szczególne było zachowanie psa w sławetnym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

I nie ma co tu bić piany, jakoby w relacjach między prezydentami była jakakolwiek chemia.