W Gdańsku uczczono bohaterów

Pomimo antykomunistycznej histerii na Pomorzu udało się uczcić wysiłek wojenny i ofiary spod Lenino i na froncie wschodnim.

– Trudno zachować zimną krew, kiedy odwiedza się żołnierzy, którzy od 1945 roku, tracąc obie nogi w walkach na Wale Pomorskim i o Kołobrzeg, przez 74 lata żyli – i żyją – tylko na wózku – mówił Stanisław Skrzypski, prezes zarządu okręgowego Związku Inwalidów Wojennych RP w Gdańsku.
– Czy ich krew miała inny kolor tylko dlatego, że była przelewana na Wschodzie? – wtórowała mu prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz
12 października, odbyły się uroczyste obchody 76. rocznicy rozpoczęcia bitwy pod Lenino. Warto wspomnieć, że w Gdańsku po II wojnie światowej osiedliło się wielu polskich weteranów walk na froncie wschodnim, nieliczni wciąż żyją.
Bitwa pod Lenino została stoczona w dniach 12-13 października 1943 r. nieopodal wsi Lenino, na terenie Białoruskiej SRR pomiędzy radziecką 33 Armią Frontu Zachodniego i walczącą w jej składzie polską 1 Dywizją Piechoty im. Generała Tadeusza Kościuszki a Wehrmachtem (337 Dywizja Piechoty, wspierana przez odwody XXXIX Korpusu Pancernego).
Celem natarcia 1 Dywizji było, we współdziałaniu z 42. i 290 DS Armii Czerwonej, przełamać obronę niemiecką na dwukilometrowym odcinku: wieś Połzuchy – wzgórze 215.5, rozwijać natarcie w kierunku zachodnim i opanować rubież rzeki Pniewkana na odcinku Bolszoj Diatiel i Srednij Diatiel, a następnie nacierać w kierunku Łosiewa i Czuriłowa. W powstałą lukę miały wejść główne siły radzieckie, w celu dotarcia do linii Dniepru.
Miasto Gdańsk od lat, w dniu 12 października, organizuje uroczystość upamiętniającą czyn bojowy Polskich Sił Zbrojnych na froncie wschodnim. W tym roku uczestniczyli w niej m.in. prezydent Aleksandra Dulkiewicz, kombatanci, posłowie, duchowni, rekonstruktorzy historycznych oddziałów, delegacje wojska, Marynarki Wojennej RP, policji, harcerzy, Straży Miejskiej, Obrony Terytorialnej i Straży Granicznej. Była warta honorowa, hymn państwowy, wspólna modlitwa, składanie wieńców.

Sąd zabrania kłamać o LGBT

Stowarzyszenie Tolerado pozwało FundacjęPro – Prawo do Życia o zniesławienie i zażądało też 75 tys. zł zadośćuczynienia. Wprawdzie wyrok nie został jeszcze wydany, jednak rozpatrujący sprawę gdański sąd zakazał Fundacji rozpowszechniania uprawianej przez nią chętnie obleśnej homofobicznej propagandy.

Z przedstawicielami Tolerado po decyzji sądu rozmawiali dziennikarze portalu Onet.
– To przełomowa decyzja sądu, z której wynika, że Fundacja ani nikt inny nie może rozpowszechniać kłamliwych informacji na temat środowisk LGBT. Kończy się nachalna propaganda na ulicach polskich miast – cieszy się Jacek Jasionek z Tolerado; cytuje go właśnie Onet.
– Warto podkreślić, że ta decyzja nie jest ograniczaniem wolności słowa. Nie można jednak rozpowszechniać nieprawdziwych informacji, które szkalują ludzi. A to, że są to nieprawdziwe informacje, udało nam się wykazać i uprawdopodobnić – dodaje.
Przypomnijmy. Po przeciwnych stronach wokandy stanęły walczące o prawa środowisk mniejszości seksualnych liberalne Stowarzyszenie Tolerado i fundamentalistyczna, antyaborcyjna Fundacja Pro – Prawo do Życia. Ta ostatnia przeprowadziła kilka miesięcy temu akcję, wysyłając na ulice Trójmiasta obwieszony banerami samochód. Ich treść wskazywała m.in., że homoseksualizm jest groźny i może prowadzić do pedofilii. Podobne treści prezentowane były też podczas innych akcji Fundacji, np. w trakcie zbiórki podpisów przed galeriami handlowymi. Stowarzyszenie Tolerado wytoczyło więc Fundacji sprawę karną, a w sierpniu br. złożyło dodatkowo pozew cywilny. Jego przedstawiciele żądają by Fundacja natychmiast zaprzestała „rozpowszechnia nieprawdziwych i homofobicznych treści na temat rzekomego związku pomiędzy pedofilią a homoseksualnością”.
Wyroku jeszcze nie ma, niemniej Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał ważne postanowienie. Nakazał, by na czas trwania procesu Fundacja zaprzestała rozpowszechniania określonych informacji.
Chodzi m.in. o często prezentowane w przestrzeni publicznej wizerunki dwóch nagich mężczyzn okraszonych obrzydliwymi napisami, np.: „Pederaści żyją średnio 20 lat krócej”, „Czyny pedofilskie zdarzają się wśród homoseksualistów 20 razy częściej”, „Tacy chcą edukować twoje dzieci. Powstrzymaj ich”, „70 proc. zachorowań na AIDS dotyczy pederastów”, „91 proc. dzieci wychowywanych przez lesbijki i 25 proc. wychowywanych przez pederastów jest molestowanych”. Fundacja nie będzie teraz mogła pokazywać takich treści w żadnej formie, nawet na własnej stronie internetowej. Gdański sąd przyznał, że takie hasła mogą być postrzegane jako obraźliwe i krzywdzące dla osób LGBT, bo łączą m.in. homoseksualizm i pedofilię.
Dziennikarze Onetu piszą, że przedstawiciele Fundacji przekonywali ich, iż statystyki umieszczone na banerach wyprowadzone są z naukowych przesłanek. Powoływali się m.in. na badania Marka Regnerusa i Paula Camerona. Tolerado ripostowało, że badania wspomnianych naukowców nie zostały uznane przez żaden renomowany instytut badawczy, nie zostały potwierdzone i nie wytrzymały merytorycznej krytyki.
Sąd nie przychylił się jednak do wniosku o zakaz rozpowszechniania agit-propu na temat edukacji seksualnej, który skonstruowała Fundacja. Chodzi o prezentowane na banerach hasła: „Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci? 4-latki: masturbacji, 6-latki wyrażania zgody na seks, 9-latki pierwszych doświadczeń seksualnych i orgazmu”.
Sąd stwierdził, że „w szeroko pojętej dyskusji publicznej na okoliczność zakresu i rodzaju edukacji seksualnej dzieci nie można zabronić drugiej stronie prawa wypowiadania się i sprzeciwiania się takim działaniom. Każdy obywatel ma zagwarantowane w konstytucji prawo do swobodnej, nawet mocnej wypowiedzi i wypowiadania sprzeciwu przeciwko edukacji seksualnej dzieci według takich standardów, a zwłaszcza nie można odmówić takiego prawa rodzicom korzystającym z wolności słowa w ramach konstytucyjnego zagwarantowanego prawa do wychowywania dzieci wedle własnego przekonania”. Tak uzasadnił swoją decyzję w tym zakresie.

Prawda i „prawdula” ekranu

Z PAWŁEM PITERĄ, reżyserem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pana serial „Na kłopoty Bednarski” należy do najbardziej lubianych i dość często jest powtarzany. Jak doszło do jego powstania?
Powstał w studiu „Oku”, w którym znalazłem się dlatego, że znałem wcześniej szefa tego zespołu Ernesta Brylla i przyjaźniłem się z kierownikiem literackim Michałem Komarem. Przyszedłem tam ze scenariuszem „Szkatułki z Hongkongu” i tam go zrealizowałem, a ponieważ film odniósł sukces, więc uznano, że warto zrobić z tego serial i tak powstał „Na kłopoty Bednarski”, który realizowałem przez większość czasu obecności w „Oku”. Z powodu samej obecności w zespole byłem nieszczęśliwy, bo w ogóle uważałem i nadal uważam pomysł zespołów za obłudę, za kontynuację sowieckiego modelu „tworczieskich obiedinienij”, mającego na celu kontrolę twórców. To żałosny pomysł na zgrupowanie twórców, które razem będzie siedzieć i myśleć. Przynależność do zespołu była aktem czysto administracyjnego przymusu i bez niego także oczywiście zrobiłbym „Bednarskiego”. Wiem, że sporo osób ze środowiska filmowego wychwala zespoły, bo jest to środowisko – bardzo delikatnie mówiąc – konserwatywne. Sprawa relacji uczeń – mistrz została rozwiązana już kilka tysięcy lat temu, bez zespołów. Fidiasz, żeby być Fidiaszem nie potrzebował zespołu rzeźbiarskiego, podobnie Wit Stwosz czy Michał Anioł. Relacja mistrz-uczeń w zawodach artystycznych od zawsze istniała i nie wymagała formy administracyjnej. Temu, kto tak uważa mogę tylko wyrazić wyrazy ubolewania dla wątpliwej szerokości jego perspektyw intelektualnych.
Pana szefem w „Oku” był nieżyjący już Tadeusz Chmielewski, reżyser „kultowych” komedii „Ewa chce spać” , „Jak rozpętałem II wojnę światową”, „Nie lubię poniedziałku”. Jak się Panu z nim współpracowało?
Nie za dobrze. Uważałem jego kino za „przedwojenne”. Podam przykład na charakter rozdźwięków między mną a Chmielewskim, który nastał w „Oku” po ewidentnie politycznym wyrzuceniu Brylla i Komara. Otóż moim nauczycielem kręcenia filmów było… urządzenie wideo. W latach 80. przyjaźniłem się z operatorem Andrzejem Jaroszewiczem, który robił filmy we Francji z Andrzejem Żuławskim. Wtedy to Jaroszewicz przywiózł z Francji dwa worki filmów, które namiętnie oglądaliśmy od rana do wieczora i od wieczora do rana. Widziałem, więc jak to się robi. Jak się robi filmy. Tymczasem za administracyjnie narzuconego mistrza miałem faceta – mówię o Chmielewskim – który zatrzymał się na latach 60. i pewne rzeczy w głowie mu się nie mieściły. Kiedy realizowałem „Bednarskiego”, to odcinki miały zaplanowane po trzysta parędziesiąt ująć. I z tego powodu Chmielewski urządzał mi dzikie awantury, wrzeszcząc: „Kto to robi trzysta kilkadziesiąt ujęć w pięćdziesięciominutowym odcinku!!”. To mi najbardziej utkwiło w pamięci z czasów „Oka” Takie warunki powodowały, że zmuszeni byliśmy pisać lipne scenopisy na 150 ujęć, a w rzeczywistości, dla siebie, na prawdziwy użytek, pisaliśmy scenopisy na trzysta kilkadziesiąt ujęć. Dzięki temu, dwadzieścia lat po nakręceniu serialu, „Bednarski” ma świetną oglądalność. Najważniejsi kolaudanci dzieła artystycznego, czyli czas i historia pokazali, że wyszło na moje. I takie było moje intelektualne doświadczenie z Chmielewskim, który siedział za żelazną kurtyną i nie wiedział jak się nowocześnie robi filmy. Był on reżyserem, który – owszem – coś tam zrobił, co weszło do historii polskiego kina. Niestety, w pewnym momencie uznał, że wszystko co miało powstawać pod jego okiem musiało być takie, jak jego filmy. Kino się zmieniało, a on nadal tkwił przy Eisensteinie i poetyce, rytmie filmu „Ewa chce spać”. Widać to było po „sukcesach” zespołu „Oko” w ciągu dwudziestu lat. Co do warunków realizacyjnych, to filmy robiło się – jak to w latach 80. – ciężko, opornie. W przeciwieństwie do lat 70. dokuczały już kłopoty
materialne, finansowe.
Dlaczego zdecydował się Pan robić serial kryminalny w scenerii międzywojnia, przedwojennego Wolnego Miasta Gdańska?
A co miałem robić? Serial o kapitanie Żbiku czy coś w rodzaju „07 zgłoś się” z Bronisławem Cieślakiem? Gdańsk w „Bednarskim” był mityczną krainą, a nie rekonstrukcją prawdziwego Gdańska, o którym nie miałem pojęcia. A ponieważ inni też nie mieli pojęcia o życiu w tamtym Gdańsku, więc nikt nie przychodził do mnie by się wymądrzać i mówić, że powinno być tak czy tak. Miałem zabawną sytuację z pewną z panią z telewizji, która zwróciła mi uwagę, że w jednym z odcinków, w scenie na targowisku, stoi telewizor. W Gdańsku w 1937 roku! – zdumiewała się ta pani – Przecież to nieprawda. Odpowiedziałem jej, abstrahując od szczegółu, że prototypowa telewizja już przed wojną istniała, to gdyby pewien facet w Ameryce przejmował się tym, że nie jest prawdą, iż dwójka agentów CIA porwała Arkę Przymierza sprzed nosa gestapo, to nie powstaliby „Poszukiwacze zaginionej arki”. Nie bez wpływu na to, że zdecydowałem się na scenerię Gdańska, w większości kręconą jednak we Wrocławiu, choć były też zdjęcia w Gdańsku, było to, że chodziło mi właśnie o to miasto, z jego atmosferą morską, portową, stoczniową i powiewem wolności.
W studiu „Oko”, powstał Pana film „Powrót do Polski”, w oparciu o bardzo dobry scenariusz Krzysztofa Magowskiego o Powstaniu Wielkopolskim i o Ignacym Janie Paderewskim (w tej roli Krzysztof Jasiński), którego przyjazd do Poznania i pobyt w hotelu „Bazar” stał się impulsem do działań zbrojnych przeciw Niemcom.
Powinienem powiedzieć, że to film poniekąd zrealizowany w ramach „Oka”, bo ja ten film praktycznie do „Oka” przyniosłem, jako że udało mi się zrobić go poza zespołem, za zgodą telewizji, w gruncie rzeczy jako producent. Dzięki temu nikt, a w szczególności Chmielewski nie mógł mi się mieszać do pracy, a poza tym nie zwracałem już na to uwagi. Byłem uważnym obserwatorem sytuacji politycznej i wiedziałem, że sytuacja się zmienia i w jakim kierunku, a był to już rok 1988. Po prostu wiedziałem, że się to wszystko kończy. „Powrót do Polski” jest udanym filmem, choć trudno go zobaczyć, bo telewizja pokazuje go nocami albo o świcie. Z „Oka” Chmielewski wyrzucił mnie w 1990 roku. Wezwał mnie na rozmowę na temat mojej „przyszłości artystycznej”, a ja się nie stawiłem i dostałem zwolnienie z pracy. Dzięki temu ostatecznie uwolniłem się od „Oka” i musiałem znaleźć się indywidualnie na rynku, co jak sądzę mi się udało. Dzięki temu zrobiłem tysiące rzeczy, których w życiu nigdy nie zrobiłbym w żadnym zespole. Jestem mu właściwie wdzięczny, bo od tego czasu nigdy nie byłem na żadnym etacie, pozostałem wolnym strzelcem. Zrobiłem też parę rzeczy, których żadną miarą nie zrobiłbym pod okiem Chmielewskiego. Od tej pory do dziś swobodnie dysponowałem i dysponuję sobą i swoim czasem. A co charakteru naszego, polskiego kina, to powiem coś takiego. Moi dziadowie, jak widzieli na ulicy coś, co przekraczało sumę ich doświadczeń, ich wyobraźnię, to wołali: „Ale kino”. A to dlatego, że kino, to nie to, co widzimy wokoło, lecz coś, co nie zdarza się w rzeczywistości. Doskonale rozumiał to mój ojciec, wybitny krytyk filmowy jeszcze przedwojennej proweniencji, Zbigniew Pitera A ponieważ w Polsce się tego nie rozumie, więc nie powstają takie gatunki jak horror, kryminał, thriller, opowieści o duchach i baśnie. Skutkiem półwiekowej działalności zespołów filmowych jest to, że kino polskie jest takie, jak rzeczywistość, więc nikt tego nie ogląda, bo po co płacić 20 złotych by obejrzeć to, co można zobaczyć na ulicy. Polskie kino niezmiennie oparte jest na „prawduli”, a tacy twórcy jak Julek Machulski i kilku innych należą do wyjątków.
Dziękuję za rozmowę.

Paweł Pitera – ur. 15 lutego 1952 w Warszawie. Absolwent Wydziału Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego (1976) oraz Wydziału Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (1980). Wielokrotnie pracował w teatrze, reżyserując głównie komedie i farsy, na deskach takich scen, jak Teatr Wybrzeże w Gdańsku (1987-1989), Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie (2002-2003), Teatr Muzyczny w Poznaniu (2003, 2007), Teatr Polski w Poznaniu (1999), Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu (2003, 2005), Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie (2004), Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (2011), Teatr Zagłębia w Sosnowcu (2009) i Teatr Bagatela im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego w Krakowie (2007, 2011–2013). Reżyser filmów dokumentalnych, seriali telewizyjnych i pełnometrażowych filmów telewizyjnych Reżyserował również programy telewizyjne, publicystyczne, muzyczne i edukacyjne. Zrealizował m.in. filmy: „Szkatułka z Hongkongu” (1983), „Sen o Violetcie” w „Sny i marzenia” (1983). Zrealizował liczne filmy dokumentalne, m.in. „To także Berlin West” (1979), „Statek” (1980), „Tajemnice Watykanu” (2006).

Kłopoty Goebbelsa z Westerplatte

Półwysep Westerplatte na wybrzeżu gdańskim przyznany został Polsce przez Ligę Narodów w 1924 roku, jako miejsce wyładunkowe materiałów wojennych w Gdańsku, mającym wówczas status Wolnego Miasta. Strzałami na Westerplatte z okrętu liniowego „Schleswig-Holstein” 1 września o godz. 4.45 Hitler dał spektakularny sygnał do agresji na Polskę; stąd historyczny wymiar tego miejsca. Polacy honorują tu dodatkowo wyjątkowe wprost męstwo obrońców składnicy broni.

Agresor zakładał, że atak uwieńczy błyskawicznym sukcesem. Hitler wyobrażał sobie, że „Schleswig-Holstein” upora się migiem z Westerplatte, po czym będzie mógł skierować ogień na Hel. Takie były zresztą podstawy rozkazu operacyjnego nr 1 dla okrętu liniowego „Schleswig-Holstein”, wydanego przez zgrupowanie marynarki wojennej Dowództwa Wschód w ramach „Fall Weiss”, generalnej dyrektywy napaści na Polskę. Rozkaz, datowany w Kilonii na 21 sierpnia głosił, że poza „zadaniami szczegółowymi” pancernik miał jeszcze wykonać wiele innych zadań. Zrozumiała była więc wściekłość Hitlera, gdy już na samym początku kampanii wrześniowej plan błyskawicznej operacji zaczynał rozłazić się w szwach.
Szef sztabu Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, gen. Franz Halder, notuje na gorąco w swym dzienniku: „Führer rozkazał, że Westerplatte ma zostać zdobyte dzisiaj natarciem z lądu. Meldunek z frontu walki jest jednak niepomyślny, rozczarowuje i wścieka Führera”. Bezpośredni świadek tego nastroju wodza, minister propagandy Joseph Goebbels, dokumentuje to w swoim osobistym dzienniku: „Niestety, Westerplatte jeszcze niezdobyte. Psychologicznie jest to niekorzystne. W Gdańsku toczą się jeszcze walki o pocztę. Siedzę u Führera. Jest wściekły, że nie bombarduje się Westerplatte. Natychmiast wydaje odnośny rozkaz” (2.09.1939). Następnego dnia kolejna wzmianka u Goebbelsa: „Walki na Westerplatte toczą się jeszcze. Führer nakazuje ściągnięcie ciężkiej artylerii. Polacy chwalą się swymi bohaterskimi czynami. Te wszakże są tylko papierowe”. Podczas gdy w swoim prywatnym dzienniku Goebbels dostrzega natychmiast problem Westerplatte, to w codziennych instrukcjach wewnętrznych dla prasy (co drukować, co przemilczeć, co skomentować) Goebbels o Westerplatte uparcie milczy – bo temat jest niewygodny. Odzywa się dopiero w dyrektywach z 8 września.
Niemcy nigdy nie ujawnili, ilu żołnierzy niemieckich okupiło śmiercią bądź ranami zdobycie Westerplatte. W żadnej książkowej publikacji hitlerowskiej o napaści na Polskę, a ukazało się takich pozycji ponad dziesięć, nie ma wzmianki nie tylko o stratach, lecz w ogóle o Westerplatte.
Nad tym hasłem Goebbels zaciągnął szczelną kurtynę milczenia. Jedynie w pierwszych dniach wojny ukazały się skromne wzmianki prasowe. Goebbels, już od pierwszych dni września popadał w dyskretny konflikt z OKW (Naczelne Dowództwo Wehrmachtu), którego komunikaty z przebiegu starć z Wojskiem Polskim wydawały się Goebbelsowi za mało korzystnie upolitycznione.
Straty obrońców walczących pod dowództwem majora Henryka Sucharskiego wyniosły: 15 zabitych i 40 rannych, natomiast niemieckie ocenia się na 300-400 zabitych i rannych. Garstkę obrońców (blisko 200-osobowa załoga) atakowało łącznie ok. 3,5 tysięcy żołnierzy różnych formacji, wspieranych przez 65 dział z lądu i morza oraz lotnictwo. Na samym pancerniku „Schleswig-Holstein” znajdowało się blisko 1200 żołnierzy, z których większość potem zeszła na ląd. Ataki z powietrza w Zatoce Gdańskiej prowadziło sto maszyn Luftwaffe.
Biała flaga ukazała się na murach Westerplatte dopiero 7 września o godz. 12.00. Załoga, atakowana lawiną ognia z morza, lądu i powietrza, odparła trzynaście szturmów. Poczynając od 1 września tylko jeden raz oficjalny komunikat wojenny Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu dotyczy Westerplatte – ma to miejsce 8 września i dotyczy jego kapitulacji (co zresztą skwitowane zostaje jednym tylko zdaniem). Niemieccy dowódcy ze starej jeszcze szkoły wojennej, nakazującej szacunek i uznanie dla męstwa przeciwnika, byli pod silnym wrażeniem postawy obronnej polskiej załogi. Na ręce majora Sucharskiego złożyli gratulacje i po chwili oddali mu w imieniu niemieckiego dowództwa szablę z prawem noszenia jej w niewoli. Kiedy ocalała reszta załogi rozpoczęła marsz do niewoli, niemiecki dowódca nakazał podwładnym postawę na „baczność”. Poprzez wojskowe komunikaty wojenne te echa reakcji niemieckich dowódców przeniknęły tylko bardzo skąpo i lakonicznie na łamy niemieckiej prasy.
Goebbelsowi było jednak i tego za wiele. Szybko zapanował nad sytuacją i pokazał wojskowym, gdzie ich miejsce w propagandowym szeregu. Już instrukcja dla prasy, datowana na 8 września, głosi m.in.: „Na życzenie OKW prasa ma pisać o dzielnych żołnierzach niemieckich, a z drugiej strony o twardym, względnie zaciętym przeciwniku. Odnosi się to szczególnie do zdjęć z Westerplatte, ukazujących polskiego komendanta i załogę”. Widocznie wezwanie nie poskutkowało błyskawicznie, bo pod datą 11 września znajdujemy w poufnym instruktażu prasowym kolejne wezwanie: „Zdjęcia polskiego dowódcy Westerplatte, któremu w uznaniu za dzielność pozwolono zatrzymać szablę, nie wolno więcej publikować. Uwaga ogólna: słowa dzielny nie należy więcej używać w odniesieniu do Polaków. Zamiast tego należy mówić o twardej lub zaciętej obronie”.
Goebbels zaczął wkrótce w ogóle coraz bardziej wyciszać sprawę Westerplatte. Efekt był taki, że w licznych publikacjach książkowych hitlerowskich wydawnictw, jakie ukazały się po kampanii wrześniowej, o walkach na Westerplatte nie wzmiankuje się wcale. Przykładem tego może być „Auf den Strassen des Sieges” (Na szlakach zwycięstwa), książka wydana pod redakcją szefa prasowego Rzeszy Otto Dietricha, Monachium 1939, czy „Die deutsche Luftwąffe in Polen”, wydana przez Ministerstwo Lotnictwa, w której także brak wzmianki o Westerplatte.
W kilkunastu innych książkach o kampanii wrześniowej przeciwko Polsce hasło „Westerplatte” również się nie pojawia. Jedyny, lecz jakże charakterystyczny wyjątek stanowi publikacja książkowa „Der Sieg in Polen” (Zwycięstwo w Polsce) anonimowego autorstwa, wydana w 1940 r., firmowana przez naczelne dowództwo, a więc publikacja jak najbardziej urzędowa, ze słowem wstępnym samego feldmarszałka Wilhelma Keitla, szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu. Jest w niej skromny rozdzialik poświęcony walkom na Westerplatte, lecz dotyczący tylko ostatniego ich dnia. Tekst zredagowano w sposób przewrotny – Westerplatte to twierdza nie do zdobycia, pełna ukrytych pułapek, sprytnie maskowanych zasadzek; a jednak niemieccy żołnierze zmusili polską załogę do poddania się. „Stojący przed nami polski komendant, przekazując swoją twierdzę, mówi, że nigdy jeszcze nie widział tak dzielnych żołnierzy, jak ci z niemieckiej marynarki wojennej i wspierających ją oddziałów lądowych, którzy potrafili opanować twierdzę wydającą się być nie do zdobycia”. Anonimowy autor przezornie nie podaje rzekomej wypowiedzi Sucharskiego w cudzysłowie. W takowy ujmuje natomiast odpowiedź niemieckiego oficera: „Obrona była bardzo dzielna”. Wewnątrz wartowni autor znajduje jeszcze … „stosy amunicji”, a jeńcy patrzą radośnie zdumieni, że pierwsze kroki do wartowni kierują niemieccy sanitariusze i lekarze, by opatrzyć polskich rannych.
Niemieckie dowództwo musiało jakoś usprawiedliwiać tygodniowe zmagania ze skromną polską obroną i wymyśliło klucz: Polacy z biegiem lat przekształcili Westerplatte w twierdzę nie do zdobycia, która Wehrmachtowi jednak nie zdołała się oprzeć.
Przy okazji mało znana ciekawostka. Gdy 1 września 1939 roku Hitler ogłosił w Reichstagu, że „od godziny 4.45 odpowiadamy Polsce strzałami na strzały”, na sali nieobecnych było ponad stu posłów, w tym także Hans Frank, późniejszy władca Generalnego Gubernatorstwa. Marszałek Reichstagu, Hermann Göring, wpadł jednak błyskawicznie na pomysł łapanki w najbliższym otoczeniu aktywu partyjnego i mundurowych Wehrmachtu, którzy zajęli puste ławy poselskie, stwarzając medialne wrażenie wypełnionej po brzegi sali. Brali oni oczywiście także udział w przegłosowaniu porządku obrad.

Śladami moich postaci

Z PAWŁEM HUELLE rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ostatnio wokół Gdańska jest dużo politycznych namiętności, zwłaszcza po zabójstwie Pawła Adamowicza, wokół Westerplatte, wokół tradycji Wolnego Miasta Gdańska, której kultywowanie w duchu afirmacji obecności niemieckiej w tym mieście zarzuca władza PiS władzom miasta, ale Pan, pisarz na wskroś gdański, jakoś nie zabiera głosu w tej debacie. Czy potrafi Pan zrekonstruować moment, w który masa krytyczna wrażeń, emocji, spostrzeżeń i wiedzy młodego gdańszczanina, urodzonego w tym mieście w 1957 roku przetworzyła się w moment pisarskiej iluminacji, w imperatyw by to wszystko ująć w literacką narrację?
Nie, tego momentu nie potrafię uchwycić, za to świetnie pamiętam to, co pan określił jako masę krytyczną, owe tysiące wrażeń zmysłowych z Gdańska lat sześćdziesiątych, wzrokowych, zapachowych, słuchowych, dziś już nie do osiągnięcia, bo cywilizacja się zmieniła. Te wrażenia to m.in. zapach końskiego nawozu, kląskanie kopyt koni ciągnących furmanki, pełne zapachów targi owocowo-warzywne.
Pan swoim „Weiserem Dawidkiem” i Stefan Chwin „Hanemanem” niejako otworzyliście wrota tego, co dziś określa się jako mitologię Gdańska, nie tę starą, hanzeatycką XVII-wieczną, uchwyconą choćby przez Antoninę Domańską w powieści dla młodzieży „Panienka z okienka” i kontynuowaną już w PRL w powieściach Franciszka Fenikowskiego, ale XIX i – szczególnie – XX-wieczną, tę niemiecko-kaszubsko-polską. Identyfikuje się Pan z taką kwalifikacją?
Trudno się nie identyfikować, skoro tak się przyjęło, aczkolwiek wydaje mi się, że określenie „mitologia gdańska” jest trochę na wyrost. Z drugiej strony wiem, że wiele osób przyjeżdża tu, do Gdańska po lekturze moich książek, by iść śladami ich bohaterów., coś zobaczyć, przeżyć. Przystępując do pisania nie miałem jednak zamysłu, by stworzyć jakąkolwiek mitologię. Moje powieści i opowiadania pisałem wyłącznie z motywacji i potrzeby wewnętrznej
Z niemieckiej perspektywy mitologię gdańską dopełnił także Günter Grass przede wszystkim swoim „Blaszanym bębenkiem”…
I przede wszystkim dlatego można mówić o literackości Gdańska. To Grass ją stworzył.
Jerzy Jarzębski pisząc, zresztą aprobatywnie, o Pana prozie, stwierdził, że Pan leczy otaczającą Pana przestrzeń, w tym przypadku gdańską, okaleczałą przez doświadczenia wojenne i powojenne…
Być może, funkcja terapeutyczna w literaturze jest także możliwa. Nie czuje się jednak lekarzem tutejszych mieszkańców. Jeśli cos chcę ukoić, to własne niepokoje.
Część krytyków zarzuca Panu epigońskie korzystanie z tradycji literackiej, choćby z Thomasa Manna czy Bohumila Hrabala, obfite nawiązywanie do literackich wątków, stosowanie literackich asocjacji. Co do mnie, to nie podzielam tych zarzutów w tym sensie, że dziś, u progu XXI wieku, w obliczu ogromnego zasobu światowej literatury, poruszanie się pisarza, przecież zazwyczaj człowieka kultury, także po tych szlakach, wydaje mi się dość naturalne. A co Pan o tym myśli?
Są dwa podejścia do literatury. Jedno zakłada, że pisarz porusza się w obrębie tej sfery kultury jaki ona współtworzy i naturalnym jest, że ma prawo z niej korzystać. Zwolennicy drugiego rodzaju podejścia, który dobrze ilustruje przykład uznania dla pisarstwa Janusza Rudnickiego, wykreowanego i kreującego się na chuligana literatury, uważają że literatura tworzy się z samego życia i dopiero wtedy jest poza jakimkolwiek salonem, aczkolwiek i ja do żadnego salonu nie należę. W tej roli jest ona rewelatorką pewnych prawd, jak choćby takiej, że cała polska klasyka jest do dupy i trzeba ją wyrzucić z listy lektur szkolnych. Nic zatem dziwnego, że wielbicieli takiej prozy jak ta Rudnickiego, proza moja czy Stefana Chwina irytuje, bo wymaga pewnego przygotowania literackiego, intelektualnego, przynajmniej na poziomie ogólnym. Nie ma mam jednak najmniejszego zamiaru spełniać oczekiwań tych krytyków, bo niby z jakiej racji? Nie chce mi się. Wychowałem się w środowisku, w którym wykształcenie ogólne bardzo się ceniło i chuligaństwo literackie nigdy w nim nie miało wzięcia, choć czytało się prozę Marka Hłasko i utwory hłaskoidalne. Poza wszystkim, choćby w mojej ostatniej powieści „Śpiewaj ogrody”, wcale nie ma nadmiaru erudycji, to rzecz dla przeciętnie wykształconego czytelnika. A przecież gdy się czyta Marqueza czy Austera, to trzeba coś wiedzieć o Ameryce Łacińskiej czy o Nowym Jorku. Odwoływanie się do prostactwa, bo to nie jest prostota, lecz prostactwo, nie odpowiada mi.. Nadto, pisanie jest także czynnością podejmowaną dla przyjemności, także własnej, lubię pisać tak jak piszę. A już na pewno nie piszę dla wszystkich. Świat wartości humanistycznych jest światem autentycznym, realnym, życiowym, nie jest wydumaniem ani snobizmem. Pewne fakty kulturalne, w tym lektury po prostu kształtują naszą osobowość. Pewien krytyk, który nie należy do mojej partii estetycznej napisał o moim „Mercedesie-Benz”, że on w PRL, patrzył na świat przez okna syrenki, a nie mercedesa. Był w tym jakiś jakby przytyk klasowy..
Uderzenie w stół twardą robotniczą ręką…
Tak. A Antoniemu Liberze zarzucił, że bohater jego „Madame”, to inteligencik, który gra na fortepianie i – o zgrozo – mówi po francusku.
Zacytuję Panu coś ze starego eseistycznego zbioru Artura Sandauera „Dla każdego coś przykrego”, w którym przytacza on taki oto cytat z Karola Irzykowskiego o krytyce: „Jej przyrodzonym uczuciem jest głód, jest ona wiecznym dzieckiem, które domaga się cudów, potem każdy cud psuje i tę robotę destrukcyjną podaje jako twór własny”. I jeszcze, że „krytyka prześladuje literaturę rzeczywistą cieniem jej nieurzeczywistnionej możliwości”…
Irzykowski sam był krytykiem i sam wymierzał także niesprawiedliwe sądy. Poza tym był prozaikiem autorem ambitnie zamierzonej, ale nieudanej „Pałuby”, którą krytycy totalnie odrzucili, co go bardzo irytowało. Powieść Irzykowskiego była bowiem chaotyczną magmą, a ludzie potrzebują na ogół od sztuki uporządkowania chaotycznego świata, w którym żyją i który jest też w nich. Wydaje mi się jednak, że dziś mówienie o krytyce jest raczej bezprzedmiotowe. W prasie wybitni krytycy, których jakaś niewielka garstka w rozmaitych niszach uniwersyteckich czy innych żyje, już od dawna są nieobecni. Zastąpili ich autorzy krótkich, dość prymitywnych not dotyczących niektórych nowości.
Któryś z krytyków napisał o Pana prozie, że sytuuje się ona „między Proustem a Prusem”, z tego pierwszego mając „magdalenkę” wspomnień, a z drugiego realistyczną fakturę…
Trudno oprzeć się pokusie zgody na przypisanie paranteli z takimi wielkimi patronami, a poza tym mogę zidentyfikować się z tym w tym sensie, że jestem bardzo wrażliwy na działanie „magdalenek” czyli przedmiotów rozmaitego autoramentu, fotografii, bibelotów, przedmiotów codziennego użytku, a i na fakturę realistyczną też się zgadzam.
A skoro wspominamy o fakturze realistycznej. Czy warunkiem jej rzetelności jest zakorzenienie w miejscu o którym się pisze, czy też nie jest to konieczne?
Jest koncepcja pisarza nomady, który żyje na walizkach, przenosi się z miejsca na miejsce. Ja chyba jestem jednak z gildii tych zakorzenionych. Miałem swego czasu zamysł napisania o jednym z żydowskich proroków, ale skapitulowałem, bo zabrakło mi kontaktu fizycznego z jego światem.
Pana zakorzenienie wyobraźnią w Gdańsku przypomina mi zakorzenienie wyobraźnią w atmosferze i scenerii mojego rodzinnego Lublina. I uświadamia, jakie ciekawe figle płata wyobraźnia. Z mojego balkonu w kamienicy, w której mieszkałem, oddanej do użytku w 1963 roku, ale położonej pośród starej, pożydowskiej zabudowy z początku XX wieku, widać było fragment Zamku Lubelskiego, neogotyckiego, ukończonego w 1847 roku, ale nad fasadą ozdobionego wykutymi w kamieniu pseudorzymskimi rózgami liktorskimi wetkniętymi w nie toporami. Po latach wyobraziłem sobie żartobliwie, że kawał dzieciństwa w polskim, wschodnim, zaniedbanym wtedy, błotnistym Lublinie spędziłem w cieniu tradycji starożytnego Rzymu….
Piękne! Dzieciństwo w Lublinie w cieniu Liwiusza i Tacyta! À propos Lublina, to miałem z nim w ostatnim kilkunastoleciu związki głównie teatralne, jako że w tamtejszym teatrze im. Osterwy wystawiono moje sztuki, „Kąpielisko Ostrów” i „Sarmację”.
Ta ostatnia, to znakomity sceniczny traktat o polskich narodowych wadach. Kontynuuje Pan pisarstwo dramaturgiczne?
Tak. Kilka lat temu Teatr Miejski w Gdyni wystawił moją sztukę „Kolibra lot ostatni”. Opowiada ona o ostatniej dobie spędzonej w Polsce przez Witolda Gombrowicza. W oczekiwaniu na odpłynięcie transatlantykiem do Argentyny, spędza ją wędrując po knajpach i spelunkach Gdyni. To nie tylko ostatnie godziny Gombrowicza w Polsce, ale także ostatnie godziny odchodzącej do historii przedwojennej Polski. To obraz tonącego „Titanica”, podczas gdy jego elity bawią się do końca na ciepłych plażach – a lato 1939 roku było ciepłe i słoneczne – i na dancingach Juraty, tego letniego, sanacyjnego kurortu II RP.
Od Pana debiutu minęło już ponad trzydzieści lat. Czy chciałby Pan i potrafił jakoś ten czas podsumować, zdefiniować i wskazać tropy, którymi chce Pan dalej podążać jako pisarz?
Nie potrafię i nie bardzo chcę, choć mogę powiedzieć, że osiągam coraz większą dojrzałość pisarską. Wydałem jedenaście książek, w tym pięć powieści. Chciałbym jeszcze napisać może dwie-trzy powieści. Mimo, że nie cierpię pisania, które jest dla mnie czynnością męczącą, monotonną i nieprzyjemną. Tylko grafomani uwielbiają pisanie. Najciekawsze jest wymyślanie powieści i opowiadań.
Czy ta Pan nowa proza będzie także miała Gdańsk jako miejsce akcji?
Mogę poniekąd powtórzyć za Tadeuszem Konwickim, który zapytany po raz tysięczny o swój kraj rodzinny powiedział kiedyś: „a dajcie mi do cholery spokój z tym Wilnem, Wilejką i Kolonią Wileńską” i napisał o wschodnim garnizonowym mieście PRL jakim była Warszawa tamtych czasów, z Pałacem Kultury. Mimo to co jakiś czas wracał i „badział się w tych rojstach”. Jednak następna książka nie będzie o Gdańsku, z wyjątkiem małego akapiciku (śmiech). Powoli, przełamując opór materii piszę ową książkę o Baal Szem Towie. Mam też inne zajęcia, bo nie chcę być zakładnikiem literatury, tym bardziej, że z pisania literatury pięknej w Polsce mało kto może się utrzymać.
Dziękuję za rozmowę.

Paweł Huelle – ur. 10 września 1957 r. w Gdańsku, pisarz i dramaturg. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. W sierpniu 1980 był jednym z inicjatorów powołania Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Był m.in. członkiem redakcji związkowego „Głosu Wolnego”, wydawanego w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów ”Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z wydawnictwami podziemnymi. W latach 1994–1999 dyrektor TVP Gdańsk. Swoją twórczość poświęca w większości Gdańskowi jako rodzinnemu miastu. Uznanie i popularność przyniosła mu już debiutancka powieść „Weiser Dawidek (1987) zekranizowana przez Wojciecha Marczewskiego. Poza tym publikował jeszcze cztery powieści: „Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala” (2001), „Castorp” (2004), „Ostatnia wieczerza” (2007), „Śpiewaj ogrody” (2014), kilka zbiorów opowiadań, m.in. „Opowiadania na czas przeprowadzki” (1991), „Inne historie” (1999), „Byłem samotny i szczęśliwy” (2002), „Opowieści chłodnego morza” (2008), a także kilka sztuk scenicznych, m.in. „Kąpielisko Ostrów” (2001), „Sarmacja” (2007), „Kolibra lot ostatni” (2013).

Bigos tygodniowy

Na początek pro domo sua. Bardzo dobre przemówienia trzech liderów Lewicy na sobotniej konwencji. U Adriana Zandberga podobały mi się poblaski ducha socjaldemokracji skandynawskiej. U Roberta Biedronia – zapowiedzi likwidacji pasożytniczych struktur IPN i Funduszu Kościelnego oraz postawienie na wysokiej pozycji kwestii dobra zwierząt. Retorycznie najlepszy był Włodzimierz Czarzasty. Jego świetne wystąpienie dokonało się w dobrym, empirycznym, szorstkim ale i sarkastycznym brytyjskim stylu.
*****
Śmieszne są wątpliwości, czy Ziobro powinien podać się do dymisji, czy nie powinien. W każdym cywilizowanym kraju byłoby to oczywiste, bo minister konstytucyjny odpowiada za swój resort integralnie, niezależnie od tego, czy uczestniczył czy nie uczestniczył w popełnianych w nich deliktach. Czy Kaczor Ziobrę (Ziobro, Ziobra?) zdymisjonuje? To nader intrygujące pytanie. Jeśli to zrobi, to po pierwsze dlatego, by pokazać, że Polska pod jego rządem jest jednak krajem cywilizowanym. Po drugie, może kalkulować, że do wyborów zostało już mniej niż dwa miesiące, więc Ziobro i tak zostałby schowany do szafy na krótko, a po zwycięstwie może wyjęty ponownie. Przecież Macierewicz też w 2015 miał nie być ministrem obrony. W pisowskich mediach pojawił się też przekaz, że sprawa sędziego Łukasza Piebiaka to „porachunki wewnętrzne nadzwyczajnej kasty”, więc dowództwo pisiorskie ma rączki czyste, „to nie my”, „nie znamy się, nie orientujemy się, zarobieni jesteśmy”. Pikanterii sprawie dodaje dedykacja dla pani Emilii, od szajki dla której pracowała, doczepiona do ofiarowanej jej figury husarza: „Mała Emi, zachowałaś się jak trzeba! Od Herszta i jego żołnierzy”. „Mała Emi” miała być „Inką 2 – reaktywacja”, ale nóżki się powinęły. A tak nawiasem mówiąc – trudno na serio uwierzyć, że Ziobro nie wiedział tego, co pod jego bokiem robi Piebiak, jego wierny wachmistrz Soroka.
*****
Dawno nie serwowałem w bigosie wyników sondaży preferencji przedwyborczych. Nie ukrywam, że w wyniku rozczarowania rozbieżnością między nimi a rzeczywistym wynikiem majowych wyborów europejskich. A jednak tym razem nie mogę się oprzeć przed zacytowaniem wyników badań pracowni Social Changes na zamówienie W polityce.pl braci Karnowskich, które TVP Info puszcza właśnie na okrągło na pasku od wielu już minut, jakby z maniacką uporczywością, zabarwioną lękiem i niepewnością. Według nich PiS, po stracie 5 punktów, ma poparcie 42,9 proc., Koalicja Obywatelska – 30,8 proc., Lewica – 13,4 proc., Koalicja Polska – 8,4 proc., Konfederacja 4,5 proc. Nic więcej nie powiem.
*****
„Żelazny krzyż ściąga pioruny” – takie słowa padły z ust jednego z ratowników w TVP Info, w relacji na żywo z Zakopanego, 23 sierpnia o godz. 9.41. Dlatego nonsensem są te okrzyki oburzenia prawackich mediów, karnowszczyzny i spółki, na profesora Jana Hartmana za to, że powiedział, iż krzyż na szczycie Giewontu jest niebezpieczny dla turystów i należy go usunąć. Ten krzyż rzeczywiście należy usunąć ze względu na przepisy BHP. Ustawiono go w roku 1909, czasach, gdy rzadko kto na Giewont właził, bo turystyka nie była masowa Nie będzie to jednak proste, bo Dżipi Two zawołał kiedyś z tym właściwym sobie kabotynizmem: „Brońcie krzyża od Giewontu do Tatr”, więc katoprawactwo będzie się tego trzymać i nie popuszczać. No chyba, żeby krzyż zostawić, ale zamknąć wstęp na Giewont, chroniąc go przy okazji przed zadeptaniem. Po cholerę tam łażą. To jest jakiś pomysł.
*****
Rada Miasta Gdańska nie zgodziła się na przyznanie Lechowi Kaczyńskiemu, pośmiertnie, tytułu Honorowego Mieszkańca Gdańska. Był on owszem, mieszkańcem Gdańska, ale zaprawdę nie są znane jakieś jego szczególne zasługi dla tego miasta. Co do mnie, to w ogóle nie widzę żadnych nadzwyczajnych zasług Lecha Kaczyńskiego, także jako prezydenta RP. Widzę tylko jeden tytuł do pośmiertnego uhonorowania go. Lech Kaczyński kochał zwierzęta, szczególnie psy. Znane mi jest w pełni wiarygodne i bezpośrednie świadectwo z Ministerstwa Sprawiedliwości, że będąc szefem tego resortu przywiózł tam rannego psa, znalezionego w drodze i zaopiekował się nim. Uważam, że któraś z organizacji działających na rzecz zwierząt czy ekologicznych powinna go uhonorować. Lech Kaczyński żyje w dobrej pamięci tak wielu osób, że upowszechnienie jego godnej najwyższego uznania postawy w tej mierze, mogłoby pozytywnie wpłynąć na stosunek do zwierząt pośród wielu z nich. I żeby było jasne: w tej sprawie ani trochę nie kpinkuję.
*****
Prezes TVPiS Jacek Kurski składając gratulacje twórcom ukraińskiego serialu „Zniewolone” przemawiał po angielsku. Także wywiady z nimi przeprowadzano po angielsku. Do tego doszło, że z naszymi słowiańskimi pobratymcami ukraińskimi nie rozmawiamy po polsku, ukraińsku a choćby i po rosyjsku, tylko mową perfidnego Albionu. „Koniec świata” – jak mawiał dozorca Popiołek z serialu „Dom”.
*****
Dr Hanna Karp, medioznawcza, związana sympatiami z Radiem Maryja, przedstawiła subiektywne portrety ośmiu dzienników („Nasz Dziennik”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Super Express”, „Fakt”, „Gazeta Wyborcza”, „Gazeta polska Codziennie”, „Polska The Times” ). Na trzeciej z kolei pozycji przedstawiona jest „Trybuna, tak oto: „Jest taki tytuł. Po wielu metamorfozach, do 1989 roku ukazywał się jeszcze jako „Trybuna Ludu”, dziś chce być postrzegany jako dziennik o profilu lewicowym. Wydawany przez bliżej nieznaną spółkę z.o.o. o „polskiej nazwie” Polish Scientific Group. Na pierwszej stronie, w tabloidowym stylu, owszem, jest jedna wielka fotografia … prezydenta Andrzeja dudy z napisem: „My, pierwsza Brygada Świętokrzyska”. O obchodach rocznicy wybuchu powstania próżno szukać. Jedynie zajawka wspomnień z powstania zatytułowanych: „W buraczkach”. Tekst ma podtytuł „Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego”. Do tej gazety warto będzie wrócić. Poziom propagandy, fascynujący z punktu widzenia poznawczego na poziomie putinowskiego Sputnika”.
Szanowna Pani Doktor! Co do „poziomu propagandy na poziomie putinowskiego Sputnika”, to tak sformułowana ocena wydaje mi się generalnie nietrafna, bo „Dziennik Trybuna” wydaje mi się gazetą nader rzeczową i może jedynie piszący te słowa zbliża się w cotygodniowym bigosie do „propagandy na poziomie putinowskiego Sputnika”, z tym atoli zastrzeżeniem, że kilkakrotnie w „DT” ukazywały się moje teksty (recenzje) o wymowie zdecydowanie krytycznej w stosunku do działań władz Federacji Rosyjskiej. Jednak gdyby nawet – to kudy „Trybunie” pod tym względem do takiego „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej”, „Sieci” czy „Do rzeczy”. Nawet się do tego poziomu nie zbliżamy. Natomiast z uznaniem przyjmuję deklarację Pani Doktor, że „do tej gazety warto będzie wrócić”. Witamy Panią w gronie naszych Czytelników i liczymy na bardziej rozbudowaną i pogłębioną analizę medioznawczą naszego tytułu.
*****
O niedawno upieczonej pisowskiej propagandystce, ex-lwicy lewicy tym razem nie będzie. Znakomicie wyręczył mnie kilka dni temu na łamach „Dziennika Trybuna” redaktor Piotr Gadzinowski.

Chorzy na neoliberalizm

Na własnej skórze przekonałem się, że Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) to prawdziwe zagłębie wyzysku – pisze do nas pracownik uniwersyteckiego szpitala. Publikujemy jego list.

Uniwersytet i prowadzony przy nim szpital same wymagają poważnej kuracji. Na początek – wyplenienia objawów neoliberalnego wirusa, jakim jest powierzanie firmom zewnętrznym odpowiedzialności za niektóre prace, bez których szpital nie może funkcjonować.
Goniec w szpitalu to osoba, która wozi pacjentów na wózkach i łóżkach, chodzi z dokumentami, lekami, jednostkami krwi i próbkami do laboratorium itd. Każdego dnia pokonuje kilkanaście kilometrów. W GUMedzie pracuje bez etatu i nawet nie będąc formalnie pracownikiem szpitala.
6 lutego zacząłem w GUMedzie pracę właśnie w charakterze gońca, zatrudniony przez firmę zewnętrzną DGP na umowie-zlecenie. Stawka: 14,70 zł brutto za godzinę. DGP to firma działająca na terenie całej Polski, zajmująca się obsługą różnych obiektów. Niegdyś stanowiła trzon firmy Impel. GUMed obsługuje od około 5 lat. Przejęła sanitariuszy wcześniej zatrudnianych na umowie o pracę przez szpital.
Początkowo umieszczono mnie na dyspozytorni, gdzie oprócz wykonywania czynności gońca należało również odbierać telefony z różnych oddziałów i innych miejsc z terenu szpitala oraz przyjmować zlecenie bądź przekazywać je odpowiednim osobom. Na dyspozytorni siedziały 2 osoby: osoba odpowiedzialna za telefony i goniec. Potem kierowano mnie na różne oddziały w zależności od tego, gdzie akurat nie było gońców. Codziennie musiałem poznawać specyfikę kolejnego oddziału, a każdy rządzi się swoimi prawami.

Byłem, można powiedzieć, gońcem rezerwowym.

Zdarzało się, że przychodziłem do pracy tylko po to, by zaraz wrócić do domu, bo brygadzistki uznały, że mają wystarczającą liczbę gońców. Wówczas mi nie płacono. Trzymano mnie w niepewności. Zastanawiałem się, czy i kiedy otrzymam umowę o pracę, którą, jak obiecano, miałem dostać 17 marca. Umowy nie było, tymczasem poinformowano mnie, że od 18 do 22 marca będę potrzebny na dyspozytorni. Miała to być pewna gwarancja, że dostanę umowę o pracę. Podobno to tylko kwestia czasu, bo kadry musiały ją przygotować… Faktem jednak jest, że od 18 marca w zasadzie pracowałem na czarno. I nie byłem jedyny.
Gdy upominałem się o umowę, odsyłano mnie od brygadzistek do kadr i z powrotem. Tłumaczono, że nie mają jak mnie przypisać do któregoś z oddziałów i nie wiedzą, czy dadzą mi umowę-zlecenie czy o pracę. Równocześnie nadal przychodziłem do pracy jako rezerwowy, w zastępstwie. Czasem czekałem godzinę, po której odsyłano mnie do domu. Oczywiście żadne wynagrodzenie za ten czas się nie należało.
W końcu usłyszałem: dostanę umowę o pracę, ale muszę najpierw zrobić kurs na sanitariusza.
Oczywiście nie za darmo – przeszkolenie będzie kosztowało 640 zł, opłata zostanie potrącona z pensji w ratach rozłożonych na 10 miesięcy. Jest to niezgodne z prawem pracy, mimo to, po dniu zastanowienia się, zgodziłem się. W kolejnych dniach dano wszystkim gońcom do zrozumienia, że kurs jest warunkiem niezbędnym, by zacząć pracować na umowie o pracę. Zaproponowano warianty: 1) za darmo, ale umowa lojalnościowa na 4 lata (potem firma „zeszła” do dwóch), 2) 640 zł od razu, 3) 640 zł rozłożone na 10 miesięcy. Taka oferta bardzo gońców nie pocieszyła. Do tego kurs miał odbyć się w kwietniu. Nie odbył się. Nie mamy do dziś o nim jakichkolwiek nowych informacji.
Składając następnie wniosek o zatrudnienie, poprosiłem o skierowanie na badania sanitarno-epidemiologiczne, co jest wymagane do umowy o pracę. Powiedziano mi, że przygotowana jest dla mnie umowa-zlecenie… Skierowania nie dostałem. Zapewne dlatego, że te badania wiązałyby się z kosztami dla firmy DGP. Brak badań, co oczywiste, naraża zdrowie pacjentów i pracowników szpitala. W kadrach DGP w dodatku dowiedziałem się, że skierowanie mógłbym dostać… po zaliczonym kursie na sanitariusza. Tym samym, o którym ciągle nic nie wiadomo.
Podtrzymywana była wciąż aura wiecznej niepewności, charakterystyczna dla „realnego neoliberalizmu”. I nagle na początku kwietnia – telefon! Mam podpisać umowę. Przyszedłem do pokoju brygadzistek, gdzie wręczono mi umowę-zlecenie. Podpisałem, zgrzytając zębami, przede wszystkim dlatego, by zapłacono mi za wypracowane godziny.
11 kwietnia sprawdziłem stan konta. Za marzec dostałem niecałe 1400 zł, choć pracowałem ponad 160 godzin.
Po długich wyjaśnieniach brygadzistki wyliczyły mi 137 godzin. Przy okazji wyszło na jaw, że na jednym z oddziałów pracowałem po 12 godzin dziennie, choć miałem wychodzić po 11. Brygadzistka, która już zwolniła się z tej pracy, źle mnie poinformowała. Co z pozostałymi 24 godzinami? Nikt mi ich nie wpisał do grafiku. Wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie, kiedy pracowałem na jakim oddziale. Ale moje prywatne notatki uznano za niemiarodajne. Brygadzistka odpowiedzialna za tamten oddział zmieniła już pracę. Oddziałowe nie prowadzą żadnej dokumentacji pracy gońców, skoro ci są pracownikami firmy zewnętrznej. Jako że ta również nie prowadzi żadnego rejestru, jedynym potwierdzeniem mogłyby być pokwitowania z apteki lub magazynu medycznego.
Ostatecznie uznano mój „wniosek o wypłatę”. Z tym, że zapłatę dostanę dopiero w następnym miesiącu. W dodatku za te 24 godziny będzie „sprawiedliwie” potrącone gońcowi, który na danym oddziale pracuje na stałe, gdyż, jak uznał pracodawca, ten „nie śmiał się przyznać do tego, że miał 3 dni wolnego zawczasu”. Kasa ma się zgadzać, firma nie może wydać na pracowników za dużo. Za to „przypadkowe błędy” i niechlujna księgowość” po stronie DGP zdarza się dość często. Są też przypadki gorsze, jak znana mi historia kierowcy z orzeczeniem o niepełnosprawności, na którym wymuszano nadgodziny, a następne „źle podliczano” realny czas pracy przy wypłacie. Bardzo często kierownictwo firmy korzysta zresztą z niewiedzy niepełnosprawnych odnośnie przysługujących im uprawnień, czyli m.in. z prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy/35h tygodnia pracy. Jest to po prostu okradanie tych osób z pięciu godzin pracy w tygodniu, choć już się na nich zyskało – dzięki refundacji PFRON to faktycznie darmowa siła robocza.
Wiele do życzenia pozostawia również stan pojazdów, służących do transportu materiałów na terenie uniwersytetu, którymi dysponuje firma DGP.

Pracownicy mówią o nich „trupy omyłkowo nazwane pojazdami”.

Są one faktycznie zagrożeniem dla osób poruszających się nimi, innych uczestników ruchu, pacjentów i personelu. Praktycznie każdy ma problem z hamulcami: w jednym nie działa ręczny, w innym hamulce są w kiepskim stanie, w trzecim są prawie niesprawne. Tym trzecim musiał jechać jeden z kierowców, chociaż zgłaszał problem brygadzistce i kierownikowi. Polecono mu jechać mimo wszystko, bo innych pojazdów nie było. Poruszał się więc z prędkością maksymalnie 30km/h, żeby nie spowodować wypadku. Dostał reprymendę za to, że… wolno realizuje zlecenia.
Wśród pracowników podległych DGP są sanitariusze wcześniej zatrudnieni bezpośrednio przez szpital. Są lepiej traktowani niż gońcy, choć zajmują się praktycznie tym samym. Co ważne, nie przeszkadza im to z gońcami się solidaryzować.
Czasy przed outsourcingiem wspominają z sentymentem.
W kontekście służby zdrowia domagano się większych pensji dla pielęgniarek czy lekarzy-rezydentów. Mało kto pamiętał o grupach, których sytuacja jest jeszcze gorsza.
GUMed z całą pewnością nie jest jedynym miejscem, gdzie panują takie porządki. Wniosek może być jeden – potrzeba radykalnego uspołecznienia służby zdrowia i zerwania z „realnym neoliberalizmem”, jaki tam panuje. Sektor publiczny powinien być całkowicie oczyszczony z kapitalistycznych pośredników i praktyki zlecania konkretnych zadań firmom zewnętrznym. W służbie zdrowia takie pośrednictwo jest szczególnie niezdrowe.

Katolickie palenie książek

Koszalińska fundacja „SMS z Nieba” zamieściła na Facebooku zdjęcia z wydarzenia, podczas którego spalono stos książek, między innymi z cyklu „Harry’ego Pottera”. Administratorzy strony uzasadnili akt spalenia książek cytatami z Biblii. „Duża liczba uprawiających magię przynosiła swe księgi i paliła je wobec wszystkich” – napisali nad zdjęciami spalonych książek.

Po umieszczeniu wpisu, wielu komentatorów z oburzeniem zareagowało na akcję fundacji. Inicjatywa koszalińskich duchownych spotkała się z zaskakującą wyrozumiałością, a wręcz poparciem części kleru i katolickiej prawicy. W wywiadzie dla bliskiego rządowi portalu wpolityce.pl ksiądz Wojciech Parfianowicz pozytywnie ocenił sens akcji. „Według mnie intencje były dobre, kapłan chciał zwrócić uwagę na to, że magia i okultyzm są szkodliwe dla człowieka” – podkreślił.
Również proboszcz parafii, w której doszło do spalenia książek, ksiądz Jan Kucharski przychylnie odniósł do spalenia książek w obecności dzieci. W wywiadzie dla portalu natemat.pl Kucharski tłumaczył, że „w Dziejach Apostolskich jest napisane, że ludzie składali magiczne przedmioty i wszystko było niszczone. (…) My wiemy co szkodzi, wiemy co nie jest dobre dla wierzących i dlatego taka forma tego wydarzenia, powiedziałbym nawet, że ewangeliczna. Owszem dla jednych może być szokująca, ale ludzie, którzy mają bożego ducha – zrozumieją to”. Jeszcze jaśniej motywy działań stowarzyszenia Kucharski wyjaśnił w komentarzu dla „Gazety Wyborczej”: „Wierni trochę tego poznosili i trzeba było zutylizować”.

Również „Fronda” znalazła usprawiedliwienie dla akcji koszalińskiej fundacji. „Argumentacja na podstawie dosłownych nakazów starotestamentalnych nie może być, naturalnie, uznawana za wystarczającą. Natomiast sam pomysł palenia szkodliwych książek z jednej strony można uznać za ciekawy. To swoisty apel do rodziców, by potraktowali poważnie kościelne ostrzeżenia przed niewłaściwymi lekturami” – czytamy w komentarzu portalu.

Najdalej poszła jednak redakcja opiniotwórczego portalu Polonia Christiana, która umieściła na swoim portalu artykuł o wdzięcznym tytule „Gdańsk: księża spalili ezoteryczne książki i amulety. Lewackie media wpadły w amok”. Zdaniem redakcji „dobór książek i przedmiotów, które uznano za niebezpieczne dla duszy i spalono, może być przedmiotem dyskusji. Bez wątpienia jednak głos kapłana w tej sprawie powinien być dla katolików istotniejszy niż opinie internautów oraz redaktorów „Wyborczej”, naTemat czy Tok FM”. Autorzy tekstu pochwalili akcję koszalińskiej fundacji, porównując ją do… „Indeksu Ksiąg Zakazanych”. „Kościół natomiast – o czym zapominają lub nie chcą pamiętać postępowe redakcje – nie kieruje się w swoich działaniach i nauczaniu niechęcią i wrogością, a miłością. To z niej wynika troska o zbawienie każdego człowieka. Taka jest chociażby geneza oburzającego środowiska lewicowe „Indeksu Ksiąg Zakazanych”” – piszą autorzy tekstu, następnie poświęcając kilka akapitów na ukazanie pozytywnej roli katolickiej cenzury.

Z tej perspektywy działania fundacji „SMS z Nieba” dobrze wpisują się w historię Kościoła. „Widać więc wyraźnie, że pomimo pewnych zmian Kościół cały czas – wypełniając swój Urząd Nauczycielski – ostrzega wiernych przed zgubnymi ideologiami i groźnymi treściami. Skoro zaś duchowni, w tym egzorcyści, ostrzegają przed złym wpływem na dusze pewnych książek i przedmiotów, to działania jakie miały miejsce po niedzielnej Mszy Świętej w parafii NMP Matki Kościoła i Św. Katarzyny Szwedzkiej w Gdańsku stają się zrozumiałe” – konkludują swój tekst redaktorzy portalu.

Autorom wszystkich powyższych tekstów można tylko przytaknąć: mają rację, że Kościół był i jest instytucją zamordystyczną, narzucającą cenzurę. Natomiast warto zadać sobie pytanie, dlaczego państwo wciąż nie stawia oporu kościelnemu bezprawiu, samowoli i przywilejom.

Głos lewicy

Prałat Jankowski padł

Trzej aktywiści obalili gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego. Oto ich oświadczenie:
Każdy z nas ma nad sobą swój skrawek nieba gwiaździstego, każdy nosi w kieszeni swój osobisty kompas wskazujący dobro i zło, krzywdę i przewinę, a myśli i działania wywodzi tyleż z własnego rozumu i osobniczego doświadczenia, co i z przyrodzonej wrażliwości na niesprawiedliwość i upokorzenie spotykające drugiego człowieka. Oparłszy swe stanowisko na obowiązującym kontrakcie społecznym, którego fundamentalnymi składowymi są m.in. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej i wczytawszy się w karty niedawnej historii, której byliśmy naocznymi świadkami, oraz wsłuchawszy się w głos ofiar udokumentowany szeroko w upublicznionych materiałach ze śledztw prokuratorskich i dziennikarskich,
Oskarżamy Henryka Jankowskiego, księdza katolickiego, kapelana NSZZ ,,Solidarność”, wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Brygidy w Gdańsku o podły i haniebny gwałt na godności, wolności seksualnej i prawie do prywatności oraz wykorzystanie trudnej sytuacji społecznej młodych ludzi powierzonych jego opiece; o liczne zamachy na godność oraz o dyskryminację osób i społeczności poprzez szerzenie mowy nienawiści, publiczne głoszenie poglądów antysemickich i lżenie ludzi o odmiennych poglądach politycznych w swych kazaniach, wypowiedziach publicznych i instalacjach kwazi-artystycznych natury (pseudo-)religijnej.
Instytucję kościoła katolickiego w Polsce o systemowe współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: w szczególności zaś tych jej przedstawicieli, którzy z pełną świadomością zła czynionego przez Henryka Jankowskiego, nie zareagowali w sposób skuteczny, aby złu temu położyć kres, milczeli lub wręcz z premedytacją kryli przestępstwa Jankowskiego. Uparcie i intencjonalnie milczących świadków i depozytariuszy tajemnicy o społeczne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: świadków należących do świeckiego otoczenia Jankowskiego, którzy zdecydowali się trwać przez lata w zmowie milczenia i bezczynności i poprzez swoją postawę wyrażali de facto przyzwolenie na zło. Administrację publiczną o administracyjne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego, nierzadko wynikające z politycznego oportunizmu i pospolitej prywaty: administrację, której decyzje (np: odznaczenie Medalem K.E.N., nadanie jego imienia skwerowi w sąsiedztwie kościoła pw. św. Brygidy i wybudowanie jego pomnika) podejmowane w świadomości uczynionego przezeń zła, były aktem podłej instytucjonalnej zniewagi wobec bezbronnych ofiar pedofila i antysemity. Administrację, której nieskuteczność i opieszałość w wycofywaniu się z tych decyzji stanowi czytelny przykład powszechnej praktyki podporządkowywania dobra wspólnego dobru uprzywilejowanej instytucji kościoła katolickiego.

W tył zwrot!

O tragedii gdańskiej, o morderstwie Prezydenta Adamowicza wypowiedziano i napisano już bardzo wiele słów dobrych i mądrych. I jeszcze więcej zostanie powiedzianych i napisanych. Porywanie się więc na jakiś tekst na ten temat jest dzisiaj z mojej strony być może jakimś szaleństwem. Nie ma w tym jednak krztyny megalomanii – jak nigdy dotąd piszę dla chwili, dla siebie. Piszę, ale właściwie krzyczę. I jest to tak, jak w lesie, kiedy czasami musisz krzykiem wyrzucić z siebie cały swój ból i wszystkie swoje nadzieje, nie bacząc na to czy ktoś cię słucha.
Tragedia gdańska rozgrywa się na dwóch co najmniej płaszczyznach: osobistej i publicznej. Jest to wielka tragedia człowieka, który życiem przypłacił swoją społeczną aktywność, polityka z wielkimi perspektywami. Jest to niewyobrażalna tragedia jego najbliższych: rodziny, przyjaciół. Chylę przed nią głowę.
Tragedia ta rozgrywa się też w innym wymiarze: w wymiarze społecznym. Nóż, który ugodził serce prezydenta Adamowicza ugodził jednocześnie serca milionów Polaków, zranił ich boleśnie. Sceneria tej tragedii godna jest najlepszych tragedii greckich: finał ogólnonarodowego Święta Dobroci, Święta Dzielenia się Dobrem, Święta Szlachetnych Serc, wielotysięczne audytorium, podniosły, kulminacyjny, radosny moment „wysyłania światełka do nieba”, światełka nadziei, światełka ludzkiej solidarności.
I nóż, który nagle, niespodziewanie tą całą scenerię rozdziera jak płótno.
Ten nóż ugodził nie tylko w serce prezydenta Adamowicza, w serca milionów Polaków. On ugodził również w wartości, które współdzielimy, w dobro, szlachetność, szacunek dla człowieka, wzajemną życzliwość.
Ten nóż przebił również jakiś olbrzymi balon, który od dawna w Polsce nabrzmiewał – balon sprzeciwu przeciw nienawiści, jako podstawowego narzędzia polityki społecznej, walki o rząd dusz.Od lat zawołania „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści” czy „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, skandowane na setkach, a może i tysiącach różnych demonstracji, uznawane były powszechnie za zachowania patriotyczne, nie wzbudzały żadnej negatywnej reakcji ze strony tych, którzy aspirując do publicznych godności przyjęli odpowiedzialność również za kształtowanie standardów społecznego życia. Publiczne honorowanie Polaka, mordercy przywódcy południowoafrykańskich komunistów też nie poruszyło nikogo. Mało tego, dehumanizacja przeciwników politycznych stała się ulubionym, codziennym narzędziem Prawa i Sprawiedliwości: od najważniejszego prezesa, przez posłanki i posłów po szeregowych heiterów, używających sobie w Internecie do woli. Wielu psychologów społecznych i socjologów ostrzegało, że polityka nienawiści prędzej czy później doprowadzi do tragedii. Wydarzyła się w Gdańsku – być może przez przypadek, ale nieprzypadkowo wydarzyła się w Polsce.
Opinia publiczna wstrząśnięta została nieco po tym, jak na szubienicach, zamiast komunistów lub w ich charakterze, zawisły portrety polityków tych ugrupowań, które w porę nie reagowały na rodzące się zło. Dopiero przelana krew Prezydenta Gdańska obudziła Polaków na skalę dotąd nie spotykaną.
To co od kilku dni przetacza się przez Polskę to nie narodowa histeria, to jeden wielki protest przeciwko nieodpowiedzialnemu bawieniu się Polską i Polakami przez ludzi, którzy nie dorośli do sprawowania władzy i odpowiedzialności za kraj, którzy głęboko podzielili naród. Być może za tym zrywem kryje się jakiś społeczny instynkt samozachowawczy, jakieś poczucie olbrzymiego, śmiertelnego zagrożenia dla polskiej wspólnoty, przeczucie, że jako społeczeństwo stanęliśmy już nad przepaścią i czym prędzej trzeba zrobić w tył zwrot. Być może.
Oczywiście nie wszyscy równie głęboko przeżywają gdańską tragedię. Już uruchomiona została propagandowa machina PiS, która wmawia elektoratowi a to, że za tym mordem stoi „europejski spisek”, a to, że celem był prezydent Duda, ale cudem ocalał, a to, że mamy do czynienia z czynem „zwykłego psychola” tylko. Skoro tak wielu rodaków uwierzyło w brednie o zamachu na Prezydenta Kaczyńskiego, pewnie wielu uwierzy i w tą propagandę.
Ze zranionym sercem, ale wierzę jednak, że z areny Orkiestry Wielkiej Świątecznej Pomocy w Gdańsku wzbiło się do nieba światełko nadziei o wiele większe, jaśniejsze niż to coroczne, zwyczajowe niemal. Wierzę, mam nadzieję, że wzniosło się nad nami światełko nadziei dla Polski. Oby nie zgasło, oby nie okazało się chwilowym tylko błyskiem nad naszymi głowami i w naszych głowach. Tylko wówczas śmierć Prezydenta Pawła Adamowicza nie pójdzie na marne.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.