Endogeniczna teoria podaży pieniądza

Poniższy tekst jest skierowany do wszystkich zwolenników ekonomii keynesowskiej oraz stanowi krytykę wymierzoną wprost do zwolenników ekonomii klasycznej, liberałów i libertarian, którzy chcą świadomie osłabić inwestycje sektora prywatnego poprzez spowolnienie akcji kredytowej, przywrócenie standardu złota i propagowanie idei, która oddala nas od tego ile jesteśmy w stanie wytworzyć.

Podmioty gospodarcze ubiegają się o kredyty w bankach komercyjnych zgodnie ze swoimi planami produkcji. Popyt kreowany przez firmy na kredyty tworzy pożyczki, których wielkość jest adekwatna do strumieni dochodów pieniężnych. Decyzje inwestycyjne podmiotów gospodarczych decydują o podziale portfela inwestycyjnego np. na papiery wartościowe, depozyty i gotówkę.
Bank Centralny za pomocą standardowej metody zwiększania podaży pieniądza i napędzania akcji kredytowej – obniżkę stóp procentowych lub niekonwencjonalnej polityki monetarnej mającej na celu użyczenie kapitału płynnościowego bankom komercyjnym przez pośredni zakup obligacji skarbowych przez bezpośredni zakup krótkoterminowych papierów wartościowych (szczególnie tych ryzykownych) od banków komercyjnych, co napędza akcję kredytową banków mających trudności z kapitałem płynnościowych – quantitative easing, zapewnia wymagane zaopatrzenie na pieniądz bazowy.
Taki mechanizm pokazuje endogeniczność podaży pieniądza (jest iście zależny od w.w metod oraz poziomu cen i produkcji), ze względu na preferencję płynności (popyt na pieniądz) określonych podmiotów gospodarczych. Wnioskiem tutaj jest fakt, że pieniądz jest zjawiskiem kredytowym, kredyty tworzą depozyty bankowe, a te do rezerw, co pokazuje współzależność popytu na pieniądz i jego podaży. W obiegu okrężnym pieniądza udzielenie kredytu przez banki komercyjne określonym podmiotom gospodarczym jest pierwszym krokiem, w którym dany bank udziela wiarygodnemu kredytowo podmiotowi pożyczkę po określonej nominalnej stopie procentowej (przyjmiemy ją za in ).
Podobnie jak w poprzednim tekście (akapit o paradoksie oszczędzania), wspomnę tutaj, na jakiej zasadzie banki komercyjne chętniej udzielają kredytu podmiotom gospodarczym. Banki komercyjne przed udzieleniem kredytu jako forma zaufania, oczekują od danego podmiotu gospodarczego zabezpieczenie w postaci kapitału własnego, takie zabezpieczenie jednak nie jest głównym motorem napędowym akcji kredytowej danego banku, ale jest czystym zabezpieczeniem przed udzieleniem kredytu danemu podmiotowi. Co wskazuje na to, że egzogeniczność podaży pieniądza jako „depozyty tworzące kredyty” jest błędny. Do wyznaczania nominalnej stopy procentowej podstawmy sobie wzór: in = (1 + m)i0, gdzie m – narzut procentowy, i0 – bazowa stopa procentowa BC.
Endogeniczna teoria pieniądza jest nazywana horyzontalną ze względu na horyzontalną (poziomą, nasza Ls) linię podaży pieniądza na wykresie. Popyt na pieniądz jest odcinkiem Ld, wskazuje on malejącą funkcję stopy procentowej in . Linia popytu na pieniądz (Ld) przesuwa się w prawo, gdy podmioty gospodarcze chcące zaciągnąć kredyt mają optymistyczne przewidywania co do krańcowej efektywności kapitału i zysku ze sprzedaży, liczbę zaciągniętych kredyt przedstawia linia L1.
Wykres dla endogenicznej podaży pieniądza wskazuje, że zwiększony popyt na pieniądz zostaje zaspokojony za pomocą np. standardowej metody – obniżki stóp procentowych, a więc zwiększenia ilości pieniądza przy określonej in. Warto tutaj zaznaczyć, że zwiększenie podaży pieniądza nie prowadzi do presji inflacyjnej, ze względu na to, że te pieniądze nie są od razu wydane, a zdeponowane w bankach komercyjnych, które są wypłacalne, ale mają np. trudności z kapitałem płynnościowym.
Dochodzimy więc do wniosku, że o ilości pieniądza w systemie rezerwy cząstkowej decydują podmioty gospodarcze kreujące inwestycje z zaciągniętych kredytów w bankach komercyjnych. Ćwiartka II i III naszego wykresu wskazuje na procesy, które zachodzą po udzieleniu kredytów (o wysokości Ld). Kredyty w II ćwiartce stanowią należności banków od depozytów bankowych. Nachylenie krzywej DP wskazuje na preferencje płynności (popyt na pieniądz) kredytobiorców, z czego krzywa L1 (wysokość kredytów) wskazuje na depozyty bankowe w wysokości DB1. Ćwiartka III przedstawia zapotrzebowanie banków komercyjnych na rezerwy pieniężne (pieniądz bazowy).
Ma tu znaczenie stopa rezerwy obowiązkowej ustalana przez Bank Centralny, stanowi ona miernik rezerwy obowiązkowej, jaką banki komercyjne są zobowiązane wpłacenia do Banku Centralnego celem zabezpieczenia ich wypłacalności (ale również płynności).
Taka polityka BC pozwala na sterowanie podażą pieniądza za pomocą zwiększania lub zmniejszania rezerwy obowiązkowej, ma tu również znaczenie zabezpieczenie systemu bankowego. Zakładając, że nasza stopa rezerwy obowiązkowej jest krzywą RD (stosunek rezerw R do depozytów DB), określa położenie RD, tak więc rezerwy R1 są zawarte w depozytach DB1, przy założeniu R1/DB1 = tgβ – stopa rezerwy obowiązkowej. Ćwiarta IV wskazuje na zaopatrzenie banków komercyjnych w rezerwy przez Bank Centralny, pozioma krzywa Rs wskazuje na podaż rezerw.
Ponownie ma tu znaczenie kwestia płynności kapitału banków komercyjnych, jeżeli bank jest wypłacalny, ale ma problem z płynnością, bank centralny przy w.w metodach użyczania kapitału płynnościowego zaspokaja żądanie wypłacalnych banków komercyjnych (podaż rezerw jest całkowicie elastyczna, BC użycza kapitału płynnościowego bankom komercyjnym przy określonej i0).


Częstym powodem braku płynności wypłacalnych banków komercyjnych jest panika bankowa spowodowana fluktuacjami zachodzącymi na rynku finansowym, recesji itd. Punkt MR natomiast pokazuje nam minimalne rezerwy R1, jakie otrzymują banki przy określonej stopie procentowej i0. Ujęcie endogeniczne podaży pieniądza stoi w opozycji do podejścia zwolenników ekonomii klasycznej i egzogenicznej podaży pieniądza, w której występuje pewna dychotomia w teoretycznej analizie, gdzie wielkości realne gospodarki w długim okresie są niezależne od podaży pieniądza, a samo zwiększenie podaży pieniądza będzie wywierać wpływ w procesie przejściowym, głównie mowa tutaj o sytuacji, gdy istnieje luka popytowa, występują niedoskonałości rynkowe w postaci lepkich cen i płac, które „oczyszczają” same z siebie rynek.
Warto tutaj podkreślić, że ilościowa teoria pieniądza brana pod uwagę bez założenia ceteris paribus innych czynników w postaci preferencji płynności, istnienia luki popytowej, braku równowagi ogólnej itd. jest błędna, ze względu na błędne pojmowanie natury pieniądza. Pieniądz fiducjarny jest elementem endogenicznym, tworzonym przez system bankowy w odpowiedzi na popyt na pieniądz prywatnych podmiotów gospodarczych i jednostek, a samo udzielenie kredytu nie wymaga uprzednich oszczędności przed zwiększeniem akcji kredytowej, przez udzielenie kapitału płynnościowego bankom komercyjnym.
Co wskazuje również, że dodruk takiego pieniądza i zdeponowanego w banku komercyjnym nie powoduje presji inflacyjnej, ponieważ jedynie pieniądz wydany taką presję inflacyjną tworzy. Sama koncepcja endogenicznej teorii podaży pieniądza wywodzi się z nurtu postkeynesizmu, jego zwolennicy dzielą się na kilka stanowisk, natomiast dla naszej analizy makroekonomicznej w tym, jak i poprzednich tekstach poruszamy się po stanowisku horyzontalizmu opracowanego przez Basila J. Moore’a oraz teorii preferencji płynności.
W załączonej grafice jest przedstawiony schemat endogenicznej podaży pieniądza w ujęciu horyzontalnym. Podejście horyzontalne wskazuje na endogeniczną naturę podaży pieniądza, którego ilość jest zależna od wysokości popytu na płynne środki przez stronę ubiegającą się o zaciągnięcie kredytu. Bank Centralny w sposób egzogeniczny ustala wysokość stopy procentowej, po której udziela bankom komercyjnym kapitału płynnościowego. Co wskazuje, że jedynym ograniczeniem banków komercyjnych jest wysokość stopy procentowej, tak więc dlatego krzywa podaży pieniądza (Ls) jest całkowicie elastyczna przy określonej stopie procentowej.
Wynika to przede wszystkim z faktu, że BC pełni funkcję tzw. pożyczkodawcy ostatniej instancji, który w ramach prowadzonej polityki pieniężnej jest zobowiązany do zapewnienia kapitału płynnościowego bankom komercyjnym, które mają np. trudności płynnościowe, ale są wypłacalne. Warto podkreślić, że funkcja podaży pieniądza jest horyzontalna w każdym okresie, a narzut procentowy jest odgórnie ustalany przez władze monetarne (podmioty gospodarcze chcące zaciągnąć kredyt w celu realizacji inwestycji na określone plany produkcyjne, a w efekcie zatrudnieniowe robią to po określonej cenie za zaciągnięcie kredytu).
Podaż pieniądza jest więc endogeniczna, zgłaszana przez preferencję płynności podmiotów gospodarczych w krótkim oraz długim okresie, pieniądz więc jest konsekwencją aktywności gospodarczej wynikającej z zaciągnięcia kredytu.
Endogeniczna teoria podaży pieniądza w ujęciu preferencji płynności nieco różni się od horyzontalnej, gdyż zakłada możliwość istnienia nadwyżki pieniądza kredytowego. Powodem jest założenie istnienia mechanizmu, w którym podaż depozytów stworzonych przez strumień nowych kredytów jest równy popytowi na depozyty.
Zgodnie z ujęciem horyzontalnym „kredyty tworzą depozyty”, a więc niezależna funkcja popytu na pieniądz nie istnieje, tak więc ciąg kreacji pieniądz musi przebiegać od kredytów do depozytów, a na końcu do podaży pieniądza. W ujęciu preferencji płynności istnieje również popyt na pieniądz niezależny od popytu na kredyty, tj. zgodnie z teorią preferencji płynności istnieją różne motywy popytu na pieniądz (np. motyw spekulacyjny, który ma swoje odzwierciedlenie w keynesowskiej teorii preferencji płynności jako podaż pieniądza wynikającego z funkcji stopy procentowej M2 = L(r), ale również motyw ostrożności czy portfelowy.
Początkowo popyt na kredyt jest równy popytowi na pieniądz, jednak po pewnym czasie ta równość nie jest utrzymywana, powodem są właśnie różne motywy preferencji płynności, kredyty są zaciągane zazwyczaj by pokryć płatności za określone usługi i dobra, tak więc depozyty stworzone przez kredyty w krótkim czasie zmieniają swojego właściciela, który może zamienić depozyt w płynny pieniądz lub określone aktywa finansowe o wyższym zwrocie.
Tak więc różne preferencje płynności zmieniają strukturę portfeli pod wpływem określonych stóp procentowych, produkcji, cen oraz dochodu. Istnieje tu więc pewna dychotomia, nurt postkeynesizmu słusznie podkreśla istotę endogeniczności podaży pieniądza, jednak może pojawić się pewna dwukierunkowość, pierwsza to ta reprezentowana przez schemat horyzontalny o istnieniu wyłącznie popytu kredytowego, przechodzącego na depozyty, a następnie do podaży pieniądza lub jak wskazuje schemat z ujęcia preferencji płynności, funkcja niezależnego popytu na pieniądz ograniczy zdolność kreowania depozytów przez kredyt.
W kontekście endogenicznej teorii podaży pieniądza warto odnieść się do teorii popytu efektywnego, podaż pieniądza w modelu horyzontalnym oraz w ujęciu preferencji płynności wskazuje, że wraz ze wzrostem aktywności gospodarczej rośnie popyt na kredyty w celu sfinansowania bieżących inwestycji. Wzrost produkcji więc jest skutkiem wzrostu zaciągniętych kredytów przez podmioty gospodarcze, tak więc w celu napędzenia gospodarki obowiązkiem sektora bankowego jest napędzenia akcji kredytowej.
Jednak wśród zwolenników postkeynesowskiej teorii endogeniczności pieniądza powstał krytyczny nurt do pełnej akomodacji. Thomas Palley i L. Randall Wray, zwolennicy nurtu strukturalistycznego twierdzili, że bank centralny może ograniczyć bankom komercyjnym dostęp do płynnych rezerw za pomocą operacji otwartego rynku, które są podstawowym prądem płynności systemu bankowego.
Banki Centralne w krótkim okresie nie tracą całkowicie kontroli nad podażą pieniądza, banki komercyjne są w stanie zdobyć potrzebne środki płynnościowe z innych źródeł (kredyt dyskontowy), ale odbywa się to po wyższych cenach. Wówczas krzywa podaży pieniądza przestaje być horyzontalna, a staje się dodatnio nachylona, a stopa oprocentowania kredytu przestaje mieć charakter egzogeniczny, tylko zmieniają się endogenicznie.
Jednak w dłuższej perspektywie oczywiście banki komercyjne są nastawione na zysk, więc będą starały się unikać nałożonych z powodu prowadzenia określonej polityki pieniężnej banku centralnego ograniczeń i wprowadzać nowe metody instrumentów finansowych, oczywiście mowa tutaj o określonej sytuacji niekonwencjonalnej polityki monetarnej banku centralnego jak np. repo.
Takie zachowania banków komercyjnych, kiedy starają się szukać innych sposobów zarządzania portfelem aktywów i pasywów umożliwi generowanie dodatkowych płynnych środków i będą się starały osłabiać pozycję banku centralnego. Dynamizacja takiego zarządzania należnościami i zobowiązaniami w celu generowanie rezerw wynika ze wzrostu prędkości obiegu pieniądza. Różni się to od podejścia horyzontalnego, wzrost akcji kredytowej w ujęciu strukturalistycznym nie wynika ze wzrostu dostępnych na każde żądanie rezerw banku centralnego, lecz z mechanizmów endogenicznych na rynku finansowym.
Doskonałym przykładem tego jest fakt, że akcja kredytowa jest intensywniejsza w gospodarce, w której jest wiele małych banków podległych polityce pieniężnej banku centralnego, np. określonej stopy procentowej lub niekonwencjonalnych metod kontrolowania podażą pieniądza. Popyt na aktywa finansowe wynika więc w tym ujęciu od czynników endogenicznych, np. preferencji płynności, oczekiwań, kosztów transakcyjnych itd.
W tym ujęciu o podaży pieniądza i wysokości stopy procentowej decydują popyt na aktywa oraz ich podaż. Podaż pieniądza reaguje endogenicznie na popyt, ale jest ona zależna od prowadzonej polityki pieniężnej.
Uwalnianie rezerw natomiast nie musi być dostatecznie wystarczające do zaspokojenia zgłoszonego popytu na kredyt, dlatego należy podkreślić istotę kapitału płynnościowego, którą bank centralny jest zobowiązany do zdeponowania w bankach komercyjnych, aby te endogenicznie napędziły akcję kredytową i zwiększyły podaż pieniądza do zgłoszonego popytu na te kredyty.
Teoria preferencji płynności jako najbardziej powszechny i oparty o model IS-LM schemat podejścia do endogenicznej teorii podaży pieniądza pokazuje nam, że wysokość stopy procentowej ustalanej przez Bank Centralny jest określana przez popyt na pieniądz (czyli tego, ile naszych środków chcemy przechowywać w formie płynnej – gotówce) i jego podaż.
Popyt na pieniądz więc jest funkcją takich zmiennych jak stopa procentowa i dochód. Motywy popytu na pieniądz można podzielić na cztery: Motyw spekulacyjny, transakcji, portfelowy i ostrożności. Postaram opisać się wszystkie, jednak szczególną uwagę poświęcę dwóm pierwszym. Motyw portfelowy wynika z jednego z najistotniejszych czynników w makroekonomii – ryzyka.
Jednostki z powodu ryzyka wolą poświęcić większą stopę zwrotu w celu zabezpieczenia portfela inwestycyjnego, który w efekcie da niższą, ale bardziej przewidzianą stopę zysku. Polega to na tym, że przy tym motywie popyt na pieniądz płynny zależy od np. fluktuacji zachodzących na rynku finansowym, od tempa rozwoju gospodarczego itd., czyli ciężkich do przewidzenia zjawisk, wydarzeń.
Kolejny motyw to oczywiście transakcji, czyli motyw popytu na pieniądz płynny w celu dokonania bieżących transakcji. Wynika to głównie z działalności operacyjnej danego podmiotu gospodarczego oferującego usługi, dobra itd. Gotówka więc staje się formą bezpieczeństwa jako rezerwa. Teraz najistotniejszy motyw, który postaram się najdokładniej przeanalizować. Motywy ostrożności i transakcji wynikają z aktywności gospodarczej danego kraju oraz od poziomu dochodu nominalnego. Motyw spekulacyjny wynika i reaguje za pośrednictwem polityki monetarnej, w której Bank Centralny ustala stopy procentowe.
Do pokazania zależności między podażą pieniądza a stopą procentową posłużymy się wykresem (załącznik do tekstu), który pokazuje nam, że wraz ze spadkiem stopy procentowej – rośnie podaż pieniądza. Wskaźnikiem stopy procentowej są zmiany np. cen obligacji, wierzytelności itd. o różnych terminach płatności. Jak doskonale wiemy, o podaży pieniądza w gospodarce decydują jednostki zaciągające kredyty w bankach komercyjnych, które udzielają tych kredytów i w ten sposób zwiększają podaż pieniądza. Im większą ilość pieniędzy banki kreują lub wycofują przez kupno/sprzedaż np. obligacji, tym większy spadek/wzrost stopy procentowej jest potrzebny.
W poprzednich tekstach podkreśliłem, w jaki sposób Bank Centralny wpływa na podaż pieniądza tak jak tutaj – wahania stóp procentowych. Jednak wspomniałem przy tekście o polityce monetarnej o Quantitative Easing (luzowanie ilościowe), które polega na pośrednim zakupie dłużnych papierów wartościowych przez banki komercyjne, w taki sposób, że Bank Centralny udziela kapitału płynnościowego bankom komercyjnym (co w praktyce nie zwiększa ich podaży, a więc nie tworzy presji inflacyjnej, ze względu na fakt, że zwiększenie kapitału płynnościowego banku komercyjnego deponuje pieniądze, a nie wypuszcza od razu pieniądze w obieg).
Celem takiej, niekonwencjonalnej polityki pieniężnej jest zwiększenie akcji kredytowej i podaży pieniądza. Jeżeli w gospodarce jest za mało pieniądza, inwestycje są nieopłacalne lub ryzykowne, a kredyty za drogie – Bank Centralny udziela pożyczki bankom komercyjnym, które uzyskują kapitał płynnościowy.
Jednak BC zakupuje te ryzykowne aktywa, by zmniejszyć niechęć i obawy banków komercyjnych do udzielania kredytów. Konsekwencją oczywiście jest deprecjacja pieniądza. Istotne jest rozróżnienie zmian zachodzących w motywie spekulacyjnym na dwa: zmiana stopy procentowej wywołana przez zmiany podaży pieniądza przy niezmiennej funkcji płynności oraz zmiana wynikająca ze zmian w przewidywaniu wpływających na samą funkcję płynności.
Niejednokrotnie powtarzałem, że do najważniejszych czynników determinujących sytuację na rynku są: ryzyko, czas i informacja. W tym przypadku warto podkreślić istotność informacji, zmiany funkcji płynności pod wpływem informacji, które prowadzą do przewidywań, mogą wywoływać nieciągłości w ruchu stopy procentowej, powodem jest odmienna interpretacja informacji przez inwestorów. Jeżeli dana informacji jest oczywista dla szerszego grona inwestorów i określa cenę np. obligacji, to stopa procentowa przystosowuje się najszybciej.
Kiedy inwestorzy reagują podobnie na informację, to przewidywania nie będą wywoływać przemieszczenia pieniędzy. Operacje zachodzące na otwartym rynku wpływają na wahania stóp procentowych oraz przewidywania rządu i polityki monetarnej danego Banku Centralnego. Na decyzje inwestorów i rentowność ich inwestycji mają szczególne znaczenie wahania stóp procentowych.
Idąc dalej, obniżka stóp procentowych zwiększa akcję kredytową – powodem jest tańsza obsługa zadłużenia (tańsze kredyty), więc jednostki chętniej zaciągają dług. Wyższe kredyty w efekcie doprowadzą do spadku rentowności przedsiębiorstw – droższy kapitał zniechęci firmy do zadłużania się, co spowolni ich rozwój. Słabsza ekspansja, hamowanie płynności i spadek zysków doprowadzi do spadku atrakcyjności w oczach inwestorów, co przełoży się na spadek cen akcji. Ponownie zatrzymam się przy decyzjach inwestorów, polityka stóp procentowych Banku Centralnego determinuje zyskowność wynikająca z ryzyka inwestycji, np. odsetki z instrumentów o niewielkim ryzyku (obligacje, lokaty itd.).
Wzrost stóp procentowych skłoni inwestorów do sprzedaży ryzykownych akcji i ulokowania środków w bezpieczniejszych instrumentach, które zyskałyby na atrakcyjności. Kiedy szersze grono inwestorów sprzedaje akcje, przełoży się to na spadek cen, ze względu na przewagę podaży akcji nad popytem. Jeżeli chodzi o sektory, które cechują szczególną wrażliwość na wahania stóp procentowych, są to przede wszystkim instytucje finansowe, deweloperskie oraz banki.
Sektor wytwórczy i produkcyjny staje się więc bezpieczniejszą opcją dla inwestorów.
Podkreśliłem istotność motywu transakcji i spekulacyjnego ze względu na fakt, że zasoby pieniężne dzielą się na: obieg czynny pieniądza (motyw transakcji) – zasoby kształtujące się [M1 = L1(y)] oraz obieg nieczynny pieniądza (motyw spekulacyjny) – zasoby utrzymywane [M2 = L2(r)]. Tak więc podaż pieniądza będzie zależna od tych dwóch motywów M = M1 + M2 = L1(y) + L2(r), gdzie: M – podaż pieniądza, M1 – ilość gotówki zaspokajającego motyw transakcji, M2 – ilość pieniądza zaspokajającego motyw spekulacyjny, L1(y) – funkcja płynności zależna od dochodu (poziom dochodu), L2(r) – funkcja płynności zależna od stosunku między stopą procentową a stanem przewidywania, r – stopa procentowa, y – dochód.
Wzrost ilości pieniądza zwiększa dochód – zwiększa zapotrzebowanie na obieg czynny (wzrost dochodu wynika ze wzrostu zagregowanego popytu i produkcji, obniżka stóp procentowych natomiast napędza inwestycje przez zmniejszenie ryzyka i obciążenia kredytowego).
Wpływ zmian ilości pieniądza na poziom cen jest jednak pośredni, gdyż zależy od płacy nominalnej i poziomu zatrudnienia. Popyt na pieniądz (teoria preferencji płynności) jest więc nie tylko funkcją dochodu, podaż pieniądza oraz zmiany globalnego poziomu cen są związane z wielkością produkcji i poziomem dochodów. Wpływ zmian ilości pieniądza jest zależny od czynników kształtujących proces produkcji (co podkreślałem przy tekście o teorii cyklu koniunkturalnego np. krańcowa efektywność kapitału. Wrócę do tego tematu w dalszej części tekstu).
W efekcie możemy wyciągnąć prosty wniosek, że dodruk pieniądza fiducjarnego stanowi dochód jednostki i wpływa na podaż pieniądza (M1), jednak nie zaabsorbuje to całej podaży pieniądza i przejdzie na M2, czyli zakup papierów wartościowych.
Podaż pieniądza (M) więc jest zależna od r, natomiast właśnie stopa procentowa wpłynie na M2, częściowo na dochód, a więc i M1. Więc podaż pieniądza będzie zależna od reakcji inwestycji na obniżkę stopy procentowej oraz reakcji dochodu na zwiększenie inwestycji. Co warte jest podkreślenia, stopa procentowa nie może znajdować się w stanie równowagi na poziomie niższym od stopy odpowiadającej pełnemu wykorzystania potencjału produkcyjnego (tj. pełnemu zatrudnieniu) – w takim wypadku doprowadzi do to inflacji i M1 będzie absorbować stale zwiększającą się podaż pieniądza.
Ilość pieniądza kreowana przez Bank Centralny (pośrednio jak wyżej opisałem mechanizm zwiększania podaży pieniądza) będzie odpowiadać, ceteris paribus, określonej stopie procentowej lub stóp procentowych od wierzytelności o różnych terminach spłaty. Władze pieniężne dokonują transakcji pieniędzmi i wierzytelnościami, dlatego tworzą pewien związek między zmianami ilości pieniądza i zmianami stóp procentowych. Taki związek staje się właściwie dosyć prosty, kiedy władze pieniężne kupują i sprzedają wierzytelności o różnych terminach spłaty lub nawet o różnym stopniu ryzyka.
Dla naszej analizy endogenicznej teorii podaży pieniądza musimy zatrzymać się przy omówieniu krótkoterminowej i długoterminowej stopy procentowej w ujęciu postkeynesowskim i rozważyć kwestię obiegu pieniądza. Zakładając sytuację równowagi ogólnej, kiedy inwestycje finansują się same, to popyt na kapitał i jego podaż nie mogą wyznaczać stopy procentowej.
Krótkoterminowa stopa procentowa jest określana przez wartość transakcji i przez podaż pieniądza kreowaną przez banki.
Długoterminową stopę procentową wyznacza bieżąca krótkoterminowa stopa procentowa, dzięki której np. wyznacza się potencjalne ryzyko deprecjacji aktywów długoterminowych. Za szybkość obiegu pieniądza przyjmijmy stosunek zagregowanej sumy obrotów (zagregowanej wartości transakcji w określonym czasie) – T i zasób pieniądza – M, czyli V (szybkość obiegu pieniądza) = T/M. Założenie stałości szybkości obiegu pieniądza wynika z teoretycznego założenia istnienia naturalnej stopy procentowej jako realnej, czyli w momencie osiągnięcia pełnego zatrudnienia (jednak osiągnięcie pełnego zatrudnienia poza fiskalnym jest nieosiągalna ze względu na bezrobocie frykcyjne czy dobrowolne, jedynie osiągnięcie pełnego zatrudnienia fiskalnego, w którym krańcowa przykrość pracy i realna płaca jest sobie równa, jest osiągalna, co więcej w krótkim okresie ceny i płace są lepkie, a jednostki ulegają presji inflacyjnej, tak więc wzrost globalnego popytu nie sprawi wzrostu cen przez horyzontalną krzywą globalnej podaży, a więc ilościowa teoria pieniądza powinna być rozpatrywana w teoretycznym ujęciu ceteris paribus innych czynników wpływających na ceny (presji inflacyjnej spowodowanej stroną podażową – inflacja kosztowa, czy inflacji spowodowanej zmianami cen zagranicznych, a więc również importochłonności itd.).
Szybkość obiegu pieniądza jest więc zależna od krótkoterminowej stopy procentowej, im jest wyższa, tym silniejszy jest bodziec do lokowania rezerwy na krótki termin niż jako rezerwy kasowej. Transakcje więc mogą być dokonane za pomocą mniejszego lub większego zasobu pieniądza.
Krótkoterminową stopę procentową interpretujemy jako stopę procentową pozbawioną ryzyka fluktuacji cen np. obligacji. Szybkość obiegu jest więc rosnącą funkcją krótkoterminowej stopy procentowej, V(p) = T/M. Dla danej funkcji V krótkoterminowa stopa procentowa (p) jest wyznaczona przez wartość T oraz M, która wynika z prowadzonej polityki monetarnej. Zgodnie z tym założeniem, przy określonej wartości transakcji, wzrost podaży pieniądza obniży krótkoterminową stopę procentową.
Powrócę na moment do klasycznej teorii cyklu koniunkturalnego i wskaże zachowanie w.w czynników na cykliczne wahania. Podaż pieniądza charakteryzują mniejsze wahania niż wartości transakcji, w taki sposób, że w fazie ożywienia szybkość obiegu pieniądza i krótkoterminowa stopa procentowa roście, a w czasie depresji spada, lecz praktyka pokazuje, że prowadzona polityka banku centralnego może wpłynąć na poziom krótkoterminowej stopy procentowej w określonej fazie.
Wpływ i działanie krótkookresowej stopy procentowej pokazuje nam załączony wykres preferencji płynności. W krótkim okresie zmiany podaży pieniądza są spowodowane zmianami stopy procentowej, a więc obniżka krótkookresowej stopy procentowej spowoduje przesunięcie krzywej popytu na prawo i wzrostu produkcji. Przejdźmy do analizy długoterminowej stopy procentowej, warto tutaj szczególnie podkreślić rolę długoterminowych aktywów finansowych takie jak weksle lub obligacje skarbowe. W długim okresie o wysokości stopy procentowej równowagi decyduje rynek funduszy pożyczkowych, a rynek pieniężny dostosowuje się do niego. Jednak wpływ Banku Centralnego ma decydujący wpływ na wysokość długookresowej stopy procentowej.
W dłuższym okresie popyt na pieniądz i jego podaż nie wywierają takiego wpływu, a działania funduszy pożyczkowych, a konkretnie podaż i popyt na te fundusze i polityka Banku Centralnego. Warto tutaj podkreślić, że teoretyczne rozważanie o długookresowej stopie procentowej jest pozbawione sensu bez determinującej ją krótkookresowej stopie procentowej mającej realny wpływ na podaż pieniądza, globalny popyt a w efekcie realną produkcję.
Fluktuacje mające realny wpływ na krótkookresową stopę procentową (szczególnie wysokie wahania ma wartość transakcji, a mniejsze, podaż pieniądza) mają niewielki wpływ (ale jednak mały, ze względu na fakt, że to nie bieżąca stopa procentowa wpływa na poziom długoterminowej stopy procentowej, a właśnie średnia krótkookresowa stopa procentowa w przedziale kilkuletnim) na długoterminową stopę procentową. Warto zaznaczyć, że długookresowa stopa procentowa zmienia się słabiej od krótkoterminowej ze względu np. na fakt, że wzrost długoterminowej stopy procentowej (spadek cen obligacji) zmniejsza ryzyko ich deprecjacji (spadek stopy procentowej – > wzrost cen obligacji, dokładnie zostało to wyjaśnione przeze mnie w tekście o polityce monetarnej i reakcji cen obligacji na stopę procentową). Wnioskując więc z naszej analizy, długoterminowa stopa procentowa nie wykazuje wyraźnych wahań cyklicznych.
Kwestia podaży pieniądza w ujęciu egzogenicznym (neoklasycznym) wygląda zupełnie inaczej, pogląd ten często jest nazywany wertykalistycznym (ze względu na pionową krzywą podaży pieniądza).
Koncepcja egzogenicznej podaży pieniądza odwrotnie do horyzontalnej twierdzi, że akcja kredytowa jest zależna od rezerw, a więc w tym kontekście to „depozyty tworzą kredyty”, natomiast rezerwy są kontrolowane przez Bank Centralny. Istnieje więc tutaj dobrze znany mnożnik kreacji pieniądza M = hmH, gdzie podaż pieniądza (M) jest iloczynem mnożnika pieniężnego i pieniądza bazowego.
Na załączonej grafice przedstawiającej ujęcie z perspektywy wertykalistycznej widzimy, że podaż pieniądza M jest określona i zależna od odcinka BC, który jest wynikiem kontrolowanej przez bank centralny bazy pieniężnej H (H = OA).
Koncepcja wertykalistyczna ma swoją podstawę w systemie opartym na parytecie złota, gdzie bank centralny może kontrolować bazę pieniężną i obieg na podstawie danego zasobu złota. Z wykresu łatwo wywnioskować, że wraz ze wzrostem produkcji, a więc również zatrudnienia, rośnie stopa procentowa. Powodem jest fakt, że oprócz popytu na pieniądz transakcyjny (który jest funkcją dochodu) istnieje popyt na pieniądz spekulacyjny, pieniądz trzymany w kasie spekulacyjnej nie przynosi dochodu, a więc im wyższa jest stopa procentowa, tym większe są koszty jej utrzymywania.
Tak więc popyt na pieniądz spekulacyjny jest inaczej malejącą funkcją stopy procentowej. Przy określonej wielkości zasobu pieniądza (OB) kasa spekulacyjny będzie odpowiednio do większej kasy transakcyjnej mniejsza, kiedy stopa procentowa urośnie z poziomu i0 do i1. Na podstawie naszych rozważań łatwo domyślić się, że egzogeniczna teoria podaży pieniądza w systemie opartym o walutę kruszcową, parytecie złota itd. doprowadzi do spadku akcji kredytowej i znacząco podwyższy koszt użyczonego kapitału przez banki komercyjnego – w efekcie doprowadzi to do osłabienia krańcowej efektywności kapitału, bo przecież podmioty gospodarcze ubiegające się o zaciągnięcie kredytu deklarują popyt na kredyt, dzięki któremu pokryją inwestycje bieżące celem pokrycia amortyzacji i zakupu nowego aparatu wytwórczego, a w efekcie wzrostu produkcji. Osłabienie akcji kredytowej i oparcie systemu bankowego na pieniądzu egzogenicznym w efekcie osłabi realną produkcję globalną i powiększy lukę popytową.

Motyle na szpilkach

Jak zwykle nie będę wymieniał nazwisk. Ale w ostatnich tygodniach kilkoro pań i panów widocznych w telewizorze przypominało mi mniej wrażliwych szkolnych kolegów, którzy złowione motyle nabijali na szpilki, nie zadając sobie trudu ich uśpienia. Taki biedny motyl przez chwilę wił się bezradnie zapewne z bólu i kurczowego poszukiwania możliwości ucieczki. Jeśli ma oczy (chyba nie?) to na pewno widać w nich było przerażenie.

Niewygodne pytania

Obserwowani przeze mnie politycy różnych szczebli zjednoczeni w jednoczonej prawicy wykazywali podobne odruchy wtedy, gdy dziennikarze mniej zaprzyjaźnionych telewizji zadawali im niewygodne pytania. Niewygodne, to znaczy takie, na które każda odpowiedź niezgodna z poglądem Najważniejszego Prezesa jest niebezpieczna. A Prezes jest „zarobiony”, więc w niektórych, ważnych sprawach wypowiada się z opóźnieniem, albo w ogóle je pomija.

Dwa z takich pytań były – oczywiście w różnej formie – zadawane wielokrotnie. 

Pierwsze dotyczyło tego, czy Szanowny Pan Premier zaczął organizować prezydenckie wybory korespondencyjne i powodować wydawanie na ich przygotowanie ponad stu milionów złotych z własnej inicjatywy, czy też „musiał” wykonywać polecenie szefa swojej partii, czyli Najważniejszego Prezesa? Czy Pan Premier jest zatem winien zmarnowania tych pieniędzy, czy też można jego odpowiedzialność jakoś „rozwodnić”? 

Drugie namolnie zadawane pytanie miało może mniejszy ciężar gatunkowy, ale za to było bardziej zabawne. Dotyczyło ono wypowiedzi naszego premiera i premiera Republiki Czeskiej o efektach wstępnych rozmów zmierzających do rozwiązania „problemu Turowa”. Nasz twierdził, że Czesi zgodzili się wycofać skargę do Międzynarodowego Trybunału UE, a czeski zapewniał, że jeszcze nie mają takiego zamiaru.

PIS jest partią wodzowską. To się w historii często zdarzało, ale jest wyraźnie sprzeczne z zasadami demokracji i na ogół kończyło się źle, aby nie powiedzieć – tragicznie. W tego typu partiach i tworzonych przez nie rządach zawsze występowała zasada powtarzania złotych myśli wodza i obawa przed wcześniejszym powiedzeniem czegoś, co potem okaże się niezgodne z tymi myślami. Następstwa mogą być przykre. Ograniczenie lub nawet utrata łaskawej opieki wodza, dobrych posad dla siebie lub (i) rodziny, ważnej pozycji w organizacji, dodatkowych dochodów i bezkarności. Motylek wbity na szpilkę krępujących pytań, unika więc jasnych odpowiedzi i czeka na wytyczne Wodza lub kogoś znanego, jako jego publiczna tuba informacyjna. 

Kto rządzi rządem?

W spawie pierwszego z wymienionych pytań słyszałem wiele bełkotliwych i niezrozumiałych odpowiedzi do czasu, aż sam wódz był łaskaw przyznać, że miał i „rzucił” pomysł przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów. Wysłuchałem tego zwierzenia z należytą uwagą, ale ze wstydem przyznaję, że mimo to nadal nie pojmuję, dlaczego – jak twierdzi NIK – przy próbie realizacji tego pomysłu nie przestrzegano prawa? Przypuszczam bowiem, że prezes na ogół mówi, czego oczekuje, ale nie mówi, jak to zrealizować. 

Skrobiąc ten znak zapytania dochodzę do wniosku, że z nieznanych mi przyczyn popełniono dwa podstawowe błędy, decydujące o legalności, podjętych działań. Pierwszy, – że nie obarczono tymi zadaniami PKW, czyli Państwowej Komisji Wyborczej, formalnie jedynego „ciała” upoważnionego w Polsce do przeprowadzania wyborów. I dugi, – że nie zdecydowano się na ogłoszenie stanu klęski żywiołowej wywołanej przez pandemię. Rezultaty w postaci wyrzuconych pieniędzy były by prawdopodobnie zbliżone, ale nie naruszano by prawa. 

Nie jestem odkrywcą, bo już słyszałem i czytałem podobne opinie. Ale mam jednak w tej sprawie jeszcze jedną wątpliwość. Konsultacje premiera z jego zapleczem politycznym w ważnych sprawach to „normalka” stosowana na całym świecie. Ale to powinny być konsultacje, a nie decyzje. Przez kilkadziesiąt lat przyzwyczailiśmy się wprawdzie do tego, że decyzje podejmują Pierwsi Sekretarze rządzącej partii, ale przecież twierdzimy, że teraz mamy zupełnie inny ustrój. Złośliwie mogę przypuszczać, że ten poprzedni w niektórych dziedzinach bardziej opowiada upodobaniom obecnej władzy. Jest wygodny, bo zaciemnia odpowiedzialność i tworzy z rządu i premiera tylko grupę urzędników, posłusznie wykonujących życzenia Najważniejszego Prezesa, pełniącego rolę I sekretarza. Z konieczności, a może i z upodobania, jest wtedy zawsze autokratą.

Optymizm i racjonalizm

W motylich próbach odpowiedzi na drugie pytanie najbardziej zabawne było twierdzenie, że różnica zdań między premierami polega tylko na innym rozłożeniu akcentów. Obaj się przecież zgadzali, że trzeba sprawę jakoś załatwić. Inaczej jednak odczuwali rezultaty wymiany uśmiechów i poglądów. Nasz premier ma naturę sympatycznego, optymistycznego bajkopisarza, a czeski jest racjonalistą i czeka na konkretne pieniądze dla poszkodowanych gmin. 

Przyczyną kłopotów z Turowem jest też ciągły brak konsekwencji i stanowczości naszego rządu w sprawie przyszłości energetyki opartej na spalaniu węgla, zarówno kamiennego jak i brunatnego. Bez drastycznego zmniejszenia udziału elektrowni węglowych w bilansie energetycznym, nigdy nie osiągniemy zaplanowanych zadań przywracania czystości powietrza.  Wiem, że rozmowy z górnikami są trudne. Ale jeśli wiele lat temu potrafiła je prowadzić Margaret Thatcher to tym bardziej powinni to potrafić nasi, znani z męskości politycy prawicy. 

Nie wiem, jak się skończą polsko – czeskie pertraktacje, czy i kiedy Republika Czeska wycofa skargę złożona do Trybunału Sprawiedliwości. Uzyskane porozumienie będzie nas kosztować znacznie więcej niż mogło kosztować wcześniej, gdyby nasze władze reagowały odpowiednio na wnioski Czechów. To kolejne straty finansowe powodowane przez prawicowy rząd, wynikające ze swoistego „tumiwisizmu”, opartego na wierze we własna nieomylność i bezkarność. 

A ceny rosną

Sądzę, że te dwa pytania powodująco ostatnio najbardziej widoczne tańce rządowych motyli na informacyjnych szpilkach nie będą wyjątkami, Spodziewam się, że w najbliższym czasie zacznie być częściej i bardziej agresywnie zadawane pytanie, czy rząd zamierza coś zrobić, aby zatrzymać rosnącą inflację. Może się ono łączyć z pytaniem o to, jak długo będzie trwała zabawa w zniechęcanie ludności do oszczędzania. Płaczę ze śmiechu, jak widzę „rewelacyjne” oferty niektórych banków proponujące lokowanie u nich nowych środków na „wyjątkowo wysoki” 1% w skali roku – ale tylko na miesiąc. Klient, który skorzysta z tej oferty i zmobilizuje 10 tys. złotych swoich oszczędności „zarobi” więc po miesiącu 1/12 procenta, czyli (100:12) – 8,3 groszy. I to w czasie, gdy inflacja przekracza 4% a banki zwiększają stawki opłat za prowadzone operacje.

Teoria, że ograniczanie oszczędności lokowanych w bankach powoduje „automatycznie” wzrost zakupów i tym samym pomaga w „napędzaniu” gospodarki, nie zawsze się potwierdza. Pieniądz wycofywany z bankowych oszczędności szuka bardziej opłacalnej lokaty – zakupu mieszkań, działek, udziałów w „pewnych” firmach, ostatecznie złota i obcych walut. Ale rzadko jest wydawany na dosłowną konsumpcję – luksusowe wyżywienie, nowe samochody, atrakcyjne urlopy. Nie w tych celach był, bowiem, czasem z wielkim wysiłkiem, odkładany.

Wydaje mi się, że nasz zapracowany rząd, wspierany przez NBP, nie doczeka się w tych sprawach wytycznych Najważniejszego Prezesa. Musi się rozejrzeć, zobaczyć, co robią inni, wybrać instrumenty działania i samodzielnie podjąć decyzje. To przykre, ale chyba będzie konieczne.

O pożytkach dezubekizacji

Trudno sobie wyobrazić, że ustawa dezubekizacyjna, akt wyjątkowo podły, łamiący szereg podstawowych norm cywilizacyjnych oraz drastycznie szykanujący i upokarzający dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, może mieć jakieś pozytywne aspekty, a jednak …. 

Jednym z jej niespodziewanych efektów, z pewnością nie zamierzonych przez autorów, okazało się jaskrawe obnażenie niewiarygodnego poziomu cynizmu i kłamliwość czarnej propagandy o służbach PRL. Propagandzie tej, namiętnie uprawianej przez wszystkie prawicowe rządy III RP, uległa znaczna większość społeczeństwa, zwłaszcza urodzona i wychowana po 1989 r., więc PiS był pewien, że swym haniebnym posunięciem zdobędzie kolejne głosy ludowego poparcia. Mogłoby to być skuteczne, gdyby nie decyzja Sądu Najwyższego z września 2020 stwierdzająca, że aby karać, należy wcześniej wykazać jakich to konkretnie przestępczych, czy też pozaprawnych czynów dopuścili się wskazani funkcjonariusze. Orzeczenie to, przypominające jedynie podstawową regułę sądownictwa, radykalnie podcięło korzenie całej dezubekizacji, ale ponadto stało się potężnym ciosem w antypeerelowskie manipulacje. Oto w setkach rozpoczętych procesów okazało się, że IPN ani MSWiA, nie mają praktycznie żadnych materiałów obciążających represjonowane osoby, nie ma rzekomych ofiar czy osób poszkodowanych ich działalnością, nie ma świadków ani oskarżycieli pomocniczych, którzy by potwierdzili łamanie praw, sumień, godności. Ta prawda historyczna nigdy nie zdołałaby się wydobyć spod zwałów kłamstw, przeinaczeń i zmyśleń, bowiem nawet ludzie tworzący peerelowskie kadry, świadomi niedostatków tamtego systemu, nie czuli potrzeby stawania w jego obronie. Z tej też przyczyny prawicowi propagandziści mogli na ówczesnych służbach hulać właściwie dowolnie, ale na szczęście PiS w grudniu 2016 r. wprowadził dezubekizację …

Innym jej interesującym efektem okazało się to, że dzięki dezubekizacji można wyraźnie zobaczyć na jakim poziomie moralnym są ludzie zajmujący się tą problematyką. Dotyczy to polityków, publicystów, dziennikarzy, a także prawników, ze szczególnym uwzględnieniem sędziów. Rządzący dzisiaj PiS-owcy doskonale zdają sobie sprawę ze skali podłości jaką wyrządzili, więc coraz rzadziej zabierają głos na ten temat i ograniczają się z reguły do stwierdzenia, że kto czuje się skrzywdzony, może szukać sprawiedliwości w sądzie. Represjonowani rzeczywiście złożyli ponad 25 tys. skarg na haniebną ustawę, z nadzieją, że tak jawna krzywda będzie dostrzeżona i właściwie oceniona. Zadanie to stanęło przed sędziami, którzy jednak muszą pracować w warunkach stałej presji autorytarnej władzy. Wszyscy przecież wiedzą, że minister Ziobro i spółka nie wahają się używać gróźb i szykan, a z drugiej strony nagród i awansów, aby wymuszać korzystne dla siebie rozstrzygnięcia. W tej sytuacji procesy represjonowanych stały się swoistym papierkiem lakmusowym profesjonalizmu, przyzwoitości, niezależności i poczucia godności polskich sędziów. Znaczna większość z nich, wykazująca najwyższe standardy zawodowe, doskonale zdaje ten trudny egzamin i może być stawiana na  równi z sędziami państw od wieków mających utrwalone systemy demokratyczne i prawne. Zdarzają się jednak także tacy, którzy nie spełniają kryteriów i ze strachu, lub przekupieni gratyfikacjami, zbyt łatwo ulegają politykom Polskiej Zjednoczonej Prawicy. Środowisko represjonowanych skrupulatnie sporządza listę takich sędziów, aby pamięć o nich nie zaginęła. W nieodległej przyszłości, gdy skończy się totalny autorytaryzm PiS-u, wiedza o tym, jaką postawę prezentowali poszczególni przedstawiciele sądownictwa okaże się cenną wskazówką, komu nie można powierzać jakichkolwiek odpowiedzialnych i godnych zaufania stanowisk. Wcześniej, w niezbyt wymagających warunkach społeczno-politycznych, mogli oni się kamuflować, udawać przyzwoitych i uczciwych – egzamin z dezubekizacji dokładnie ich obnażył. I to z pewnością będzie korzystne dla jakości przyszłego polskiego wymiaru sprawiedliwości. 

Jedną z utrwalonych w polskim społeczeństwie legend o powstaniu III RP jest powszechne przekonanie o szlachetności, ideowości, uczciwości i bohaterstwie całej licznej grupy demokratycznych opozycjonistów, którzy niegdyś walczyli z amoralnym i kłamliwym systemem komunistycznym.  I oto dzięki dezubekizacji, aczkolwiek nie tylko jej, bo także z uwagi na szereg innych działań dzisiejszej władzy, można lepiej dostrzec prawdę także o tamtym okresie. Cała skala kłamstw, cynizmu, łamanie Konstytucji, antydemokratyczne zapędy, pazerność, żerowanie na instytucjach państwa, brutalna propaganda – ten haniebny zestaw jest w naszych czasach wręcz codziennością serwowaną społeczeństwu przez polityków Zjednoczonej Prawicy. A przecież oni jednocześnie wciąż nawiązują do tradycji pierwszej  Solidarności oraz powołują się na swe dawne zasługi jako uczestników antypeerelowskiej  opozycji. I teraz warto się zastanowić, czy oni rzeczywiście niegdyś byli szlachetnymi, uczciwymi, ideowymi ludźmi i tylko później się zdeprawowali? Niewątpliwie w tym gronie rzeczywiście zdarzali się także działacze prawi i godni podziwu, ale oni już dawno zostali zepchnięci w polityczny niebyt przez swych bardziej bezwzględnych i nie mających żadnych zahamowań ani skrupułów kolegów. Prawda historyczna z trudem i powoli, ale jednak wciąż przebija się do góry.  

Innym wartym zauważenia skutkiem dezubekizacji jest to, że ten brutalny i całkowicie niesprawiedliwy cios, który spowodował wiele dramatów i tragedii w środowisku represjonowanych, miał inny efekt. Z drugiej bowiem strony pobudził on całe rzesze starszych, zniedołężniałych już emerytów i rencistów do działania, wlał nowe siły, wręcz zmusił do aktywności. Przypomnieliśmy sobie o dawnych koleżankach i kolegach, wróciło poczucie wspólnoty, pojawiło się zaangażowanie polityczne i społeczne. Może tej energii nie starczy nam na długo, ale lepsze to niż nic.    

Ostatnią zaletą dezubekizacji jest jej, o dziwo, wymiar ekonomiczny. Dzisiejsza sytuacja gospodarcza charakteryzuje się bardzo wysoką, acz usilnie skrywaną przez władzę inflacją. Gdybyśmy pieniądze, które od października 2017 r. oni nam kradną, trzymali w domu, albo nawet na kontach w bankach, traciłyby one wartość w zastraszającym tempie. Dzięki zagrabieniu ich przez państwo, będzie ono musiało je zwracać powiększone o stosowne procenty. Co prawda o tym aspekcie rozpraw sądowych represjonowani powinni sami pamiętać i zgłaszać niezbędne wnioski, ale pozytywne przykłady już mamy. Sami autorzy dezubekizacji z pewnością nie spodziewali się, że mogą w ten sposób nam pomóc, ale cóż – czasami czyni się dobro nawet wbrew sobie.      

Gospodarka 48 godzin

Polskie złoto
W sejfach Narodowego Banku Polskiego na koniec 2020 roku znajdowało się 228,7 tony złota. Jego łączna wartość to około 52,3 mld zł. Bezpośrednio przed nami na liście krajów z największymi rezerwami złota jest Austria, mająca 280 ton tego kruszcu. Pierwsze miejsce w Europie zajmują oczywiście Niemcy: 3362 tony złota, przed Włochami – 2452 zł. Natomiast na świecie największe rezerwy złota mają naturalnie USA: aż 8133 tony. Nie całe polskie złoto znajduje się w Polsce, część nadal jest przechowywana w Banku Anglii, co ze względu na nasze położenie geopolityczne i relacje z sąsiadami zaprowadzone przez PiS, stanowi dość bezpieczne rozwiązanie – acz trzymanie złota w Wlk. Brytanii kosztuje.

Dywidenda z parkietu
Przychody grupy kapitałowej Giełdy Papierów Wartościowych wyniosły 112,3 mln zł w pierwszym kwartale bieżącego roku. To wzrost o 15,5 proc. w stosunku do I kwartału 2020 r. Zysk EBITDA (przed potrąceniem odsetek, podatków i amortyzacji) wyniósł 53,6 mln zł (wzrost o 7,1 proc. rok do roku), a zysk netto osiągnął 38,7 mln zł (plus 32,1 proc. rdr) i jest o o 17,2 proc. mniejszy niż w IV kwartale 2020 r. W zeszłym roku zysk netto grupy GPW osiągnął 151 mln zł. Giełda zamierza wypłacić dywidendy za 2020 r. w łącznej wysokości 104,93 mln zł (2,50 zł na akcję). Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy GPW, które zostało zwołane na 21 czerwca 2021 r. – W każdej grupie produktowej nastąpiła znacząca poprawa, a szczególnie cieszy utrzymanie pozycji europejskiego lidera pod względem dynamiki obrotów na rynku akcji. Przyszłość też się rysuje w jasnych barwach – mówi Marek Dietl, prezes giełdy. Na głównym rynku notowane są akcje 434 firm (383 krajowych i 51 zagranicznych), natomiast na parkiecie New Connect 376 (372 krajowych i 4 zagranicznych). Jak wskazują władze giełdy, GPW jest liderem wśród giełd Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby notowanych spółek i łącznej kapitalizacji spółek krajowych. Udział warszawskiej giełdy w obrocie akcjami na giełdach środkowoeuropejskich wynosić ma aż 81 proc. Obecnie trwają negocjacje w sprawie przejęcia większościowego pakietu akcji giełdy w Armenii przez GPW. W tym roku giełda obchodziła trzydziestolecie istnienia. 12 kwietnia 1991 r. ówcześni ministrowie przekształceń własnościowych i finansów podpisali akt założycielski spółki akcyjnej „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.” Cztery dni później, w dniu sesji inauguracyjnej GPW handlowano akcjami pięciu spółek, a obrót wyniósł 1990 zł. Obecnie średni obrót sesyjny na GPW wynosi około 1,2 mld zł.

Wielki optymizm rządu
Rząd prognozuje, że produkt krajowy brutto Polski w 2022 r. wzrośnie aż o 4,3 proc. To dużo więcej od przewidywań uznanych specjalistów. Na przykład firma konsultingowa Standard and Poor’s przewiduje, że wzrost polskiego PKB w przyszłym roku wyniesie 2,7 proc. Równie optymistyczny jest rząd PiS w ocenie inflacji, która według niego w 2022 r. ma wynieść zaledwie 2,8 proc. Obecnie inflacja w Polsce wynosi aż 4,8 proc.

Coraz mniej można kupić

Inflacja w Polsce szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wzrost cen dóbr i usług jest przez nie dotkliwiej odczuwany.
W kwietniu ubiegłego roku Adam Glapiński i Mateusz Morawiecki ostrzegali, że nad polską gospodarką krąży widmo nie inflacji, lecz deflacji. Ostatnie kilkanaście miesięcy zweryfikowały ich ostrzeżenia: ceny w Polsce rosną niemal najszybciej w Europie. Inflacja w maju według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 4,8 proc. w skali roku i była najwyższa od 10 lat.
Jeśli taka inflacja utrzyma się w całym 2021 roku, przeciętny Polak, chcąc zachować swój standard życia, wyda o prawie 700 zł więcej niż rok wcześniej. Jeśli zaś ta inflacja utrzyma się w najbliższych 12 miesiącach, a oprocentowanie rachunków bieżących i lokat nie zmieni się, przeciętny dorosły Polak straci w ujęciu realnym prawie 1200 zł – zwraca uwagę Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Inflacja stanowi formę ukrytego podatku. „Ukrytego”, ponieważ nie wprowadza go ustawą parlament, a jego działanie jest słabo rozumiane przez społeczeństwo; nie widzimy go też w rozliczeniu rocznym. „Podatku”, ponieważ największym beneficjentem inflacji jest sektor finansów publicznych (państwo) – twierdzą ekonomiści FOR dr Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. Stratę 40 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach z powodu ujemnych realnych stóp procentowych w ciągu ostatnich 12 miesięcy szacują na 5,4 mld zł
Inflacja szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wpływ cen dóbr i usług konsumpcyjnych jest dla nich silniej odczuwalny. Gospodarstwa o niższych dochodach lokują stosunkowo więcej swoich oszczędności w instrumentach nieodpornych na inflację (gotówka i depozyty bankowe). Z powodu inflacji oszczędności te tracą wartość – z miesiąca na miesiąc coraz mniej można za nie kupić. Przy 5-proc. inflacji kwota 10 tys. zł jest po roku warta zaledwie nieco ponad 9,5 tys. zł.
Od kilkunastu miesięcy Polska pod względem inflacji mierzonej przez Eurostat jest w czołówce wszystkich krajów europejskich. W 2020 r., kiedy w wyniku kryzysu w większości krajów Unii Europejskiej poziom cen malał albo pozostawał z grubsza niezmieniony, w Polsce ceny rosły. Polska na zmianę z Węgrami jest unijnym liderem pod względem najszybciej rosnących cen. W kwietniu roczna inflacja w Polsce wyniosła 5,1 proc., na Węgrzech 5,2 proc., podczas gdy w strefie euro 1,6 proc. Od początku 2020 r. ceny w Polsce wzrosły o 6,6 proc, na Węgrzech o 6,1 proc., podczas gdy w strefie euro o 2 proc. Podobny trend inflacyjny w Polsce ukazuje też wskaźnik cen i usług konsumpcyjnych mierzony przez GUS.
Prezes NBP Adam Glapiński w swoich komentarzach tłumaczył, że wysoka inflacja w Polsce jest efektem wzrostu cen żywności, paliw i energii, które są poza kontrolą polityki pieniężnej. Po pierwsze, te czynniki dotyczą wszystkich krajów UE, a jednak w tych krajach inflacja jest dużo niższa niż w Polsce. Po drugie,nawet jak oczyścimy trendy inflacyjne ze zmian cen energii, żywności i używek (taki miernik nazywamy inflacją bazową), to okazuje się, że i tak ceny w Polsce rosną wyraźnie szybciej niż krajach UE i innych krajach naszego regionu – podkreślają Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. W kwietniu br. roczna inflacja bazowa w tym ujęciu wyniosła 5,2 proc. utrzymując się na podobnym poziomie od roku. Na Węgrzech roczna inflacja bazowa wyniosła w kwietniu 2,6 proc., a w strefie euro 0,7 proc.
Ekonomiści FOR przypominają, że ogólny wskaźnik inflacji mierzy wzrost cen dla „przeciętnego” konsumenta. Oznacza to, że są konsumenci, dla których koszyk dóbr i usług konsumpcyjnych zdrożał znacznie bardziej niż średnia. Świadczy o tym też percepcja wzrostu cen przez gospodarstwa domowe. Zgodnie z ankietą Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH prawie 60 proc. społeczeństwa ocenia, że obserwowany wzrost kosztów utrzymania jest „znaczący”, podczas gdy w 2016 r. takich respondentów było zaledwie 15 proc. Społeczeństwo nie ufa w zapewnienia prezesa banku centralnego, że inflacja jest przejściowa. Ponad 48 proc. uważa, że inflacja przyspieszy, a prawie 35 proc., że utrzyma się na dotychczasowym, wysokim poziomie. Niska wiarygodność banku centralnego i jego upolitycznienie mogą wywołać spiralę płacowo-cenową – w oczekiwaniu dalszego wzrostu cen, pracownicy będą domagać się coraz wyższych wynagrodzeń, co z kolei będzie przekładać się na wzrost cen wytwarzanych przez nich produktów. Ponadto konsumenci i firmy w trakcie zamknięcia gospodarki zgromadzili duże oszczędności, które mogą wylać się wkrótce na rynek. Do normalnego popytu dołoży się tzw. popyt odroczony.
Dodatkowo rząd prowadzi silnie procykliczną politykę fiskalną, a w „Polskim Ładzie” zapowiedział dalsze rozluźnienie polityki fiskalnej o co najmniej 2 proc. PKB, w tym stymulowanie popytu mieszkaniowego oraz transfer do emerytów i rencistów – zwracają uwagę S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa rząd zakłada, że PKB będzie już w 2022 r. powyżej swojego potencjału o 0,7 proc. (dodatnia luka produktowa), a w 2024 r. o ok. 2 proc., podczas gdy średnio w UE będzie ujemna (- 0,4 proc.), a w niektórych krajach nawet bliska minus 3 proc. Ich zdaniem, zapowiadane w „Polskim Ładzie” rozdawnictwo i stymulacja popytu, szczególnie w obszarach o dużych barierach podażowych oraz nieodpowiedzialna polityka banku centralnego będą skutkowały nakręcaniem inflacyjnej spirali płacowo-cenowej – zwłaszcza, że w zasadzie trudno znaleźć obecnie czynniki osłabiające inflację w Polsce.
Ryzyko inflacyjne jest bardzo duże, co dostrzega wiele instytucji i ekonomistów na całym świecie. NBP, mimo że zgodnie z Konstytucją RP „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”, bagatelizuje jednak to ryzyko. Przy relatywnie wysokiej inflacji polski bank centralny utrzymuje stopy procentowe na niemal zerowym poziomie, podobnym jak w innych krajach rozwiniętych. Ekonomiści FOR twierdzą, że są one nieadekwatne do wysokiej inflacji i zagrożeń inflacyjnych w przyszłości. Skutkiem tego są wysoce ujemne realne stopy procentowe, co Polskę wyróżnia negatywnie na tle krajów Europy Zachodniej i członków Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Można więc odnieść wrażenie, że w Polsce realizowana jest strategia monetarna sprzyjająca za wszelką cenę rządowi, nie zważając na koszty ponoszone przez społeczeństwo i ryzyko inflacyjne w przyszłości. Na takiej strategii zyskuje rząd, a traci w sposób niejawny, poprzez tzw. podatek inflacyjny, społeczeństwo.
Podatek ten jest szczególnie dotkliwy, gdy bank centralny utrzymuje stopy procentowe niższe od inflacji – w takiej sytuacji gospodarstwa domowe i firmy nie są w stanie ochronić siły nabywczej swoich pieniędzy. Wiele gospodarstw domowych odkłada z myślą o większych wydatkach (pralka, telewizor czy remont). Przy dużej inflacji może okazać się, że zamierzone cele w najbliższym czasie staną się nieosiągalne, a okres odkładania wydłuży się o kilka lat.
Polskie władze monetarne, tolerując inflację wyższą niż we wszystkich pozostałych krajach UE i utrzymując niemal zerowe stopy procentowe, tworzą sytuację, w której dodatkowe korzyści kosztem społeczeństwa odnosi rząd. Podwyższona inflacja powoduje bowiem wzrost bazy podatkowej – kiedy rosną ceny i dochody, rosną też wpływy z VAT i podatków dochodowych. Jeśli zaś państwo nie waloryzuje progów podatkowych (albo waloryzuje je z opóźnieniem), coraz więcej osób płaci podatki według wyższych stawek, chociaż nie płaciłoby ich przy takich samych dochodach realnych w okresach wcześniejszych – podkreślają ekonomiści FOR. Inflacja obniża też realną wartość państwowego zadłużenia, co oznacza, że państwo po latach realnie oddaje mniej, niż pożyczyło. Minister finansów Tadeusz Kościński wielokrotnie przyznawał, że wyższa inflacja to wyższe dochody budżetowe.
Dochody z VAT czy podatku dochodowego od osób fizycznych są silnie zależne od nominalnego poziomu wydatków gospodarstw domowych i ich wynagrodzeń. W ujęciu statycznym wpływ inflacji na dochody z tych dwóch podatków w 2020 r. można szacować na ok. 6 – 8 mld zł. Wpływy z VAT w ujęciu nominalnym zwiększyły się o ok. 2 proc, ale po uwzględnieniu inflacji realnie spadły o 1,4 proc. Podczas gdy dochody podatkowe zależą bezpośrednio od inflacji, wydatki w budżecie są sztywnym, nominalnym limitem – wskazują S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż kolejną korzyścią dla rządu z wysokiej inflacji jest tzw. efekt wyrastania z długu. W „wyrastaniu” relacji długu publicznego do PKB pomaga zarówno realny wzrost PKB, jak i inflacja – a historia gospodarcza pokazuje, że po wojnach, gdy zadłużenie krajów mocno wzrasta, pomocna w spłacie długów wojennych jest duża inflacja.
Niektórzy ekonomiści w Polsce wprost mówią o tym, że potrzebujemy inflacji, by wyrastać z długu. W 2020 r. dług sektora finansów publicznych w relacji do PKB wyniósł 57,5 proc. Gdyby procesy inflacyjne kształtowały się tak jak w strefie euro (średnioroczna 0,3 proc. zamiast 3,6 proc.), to relacja ta byłaby o 2 pp. wyższa (ok. 40 mld zł). Jeden punkt procentowy nadmiarowej inflacji pomaga redukcji długu o ok. 13 mld zł. Jednak podwyższona inflacja nie jest darmowym obiadem. Uszczupla oszczędności społeczeństwa i powoduje wiele innych kosztów dla gospodarki.
Ujemne realne stopy procentowe zwiększają też zagrożenie, że gospodarstwa domowe chcąc uciec przed inflacją zostaną wepchnięte w ryzykowne, pseudo-lokaty w instytucjach parabankowych.
Inflacja zmniejsza realną wartość zobowiązań. Na wysokiej inflacji i niskich stopach procentowych więcej zyskują oczywiście ci, którzy mają większe zadłużenie, a w tym gospodarstwa domowe o wysokich dochodach. W opinii niektórych ekonomistów i publicystów sposobem na ochronę realnej wartości oszczędności są indeksowane inflacją dziesięcioletnie obligacje skarbowe. W rzeczywistości jednak ze względu na stałe odsetki w pierwszym roku oraz 19-procentowy podatek od dochodów kapitałowych obligacje te chronią obecnie tylko przed średnią inflacja niższą niż 3,6 proc. Jeśli przez najbliższą dekadę średnia roczna inflacja będzie wyższa niż 3,6 proc. to inwestycja w obligacje 10-letnie przyniesie w ujęciu realnym stratę. To w pewnym sensie pułapka na oszczędzających – zauważają S. Dudek i M. Zieliński.
W 2020 r. prezes NBP powiedział: „W oczy zagląda nam groźba deflacji – inflacja jest teraz ostatnim problemem”. Premier przewidywał zaś: „Zjawiska, które będą nam w najbliższym czasie groziły, to są zjawiska deflacyjne”. Od tego czasu inflacja w Polsce jest wyższa niż przed wybuchem pandemii. Rząd i władze monetarne ryzykują trwałym nakręceniem spirali płacowo-cenowej, która może wywołać uporczywą i wysoką inflację. Ryzykują wartością polskiego pieniądza, za którą zgodnie z Konstytucją odpowiadają. Ta strategia nie służy odbudowie i rozwojowi, ale pomaga w utrzymaniu władzy przez obecny obóz rządzący. Rachunek za to płacą zwykli obywatele.

Gospodarka 48 godzin

Nasza droga inflacja
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2021 r. wzrosły w Polsce o 4,8 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Natomiast w porównaniu z kwietniem 2021 zwiększyły się o 0,3 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. To oznacza, że ceny w gospodarce rosły najszybciej od dziesięciu lat, „zjadając” realne dochody Polaków. Ten wynik oznacza, że Narodowy Bank Polski, jak niemal zawsze, nie trafia z celem inflacyjnym. Za aktualny wzrost inflacji w naszym kraju częściowo odpowiada spadek przeciętnych miesięcznych wydatków na osobę w gospodarstwie domowym aż o 6,5 proc. w ubiegłym roku. Gdy obecnie wydatki te zaczynają rosnąć, sprzyja to także wzrostowi inflacji. Inny, także pozytywny czynnik, to wzrost produkcji przemysłowej. W maju wskaźnik koniunktury PMI dla polskiego sektora wytwórczego obliczany przez Markit wyniósł 57,2 punktu. To najlepsze dane od ponad 20 lat, kiedy to zaczęto wyliczać ów wskaźnik. Polacy, jako społeczeństwo niezamożne, tradycyjnie najwięcej pieniędzy przeznaczają na żywność i napoje bezalkoholowe. Produkty te miały najwyższy udział w strukturze wydatków ogółu gospodarstw domowych – 27,7 proc. w ubiegłym roku. Tym samym inflacja najciężej dotyka właśnie uboższe warstwy społeczeństwa polskiego. Statystycznie wprawdzie przybywa nam pieniędzy – przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę wyniósł w 2020 r. 1919 zł i był realnie o 2 proc. wyższy od dochodu z 2019 r – ale wzrost ten rozkłada się dalece nierównomiernie. Najniższym przeciętnym miesięcznym dochodem rozporządzalnym na jedną osobę w 2020 r. dysponowały gospodarstwa domowe rencistów. Wynosił on 1522 zł i był o 20,7 proc. niższy od średniej ogólnopolskiej. Niestety, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości sytuacja finansowa rencistów, najsłabszej grupy naszego społeczeństwa, staje się coraz gorsza. Spadek ich dochodów w stosunku do średniej ogólnopolskiej pogłębia się, bo w 2019 r. były one o 17,7 proc. niższe. Inflacja przyśpiesza nie tylko w Polsce. Według Eurostatu w strefie euro wyniosła ona w maju 2021 r. równo 2 proc., w porównaniu z 1,6 proc. w kwietniu. Do tego przyrostu przyczynił się szczególnie wzrost cen energii w porównaniu z rokiem ubiegłym. Był to najszybszy wzrost inflacji od listopada 2018 r. Kudy jednak tej anemicznej euroinflacji do rekordowej, jaką odnotowuje się w Polsce.

Pierwszy Polak
Prof. Grzegorz W. Kołodko w uznaniu swego wybitnego wkładu do światowych nauk społecznych (do których zalicza się także ekonomia), jako jedyny Polak został zagranicznym członkiem Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, NANU (ukr. Національна Aкадемія Hаук України, НАНУ). Redakcja „Trybuny” składa gratulacje z okazji tego wyróżnienia. Warto podkreślić, że dorobek naukowy profesora, na który składa się 50 książek oraz ponad 400 artykułów i referatów naukowych, zawiera także liczne publikacje w językach ukraińskim oraz rosyjskim. W sumie prace prof. Kołodki zostały opublikowane dotychczas w 26 językach.

Poczta zwalnia
Poczta Polska zapowiedziała zwolnienie 960 osób do końca bieżącego roku. W skali kraju instytucja ta zatrudnia prawie 80 tys. osób.

Kryzysowy Polski Ład

Jarosław Kaczyński i jego towarzysze postanowili efektownymi przedwyborczymi obietnicami przykryć całą serię przykrych dla nich informacji.
Recesja gospodarcza panująca w Polsce, wraz z szybkim wzrostem cen, to dwa czynniki wpędzające mieszkańców naszego kraju w biedę. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w kwietniu 2021 r. w porównaniu z takim samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 4,3 proc.
Pod względem drożyzny, nasz kraj pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości pobił już wszelkie unijne rekordy. Od miesięcy inflacja w Polsce jest najwyższa w całej Unii Europejskiej, czym oczywiście nie chwali się PiS-owska propaganda sukcesu, rozwijana przez media „publiczne”. U nas wzrost cen wyniósł wspomniane 4,3 proc., podczas gdy w całej UE w marcu zaledwie 1,7 proc. (i tylko dlatego był tak wysoki, że to Polska zawyżała tę średnią). Czy ktoś mógłby kiedykolwiek przewidzieć, że PiS-owscy prominenci rządzący Polską doprowadzą do tego, że w naszym niezamożnym kraju ceny będą rosnąć ponad dwa razy szybciej, niż w pozostałych państwach UE?.
Bardzo szybki był w Polsce zwłaszcza wzrost cen wszelkich usług, wynoszący średnio 6,8 proc. W tym obszarze, szczególnie drastycznie skoczyły ceny usług transportowych – aż o 16,2 proc. w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Nieco wolniej wzrosła średnia cena towarów konsumpcyjnych, która zwiększyła się o 3,6 proc.
Ruch cen w górę nabrał już zdecydowanie trwałego charakteru. W stosunku do marca tego roku ceny towarów i usług wzrosły o 0,8 proc. (w tym towarów – o 0,9 proc. oraz usług o 0,3 proc. ). W kwietniu tradycyjnie, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem miały wyższe ceny żywności. Ta drożyzna najbardziej uderza w uboższych mieszkańców naszego kraju, którym zakupy żywności pochłaniają dużo większą część zarobków w porównaniu z zamożniejszymi grupami obywateli.
Powszechnej drożyźnie, systematycznie zmniejszającej realne dochody Polaków, towarzyszy też kryzys gospodarczy. Według obliczeń GUS, polski produkt krajowy brutto w pierwszym kwartale 2021 r. zmniejszył się realnie o 1,7 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku. Tego regresu nie wyrównuje to, że nasz PKB zwiększył się o 0,9 proc. w stosunku do czwartego kwartału 2020 r. (trudno zresztą porównywać ostatni kwartał jakiegoś roku z pierwszym kwartałem roku następnego).
Wymowa tych danych gospodarczych jest nader mało optymistyczna. W dodatku w tym samym czasie pojawiły się miażdżące zarzuty Najwyższej Izby Kontroli, mówiące o łamaniu prawa przez PiS-owskich prominentów w związku z przygotowywaniem niedoszłych wyborów prezydenckich, oraz o drastycznej niegospodarności, która doprowadziła do bezsensownego zmarnowania prawie 60 mln zł publicznych pieniędzy.
Nic więc dziwnego, że Jarosław Kaczyński postanowił przykryć wszystkie te ponure konkrety jakimiś efektownymi obietnicami. Dlatego właśnie wystąpił z zapowiedziami tzw. Polskiego Ładu. Ten kolejny zestaw obietnic to czysta propaganda, mająca doprowadzić Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa w najbliższych wyborach. Aż dziw, że ów koncert życzeń nie nosi nazwy Polski Ład plus – ale z drugiej strony można to zrozumieć, bo w dotychczasowych PIS-owskich obietnicach było już tak wiele plusów, które w istocie stawały się minusami (bądź zupełnymi zerami), że wicepremier Kaczyński postanowił zrezygnować z tego, budzącego już uśmiech politowania, plusowego dodatku.
Szef Prawa i Sprawiedliwości sam wystąpił tym razem w roli głównego bajarza (storytellera). Nie ma sensu merytoryczne odnoszenie się do obietnic zawartych w Polskim Ładzie. Są to bowiem albo bajki pozbawione jakiegokolwiek związku z rzeczywistością – albo propozycje, które także są nierealne ale w dodatku, jeżeli (co wątpliwe) kiedykolwiek zostaną skonkretyzowane, to będą wyglądać zupełnie inaczej niż w wersji opowiadanej przez Jarosława Kaczyńskiego oraz premiera Mateusza Morawieckiego, dotychczas etatowego opowiadacza bajek na użytek polskiej publiczności.
Dlatego nie ma co się na przykład zastanawiać, czy i skąd władza zdobędzie te 650 czy ile tam miliardów złotych na zrealizowanie Polskiego Ładu. Równie dobrze tą wymienioną sumą mogłoby być 650 bilionów, a wśród obietnic mogłoby się np. znaleźć polskie auto elektryczne dla każdego emeryta za darmo. To naprawdę nie ma znaczenia, jakie zapisy znalazły się, czy też może dopiero się znajdą w Polskim Ładzie.
Nie ma też sensu zastanawianie się, jakie będą ewentualne skutki Polskiego Ładu. Tu chodzi tylko o jeden skutek – wyborczy. Jeśli więc bajki zawarte w Polskim Ładzie będą na tyle efektowne dla wyborców, że sprawią, iż PiS mimo wszystkich swoich afer, przekrętów i nepotyzmu zachowa jednak władzę i utrzyma się przy żłobie – to program Polski Ład trzeba będzie ocenić bardzo wysoko i z pokorą uznać jego skuteczność.
Bo taki właśnie ma być ten skutek: sukces wyborczy Prawa i Sprawiedliwości oraz dalsze korzystanie przez prominentów tego ugrupowania i ich sojuszników z uroków „dojnej Polski”. To jedno zawsze wychodzi im bardzo dobrze.

Obłudna szczodrość PIS-u

Problem deflacji i inflacji w polityce

Wielu ludzi naiwnie myśli, że PiS jest „partią ludową”, troszczącą się o „ludność uboższą” i rodziny wielodzietne, że jest niemalże partią „socjalistycznej sprawiedliwości społecznej”. Wszak pisowski rząd przyznał dodatkowe emerytury i zasiłki na dzieci. Tymczasem, chociaż może wydawać się to paradoksem, stoją za tym interesy wielkiego kapitału i finansjery. W wyborach w 2015 roku PiS postanowił jednym strzałem zabić dwa zające. Wesprzeć ekonomicznie większość nowego pokolenia emerytów i rencistów oraz osoby poszkodowane przez neoliberalny kapitalizm i zwalczać występującą wówczas deflację, zapowiadającą nieprzyjemne dla wielkiego kapitału zjawiska kryzysowe.

We współczesnej neoliberalnej teorii ekonomii politycznej, związanej z monetaryzmem, dominuje pogląd, że dla rozwoju zjawisk kryzysowych najniebezpieczniejsza jest deflacja, czyli wzrost wartości pieniądza. W związku z tym w programach partii prawicowych, takich jak PiS, pojawiają się takie postulaty socjalne służące finansowemu wsparciu grup słabszych ekonomicznie, których wcześniej nie powinna powstydzić się lewica. Wobec rzucenia przez prawicowy rząd ogromnej masy pieniędzy do walki z koronowirusem, niebezpieczeństwo deflacji wydaje się bardzo odległe. Ale po opanowaniu nadciągającej inflacji, głównym celem neoliberalnych rządów ponownie stanie się walka z groźbą deflacji…

Zasadniczym czynnikiem decydującym o wzroście wartości pieniądza jest spadek cen towarów przy względnie stałych płacach i dochodach. Deflacja jest szczególnie niebezpieczna, gdy poprzedzona jest wzrostem zadłużenia gospodarstw domowych i firm. W Polsce deflacja wystąpiła od 2014 do 2016 roku i pojawiło się jej potencjalne niebezpieczeństwo jeszcze na początku pandemii, kiedy przedsiębiorstwa borykały się z problemami zbytu swoich produktów oraz sprzedażą usług.

Spadek cen jest niebezpieczny dla gospodarki rynkowej, o ile nie jest on związany z większą wydajnością pracy. Gdy wynika on z innych powodów, deflacja oznacza spadek zysków, który może zadecydować o spadku opłacalności produkcji i zamknięciu zakładu produkcyjnego.

Aby uniknąć spadku cen neoliberalni ekonomiści zalecają zwiększenie dochodów ludności. Ale tu jest rzecz bardzo ciekawa, bo w mniejszym stopniu zaleca się zwiększenie płac, a robi się wszystko, aby zwiększyć pozapłacowe dochody ludności poprzez wzrost jej zadłużenia oraz poprzez wypłatę różnego rodzaju świadczeń socjalnych, które przy permanentnym deficycie budżetowym powiększają dług publiczny państwa, którego spłatę przekłada się na obecne i przyszłe pokolenia podatników. Banki wciskają ludności różnego rodzaju kredyty i karty kredytowe.

Dlatego w polityce PiS-u sztandarowymi decyzjami stały się wypłaty świadczeń typu 500+ wypłacane na każde dziecko, 300+ wypłacane na dziecko idące do szkoły, 13 emerytura zamiast podniesienia wysokości emerytury, czy zwiększenia realnej dostępności do lekarzy i zabiegów rehabilitacyjnych. W okresie pandemii wystąpiono również z całym szeregiem świadczeń osłonowych dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Coraz głośniej też zaczyna się mówić o dochodzie gwarantowanym dla każdego obywatela, o dochodzie obywatelskim, czyli o zapewnieniu minimalnych dochodów dla każdej osoby w wieku produkcyjnym.

Nie chodzi jednak o to, by negować potrzebę tego rodzaju świadczeń w obecnej sytuacji, jak czynili to początkowo niektórzy przedstawiciele opozycji, ale o włączenie ich do budżetu w taki sposób, aby nie trzeba było finansować ich długiem publicznym. Chodzi więc o sfinansowanie ich dochodami budżetowymi lub oszczędnościami budżetowymi na przykład w finansowaniu zbrojeń czy Kościoła katolickiego. To, że PiS przyznał te świadczenia, to tylko jedna strona zagadnienia. Ale z chwilą, gdy polityka antydeflacyjna osiąga swój cel, czyli kiedy dochodzi do inflacji, w wyniku spadku wartości pieniądza – świadczenia te są stopniowo faktycznie zmniejszane, czyli jak to się mówi – społeczeństwo jest „okradane”…

I w tym widoczna jest cała dialektyka, żeby nie powiedzieć obłuda partii podobnych do PiS, czy innych prawicowych partii populistycznych. Z jednej strony przedstawiają się jako partie stojące po stronie najbardziej poszkodowanych przez mafijne i złodziejskie układy oraz komunistyczne spiski. Starannie unikają mówienia, że w istocie chodzi o kapitalistyczną transformację, rozwój neoliberalnego kapitalizmu, wystrzegają się nawet jakiejkolwiek sugestii, że chodzi o rozwój kapitalistycznego wyzysku. A z drugiej strony, i to jest główna i rzeczywista ich troska, bronią kapitału przed spadkiem zysków i groźbą bankructwa. A nacjonalizacja bankrutujących przedsiębiorstw nawet nie pojawia się w ich programach…
Deflacja jest czymś typowym dla początków kryzysów w warunkach gospodarki rynkowej. Firmy doznające spadku przychodów i ludzie mający przed oczami groźbę utraty pracy, szybko wyprzedają swoje aktywa, aby zmniejszyć zadłużenie. Długotrwała wyprzedaż aktywów i obniżenie wydatków prowadzą jednak do dalszego spadku zaufania do nich i spadku ich cen. W warunkach deflacji rośnie zatem wartość posiadanej gotówki. Ludzie i firmy zaczynają gromadzić pieniądze, zamiast je wydawać. A to nie służy interesom kapitalistycznej gospodarki rynkowej.

Deflacja nie polega więc tylko na spadku cen towarów konsumpcyjnych, przy względnie stałych płacach i dochodach, ale również na spadku wartości trwałych i obrotowych aktywów poszczególnych przedsiębiorstw. Spada również cena różnego rodzaju udziałów i papierów wartościowych. Spadek cen tych ostatnich oznacza zapowiedź możliwości całkowitego krachu na giełdach i śmiertelne narażenie interesów panującego dziś kapitału finansowego i bankowego. Robi się więc wszystko, na co pozwala monetarystyczna teoria ekonomii politycznej, aby nie dopuścić do spadku popytu i wybuchu kryzysu. Ale to wszystko są działania doraźne, nie likwidujące przyczyn strukturalnych tkwiących w samej gospodarce rynkowej opartej na wyzysku najemnej siły roboczej, czyli na przechwytywaniu lwiej części społecznego produktu dodatkowego przez oligarchię finansową i jego wykorzystaniu w prywatnych interesach.

W walce ze spadkiem cen towarów i usług obniża się stopy procentowe, aby zwiększyć zdolność ludzi do pożyczania i wydawania pieniędzy.

Przy polityce deflacyjnej wzrasta zatrudnienie, jak pokazuje doświadczenie USA, jednak najwięcej nowych stanowisk pracy powstaje w sektorach gospodarki charakteryzującymi się najniższymi zarobkami, na tzw. umowach śmieciowych. Ponadto, wzrost zatrudnienia był tożsamy z liczbą osób wchodzących na rynek pracy, co oznaczało, że za wskaźnikami o zmniejszeniu bezrobocia znajdowało się bezrobocie ukryte. Rzeczywista stopa bezrobocia spadała więc głównie dlatego, że coraz więcej ludzi opuszczało grupy zawodowo czynne w związku ze starzeniem się społeczeństwa. „Pod koniec 2013 roku ponad 50 milionów Amerykanów korzystało z pomocy żywnościowej, ponad 26 milionów nie miało pracy, pracowało dorywczo albo zrezygnowało z dalszego szukania zatrudnienia, a 11 milionów obywateli było trwale niepełnosprawnych, w tym wielu występowało o stwierdzenie niepełnosprawności po utracie zasiłku dla bezrobotnych. Te liczby są hańbą Ameryki”. Nic zatem dziwnego, że po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał Amerykański Plan Ratunkowy, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom…

Polityka deflacyjna na pewno prowadziła do ożywienia giełdy, ale już niekoniecznie do poprawy ekonomicznej kondycji przedsiębiorstw. W efekcie pieniądze oferowane poszczególnym grupom społecznym i tak trafiały do kieszeni oligarchii finansowej. Zwolennicy deflacji swój cel uznają za spełniony, gdy inflacja osiągnie około 2 procent, a to jak wiadomo oznacza dalsze okradanie głównie ludzi zatrudnionych w oparciu o umowę o pracę oraz emerytów i rencistów. Ponieważ w okresie walki z groźbą deflacji pieniądz jest łatwo dostępny, a stopy procentowe często bliskie zera, to przy zaciągnięciu kredytów powstaje dźwignia ekonomiczna, która zwiększa i zwielokrotnia zyski zarówno inwestorów w papiery wartościowe, jak i nabywców głównie nieruchomości, którzy mają do dyspozycji tanie kredyty hipoteczne. Ponieważ jednak wzrost cen papierów wartościowych i nieruchomości jest wynikiem dostępności taniego kredytu, a nie siły gospodarki, powstają bańki spekulacyjne, które muszą pękać ze stratą dla tych wszystkich, którzy odważyli się sięgnąć po korzystną ofertę kredytową na ich zakup. Rząd szuka teraz na gwałt jakiegoś sposobu, aby ożywić rynek mieszkaniowy, pod hasłem zapewnienia mieszkania dla młodej i wielodzietnej rodziny. W istocie jednak idzie o ochronę interesów deweloperów…

Ale nawet niewielka inflacja, przy nadmiarze pieniędzy na ryku może bardzo szybko ulec zwiększeniu w przypadku paniki rynkowej. Skalę nadciągającej inflacji trudno jest oszacować. Wówczas dla odmiany, dla przeciwdziałania inflacji, wprowadza się wysokie stopy procentowe…
Postać tragifarsy przyjęła walka z kryzysem finansowym w latach 2007-2008 w USA kiedy to Rezerwa Federalna w 2009 roku dla ratowania banków wpompowała w system bankowy prawie bilion dolarów, a bankierzy wówczas wypłacili sobie premie za osiągnięcie zysków. Sytuacja była moralnie podejrzana, gdyż w powszechnym rozumieniu bankierzy doprowadzili do kryzysu, który groził masowymi bankructwami banków, rząd uratował ich przed tym, a oni siebie za to nagrodzili. Prezydent Obama wystąpił z apelem, aby bankierzy zwrócili niezasłużone premie, ale rezultat apelu był gorszy niż mizerny.

Wydaje się, że deflacja, spadek cen towarów i usług, mogłaby być zjawiskiem pożądanym w gospodarce rynkowej, gdyż oznacza podniesienie się poziomu życia najszerszych rzesz społecznych w warunkach stałych płac. Spadek cen pozwala na wzrost konsumpcji towarów związanych z postępem technicznym, jak komputery i telefony komórkowe. Nie przypadkiem rząd PiS zaoferował nauczycielom 500+ w związku z ich wydatkami na nauczanie zdalne w czasie pandemii. Dlaczego zatem rząd tak bardzo obawia się deflacji, że sięga po środki, które mogą wywołać niekontrolowany wzrost inflacji?

James Rickards wymienia cztery główne powody, dla których Rezerwa Federalna (czyli prywatny bank Stanów Zjednoczonych) podejmował walkę z deflacją.

Przede wszystkim wzrost deflacji podnosi realną wartość długu publicznego, a wartość nominalna jest określona jako stała wielkość w umowach. Po drugie deflacja zmienia stosunek długu publicznego do produktu krajowego brutto. A to powoduje utratę zaufania wierzycieli, większe oprocentowanie, wyższe deficyty wynikające z wyższego oprocentowania i może prowadzić do niewypłacalności dłużnika. Po trzecie pojawia się strach przed destabilizacją systemu bankowego i wzrostem ryzyka systemowego. Deflacja zwiększa realną wartość długu i dług staje się zbyt duży dla wielu dłużników, aż w końcu przestają oni spłacać kredyty, co jest znacznie bardziej niekorzystne dla banków, pomimo początkowych korzyści wnikających ze spłaty kredytów w bardziej wartościowym pieniądzu. Dlatego rządy preferują w ostateczności inflację, bo ona gwarantuje większą spłacalność kredytów i stabilność systemu bankowego. Po czwarte systemy podatkowe pozwalają opodatkować wzrosty płac i dochodów, ale nie przewidują wzrostu opodatkowania z tytułu spadku cen. Jeśli dochody nominalne rosną w wyniku inflacji, to rząd opodatkowuje ten wzrost, więc pracownik otrzymuje tylko część dokonującego się nominalnego wzrostu płac. Natomiast, gdy wzrasta płaca realna w wyniku spadku cen, cały ten wzrost dochodów pracownika pozostaje w jego kieszeni. Dlatego zdaniem Jamesa Rickardsa „Rezerwa Federalna preferuje inflację, ponieważ zmniejsza ona dług publiczny, obniża stosunek zadłużenia do PKB, poprawia sytuację banków i można ją opodatkować. Deflacja może być dobra dla konsumentów i robotników, ale szkodzi Departamentowi Skarbu i bankom oraz jest stanowczo zwalczana przez bank centralny”.

Z tego wynika, że rząd PiS będzie kontynuował projekty „500+” do czasu wywołania inflacji, której wysokość trudno jest określić. Świadczenia „500+” w ocenie PiS pozwalały ustrzelić dwa zające jednym strzałem. Działo się tak dlatego, że z jednej strony urzędnicy PiS kierowali te świadczenie do grup poszkodowanych przez kapitalistyczną transformację, do grup które były uczestnikami pierwszej „Solidarności” i dopiero teraz zrozumiały, że nie o to walczyły w 1980 roku, do rodzin wielodzietnych i osób najstarszych. Środowiska te ze względu na swoją liczebność stanowią niezbędną do rządzenia bazę w wyborach powszechnych. Na początku 2020 roku, kiedy już wiadomo było o pojawieniu się szalenie groźnego wirusa, podniesiono jeszcze najniższą płacę minimalną o ponad 15 procent. Po drugie, wbrew deklaracjom, że służą interesom większości narodu, służą zabezpieczeniu realizacji interesów ekonomicznych oligarchii finansowej. W istocie więc PiS nadal kontynuował neoliberalną politykę Platformy Obywatelskiej zmniejszając jedynie niektóre sprzeczności powstałe podczas rządów odwołujących się do etosu „Solidarności”. Walkę z groźbą deflacji PiS finansował i finansuje (podobnie ja Platforma Obywatelska) poprzez dalsze zaciąganie długu publicznego, pozostawiając swoim następcom jego spłacenie. Kiedy PiS zapowiedział wypłacenie „czternastej emerytury” w pełnej wysokości tylko dla osób o najniższych emeryturach, to Platforma zaczęła się domagać wypłaty „po równo” dla wszystkich emerytów…

Politykę walki z deflacyjnym zagrożeniem od lat prowadziła Japonia, Stany Zjednoczone i cały szereg innych krajów. Wśród krajów wysoko rozwiniętych, Japonia osiągnęła rekordowy stosunek długu publicznego do PKB – 236 procent, Stany Zjednoczone – ponad 100 procent; Polska po różnych księgowych sztuczkach tylko około – 50 procent. Ekonomiści przekonują, że dla Japonii tak wysoki dług publiczny nie jest niebezpieczny, ponieważ ma on głównie charakter długu wewnętrznego; dla Stanów Zjednoczonych też jak na razie nie jest niebezpieczny z uwagi na światową rolę dolara. Dla krajów słabo rozwiniętych wysoki stosunek długu publicznego do PKB może rodzić poważne problemy. Polska od 1 biliona złotych długu publicznego płaciła ostatnio na jego obsługę prawie 30 miliardów złotych odsetek. Jak wielka jest to kwota, to można podać fakt, że polskie proporcjonalnie wysokie wydatki na armię w 2019 roku wynosiły około 44,5 miliarda złotych.

Dlatego polityka PiS była pełna obłudy – jednych byłych funkcjonariuszy okresu PRL prześladowano, a innych tolerowano w swoich szeregach; odwoływano się do niektórych rozwiązań z okresu PRL i walczono z postkomunizmem; mówiło się o reprezentowaniu tradycji i interesów narodu, a kultywowało najbardziej reakcyjne siły społeczne w jego historii; mówiło się o prowadzeniu racjonalnej polityki ekonomicznej, a sprowadzano droższy gaz z USA; mówiło się o dążeniu do poprawności stosunków z Rosją, a demonstracyjnie prowadzono akcję dyplomatyczną, aby zaszkodzić budowie gazociągu Nord Stream 2, próbowano staranować statek układający rury na dnie Bałtyku, i wbrew wątpliwościom ekologów przekopuje się Mierzeję Wiślaną; krytykowano wzrost pozycji Niemiec, a uznawano i podporządkowywano się dominacji USA; deklarowano nierozerwalność związków z Unią Europejską, a poprzez niektóre działania praktyczne stawano się narzędziem w realizacji działań USA i Rosji destabilizujących Unię Europejską.

Sprzeczności wynikające z polityki zwalczania groźby deflacji widoczne są w innych dziedzinach. PiS próbował importować inflację poprzez zakupy droższego gazu i ropy naftowej. A robił to pod pozorem zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju i dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia. Rząd PiS jak wierny sługa dokonywał również zakupów, z pominięciem krajów europejskich, znacznie droższego uzbrojenia w USA i Izraelu.
PiS przedstawia się jako partia ludowa i narodowa, a jest partią wyrażającą interesy krajowej i międzynarodowej oligarchii finansowej. PiS jest kontynuatorem polityki ekonomicznej PO w zmienionej sytuacji społeczno-ekonomicznej i politycznej. To właśnie monetarystyczna polityka była zapewne podstawą planowanej koalicji „PO-PiS”, która nie doszła jednak do skutku. Dlatego też PO, jako obecna opozycja, nie jest w stanie przeciwstawić PiS alternatywnej polityki ekonomicznej, a koncentruje się właściwie na sprawach etyczno-moralnej krytyki PiS, czy sporach prawnych, które większości społeczeństwa nie interesują lub nie są zrozumiane. PiS stosuje pseudoremedium w postaci drukowania pieniędzy tak długo, jak długo inwestorzy nie stracą zaufania do walut i obligacji; finansuje wydatki deficytem budżetowym i wzrostem długu publicznego, dopóki koszty obsługi nie przekroczą korzyści z jego zaciągania; wprowadza nadal reformy strukturalne polegające na prywatyzacji ubezpieczeń i usług publicznych. Prywatyzacja służby zdrowia przez wszystkie poprzednie rządy, w okresie pandemii odsłoniła jej trwającą od lat faktyczną zapaść widoczną w zadłużeniu szpitali, w ograniczeniach testów chorobowych, w wielomiesięcznych kolejkach do specjalistów, w wieloletnich oczekiwaniach na zabiegi operacyjne, w możliwie najniższych płacach niższego personelu medycznego.

Spadek cen może mieć różne przyczyny. Dlatego obłędne dążenie do uniknięcia deflacji może pominąć sygnały, jakie daje gospodarka, że kapitał osiągnął punkt krytyczny, że poszczególne dziedziny są przeinwestowane, a nowe inwestycje nadmiernie zadłużone, że błędnie ulokowano kapitał. W ten sposób cenowe sygnały rynku mogą być stłumione przez druk pieniędzy; może rozwijać się korupcja w celu zyskania ulg lub dotacji ze środków publicznych. Wbrew temu, co głoszą neoliberałowie polityka zaczyna więc dominować na ekonomiką…

Specjaliści przekonują, że za życia jednego pokolenia 15 procent ludzi straci pracę, a 35 procent będzie musiało się przekwalifikować. Te głębokie zmiany w podziale pracy spowodowane przez trwającą obecnie drugą rewolucję przemysłową, wymagają nowego pokolenia ludzi zdolnych do objęcia nietradycyjnych zawodów. Niestety na automatyczny wzrost poziomu życia masy pracujące nie mają co liczyć, gdyż występuje tak zwana luka Engelsa, który jako pierwszy zauważył, obserwując pierwszą rewolucję przemysłową, że dopiero następne pokolenie pracujących było w stanie wywalczyć sobie podniesienie poziomu życia dzięki dokonującemu się postępowi technicznemu. Wszystko to wskazuje, że problem polityki urodzeń będzie w centrum zainteresowania państwa i kapitału.

Doświadczenie historyczne wskazuje, że postęp techniczny nie powoduje zmniejszenia zatrudnienie, a wręcz przeciwnie, z czasem prowadzi do powstania całego szeregu nowych zawodów i wzrostu zatrudnienia.
Natrętna i porażająca propaganda PiS przypisuje sobie troskę o interesy uboższej części społeczeństwa, która tak faktycznie liczy się dla niego tylko podczas wyborów i badań sondażowych. W rzeczywistości wyrażał on więc również interesy wielkich koncernów międzynarodowych i oligarchii finansowej. Dlatego PiS nigdy nie dostrzeże, że jednym ze środków zapewniających trwałe wyeliminowanie deflacji jest nacjonalizacja banków, a nie tylko ich polonizacja. Najprawdopodobniej wydatki związane z pandemią pokażą, że pieniądze wypłacone wcześniej na walkę z deflacją, były w sumie zbyt wielkie, aby powstrzymać inflację, która każdemu konsumentowi pokaże naocznie inną stronę rzeczywistego złowieszczego oblicza polityki PiS. Według danych Eurostatu inflacja w Polsce wyraźnie wzrasta od 2016 roku. I obecnie wśród państw Unii Europejskiej w Polsce i na Węgrzech odnotowywany jest najwyższy wskaźnik inflacji, ze szkodą dla pracowników najemnych i korzyścią głównie dla oligarchii finansowej…

Ceny rosną, wartość naszych oszczędności spada

W bieżącym roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach.

Inflacja w lutym 2021 r. wzrosła o 2,4 proc. w ujęciu rok do roku, i było to nieco mniej (o 0,2 punktu procentowego) niż w styczniu bieżącego roku. Dynamika zmian cen w pierwszych dwóch miesiącach roku także była nieco mniejsza niż w analogicznym okresie 2020 r. Jednak dynamika cen usług wynosi już aż 7 proc., co jest z pewnością odczuwalne przez konsumentów.
W stosunku do stycznia 2021 r. ceny towarów i usług wzrosły w lutym o 0,5 proc. W tym miesiącu w porównaniu ze styczniem, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) miały wyższe ceny w zakresie transportu oraz żywności, które podwyższyły CPI odpowiednio o 0,16 p.p. i 0,11 p.p. Coroczna zmiana wag wskaźnika CPI spowodowała bardzo wyraźny wzrost udziału cen żywności, co jeszcze bardziej zwiększa znaczenie tych kategorii cen, na którą wpływ ma wiele czynników niezależnych bezpośrednio od banku centralnego.
Zbliżamy się do okresu, kiedy dynamika inflacji będzie przekraczała 3 proc., co z punktu widzenia banku centralnego powinno spowodować prowadzenie polityki pieniężnej, która będzie sprzyjała ograniczaniu nadmiernych oczekiwań inflacyjnych – zwraca uwagę Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Analizy wskaźników inflacji w dłuższym okresie nie ułatwiają dokonywane każdego roku aktualizacje systemu wag stosowanego w obliczeniach wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Przypomnijmy, że nowe wagi wynikają z przeprowadzanych badań budżetów gospodarstw domowych i oparte są na strukturze wydatków gospodarstw domowych na zakup towarów i usług konsumpcyjnych z roku poprzedzającego badany rok.
Nowy system wag uwzględnia zmiany w strukturze konsumpcji wywołane pandemią COVID-19. W efekcie, w porównaniu z 2020 r. najwyraźniej, bo aż o 2,53 p.p. wzrósł udział wydatków na żywność i napoje bezalkoholowe oraz o 0,7 p.p. udział wydatków związanych z użytkowaniem mieszkania. Najwyraźniej obniżył się udział wydatków w zakresie restauracji i hoteli (o -1,56 p.p.), transportu (-1,01 p.p.), rekreacji i kultury (-0,84 p.p.). Zastosowanie nowych wag spowodowało, że w styczniu 2021 r. w stosunku do stycznia ubiegłego roku inflacja wzrosła o 2,6 proc., wobec wstępnie szacowanego wzrostu o 2,7 proc.
Najnowsze dane o inflacji powinny skłaniać do zastanowienia się nad przyszłą ścieżką zmian cen. Procesy inflacyjne w okresie pandemii przebiegają inaczej niż w przypadku typowych sytuacji recesyjnych – zauważa TEP.
Wbrew oczekiwaniom, które pojawiły się powszechnie po rozpoczęciu pandemii w ubiegłym roku, w Polsce nie mamy do czynienia z dłuższym okresem deflacyjnym. Inflacja po dwóch pierwszych miesiącach jest o 1,1 p.p. powyżej projekcji Narodowego Banku Polskiego z lipca ubiegłego roku. Pamiętajmy, że w styczniu i lutym 2020 roku mieliśmy wyraźniejsze, miesięczne wzrosty cen, natomiast od marca do maja ubiegłego roku dynamika cen spowalniała.
W 2021 roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach. W projekcji NBP dynamika inflacji w drugim kwartale ma wynieść 3,4 proc. Mając to na uwadze, wkrótce możemy znaleźć się w strefie dyskomfortu wynikającego z rosnącego ryzyka wzrostu dynamiki inflacji do wartości, które wywołują zaniepokojenie konsumentów i podwyższenie oczekiwań inflacyjnych.
Z punktu widzenia osób oszczędzających, rosnąca inflacja może być coraz większym problemem, skoro ujemne realne stopy procentowe powodują spadek siły nabywczej oszczędności niezabezpieczonych przed inflacją. Natomiast z punktu widzenia banku centralnego dzisiejsza dynamika inflacji nie stanowi problemu, ale wkrótce może to ulec zmianie, gdyż w otoczeniu międzynarodowym pojawiają się coraz wyraźniejsze oczekiwania wzrostu cen (m.in. wzrost oczekiwań inflacyjnych w Stanach Zjednoczonych).
Z tego powodu wymagana jest szczególna ostrożność w formułowaniu przez bank centralny kierunków przyszłych działań. Powinny one być skoncentrowane przede wszystkim na ograniczaniu oczekiwań inflacyjnych oraz odpowiednio wczesnej reakcji w sytuacji ryzyka zbyt wysokiej dynamiki cen w przyszłości.

Optymizm urzędowy czy uzasadniony?

Sprzedaż detaliczna w naszym kraju zmniejszyła się w styczniu tego roku, spadło zatrudnienie, inflacja wzrosła ponad rządowe oczekiwania, mamy kolejne lockdowny. Podobno wszystko to nie stanowi jednak żadnego powodu do niepokoju.
Trzecia fala pandemii bez przeszkód dotarła do Polski. Tendencje wzrostu średniej tygodniowej liczby zgonów z powodu COVID-19 wykazują już bardziej zdecydowany ruch w górę. Rząd przywrócił zaostrzony reżim pandemiczny w czterech województwach (warmińsko-mazurskim, pomorskim, lubuskim i mazowieckim). Jeśli nic się nie zmieni, kolejnymi na liście mogą być kujawsko-pomorskie, śląskie i podkarpackie.
Jak ocenia Paweł Durjasz, główny ekonomista państwowej grupy PZU, te nowe, regionalne obostrzenia nie powinny znacząco wpłynąć na polski produkt krajowy brutto w I kwartale tego roku. Po danych za styczeń, ostrożnie można prognozować nieznaczny wzrost PKB w stosunku do poprzedniego kwartału i zmniejszenie spadku PKB w skali roku do około minus 2,0 proc. Wezbranie trzeciej fali pandemii czyni jednak bardzo prawdopodobnym rozszerzenie ograniczeń aktywności gospodarczej na inne obszary Polski i ich utrzymanie w kwietniu. Może to oznaczać nieco słabsze odbicie PKB w II kwartale i lekkie przesunięcie w czasie ścieżki ożywienia wzrostu gospodarczego. Ale wzrost PKB w 2021 roku powinien sięgnąć 4 proc., z możliwością wejścia w okolice 5,5 proc. rok później.
Dane o aktywności gospodarczej w styczniu były nadspodziewanie dobre (właściwy obraz sytuacji pokazują dane wyczyszczone z wpływu efektów kalendarzowych). Odnotowano dziewiąty już z rzędu miesięczny przyrost produkcji przemysłowej – i to największy od czterech miesięcy (1,7 proc. miesiąc do miesiąca). Produkcja sprzedana przemysłu jest już wyższa od poziomu sprzed pandemii, czyli z lutego 2020 r., o 4,5 proc. – i wybiła nawet ponad przedpandemiczny trend. Jest to tym bardziej godne podkreślenia, że styczniowy wynik uzyskany został w warunkach obowiązujących od szeregu tygodni ograniczeń aktywności gospodarczej w Polsce i w krajach istotnych dla naszego eksportu.
Do tego indeks koniunktury w przemyśle przetwórczym mocno w lutym wzrósł nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech oraz w całej strefie euro, szczególnie za sprawą wzrostu nowych zamówień. Wzrostowa tendencja produkcji powinna być zatem kontynuowana. W samym styczniu sprzedaż detaliczna obniżyła się wprawdzie o 1,4 proc. miesiąc do miesiąca, po grudniowym wzroście o 1,4 proc. m/m. W porównaniu do wyników z marca (minus 13,2 proc. m/m) czy kwietnia 2020 r. (minus 14,6 proc. m/m) był to jednak tym razem spadek niewielki w warunkach wzmożonych antypandemicznych obostrzeń. Wzrosła natomiast produkcja budowlano-montażowa, kontynuując pozytywną tendencję z poprzedniego kwartału.
W styczniu zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw obniżyło się o ok. 15 tys. etatów m/m, co nie zdarzyło się od dawna w tym miesiącu roku. W styczniu co roku aktualizowana jest próba przedsiębiorstw spełniających kryterium co najmniej 10 zatrudnionych i ten styczniowy spadek zatrudnienia jest najprawdopodobniej konsekwencją trudnej sytuacji mniejszych firm, które zmuszone były ograniczyć działalność w 2020 r. Badania koniunktury wskazują z kolei, że większe firmy – zwłaszcza przemysłowe – poszukują nowych pracowników. Przy tym liczba osób zarejestrowanych jako bezrobotne rosła od jesieni wolniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Nadspodziewanie silny wzrost cen paliw – w warunkach podwyżek cen regulowanych (w tym opłaty „cukrowej” i „mocowej”) – przyczynia się do wyższej niż oczekiwaliśmy inflacji na początku 2021 r. Według szybkiego szacunku GUS, wzrosła ona do 2,7 proc. r/r w styczniu i – jak ocenia Paweł Durjasz – już w kwietniu może wyraźnie przekroczyć 3 proc. r/r, pozostając powyżej tej granicy do końca roku. Podobnie ocenia sytuację NBP. Według marcowej projekcji, inflacja obniży się następnie nieco poniżej 3 proc. w roku 2022, po czym ponownie wzrośnie, nie wychodząc jednak powyżej górnej granicy dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego NBP (3,5 proc. r/r). Paweł Durjasz nie spodziewa się zmiany stóp procentowych NBP do końca 2022 r. Podobnie jak inne banki centralne, Rada Polityki Pieniężnej nie chce zbyt wcześnie hamować popytu w warunkach odbudowy gospodarki po wstrząsie związanych z pandemią (bo podobno mamy teraz odbudowę gospodarki).
Na świecie sytuacja pandemiczna w głównych ośrodkach gospodarczych jest bardzo zróżnicowana. W ostatnich tygodniach kontynuowany był wyraźny spadek nowych zachorowań w USA i Wielkiej Brytanii. Zmniejszyła się liczba nowych zakażeń w Chinach po tegorocznym styczniowym wzroście. Jednocześnie od końca lutego rośnie liczba zakażeń w Unii Europejskiej, przy mocnym spadku w Hiszpanii i Portugalii, ale wyraźnym wzroście w Europie Centralnej i Włoszech oraz umiarkowanym wzroście we Francji czy Niemczech.
Sytuacja pandemiczna determinuje stopień stosowanych ograniczeń aktywności gospodarczej i – głównie poprzez sytuację sektora usług – wpływa na dynamikę PKB i jej krótkookresowe perspektywy. Jednak optymistyczne oczekiwania co do wzrostu gospodarczego w roku 2021, pomimo pojawiania się nowych mutacji koronawirusa i narzekań na wolne tempo procesu szczepień w wielu krajach, ostatnio się nawet wzmocniły. Oprócz nadspodziewanie dobrych bieżących danych o aktywności gospodarczej (szczególnie w USA) i perspektyw coraz większej dostępności szczepionek, wynika to z sygnałów o mocnym, trwałym wsparciu procesu odbudowy gospodarczej ze strony polityki fiskalnej i monetarnej.
Jak stwierdza główny ekonomista grupy PZU, istotne znaczenie ma tu m.in. uchwalony właśnie przez Kongres USA pakiet stymulacyjny, zakładający dość szybkie wydatkowanie 1,9 biliona dolarów w postaci bezpośrednich transferów, wydłużenia dodatkowych zasiłków dla bezrobotnych, pomocy w spłacie kredytów, a także środków na sfinansowanie kluczowych inwestycji infrastrukturalnych, procesu szczepień oraz wsparcia dla szkół, władz lokalnych i mniejszych firm poszkodowanych w wyniku pandemii.
Banki centralne z kolei deklarują utrzymywanie ultra luźnej polityki pieniężnej przez dłuższy okres, szczególnie w odniesieniu do stóp procentowych. Poprawa perspektyw wzrostu gospodarczego oraz oczekiwania wzrostu inflacji przyczyniły się ostatnio do wyraźnego wzrostu rentowności obligacji, zwłaszcza w USA (już nawet powyżej 1,5 proc. dla 10-letnich). Dla banków centralnych, które poprzez skup obligacji na dużą skalę próbują przeciwdziałać zbyt szybkiemu wzrostowi rynkowych realnych stóp procentowych, może być to problem. Starają się więc studzić optymistyczne oczekiwania i wskazywać zagrożenia dla postpandemicznego ożywienia gospodarczego. O ile jednak amerykański bank centralny (FED) ocenia wzrost rentowności obligacji jako naturalną reakcję na poprawę perspektyw gospodarczych, to jego europejski odpowiednik (EBC) obawia się pogorszenia warunków finansowania w strefie euro i negatywnego wpływu tego zjawiska na wzrost PKB. Deklaruje przy tym gotowość do przeciwdziałania mu poprzez zwiększony skup aktywów.
Ostatnie dane o aktywności gospodarczej, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, zaskakują pozytywnie. W styczniu 2021 r. silnie odbiła w górę sprzedaż detaliczna, wskaźniki koniunktury – w tym w usługach – utrzymały w lutym bardzo wysoki poziom. Utrzymuje się niezła sytuacja w przemyśle i ożywienie w budownictwie mieszkaniowym. Do tego sytuacja na rynku pracy zaczęła się znowu poprawiać, a w miarę spadku liczby nowych zakażeń niektóre stany zaczynają rozluźniać sanitarne restrykcje.
W strefie euro z kolei, zwłaszcza w Niemczech, bardzo mocno poprawia się ciągle koniunktura w przemyśle. W lutym w wielu krajach przestała się pogarszać sytuacja w usługach. Sprzedaż detaliczna w strefie euro odnotowała jednak w styczniu bardzo mocny spadek w warunkach pandemicznych ograniczeń. Prognozy instytucji międzynarodowych i banków inwestycyjnych wskazują na mocne odbicie globalnego PKB w drugim i trzecim kwartale, a okres 2021-2022 ma być czasem najsilniejszego wzrostu PKB od wielu lat.
Jak wskazuje Paweł Durjasz, kluczowym założeniem jest tu zneutralizowanie wpływu koronawirusa na gospodarkę. W tym kontekście największym zagrożeniem dla tej prognozy jest pojawianie się nowych, groźniejszych jego mutacji