Appendix do „Zimnej wojny”

w tym przypadku dopełnienia nie do znanego filmu, a do ważnych rozważań

Temat II wojny światowej i polskiego września, z różnymi akcentami i konotacjami politycznymi będzie dominował w najbliższym czasie w mediach. Natomiast godną lektury i poważnego przemyślenia była niedawna, obszerna wypowiedź prof. Włodzimierza Borodzieja o zimnej wojnie (trzy kolejne wydania „GW” – „Ale historia” – 20 i 27. 07. oraz 1.08. 2020). Również z uwagi na przedstawione mało znane fakty, jak też z konieczności kilku ważnych uzupełnień

Prapoczątki zimnej wojny

to ustalenia z Jałty, a po zakończeniu wojny dzielenie łupów. „Stalin już chciał zagarnąć – pisze Borodziej – Polskę (i nie tylko) oraz przesunąć ją geograficznie na zachód. Ale też jak najszybciej zainstalować w Warszawie władze komunistyczne. Amerykanie i Brytyjczycy byli sceptyczni wobec aż takiej zmiany granic, lecz nie szło im wyłącznie o politykę, bali się milionów migrantów i przesiedleńców do zachodnich stref okupacyjnych, wędrujących po Europie, których akurat oni, a nie Niemcy lub Sowieci, musieliby wyżywić, dać im pracę i dach nad głową. Tymczasem ludność nie chciała ich przyjmować, bo oznaczało to kolejne gęby do i tak pustego garnka.” To interesująca opinia gdyż dotąd, w powszechnym przekonaniu, ważyły o naszej zachodniej granicy przede wszystkim względy polityczno-militarne ZSRR, a w tym, kosztem przegranych Niemiec, niejako „rekompensata” dla Polski za utratę Kresów Wschodnich.

Dzielenie łupów i wpływ na zainstalowanie zimnowojennego porządku miała także wojna domowa w Grecji w latach 1946-1949, tym razem nie z winy Stalina a Zachodu, co oględnie przyznaje Profesor. Nie wchodząc w szczegóły tamtych wydarzeń przypomnieć jednak należy, że Królewskie Siły Zbrojne Grecji wspierane były od początku przez Wielką Brytanię, a później Stany Zjednoczone. Wg. Richarda Clogga „Kierujący się żądzą zemsty prawicowy rząd jeszcze zaostrzył istniejące podziały polityczne. Już przed wyborami represje prawicy zmusiły byłych partyzantów ELAS [ lewicowej formacji partyzanckiej w czasie II wojny światowej współpracującej także z Brytyjczykami, podobnie zresztą jak partyzantka Tity w Jugosławii – Z.T.] do powrotu w góry. Po wyborach proces gwałtownie przyspieszył, chociaż w kierownictwie partii komunistycznej nadal spierano się, czy zmierzać do władzy drogą konstytucyjną, czy też zbrojną.” Nota bene spośród ewakuowanych 30 tys. dzieci bojowników Demokratycznej Armii Grecji część znalazła się w Polsce.

Bardzo poważny wzrost nastrojów lewicowych w Europie Zachodniej po zakończeniu wojny był także przyczyną interwencji USA w wybory włoskie w 1948 r. „Amerykanie robią wszystko, by komunistom uniemożliwić zdobycie statusu najbardziej popularnej i wspieranej partii w tym kraju…CIA wspierała wszystkie siły, by zminimalizować ryzyko zwycięstwa komunistów. Dzięki pomocy różnych fundacji amerykańskie rządowe pieniądze trafiają legalnie i nielegalnie do włoskich anty-comunistów. Komuniści odnoszą nieznany w historii Włoch sukces, ale w sumie przegrywają – da się stworzyć rząd bez nich.” Takie to, upowszechniane na całym świecie i nie raz powtarzane, amerykańskie rozumienie demokracji.

Jak to się zaczęło

„Truman jest postrzegany – mówił prof. Borodziej – jako prezydent bez złudzeń i bardzo szybko po objęciu władzy powiedział, że ma dość dopieszczania Sowietów, dość ustępstw wobec nich. Uważał, że Zachód musi się powojennie zredefiniować…W tym sensie Truman jest ojcem chrzestnym zimnej wojny. A jej konkrety prezentuje sekretarz stanu USA, gen. George Marshall, który w 1947 r. przedstawia na Uniwersytecie Harvarda plan gospodarczej pomocy dla Europy.”

Ale dużo wcześniej Panie Profesorze miało miejsce kilka istotnych wydarzeń.

Józef Stalin w Moskwie w lutym 1946 roku oświadczył, że istnieje blok państw kapitalistycznych i imperialistycznych, w dzieje których integralnie jest wpisana wojna.

Wilson Churchill 5 marca 1946 w amerykańskim Westminster College w Fulton, w stanie Missouri, w obecności prezydenta Stanów Zjednoczonych, Harry’ego Trumana, mówił: „Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem opuściła się żelazna kurtyna w poprzek kontynentu…” Po wschodniej stronie kurtyny znalazły się „wszystkie stolice dawnych państw Środkowej i Wschodniej Europy – Warszawa, Berlin, Praga, Wiedeń, Budapeszt, Belgrad, Bukareszt, Sofia”. Wszystkie te miasta poddane zostały „w wysokiej i rosnącej mierze kontroli ze strony Moskwy”. Uważa się powszechnie, że ten dzień zapoczątkował zimną wojnę.

Do tych słów nawiązał 6 września 1946 w Stuttgarcie amerykański sekretarz stanu James Byrnes oświadczając, że Amerykanie nie opuszczą Niemiec i militarna obecność Stanów Zjednoczonych w Europie będzie zjawiskiem trwałym.

Plan Marshalla

nie przedstawiał, jak twierdzi Profesor, żadnych konkretów zimnej wojny z wielu powodów. Już zresztą wtedy trwała, nie do przewidzenia był jej dalszy przebieg, nie ograniczała się jedynie do tzw. rozmiękczania, ekonomicznych nacisków czy ideologicznych haseł i propagandowych działań obu stron, gdyż jej trwałym elementem były również liczne zbrojne, gorące konflikty na całym świecie. Nadto nikt nie był w stanie w tamtym czasie wyobrazić sobie ani jej dalszego ciągu, ani zakończenia.
„Plan przedstawił deklarację pomocy gospodarczej dla krajów Europy, określając jej charakter i warunki otrzymania…Został uchwalony przez Kongres Stanów Zjednoczonych 3 kwietnia 1948…Program pomocy był realizowany przez 4 lata…do czerwca 1952…przekazano około 13 mld dolarów (ok. 123 mld dolarów po inflacji) w postaci pomocy technicznej i ekonomicznej, aby wesprzeć odbudowę gospodarek krajów europejskich…wpływ planu na tempo wzrostu gospodarczego gospodarek Europy Zachodniej, m.in. poprzez odbudowę zasobów kapitałowych czy projekty inwestycyjne, oceniany jest jako niewielki, natomiast podkreśla się efekty pośrednie…Plan Marshalla był jednym z pierwszych impulsów do integracji europejskiej.” (Wikipedia)

Dodać jeszcze należy – jako bardzo szczególną informację – że w ramach powyższego planu odbudowy dostarczono także do niektórych państw europejskich broń i sprzęt wojskowy, zapewne z amerykańskiego demobilu.
„Dla początku zimnej wojny większe znaczenie miał plan Marshalla niż zdobycie przez Moskwę broni nuklearnej. Finansowa pomoc Stanów Zjednoczonych dla podnoszącej się z wojennych gruzów Europy Zachodniej określiła na lata ramy jej funkcjonowania” – mówił prof. Borodziej. Jest w tym stwierdzeniu bardzo wiele racji dodając, że plan niewątpliwie miał wpływ na poziom życia, a więc i ograniczenie lewicowych tendencji w powojennej, zrujnowanej Europie. A w przeciwieństwie do czasu po I wojnie światowej, m. in. poprzez ten projekt, Amerykanie pozostali na stałe na starym kontynencie wraz ze swoimi licznymi interesami.

Doktryna powstrzymywania

„Została opracowana w sztabie planowania Departamentu Stanu USA, a komuniści ją zmitologizowali. W gruncie rzeczy to pomysł bardzo prosty. Stany Zjednoczone ponoszą odpowiedzialność za świat, ale mają ograniczone możliwości. Muszą interweniować tam, gdzie mogą i gdzie ich interesy są zagrożone.” Należy przyznać, że Pan Profesor w krótkich żołnierskich słowach obnażył trwającą od lat całą amerykańską obłudę, w której zaanektowana, jednostronna odpowiedzialność za świat sprowadza się do interesów USA.

Ograniczone możliwości

dwóch supermocarstw polegały podczas zimnej wojny na niepisanej acz przestrzeganej umowie o nienaruszaniu swoich sfer wpływów i nie wchodzeniu w konflikt, który mógłby przerodzić się w światową pożogę. Wzajemnie rozumiany interes pozwalał w krytycznych sytuacjach „zaprowadzać porządek” na podległych obszarach bez obaw o militarną aktywność ze strony politycznego przeciwnika. Tak było podczas interwencji radzieckiej na Węgrzech w 1956 roku i w czasie „Praskiej Wiosny” z wkroczeniem wojsk Układu Warszawskiego. Prowadzący rozmowę Paweł Smoleński dodaje: „Amerykanie wtrącili się jeszcze do wyborów serbskich 2000 r., na Środkowym Wschodzie w Iranie w 1953 r„ gdy w wyniku zamachu stanu przywrócili do władzy szacha Mohammada Rezę Pahlawiego, oraz w Iraku w 2004 r., o karaibskiej Granadzie nie wspominając.” Profesor uzupełnia: w Iraku, gdzie „USA po prostu wchodzą z wojskiem, obalają nieprzyjazny sobie reżim i instalują własny, jednak bez większego powodzenia.” W tym samym stopniu podobne są także do siebie amerykańska interwencja w Wietnamie oraz radziecka i amerykańska interwencje w Afganistanie bowiem wszystkie identycznie się zakończyły. Z tych samych ograniczeń w 1980-81 roku, w sytuacji interwencji radzieckiej nie poszli by się bić o Polskę Amerykanie – „Zdecydowanie nie, Zresztą o tym głośno mówili”.

Przykład Kuby

jako klasycznego powstrzymania się USA i ZSRR od globalnego konfliktu nie wyczerpuje opisu sytuacji, w której miejscowe ruchy i siły antyrządowe obalają samodzielnie, bez zewnętrznego wsparcia, kolonizatorów bądź miejscowy reżim. Tak było wcześniej w Indochinach i w Algierii gdzie przegrywają Francuzi, tak też się stało na Kubie, co dosadnie opisał Filip Ratkowski w swojej internetowej wypowiedzi: „Kubę w orbitę ZSRR wepchnęła amerykańska mafia, która była właścicielem niemal całej infrastruktury hotelowo-rozrywkowej z burdelami na czele! Fidel Castro nie był żadnym „komunistą” tylko zwykłym nacjonalistą (czy patriotą) kubańskim, a Komunistyczna Partia Kuby w początkach wcale mu się nie chciała podporządkować! Dopiero gdy Castro rozpędził kasyna i burdele…Amerykanie zaczęli swoje hocki-klocki, naciski i zakaz importu cukru [także słynną inwazję w Zatoce Świń – Z.T.] to Fidel nie miał innego wyjścia jak zaprzyjaźnić się z Chruszczowem i dopiero wtedy komuniści kubańscy mu się podporządkowali.”

Ceną za usuniecie radzieckich rakiet z wyspy były gwarancje nieagresji USA na Kubę, a także wycofania rakiet amerykańskich z Turcji.

Początki przemian i końca

Redakcja „GW” zamieszczając w III części tej rozmowy zdjęcie muru berlińskiego podpisała go: „Zburzenie muru berlińskiego w listopadzie 1989 r. stało się symbolem końca zimnej wojny, ale tak naprawdę proces upadku bloku komunistycznego został zapoczątkowany w Polsce bezkrwawą rewolucją „Solidarności”. Ten wyjątkowo bombastyczny punkt widzenia, stanowiący wtręt do przedstawionych rozważań, nie uwzględnia ani rzeczywistych przyczyn zakończenia „eksperymentu” jakim był „realny socjalizm czy też komunizm”, ani też późniejszych słów Borodzieja: „militarnie jest oczywiste, że Związek Sowiecki mógł znieść wszystkie ruchy separatystyczne [u siebie – Z.T.] w ciągu tygodnia, gdyby tylko chciał. Jak również powstrzymać zmiany w całej Europie Wschodniej. Ale już nie było woli politycznej, coś się wyczerpało. Również po ludzku zabrakło determinacji i pewności siebie.”

I jeszcze: „Ostatni przywódca sowieckiego imperium Michaił Gorbaczow, decydując się na głasnost i pierestrojkę, był jak Kolumb, który wyruszył na wyprawę w nieznane przekonany, iż odkryje drogę do Indii, a odkrył coś zupełnie innego.” Te nowe przekonania Gorbaczowa charakteryzują jego słowa: „Z przywódcami i innymi osobistościami wielu państw, z przedstawicielami ich opinii publicznej miałem okazję się spotkać…Pisałem tę książkę, wierząc w ich zdrowy rozsądek. Jestem przeświadczony, że są, tak jak i ja, jak my wszyscy — i to jest najważniejsze — zaniepokojeni o losy naszej planety. Powinniśmy obcować ze sobą, powinniśmy rozwiązywać problemy w duchu współpracy, a nie wrogości” (M. Gorbaczow, Przebudowa i nowe myślenie…, PiW,1988).

Koniec zimnej wojny

Profesor uważa: „Jak każdy proces historyczny kończyła się [zimna wojna – Z.T.] wieloetapowo, w różnych miejscach w innym czasie i formach. W Europie jej kres przypada mniej więcej na okres od 1989 r. …dla Związku Sowieckiego ten proces obejmował tendencje niepodległościowe Gruzji oraz państw bałtyckich i przede wszystkim spotkanie w Białowieży przedstawicieli Rosji, Ukrainy i Białorusi zakończone rozwiązaniem imperium”.

Koniecznie jednak przypomnieć należy, także wspomnianym rozmówcom z „Ale Historia”, że 15 października 1990 roku Michaił Gorbaczow otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla za skuteczne działania mające na celu zakończenie zimnej wojny.

Nieodzowne uzupełnienia

Myli się Paweł Smoleński twierdząc, że układ białowieski z 8 grudnia 1991 rok podpisał m. in. Gorbaczow, gdyż w imieniu Rosji dokonał tego Borys Jelcyn, będący w tym czasie wielkim antagonistą Gorbaczowa w walce o władzę. Nie ma też powodu, jak czyni to Profesor, nazywać legendą sytuację opisaną przez Mieczysława Rakowskiego, gdy stojąc wraz z Gorbaczowem „na trybunie honorowej [uroczystości z okazji 40-lecia NRD jesienią 1989 roku – Z.T.] i patrzyli z politowaniem na elitę NRD-owskich komunistów koło osiemdziesiątki odbierającą pochód, a tłumy skandowały: „Gorbi, Gorbi!”. Bo to on był symbolem reform i innego myślenia.” Rok wcześniej miałem okazję wysłuchiwać wyjaśnień sekretarza Komitetu Centralnego NRD-owskiej partii na temat niedopuszczenia na ich teren niemieckiej edycji radzieckiego „Sputnika”, który kolportował, wg mego rozmówcy, nieprawomyślne myśli Gorbaczowa.

Po zimnej wojnie

pozostają politologiczno-historyczne rozważania i różne ludzkie, nie tylko filmowe, losy. Na szczęście w tamtym wydaniu zakończyła się, ale nowe jej edycje powracają, jak zabójcze epidemie.

Historia oceni

Miałem wtedy chyba 14 albo 15 lat, a może mniej. Żadnych perspektyw na to, że zostanę kimś więcej, niż synem chłoporobotnika, a przynajmniej niewiele na to wskazywało. No i oczywiście zero kasy, no bo skąd, a potrzeby własne-spore. Wymyśliliśmy z kolegą, że żeby zarobić parę groszy, zrobimy skok na kiosk. Jak z piosenki Ramzes and Hooligans, których wtedy słuchałem.

Kiosk był kioskiem tylko z nazwy. Właściwie to był minisklepem spożywczo-przemysłowym na wsi u moich dziadków. Działał w budynku klasycznego kiosku ruchu, tylko że zamiast gazet, sprzedawał piwo, wino, cukierki, proszki do prania, żyletki i papierosy. Te właśnie produkty chcieliśmy z niego ukraść. Nie bardzo wiedzieliśmy jak spieniężyć łup, ale to nic, bo cała reszta kioskowej menażerii wydawała się nam bezużyteczna. Plan był taki, że przyjedziemy nocą do wsi rowerami. Weźmiemy latarki. Wyważymy łomem drzwi i po sprawie. Później tylko szybka zawijka do domu i gotowe. Na nasze szczęście wygadaliśmy się w porę o naszym planie innemu koledze, który gdy to usłyszał, popukał się w czoło i powiedział, że jak nas złapią, to pewnikiem wypieprzą ze szkoły i pójdziemy siedzieć do poprawczaka, co akurat nie było takie niezgodne z ówczesną praktyką karania młodocianych, nawet tych z dobrych domów. Nie przekonywały go argumenty, że robimy to w sumie w samoobronie, bo nie mamy pieniędzy, a za co kupisz papierosy, płyty i kolę? Kasa od rodziców starczała ledwie na drożdżówki na długiej przerwie. Ostatecznie, kiedy dyskusja się przeciągała i zanosiło się na impas, kolega nieprzekonany powiedział na odchodne: a róbta se, co chceta, historia was oceni. Pobledliśmy ze wspólnikiem od niedoszłego napadu. Nie sąd, nie rodzice, nie szkoła, a cała historia! To właśnie ona odwiodła nas od skoku. Do dziś nie wiem, skąd trzeci kolega znał bon mot marszałka, bo przysiągłbym, że międzywojnia na historii nauczyciel z nami wtedy nie przerabiał.

Przeczytałem niedawno wywiad z głównym epidemiologiem Szwecji. Swój długi i mądry wywód spointował on w ten sam sposób, co marszałek i nasz kumpel: historia nas oceni, czy w czasie, gdy cała Europa wprowadzała totalny lockdown, my zadziałaliśmy lepiej. Ponadto pan epidemiolog przytaczał w wywiadzie dość zasadne sądy o tym, że w pewnym momencie kraje starego kontynentu zaczęły ścigać się we wdrażaniu coraz to bardziej restrykcyjnych obostrzeń w ramach walki z covidem, w czasie gdy Szwedzi bazowali na twardych danych naukowych i starali się nie dać ponieść panice. Jedni ich za to ganili, drudzy chwalili. A oceni ich historia. I tych i tamtych.

Bardzo mi się podoba to podejście. Pamiętam, jak nie dawał mi spokoju kadr z serialu „Fargo”, na motywach scenariusza do filmu braci Cohen. W pierwszym sezonie główny bohater spoziera co rusz na plakat, na którym widnieje ławica rybek. Większość białych płynie w jedną stronę, a jedna, czerwona, w przeciwną. Całość opatrzona jest podpisem: a co, jeśli oni wszyscy się mylą? Od tamtego czasu, obrazek z rybkami wrył się w moją podświadomość, jako graficzna emanacja szukania sprzeczności w każdej oczywistości, którą podsuwa mi świat poprzez mainstreamowe media; co, jeśli oni wszyscy się mylą? Jeśli to ten jeden, obśmiany przez większość „wariat” ma rację? Co, jeśli to Łukaszenka ma rację; że koronawirus to nic innego, jak medialna pożywka, albo celowo rozdmuchana afera. A nawet jeśli nie jest tak do końca, to co, jeśli to Szwedzi i Duńczycy mają rację. Nie głupio Wam, że daliście się nabrać na takie tanie chwyty. Że zamiast używać życia, tyle ile się da, siedzieliście potulnie w domach, jak jagniątka, które gospodarz za chwilę wyprowadzi na rzeź.

Nie wiem, która strona ma racje. Bo cały ten rejwach koronawirusowy postrzegam już od dłuższego czasu, jako konflikt dwóch stron: tych, którzy mówią, że to śmiertelne zagrożenie i tych, którzy każą podchodzić doń z większym dystansem. Tych, którzy go całkowicie ignorują albo wietrzą w nim światowy spisek (czego oczywiście nie można do końca wykluczyć) odrzucam, tak jak odrzuca się skrajne oceny w skokach narciarskich. Jedni mówią, że mają naukowców i dowody, które przesądzają o ich racjach, w czasie, gdy drudzy mówią dokładnie to samo. A ja, jak chyba każdy na tym świecie, nie wiem komu wierzyć. Wiem za to na pewno, że historia pokaże, kto miał rację naprawdę, ale to już nie za mojego życia, choć na tamten świat jeszcze się nie wybieram.

Uderzać silniej, czyli wojna Sama ze Smokiem

Donald Trump jest w trzecim roku swojej prezydentury. Zyskał w tym czasie opinię prezydenta zmiennego i nieprzewidywalnego w swoich poglądach. Przykładem tego jest jego polityka wobec Chin.

Niedługo upłynie pół wieku od czasu normalizacji stosunków Stanów Zjednoczonych z Chińską Republiką Ludową. Tymczasem stosunki między obu krajami znalazły się w stanie wojny handlowej. Jak zauważył ambasador Chin w Polsce Liu Guangyuan w niedawnym wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” (30.05.2019) „wojna handlowa nie jest korzystna dla żadnej ze stron” i „w wojnie handlowej nie będzie zwycięzców”. Natomiast chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych określiło politykę handlową Trumpa „ekonomicznym terroryzmem, ekonomicznym hegemonizmem i ekonomicznym unilateralizmem”.

Zmienne klimaty

Na początku prezydentury Trumpa jego stosunki z Chinami były chłodne, by nie powiedzieć lodowate. Przyczynił się do niego on sam swoimi niezręcznymi wypowiedziami w okresie kampanii wyborczej, gdy opowiadał się za na łożeniem 45-procentowych taryf celnych na importowane z Chin towary, a Pekin oskarżał Trumpa o manipulowanie kursem własnej waluty. Najbardziej zirytowała Chińczyków rozmowa telefoniczna, którą Trump przeprowadził w grudniu 2016 r. z panią prezydent Tajwanu. Była to pierwsza rozmowa na tak wysokim szczeblu od 1979 roku. Trump nieprzyjazne pomrukiwania Pekinu skwitował po swojemu, to znaczy zaczął głośno powątpiewać, czy rzeczywiście Stany Zjednoczone powinny popierać politykę Jednych Chin.
Stopniowo Trump uznał, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży poprawa stosunków z Chinami i już w rozmowie telefonicznej 9 lutego 2017 r. z prezydentem Chin Xi Jinpingiem potwierdził honorowanie polityki Jednych Chin i wyraził gotowość nawiązania ścisłej współpracy gospodarczej, handlowej, naukowej, w dziedzinie energii, łączności oraz na rzecz globalnej stabilizacji.
Pierwsze osobiste spotkanie prezydentów obu krajów miało miejsce na Florydzie w kwietniu 2017 r. Nie przyniosło ono znaczących rezultatów. Rozmowy dotyczyły głównie zrównoważenia amerykańsko-chińskiej wymiany handlowej oraz współpracy na rzecz przeciwdziałania zagrożeniu wynikającemu z programu Korei Północnej.
W czasie szczytu w Hamburgu w lipcu 2107 r. Trump po spotkaniu z prezydentem Chin ogłosił, że obaj prezydenci „rozwinęli fantastyczne stosunki”.
8 listopada 2017 r. Donald Trump przybył do Chin, które tak ostro atakował w czasie kampanii wyborczej, a potem wielokrotnie zapowiadał drastyczne ograniczenie importu chińskiego. Teraz, jako prezydent, starał się pozyskać Chiny jako z jednej strony partnera gospodarczego, a z drugiej sojusznika w naciskach na Koreę Północną. W związku z ogromnym deficytem w handlu z Chinami Amerykanie oczekiwali między innnymi ułatwień w dostępie do chińskiego rynku, rezygnacji z subsydiowania chińskiego eksportu i zaprzestania kradzieży amerykańskiej własności intelektualnej.

Apogeum i…

W Pekinie, gdzie został powitany z najwyższymi honorami wojskowymi, Trump unikał poruszania kontrowersyjnych tematów: zaapelował jedynie do prezydenta Chin Xi Jinpinga o wywarcie presji na Koreę Północną. „Mamy siłę, aby uwolnić świat od zagrożenia północnokoreańskiego” – przekonywał gospodarzy. Namawiał chińskich przywódców, by wstrzymali dostawy ropy do Korei Północnej i odesłali do kraju tysiące Koreańczyków z północy. Komplementował chińskiego prezydenta i nazywał go „przyjacielem z którym ma wielką chemię”. Kiedy prezydent Xi Jinping zauważył, że „Pacyfik jest dostatecznie dużym oceanem, by pomieścić Chiny i Stany Zjednoczone”, Trump tylko się uśmiechnął.
Na konferencji po zakończeniu wizyty sekretarz stanu Rex Tillerson powiedział, że obaj prezydenci w sposób „szczery, otwarty i owocny” wymienili poglądy na różne tematy, rozmawiając m. in. o prawach człowieka i sytuacji na Morzu Południowochińskim, przy czym Stany Zjednoczone nie zmieniły swojego stanowiska w sprawie akwenu, do którego roszczenia zgłaszają Filipiny, Wietnam i inne kraje. Obaj prezydenci zgodzili się, że niezależnie od różnic politycznych obydwa kraje powinny rozwijać relacje oparte na kooperatywnym partnerstwie, którego przykładem było podpisanie porozumień handlowych między firmami obu krajów na ogólną sumę 250 mld dolarów. Donald Trump był pierwszym w historii amerykańskim prezydentem, który został przyjęty w Zakazanym Mieście, czyli dawnym pałacu cesarskim dynastii Ming i Qing. Chiński prezydent wyraźnie dawał swojemu gościowi do zrozumienia, że jego kraj w niczym i pod żadnym względem nie ustępuje Stanom Zjednoczonym.

Równia pochyła

Rząd chiński ostro skrytykował nową strategię wojskową Stanów Zjednoczonych ogłoszoną przez Trumpa 18 grudnia 2017 r., nazywając ją „zimnowojenną mentalnością” Stosunki amerykańsko-chińskie zaczęły się psuć od początku 2018 r. Trzeciego kwietnia 2018 administracja Trumpa opublikowała listę około 1300 chińskich produktów, na które Stany Zjednoczone zamierzały nałożyć wyższe cło. W odpowiedzi na te zapowiedzi rząd chiński oświadczył, że na politykę Trumpa zareaguje „w tej samej skali i z taką samą intensywnością”.

Kość niezgody

Trump określił Chiny jako „ekonomicznego nieprzyjaciela” i podjął szereg decyzji w obronie interesów gospodarczych Stanów Zjednoczonych nie tylko w stosunkach z Chinami. Trump krytykował również Chiny za rozwój potencjału militarnego, za rozwój broni rakietowej uznając to za zagrożenie bezpieczeństwa USA.
Chińczycy starali się utrzymać stosunki ze Stanami Zjednoczonymi w najlepszym stanie uznając te stosunki za ważny czynnik stabilizujący sytuację na świecie. Podkreślali, że współzależność obu krajów osiągnęła bezprecedensowy poziom. Od 2015 r. Chiny zastąpiły Kanadę jako największy partner handlowy USA. W 2018 r. import amerykański z Chin osiągnął wartość 539 mld dolarów, eksport zaś do Chin 120 mld. dolarów. Amerykanie mają chroniczny, wysoki deficyt w handlu z Chinami i to jest problem z którym nie chce pogodzić się prezydent Trump. Cechą charakterystyczną stosunków gospodarczych amerykańsko-chińskich jest osobiste zaangażowanie prezydentów obu krajów w ich stan i dalszy rozwój.
Rząd amerykański uważa jednak, że z handlu z Chinami większą korzyść mają Chiny, kosztem interesów Stanów Zjednoczonych. Z ostrym atakiem na Chiny wystąpił w październiku 2018 r. wiceprezydent USA Mike Pence oskarżając Chiny o „drapieżcze” praktyki gospodarcze, o agresję militarną wobec USA i o osłabianie pozycji politycznej prezydenta Trumpa. Następnego dnia, 5 października Pentagon opublikował raport zarzucając Chinom dążenie do podważenia i osłabienia amerykańskiego przemysłu obronnego poprzez dostawy własnych materiałów i technologii ważnych dla amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego. Między szefami dyplomacji obu krajów Mikem Pompeo i Wang Yi doszło do ostrych wzajemnych ataków. Chiński minister spraw zagranicznych zarzucił Stanom Zjednoczonym „stałą ingerencję” w wewnętrzne sprawy Chin i działanie sprzeczne z interesami Chin w sprawie Tajwanu. Waszyngton coraz wyraźniej traktował Chiny jako głównego rywala w globalnej polityce i postanowił ograniczyć ekspansję Chin przede wszystkim na rynku amerykańskim, oraz ograniczyć eksport do Chin technologii, które służyłyby umocnieniu pozycji militarnej tego kraju. M. in. 11 października 2018 r. administracja Trumpa drastycznie ograniczyła eksport do Chin cywilnej technologii nuklearnej uznając, że może ona być wykorzystana dla celów wojskowych.

Zawieszenie broni

Chiny były zaniepokojone zapowiedzią amerykańskich restrykcji nałożonych na eksport chiński do Stanów Zjednoczonych i dały temu wyraz m. in. w rozmowie jaką prezydenci obu krajów odbyli w czasie szczytu G20 w stolicy Argentyny Buenos Aires 30 listopada 2018 r. W wyniku dwu i pół godzinnej rozmowy prezydenci Xi Jinping i Donald Trump osiągnęli porozumienie w sprawie stosunków między obu krajami i zmniejszenia deficytu amerykańskiego w handlu z Chinami. Omówiono również sytuację na Tajwanie i w Korei Północnej. Chiny zgodziły się zwiększyć import z USA m. in. artykułów rolnych, energii i innych towarów by zmniejszyć amerykański deficyt handlowy. Trump z kolei utrzymał 10 proc. taryfy celne na import z Chin wartości 200 mld dol. i obiecał, że czasowo nie podniesie tych ceł do poziomu 25 procent.
Było to jednak krótkotrwałe 90-dniowe zawieszenie broni w amerykańsko – chińskiej wojnie handlowej. Mimo różnych gestów dobrej woli ze strony Pekinu Waszyngton był zdecydowany kontynuować wojnę handlową. 1 marca 2019 r. zażądał od Chin zniesienia wszystkich ceł na amerykańskie produkty rolne. Chiny są drugim największym rynkiem zbytu na produkty amerykańskiego rolnictwa. W 2017 r. eksport amerykańskich produktów rolnych na rynek chiński przekroczył 20 mld dolarów. Natomiast 10 maja 2019 r. Trump podniósł cła z 10% do 25% na import z Chin produktów wartości 200 mld dolarów. Doprowadziło to do dalszej eskalacji napięcia w stosunkach amerykańsko – chińskich.

Akcja i reakcja

Rząd chiński tego samego dnia wyraził żal z powodu decyzji Waszyngtonu i zapowiedział podjęcie środków odwetowych. Nie sprecyzował jednak szczegółów. W tym samym czasie toczyły się negocjacje handlowe między obu krajami, ale zakończyły się one fiaskiem. Z powodu napięcia w stosunkach handlowych ucierpiały zarówno firmy amerykańskie jak i chińskie. Po stronie amerykańskiej straty odnotowały m. in. Apple i Caterpillar, a o stronie chińskiej Alibaba. W warunkach wojny handlowej Waszyngton ma większe i skuteczniejsze pole manewru aniżeli Pekin.
Pekin nie mógł puścić płazem decyzji amerykańskich i odpowiedział nałożeniem wyższych ceł na eksport amerykański na rynek chiński wartości 60 mld dol. Samolubny prezydent Trump zarzucił Chinom, że swoją decyzją pogarszają stosunki między obu krajami, choć sam przyczynił się do powstałych napięć.

Ofiary konfliktu

W wojnie handlowej z Chinami ucierpieli m in. amerykańscy farmerzy. Administracja Trumpa w poczuciu winy za straty jakie ponieśli farmerzy 23 maja br. podjęła decyzję o udzieleniu farmerom pomocy finansowej w wysokości 16 mld dolarów, oprócz wcześniejszej sumy pomocy wynoszącej 12 mld. dolarów. Prezydent oznajmił, że pieniądze na pomoc dla farmerów pochodzić będą z wyższych ceł na import z Chin oraz z budżetu organizacji rządowej Commodity Credit Corporation w wysokości 30 mld. dolarów.
Rząd amerykański nie ukrywał, że za wyższe ceny na importowane produkty chińskie zapłacą obywatele amerykańscy. Rząd USA obliczył, że wzrost taryf celnych na towary chińskie będzie kosztował statystyczne gospodarstwo amerykańskie 831 dol. rocznie. Największe centrum handlowe w USA Walmart natychmiast ostrzegło, że podniesie ceny na towary importowane z Chin.
Jednym z fragmentów amerykańsko-chińskiej wojny handlowej na terenie USA jest silna obecność na rynku amerykańskim chińskiej firmy produkującej smartfony Huawei. Trump zakazał firmom amerykańskim współpracy z Huawei. Amerykanie podejrzewają, że stanowi ona zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego kraju, ponieważ powiązana jest z wywiadem chińskim. Przy okazji Biały Dom ogłosił listę 70 podmiotów, które zaliczył do zagranicznych wrogów USA.
Kiedy w maju br. Trump zagroził możliwością dalszego zaostrzenia taryf celnych na import chiński prezydent Xi Jinping odpowiedział, że Chiny są przygotowane na długą wojnę handlową z USA i zaapelował do Chińczyków aby byli gotowi „na nowy Długi Marsz”. Obaj prezydenci uzgodnili, że będą rozmawiać o wzajemnych stosunkach podczas konferencji grupy G20 w Japonii w końcu czerwca br. Zadowolony jak zwykle z siebie amerykański prezydent powiedział, 13 maja br. na temat stosunków z Chinami: „Mamy bardzo dobrą pozycję i sądzę, że będzie ona jeszcze lepsza”.

Wojna Trumpa czy Ameryki?

Wojna celna Trumpa nie tylko z Chinami spotyka się z krytyką amerykańskich środowisk gospodarczych – uważają one, że zmniejszenie deficytu handlowego z Chinami nie poprawi ogólnej struktury w handlu amerykańskim charakteryzującym się wysoką przewagą importu nad eksportem. Jeffrey Sachs, profesor Columbia University głosi pogląd, że „Chiny nie są wrogiem” i nie są źródłem amerykańskich problemów gospodarczych. Polityka administracji Trumpa zmierzająca do ograniczenia rozwoju gospodarczego Chin jest „szkodliwa zarówno dla Stanów Zjednoczonych jak i dla świata”. Prof. Sachs głosi pogląd, że handel z Chinami dostarcza obywatelom amerykańskim tańszych i wysokiej jakości produktów. Ponadto firmy amerykańskie handlujące z Chinami stwarzają w USA liczne stanowiska pracy.
Wojna handlowa z Chinami którą zainicjował prezydent Donald Trump jest potencjalnie zagrożeniem dla globalnej gospodarki. Jest ona wynikiem pewnych cech osobistych prezydenta Stanów Zjednoczonych. Trump zasiada na fotelu prezydenckim już dwa i pół roku i nie sposób nie zauważyć, że wiele jego poglądów jest wyrazem naiwności, niewiedzy i niezrozumienia otaczającego świata wynikających w głównej mierze, niezależnie od charakterologicznych barier, z jego ograniczonego doświadczenia w polityce międzynarodowej. Jak dotąd nie przedstawił on zwartej wizji swojej polityki ani nie nakreślił stabilnego porządku międzynarodowego, jaki chciałby zaprowadzić. Natomiast z pewnością przyczynił się do podsycania napięć i osłabiania instytucji służących stabilizacji regionalnej i globalnej.
Trump jest z pewnością prezydentem niekonwencjonalnym. Nie tylko dlatego że nigdy wcześniej nie pełnił żadnej funkcji rządowej ani nie służył w wojsku, że jest człowiekiem ogromnie majętnym, nienawykłym do ciężkiej pracy, a przyzwyczajonym do wygody, luksusu i zbytku. Jest wyjątkowy także dlatego, że przez dwa i pół roku swojej prezydentury ani na chwilę nie pozwolił światu zapomnieć jaki jest „niezwykły”, „bogatszy”, „mądrzejszy”, „silniejszy” i ogólnie „znacznie lepszy” od wszystkich innych.

Uderzaj silniej

Choć w mediach i naukach politycznych pojawiły się już pierwsze próby nazwania i opisania takich pojęć, jak „doktryna Trumpa”, „plan Trumpa” czy zjawisko „trumpizmu”, trzeba przyznać, że 45. prezydent USA pod pewnymi względami zrewolucjonizował dotychczasowe postrzeganie i rozumienie tradycyjnych wyobrażeń o tym, jak powinny wyglądać relacje międzynarodowe i dwustronne, negocjacje, dyplomatyczne standardy czy współpraca z mediami. Donald Trump pokazał wszystkim, że to co było wcale nie musi dalej trwać, a jeżeli ktoś uważa, że owszem, musi, a przynajmniej powinno, bo tak nakazują tradycja, kultura, wychowanie czy dobre obyczaje to… jego problem. Prezydent wyznaje zasadę, że należy odpowiadać pięknym za nadobne. „Uderzaj silniej, aniżeli ciebie uderzono” – to jego motto. Za swój patriotyczny obowiązek uważa prowadzenie kampanii przeciwko „wrogom amerykańskiego narodu”.

Polski Nobel dla Amerykanina

Timothy Snyder ma w Polsce wyjątkowo wysoką pozycję. Moim zdaniem jest ona zawyżona, podobnie jak pozycja Normana Davisa.

 

W obu przypadkach ci historycy przyznają Polsce wyjątkowe miejsce na mapie Europy Środkowej i Wschodniej. Trudno się więc dziwić, że budzą powszechny entuzjazm i są chętnie wydawani i komentowani. Obaj uchodzą za mistrzów rzemiosła. Nie wszyscy koledzy po fachu ten entuzjazm podzielają i nie jest to wcale powodowane zazdrością czy niechęcią wobec wybrańców losu, którzy odnieśli sukces.

Po prostu specjaliści wskazują na nie zawsze uzasadnione uogólnienia, brak archiwalnych badań, korzystanie z dorobku innych. To nie są błahe zastrzeżenia. Sam uważam, że popularyzacja nauki jest ważna, jednak powinno się cenić szczególnie tych, którzy naprawdę przecierają szlaki dla innych.

Pomyślałem sobie, że w Polsce nie ma za dużo nagród, owszem – jest ich zdecydowanie za mało. I nie jestem pewien, czy akurat amerykański historyk potrzebuje takiej nagrody. Oto uzasadnienie ze strony Fundacji Nauki Polskiej:

Prof. Timothy Snyder z Yale University otrzymał Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej 2018 w obszarze nauk humanistycznych i społecznych za analizę mechanizmów polityczno-społecznych, które w XX wieku doprowadziły do konfliktów narodowościowych i ludobójstwa w Europie Środkowej. Badania prof. Snydera nadały nowy wymiar historii Europy Środkowej i Wschodniej w XX wieku.
Mam kilku kandydatów i kilka kandydatek, którzy zrobili wiele, by rozsławić polską humanistykę na świecie. Szkoda, że FNP poszła po linii najmniejszego oporu i przyznała nagrodę „pewniakowi”.

Nikt nie będzie grymasił, bo przecież wszyscy wiemy, jak ważne są publikacje Timothy Snydera. Sądzę jednak, że to stracona okazja by wydobyć z cienia, a może i mroku kogoś, kto przez dziesięciolecia kształci rodzime kadry i publikuje w języku polskim, a czasem jest nawet tłumaczony na inne języki. Nie chcę szacownej Fundacji ułatwiać zadania i nie będę podpowiadał nazwisk, ale może Czytelnicy SO zaproponują własnych kandydatów i własne kandydatki.

Na temat laureatów z innych dziedzin nauki się nie wypowiadam, bo się na tym nie znam. Jednak zaintrygowało mnie wybitnie męskie przedstawicielstwo nagrodzonych. Wiem z jakim trudem Kościół katolicki mierzy się z niesprawiedliwością wobec kobiet i z oczywistą koniecznością włączenia ich w proces decyzyjny. Ostatni synod to przykład dobrej woli.

O ile się nie mylę jedyną przedstawicielką nauk ścisłych polskiego pochodzenia, która dostała nagrodę Nobla jest właśnie kobieta, która dostała ją dwukrotnie zresztą. Czyżby po stu latach emancypacji kobiet na polskich uniwersytetach nie było godnej następczyni, przynajmniej do polskiego Nobla? Jak tylko pytam.