Chorzy na neoliberalizm

Na własnej skórze przekonałem się, że Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) to prawdziwe zagłębie wyzysku – pisze do nas pracownik uniwersyteckiego szpitala. Publikujemy jego list.

Uniwersytet i prowadzony przy nim szpital same wymagają poważnej kuracji. Na początek – wyplenienia objawów neoliberalnego wirusa, jakim jest powierzanie firmom zewnętrznym odpowiedzialności za niektóre prace, bez których szpital nie może funkcjonować.
Goniec w szpitalu to osoba, która wozi pacjentów na wózkach i łóżkach, chodzi z dokumentami, lekami, jednostkami krwi i próbkami do laboratorium itd. Każdego dnia pokonuje kilkanaście kilometrów. W GUMedzie pracuje bez etatu i nawet nie będąc formalnie pracownikiem szpitala.
6 lutego zacząłem w GUMedzie pracę właśnie w charakterze gońca, zatrudniony przez firmę zewnętrzną DGP na umowie-zlecenie. Stawka: 14,70 zł brutto za godzinę. DGP to firma działająca na terenie całej Polski, zajmująca się obsługą różnych obiektów. Niegdyś stanowiła trzon firmy Impel. GUMed obsługuje od około 5 lat. Przejęła sanitariuszy wcześniej zatrudnianych na umowie o pracę przez szpital.
Początkowo umieszczono mnie na dyspozytorni, gdzie oprócz wykonywania czynności gońca należało również odbierać telefony z różnych oddziałów i innych miejsc z terenu szpitala oraz przyjmować zlecenie bądź przekazywać je odpowiednim osobom. Na dyspozytorni siedziały 2 osoby: osoba odpowiedzialna za telefony i goniec. Potem kierowano mnie na różne oddziały w zależności od tego, gdzie akurat nie było gońców. Codziennie musiałem poznawać specyfikę kolejnego oddziału, a każdy rządzi się swoimi prawami.

Byłem, można powiedzieć, gońcem rezerwowym.

Zdarzało się, że przychodziłem do pracy tylko po to, by zaraz wrócić do domu, bo brygadzistki uznały, że mają wystarczającą liczbę gońców. Wówczas mi nie płacono. Trzymano mnie w niepewności. Zastanawiałem się, czy i kiedy otrzymam umowę o pracę, którą, jak obiecano, miałem dostać 17 marca. Umowy nie było, tymczasem poinformowano mnie, że od 18 do 22 marca będę potrzebny na dyspozytorni. Miała to być pewna gwarancja, że dostanę umowę o pracę. Podobno to tylko kwestia czasu, bo kadry musiały ją przygotować… Faktem jednak jest, że od 18 marca w zasadzie pracowałem na czarno. I nie byłem jedyny.
Gdy upominałem się o umowę, odsyłano mnie od brygadzistek do kadr i z powrotem. Tłumaczono, że nie mają jak mnie przypisać do któregoś z oddziałów i nie wiedzą, czy dadzą mi umowę-zlecenie czy o pracę. Równocześnie nadal przychodziłem do pracy jako rezerwowy, w zastępstwie. Czasem czekałem godzinę, po której odsyłano mnie do domu. Oczywiście żadne wynagrodzenie za ten czas się nie należało.
W końcu usłyszałem: dostanę umowę o pracę, ale muszę najpierw zrobić kurs na sanitariusza.
Oczywiście nie za darmo – przeszkolenie będzie kosztowało 640 zł, opłata zostanie potrącona z pensji w ratach rozłożonych na 10 miesięcy. Jest to niezgodne z prawem pracy, mimo to, po dniu zastanowienia się, zgodziłem się. W kolejnych dniach dano wszystkim gońcom do zrozumienia, że kurs jest warunkiem niezbędnym, by zacząć pracować na umowie o pracę. Zaproponowano warianty: 1) za darmo, ale umowa lojalnościowa na 4 lata (potem firma „zeszła” do dwóch), 2) 640 zł od razu, 3) 640 zł rozłożone na 10 miesięcy. Taka oferta bardzo gońców nie pocieszyła. Do tego kurs miał odbyć się w kwietniu. Nie odbył się. Nie mamy do dziś o nim jakichkolwiek nowych informacji.
Składając następnie wniosek o zatrudnienie, poprosiłem o skierowanie na badania sanitarno-epidemiologiczne, co jest wymagane do umowy o pracę. Powiedziano mi, że przygotowana jest dla mnie umowa-zlecenie… Skierowania nie dostałem. Zapewne dlatego, że te badania wiązałyby się z kosztami dla firmy DGP. Brak badań, co oczywiste, naraża zdrowie pacjentów i pracowników szpitala. W kadrach DGP w dodatku dowiedziałem się, że skierowanie mógłbym dostać… po zaliczonym kursie na sanitariusza. Tym samym, o którym ciągle nic nie wiadomo.
Podtrzymywana była wciąż aura wiecznej niepewności, charakterystyczna dla „realnego neoliberalizmu”. I nagle na początku kwietnia – telefon! Mam podpisać umowę. Przyszedłem do pokoju brygadzistek, gdzie wręczono mi umowę-zlecenie. Podpisałem, zgrzytając zębami, przede wszystkim dlatego, by zapłacono mi za wypracowane godziny.
11 kwietnia sprawdziłem stan konta. Za marzec dostałem niecałe 1400 zł, choć pracowałem ponad 160 godzin.
Po długich wyjaśnieniach brygadzistki wyliczyły mi 137 godzin. Przy okazji wyszło na jaw, że na jednym z oddziałów pracowałem po 12 godzin dziennie, choć miałem wychodzić po 11. Brygadzistka, która już zwolniła się z tej pracy, źle mnie poinformowała. Co z pozostałymi 24 godzinami? Nikt mi ich nie wpisał do grafiku. Wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie, kiedy pracowałem na jakim oddziale. Ale moje prywatne notatki uznano za niemiarodajne. Brygadzistka odpowiedzialna za tamten oddział zmieniła już pracę. Oddziałowe nie prowadzą żadnej dokumentacji pracy gońców, skoro ci są pracownikami firmy zewnętrznej. Jako że ta również nie prowadzi żadnego rejestru, jedynym potwierdzeniem mogłyby być pokwitowania z apteki lub magazynu medycznego.
Ostatecznie uznano mój „wniosek o wypłatę”. Z tym, że zapłatę dostanę dopiero w następnym miesiącu. W dodatku za te 24 godziny będzie „sprawiedliwie” potrącone gońcowi, który na danym oddziale pracuje na stałe, gdyż, jak uznał pracodawca, ten „nie śmiał się przyznać do tego, że miał 3 dni wolnego zawczasu”. Kasa ma się zgadzać, firma nie może wydać na pracowników za dużo. Za to „przypadkowe błędy” i niechlujna księgowość” po stronie DGP zdarza się dość często. Są też przypadki gorsze, jak znana mi historia kierowcy z orzeczeniem o niepełnosprawności, na którym wymuszano nadgodziny, a następne „źle podliczano” realny czas pracy przy wypłacie. Bardzo często kierownictwo firmy korzysta zresztą z niewiedzy niepełnosprawnych odnośnie przysługujących im uprawnień, czyli m.in. z prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy/35h tygodnia pracy. Jest to po prostu okradanie tych osób z pięciu godzin pracy w tygodniu, choć już się na nich zyskało – dzięki refundacji PFRON to faktycznie darmowa siła robocza.
Wiele do życzenia pozostawia również stan pojazdów, służących do transportu materiałów na terenie uniwersytetu, którymi dysponuje firma DGP.

Pracownicy mówią o nich „trupy omyłkowo nazwane pojazdami”.

Są one faktycznie zagrożeniem dla osób poruszających się nimi, innych uczestników ruchu, pacjentów i personelu. Praktycznie każdy ma problem z hamulcami: w jednym nie działa ręczny, w innym hamulce są w kiepskim stanie, w trzecim są prawie niesprawne. Tym trzecim musiał jechać jeden z kierowców, chociaż zgłaszał problem brygadzistce i kierownikowi. Polecono mu jechać mimo wszystko, bo innych pojazdów nie było. Poruszał się więc z prędkością maksymalnie 30km/h, żeby nie spowodować wypadku. Dostał reprymendę za to, że… wolno realizuje zlecenia.
Wśród pracowników podległych DGP są sanitariusze wcześniej zatrudnieni bezpośrednio przez szpital. Są lepiej traktowani niż gońcy, choć zajmują się praktycznie tym samym. Co ważne, nie przeszkadza im to z gońcami się solidaryzować.
Czasy przed outsourcingiem wspominają z sentymentem.
W kontekście służby zdrowia domagano się większych pensji dla pielęgniarek czy lekarzy-rezydentów. Mało kto pamiętał o grupach, których sytuacja jest jeszcze gorsza.
GUMed z całą pewnością nie jest jedynym miejscem, gdzie panują takie porządki. Wniosek może być jeden – potrzeba radykalnego uspołecznienia służby zdrowia i zerwania z „realnym neoliberalizmem”, jaki tam panuje. Sektor publiczny powinien być całkowicie oczyszczony z kapitalistycznych pośredników i praktyki zlecania konkretnych zadań firmom zewnętrznym. W służbie zdrowia takie pośrednictwo jest szczególnie niezdrowe.

Katolickie palenie książek

Koszalińska fundacja „SMS z Nieba” zamieściła na Facebooku zdjęcia z wydarzenia, podczas którego spalono stos książek, między innymi z cyklu „Harry’ego Pottera”. Administratorzy strony uzasadnili akt spalenia książek cytatami z Biblii. „Duża liczba uprawiających magię przynosiła swe księgi i paliła je wobec wszystkich” – napisali nad zdjęciami spalonych książek.

Po umieszczeniu wpisu, wielu komentatorów z oburzeniem zareagowało na akcję fundacji. Inicjatywa koszalińskich duchownych spotkała się z zaskakującą wyrozumiałością, a wręcz poparciem części kleru i katolickiej prawicy. W wywiadzie dla bliskiego rządowi portalu wpolityce.pl ksiądz Wojciech Parfianowicz pozytywnie ocenił sens akcji. „Według mnie intencje były dobre, kapłan chciał zwrócić uwagę na to, że magia i okultyzm są szkodliwe dla człowieka” – podkreślił.
Również proboszcz parafii, w której doszło do spalenia książek, ksiądz Jan Kucharski przychylnie odniósł do spalenia książek w obecności dzieci. W wywiadzie dla portalu natemat.pl Kucharski tłumaczył, że „w Dziejach Apostolskich jest napisane, że ludzie składali magiczne przedmioty i wszystko było niszczone. (…) My wiemy co szkodzi, wiemy co nie jest dobre dla wierzących i dlatego taka forma tego wydarzenia, powiedziałbym nawet, że ewangeliczna. Owszem dla jednych może być szokująca, ale ludzie, którzy mają bożego ducha – zrozumieją to”. Jeszcze jaśniej motywy działań stowarzyszenia Kucharski wyjaśnił w komentarzu dla „Gazety Wyborczej”: „Wierni trochę tego poznosili i trzeba było zutylizować”.

Również „Fronda” znalazła usprawiedliwienie dla akcji koszalińskiej fundacji. „Argumentacja na podstawie dosłownych nakazów starotestamentalnych nie może być, naturalnie, uznawana za wystarczającą. Natomiast sam pomysł palenia szkodliwych książek z jednej strony można uznać za ciekawy. To swoisty apel do rodziców, by potraktowali poważnie kościelne ostrzeżenia przed niewłaściwymi lekturami” – czytamy w komentarzu portalu.

Najdalej poszła jednak redakcja opiniotwórczego portalu Polonia Christiana, która umieściła na swoim portalu artykuł o wdzięcznym tytule „Gdańsk: księża spalili ezoteryczne książki i amulety. Lewackie media wpadły w amok”. Zdaniem redakcji „dobór książek i przedmiotów, które uznano za niebezpieczne dla duszy i spalono, może być przedmiotem dyskusji. Bez wątpienia jednak głos kapłana w tej sprawie powinien być dla katolików istotniejszy niż opinie internautów oraz redaktorów „Wyborczej”, naTemat czy Tok FM”. Autorzy tekstu pochwalili akcję koszalińskiej fundacji, porównując ją do… „Indeksu Ksiąg Zakazanych”. „Kościół natomiast – o czym zapominają lub nie chcą pamiętać postępowe redakcje – nie kieruje się w swoich działaniach i nauczaniu niechęcią i wrogością, a miłością. To z niej wynika troska o zbawienie każdego człowieka. Taka jest chociażby geneza oburzającego środowiska lewicowe „Indeksu Ksiąg Zakazanych”” – piszą autorzy tekstu, następnie poświęcając kilka akapitów na ukazanie pozytywnej roli katolickiej cenzury.

Z tej perspektywy działania fundacji „SMS z Nieba” dobrze wpisują się w historię Kościoła. „Widać więc wyraźnie, że pomimo pewnych zmian Kościół cały czas – wypełniając swój Urząd Nauczycielski – ostrzega wiernych przed zgubnymi ideologiami i groźnymi treściami. Skoro zaś duchowni, w tym egzorcyści, ostrzegają przed złym wpływem na dusze pewnych książek i przedmiotów, to działania jakie miały miejsce po niedzielnej Mszy Świętej w parafii NMP Matki Kościoła i Św. Katarzyny Szwedzkiej w Gdańsku stają się zrozumiałe” – konkludują swój tekst redaktorzy portalu.

Autorom wszystkich powyższych tekstów można tylko przytaknąć: mają rację, że Kościół był i jest instytucją zamordystyczną, narzucającą cenzurę. Natomiast warto zadać sobie pytanie, dlaczego państwo wciąż nie stawia oporu kościelnemu bezprawiu, samowoli i przywilejom.

Głos lewicy

Prałat Jankowski padł

Trzej aktywiści obalili gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego. Oto ich oświadczenie:
Każdy z nas ma nad sobą swój skrawek nieba gwiaździstego, każdy nosi w kieszeni swój osobisty kompas wskazujący dobro i zło, krzywdę i przewinę, a myśli i działania wywodzi tyleż z własnego rozumu i osobniczego doświadczenia, co i z przyrodzonej wrażliwości na niesprawiedliwość i upokorzenie spotykające drugiego człowieka. Oparłszy swe stanowisko na obowiązującym kontrakcie społecznym, którego fundamentalnymi składowymi są m.in. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej i wczytawszy się w karty niedawnej historii, której byliśmy naocznymi świadkami, oraz wsłuchawszy się w głos ofiar udokumentowany szeroko w upublicznionych materiałach ze śledztw prokuratorskich i dziennikarskich,
Oskarżamy Henryka Jankowskiego, księdza katolickiego, kapelana NSZZ ,,Solidarność”, wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Brygidy w Gdańsku o podły i haniebny gwałt na godności, wolności seksualnej i prawie do prywatności oraz wykorzystanie trudnej sytuacji społecznej młodych ludzi powierzonych jego opiece; o liczne zamachy na godność oraz o dyskryminację osób i społeczności poprzez szerzenie mowy nienawiści, publiczne głoszenie poglądów antysemickich i lżenie ludzi o odmiennych poglądach politycznych w swych kazaniach, wypowiedziach publicznych i instalacjach kwazi-artystycznych natury (pseudo-)religijnej.
Instytucję kościoła katolickiego w Polsce o systemowe współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: w szczególności zaś tych jej przedstawicieli, którzy z pełną świadomością zła czynionego przez Henryka Jankowskiego, nie zareagowali w sposób skuteczny, aby złu temu położyć kres, milczeli lub wręcz z premedytacją kryli przestępstwa Jankowskiego. Uparcie i intencjonalnie milczących świadków i depozytariuszy tajemnicy o społeczne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: świadków należących do świeckiego otoczenia Jankowskiego, którzy zdecydowali się trwać przez lata w zmowie milczenia i bezczynności i poprzez swoją postawę wyrażali de facto przyzwolenie na zło. Administrację publiczną o administracyjne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego, nierzadko wynikające z politycznego oportunizmu i pospolitej prywaty: administrację, której decyzje (np: odznaczenie Medalem K.E.N., nadanie jego imienia skwerowi w sąsiedztwie kościoła pw. św. Brygidy i wybudowanie jego pomnika) podejmowane w świadomości uczynionego przezeń zła, były aktem podłej instytucjonalnej zniewagi wobec bezbronnych ofiar pedofila i antysemity. Administrację, której nieskuteczność i opieszałość w wycofywaniu się z tych decyzji stanowi czytelny przykład powszechnej praktyki podporządkowywania dobra wspólnego dobru uprzywilejowanej instytucji kościoła katolickiego.

W tył zwrot!

O tragedii gdańskiej, o morderstwie Prezydenta Adamowicza wypowiedziano i napisano już bardzo wiele słów dobrych i mądrych. I jeszcze więcej zostanie powiedzianych i napisanych. Porywanie się więc na jakiś tekst na ten temat jest dzisiaj z mojej strony być może jakimś szaleństwem. Nie ma w tym jednak krztyny megalomanii – jak nigdy dotąd piszę dla chwili, dla siebie. Piszę, ale właściwie krzyczę. I jest to tak, jak w lesie, kiedy czasami musisz krzykiem wyrzucić z siebie cały swój ból i wszystkie swoje nadzieje, nie bacząc na to czy ktoś cię słucha.
Tragedia gdańska rozgrywa się na dwóch co najmniej płaszczyznach: osobistej i publicznej. Jest to wielka tragedia człowieka, który życiem przypłacił swoją społeczną aktywność, polityka z wielkimi perspektywami. Jest to niewyobrażalna tragedia jego najbliższych: rodziny, przyjaciół. Chylę przed nią głowę.
Tragedia ta rozgrywa się też w innym wymiarze: w wymiarze społecznym. Nóż, który ugodził serce prezydenta Adamowicza ugodził jednocześnie serca milionów Polaków, zranił ich boleśnie. Sceneria tej tragedii godna jest najlepszych tragedii greckich: finał ogólnonarodowego Święta Dobroci, Święta Dzielenia się Dobrem, Święta Szlachetnych Serc, wielotysięczne audytorium, podniosły, kulminacyjny, radosny moment „wysyłania światełka do nieba”, światełka nadziei, światełka ludzkiej solidarności.
I nóż, który nagle, niespodziewanie tą całą scenerię rozdziera jak płótno.
Ten nóż ugodził nie tylko w serce prezydenta Adamowicza, w serca milionów Polaków. On ugodził również w wartości, które współdzielimy, w dobro, szlachetność, szacunek dla człowieka, wzajemną życzliwość.
Ten nóż przebił również jakiś olbrzymi balon, który od dawna w Polsce nabrzmiewał – balon sprzeciwu przeciw nienawiści, jako podstawowego narzędzia polityki społecznej, walki o rząd dusz.Od lat zawołania „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści” czy „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, skandowane na setkach, a może i tysiącach różnych demonstracji, uznawane były powszechnie za zachowania patriotyczne, nie wzbudzały żadnej negatywnej reakcji ze strony tych, którzy aspirując do publicznych godności przyjęli odpowiedzialność również za kształtowanie standardów społecznego życia. Publiczne honorowanie Polaka, mordercy przywódcy południowoafrykańskich komunistów też nie poruszyło nikogo. Mało tego, dehumanizacja przeciwników politycznych stała się ulubionym, codziennym narzędziem Prawa i Sprawiedliwości: od najważniejszego prezesa, przez posłanki i posłów po szeregowych heiterów, używających sobie w Internecie do woli. Wielu psychologów społecznych i socjologów ostrzegało, że polityka nienawiści prędzej czy później doprowadzi do tragedii. Wydarzyła się w Gdańsku – być może przez przypadek, ale nieprzypadkowo wydarzyła się w Polsce.
Opinia publiczna wstrząśnięta została nieco po tym, jak na szubienicach, zamiast komunistów lub w ich charakterze, zawisły portrety polityków tych ugrupowań, które w porę nie reagowały na rodzące się zło. Dopiero przelana krew Prezydenta Gdańska obudziła Polaków na skalę dotąd nie spotykaną.
To co od kilku dni przetacza się przez Polskę to nie narodowa histeria, to jeden wielki protest przeciwko nieodpowiedzialnemu bawieniu się Polską i Polakami przez ludzi, którzy nie dorośli do sprawowania władzy i odpowiedzialności za kraj, którzy głęboko podzielili naród. Być może za tym zrywem kryje się jakiś społeczny instynkt samozachowawczy, jakieś poczucie olbrzymiego, śmiertelnego zagrożenia dla polskiej wspólnoty, przeczucie, że jako społeczeństwo stanęliśmy już nad przepaścią i czym prędzej trzeba zrobić w tył zwrot. Być może.
Oczywiście nie wszyscy równie głęboko przeżywają gdańską tragedię. Już uruchomiona została propagandowa machina PiS, która wmawia elektoratowi a to, że za tym mordem stoi „europejski spisek”, a to, że celem był prezydent Duda, ale cudem ocalał, a to, że mamy do czynienia z czynem „zwykłego psychola” tylko. Skoro tak wielu rodaków uwierzyło w brednie o zamachu na Prezydenta Kaczyńskiego, pewnie wielu uwierzy i w tą propagandę.
Ze zranionym sercem, ale wierzę jednak, że z areny Orkiestry Wielkiej Świątecznej Pomocy w Gdańsku wzbiło się do nieba światełko nadziei o wiele większe, jaśniejsze niż to coroczne, zwyczajowe niemal. Wierzę, mam nadzieję, że wzniosło się nad nami światełko nadziei dla Polski. Oby nie zgasło, oby nie okazało się chwilowym tylko błyskiem nad naszymi głowami i w naszych głowach. Tylko wówczas śmierć Prezydenta Pawła Adamowicza nie pójdzie na marne.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Bigos tygodniowy

Lansowaną przez władzę PiS, jej media oraz kościelnego sojusznika tezę, że zachowały się one taktownie i delikatnie w stosunku do rodziny zamordowanego Pawła Adamowicza można włożyć między bajki. Najpierw gdański abepe Głódź, największa Oliwa w polskim Episkopacie, wbrew rodzinie wziął i uparł się, by wygłosić homilię podczas nabożeństwa pogrzebowego w katedrze. I dopiął swego mimo, że rodzina prosiła o innego homilianta. I zrób coś takiemu ćwokowi, który uprze się, że nie odda płaszcza. I co mu zrobisz? Z kolei „Uchodzący za Prezydenta RP” chciał nie tylko zasiąść w na nabożeństwie żałobnym w pierwszym rzędzie, ale nawet zalecał się – za pośrednictwem Przybocznego Szczerskiego – z możliwością wygłoszenia przemówienia sprzed ołtarza, by robić tam politykę. W tej sprawie wiadoma Kancelaria nawet wydzwaniała do wdowy, ale ta nie chciała z nimi rozmawiać. Rodzina zamordowanego z oferty więc nie skorzystała, a organizatorzy pogrzebu czyli Miasto Gdańsk zdecydowanie zażądali, aby „Uchodzący za Prezydenta RP” z młodym Morawieckim i ministrem – pożal się boże – „kultury” Glińskim zasiedli z tyłu, na wyznaczonych im miejscach. A że postanowili w tej sytuacji nie przeginać, więc położyli uszy po sobie. Po nabożeństwie widać było, że „Uchodzący za Prezydenta RP” szybko uszedł z kościoła jak niepyszny, mimo że lubi po kościołach chodzić. Władza PiS jest tym co się stało, wstrząśnięta, ale nie zmieszana i wylewa krokodyle łzy. Wygląda na to że liczyli na zrewanżowanie się przez rodzinę zamordowanego prezydenta z wdzięczności za ten samolot wysłany po Jego małżonkę do Londynu. Czasem też komuś inteligentnemu inaczej, jak funk z TVPiS Klarenbach, wyrwie się fraza typu „jakie życie, taka śmierć”, odnosząca się do Pawła Adamowicza. Klarenbach później za to na wizji przepraszał, ale tak mętnie i pokrętnie, że żałość i zażenowanie dupę ściskały. Przepraszam za odrobinę „rynsztokowego” języka, ale to „rynsztokiem” sprawa.

Podczas tegoż nabożeństwa żałobnego, dominikanin o. Ludwik Wiśniewski (istny Demostenes) wygłosił ostre słowo, które pisowcy wzięli do siebie, choć żadne ze zdań jego sugestywnej filipiki nie było skierowane przeciw nim expressis verbis. Czyli PiS samo siebie zadenuncjowało, niczym podpalacz, który wraca na miejsce spowodowanego przez siebie pożaru, Pojawił się też kolejny, poza Wiśniewskim i Wojciechem Lemańskim, kandydat na dysydenta w sutannie, ksiądz Stanisław Walczak, którzy ochrzanił Beatę Mazurek za mowę nienawiści. Zaraza w Grenadzie się rozprzestrzenia.

Tydzień otworzyło posiedzenie Sejmu RP. Pierwszym punktem miało być oddanie hołdu tragicznie zmarłemu prezydentowi Gdańska. Niestety, nie wszyscy zdążyli… Prezes nie dał rady: wiek, uraz kolanka etc., ale dlaczego nie dotarła na czas para w pełni zdrowia, Mazurkowa i Terlecki, tego nie wie nikt. No tak, holowali chorego.

Wspomniany wyżej Gliński został laureatem plebiscytu „Człowiek Wolności 2018” tygodnika „Sieci”. Laureatami za 2016 i 2017 zostali Prezes i jego Przyłębska. Można by rzec: wolność złapana w sieci. Można też rzec: jaka wolność, tacy laureaci. Na oficjalnym spędzie z tej okazji, z udziałem m.in. Kaczyńskiego, młodego Morawieckiego i innych ważnych pisowskich oficjeli, Bronisław Wildstein wygłosił coś w rodzaju wstępniaka na tę okazję i przy tej okazji, choć pogrzeb był ledwo kilka dni temu, wylał porcję czarnych ekskrementów na zamordowanego Pawła Adamowicza.

Ponad miliard złotych ma uchwalić PiS na utrzymywanie czołowej pisowskiej szczujni (TVP). Trudno o bardziej bezczelną prowokację i pokazanie oponentom gestu Kozakiewicza, zwłaszcza po gdańskim mordzie.

Ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną…” z doskoku, ale jawnie już współuczestniczy jako komentatorka w telewizyjce-plujce bliźniaków Karnowskich. Szczególnie boli ją walka o prawa kobiet. Konwersja z „Dziennika Telewizyjnego” w PRL do kruchty i nacjonalistycznej reakcji. Już był taki podobny jegomość po 1989 roku. Nazywał się – nomen omen – Klechta. Tylko patrzeć jak Jakubowska przyklepie ślub z Karnowskimi felietonem w wydaniu papierowym.

Jurek Owsiak wycofał się ze swojej pierwszej decyzji i nadal będzie dowodził Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Przy okazji złożył do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skargę na nienawistne „Plastusie” niejakiej Pieli, które TVPiS pokazywała. Jurku! Nie licz na obiektywizm pisowskiej KRRiT kierowanej przez pisowca Kołodziejskiego. Lepiej zrób jak Hanna Gronkiewicz-Waltz i złóż pozew do sądu.

Prezes TVPiS działając zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” i „uderz w stół, a nożyce się odezwą” zapowiada pozwy przeciwko Adamowi Bodnarowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Krzysztofowi Skibie i Wojciechowi Sadurskiemu, którzy krytykują jego firmę nakręcanie atmosfery nienawiści i szczucie na przeciwników.

A poza tym Polskę spowijał smog, gorszy niż mowa nienawiści…

Kura zagrożony?

Czwartkowa „Rzeczpospolita” donosi, że wniosek Grzegorza Podżornego pozostanie bez dalszego biegu, a Jacek Kurski kolejny raz ocali głowę. Kaczyński chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie straty wizerunkowe przynosi jego partii TVP.
Do wyborów jeszcze dziewięć miesięcy – przez ten czas PiS zdążyłby jeszcze nadrobić stracone punkty, ale warunek jest jeden: odsunięcie Kurskiego od mediów publicznych i uderzenie się w pierś (choćby na pokaz) po śmierci Pawła Adamowicza.
Mają zapewne rację dziennikarze „Rzepy”, że nic z tego nie będzie, ale odnotowują, że prezes dostrzega problem: „W środę Sejm miał zająć się projektem ustawy, który zapewniłby mediom publicznym ponad miliard złotych rekompensaty. Niespodziewanie jednak w środę rano okazało się, że projekt spadł z porządku obrad” – pisze red. Michał Kolanko.
Poniedziałkowych „Wiadomości” nie jest w stanie obronić nikt, nawet prorządowi publicyści.
Przypomnijmy, że w środę 16 stycznia zawieszono proces gdańskiego ratusza wytoczony przeciwko TVP za inny zmanipulowany materiał, stawiający w złym świetle zmarłego prezydenta – pokazano tam Pawła Adamowicza jako zwolennika ściągania do Polski agresywnych, niebezpiecznych band uchodźców. Miasto stwierdziło, że naruszono jego dobre imię. Poszła skarga do KRRiT, Rady Mediów Narodowych i do sądu. Postępowanie zostanie wznowione, kiedy rządy obejmie komisarz Aleksandra Dulkiewicz. Telewizja tłumaczyła się dość mętnie, choć przyznała, że to co wyemitowano, nie było w porządku:
„Do naruszenia (…) dobrego imienia, wiarygodności i zaufania społecznego Gminy Miasta Gdańsk nie mogły przyczynić się nawet ewentualne, drobne nieprawidłowości związane z montażem audycji, które zostały niezwłocznie naprawione” – pisał Piotr Lichota, ówczesny dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej TVP. W lipcu 2017 Kurski spuścił z tonu. Podpisał się pod wyjaśnieniami szefa TAI, w których możemy przeczytać: „W trakcie postępowania wyjaśniającego stwierdzono pewne uchybienia warsztatowe. W związku z tym, zarówno autor materiału, jak i wydawca programu zostali decyzją władz TVP SA zawieszeni w obowiązkach na okres jednego miesiąca, a przedmiotowy materiał został usunięty z mediów społecznościowych”. Jak się okazało, materiał z 2016 był tylko przygrywką do tego, co „Wiadomości” pokazały w ostatni poniedziałek.
W środę wieczorem pod redakcją TVP Info przy Pl. Powstańców Warszawy odbył się protest „Stop propagandzie nienawiści”.
Ps. z ostatniej chwili: Jak możemy się dowiedzieć z oświadczenia wydanego po ostatnim proteście, to TVP czuje się ofiarą nagonki. Podkreślono w nim, że pracownicy i współpracownicy TVP stali się ofiarami „niczym nieuzasadnionej nagonki i agresji”, a „pod adresem niektórych z nich i ich rodzin kierowane są groźby. Zarząd TVP informuje, że wszelkie tego typu zachowania są zgłaszane do właściwych organów”.

Polska nienawiścią stoi

Minutą spóźnienia uczcił pan prezes Jarosław Kaczyński pamięć prezydenta Pawła Adamowicza. Uczynił to podczas posiedzenia Sejmu RP, razem z asystującymi mu wicemarszałkami; Beatą Mazurek i Ryszardem Terleckim.
Ten widoczny objaw lekceważenia wywołał oburzenie opozycyjnych mediów. Nie pomogły tłumaczenia, że to lekceważenie tym razem nie było zamierzone. Wynikało jedynie z powszechnego bałaganu panującego w Sejmie. Zarządzanym przez prominenta PiS, marszałka Marka Kuchcińskiego. Śmierć prezydenta Adamowicza wywołała kolejną falę dyskusji w polskich mediach. O zdziczeniu obyczajów w naszej polityce i w mediach. O wszechpanującej „mowie nienawiści”. O konieczności zakończenia tej wojny polsko- polskiej. Debatę przesiąkniętą szczytnymi, pięknymi moralnymi zawołaniami oraz hipokryzją i obłudą. Nie jest to przecież pierwsza taka debata i nie po raz pierwszy słyszymy te gromkie wezwania do polityków i mediów. Aby pomni niedawnej tragedii złożyli śluby czystości politycznej. I raz na zawsze wyrzekli się mowy nienawiści i przemocy słownej. Bo słowna przemoc zawsze rodzi przemoc fizyczną.
Tak było już po śmierci papieża Jana Pawła II- go. Jego śmierć miała począć nowe „pokolenie JP2”, wolne od przemocy i nienawiści. Parę lat minęło i zamiast przełomu moralnego mamy liczne, biurokratyczne instytuty krzewienia „myśli Jana Pawła II- go”. Martwe ideowo i intelektualnie instytucje, żerujące na deficytowym budżecie państwa polskiego. Podobnie było też po katastrofie smoleńskiej. Ten bezprecedensowy wypadek lotniczy miał być początkiem narodowego otrzeźwienia i pojednania.
Otrzeźwieniem, czyli zerwaniem z tradycyjnym polskim „tupolewizmem”, czyli powszechnym lekceważeniem podstawowych norm i procedur bezpieczeństwa. Pojednaniem, czyli zakończeniem trwającej już wtedy wojny PiS i PO.
Lata minęły, lecz „tupolewizm” ma się w Polsce dobrze. Brak należytej ochrony prezydenta Adamowicza podczas gdańskiego koncertu WOŚP, był „tupolewizmu” kolejnym przejawem.
A po katastrofie smoleńskiej wojna PiS- PO rozgorzała na dobre. Przeszła w stan wojny totalnej.
Dlatego nie wierzę, że śmierć prezydenta Adamowicza doprowadzi do pokoju między PiS i PO. Wypleni z polskiej polityki i mediów obecną tam agresję i mowę nienawiści. Nienawiść jest przecież paliwem napędzającym polską politykę. I zwłaszcza polskie media. Polscy politycy uwierzyli, że najskuteczniej buduje się wspólnoty polityczne na nienawiści do konkurencyjnych ugrupowań. Do „komunistów i złodziei”, „zdradzieckich mord”, „watahy” i „szarańczy”.
Buduje się nie na wspólnocie idei, wartości lecz na strachu przed obcymi. Uchodźcami, muzułmanami, ruskimi. Nic tak skutecznie nie mobilizuje wyborców jak strach i nienawiść.
To strach i nienawiść wybierają nam rządzących w Polsce. To one nabijają kiesę właścicielom mediów. Media polskie skutecznie porzuciły polityczne debaty. Spory programowe i ideowe. Dziś przekaz musi być szybki, krótki i jednoznaczny. Miejsce debat zajęły telewizyjne „setki”, czyli stusekundowe wypowiedzi. A ostatnio dominujące, krótkie komunikaty zamieszczane na Twitterze.

Nie o hejt tutaj chodzi!

To co dzieje się w mediach i polityce wokół sprawy zabójstwa prezydenta Gdańska, to zwykła zadyma. Sprawę sprowadzono do tzw. hej tu, który zapełnia fora internetowe. Towarzyszy temu dyskusja wokół tzw. mowy nienawiści i jej konsekwencji w obszarze świadomości społecznej. Mówimy bezrozumnie o widocznych skutkach, a o przyczynach tych zjawisk panuje cisza.
Z hejtem spotykamy się od lat, jako jedną z pochodnych istnienia mediów społecznościowych, które otworzyły świat informacji dla przeciętnych ludzi, mających dostęp do Internetu. Nie jest to nowe zjawisko w stosunkach międzyludzkich. Wcześniej objawiało się ono w postaci plotki, pomówienia. Sfera społeczna istnieje dzięki relacjom wzajemnym pomiędzy ludźmi, a media, w tym szczególnie, w ostatnich latach nowe media, to ułatwiają. Wołanie o likwidację, bądź ograniczenie hejtu można uznać w tej sytuacji za naiwność, brak wiedzy, lub uczestnictwo w zaciemnianiu społecznego obrazu dziś, w istniejących uwarunkowaniach społecznych i politycznych.
Zastanowić się trzeba nad tym, dlaczego uruchomiono dziś tak powierzchowną dyskusję o stanie świadomości Polaków, bez prób sięgania do źródeł i przyczyn tego zjawiska. Przyczyny są dość złożone, ich analiza wydaje się konieczna. Sytuacja społeczna zmierza bowiem szybko do przesilenia, a ono może nie być dla Polski najlepszym rozwiązaniem, choć widać siły, które wyraźnie do tego dążą.
Jeśli spojrzymy na kształtowanie się współczesnej wizji Polski XXI wieku, to daje się zauważyć, że od 1976 roku (wydarzenia w Radomiu), mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, w którym wyłącznie jednym z epizodów był stan wojenny w grudniu 1981 roku czy też oddanie władzy przez PZPR w 1989 roku. Kraj i społeczeństwo jest przez kolejne ekipy polityczne, wywodzące się z różnych nurtów ideowych zarządzany kryzysowo, brak jest stabilizacji, jednej spójnej wizji rozwoju opartej o narodowy interes Polaków, tu i teraz.
Trzeba podkreślić, że na sytuację w Polsce ma zdecydowany wpływ sytuacja międzynarodowa i kształtowanie się świata pojałtańskiego, w ramach którego zarysowują się dwie przynajmniej koncepcje organizmu globalnego przyszłości: kontynuacja dotychczasowego jednobiegunowego organizmu z dominacją USA oraz budowa nowego, wielobiegunowego, zrównoważonego modelu opartego o kilka centrów cywilizacyjnych. Polska jest na linii frontu, stąd zapewne nasza sytuacja wewnętrzna wygląda tak, jak ją widzimy ostatnio.
Wracając do sytuacji aktualnej, trzeba podkreślić, że Polska targana jest koleją falą konfliktów społecznych i politycznych, których wynikiem może być nowy układ sił wewnętrznych po wyborach europejskich i parlamentarnych. Istnieje realna groźba dla rządzącej dziś koalicji prawicowej utraty władzy. Może to spowodować konieczność odejścia jednych ludzi i przyjścia innych, choć wśród rozumnej części społeczeństwa pojawia się pytanie: a co to zmieni?
Zauważyć trzeba, że jednym z głównych motywów walki o władzę w Polsce od dwóch dziesięcioleci nie jest czynienie dobrze i rozwój, ale władza sama w sobie, dająca dostęp do środków publicznych. Przykładów to potwierdzających jest wiele. Innym znaczącym elementem jest fakt, że kolejne ekipy rządzące w Polsce realizują wyłącznie wytyczne Konsensusu Waszyngtońskiego i jego linię neoliberalną w ekonomi i stosunkach społecznych. Dzieje się tak, mimo iż neoliberalizm w skali globalnej odchodzi w niesławie, pozostawiając po sobie ogromne rozwarstwienie i jednocześnie ogromny potencjał rewolucyjnego protest w całym świecie. Widać to również u nas. Jest on cynicznie wykorzystywany do walki politycznej, która zaczyna wylewać się na ulice.
Oceniając stan sytuacji w Polsce można zaryzykować tezę, że rządzące od kilkunastu lat kolejne ekipy polityczne nie są zdolne do wyprowadzenia kraju z narastającego kryzysu. Wywodzą się one z jednego pnia ideowo-politycznego, z jednej tradycji – przełomu sierpniowego. Narastający w Polsce konflikt jest ich dziełem. Zewnętrznie objawiane spory i różnice mają charakter pozorny, są często mylące dla elektoratu. Wielu rozumie je, jako cyniczną walkę o łupy.
Tak więc konkludując, nie o hejt tutaj chodzi, a o fundamentalne spory dotyczące sprawowania, utraty lub odzyskania władzy. Hejt jest pochodną szerszych procesów, którym ktoś patronuje i próbuje nimi zarządzać. Włączane jest w to społeczeństwo, narasta powszechna agresja, ukształtował się trwale w społecznej świadomości synonim „obcego”, z którym nie można już rozmawiać, a trzeba go zabić. To straszne zjawisko. Gdzie my jesteśmy, gdzie jest znaczący w historii Polski Kościół, który dziś stał się jedną ze stron konfliktu?
Polityka przestała być sztuką dialogu, kompromisu, szacunku do inaczej myślącego partnera, stała się polem konfrontacji i walki na śmierć i życie. Szkoda Polski.

13 stycznia

Od jakiegoś czasu czuliśmy, że to może się stać. Stało się.

Szkoda, że dopiero po Jego śmierci na powrót sięgnęliśmy po zapomniany już tomik poezji Wisławy Szymborskiej. I wiersz „Nienawiść”:
Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Narutowicz

Analogia wydaje się oczywista. Zamordowany w 1922 prezydent Gabriel Narutowicz. I 97 lat później, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Ale Rafał Madajczak na łamach portalu naTemat.pl pisze też o zasadniczych różnicach obu mordów. Zabójca Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski był znanym historykiem sztuki. I narodowcem sympatyzującym z obozem Romana Dmowskiego. Zabójca Adamowicza – pospolitym bandytą. Trudno go podejrzewać o głębszą motywację polityczną zabójstwa.
A jednak tamta Polska i ta dzisiejsza miały wiele wspólnego. Publicysta naTemat.pl przytacza komentarze ówczesnej „Rzeczpospolitej” i „Gazety Warszawskiej”. „Pisano o «większości polskiej» sponiewieranej przez «jątrzący» wybór Narutowicza m.in. głosami mniejszości narodowych II RP, w tym żydowskiej. Pisano o patriotycznej młodzieży, której gniewu i troski o polskość «nikt uczciwy potępić nie zdoła»” – stara się odtworzyć atmosferę tamtych lat Rafał Madajczak.
Dzisiaj wystarczy kliknąć pilotem. By na kanałach informacyjnych telewizji publicznej usłyszeć usprawiedliwienia ekscesów narodowców. Słowa zachwytu, choćby po niedawnym marszu niepodległości. Tłumaczenia, że portrety europarlamentarzystów wiszące na szubienicach w centrum Katowic, to… przecież nie ludzie.
Niewiadomski zapewne czytywał „Gazetę Warszawską”. Stefanowi W. telewizja Kurskiego i inne media prawicowe od dawna wtłaczały do głowy przekonanie, że całe zło to „wina Tuska”. Nie było Tuska? Ale pod ręką znalazł się Adamowicz.

Klepsydra

Klepsydry z nazwiskiem Pawła Adamowicza pojawiły się w Gdańsku już bardzo dawno – wspomina Jacek Karnowski, prezydent Sopotu i jednocześnie przyjaciel zamordowanego prezydenta. To miał być taki „happening” Młodzieży Wszechpolskiej, protestującej przeciwko proimigranckiemu stanowisku prezydenta Gdańska. Karnowski przytacza fragment pisma, które wówczas prezydent Adamowicz skierował do prokuratury. „Prokuratura nie powinna przechodzić obojętnie obok tego rodzaju działań, gdyż prowadzą one do brutalizacji życia politycznego w Polsce. (…) Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci”. Prokuratura sprawę umorzyła. Pierwszy wyrok wykonano 13 stycznia.
Tymczasem prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę uznała, że wyrok dziesięciu miesięcy dla delikwenta, który na wrocławskim Rynku spalił kukłę Żyda – to wyrok zbyt wysoki. Wrocławscy prokuratorzy wnieśli apelację, prosząc sąd, by karę pozbawienia wolności zamienił na prace społeczne. Przecież podpalono tylko kukłę. Nie Żyda. Pamiętam, jak adwokaci zwracali uwagę na absolutny precedens praktyki sądowej. Gdy to prokurator, a nie adwokat, prosił o łagodny wymiar kary dla oskarżonego.

A na drzewach…

Wystarczy w internetowej wyszukiwarce wpisać początek: „A na drzewach…”. By pojawił się link do youtubowego kanału „muzyka” kryjącego się pod nickiem Songo_23. „A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści” – krzyczy w ekstazie Songo_23. Już piąty rok. Bo „utwór” pojawił się na Youtube w 2014 roku.
I nikomu to nie przeszkadza. Nawet tak wyczulonym na mowę nienawiści administratorom mediów społecznościowych. Wycinającym z postów każdą „kurwę” i „chuja”. Bo to, o czym śpiewa Songo_23 to przecież wyłącznie „twórczość artystyczna”.
Dziwi to Was? Mnie nie. Półtora roku temu w Radomiu kolesie w koszulkach z napisem „Młodzież Wszechpolska” pobili działacza KOD-u. „To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem” – powiedziała potem Beata Mazurek, rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości. A rząd Mateusza Morawieckiego próbował nas przekonać, że gdy mąż pierwszy raz sprawi lanie swojej ślubnej, to nie jest żadna przemoc domowa. Ostatecznie przecież: „zupa była za słona”…
W takiej Polsce żyjemy. I w takiej Polsce dorastał Stefan W.

Orkiestra gra

Propagandziści z orkiestry Kurskiego już wiedzą, co powiedzieć „ciemnemu ludowi”. Oglądałem ostatnio sporo programów na kanale informacyjnym TVPiS. Pierwsze zaskoczenie? Właśnie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tak jak media publiczne starały się w ostatnich latach unikać jakichkolwiek wzmianek o WOŚP, tak teraz o Orkiestrze mówi się tam od rana do wieczora. Ale nie o woluntariuszach, zbiórce i zakupach dla szpitali.
Od rana do wieczora w TVP Info sami specjaliści. Od imprez masowych. Z policji. Z uniwersytetów. Nawet pisowski senator, Krzysztof Cugowski, w roli specjalisty od bezpieczeństwa. Wszyscy są zgodni. Zawiniła organizacja. Brak ochrony. Bramek. Wykrywaczy metali. Jakby na imprezy WOŚP wchodziło się jak na lotnisko, nie byłoby tego, co się stało. Paranoja.
A „mordy zdradzieckie”? Szubienice w Katowicach? „Zrozumienie” rzeczniczki PiS-u dla chuliganów z Młodzieży Wszechpolskiej. I cała ta – dotychczas bezkrwawa – wojna polsko-polska? Którą, licząc na polityczny uzysk, wywołali rządzący. Nie, to wszystko nie miało znaczenia. Prawica ma już prawdziwego sprawcę. To Owsiak!
Gdy prokuratura zatrzymała Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego, głos zabrał Zbigniew Ziobro. Tłumaczył, dlaczego kilka lat temu bandyci dotkliwie pobili wiceszefa KNF, zajmującego się przekrętami w SKOK-ach. „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców” – powiedział na antenie TVP minister sprawiedliwości.
Pewnie Ziobro już układa w głowie kolejną sentencję. „Być może Paweł Adamowicz został zamordowany, bo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy przez lata zachęcała do tego nożowników” – usłyszymy niebawem. A o 6 rano do drzwi Jerzego O. zapuka policja. „Dziki kraj” – tymi słowami zakończył swoją ostatnią konferencję prasową Jurek Owsiak.

Światełko do nieba

To miało być „światełko do nieba”. Czy nam się to podoba, czy nie, mord na prezydencie Gdańska zawsze będzie kojarzył się z czterema literami. WOŚP! Tak jak mówiąc o Smoleńsku, nie mamy przed oczyma pięknej starówki rosyjskiego miasta. Jaka więc przyszłość czeka Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy?
Musi grać! Myślę, że każda następna edycja będzie zaczynała się od minuty ciszy. I wspomnienia tragedii, która wydarzyła się podczas 27. Finału. Ale potem Orkiestra musi grać. Jeszcze głośniej, niż dotychczas. Bo tak reagują na przemoc wszystkie wolne społeczeństwa.
Po 11 września. Po zamachu w Londynie. W Barcelonie. Zawsze na ulicach pojawiały się tłumy ludzi. By pokazać, że terroryści – nawet najlepiej uzbrojeni – nie są w stanie zastraszyć społeczeństwa. Nie są w stanie wygrać z żadną demokratyczną społecznością. A taką społeczność od lat tworzy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Nie martwmy się o Owsiaka. Złożył rezygnację. Ale wróci. Jestem tego pewien.
Przegrać muszą również ci, którzy świadomie od trzech lat nie zgadzali się na pomoc państwa w organizacji imprez WOŚP-u. W poniedziałek, we wrocławskim radiu, zadałem pytanie. Jak to jest możliwe, że warszawskie „procesje smoleńskie” ochraniało kilka tysięcy funkcjonariuszy policji państwowej. A w Gdańsku za bezpieczeństwo finału WOŚP odpowiadało 50 ochroniarzy. W tym grupa okazjonalnie zatrudnionych studentów.
Joachim Brudziński wielokrotnie intonował „bojowe” zawołanie PiS-u: „Komuniści i złodzieje…”. Dzisiaj jest szefem MSWiA. Może poda szczegółowe informacje o tym, jakie zadania postawił przed policją, by 27. Finał WOŚP był bezpieczny.

Polak katolik

PiS straszy obcymi. Niestety, skutecznie. Opowiadał mi warszawski znajomy. O kolorze skóry odbiegającym od „czystej rasy polskiej”. Narastającą niechęć Polaków odczuwa na co dzień. Od jakiegoś czasu stara się nie wychodzić na ulicę po zmroku. Bo nienawiść niejedno ma imię.
Paweł Adamowicz – wbrew antyimigranckiej histerii – półtora roku temu zadeklarował, że Gdańsk będzie przyjmował uchodźców. Zginął z rąk Polaka. Zapewne katolika.

Noga, hołota i morda

Na koniec druga szala wagi. By ktoś nie myślał, że mowa nienawiści ciąży wyłącznie po jednej stronie. To prawda, że dzisiejszych polityków prawicy – z „mordami zdradzieckimi” wykrzyczanymi przez Kaczyńskiego – trudno przebić. Ale początków obecnego apogeum trzeba szukać znacznie wcześniej.
Pamiętamy słowa Wałęsy: „Panu to ja mogę nogę podać”. Wtedy jeszcze nie za dobrze wiedzieliśmy, jak uczyć się mowy nienawiści. A przy dzisiejszym hejcie, słowa Wałęsy skierowane do prezydenta Kwaśniewskiego to prawie niewinny żart.
Osobiście bardzo zabolały mnie słowa o „naćpanej hołocie”. Siedziałem wtedy w pustawej sali sejmowej. Gdy Leszek Miller skierował wzrok również w moją stronę.
Nie zamierzam umniejszać zasług Lecha Wałęsy w okresie przemian ustrojowych. Ani „dokopać” Leszkowi Millerowi. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że niezwykle trudno znaleźć w Polsce polityka. Który nie wrzucił choćby małego kamyczka do ogrodu z napisem „mowa nienawiści”.

Oczy snajpera

Nie, nie będzie happy endu. Tak jak nie było „narodowego pojednania” po katastrofie smoleńskiej. Wówczas niektórzy łudzili się, że będzie lepiej. Było coraz gorzej.
Gdy minie szok po pierwszym zamordowanym prezydencie w III RP – oby ostatnim – polityka wróci w stare koleiny. Nienawiść nie zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
– ona jedna.
Gorzkie słowa Szymborskiej niech nie stanowią usprawiedliwienia. Przyzwolenia na taką Polskę. Jaką zobaczyliśmy 13 stycznia. Wierzę, że mimo wszystko jesteśmy w stanie zatrzymać „snajpera nienawiści”.

NSA o gdańskich ulicach

Naczelny Sąd Administracyjny toruje drogę Kaczyńskiemu.

 

Wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego zakończyła się wielomiesięczna batalia w obronie gdańskich nazw ulic. Udało się uratować ulice Pstrowskiego, Sołdka, Zubrzyckiego i Wassowskiego. Ich mieszkańcy mogą teraz odetchnąć z ulgą. Niestety sąd uznał, że zniknąć muszą ulice Dąbrowszczaków, Buczka i Kruczkowskiego. Mieszkańcy tych ulic będą niestety musieli ponieść konsekwencje fanatyzmu tzw. „dekomunizatorów” spod znaku PiS-u i Instytutu Pamięci Narodowej. Będą musieli ponieść konsekwencje nieodpowiedzialnych działań parlamentarzystów PO, Nowoczesnej, PSL-u i partii Kukiz, który niemal jednogłośnie przyznali swego czasu IPN-owi oraz PiS-owskim władzom nadzwyczajne uprawnienia, pozwalające na ingerowanie w nazwy ulic.
Jesteśmy zaskoczeni wyrokiem sądu. Kryteria, które zastosowano przy ocenie patronów ulic, wydają się kompletnie niezrozumiałe. Przypominamy, że wojewódzki sąd administracyjny uznał wcześniej, że wszystkie wyżej wymienione ulice powinny pozostać na mapie Gdańska.

Uratowanie choć części gdańskich ulic pokazuje jednak, że ta wielomiesięczna walka miała sens. Mieliśmy rację, od samego początku alarmując, że dochodzi tutaj do naruszenia prawa. Od początku alarmowaliśmy, że zmiany te są niepotrzebne, że ignorowany jest głos mieszkańców, którzy jasno i wyraźnie się tym zmianom sprzeciwiali. Wskazywaliśmy też, że tzw. „dekomunizatorzy” spod znaku PiS-u i IPN-u zwyczajnie fałszują historię, próbując w nieporadny sposób uzasadnić swoje „dekomunizacyjne” decyzje.

Dziękujemy mieszkańcom ulic za determinację, dziękujemy zaprzyjaźnionym organizacjom Ruch Sprawiedliwości Społecznej Pomorze i Razem Pomorze za udział w obronie interesów gdańszczan, dziękujemy w końcu władzom miasta, bo ostatecznie i one stanęły po naszej stronie.

A do osób odpowiedzialnych za tzw. „dekomunizację” mamy wielką prośbę: zakończcie w końcu ten żenujący spektakl, przerwijcie swoją fanatyczną krucjatę i dajcie wreszcie spokój mieszkańcom.

 

Stanowisko RSS

Niestety najwyższa instancja sądownictwa administracyjnego uwzględniła trzy z siedmiu skarg kasacyjnych Wojewody Pomorskiego. W efekcie nazwy ulic Dąbrowszczaków, Kruczkowskiego i Buczka w Gdańsku zostaną zmienione, zgodnie z zarządzeniami wojewody Drelicha.

Trudno oceniać decyzję NSA w aspekcie prawnym dopóki nie zostaną opublikowane uzasadnienia wyroków. Na pewno się do nich odniesiemy i poszukamy nadzwyczajnych instrumentów prawnych podważających bezprawie ustawy dekomunizacyjnej.

Pod względem historycznym i politycznym (akcentowana przez WSA w Gdańsku autonomia wspólnoty gminnej w określaniu nazw ulic) orzeczenie NSA uważamy za pozbawione podstaw.

Niewielkim pocieszeniem jest oddalenie skarg kasacyjnych dotyczących ulic: Zubrzyckiego, Pstrowskiego, Sołdka i Wassowskiego. Te ulicy, pomimo orwellowskich (o ironio!) zapędów IPN pozostają.

Wszystkim, którzy się włączyli w obronę nazwy ulicy Dąbrowszczaków serdecznie dziękujemy – udało nam się o kilkanaście miesięcy przedłużyć upamiętnienie tych, którzy jako pierwsi walczyli z faszyzmem i nazizmem.

RSS