Iracka młodzież krzyczy: mamy dość!

O tym, dlaczego Irak po 2003 r. nie tylko nie zbudował demokracji, ale w dodatku systematycznie osuwał się w spiralę korupcji i przemocy, jak w zniszczonym kolejnymi konfliktami państwie rodzi się społeczeństwo obywatelskie i dlaczego trwające od jesieni protesty uliczne ciągle nie mają przywódców z Tomaszem Rydelkiem, analitykiem zajmującym się Bliskim Wschodem, autorem bloga „Puls Lewantu” i publicystą miesięcznika „Układ Sił” rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Na początku 2020 r. uwaga całego świata zwróciła się na Irak. Zabójstwo gen. Ghasema Solejmaniego wstrząsnęło Bliskim Wschodem, posypały się pytania: czy grozi nam wojna? Na razie konflikt regionalny nie wybuchł, ale przecież takie wydarzenie nie pozostaje bez konsekwencji. Jakie one będą?
Tak naprawdę jest zbyt wcześnie, by je oceniać. Zarysowują się jednak pewne tendencje, które warto obserwować. Przede wszystkim należy pamiętać, że obok Solejmaniego zginął także Abu Mahdi al-Muhandis – blisko powiązany z Iranem wiceszef Sił Mobilizacji Ludowej (PMU), który zwłaszcza w ostatnim czasie wielokrotnie występował w obronie niezależności PMU od rządu w Bagdadzie. Jeśli Solejmani pełnił rolę irańskiego „namiestnika” w Iraku, to Muhandis był de facto jednym z liderów stronnictwa pro-irańskiego w Iraku, człowiekiem z wewnątrz, który bardzo ułatwiał Irańczykom penetrację irackiej sceny politycznej, gospodarki i sektora bezpieczeństwa. Ich śmierć pokazała ogromne podziały, jakie występują w irackim społeczeństwie co do stosunków z Iranem.
Po amerykańskim ataku iracki parlament podjął decyzję o zobowiązaniu rządu do wyrzucenia z Iraku Amerykanów. Nie zdecydował się na podobne wystąpienie pod adresem Iranu.
Tyle, że podczas tego parlamentarnego głosowania politycy z partii sunnicich i kurdyjskich zbojkotowali obrady. A nawet i szyiccy politycy nie stanowili monolitu, który jednoznacznie odpowiedziałby się po stronie Iranu. Przykładowo członkowie Sojuszu Zwycięstwa, na którego czele stoi były premier Hajdar al-Abadi w większości nie poparli rezolucji. Podobnie mieli zachować się ich koledzy z Państwa Prawa – koledzy, bo SZ i PP to dwie frakcje jednej partii Zew Islamu. Do tej pory nie jest zresztą jasne, czy rezolucja w sprawie wyrzucenia Amerykanów z Iraku, została podjęta w obecności wymaganego kworum. Niektóre relacje sugerują, że doszło do fałszerstwa ze strony Fatahu.
Zabójstwo Solejmaniego i Muhandisa zaprowadziło ogromny ferment wśród irackich elit politycznych, stworzyło realną szansę na wybuch wewnętrznych walk. Obaj zabici tworzyli duet, który zapewniał ścisłą koordynację działań między Iranem a proirańskimi frakcjami PMU. Spory między proirańskimi formacjami łagodził Muhandis. Gdy jego i Solejmaniego zabrakło, poszczególne grupy PMU zaczęły – jak się wydaje – kłaść nacisk na większą niezależność. Przykładowo Kata’ib Hezbollah zaczął grozić, że jeśli rząd nie wyrzuci Amerykanów z Iraku, to oni zrobią to siłą. Taka samowolka nie jest wcale na rękę Teheranowi, gdyż Waszyngton nie rozróżnia działań milicji na te oddolne i te inspirowane z góry. Wszystkie ich działania zostaną uznane za akty agresji ze strony Iranu.
Tak było zresztą w przypadku ataku na ambasadę USA w Bagdadzie, gdzie znaczną część napastników stanowiły osoby powiązane z Kata’ib Hezbollah, ale odwet został wzięty na Iranie. Dlatego priorytetem nowego dowódcy sił al-Kuds, gen. Esmaila Ghaaniego, będzie odzyskanie kontroli nad irackimi milicjami. Jedno koncyliacyjne spotkanie przywódców PMU już się w Iranie odbyło.
Walki wewnętrzne teraz mogłyby okazać się dla irackiej elity zabójcze. Podziały w jej łonie to jedno, a druga sprawa to ludowa rewolta przeciwko całej klasie politycznej, która trwa od jesieni. Uczestnicy ulicznych protestów nie popierają żadnej parlamentarnej frakcji, tylko żądają, by odeszli wszyscy politycy, bo wszyscy są jednakowo skorumpowani i skompromitowani.

Dlatego po pierwszym szoku w irackiej elicie politycznej nastąpiła konsolidacja. Muktada as-Sadr, który kilka tygodni wcześniej odmówił udziału w formacji nowego rządu, spotkał się ostatnio z Hadim Amirim, przywódcą pro-irańskiego Fatahu i następcą Muhandisa na stanowisku zastępcy szefa PMU. Według niepotwierdzonych informacji obaj mają pracować nad tym, aby utrzymać na stanowisku premiera Adila Abd al-Mahdiego. Tego samego, który podał się do dymisji po masakrach protestujących, do których doszło pod koniec listopada 2019 roku. Protestujący go nienawidzą, ale wybór innego kandydata okazał się praktycznie niemożliwy. Gdy Fatah zaproponował oskarżanego o korupcję gubernatora Basry Asada Ajdaniego, prezydent Salih zagroził podaniem się do dymisji.
Ostatecznie nowym premierem został Muhammad Allawi, który oficjalnie został wskazany przez prezydenta Saliha, ale nieoficjalnie wskazuje się, że być może nominacja Allawiego była inspirowana przez Muktadę as-Sadra. To on błyskawicznie udzielił poparcia Allawiemu i kazał swoim stronnikom „przywrócić porządek”, co w praktyce doprowadziło do ataków ze strony Sadrystów na protestujących.
Kim są ludzie, którzy uczestniczą w protestach w Iraku? Co ich napędza, by ciągle protestować, chociaż są rozpędzani siłą, zatrzymywani, masakrowani?
Uczestnikami są przede wszystkim osoby młode, poniżej 30. roku życia, które nie pamiętają czasów Saddama lub zachowały z tego okresu tylko małe strzępki wspomnień. To właśnie te osoby uważają się za najbardziej pokrzywdzone kryzysem gospodarczym, jaki wybuchł w Iraku w 2015 r., gdy ceny ropy na światowych rynkach załamały się. Po zabójstwie Solejmaniego protesty na chwilę osłabły, ale 10 stycznia wybuchły na nowo. Zresztą większa część demonstrantów ucieszyła się z tej śmierci – wcześniej oskarżali bowiem PMU, sterowane przez Muhandisa i Irańczyków, o atakowanie protestów. Z drugiej strony inni protestujący zachowali dużo więcej wstrzemięźliwości i nie chcieli komentować całej sytuacji, chociaż gdybym miał szacować proporcje między tymi grupami, to zaryzykowałbym, że pierwszych było jednak nieco więcej.

Jesienią, gdy media światowe zaczęły szerzej pisać o tych protestach, niezmiennie określano je przymiotnikiem „spontaniczne”, akcentowano brak przywódców. Czy po kilku miesiącach walki wyłonili się choćby lokalni liderzy?
W wielu miastach pojawiają się lokalne komitety, które próbują sterować protestami, jednak ich autorytet nie jest duży. W ten sposób ich działalność ogranicza się przede wszystkim do organizacji zaopatrzenia w żywność, transportu i leków. Członkami komitetów często zostają byli wojskowi czy lokalni aktywiści. Swój autorytet protestującym próbował narzucić Muktada as-Sadr, ale bezskutecznie, podobnie jak Iracka Partia Komunistyczna (sojusznicy Sadrystów).
Brak liderów wynika zresztą nie tyle z podziałów między protestującymi, lecz z kwestii dużo bardziej pragmatycznej. Otóż siły bezpieczeństwa i – najprawdopodobniej – członkowie PMU porywali i zastraszali lokalnych aktywistów cieszących się szacunkiem ze strony demonstrantów. Dlatego ci zaczęli rezygnować z powoływania komitetów, uznając że mogą być one zbyt łatwym celem dla sił bezpieczeństwa. W ten sposób aparat represji de facto doprowadził do zachowania oddolnego i zdecentralizowanego charakteru ruchu protestacyjnego.
Sojusz Sadrystów i komunistów wygrał poprzednie irackie wybory parlamentarne. Aspirował do reprezentowania właśnie klas niższych, bezrobotnych, wykluczonych. Dlaczego teraz autorytet as-Sadra już nie działa?
Sadr zdaje się nie liczyć już w ogóle ze zdaniem protestujących. 24 stycznia 2020 r. Sadryści zorganizowali tzw. Marsz Miliona. Do udziału w nim wezwano wszystkich Irakijczyków, jednak protestująca od listopada młodzież odrzuciła „zaproszenie”, stwierdzając, że Sadr chce podstępem przejąć kontrolę nad ruchem protestacyjnym. Ten bojkot doprowadził do tego, że Sadr rozkazał swoim ludziom wycofać się m.in. z placu Tahrir w Bagdadzie, który stanowi centrum rewolucji. To bardzo poważny ruch, bo dotychczas to właśnie głównie Sadryści odpowiadali za obronę protestów. Zastanawiam się nawet, czy tego ruchu nie można odczytywać jako zachęty dla sił bezpieczeństwa do pacyfikacji protestów.
Jak daleko trzeba się cofnąć w przeszłość, by zrozumieć przyczyny obecnego kryzysu w Iraku – do wojny 2003 r. i obalenia Saddama Husajna, czy może jeszcze dalej?
Dla zrozumienia problemów gospodarczych Iraku wystarczy cofnąć się do momentu obalenia Saddama Husajna. Jednak obecne protesty chcą nie tylko uzdrowienia sytuacji gospodarczej w kraju, ale także politycznej. I tu już powstaje wyzwanie dla badaczy, bo sama wojna 2003 r. nie tłumaczy patologicznej skali przemocy w życiu tego nękanego wyznaniowymi podziałami państwa. Ona była już wcześniej i to na skalę niespotykaną chyba w żadnym innym państwie arabskim.
Said K. Aburish w swojej biografii Saddama Husajna próbował wytłumaczyć brutalność irackiej sceny politycznej sięgając aż do czasów starożytnych, do polityki władców Babilonii, Asyrii. Osobiście wydaje mi się, że byłyby to zbyt daleko idące rozważania. Moim zdaniem, kluczem do zrozumienia współczesnego Iraku są lata, gdy ziemie te wchodziły w skład Imperium Osmańskiego oraz atmosfera, w jakiej w jakiej kształtowało się Królestwo Iraku po I wojnie światowej.
Co się wtedy stało?
Osmanowie oparli swoją władzę o lokalnych sunnitów, powierzając im stanowiska w administracji, sądownictwie czy wojsku – jednocześnie alienując szyitów. Król Fajsal I, który objął tron Królestwa Iraku w 1921 r. starał odwrócić się ten trend i zbudować nić porozumienia między sunnitami, szyitami i Kurdami, lecz bezskutecznie. Podobną porażkę poniósł reżim baasistowski.
Porażka we wciągnięciu szyitów do życia politycznego kraju sprawiła, że szyicka opozycja skupiała się przede wszystkim wokół przywódców religijnych. Przedstawiciele rodzin Hakim czy Sadr, przewodzący opozycji przeciwko Saddamowi Husajnowi na południu Iraku, byli szanowanymi duchownymi. To wyjaśnia, dlaczego, gdy w 1979 r. wybuchła irańska rewolucja, szyicka opozycja w Iraku nawiązała tak bliskie relacje ze swoimi współwyznawcami w Iranie. To z kolei zaowocowało irańskim wsparciem dla szyickich milicji walczących z „amerykańskimi okupantami” po 2003 r.
Czy tego historycznego dziedzictwa nie da się przezwyciężyć? Dlaczego system, jaki powstał w Iraku po 2003 r., powtarza najgorsze błędy poprzedników – nadal stosuje przemoc, konserwuje podziały wyznaniowe i etniczne, a do tego zwyczajnie ignoruje nędzę, w jakiej żyją obywatele?
System polityczny, jaki powstał po obaleniu Saddama Husajna, był w dużej mierze wytworem środowisk emigranckich, które opuściły Irak w latach 70. czy 80. i wróciły do kraju dopiero po 2003 r. Każdy z dotychczasowych premierów Iraku przebywał co najmniej 20 lat na politycznej emigracji. Po tych 20-30 latach ci ludzie byli całkowicie oderwani od problemów, które targały Irakiem. Stąd wzięły się różne patologiczne pomysły. System muhassasa taifa (rozdział stanowisk wg podziałów religijno-etnicznych) został wymyślony właśnie przez emigrantów politycznych w 1992 r.
A korupcja na tak horrendalną skalę? Przecież nowe elity polityczne miały budować demokrację.
Myślę, że tak ogromna skala korupcji ma swoje korzenie właśnie w tym, że Irak nigdy nie wykształcił wspólnej tożsamości narodowej. Solidarność społeczna nie kształtuje się tam na poziomie narodu, lecz raczej poszczególnych grup etniczno-religijnych, partii politycznych, czy rodzin. W konsekwencji każda z tych grup dba przede wszystkim o swój własny interes. Na szczęście zaczyna się to powoli zmieniać, czego żywym dowodem są protesty na południu Iraku.
Były premier Hajdar al-Abadi, sprawujący to stanowisko od września 2014 r. do października 2018 r., zapowiadał walkę z korupcją, ale na zapowiedziach się skończyło. Dlaczego?
Problem premiera Abadiego polegał na tym, że najbardziej skorumpowana osobą w państwie był jego poprzednik, a jednocześnie kolega z partii Zew Islamu – Nuri al-Maliki. Gdyby ludzie Abadiego ujawnili skalę korupcji Malikiego, to oznaczałoby to koniec Zewu Islamu, który stanowił przecież nie tylko zaplecze polityczne Malikiego, ale także Abadiego. Poza tym Maliki miał i ma wielu sojuszników, którzy skorzystali na jego defraudacjach i nie pozwoliliby skazać Malikiego w obawie, że ich czekałby taki sam los.
Do tego trzeba pamiętać, że rządy Abadiego przypadły na okres walki z Państwem Islamskim, do którego sukcesów rękę przyłożył zresztą sam Maliki prowadząc politykę represji wobec ludności sunnickiej. Otwarcie nowego frontu antykorupcyjnego w takiej atmosferze było niezwykle trudne. W rezultacie reformistyczne zapędy Abadiego całkowicie wyhamowały.
Teraz wojna z Państwem Islamskim jest oficjalnie skończona, kalifat odszedł do historii. Faktem jest jednak również to, że nie wszyscy jego bojownicy zginęli czy dostali się do niewoli, a religijny ekstremizm nie został wypleniony.
Na pierwsze sukcesy IS złożyło się kilka różnych czynników. Całkowicie błędna, represyjna polityka premiera Nuriego al-Malikiego wpisała się w ogólny kurs marginalizacji ludności sunnickiej po 2003 r. Debasyfikacja przeprowadzona po 2003 r. nie była sama w sobie złym pomysłem, ale wykonano go fatalnie. Większość członków partii Baas stanowili szyici, jednak to właśnie sunnici (jako częściej zajmujący wyższe stanowiska w strukturach państwowych) padli głównymi ofiarami. W efekcie np. z armii usunięto wielu zdolnych oficerów, którzy pozbawieni perspektyw zaczęli się radykalizować – część z nich dołączyła potem do IS, znacznie zwiększając zdolności operacyjne grupy. W tym samym czasie regularna iracka armia raziła niekompetencją.
Państwo Islamskie nadal jest aktywne w wielu prowincjach Iraku, zwłaszcza w okolicach Kirkuku czy na pustyni, przy granicy z Syrią. W związku ze wzmożoną obecnością sił bezpieczeństwa na tych terenach jego możliwości działania są mocno ograniczone – zwłaszcza, że armia, PMU oraz ISOF przeprowadzają cyklicznie operacje antyterrorystyczne na terenach, gdzie zostanie zauważona obecność IS. Ale to nie bitność oddziałów samozwańczego kalifatu stanowiła o zagrożeniu, lecz głoszona przez tę grupę ideologia. By tę ideologię faktycznie wykorzenić, jest tylko jeden sposób: odbudowa kraju w duchu demokratycznym i z poszanowaniem wszystkich grup etniczno-religijnych, tak żeby nikt nie czuł się już w Iraku alienowany.
Czy do władz irackich to choćby w ograniczonym stopniu dociera? A może przeważa postawa, że protesty da się przeczekać i można będzie dalej utrzymywać status quo, korzystne tylko dla wąskiej grupy?
Irackie władze nie radzą sobie nie tylko z odbudową. Nie rozwiązują też szeregu problemów lokalnych, które będą powoli dawać coraz bardziej gorzkie owoce. Południe kraju nadal jest niestabilne i nie chce zaakceptować szerokich wpływów milicji powołanych do walki z kalifatem. Do tego pozostaje pogrążone w kryzysie gospodarczym, który jest ignorowany przez rządzących.
Północ? Póki co jest „stabilna”, ale tylko dlatego, że mamy tam zwiększoną obecność sił bezpieczeństwa – znowu w znacznej mierze szyickich milicji, które zakładają swoje kwatery np. w sunnickich prowincji Anbar czy Niniwa. Może i jakoś zwiększają bezpieczeństwo na tych terenach, ale równocześnie na wielką skalę zajmują się przemytem przez syryjską granicę czy handlem narkotykami z Iranu (te od kilku lat zalewają iracki rynek), ściąganiem haraczy czy innymi szemranymi interesami. Tak nie da się utrzymać porządku na terenach sunnickich, prędzej czy później mieszkańcy znowu zaczną protestować przeciwko rządowi, tak jak w czasach Malikiego. I nie można wykluczyć, że protesty znowu zakończą się zbrojnym powstaniem i przelewem krwi.
Jeśli w czymś widzę światełko w tunelu dla Iraku, to w osłabieniu Iranu, którego władze muszą teraz skupić się na tym, by samemu przetrwać amerykańskie sankcje i wewnętrzne niepokoje. Polityka zagraniczna Teheranu, zakładająca tworzenie transnacjonalnego sojuszu szyitów, w Iraku dodawała paliwa zabójczym antagonizmom etniczno-religijnym uniemożliwiającym myślenie w kategoriach całego społeczeństwa. Sami członkowie irańskiego wywiadu (vide tzw. The Iran Cables ujawnione przez The Intercept) przyznawali, że taki kurs alienował grupy sunnickie i kurdyjskie, wobec których podejmowano zaledwie działania o drugorzędnym charakterze. I koło się zamykało…
… gdyż faworyzowani szyici uderzali w sunnitów, a ci w końcu sięgali po broń, słuchali ekstremistycznych kaznodziejów.
I tu wraz ze śmiercią Solejmaniego może faktycznie nastąpić zmiana. Skrzętnie ukrywanym faktem jest to, że gdy w 2014 r. Państwo Islamskie zajęło Mosul, Teheran był bliski odwołania go ze stanowiska dowódcy Sił al-Kuds. Członkowie irańskiego wywiadu zarzucali mu bowiem, że gdyby nie skupił się wyłącznie na kontaktach z szyickimi ugrupowaniami, nie doszłoby do całkowitej alienacji sunnitów i ich radykalizacji, a w konsekwencji sukcesów IS, które było przecież dla szyitów śmiertelnie groźne.
Gdzie w tej całej układance wpływy i działania tych, którzy obalili Saddama Husajna – Amerykanów?
To, że Iran tak łatwo spenetrował Irak w dużym stopniu nie wynikało z tego, że Irańczycy byli aż tak „sprytni”, lecz z faktu, że Amerykanie od momentu oficjalnego wycofania się z Iraku w 2011 r. przestali realnie interesować się tym, co dzieje się na irackiej scenie politycznej. Skupili się przede wszystkim na pomocy wojskowej w walce z Kalifatem. Regularne kontakty utrzymywali z irackimi Kurdami, relacje z rządem centralnym zaniedbali. W 2018 r. prezydent Trump – odwiedzając bazę Al Assad demonstracyjnie ominął Bagdad. Tak samo zrobił też Mike Pence, kiedy w listopadzie 2019 r. odwiedził Kurdystan.
Irackie protesty doprowadziły kraj na rozdroże. Wybór, jaki zostanie dokonany, może zdeterminować losy Iraku na najbliższe dziesięciolecia. Amerykanie powinni lepiej niż inne nacje zdawać sobie z tego sprawę i dlatego mam nadzieję, że zrewidują swoją politykę, może nawet zaangażują się w dialog z raczkującym społeczeństwem obywatelskim.
Jest jakaś szansa, że te protesty nie zostaną rozpędzone, ale osiągną jakiś trwały sukces?
Mam taką nadzieję. Gdyby młodemu ruchowi protestacyjnemu udało się obalić dotychczasowy „porządek” polityczny, Irak miałby w końcu szansę szybkiego rozwoju gospodarczego i społecznego.

Majtki szefa ISIS

Azaz to lekko zakurzone miasteczko wielkości Augustowa, położone w północnej Syrii, przy granicy z prowincją Idlib i Turcją.

Ma tysiące lat, ale dało się poznać dopiero w czasie wypraw krzyżowych: wojska europejskie wygrały tam w wielką bitwę, zanim kompletnie przegrały wojnę. Potem znowu zniknęło z radarów i rzuciło się w oczy ledwo pięć lat temu, w maju 2013 r., gdy b. jeniec amerykański w Wietnamie, wtedy szeroko już znany ze swej szczęki senator John McCain, spotkał się tam z przedstawicielami „syryjskiej opozycji zbrojnej”.

Zostało z tego trochę zdjęć, a jedno z nich stało się szczególne popularne w niemejnstrimowym internecie. To to, gdzie widać McCaina na cztery lata przed śmiercią, jak spotyka się z delegacją dowódców kilku band i rozmawia właśnie z Abu Bakrem al-Bagdadim, który kilka dni temu miał zginąć we wsi ok. 60 km od Azazu, w syryjskiej prowincji Idlib, opanowanej przez Al-Kaidę, Państwo Islamskie (PI) i wiele innych ugrupowań tego rodzaju, pod wojskowym patronatem Turcji, przy jej granicy. Wojska syryjskie próbują z pomocą Rosjan wyzwolić Idlib, ale póki co dżihadyści trzymają się nieźle.

Turcja jest państwem frontowym NATO, a syryjski powiat Azaz ma wspólną granicę z Sojuszem Północnoatlantyckim. McCain mógł bezpiecznie się tam zjawić tamtej wiosny, bo przebycie pięciu kilometrów od tureckiej granicy nie trwa długo, a teren należał do zaprzyjaźnionej Al-Kaidy i tzw. Wolnej Armii Syryjskiej, szkolonej w Turcji przez oficerów NATO. Dziś została z niej tylko nazwa.

Rok wcześniej, kiedy w 2012 r. Julian Assange siedział już od miesiąca w ekwadorskiej ambasadzie, sekretarz stanu USA Hillary Clinton przekonywała w mailu ujawnionym później przez jego WikiLeaks: „obalenie Asada będzie stanowić olbrzymią korzyść dla Izraela”, w czym nie było nic szczególnego, ale zwróciło uwagę części prasy i internetu, tworząc niezdrową atmosferę. Wojna trwała w najgorsze, wiedzieli o tym uczestnicy spotkania w Azaz. McCain przekonywał swych gospodarzy (?), że Stany Zjednoczone pomogą im atakiem na Damaszek, w razie czego. Jak wiadomo, dali się podpuścić, bo zaledwie cztery miesiące później szef Hillary, prezydent Obama, odwołał wspólny z Brytyjczykami i Francuzami wielki atak na Syrię.

Na zdjęciu widać znane wówczas postacie „zbrojnej opozycji”. Z McCainem siedzą np. Mohammad Nur, rzecznik Brygady Północna Burza (Frontu An-Nusra, tj. syryjskiej Al-Kaidy), która porwała właśnie i więziła w Azaz 11 Libańczyków, jest generał brygady Salem Idriss, dowódca naczelny Wolnej Armii Syryjskiej, i Abu Musa, wtedy w Al-Kaidzie, późniejszy rzecznik PI, przyboczny al-Bagdadiego. Sam al-Bagdadi miesiąc wcześniej utworzył Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie („w Iraku i Syrii” wg wersji ang.), słynne Da’esz (PI). Wcześniej to Państwo istniało tylko w Iraku, przekształcone z miejscowej Al-Kaidy, przywleczonej przez Amerykanów z Afganistanu w 2003 r. Oficjalne proklamowanie terytorialnego PI nastąpiło w rok po tym zdjęciu. W 2013 r. priorytetem Stanów Zjednoczonych w Syrii była zmiana rządu, a nie walka z dżihadystami, którzy go mieli obalić.

Fotografia tak wirowała w internecie, że w końcu zainteresował się nią mejnstrim: to fejk – alarmowały niektóre tygodniki w Europie i Stanach. Najpierw przekonywano, że zdjęcie nie może być prawdziwe, gdyż minęło prawie 10 lat od oficjalnej fotografii Abu Bakra zrobionej przez armię Stanów Zjednoczonych w Iraku, gdy siedział w obozie więziennym, i nie może być tak podobny, jak do postaci ze zdjęcia. Poza tym to niemożliwe, gdyż byłoby to niemoralne. Później padło ciekawsze wyjaśnienie: al-Bagdadi ze zdjęcia to celnik z Azaz o nazwisku Abu Jusef, który przyszedł z libańską ekipą telewizyjną i się przysiadł; bardzo podobny, ale to nie on. Celnika widać też na innych zdjęciach z McCainem, w gronie tych samych opozycjonistów. Wszystko jest możliwe.

Amerykanie zrobili więc wszystko, by w ich filmie o zabiciu al-Bagdadiego nie wystąpiła Turcja: śmigłowce startowały z irackiego Kurdystanu, nie zza pobliskiej granicy, gdzie mają świetną bazę. Najlepszy jest wątek majtek al-Bagdadiego, które wykradł amerykański szpieg na szczycie PI, by poprzez badanie DNA można było się upewnić, że al-Bagdadi to nie np. celnik z Azazu. Dzięki kluczowej bieliźnie wiemy, że facet ze zdjęcia nie żyje, chyba, że to celnik z miasteczka.

Trzy lata w Syrii

W październiku mijają 3 lata od rozpoczęcia przez Rosję, dla wielu zaskakującej, niezwykle śmiałej operacji militarnej w Syrii. Zgodnie z prawem międzynarodowym, na mocy umowy międzynarodowej i na zaproszenie rządu Syrii, prezydent Władimir Putin skierował w 2015 r. do Syrii ograniczony kontyngent wojsk rosyjskich. Celem rosyjskiej armii było udzielenie wsparcia rządowym siłom syryjskim w walce z ugrupowaniami terrorystycznymi, w tym zbrodniczym tzw. Państwem Islamskim. Wojnę tę Rosjanie wygrali, choć prowadzili ją relatywnie minimalnym nakładem sił i środków. Warto w oparciu o już dostępne dane przeanalizować rosyjską operację syryjską jako modelową wojnę ekspedycyjną XXI w. – wojnę nowego typu z użyciem innowacyjnych metod działania.

 

Skuteczność, nieszablonowość zastosowanych przez Rosjan metod walki w Syrii wywołuje ze strony komentatorów krajów zachodnich – w tym wojskowych – wściekłość trącącą obsesją, nie licującą z profesjonalizmem. Dlaczego? Otóż Rosjanie do perfekcji rozpracowali, przyswoili i rozwinęli metody prowadzenia wojny dotychczas stosowane przez Stany Zjednoczone i tzw. kraje zachodnie, głównie NATO, w ostatnich trzech dekadach. Niniejszy artykuł pokazuje zachodzące zmiany w prowadzeniu tradycyjnych wojen. Ostatnim tzw. klasycznym przykładem wojny była operacja wielonarodowych sił pod przywództwem Stanów Zjednoczonych pod kryptonimem „Pustynna Burza” w Iraku w roku 1991. Głównym zadaniem kilkusettysięcznych wojsk, zebranych pod dowództwem amerykańskiego generała Normana Schwarzkopfa, było pokonanie milionowej armii Iraku i przejęcie jego terytorium. W ciągu następnego ćwierćwiecza takich operacji przy użyciu tak dużych sił lądowych nigdy już nie prowadzono.

 

Nowy model wojny

Operacje militarne USA, w tym podbój Iraku w roku 2003 w ramach „Operation Iraqi Freedom”, „Operacja Unified Protector”, czyli NATO-owska operacja morska i lotnicza przeprowadzona z roku 2011 w Libii, „Operacja Allied Force”, w której siły Sojuszu Północnoatlantyckiego w 1999 roku bombardowały Federalną Republikę Jugosławii, to sztandarowe przykłady owych wojen prowadzonych nowymi metodami.

Na czym one polegają? Otóż współcześnie państwo-agresor, osiąga cele geopolityczne za pomocą szeregu środków niemilitarnych, które w niektórych przypadkach są znacznie skuteczniejsze od wojskowych. Głównym zadaniem nie jest już fizyczne zniszczenie sił wroga, ale całkowite podporządkowanie przeciwnika własnej woli. Wszędzie gdzie toczono w ostatnich dziesięcioleciach wojny możemy zobaczyć prawie ten sam scenariusz. W porównaniu z konfliktami minionego stulecia, w których wielkie zgrupowania sił lądowych agresora były bezpośrednio zaangażowane w operację naziemną, dziś kładziony jest nacisk na osiągnięcie celów przy pomocy dobrze zamaskowanych, acz zintegrowanych z armią agresora obcych formacji nieregularnych. Takie zintegrowane grupy zbrojne tworzone są na bazie lokalnych zasobów, w oparciu o miejscową opozycję, separatystów narodowych i religijnych. To z owych nieregularnych oddziałów, sił samoobrony i lokalnych milicji tworzy się jednostki zdolne do zjednoczenia się w większe formacje i je zbroi. Działają one ze wsparciem i pod kierownictwem oficerów Sił Specjalnych państwa agresora i prywatnych firm wojskowych (kontraktorów) z danego państwa lub grupy państw. Ciężar walk jak i gros poniesionych strat w ludziach obciąża oddziały sponsorowanych rebeliantów. Straty ponoszą też kontraktorzy, jednak to „problem” prywatnych firm. Przed opinią publiczną rządy krajów agresorów nie muszą się tłumaczyć z poległych własnych żołnierzy. Opinia publiczna mogłaby bowiem wówczas zmusić władze kraju agresora do zaniechania wojny, jak stało się to w przypadku wojny w Wietnamie. W kolejnym etapie, gdy dochodzi do eskalacji konfliktu, w walce użyte zostają ograniczone ilościowo jednostki sił zbrojnych agresora w tym przede wszystkim siły powietrzne, siły morskie i inne rodzajów wojsk. W walce o osiąganie celów agresora biorą też udział – co istotne – organizacje cywilne oraz finansowane przez państwa agresorów organizacje pozarządowe (NGOS-y), skierowane do wykonywania zadań (siania fermentu i dywersji, w tym także informacyjnej) na kierunkach strategicznych i operacyjnych w jednolitej przestrzeni informacjno-rozpoznawczej.

Konkretnie takimi zgrupowaniami jest Państwo Islamskie, radykalni terroryści islamscy z „Dżabchat an-Nusra”, kurdyjskie jednostki samoobrony (YPG), samoobrona iracka „Liwa al-Kuds”, albańska „Armia Wyzwolenia Kosowa” w Jugosławii, a na Ukrainie „Prawy Sektor”.

Wywalczenie kontroli przestrzeni powietrznej i morskiej oraz wykonywanie ataków rakietami manewrującymi następuje przez regularne siły powietrzne i marynarkę wojenną agresora lub koalicji państw agresorów. Wszystko to dzieje się po utworzeniu tzw. „stref zakazu lotów”, pod politycznym przykryciem „misji pokojowej”, „humanitarnej misji stabilizacyjnej, w celu uregulowania sytuacji kryzysowej”. Dla opinii publicznej krajów agresorów operacje te przedstawia się, jako działania humanitarne w obronie demokracji, praw człowieka i wolności. W efekcie w danym kraju sformowany zostaje posłuszny agresorowi rząd, kraj zostaje podzielony, zasiany chaos i bezprawie. Idealnym przykładem jest Libia, Irak czy Afganistan. Ustanowiona zostaje jednak sprawna obca kontrola nad zasobami naturalnymi zaatakowanego kraju, przede wszystkim złożami ropy i gazu oraz rozmieszczone zostają w nim bazy wojsk agresora.

Współczesne konflikty zbrojne przybierają różnorodne formy, które w zależności od regionu i konkretnej sytuacji składając się z odrębnych elementów układają się jednak w całość. Rosjanie w Syrii przetestowali szereg takich działań, zdobyli bezcenne doświadczenie w prowadzeniu konfliktu zbrojnego nowymi metodami i warto je przeanalizować, bo wydaje się że „uczeń przerósł mistrza”.

 

Rosyjskie doświadczenia operacji w Syrii

Ciekawymi materiałami do analizy jest dokładne i całościowe przestudiowanie przebiegu konfliktu w oparciu o dane archiwalne jak i współczesne opracowania w tym referaty rosyjskich wojskowych jak np. generała Dwornikowa, pierwszego dowódcy rosyjskiego kontyngentu w Syrii.

Rosjanie podkreślają, że wyjątkowością operacji w Syrii był fakt, że cele strategiczne i operacyjne osiągano na szczeblu taktycznym pracą jednostek w sile drużyny czy plutonu. Wojska rosyjskie przećwiczyły działania górach Latakii, walki miejskie i zdobywanie miast, walki na obszarze wyżynnym i pustynnym, a nawet forsowania rzek. W jednej przestrzeni rozpoznawczo-informacyjnej prowadzono uderzenia lotnictwa, lotnictwa strategicznego, rakiet operacyjno-taktycznych i rakiet manewrujących bazowania morskiego. W większej mierze dokonywanych nocą. Wojska rosyjskie przetestowały następujące elementy walk:

– działania bojowe związane z pokonaniem najniebezpieczniejszych oddziałów grup terrorystycznych;
– obrona ważnych obiektów i głównych szlaków komunikacyjnych;
– działania bojowe w oparciu o dane wywiadowcze, siłami i bronią eksploatowaną aktualnie przez Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej;
– osłona granicy państwowej.

Generał Dwornikow podkreślał, że podczas wykonywania zadań za pomocą zintegrowanych oddziałów istnieje jednak wiele odmienności. Są nimi np. kompleksowe wykorzystanie siły militarnej przy udziale formacji wojskowych państw sojuszniczych i jednostek miejscowej zbrojnej samoobrony; naniesienie uderzeń, mających na celu zmniejszenie potencjału gospodarczego wroga; aktywne działania mające wpływ informacyjny i psychologiczny na bojowników, aby podważyć ich stan moralny i psychiczny; prowadzenie działań wysokomanewrowych autonomicznymi grupami wojsk na odrębnych kierunkach operacyjnych. A także: stosowanie metod wojny partyzanckiej w połączeniu z klasycznymi formami działań wojennych, szerokie wykorzystanie podziemnych przejść, tuneli i komunikacji oraz sprzętu budowlanego oraz połączenie klasycznych oddziałów mobilnych z oddziałami na pick-upach w celu przeprowadzenia rajdów, zasadzek i kontrataków.
Z publikowanych dziś wspomnień rosyjskich wojskowych wyłania się złożony i niezwykle trudny dla nich stan, jaki zastali po przybyciu do Syrii. Latem 2015 roku siły zbrojne Syrii znajdowały się w opłakanym stanie. Wojsko było zdemoralizowane, kadra oficerska podległa procesowi degradacji, a kierownictwo wojskowe wykazywało skrajnie niską efektywność zarządzania podległymi jednostkami. W tych warunkach rosyjskie dowództwo podjęło nieszablonową decyzję i główną współpracę rozpoczęło nie z armią, a z mającymi największą realną wartość bojową oddziałami syryjskiej samoobrony i jednostkami nieregularnymi. W szczególności były to siły podlegające generałowi Sukheil al-Hasanowi, brygada „Sokoły Pustyni”, jednostki bojowe libańskiego „Hezbollahu” czy irańskie jednostki Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Dochodziły do tego oddziały finansowanych przez Iran najemników z Afganistanu – tzw. „Legion Fantimion”. Z czasem w oparciu o syryjskich oficerów kończących akademie wojskowe w ZSRR oraz rosyjskich najemników generała „Wagnera”, na bazie dostarczonego z Rosji uzbrojenia, w tym czołgów T-62M czy archaicznych, acz efektywnych haubic M-30 wz.1938, sformowano V Ochotniczy Korpus Szturmowy. To te jednostki miały największą wartość bojową i one ze wsparciem Rosjan rozstrzygnęły wojnę.

W rzeczywistości były to rozproszone nieregularne formacje zbrojne. Jednak będąc zjednoczone i zarządzane przez dowódcę zgrupowania wojsk rosyjskich w Syrii i działając według jednego, opracowanego przez rosyjskich oficerów planu, uzyskały one inny status. Działając w tych, narzuconych przez Rosjan ramach, owe oddziały w pełni można nazwać zintegrowaną grupą jednostek bojowych.

Zastosowanie nowych metod prowadzenia działań bojowych pozwoliło już na początkowym etapie rosyjskiej operacji osiągnąć szereg sukcesów w górach północnej Latakii. W drodze połączonej operacji rosyjskiego lotnictwa i marynarki wojennej, a także oddziałów Sił Specjalnych Operacji (SSO) działających na rzecz wojsk lądowych, zabezpieczono porażenie krytycznie ważnych obiektów terrorystycznej infrastruktury i większych skupisk ich wojsk. Lądową „pięścią”, były wyżej opisane oddziały nieregularne „wpięte” w rosyjski system dowodzenia, na czele z brygadą „Tiger Force” generała Sukhejla al-Hasana, „Hezbollahem” i „Legionem Fantimion”. To te jednostki powstrzymały i odrzuciły natarcie wspieranych wówczas przez Turków rebelianckiej tzw. „Dywizji Nadbrzeżnej”, wyzwoliły z rąk ISIS Palmirę, odblokowały po 3 latach bazę lotniczą Kweires czy powstrzymały morderczą ofensywę dżihadystów w Aleppo, a potem wyzwoliły wschodnie jego dzielnice. Wreszcie, to te jednostki wraz rosyjskimi SSO i kontraktorami „Wagnera” odblokowały po 3 latach enklawę i miasto Deir ez-Zor.

Na terenach górskich w Latakii działania bojowe prowadzono na korzystnych do tego kierunkach po zajęciu i utrzymaniu dominujących wzniesień i szczytów. Natarcia prowadzono poprzez przełęcze z szerokim wykorzystaniem manewrów oskrzydlających i obejścia pozycji przeciwnika. Wielką rolę odegrała znajomość Teatru Działań Wojskowych, jakiej udzielili oficerowie syryjscy.
Kiedy obserwuje się rosyjskie działania na pustyni, to wyróżniały się one intensywnym wykorzystaniem lotnictwa, w tym śmigłowców bojowych oraz artylerii do rażenia ugrupowania terrorystycznych wojsk na całej głębokości. Co ciekawe, na wzór Amerykanów w Iraku, wykorzystując przewagę technologiczną (noktowizory), natarcia prowadzone były również nocą, w tym taktyczne desanty śmigłowcowe.

Cechą charakterystyczną tej wojny było masowe wykorzystanie w walce buldożerów i różnego rodzaju spychaczy w celu osłony nacierających wojsk jak i szybkiego fortyfikowania osiągniętych rubieży. Efektywnie wykorzystywano czołgi, które miały po dwie załogi (jedna wypoczywała, druga prowadziła walkę) i były one podporządkowane bezpośrednio dowódcom grup szturmowych.
Z największym rozmachem przeprowadzono operację odblokowania, obleganej przez wielotysięczną armię tzw. Państwa Islamskiego enklawę Deir ez-Zor w październiku 2017 roku. W wyniku „omyłkowych nalotów” lotnictwa USA, które zniszczyło jedną z kluczowych pozycji obronnych armii syryjskiej, wojska terrorystów rozcięły siły obrońców na dwa obszary. Lotnisko broniło się oddzielnie i miasto pozostało bez możliwości dostaw zaopatrzenia. Rosjanie wówczas rozpoczęli zrzuty zaopatrzenia w tym żywności z transportowych Ił-76M na platformach spadochronowych, wpierani przez „Herculesy” Iranu oraz syryjskie śmigłowce. Na polu walki interweniowały samoloty Lotnictwa Dalekiego Zasięgu FR, bombardowania ISIS dokonywały strategiczne bombowce Tu-22M3. Ataki wykonywała rosyjska flota, w tym fregata „Admirał Essen” za pomocą rakiet manewrujących 3M54 „Kalibr”. Aktywnie operowały jednostki rosyjskich komandosów z SSO. Siły ISIS zostały rozcięte na wiele grup, które po kolei unicestwiano.

Pierścień okrążenia przerwano, siły Państwa Islamskiego zniszczono. Z Rosji drogą powietrzną sprowadzono jednostkę saperów i most. Setki kilometrów w tym przez pustynię, dostarczono go pod Deir ez-Zor gdzie zbudowano przeprawę przez Eufrat i uchwycono przyczółki na drugim brzegu. Tu jednak do ro zgrywki włączyły się USA i oddziały amerykańskich Marines oraz sił specjalnych wpierających Kurdów błyskawicznym manewrem z północy zajęły pola naftowe Omar. Na mocy porozumienia Moskwa – Waszyngton, linia rozgraniczenia wpływów mocarstw ustalona została na linii rzeki. Rosjanie zmuszeni zostali do odwrotu z przyczółków. Próba podjęcia działań ofensywnych na drugim brzegu Eufratu, w celu przejęcia będących w rękach Kurdów i Amerykanów zakładów gazowych, wykonana z zajętych pozycji i przeprowadzona przez rosyjskich kontraktorów z grupy „Wagnera”, skończyła się katastrofalnymi nalotami lotnictwa USA i śmiercią kilkudziesięciu obywateli FR. Tak czy inaczej to rosyjskie siły „złamały” kręgosłup wojsk tzw. Państwa Islamskiego na terenie Syrii i pozwoliły wyzwolić ogromne połacie wschodniej Syrii, odzyskać pola naftowe i gazowe. Wojska syryjskie uzyskały połączenie graniczne z Irakiem i kontrolują większość granicy z Jordanią. Dalsze sukcesy zostały na wschodzie wyhamowane na skutek zajęcia obszarów wschodniej Syrii przez formacje kurdyjskie (SDF-YPG) wspierane przez lotnictwo i siły specjalne USA, Francji i Wielkiej Brytanii.

 

Charakterystyczne doświadczenia kampanii w Syrii

Osobliwością wojny w Syrii, była zapomniana przez współczesne armie, jako relikt I wojny światowej, walka minerska z zastosowaniem tuneli i kontrtuneli. Podziemne drogi były używane zarówno do poruszania się w miastach wewnątrz własnych pozycji, co chroniło przed stratami w wyniku ognia artyleryjskiego względnie w wyniku nalotów, jak i do potajemnego zbliżania się do linii wroga lub poza nie. Tego typu działania toczono zwłaszcza w Damaszku oraz w Homs. Dodatkowo w Aleppo i w Damaszku terroryści wykorzystywali tunele do układania w nich min. Drążyli tunele pod daną pozycję czy budynek rządowy, zakładali ogromny ładunek wybuchowy i wysadzali go w powietrze wraz z broniącymi go żołnierzami.

Jednym z kluczowych wydarzeń wojny w Syrii była operacja wyzwolenia Aleppo. Miała ona charakter ofensywno-obronny. W celu ciągłego ogniowego oddziaływania na wroga zastosowano taktykę ofensywną na trzy zmiany. Nie pozwalano przeciwnikowi na jakąkolwiek przerwę w boju, tocząc walkę w dzień i w nocy, bez przerwy. Wzdłuż zewnętrznego pierścienia okrążonego miasta, z części wojsk została utworzona grupa defensywna, osłaniając zgrupowanie przez deblokadą otoczonych rebeliantów. Lotnictwo rosyjskie i syryjskie bombardowało obiekty i zgrupowanie sił terrorystycznych tylko poza zewnętrznym pierścieniem okrążenia, a oddziały artylerii rakietowej i lufowej oraz taktyczne środki wsparcia, będące w rękach sił szturmujących, prowadziły ogień do ważnych celów wewnątrz dzielnic Aleppo. Wojskowi rosyjscy zastrzegali się, że ostrzał był prowadzony tylko po potwierdzeniu z trzech lub więcej źródeł. Ponadto w Aleppo prowadzone były przeciwko formacjom terrorystycznym dość aktywne działania dywersyjne rosyjskich Sił Specjalnych Operacji. Równolegle z działaniami bojowymi i nalotami lotnictwa prowadzona była intensywna operacja humanitarna. W ocenie rosyjskich wojskowych to ona rozstrzygnęła bitwę, która stała się punktem zwrotnym w wyzwoleniu Syrii z rąk ugrupowań terrorystycznych i rebelianckich.

Rosjanie podkreślają też wielkie zasługi działań jednostek generała brygady Sukhejla al-Hasana – najzdolniejszego dowódcy armii syryjskiej – dowodzącego ochotniczą formacją specjalną „Tiger Force”. W trakcie toczonych w Syrii działań wojennych osiągnął on wiele sukcesów, uniknął szablonowych rozwiązań i umiejętnie wykorzystał różne metody prowadzenia operacji specjalnych. Był swoistym „strażakiem Assada”, jego formacja ratowała sytuację na odcinkach przełamania własnych pozycji przez siły rebelianckie, powstrzymując je, a potem odzyskując teren. Szła w szpicy większości operacji ofensywnych, tak w Aleppo jak i pod Deir ez-Zor. Zasadniczo „wynalazkiem” taktycznym generała Sukhejla był tzw. „wał syryjski”. Jest to element taktyki ofensywnej, polegającej na budowie w toku walk, przez towarzyszące nacierającym jednostkom buldożery wału zimnego, za którym kryją się pojazdy atakujących jak i piechota. Mimo, że prace te wykonywały maszyny budowlane, prowizorycznie opancerzone i osłonięte, to radykalnie spadła liczba strat w sprzęcie i w ludziach. W rękach rebelianckich dominowały bowiem rakiety przeciwpancerne i artyleria do ognia „na wprost” oraz „dżihad-mobile” – opancerzone pojazdy z ładunkiem wybuchowym kierowane przez terrorystów samobójców. Wobec tej broni, wał ziemny okazywał się wielokroć zbawienny.

W trakcie operacji w Syrii, jak nigdzie indziej, przekonaliśmy się o praktycznym znaczeniu konfrontacji informacyjnej. Zasoby informacyjne stały się jednym z najbardziej skutecznych rodzajów broni. Ich powszechne stosowanie pozwala w ciągu kilku dni wstrząsnąć sytuacją od wewnątrz sił wroga. Na przykład, w trakcie operacji uwolnienia Aleppo praca informacyjna rosyjskich oficerów centrum rozejmowego z miejscową ludnością pomogła uwolnić całe dzielnice bez walki i wydobyć ponad 130 000 cywilów. Taki efekt może być porównywalny z wynikami operacji na dużą skalę z udziałem licznych sił militarnych.

Należy zauważyć, że wojna informacyjna była prowadzona przez obie strony. Jej wyniki znajdują bezpośrednie odzwierciedlenie w światowej opinii publicznej. Rosyjscy wojskowi ale i eksperci podkreślają właśnie wielkie znaczenie owej „wojny informacyjnej” i to tak w przestrzeni syryjskiej jak i globalnej. Rosjanie skutecznie przebili się ze swoją narracją do opinii światowej mimo posiadania dalece słabszych narzędzi i możliwości, niż nachalna, wszechobecna propaganda proamerykańska i rusofobiczna. W wielu krajach, duże grupy społeczeństwa w tym elit, uznały rosyjską argumentację potrzeby przywrócenia w Syrii porządku konstytucyjnego i zniszczenia działających tam ugrupowań terrorystycznych i rebelianckich jako zagrażających atakami terrorystycznymi w innych krajach. Te cele legły u podstaw stworzenia warunków w samej Syrii do zatrzymania fali uchodźców z ogarniętego wojną kraju. Warunków do udzielania pomocy humanitarnej, tam na miejscu, a nie w obozach uchodźców w Europie, Jordanii czy Turcji. W skali taktycznej, to przekonanie lokalnych społeczności o niecelowości zbrojnego oporu i możliwości rozwiązań pozamilitarnych – politycznych, których gwarantem była armia rosyjska. Wielką rolę odegrało to Rosyjskie Centrum Rozejmowe dla walczących stron, składające się w większości z wysokiej klasy oficerów – arabistów, posługujących się językiem miejscowych , znających realia , zwyczaje i tradycję ludności na obszarze walk. To praca centrum legła u podstaw sukcesów w Aleppo, Wschodniej Gucie, czy prowincji Daraa.

W praktyce syryjskiej potwierdziła się teoria wojskowa wskazująca nas potrzebę elastyczności dowództwa, zdolności przystosowania się do konkretnej sytuacji i zdolności do osiągania geopolitycznych, strategicznych celów bez szerokiego użycia własnych sił zbrojnych, czyli stosowanie środków pozamilitarnych i wykorzystanie zintegrowanych grup żołnierzy sformowanych z mieszkańców innych krajów.

Z racji ograniczonej formy prasowego artykułu, omówiłem tu tylko wybrane aspekty rosyjskiej operacji w Syrii, pomijając szereg innych istotnych doświadczeń tej wojny, jak masowe zastosowanie dronów rozpoznawczych i bojowych, wykorzystania precyzyjnych środków ataku ze strony lotnictwa, rakiet manewrujących bazowania morskiego, robotów bojowych i nieszablonowych aspektów dowodzenia itd.

Tak czy inaczej, 3 lata rosyjskiej operacji w Syrii pozwoliły jej armii przetestować sprzęt będący w eksploatacji, sprawdzić w warunkach bojowych prototypy, zaś wojsku i kadrze oficerskiej zdobyć bezcenne doświadczenie. Wojna syryjska pokazuje za razem, że armia rosyjska po dziesięcioleciach degrengolady, stagnacji i upadku wróciła na poziom zbliżony do wojsk NATO i USA, a w wielu aspektach znaczące je wyprzedziła.

Sponsorzy PI

Czy Francja po cichu, za pośrednictwem koncernu Lafarge, finansowała Państwo Islamskie w Syrii, które dokonało serii zamachów w Europie i samym Paryżu?

 

Doszło właśnie do niezwykłej premiery: Lafarge, który po połączeniu się ze szwajcarskim Holcimem jest największym koncernem budowlanym na świecie, stał się pierwszym zachodnim przedsiębiorstwem oficjalnie oskarżonym o wspólnictwo w zbrodniach przeciw ludzkości. Tym samym, cień padł na rządy byłego „socjalistycznego” prezydenta Hollande’a i jego „tajne operacje”.

Tajemnicza afera Lafarge’a w Syrii jest tak niewygodna dla władz francuskich, jak i wizerunku niektórych państw NATO, które rozpętały wojnę w Syrii popierając aktywnie organizacje dżihadystów, że wielu komentatorów dziwi się, że w ogóle wyszła na wierzch. Doszło do tego dzięki niezwykłemu uporowi organizacji pozarządowej Sherpa, która śledzi zbrodnicze poczynania zachodnich koncernów w krajach pozaeuropejskich, jak i grupy prawników, która oparła się państwowym naciskom.

Z tego, co dziś wiadomo, należący do Lafarge’a kombinat cementowy w Dżabaliji na północy Syrii, finansował nie tylko syryjską Al-Kaidę, co odpowiadało słabo maskowanej polityce USA, Izraela, Francji i Wielkiej Brytanii, ale też Państwo Islamskie (PI). Otrzymało ono od koncernu wpłaty w wysokości co najmniej 12 milionów euro, nie licząc usług budowlanych wykonanych na rzecz tej organizacji i aktywnego udziału w przemycie ropy naftowej dla PI. To nie mogło się dziać bez wiedzy i akceptacji rządu, jak też francuskiego wywiadu zagranicznego (DGSE). Ze zgromadzonych świadectw wynika, że rząd się na to zgadzał. Zgromadzone przez PI sumy pozwalały na zakupy broni i organizację zamachów w Europie.

Prokuratura w Paryżu postawiła Lafarge’owi cztery zarzuty: pogwałcenie embarga międzynarodowego, finansowanie terroryzmu, narażenie na utratę życia pracowników i najcięższy – świadome wspólnictwo w zbrodniach przeciw ludzkości. Proces, jeśli do niego dojdzie, ma wyjaśnić, czy kierownictwo koncernu kierowało się wyłącznie ślepą żądzą zysku, czy też za procederem stały nieujawnione cele polityczne.

Pęka zmowa milczenia

Zaczyna pękać panująca w Niemczech niepisana zmowa milczenia polityków, służb oraz środków masywnego przykazu głównego nurtu na temat przestępstw popełnianych przez tzw. uchodźców. Wobec ujawnienia, że policja w Kolonii nic nie robiła, gdy setki imigrantów muzułmańskich napastowały w noc sylwestrową kobiety bawiące się na placu przed Katerdą Kolońską, biły je okradały, rozbierały, obmacywały, a co najmniej dwie zgwałciły, głos zabrała kanclerka Angela Merkel mówiąc niejasno o potrzenie zmiany prawa, aby móc wydalać takich “uchodźców”.

Obecnie, osoba zabiegająca w Niemczech o azyl może być wydalona, jeśli zostanie skazana na co najmniej 3 lata więzienia – i pod warunkiem, że w kraju, z którego przybyła, jej życie nie będzie zagrożone. W praktyce oznacza to, że wszyscy kieszonkowcy, uliczni handlarze narkotyków, i inni nie tacy znowu drobni przestępcy (3 lata więzienia!), mogą mieć uzasadnione przeświadczenie, że wydaleni nie zostaną.

W minionym roku do Niemiec przybyło na zaproszenie Angeli Merkel ponad milion imigrantów, głównie muzułmanów. Byli wpuszczani bez żadnej kontroli tożsamości, sanitarnej i wszelakiej innej. Obecnie odkryto, że setki tysięcy spośród nich nie ma paszportów, a to oznacza, że nikt ich nie wydali, bowiem nie wiadomo dokąd.

Ta sama policja kolońska, która ani drgnęła, by pomóc poniewieranym Niemkom i cudzoziemkom, okazała się w sobotę bardzo sprawna, gdy przyszło rozpędzić demonstrację przeciwników masowej imigracji muzułmanów do Europy. Nie działała już z polecenia dotychczasowego komendanta, Wolfganga Albersa, którego posłano na “czasowy urlop”, lecz jego zastępców. Albers najbardziej wsławił się tym, że w raporcie o nocy sylwestrowej ogłosił, że przebiegła spokojnie.

W nowym komunikacie policja kolońska podała, że poszkodowanych kobiet jest 379, z tego – 40 proc. doznało napaści seksualnych, czyli blisko 160. Policjanci znaleźli karteczki z tłumaczeniem najpotrzebniejszych zwrotów z arabskiego na niemiecki m. in: zabiję cię, chcę cię pieprzyć, duże cycki,

Wstrząsająca była relacja pewnego Niemca, który z tygodniowym opóźnieniem mógł opowiedzieć w telewizji, zaświadczając to własną twarzą i nazwiskiem, jak napastnicy obeszli się z pewnym mężczyzną, który bronił swoich kobiet. Już leżącego kopali w głowę parę metrów od policjantów, którzy palcem nie ruszyli.

Zmowa milczenia pękła tylko dlatego, że nie wytrzymało najpotężniejsze źródło informacji dla ludu, czyli Bild Zeitung, który w Nowy Rok po południu doniósł – jeszcze oględnie – o tym, co stało się w Kolonii. Wiadomo już, że to samo, na mniejszą skalę, zdarzyło się w Hamburgu, Stuttgarcie, Duesseldorfie. A potem parę zaczęły z ust puszczać tak samo poszkodowane kobiety w austriackim Salzburgu, szwajcarskim Zurychu, w Helsinkach, w Szwecji.

Z kompromitacji państwa niemieckiego z finezyjną złośliwością skorzystał minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski, który w liście do swojego odpowiednika niemieckiego, Franka-Waltera Steinmeiera zwrócił się z prośbą o ustalenie, czy w noc sylwestrową poszkodowane zostały również Polki. Niemiec, robiąc dobrą minę do złej gry, odpowiedział, śmiertelnie poważnie, że nie. Żaden inny minister spraw zagranicznych do Niemca w tej sprawie nie pisał.

Podobnie zareagowali polscy kibice siatkówki. Podczas meczu kwalifikacyjnego z Niemcami przed Olimpiadą wywiesili na trybunach w Berlinie ogromny transparent z hasłem „Protect your women not our democracy!” („Chrońcie swoje kobiety nie naszą demokrację!”). Być może dlatego niemieccy siatkarze zebrali się w sobie i wygrali 3:2.

Z okoliczności skorzystał premier Słowacji, Robert Fico, głośny przeciwnik zaludniania Europy muzułmanami. Wezwał do zwołania nadzwyczajnego szczytu Unii Europejskiej poświęconego kwestii migracji, a wniosek uzasadnił tym, co spotkało kobiety miastach w niemieckich. Fico wskazał jeszcze, że widzi związek między kryzysem migracyjnym i terroryzmem. UE nie może czekać, aż do Europy dotrą dalsze miliony uchodźców i dlatego konieczne jest przyspieszenie utworzenia europejskiej straży granicznej i przybrzeżnej – ostrzegał.

Sposób na poprawne zachowanie imigrantów muzułmańskich wymyślił belgijski minister ds. polityki azylowej i imigracji, Theo Francken: w ośrodkach przyjęć migrantów będzie się prowadzić kursy „szacunku dla kobiet”.Chodzi o „wyjaśnienie, że u nas mężczyźni i kobiety są równi”, dodał. Będzie to tłumaczył ludziom, którzy mają głębokie przeświadczenie o wyższości swojej religii nad wierzeniami niewiernych. A swoja religia mówi im, że kobiety niewiernych mogą być niewolnicami, zaś taką, która jest niegodnie ubrana można zgwałcić. Mówi im też, że kobieta może pojawić się w przestrzeni publicznej tylko w towarzystwie opiekuna, czyli ojca, męża lub starszego brata, a te – z placu w Kolonii pijące szampana – to gatunek prostytutki, którą można poniewierać.

ROMST

Kolejny męczennik

Po 8 dniach służby izraelskie wytropiły i zastrzeliły Naszata Milhema, który na głównej ulicy Tel Awiwu zastrzelił dwóch przypadkowych mężczyzn i ranił 7 osób, w tym 2 ciężko. Znaleziono go w … starym domu rodzinnym we wsi Arara na północy Izraela, w którym się wychował.

Osaczony, zaczął się ostrzeliwać z tego samego pistoletu maszynowego uzi, który ukradł ojcu i z którego zastrzelił jeszcze taksówkarza Ajmana Szaabana – też Araba izraelskiego, jak on sam – któremu zabrał samochód i uciekł z Tel Awiwu. Nie przeszkodziło to krewnym i mieszkańcom wsi rodzinnej wspomagać mordercę. Policja przesłuchuje kilka osób. Trzy przebywają w areszcie. Istnieje podejrzenie, że Milhem działał w powiązaniu z Państwem Islamskim. Dlatego policja chciała ująć go żywego, ale nie miała wyjścia, gdy zaczął strzelać.

Z kolei w arabskiej części Jerozolimie odbyła się demonstracja setek zamaskowanych i uzbrojonych popleczników Hamasu z okazji pogrzebu innego z terrorystów, zastrzelonego przez zaatakowanych żołnierzy izraelskich. Jej uczestnicy skandowali na cześć Milhema: „O męczenniku, nasze dusze, naszą krew, nasze życie poświęcimy dla ciebie”. Zebrani strzelali w powietrze i demonstrowali posiadanie noży, tasaków i maczet.

Izraelska opinia publiczna została wstrząśnięta: Jerozolima wschodnia to z punktu widzenia prawa izraelskiego część stolicy, zaanektowana przed 35 laty, a nie Zachodni Brzeg, czy Strefa Gazy. Miejsce pogrzebu znajdowało się w pobliżu Uniwersytetu Hebrajskiego i sto metrów od dzielnicy żydowskiej nazywanej Wzgórzem Francuskim.

 

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}