Moskwa, Paryż, Berlin

„Macron wyciąga rękę do Moskwy” – komentuje francuska prasa roboczą wizytę prezydenta Federacji Rosyjskiej we Francji. Nie tak dawno niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas zasugerował, że obywatele Rosji powinni móc wjeżdżać do strefy Schengen bez wiz. W Warszawie natomiast wszelkie sygnały ocieplenia między zachodnioeuropejskimi stolicami a Moskwą przyjmowane są ze zgrozą. Próżno jednak szukać refleksji, że może czas zrewidować i polską politykę wschodnią.

Paryż i Moskwa muszą współpracować, aby zbliżyć stanowiska Rosji i Europy, pomimo różnic – takie przesłanie usłyszeli obecni na wspólnej konferencji prasowej prezydentów Emanuela Macrona i Władimira Putina w Forcie Brégançon. Rosja jest „europejska” i „należy odbudować system wzajemnego zaufania z nią” – to słowa prezydenta Francji, który jeszcze niedawno wskazywał na domniemany „rosyjski trop” ukryty za protestami „żółtych kamizelek”.
Rozmowa obu przywódców, odbywająca się – najwyraźniej nieprzypadkowo – na kilka dni przed szczytem G7 w Biarritz (odbędzie się on 24-26 sierpnia) dotyczyła całe spektrum tematów – od sprawy Iranu, poprzez Syrię i Libię po Ukrainę po sprawę wypowiedzianego przez Stany Zjednoczone traktatu zakazującego rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) oraz konieczności przedłużenia traktatu o broniach strategicznych START 3 i problem militaryzacji okołoziemskiej przestrzeni kosmicznej. Rzecz jasna – nie sposób oczekiwać, że jedno spotkanie doprowadzi do pełnych uzgodnień we wszystkich tych sprawach, jednak jest to bez wątpienia kolejny sygnał świadczący o tym, że Europa jest znużona przedłużającą się izolacją Rosji, a prezydent Macron wyraźnie widzi dla siebie rolę postillon d’amour tego procesu. Po zakończeniu trwającego prawie 4 godziny spotkania odbywającego się za zamkniętymi prezydent Francji był jeszcze bardziej entuzjastyczny, oznajmiając, że Rosję „czeka europejska przyszłość”: „Jestem przekonany, że przyszłość Rosji jest całkowicie europejska. Wierzymy w taką Europę, która rozciąga się od Lizbony do Władywostoku” – napisał na Twitterze.
Istotnym sygnałem była też sugestia rysowania się stopniowego powrotu Rosji do G7, z której (wówczas G8) została wykluczona po aneksji Krymu – pojawiła się mianowicie sugestia, że grupa (wprawdzie bez formalnego zmieniania nazwy i ogłaszania rozszerzenia) mogłaby się właśnie spotkać w Rosji, która by wystąpiła w roli gospodarza.
Nie znaczy to, żeby nie pojawiły się w wypowiedziach zgrzyty – dotyczące porównań między protestami w Rosji w związku z wyborami samorządowymi a ruchem żółtych kamizelek”, ale nie ulega wątpliwości, że było to najcieplejsze spośród siedmiu spotkań jakie odbyli ze sobą Macron i Putin.
Prezydent Macron rozgrywa swoje zaangażowanie w zbliżenie europejsko-rosyjskie wykorzystując osłabienie dwu pozostałych głównych stolic europejskich – Londynu skoncentrowanego na brexicie i coraz mocniej okopującego się na pozycjach transatlantyckich i Berlina, ale nie można mu odmówić wyczucia chwili i rozpoznania potrzeb i zainteresowań – po obu stronach.
Wszystkie te sygnały coraz dobitniej świadczą, że pozycja Warszawy w Europie staje się coraz bardziej izolowana, a tezy wygłaszane przez polskich polityków o ciągłym zagrożeniu ze strony Moskwy brzmią coraz bardziej groteskowo.

Wiralne zdjęcie G7

Zdjęcie zrobił Jesco Denzel, niemiecki fotograf nagrodzony kiedyś w World Press Photo, dziś wyspecjalizowany w zdjęciach i portretach oficjalnych. Do portali społecznościowych wrzucił je rzecznik kanclerz Angeli Merkel: szybko było masowo udostępniane, komentowane i przerabiane. Trump, który na nim wygląda sam przeciw wszystkim, zwalił winę za fasko szczytu G7 na Europę i Kanadę, opieprzając wszystkich na Twitterze.

 

W zamyśle kanclerskiej kancelarii w Berlinie, zdjęcie pokazuje zdecydowanie Angeli Merkel, która jakby nawet strofowała Trumpa, a cały świat stoi nad nim jak nad chorym. Odezwały się głosy, że fotografia jest „wielkim zwycięstwem niemieckiej komunikacji politycznej”, jak pisze Der Spiegel . Ale okazało się, że są liczne interpretacje zdjęcia, wskazujące, że jest odwrotnie: to Trump tu wygrywa.

„1-0 dla amerykańskiego prezydenta” – uważa Elisabeth Wehling, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii: „Trump siedzi, podczas gdy inni stoją, jak wokół władcy. (…) Prezydent ma potwierdzenie swego autorytetu na szczeblu światowym”. Na zdjęciu można zresztą zauważyć, że Trump właściwie ignoruje zwracającą się doń Merkel, słucha Macrona.

John Bolton, doradca Trumpa od bezpieczeństwa narodowego, który na zdjęciu stoi przy nim, tweetował, że „Ameryka to nie bank. Prezydent jasno im powiedział, że to koniec”. Ale prawdziwą serię tweetów wystrzelił po wyjściu z G7 sam Trump, dając do zrozumienia, że Stany Zjednoczone są obrażone.

Nawrzucał krajom europejskim, że mają nienormalne nadwyżki w handlu z jego krajem, podczas gdy zwykli Amerykanie biednieją, że niewdzięcznicy nie wydają na zbrojenia tyle, ile chcą Stany Zjednoczone. Używał wykrzykników, by podkreślić, że to się radykalnie musi zmienić. Przed wyjazdem do Singapuru, gdzie ma spotkać lidera Korei Północnej Kim Dzong-una, rzucił „Przykro mi, ale nie możemy pozwolić przyjaciołom, czy nieprzyjaciołom, na górowanie nad nami w handlu.” Północnoatlantycka wojna handlowa między Stanami a Europą jest polityczną nowością, która martwi wiele rządowych gabinetów.