Gospodarka 48 godzin

Nasza gospodarka się zwija
Narodowy Bank Polski opublikował raport o inflacji oraz o stanie i perspektywach gospodarki. Jak stwierdza raport, w marcu i kwietniu br. nastroje na światowych rynkach finansowych silnie się pogorszyły. Jednak wobec poprawy sytuacji epidemicznej w części gospodarek oraz postępującego luzowania restrykcji, od maja pojawiają się sygnały stopniowej odbudowy aktywności gospodarczej na świecie. Wspierają je działania fiskalne podjęte w wielu państwach w celu łagodzenia skutków pandemii oraz pobudzenia koniunktury gospodarczej, a także poluzowanie polityki pieniężnej. Aktywność gospodarcza na świecie pozostaje jednak wyraźnie niższa niż przed rokiem oraz utrzymuje się niepewność dotycząca tempa i trwałości poprawy koniunktury. Inflacja w gospodarce światowej wyraźnie się obniżyła. Wpłynął na to przede wszystkim silny spadek dynamiki cen energii następujący wraz ze spadkiem cen surowców energetycznych na rynkach światowych. Obniżyły się także wskaźniki inflacji, choć dynamika cen żywności w wielu gospodarkach wzrosła. W reakcji na rozprzestrzenianie się pandemii COVID-19 wiele banków centralnych – zarówno w gospodarkach rozwiniętych, jak i wschodzących – bardzo wyraźnie obniżyło stopy procentowe, uruchomiając lub rozszerzając skup aktywów.
W Polsce na początku tego roku koniunktura gospodarcza pozostawała relatywnie dobra. Jednak od połowy marca, ze względu na podejmowane na świecie i u nas działania mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się pandemii oraz jej negatywny wpływ na nastroje w przedsiębiorstwach, nastąpiło silne ograniczenie aktywności gospodarczej. Konsekwencje gospodarcze pandemii w Polsce na razie tylko w ograniczonym stopniu znalazły odzwierciedlenie w danych o naszym produkcie krajowym brutto PKB za I kwartał br., zgodnie z którymi wzrost gospodarczy w tym okresie spowolnił do 2,0 proc. rok do roku (z 3,2 proc r/r w IV kw. 2019 r.), przy czym obniżyła się zarówno dynamika konsumpcji (do 1,2 proc. r/r wobec 3,3 proc. r/r w IV kw. ub. r.), jak i inwestycji (do 0,9 proc. r/r wobec 6,1 proc. r/r w IV kw. ub. r.).
Dostępne dane za II kwartał tego roku wskazują już na głęboki spadek aktywności gospodarczej. Największy regres odnotowano w kwietniu. W maju i czerwcu wraz ze stopniowym znoszeniem restrykcji i pewną poprawą nastrojów, także koniunktura się poprawiła, choć w ujęciu rocznym utrzymał się wyraźny spadek aktywności. Szczególnie mocno pogorszyła się koniunktura w branżach usługowych najsilniej dotkniętych restrykcjami – w zakwaterowaniu i gastronomii, rozrywce i transporcie pasażerskim. Jednocześnie napływające dane wskazują na wyraźny spadek konsumpcji w tym okresie, co można wiązać z ograniczeniami wprowadzonymi w związku z pandemią, pogorszeniem sytuacji na rynku pracy oraz mniejszą dostępnością kredytu konsumpcyjnego.
Na podstawie wszystkich tych przesłanek NBP przewiduje, że roczna dynamika cen znajdzie się w tym roku z 50-procentowym prawdopodobieństwem w przedziale 2,9 – 3,6 proc., w przyszłym roku w przedziale 0,3 – 2,2 proc., natomiast w 2022 r. w przedziale 0,6 – 2,9 proc. Takie połowiczne prawdopodobieństwo oznacza, że równie dobrze ceny mogą wzrosnąć w innym stopniu – ale Narodowemu Bankowi Polskiemu nie będzie można zarzucić błędu w określaniu celu inflacyjnego. Z kolei roczne tempo wzrostu PKB znajdzie się także z 50-procentowym prawdopodobieństwem w przedziale od minus 7,2 proc. do minus 4,2 proc. w 2020 r. – uważa NBP.

Nie bójmy się deficytu!

Na wstępie pragnąłbym podkreślić, że tekst jest krytyką wymierzoną w politykę gospodarczą rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz każdego liberalnego (gospodarczo) rządu żyjącego przeświadczeniem, że w dobie pieniądza fiducjarnego utrzymywanie zrównoważonego budżetu jest najważniejszym celem, do którego należy dążyć nawet kosztem załamania popytu wewnętrznego.

Niewątpliwie takie błędne przeświadczenie wynika z wiary w prakseologiczne tezy klasycznej szkoły ekonomii, która zaślepiła rządy do tego stopnia, że mając w rękach ogromne możliwości prowadzenia polityki fiskalnej, na widok wysokiego popytu na pieniądz klasy średniej i niższej boją się zwiększyć podaż pieniądza oraz zwiększyć jego emisję tłumacząc się, że… „nie stać nas”.

Co z tym deficytem?

Na początek powiedzmy sobie jedno, celem odkłamania mitu o deficycie – gospodarka państwa oraz samo państwo nie działa na tej zasadzie co gospodarstwo domowe. W odróżnieniu od osób fizycznych państwo ma możliwości „brania pieniędzy z powietrza” i wpływania na popyt wewnętrzny. Żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego, który w swojej istocie jest oparty na zaufaniu. Deficyt nie jest problemem, który należy rozwiązywać cięciami wydatków i zwiększaniem bezrobocia. Podstawowa wiedza z zakresu makroekonomii tłumaczy nam, że spadek zagregowanego zatrudnienia jest konsekwencją spadku płac nominalnych i wzrostu płac realnych. W przypadku zatrudnienia i poziomu płac realnych zachodzi ujemna korelacja. Pracownicy nie bez powodu łączą się w związki, partie i ruchy społeczne, które mają na celu zmusić rząd do zapewnienia określonej płacy nominalnej, to wynika z racjonalnego przeświadczenia pracowników, którzy zauważają, że spadek płac nominalnych powoduje spadek zatrudnienia – dlatego z uporem maniaka powtarzam, że pracownicy są najlepszymi ekonomistami.

Musimy sobie podkreślić, że w przypadku wzrostu cen artykułów konsumpcji podstawowej w porównaniu z płacą nominalną, łączna podaż siły roboczej, która jest gotowa do podjęcia pracy za określone wynagrodzenie według stawek płac nominalnych, jak i łączny popyt przy tych stawkach byłby większy od istniejącego poziomu zatrudnienia. W przypadku równości płacy realnej i krańcowej przykrości pracy (ujemnej użyteczności, inaczej względy skłaniające jednostkę do powstrzymywania się od pracy) sprowadzamy się do sytuacji braku bezrobocia ,,niedobrowolnego”, czyli „Pełnego zatrudnienia” (świadomie pomijam bezrobocie frykcyjne).

Więcej zatrudnionych = większy PKB

Pozwolę opisać sobie prosty mechanizm, który pozwoli nam zrozumieć korelację wzrostu zatrudnienia ze wzrostem dochodu realnego. Na początku podajmy sobie termin popytu efektywnego, który oznacza punkt złączenia się funkcji łącznego popytu i łącznej podaży. O wysokości i sile popytu efektywnego wpływ mają skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które łącznie decydują o wielkości zatrudnienia, a ta wyznacza poziom płac realnych (tutaj odnoszę się do wcześniejszego akapitu). Wzrost skłonności do konsumpcji, który powoduje wzrost zagregowanego popytu a tym samym wzrost dochodu realnego, jest ekwiwalentny ze wzrostem dochodu rozporządzalnego, który możemy zwiększyć przez mechanizmy polityki fiskalnej, która w swojej istocie ma większe wahania od polityki monetarnej oraz przez wzrost zatrudnienia. Dlatego działania Banku Centralnego jak np. obniżka głównej stopy procentowej do poziomu 0,1% jest uzasadnione i konieczne, lecz nie będzie miało to takiego wpływu na zagregowany popyt wewnętrzny co sprawna polityka fiskalna i nacisk rządu. W skrócie wzrost zatrudnienia jest gwarantem wzrostu zagregowanego dochodu realnego i rozwoju gospodarczego państwa. Naturalną konsekwencją polityki pełnego zatrudnienia będzie rosnąca inflacja, która absolutnie nie jest problemem i w przypadku prowadzenia takiej polityki ekonomicznej jest obrazem rozwoju gospodarczego. W przypadku osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do nieustannego zwyżkowego wzrostu cen, bez względu również na krańcową skłonność do konsumpcji – wtedy dojdziemy do zjawiska inflacji. Zanim to się jednak stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego.

Czy inflacja rzeczywiście jest problemem?

Gdy mówimy już o inflacji, to trzeba sobie podkreślić, że inflację można oczywiście łagodzić przez progresję podatkową, która mogłaby również być narzędziem zmniejszania współczynnika Giniego, zmuszając zamożne jednostki do zwiększania dochodu rozporządzalnego i zwiększenia skłonności do konsumpcji. Nie powinna jednak ona szczególnie dotykać małych przedsiębiorców dopiero wchodzących na rynek oraz osoby mniej zamożne, klasę pracującą. Tutaj musimy też podkreślić, że „pompowanie” pieniędzy w rynek nie powinna polegać na „pompowaniu” pieniędzy w najsilniejsze podmioty gospodarcze; celem „pompowania” pieniędzy powinno być zwiększanie zagregowanego popytu przez mechanizmy zaspokajające popyt na pieniądz przez podmioty średnio i mniej zamożne, które mają największą skłonność do konsumpcji. Dlatego tutaj kieruję mój zarzut do rządu Mateusza Morawieckiego i „Tarcz Antykryzysowych”, który były bardziej pomocą finansową biznesu, a nie ratowaniem pracowników z jarzma kryzysu.

Wracając jeszcze do deficytu, to musimy powiedzieć sobie jasno, że fundusze do umorzania długu są oszczędnościami publicznymi, które nie wpływają korzystnie na skłonność do konsumpcji, ale także tłumią jej potencjał, tym samym tłumiąc i osłabiają popyt efektywny. Jeżeli chcemy zapewnić sobie rozwój, nie możemy bać się deficytu.

Co robić?

Moim podstawowym zarzutem do społeczeństwa jest przeświadczenie, że oszczędności w przypadku obecnego zatrudnienia i kryzysu (natomiast tutaj chciałbym podkreślić, że ten kryzys różni się od kryzysu spowodowanego pękniętą bańką spekulacyjną, gdyż ten „koronawirusowy” jest całkowicie egzogeniczny) są czymś dobrym. Musimy przestać „kisić” pieniądze i zacząć je wydawać w interesie nas wszystkich. Jak wyżej opisałem mechanizm zatrudnienia, przez zwiększenie wydatków zapewniamy miejsca pracy. Musimy przestać myśleć egoistycznie i dbać o wspólny interes, jeżeli rząd boi się ryzykować, to weźmy sprawy w swoje ręce. Wyciągnijmy lekcję z PRL-u i zapewnijmy ludziom pracę, przy prowadzeniu takiej polityki niwelowania bezrobocia nawet „Gierkowski” kredyt nie był na tyle odczuwalny… W długim okresie stał się jedną z najlepszych inwestycji naszego kraju. Dlaczego? Władze PRL nie bały się deficytu i zadłużenia, a w ten sposób zapewniły dach nad głową obywatelom.

Warto sobie tutaj zacytować najwybitniejszego ekonomistę XX w. Johna Maynarda Keynesa – „Wznoszenie piramid, trzęsienia ziemi, nawet wojny mogą się przyczynić do wzrostu bogactwa, jeśli nasi mężowie stanu wychowani na zasadach ekonomii klasycznej nie potrafią się zdobyć na nic lepszego.”

Gospodarka 48 godzin

Czy fuzja wypali?
Komisja Europejska zgodziła się na przejęcie Lotosu przez PKN Orlen. Od dawna zabiegał o to rząd PiS, mający wizję stworzenia dużego, narodowego, państwowego koncernu paliwowego. KE postawiła jednak warunek – nowy koncern musi sprzedać 30 proc. udziałów rafinerii Lotos oraz 389 stacji benzynowych gdańskiej firmy (czyli prawie 80 proc. całej sieci Lotosu), a także część pojemności w magazynach paliw płynnych. Ma to zapobiec powstaniu w Polsce koncernu o dominującej pozycji, mogącego zagrażać konkurencji. To nie koniec zadekretowanej przez rząd ekspansji Orlenu. Płocka firma podpisała również list intencyjny w sprawie przejęcia kontroli kapitałowej nad Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem. Wszystkie te posunięcia nie oznaczają oczywiście, że da się przewidzieć, czy i kiedy rzeczywiście powstanie ów zaplanowany przez PiS narodowy państwowy koncern paliwowy. Zdaniem władz, fuzja Lotosu i Orlenu a później PGNiG oznacza większe możliwości finansowe na realizację dużych, wymagających wielomiliardowych nakładów, projektów inwestycyjnych, oraz na wejście w nowe obszary działalności.

Zjadanie oszczędności
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych według szybkiego szacunku przeprowadzonego przez Główny Urząd Statystyczny, wzrosły w czerwcu 2020 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku o 3,3 proc. (wskaźnik cen 103,3). Natomiast w w stosunku do poprzedniego miesiąca tego roku (maja) wzrosły o 0,7 proc. Warto zauważyć, że w lutym, tuż przed rozpoczęciem pandemii koronawirusa w Polsce, ceny zwiększyły się u nas aż o 4,7 proc. w porównaniu z lutym ubiegłego roku. Decyzje rządu związane z koronawirusem zamknęły jednak gospodarkę, zmniejszyła się sprzedaż, a więc przyhamowana została też inflacja. Cały czas jednak stopniowo zjada ona oszczędności Polaków, gdyż oprocentowania sięgającego choćby 3,3 proc.rocznie nie oferują ani banki komercyjne w naszym kraju, ani obligacje Skarbu Państwa. Już oprocentowanie wynoszące około 2 proc. rocznie jest obecnie rzadkim rarytasem.

Przed skokiem pandemii
Przedsiębiorcy apelują o reformę zaniedbanej i niedofinansowanej przez dekady Głównej Inspekcji Sanitarnej – jeszcze zanim wkroczymy w jesienny, wzmożony etap epidemii COVID-19, co może oznaczać kolejne zamknięcie polskiej gospodarki. „Dlatego konieczna jest głęboka analiza dotychczasowej działalności GIS i stosowne działania naprawcze, tak by była znacznie lepiej przygotowana do szybkiej i skutecznej reakcji na kolejna falę zachorowań” – wyjaśnia Anna Janczewska, ekspert organizacji przedsiębiorców Business.Centre Club. Na taką reformę niestety się na razie nie zanosi, ale pozytywne znaczenie może mieć powołanie nowego Zespołu Parlamentarnego ds. Suwerenności lekowej Polski. Ma on pomóc w wypracowaniu rozwiązań, które być może przyczynią się do zwiększenia produkcji leków w naszym kraju i zmniejszenia uzależnienia od importu. Pewną nadzieję rodzi także zapowiedziany przez Ministerstwo Zdrowia wzrost wyceny procedur dla szpitali powiatowych, które najbardziej ucierpiały w wyniku koronawirusa. Decyzja ta w jakimś stopniu może poprawić bardzo złą sytuację finansową większości tych placówek.

Niżej już się chyba nie da

Działania NBP mają pomóc w wejściu naszej gospodarki na ścieżkę ożywienia. Ale dopiero po zakończeniu pandemii.

Podczas czerwcowego posiedzenia, Rada Polityki Pieniężnej, jak było do przewidzenia, podjęła decyzję o utrzymaniu stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego na dotychczasowym poziomie 0,10 proc.
Jednocześnie Rada ustaliła następujący poziom pozostałych stóp procentowych NBP: lombardowa 0,50 proc., depozytowa 0,00 proc., redyskonta i dyskonta 0,11 i 0,12 proc.
Napływające dane potwierdzają, że pandemia COVID-19 przyczyniła się do spadku aktywności gospodarczej na świecie, w tym recesji w gospodarkach będących głównymi partnerami handlowymi Polski. Towarzyszyło temu pogorszenie sytuacji na rynku pracy oraz wyraźne osłabienie nastrojów konsumentów i firm.
„W celu ograniczenia negatywnych skutków pandemii podjęto działania fiskalne mające na celu zmniejszenie skali spadku dochodów gospodarstw domowych i firm, a także stymulację koniunktury gospodarczej” – stwierdza RPP. To się ma nie zmienić. Tym krokom towarzyszy stałe luzowanie polityki pieniężnej, w tym poprzez utrzymywanie bardzo niskich stóp procentowych oraz skup aktywów.
W związku z tym, NBP będzie nadal prowadził operacje zakupu skarbowych papierów wartościowych oraz dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym. Skala tych zakupów ma być uzależniona od warunków rynkowych. Celem tych operacji jest poprawa płynności finansowej w sektorze bankowym, zapewnienie płynności na rynku wtórnym papierów wartościowych oraz wzmocnienie oddziaływania obniżenia stóp procentowych NBP na gospodarkę (tzw. mechanizm transmisji monetarnej)
NBP będzie także pomagał bankom komercyjnym, a za ich pośrednictwem gospodarce, oferując kredyt wekslowy przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki.
„W ostatnim czasie, wraz z łagodzeniem w wielu krajach restrykcji wprowadzonych w celu opanowania pandemii, następuje stopniowa poprawa nastrojów” – optymistycznie zauważa RPP. Według aktualnych prognoz w drugiej połowie br. nastąpi poprawa koniunktury w
gospodarce światowej, choć poziom aktywności będzie niższy niż przed pandemią. Jednocześnie, wciąż panuje niepewność dotycząca tempa i trwałości poprawy koniunktury na świecie w kolejnych kwartałach.
Poluzowanie polityki monetarnej oraz stymulacja fiskalna w największych gospodarkach rozwiniętych, wraz z pewną poprawą nastrojów przyczyniły się do wzrostu cen części aktywów na międzynarodowych rynkach finansowych, co znalazło także odzwierciedlenie w wzroście kursów walut części krajów.
Jednocześnie w ostatnim okresie wyhamował spadek cen części surowców, choć nadal są one wyraźnie niższe niż na początku roku. Wraz z obniżeniem aktywności gospodarczej przyczynia się to do spadku inflacji w wielu krajach, w tym u głównych partnerów handlowych Polski – choć spadek inflacji w naszym kraju jest niemal niezauważalny.
Nasza gospodarka pozostaje w kryzysie. „W Polsce dane o koniunkturze w kwietniu wskazują na silny spadek aktywności gospodarczej, obniżenie wynagrodzeń i zatrudnienia w przedsiębiorstwach oraz słabe nastroje konsumentów i przedsiębiorstw” – stwierdza RPP.
W ostatnich tygodniach nastąpiło jednak stopniowe łagodzenie restrykcji dotyczących ograniczenia działalności gospodarczej, co przełożyło się na pewną poprawę nastrojów. Towarzyszy temu lekki spadek inflacji.
Można więc oczekiwać, że w najbliższym czasie w Polsce dojdzie do jakiegoś ożywienia aktywności gospodarczej. Oprócz prawdopodobnego dalszego znoszenia restrykcji związanych z pandemią, będą temu sprzyjać działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej NBP. Mają one ograniczać skalę spadku zatrudnienia, wspierając dochody gospodarstw domowych oraz sytuację finansową firm.
Przyszłość wciąż jest jednak mało optymistyczna. Skala oczekiwanego ożywienia aktywności może być ograniczana przez niepewność dotyczącą skutków pandemii, niższe dochody oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje podmiotów gospodarczych. Tempo ożywienia gospodarczego może być także ograniczane przez brak wyraźnego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią.
Szefostwo NBP oczekuje, iż poluzowanie polityki pieniężnej naszego banku centralnego złagodzi negatywne skutki pandemii, przyczyniając się do wolniejszego pogarszania się sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Ma to oddziaływać w kierunku szybszego ożywienia gospodarczego już po zakończeniu pandemii. Tyle, że nie wiadomo, czy i kiedy pandemia się skończy.
Jak widać więc, wyczekiwane z nadzieją i tylekroć wymieniane ożywienie gospodarcze, to pieśń bardzo dalekiej przyszłości. Tak jak i ewentualny efekt obecnych poczynań NBP.

Nie bać się interwencji państwa

Epidemiczny kryzys przywrócił nam materialne poczucie, że realna gospodarka nie funkcjonuje jak kapitał krążący między Wall Street a tanimi szwalniami w Bangladeszu, tylko wśród prawdziwych ludzi, prawdziwych stosunków pracy – mówi Jan Zygmuntowski, ekonomista, prezes fundacji Instrat, w rozmowie z Wojciechem Łobodzińskim.

Czy gdzieś na przecięciu demografii i ekonomii istniały prognozy, mówiące, że jest możliwy kryzys ekonomiczny spowodowany czynnikiem pandemicznym?

To jest bardzo ciekawe i trudne pytanie. Pewnie gdzieś takie kwestie się pojawiały, jednak sądzę, że większość ekonomistów o takich modelach nie słyszała. Tradycyjnie zajmujemy się systemami podatkowym, makroekonomią, czy wydajnością pracy. Ekonomia rości sobie prawa do bycia nauką o gospodarowaniu zasobami, lecz w gruncie rzeczy te zasoby są wyabstrahowane jako jednostki towarowe, tak przedstawia nam je kapitalizm. Nie ma więc mowy o ich umiejscowieniu w jakimś środowisku, opartym na ludziach, pracy społecznej. Działa tutaj marksowski fetyszyzm towarowy, towar jest sam sobie w procesie produkcji, nie ma niczego więcej. A kontekst zdrowotny, społeczny kompletnie ekonomistom umyka.
Wydaje mi się, że jeśli w jakiejś ekonomii występowały takie prognozy, to właśnie w tej, która zajmuje się wpływem ekonomii na środowisko, a więc w ekonomii środowiskowej. To właśnie w ramach tego dyskursu mówi się o tym, że należy odchodzić od kultu ciągłego wzrostu produkcyjności, a i jednocześnie konsumpcji, ponieważ koszty środowiskowe, jak i społeczne są zbyt duże. Czołowym przedstawicielem tak rozumianej ekonomii jest William Nordhaus, laureat nagrody Nobla z 2018 roku otrzymanej za badania nad regulacjami dążącymi do zmniejszania negatywnego wpływu gospodarki na środowisko. Znowu więc mamy tutaj do czynienia z dość wyabstrahowaną materią, a nie czymś bardzo konkretnym o czym mówisz, czyli kwestią zagrożenia biologicznego płynącego ze struktury globalnej gospodarki. W ekonomii takie czynniki nazywa się szokami, często mówi się: wyobraźmy sobie, że w modelu pojawił się szok popytowy, albo szok podażowy.

Do niedawna przyjmowano, że każdy taki szok jest egzogeniczny, zewnętrzny i niemożliwy do przewidzenia. My go nie widzimy w zakładanym modelu, dopiero po fakcie obserwujemy jak gospodarka na niego reaguje. Dopiero w latach 70. zaczęto ujmować czynniki technologiczne czy kapitału ludzkiego, jako kwestie endogeniczne, wewnętrzne, a więc możliwe do zbadania i przewidzenia. Teraz jest nam potrzebny kolejny krok w rozwoju ekonomii, która do dziś nie zajmowała się zarysowaną przez Ciebie problematyką, powinniśmy brać pod uwagę kwestię zagrożenia społeczno-biologicznego.

Jakimi jeszcze skostniałymi schematami myślowymi ten kryzys wstrząsnął?

Myślę, że jest kilka głównych wymiarów takiego zerwania z dotychczasowymi modelami myślowymi w ekonomii. Po pierwsze bardzo szybko doszło do zerwania globalnych łańcuchów produkcji, szczególnie przez Chiny, pierwszą ofiarę wirusa. Z dnia na dzień okazało się, że nie są one w stanie dostarczać wymaganych komponentów. To był niejako pierwszy szok, który uderzył w globalizację. Wcześniej mieliśmy do czynienia z wieloma krytykami globalizacji, wychodzącymi z pozycji lewicowych i alterglobalistycznych. Tera przekonaliśmy się, że jeśli polegasz tak bardzo na łańcuchach produkcji, które są rozciągnięte po całym globie, to jedno zaburzenie w tym łańcuchu wywraca cały model do góry nogami. Wnioskiem z tego jest to, że być może pewna lokalność, bezpieczeństwo rozumiane jako bezpieczeństwo surowcowe, energetyczne, zabezpieczające łańcuch produkcji też jest bardzo ważne.

To jest powód, dla którego nagle tak bardzo popularne w debacie ekonomicznej stało się słowo resilience, odporność, czy jak bywa to tłumaczone ostatnio – rezyliencja. Pod tym pojęciem kryje się zdolność do wytrzymania szoku zaburzającego łańcuch produkcji i odpowiedzenia na niego bez upadku całego systemu. Właśnie to przywróciło nam materialne poczucie, że realna gospodarka nie funkcjonuje jak kapitał krążący między Wall Street a tanimi szwalniami w Bangladeszu, tylko wśród prawdziwych ludzi, prawdziwych stosunków pracy. To jest z pewnością główny wymiar zmiany dotychczasowego paradygmatu.

Czy zmieni się również podejście ekonomistów do kwestii produkcji pieniądza? Wiele się o tym mówi.

Tak, okazało się, że właśnie kreacja pieniądza, albo jego produkcja, jest kompletnie czymś fundamentalnie innym niż produkcja materialna. Rządzi się ona innymi prawami i właściwościami, co do tej pory było raczej nie brane pod uwagę. Cały system finansowy, jak opisuje to np. Perry Mehrling z Boston University, jest hierarchicznym systemem płynnego przepływu wartości opartego o relacje społeczne.

Okazało się, że możemy tworzyć ogromne pakiety pomocowe, a państwa mogą je fundować w oparciu o własne banki narodowe za pomocą różnych schematów inteligentnej księgowości, co nie kończy się, jak do tej pory uważano, gigantyczną inflacją. Do tej pory w ramach neoliberalnego paradygmatu uważano, że czegokolwiek państwo nie zrobi, czy będzie walczyć z bezrobociem, czy też kreować pieniądze w celu pomocy najuboższym, będzie się to kończyć inflacją. Jednak jak widzimy dziś mamy do czynienia raczej, jak obserwujemy w Unii Europejskiej, z deflacją, ceny spadają, a nie rosną.

A więc okazuje się, że interwencja państwa jest czymś pożądanym?

Są warunki, w których interwencja państwa uchodzi za konieczną. A więc samo narzuca się pytanie: jeśli sprawdza się ona w kryzysie, to czemu nie mielibyśmy z niej korzystać poza nim? Być może w ogóle pieniądz mógłby być kreowany inaczej, atrakcyjność Nowoczesnej Teorii Monetarnej jest tutaj bardzo duża.

To ona zdecydowanie lepiej opisuje, dlaczego wykreowanie 750 miliardów euro po kryzysie z 2008 roku przez Europejski Bank Centralny nijak nie wpłynęło na inflację w strefie euro. Zgodnie z teoriami tradycyjnymi taka sytuacja okazuje się niezrozumiała. Za pomocą Nowoczesnej Teorii Monetarnej dowiadujemy się, że zależy to od tego. gdzie te środki trafią i jakimi kanałami trafiają do gospodarstw domowych. Jeśli nie trafiają to nie mają żadnego wpływu na polepszenie sytuacji gospodarczej. Z kolei jeśli trafiają też nie oznacza to automatycznie inflacji, bo z nią mamy do czynienia raczej wtedy, gdy podaż nie może się zwiększyć, czyli moce produkcyjne są w pełni wykorzystane.

Trzecim wątkiem na jaki uczulił nas dzisiejszy kryzys jest dostrzeżenie wartości pracy, która jest naprawdę potrzebna w społeczeństwie. Zobaczyliśmy, że bez pracowników publicznej ochrony zdrowia, bez ludzi pracujących w ramach produkcji żywności, bez kurierów i innych pracowników infrastruktury, bez osób wykonujących najbardziej podstawowe prace system, w którym żyjemy uległby załamaniu. To oczywiście dla wielu osób myślących prospołecznie było od zawsze oczywistością, jednak dziś jest to zauważalne dla znacznie szerszego grona ludzi. Mam nadzieję, że oprócz oklaskiwania ich wpłynie to również na ich bezpieczeństwo pracy i wynagrodzenia.

Czy to wpłynie na pozycję negocjacyjną związków zawodowych? Z jednej strony możemy dostrzec przyśpieszającą dynamikę uelastycznienia pracy, nagle wiele osób straciło pracę, znaczna jej część przeniosła się do przestrzeni wirtualnej i zarazem domowej, z drugiej ma teraz miejsce to, o czym powiedziałeś, czyli medialny zwrot ku poszanowaniu tak zwanych essential workers.

Siła negocjacyjna związków zależy tylko od ich liczebności i zdolności do strajku. Jeśli nie ma konieczności, pracodawcy nie zaproszą do stołu związkowców. Ta rola więc może wzrosnąć stopniowo, bo widać odnawiające się – choć wciąż nie masowe – zainteresowanie związkami zawodowymi, szczególnie w dość trudnych do tej pory sektorach niskopłatnej pracy usługowej.

Uzwiązkowienie tych „essential workers” to jest taka odwrócona rezyliencja, w myśl logiki, że skoro jesteśmy niezbędni, to nasz strajk będzie uderzeniem w czuły punkt systemu. Tu szczególnie muszę pogratulować Inicjatywie Pracowniczej w Amazonie, która wiedzie prym, jeśli chodzi o to nowe uzwiązkowienie.

A wracając do Nowoczesnej Teorii Monetarnej to gdzie dziś możemy dostrzec jej największą aktualność w ciągu tych trzech miesięcy. Czy ekipy rządowe pozwalają sobie dzięki niej na większą swobodę w emisji pieniądza i walce z kryzysem gospodarczym, w przeciwieństwie do sytuacji w 2008 roku?

W niektórych krajach – myślę tu szczególnie o Japonii – praktyka gospodarcza od lat była pozbawiona irracjonalnych barier kierowanych logiką „zrównoważonego budżetu” czy „oszczędzania” i to raczej finanse funkcjonalne z Nowoczesnej Teorii Monetarnej tłumaczyły makroekonomiczną sytuację tego kraju. Jednak nawet dziś w Unii Europejskiej rozmawia się o zaciągnięciu znacznego długu w wysokości 750 miliardów euro i rozdysponowania znacznej jego części w formie grantów państwom członkowskim. Mimo tej skali to wciąż tylko drobny pilotaż, ledwo ponad 5 proc. PKB UE.

W propozycji składanej jako inicjatywa „Pacjent Europa” – jestem jej sygnatariuszem – Komisji Europejskiej proponowaliśmy dwukrotnie większą sumę, z wydatkami przede wszystkim na tymczasowy dochód gwarantowany i finansowanie płac w ochronie zdrowia i opiece. Myśl Nowoczesnej Teorii Monetarnej jest raczej widoczna tam, gdzie próbuje się przebić marazm status quo, więc to zespół ekonomiczny Stephanie Kelton i środowiska Alexandrio Ocasio-Cortez, to ludzie doradzający brytyjskiej Partii Pracy.

Jak zrecenzowałbyś Tarcze Antykryzysowe polskiego rządu? W tej chwili mamy do czynienia już z czwartą tarczą, a z mediów dowiadujemy się, że trwają prace nad kolejną, piątą.

Samo to, że pierwsza tarcza pojawiła się miesiąc po wdrożeniu reżimu sanitarnego już samo w sobie było ogromnym opóźnieniem. Powinno to było mieć miejsce w tym samym czasie co odgórne ograniczenie życie społecznego. Ponadto wydaje się, że cały projekt jest nieprzemyślany, cały czas dochodzą coraz to kolejne tarcze, chociaż wszystkie ich zapisy mogły być zawarte w jednym, dwóch projektach, które nie są wewnętrznie sprzeczne. To, że propozycja podniesienia zasiłków dla bezrobotnych, do których w Polsce uprawnionych jest zaledwie 16 proc. osób, pojawia się dopiero teraz, a nie na samym początku, kiedy zaczęły się zwolnienia, jest postawieniem sytuacji na głowie. Po drugie pokrycie przez rząd połowy wynagrodzenia, po jego wymaganej 20-procentowej obniżce, jest kompletnie pomylonym działaniem mającym swe źródło w doktrynie zrównoważonego budżetu. Sprawia to, że firmy nie zmniejszające wynagrodzeń nie otrzymają tego wsparcia. Więc nawet te firmy, które chciały utrzymać zatrudnienie i pensje na normalnym poziomie, musiały je obniżyć, aby dostać wsparcie państwa. Przez to presja na obniżanie płac, ich udziału w PKB się zwiększyła, co może tylko pogłębić kryzys. Wprowadzenie pierwszej tarczy, a więc rozdysponowanie przez państwo 212 miliardów, miało z góry założony błędny kierunek. Jedna trzecia tych środków poszła do sektora finansowego, który jeszcze nijak nie ucierpiał na dotychczasowym kryzysie. Te pieniądze powinny pójść do gospodarstw domowych, bezrobotnych i mikroprzedsiębiorstw.

W tarczach widać też próby zarządzania za pomocą doktryny szoku. W każdej kolejnej tarczy pojawiają się rzeczy nie związana z obecnym kryzysem, które wydają się próbą stworzenia nowych warunków działania społeczeństwa w tym czasie, kiedy rząd wie, że wszyscy będą głosować za tarczami i trudno będzie wyłapać antyspołeczne motywy. Wszystko wskazuje na to, że ta sytuacja zostanie z nami na dłużej, a model zarządzenia kolejnymi tarczami, rozmontowującymi prawa pracownicze i wzmacniającymi neoliberalne dogmaty, się utrzyma.

Co w takim razie powinno znaleźć się w prawdziwych, nie pozorowanych tarczach?

W marcu wyparowała 1/3 konsumpcji, ludzie zaczęli oszczędzać, czując już na własnej skórze spowolnienie gospodarcze, prognozowane bezrobocie szacuje się na wakacje w porywach do 10-15 procent, wiele gospodarstw domowych, starając się związać koniec z końcem, zacznie się zadłużać. Najważniejsze więc wydawałoby się zdjęcie z nich tego ciężaru. Rząd powinien zakazać odcinania ludzi od mediów w momencie, gdy spóźniają się z zapłatą za nie, wprowadzone powinno zostać kompleksowe wsparcie dla bezrobotnych, ale też osób pracujących w prekarnych warunkach zatrudnienia. Mowa tutaj o 3 milionach ludzi.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by państwo nie bało się długu. Koszty polskiego długu są teraz historycznie najniższe od czasów transformacji gospodarczej, kupony odsetkowe polskich pięcioletnich obligacji są na poziomie 0,75 proc., dziesięcioletnich – ponad jednoprocentowe, a więc koszty obsługi długu są niskie, a więc powinniśmy teraz się zadłużać, mamy ku temu najlepsze warunki.

Od samego początku jako Instrat mówiliśmy, że z obecnym zadłużeniem na poziomie około 43 proc. PKB na koniec ubiegłego roku, na spokojnie moglibyśmy zadłużyć się o kolejne 10 proc., co nie skutkowałoby nawet przekroczeniem konstytucyjnego poziomu zadłużenia, ustalonego arbitralnie. Ten próg został wyznaczony na podstawie ideologicznych dogmatów, co miało powstrzymywać kolejne rządy przed aktywną polityką gospodarczą. Wiele krajów europejskich, takich jak między innymi Niemcy, ale też tych spoza Europy, takich jak Japonia czy USA, nie posiada takich ograniczeń, mając jednocześnie dużo większe zadłużenie niż my i nie jest to dla nich żadnym problemem. Spokojnie więc można byłoby wyemitować 250 miliardów złotych w obligacjach, które skupować mogłyby państwowe banki i następnie Narodowy Bank Polski, lecz raczej skupiłby je sam rynek prywatny. Będąc w sytuacji kryzysowej takie nagięcie konstytucji, w tym miejscu stwarzającej arbitralne, ideologiczne bariery dla polityki gospodarczej, nie byłoby bezprecedensowe. Od razu pozwoliłoby to sfinansować najbardziej palące potrzeby społeczne.

Brak tego manewru nie oznacza poza tym tego, że unikniemy eksplozji długu. Po prostu ten dług będzie gdzie indziej zlokalizowany. Ludzie i tak będą potrzebowali środka płatniczego, tylko zamiast otrzymywać go od bardzo stabilnej instytucji państwa, ludzie będą samodzielnie zaciągać te długi w bankach i wątpliwych instytucjach pożyczkowych. Dług wyląduje na barkach najbiedniejszych gospodarstw domowych. A to skończy się w moim odczuciu społeczną tragedią.

Poza tym wsparcie powinno być jednoznacznie powiązane z lepszymi warunkami pracy, nie pogarszaniem istniejących. Ekologiczne i społeczne warunki postawione w zamian za błyskawiczną pomoc to przecież sprawiedliwa wymiana – jeśli chcecie coś od społeczeństwa, musicie poprawić swój wpływ na nie. Tylko tyle i aż tyle.

Ceny idą w górę

Inflacja, „zainfekowana” koronawirusem, straszy coraz bardziej.

Lutowe dane o dynamice inflacji wskazują na kontynuację wzrostu cen w polskiej gospodarce. Wskaźnik CPI (indeks zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnych) osiągnął wartość 4,7 proc., ceny usług rosną już o 6,4 proc. w ujęciu rok do roku, natomiast ceny towarów o 4,1 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Drożejąca żywność oraz niektóre rodzaje usług (wywóz śmieci, usługi transportowe) od początku roku są wyraźnie wyższe niż w ubiegłym roku. Spadające ceny paliw oraz odzieży nie są w stanie zamortyzować wzrostu cen w innych kategoriach wskaźnika CPI.
Efekt koronawirusa będzie widoczny w marcowych danych o inflacji. Z jednej strony będą to potencjalne wzrosty cen produktów, na które zgłaszany jest największy popyt, z drugiej strony ceny usług oraz paliw będą sprzyjały mniejszej presji cenowej przynajmniej w najbliższym okresie. Maksymalną wartość w tym roku dynamika inflacji osiągnie zapewne w marcu. Nie można wykluczyć, że będzie to dynamika zbliżona lub przewyższająca 5 proc. w skali roku.
Wzrost inflacji do 4,7 proc. w lutym jest najwyższy od listopada 2011 roku. Jest to zarazem kolejny miesiąc kontynuacji wzrostowej tendencji zarówno cen usług, jak i towarów. Tylko w lutym ceny usług wzrosły o 1,1 proc. w stosunku do stycznia br., a ceny towarów o 0,5 proc. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, po wzroście miesięcznej dynamiki inflacji w styczniu o 0,9 proc., w lutym miesięczna dynamika wzrostu cen nadal był wysoka i wyniosła 0,7 proc.
Wpływ na to miały wzrosty cen nośników energii i w konsekwencji wyższe ceny użytkowania mieszkania (0,28 pkt. proc. wkładu do lutowego wzrostu cen), żywności (0,21 pkt. proc.) oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych (0,10 pkt. proc.). W lutym spadały ceny odzieży i obuwia, co nieznacznie amortyzowało inne wzrosty cen (obniżyło do wskaźnik CPI o 0,06 pkt. proc.). W lutym spadały ceny paliw do prywatnych środków transportu (o 1,5 proc.). Fakt ten przyczynił się do niższych cen transportu (0,04 pkt. proc. wkładu do wskaźnika CPI).
Jak jednak widać, niższe ceny paliw nie są w stanie w sposób znaczący wpłynąć na zahamowanie wzrostowych cen usług i towarów w innych kategoriach. Przy okazji, na uwagę zasługuje również fakt wzrostu cen usług transportowych, które są niezależne od cen paliw, w lutym wzrosły one o 4,0 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku.
Ceny żywności w ujęciu rocznym rosną już o 8,1 proc. r/r. Tylko w lutym ceny warzyw wzrosły o 2,3 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku, a pieczywa o 2 proc. Zmiana cen w tych kategoriach przekłada się na odczucie drożyzny przez konsumentów. Ponadto, wzrost akcyzy wpłynął w lutym na wzrost cen wyrobów tytoniowych (miesięczny wzrost o 2,4 proc.) oraz cen wyrobów alkoholowych (wzrost o 1,4 proc.).
Należy również zauważyć, że ceny wywozu śmieci nadal rosną, w lutym był to wzrost o 5,4 proc., w ujęciu rocznym o 50,6 proc. a w stosunku do grudnia 2019 r. o 21,9 proc.
W kolejnych miesiącach wzrosty cen w niektórych kategoriach towarów będą kontynuowane z uwagi na gwałtowny wzrost popytu na żywność. Ceny żywności (najważniejsza składowa wskaźnika CPI), pozostają dużą niewiadomą, trudno jednak w aktualnej sytuacji oczekiwać spowolnienia dynamiki wzrostu cen w tej kategorii. Efekty wyższej akcyzy powinny mieć charakter gasnący, ustabilizować się powinny również ceny wywozu śmieci. Niższe ceny paliw wyraźniej niż w lutym będą hamowały wzrostową dynamikę CPI.
Ponadto w marcowych danych powinniśmy zaobserwować już efekt obniżek cen w sektorze usługowym (kina, restauracje, hotele). Nie możemy jednak wykluczyć, że inflacja w ujęciu rok do roku w kolejnym miesiącu przekroczy 5 proc., co jednocześnie powinno być najwyższą wartością w tym roku – uważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W kolejnych miesiącach dynamika inflacji powinna się utrzymywać wyraźnie powyżej 4 proc.
Zauważmy również, że opublikowane przez GUS dane o inflacji za styczeń i luty bazują na nowym, weryfikowanym corocznie, koszyku zakupowym konsumentów – podkreśla TEP. Z tego też powodu dane CPI nieznacznie różnią się od tych, które były publikowane w lutym.
Coroczna zmiana systemu wag przyniosła nieco zaskakujące zmiany w strukturze konsumpcji. Kolejny już rok rośnie udział żywności i napojów bezalkoholowych w łącznych wydatkach konsumpcyjnych gospodarstw domowych (z 24,89 proc. do 25,24 proc.). W odniesieniu do tej kategorii wydatków, wraz z rosnącym dochodem do dyspozycji, należałoby oczekiwać malejącego udziały wydatków na żywność. Dynamika cen żywności jest jednak na tyle wysoka, że nie pozwala na wyraźniejsze zmiany w strukturze wydatków konsumpcyjnych. Rośnie jednak udział wydatków na rekreacje i kulturę, a ponadto na łączność i zdrowie.

Wzrost cen zjada nasze dochody

Styczniowej inflacji nie można bagatelizować. Rośnie ona najszybciej od grudnia 2011 r.

Po grudniowym, nieoczekiwanie wysokim wzroście inflacji (do 3,4 proc.), dane ze stycznia potwierdzają kontynuację wzrostu cen. Jest to głównie efekt wyższych cen żywności oraz cen związanych z utrzymywaniem mieszkań. Wysoki wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w ujęciu miesięcznym (o 0,9 proc.) w połączeniu ze spadkiem cen przed rokiem, spowodował wyjątkowo wysoki wzrost cen, bo o 4,4 proc. w ujęciu rocznym.
Członkowie Rady Polityki Pieniężnej są w coraz trudniejszej sytuacji. Wysoka dynamika cen produktów i usług konsumpcyjnych może utrwalić wysokie oczekiwania inflacyjne i przyczynić się do dłuższego utrzymywania się inflacji powyżej celu banku centralnego – ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W takiej sytuacji konieczne jest odpowiednie dostosowanie komunikatów RPP oraz branie pod uwagę możliwości podwyżek stóp procentowych w przypadku braku spadku dynamiki inflacji po pierwszym kwartale tego roku. Styczniowej inflacji nie można bagatelizować!
Przed publikacją danych o grudniowej inflacji można było się spodziewać silniejszego impulsu inflacyjnego z uwagi na możliwość kontynuacji wzrostu cen żywności oraz wzrost cen administracyjnych. W ubiegłym roku tego rodzaju zjawiska występowały w ograniczonej formie, a inflacja w ujęciu miesięcznym spadała. Niemniej jednak, mając na uwadze skalę miesięcznego wzrostu cen w grudniu ubiegłego roku, styczniowy, miesięczny wzrost cen jest wyjątkowo duży, najwyższy od 2011 roku.
Początek roku zazwyczaj obfituje w podwyżki cen administracyjnych, w tym energii, wywozu śmieci itp. Tak było i w tym roku.
Wzrost cen z tytułu użytkowania mieszkań (głównie efekt wzrostu cen energii) wyniósł w ujęciu miesięcznym 2,3 proc.
Oprócz tego kontynuowany jest oczekiwany wcześniej wzrost cen w kategorii żywność, napoje oraz wyroby tytoniowe (wzrost o 1,7 proc.).
Czynnikiem powstrzymującym silniejszy wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych były ceny transportu, co jest efektem stabilizacji cen paliw w pierwszych tygodniach tego roku.
Miesięczne wzrosty cen przy jednoczesnym spadku cen w ubiegłym roku dały w efekcie bardzo wysoki wzrost inflacji w ujęciu rok do roku, aż o 4,4 proc., co jest najwyższym wynikiem od grudnia 2011 roku.
Należy podkreślić, że dane podane przez Główny Urząd Statystyczny nie obejmują wszystkich komponentów wzrostu cen z uwagi na to, że w przyszłym miesiącu podane zostaną szczegółowe dane w oparciu o zrewidowany „koszyk konsumpcyjny”. Ostateczne dane o dynamice cen towarów i usług konsumpcyjnych w styczniu mogą zatem nieznacznie się różnić od tych, którymi aktualnie dysponujemy. Wstępne wyniki styczniowej dynamiki tych cen mogą również świadczyć o możliwości kontynuowania wzrostowej tendencji inflacji bazowej, kluczowego dla RPP wskaźnika, w kontekście prowadzenia polityki pieniężnej.
Wysokość styczniowej inflacji stwarza spory problem członkom RPP. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy w komentarzach dotyczących inflacji i działań RPP, w sytuacji rosnącej inflacji członkowie RPP powinni w odpowiedni sposób dostosowywać swoją strategię informacyjną do nowej sytuacji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Można zrozumieć, że część członków RPP jest przekonana do tymczasowości wyższej inflacji oraz braku konieczności zmiany stóp procentowych. W sytuacji z jaką jednak mamy do czynienia konieczne jest odejście od aktualnego stylu komunikowania, na rzecz bardziej restrykcyjnej retoryki. Tylko w ten sposób można wpływać na zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych (o czym pisaliśmy w styczniowym komentarzu dotyczącym inflacji w grudniu 2019 r.).
Utrzymywanie neutralności lub wręcz zapowiadanie możliwości obniżek stóp procentowych jest niebezpieczne, w kontekście możliwości utraty wiarygodności przez władze monetarne.

Żywność coraz droższa, Polacy coraz biedniejsi

Odczuwamy ją wszyscy. Inflacja idzie w górę. W grudniu była najwyższa od 2012 roku. W jej rezultacie w górę poszybowały też praktycznie wszystkie ceny. I to przede wszystkim produktów podstawowych.

Drożeją towary, które niezbędne są wszystkim. Żywność i napoje bezalkoholowe przez rok podrożały o prawie 7 proc. Cena mięsa wzrosła o 12,8 proc., cena warzyw to kolejne 12 proc. podwyżki, a cukru -20 proc. Do góry poszły także ceny ubezpieczeń, biletów lotniczych czy towarów bardziej luksusowych. Bez tych ostatnich da się przeżyć. Bez jedzenia – nie.

Najubożsi cierpią najbardziej

W tej sytuacji najbardziej tracą osoby biedne i cierpiące ubóstwo. Zdaniem ekspertów z Banków Żywności w Polsce ponad 2 mln ludzi żyje dziś w skrajnym ubóstwie i musi walczyć o przetrwanie za kwotę mniejszą niż 600 złotych. Jeśli ktoś zarabia tak mało, to podwyżka cen żywności o 10 proc. w skali roku grozi mu niedożywieniem lub nawet śmiercią. Oodwyżki te są w stanie pochłonąć nawet dodatkowe kilkanaście procent z miesięcznego budżetu osoby niezamożnej – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że w praktycznie każdym mieście do góry idą też podstawowe opłaty. Najdrożej żyje się obecnie w miastach o populacji liczącej od 100 do 200 tys. mieszkańców. W takich miastach mało jest dobrych miejsc pracy, relatywnie niskie są zarobki. Warszawskie stawki to marzenie.

Rząd bez wizji

Obecny rząd nie posiada żadnej strategii zmierzającej do wyrównywania różnic w poziomie życia i zarobków: czeka nas przyszłość z coraz biedniejszymi i droższymi do życia mniejszymi miasteczkami oraz miastami i zaledwie kilkoma bogatymi metropoliami, do których do pracy wyjeżdżać będzie coraz więcej ludzi.

Samo zmniejszenie inflacji nie jest oczywiście najważniejsze. Najistotniejsze jest podniesienie poziomu życia i płac, a następnie ich utrzymanie. W systemie kapitalistycznym rosnąca inflacja to rezultat działań przedsiębiorstw, które podnoszą ceny, by przez coraz wyższe płace pracowników nie malały ich zyski. Prawdą jest, że większa podaż pieniądza w postaci wyższych płac czy świadczeń socjalnych może prowadzić do inflacji i następnie ukrytej obniżki płac (przez wzrost kosztów utrzymania). Na tym jednak polega rola odpowiedzialnego państwa, by takiej sytuacji zapobiec: przez państwową politykę, gospodarcze planowanie i kluczowe inwestycje w rozwojowe sektory.

Państwo nie może być bierne

Wszyscy pamiętają obietnice obecnego premiera, który obiecywał wręcz stworzenie nowych okręgów przemysłowych, odtworzenie strategii publicznych inwestycji czy pobudzenie działalności państwa w gospodarce przy wykorzystaniu tzw. Funduszu Inwestycji Kapitałowych. Tyle, że fundusz umarł krótko po tym, jak neoliberałowie z Forum Obywatelskiego Rozwoju uznali go za atak na prywatną własność.

Bez państwowych inwestycji i odpowiedniego planowania nie da się utrwalić pozytywnych zmian. Płace i świadczenia są coraz niższe, ponieważ tego chce rynek. Nie może być inaczej, dopóki dominują na nim przedsiębiorstwa, których głównym źródłem zysku cały czas pozostaje tania siła robocza. Zamiast strategii narodowego rozwoju mamy specjalną strefę ekonomiczną w całym kraju i jeszcze niższe podatki, w tym prezenty dla obcych firm na zlecenie amerykańskiego wiceprezydenta. Premier stosuje się dokładnie do tych samych neoliberalnych recept, które panowały w czasach PO i wcześniej. Tyle, że PiS próbuje skłonić do siebie niezamożnych wyborców, więc usiłuje zafałszować obraz gospodarki przy pomocy finansowych manipulacji. Ale bez stabilizacji ze strony państwowego planowania, inwestycji i odpowiedniego wspierania innowacyjności, nauki taki system musi się załamać. Liczenie na to, że biedakapitalizm sam z siebie (czy np. po samej zmianie wysokości płacy minimalnej) ewoluuje w kierunku gospodarki opartej na wiedzy to fantazja. Taka zmiana absolutnie nie jest też możliwa przy obecnym budżecie. Skandalicznie niskie są nakłady na naukę – w 2020 roku będzie to zaledwie 1,24 proc. PKB. Dla porównania: na zbrojenia przeznaczamy już ponad 2 proc. PKB.

Jeśli nie państwowe inwestycje, rozwój nauki czy innowacyjności to może z inflacją i biedą zwycięży polska armia?

Ceny żywności spadają?

W sierpniu koszyk podstawowych produktów w marketach był tańszy niż w lipcu. To pierwszy spadek od kwietnia – można przeczytać we wtorkowym wydaniu Pulsu Biznesu i na portalu RMF24. Czy szalejąca drożyzna przestanie nam w końcu dokuczać?

Inflacja i rosnące ceny żywności są jednym z centralnych tematów trwającej kampanii wyborczej. Politycy opozycji, głównie tej prawicowej, chętnie demonstrują zdjęcia paragonów, mające ilustrować rosnące w szybkim tempie ceny. Tymczasem badanie wykonywane co miesiąc przez ASM Sales Force Agency dowodzi, że trend ten został zatrzymany. Przynajmniej w sierpniu podstawowe produkty były tańsze niż w lipcu i najtańsze od kwietnia, gdy przy okazji świąt wielkanocnych sklepy obniżały ceny i stosowały rozliczne promocje.
Badanie, na które powołują się media polega na porównaniu cen 40 najczęściej nabywanych w detalicznej sprzedaży spożywczych produktów.
„Podczas gdy lipiec był dla Polaków miesiącem drogich zakupów, druga połowa wakacji była nieco łaskawsza dla ich portfeli. Sierpniowe badanie koszyka zakupowego pokazuje, że najdroższe zakupy robiliśmy nie wychodząc z domu (kanał e-commerce), zaś najtańsze w stacjonarnym Kauflandzie – za ten sam koszyk zapłaciliśmy tu 220,16 zł zaś przez internet 246,54 zł” – podaje ASM SFA, cytowana przez Polską Agencję Prasową.
Według danych zebranych przez koszyk zakupowy ASM SFA, największe obniżki w ciągu miesiąca były w sieci E.Leclerc (spadek o 6,59 proc.), Kaufland (2,73 proc. w dół) oraz Carrefour (w dół o 2,27 proc.). Z kolei podwyżki zanotowano w sklepach Biedronki (wzrost o 1,87 proc.) oraz Selgros (0,23 proc. w górę).

Niepewność szkodzi wzrostowi

Rada Polityki Pieniężnej widzi zagrożenia dla naszej gospodarki, ale usiłuje zachować urzędowy optymizm.

W gospodarczym świecie stopniowo dzieje się coraz gorzej. Napływające dane wskazują, że tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostaje relatywnie niskie, a perspektywy globalnej koniunktury znowu się pogorszyły – wskazuje Rada Polityki Pieniężnej.

Choć burza huczy wokół nas

W strefie euro w II kw. wzrost produktu krajowego brutto nadal jest na bardzo niskim poziomie wynoszącym zaledwie 0,2 proc.).
Mimo nadal dobrej sytuacji w sektorze usług w eurostrefie, aktywność w sektorze przemysłowym pozostaje słaba. A bez rozwoju przemysłu nie będzie rozwoju Europy. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, choć i tam dynamika PKB w drugim kwartale się obniżyła, a odczyty wskaźników koniunktury sygnalizują możliwe osłabienie aktywności w kolejnych kwartałach. W Chinach wzrost PKB także spowolnił w II kwartale tego roku.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera, w tym stopę depozytową poniżej zera, oraz reinwestuje papiery wartościowe zakupione w ramach programu skupu aktywów. EBC sygnalizuje także możliwość poluzowania polityki pieniężnej w najbliższym czasie. Wszystko to ma pobudzić europejską gospodarkę.
W tym samym celu Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych obniżyła stopy procentowe oraz zaprzestała zmniejszania swojej sumy bilansowej.
Jednocześnie inflacja w wielu krajach utrzymuje się na umiarkowanym poziomie. Także i dlatego, że w ostatnim okresie obniżyły się ceny ropy naftowej na rynkach światowych. Ale te obniżki stanowi już przeszłość. Zbombardowanie rafinerii w Arabii Saudyjskiej grozi zakłóceniami na rynku paliw, których skutki odczuje cały rozwinięty świat, a w tym oczywiście i Polska.

Wyspa wciąż lekko zielona

Na razie jednak, w Polsce – mimo osłabienia wzrostu gospodarczego za granicą – nadal utrzymuje się dobra koniunktura, a tempo wzrostu PKB w II kwartale tego roku wyniosło 4,5 proc. (rok do roku). Wzrostowi aktywności gospodarczej w naszym kraju sprzyja rosnąca konsumpcja, wspierana przez wciąż zwiększające się zatrudnienie i płace, dobre nastroje konsumentów oraz wypłaty świadczeń społecznych.
W II kwartale nadal rosły także – mimo zauważalnego już pewnego obniżenia dynamiki – inwestycje w Polsce. Pytanie, jak długo jeszcze będą rosnąć?
Trzeba też zauważyć, że obniżyło się zarówno tempo wzrostu eksportu i importu, co wskazuje na zwalnianie obrotów naszej gospodarki.
Jednocześnie, rośnie inflacja, która w sierpniu tego roku – według szybkiego szacunku GUS – wyniosła 2,8 proc. Na koniec roku prawdopodobnie osiągnie 3 proc., co oznacza systematyczne zmniejszanie siły nabywczej zarobków Polaków. Na rzecz coraz wyższej dynamiki cen oddziałuje głównie istotny i dotkliwy wzrost cen żywności. Ograniczająco na przyrost cen wpływają natomiast niższe niż przed rokiem ceny energii, w tym paliw (co się wkrótce zmieni).

Niby dobrze, ale z obawami

W ocenie Rady Polityki Pieniężnej perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne, a dynamika PKB utrzyma się w najbliższych latach na relatywnie wysokim poziomie – choć trudno liczyć na utrzymanie tempa wzrostu wynoszącego dziś 4,5 proc. W Polsce rośnie bowiem niepewność dotycząca skali i trwałości osłabienia koniunktury za granicą – i jego negatywnego wpływu na krajową aktywność gospodarczą.
Nie wiadomo też, co będzie z inflacją, która z pewnością wzrośnie w pierwszym kwartale przyszłego roku – ale RPP ma nadzieję, iż to tylko przejściowy wzrost.
Reasumując, Rada ocenia, że nasza gospodarka nadal utrzymuje się na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz zachowuje równowagę makroekonomiczną. Jak widać, zdaniem RPP, tej równowagi z pewnością nie zakłócą liczne obietnice przedwyborcze, mnożące się w ustach liderów PiS jak króliki Lejzorka.