Pakistan grozi

Premier Pakistanu Imran Khan powinien był zająć najwyżej 15 min., ale jego przemówienie w ONZ trwało godzinę.

Podczas gdy przemawiający wcześniej premier Indii Narenda Modi całkiem pominął kwestię Kaszmiru, Khan mówił tylko o tym: „kiedy mocarstwo atomowe bije się do końca, to może mieć konsekwencje poza jego granicami, na całym świecie. Dlatego przyszedłem was ostrzec, nie grozić.”
Kaszmir to indyjska prowincja w zachodnich Himalajach, jedyna z większością muzułmańską, bliższą kulturowo i religijnie Pakistanowi, niż Indiom. Wielu mieszkańców Kaszmiru pragnie niepodległości lub połączenia z Pakistanem. Dwa miesiące temu Indie odebrały prowincji konstytucyjną autonomię, po wprowadzeniu jej całkowitej izolacji i skierowaniu tam wielkich posiłków wojskowych. Skutki: godziny policyjne i masowe represje w imię „walki z terroryzmem”. Teraz Pakistan obawia się, że Hindusi chcą nań napaść, by odebrać resztę Kaszmiru, która mu przypadła w wyniku poprzednich wojen. Oba kraje są mocarstwami atomowymi.
„Kiedy Indie zniosą stan wyjątkowy w Kaszmirze, dojdzie do masakry” – ogłosił Imran Khan innym przywódcom w ONZ. „Indie mają na miejscu 900 tys. żołnierzy, co oni będą robić? To będzie krwawa łaźnia” – przekonywał. Jeśli mówi prawdę (Indie nie komunikują liczebności swego wojska w Kaszmirze), Indie postawiły na nogi dwie trzecie swej armii.
„Jeśli zacznie się między naszymi krajami wojna konwencjonalna, wszystko może się stać” – powiedział pakistański premier, co poruszyło salę. Podkreślał, że Pakistan jest „siedem razy mniejszy od sąsiada” i będzie miał trudny wybór: „poddać się lub walczyć o wolność do śmierci”. Wybór został już zresztą dokonany: „Będziemy walczyć”, a skoro tak, użycie broni jądrowej jest możliwe.
Według niego, indyjskie represje zradykalizowały nowe pokolenie mieszkańców indyjskiego Kaszmiru. Zapewnił, że sam chwyciłby za broń, gdyby słyszał o indyjskich gwałtach na kaszmirskich kobietach, o żołnierzach, którzy wdzierają się do domów, co ma właśnie miejsce. „Jak pogodzić się z takimi upokorzeniami? Indie zmuszają ludzi do radykalizacji.”
Niedaleko budynku ONZ w Nowym Jorku trwały dwie manifestacje, jedna propakistańska, druga proindyjska.

Pierwsze strzały

Minister obrony Indii Rajnath Singh dał do zrozumienia, że jego kraj może zmienić swą doktrynę nie użycia broni jądrowych jako pierwszy. Doszło do tego po incydencie zbrojnym na granicy indyjsko-pakistańskiej w Kaszmirze, pierwszym od czasu zniesienia przez Hindusów autonomii ich części spornej prowincji na początku tego miesiąca. Region zmienia się w beczkę prochu.

Zarówno Pakistan, jak i Indie, nazywają „linią kontrolną” ich wspólną granicę w Kaszmirze, gdyż oba te kraje mają ambicję posiadania całości tego regionu i stoczyły o niego już dwie wojny. Według źródeł pakistańskich, miało tam dojść w czwartek w okolicach miejscowości Nowshera do poważnej wymiany ognia, w której miało zginąć wielu żołnierzy pakistańskich i indyjskich. Nie podano żadnych konkretnych liczb. Pakistan oskarża Indie u użycie międzynarodowo zakazanej amunicji kasetowej (dużych bomb z zawartością wielu małych ładunków – nb. Polska nie uznaje tego zakazu), ale zaprzeczają temu Indie.
Wcześniej zmieniło się stanowisko władz pakistańskich w kwestii sposobu uregulowania konfliktu, z pokojowego na – ewentualnie – zbrojny. Miało to być związane z „potwierdzonym” zagrożeniem indyjskim atakiem na pakistańską część Kaszmiru. W piątek indyjski minister obrony udał się do Pokhranu, gdzie w 1998 r., za czasów premiera Atala Vajpayee, Indie przeprowadziły swój pierwszy, próbny wybuch jądrowy. „Pokhran jest miejscem-świadkiem zdecydowanej determinacji [b. premiera] uczynienia z Indii mocarstwa atomowego, które pozostają ciągle przywiązane do doktryny nie użycia broni jądrowych jako pierwsze. (…) Lecz to, co może wydarzyć się w przyszłości zależy od okoliczności” – pisał potem na Twitterze minister Singh.
Indie zobowiązały się do tej doktryny w 1999 r., podobnie jak wcześniej sąsiednie Chiny, nie uznaje jej jednak Pakistan. Rząd pakistański ogłosił dziś, że minister Singh „kłamie”, gdyż Indie odeszły od niej już w 2003 r., kiedy tamtejszy rząd zadeklarował, że może użyć broni jądrowych w chwili „każdego ataku” (czyli nie tylko jądrowego) o dużej skali na ich terytorium. Oficjalne odejście od doktryny nie użycia takich broni jako pierwszy figurowało w programie wyborczym nacjonalistycznej partii obecnego premiera Indii Narendy Modiego, który 5 sierpnia niespodziewanie odebrał muzułmańskiemu Kaszmirowi autonomię. Indyjska część Kaszmiru pozostaje od tej daty odcięta od świata, lecz różnymi drogami docierają stamtąd wiadomości o szerokich, krwawych represjach przeciw ludności, którą Pakistańczycy uważają za rodaków. W areszcie przebywają przywódcy muzułmańskiej ludności. W sobotę indyjska policja zakomunikowała, że niektóre obostrzenia zostały uchylone, między innymi przywrócono niektóre połączenia telefoniczne.
W piątek odbyło się specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami na temat sytuacji w Kaszmirze – pierwsze od pięćdziesięciu lat poświęcone tej kwestii. Premier Pakistanu Imran Khan podkreślił, że zwołanie RB to równocześnie przywołanie jedenastu wcześniejszych jej rezolucji mówiących o prawie mieszkańców Kaszmiru do samostanowienia. Internacjonalizacja kwestii Kaszmiru została natomiast skrytykowana przez Indie. „Nie życzymy sobie, aby międzynarodowe organy mówiły nam, jak mamy żyć” – oświadczył po sesji ambasador Indii przy ONZ Syed Akbaruddin, dodając że sprawa Kaszmiru to wewnętrzna sprawa Indii.
Zainteresowanych Czytelników zachęcamy do obejrzenia dokumentalnego filmu o Kaszmirze autorstwa Kacpra Jastrzębskiego „The Stones against Rifles”. Jest on dostępny na YouTube, a także na stronie internetowej „Dziennika Trybuna”.

Księga Wyjścia (24) Ballada o Kaszmirze i królestwie Kabuto

Moje obawy okazały się płonne, od kiedy przyjechał do mnie syn wcale nie spędzamy czasu przy monitorze, lecz wiecznie gdzieś się przemieszczamy tocząc bardzo ciekawe rozmowy.

Wakacje to taki okres, podczas którego zjechali się obaj synowie. Starszy po ukończeniu uniwersytetu w Londynie postanowił kontynuować naukę na studiach podyplomowych w Chinach, przyjechał na wakacje. Mieszka niedaleko, więc widujemy się często, młodszy przyjechał do mnie z Bydgoszczy, a ponieważ ma niecałe czternaście lat obawiałem się, że jedyna godna jego uwagi atrakcja to komputer i gry. Okazało się na szczęście nie.
Już drugiego dnia pojechaliśmy do Janowca, jest tam fantastyczny zamek wraz z całym kompleksem parkowym, w którym znajduje się również skansen. Sam zamek ma bardzo ciekawą historię, poza tym, że kręcono w nim ostatnią scenę z Wokulskim – to niby tam się wysadził.
To jest to jedyny w Polsce zamek, który w PRL był w prywatnych rękach. Właściciel jednak nigdy nie robił kłopotu zwiedzającym, nawet nie pobierał żadnych opłat. Kozłowski, tak miał na nazwisko, zmarł w 1976 roku, potem chyba ów zabytek zasilił skarb państwa. Częściowo odbudowany, częściowo pozostawiony jako wieczna ruina.
Po złażeniu zamku i okolic, chciałem pokazać Maciusiowi okoliczne góry. Nie są to wprawdzie ambitne szczyty na miarę Tatr, ale to właśnie tam uczyłem się wspinaczki i ona zaszczepiły mi miłość do gór. Śmiało ruszyłem więc prowadząc dziecko w miejsca znane mi z młodości, a tam wszędzie ogrodzenia. Chodziliśmy wzdłuż stoku szukając jakiegoś nieogrodzonego miejsca, gdy wreszcie udało się takowe znaleźć, z namiotu wyskoczył w majtkach jakiś starszy jegomość i z awanturą zaczął na przepędzać z jak to ujął – jego prywatnej posesji. Ze względu na dziecko starałem się być miły.
Niezrażeni agresją chama, ruszyliśmy dalej szukać wolnej przestrzeni, ale jedyne co udało się znaleźć to zarośnięte kolczastymi krzakami chaszcze i krzaki. Podjęliśmy próbę przejścia i przedostania się w mniej kłujące miejsce, traktując tę naturalną barierę jako zło konieczne. Niestety, podrapani wróciliśmy w końcu na janowiecki rynek, by zjeść obiad i wrócić do domu. Podczas obiadu opowiadałem jak było tu niegdyś, że można było dowolnie chodzić, łazić, wspinać się i nikomu to nie przeszkadzało. Wtedy Maciek mnie zaskoczył, zapytał czy wiem coś o mikronacjach i że jest w Polsce inne państwo.
Wiedziałem o angielskiej rodzinie, która zasiedliła opuszczoną platformę na wodach eksterytorialnych i utworzyła tam własne państwo o nazwie Sealand. Anglicy usiłowali ich stamtąd przepędzić wysyłając swoje wojska, ale rodzina odwołała się do instytucji międzynarodowych i wygrała. Opowiadałem o rozgłośniach radiowych i filmie „Radio na fali”, gdy w latach sześćdziesiątych muzyka rockowa była na wyspach ściśle reglamentowana, wiele rozgłośni radiowych nadawało z wód eksterytorialnych na morzach i oceanie. Wtedy syn zaskoczył mnie po raz kolejny, okazało się, że w Polsce również są niepodległe państwa, zwłaszcza jedno jest bardzo osobliwe. Królestwo Kabuto znajduje się pod Radomiem, flagę mają podobną do brazylijskiej, nie obowiązuje tam ani podatek VAT, ani dochodowy. Języki urzędowe to polski i angielski, jest monarchią i obecnie stara się o uznanie przez NATO.
Tak naprawdę jest to kawałek łąki, który teoretycznie ma już wielu mieszkańców, a na pewno obywateli. Władcą jest sprytny Mieszko Makowski, a sama idea jest sprzeciwem sytuacji w kraju. Twórca tego państewka, wcześniej handlował działkami w niebie, piekle i w czyśćcu – z zaznaczeniem, że ma oferty dla każdego wyznania. Ewidentne facet zakpił sobie z religii i polskiego etosu, który formą przewyższa treść. Kabuto dysponuje również terenami,a raczej obszarem wodnym obok Kanady i jakąś działką w Chorwacji. Nie obowiązuje tam żadna religia, a prawo zostało spisane ręką władcy, który jedynie tam administruje.
O ile Królestwo Kabuto jest bardzo barwnym i ciekawym przedsięwzięciem, to okazało się, że takich państewek na terenie Polski jest więcej. Wystarczy być sprytnym i znać przepisy. Miłośnikom wielkiej Polski mogę się teraz głośno zaśmiać w twarz. Legalizacja państwa Kabuto przebiegła zupełnie przypadkowo. Makowski dostał wezwanie na najbliższą komendę. Gdy otworzył kopertę zobaczył urzędowe pismo, opatrzone godłem i pieczęciami z następującą treścią: „wzywa się pana Mieszko Makowskiego zamieszkałego, legitymującego się dowodem osobistym o numerze, w celu złożenia wyjaśnień w sprawie założenia Państwa Kabuto”. Okazało się, że ten niepozorny dokument wystarczył do potwierdzenia, że państwo polskie uznało Kabuto jako osobny, suwerenny kraj.
Łatwiej założyć w Polsce własne państwo niż uzyskać status mniejszości etnicznej. Konkluzja smutna, ale prawdziwa. Wszystko to za sprawą konwencji z Montevideo z 1933 roku. Zgodnie z jej ustaleniami państwo powinno mieć suwerenną władzę, określone terytorium oddzielone granicą i zdolność wchodzenia w stosunki międzynarodowe. Technicznie wygląda to tak, że wystarczy znaleźć kawałek nienależącego do nikogo gruntu, zatknąć flagę i ogłosić nowym państwem.
O ile Mieszko Makowski kupił w Polsce kawałek łąki, to terytorium morskie w Kanadzie i działkę w Chorwacji znalazł przez internet. Obywateli ciągle przybywa i choć nie jest możliwe by pomieścili się oni na tym kawałku łąki, to po rozpatrzeniu przez rząd obywatelstwo dostają lub nie. Korzystają z tego przedsiębiorcy, po pierwsze nie ma tam podatków, ani żadnych urzędów, okienek i pań z którymi trzeba rozmawiać, wszystko można załatwić wirtualnie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę mikronacje w Polsce, a wyskoczy ich kilkanaście, (dla fanatyków kilka ultrakatolickich). Jest to niezły pomysł na życie, by odciąć się od wpływów kościoła katolickiego. Zamiast walczyć w pochodach czy wiecach z idiotami nafaszerowanymi kultem wojny, którzy z bogiem na ustach wzywają do nienawiści, nazywając ludzi zarazą, utworzyć własne państwo i odrodzić się od nich granicą, a gdy taki Jędraszewski znowu coś palnie, wezwać ambasadora Polski na dywanik.
Do tego potrzebna jest determinacja, ale jeśli nie możemy pokonać ich w sposób demokratyczny, bo ten system coś szwankuje, to może zrobić zrzutkę i wykupić część kraju, a resztą niech się zajmą wszyscy, którzy tak bardzo kochają bliźniego, że aż nienawidzą jego poglądów. Można zostawić im Częstochowę, krowę, kaczkę, drób i drogę na Łagiewniki. Inaczej nigdy nie dadzą nam żyć. Pomysł wydał mi się bardzo fajny, ale jedynie w teorii, bo w praktyce biurokratycznie jestem jak dziecko we mgle.
Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że jeśli moje książki są w bibliotekach, to raz w roku powinienem dostać jakieś pieniądze. Wydana osiemnaście lat temu „Humanitarna wojna”, jest w wielu bibliotekach, także uniwersyteckich, problem polega jedynie na tym, że muszę się gdzieś zarejestrować. Dotychczas nie miałem o tym pojęcia. Podczas pobytu synów, a zwłaszcza młodszego, który w tym czasie zamieszkał u mnie, znacznie mniej pasjonuję się krajową polityką. Fakt, że mieszka w Bydgoszczy i rzadko się widujemy, więc wszystko inne zeszło na dalszy plan, ale też naszła mnie refleksja, czy przypadkiem ten tzw „ciemny lud” jak to określił był niegdyś prezes TVP, pasjonuje się tą polityką z nudów? To grupa zgorzkniałych emerytów lub żądnych zadymy kiboli, którym wmówiono, że wojna to cześć, honor i chwała dlatego popieprzają ulicami miast bijąc każdego, kto ma na sobie ubranie w kolorach tęczy. Wniosek jest taki, że od kiedy Maciuś jest u mnie politykę mam głęboko w nosie. Jeśli już, to rozmawiamy o Kaszmirze, ale gdy zejdziemy się we trzech.
Starszy syn nakręcił film o tym zakątku i konflikcie z Indiami. Potrafi o tym opowiadać, a młodszy z zaciekawieniem słucha. Podobnie jak interesują go bardzo Chiny, jeśli polityka, to międzynarodowa. Krajową mamy w nosie, oprócz Królestwa Kabuto oczywiście. Jeśli naprawdę mamy dość rządów ostatnich trzydziestu lat, to nic tylko założyć własne państwo, na własnych zasadach.
I teraz najważniejsza konkluzja, czy naprawdę musiało minąć ponad sto lat, by zacząć wcielać idee Bakunina? Ostatnie wydarzenia na terenach Kaszmiru stały się pretekstem, by ponownie opowiedzieć historię tego regionu. Za zgodą autora filmu, czyli mojego syna, podaję adres internetowy, pod którym można obejrzeć ten film pt: „Kamienie przeciw karabinom”. A w wersji internetowej może DT znajdzie miejsce by go również zamieścić. https://youtu.be/i8vLpG4sMzc
Na dzisiaj wystarczy, musimy z Maciusiem iść odkrywać kolejne dzikie zakątki z mojej młodości. Mam nadzieję, że jeszcze nie wszystkie wykupili deweloperzy.

Bitwa nad Kaszmirem

W na przełomie lutego i marca byliśmy świadkami wzrostu napięcia pomiędzy Indiami a Pakistanem. Doszło do walk powietrznych, uderzeń bombowych i wymiany ognia na lądzie. Oba kraje dysponują bronią jądrową, stąd każde starcie zbrojne grozi daleko idącymi konsekwencjami w skali całego regionu.

Zamrożony konflikt o Kaszmir jest od momentu podziału byłej brytyjskiej kolonii na dwa państwa – Pakistan i Indie – czyli od roku 1947, jednym z „punktów zapalnych” świata. Indie i Pakistan stoczyły o Kaszmir trzy wojny, a sytuacja bieżąca daleka jest od normalizacji . Tym razem, dzięki interwencji mocarstw, w tym przede wszystkim mediacji rosyjskiej, powstrzymano Nowe Delhi i Islamabad przed dalszą „wymianą ciosów”. Prześledźmy zatem co się wydarzyło w lutym 2019 roku.
14 lutego zamachowiec-samobójca wysadził się obok kolumny indyjskiej formacji paramilitarnej w indyjskiej części Kaszmiru. W wyniku tego ataku terrorystycznego zginęło 45 osób. Odpowiedzialność za atak ogłosiła grupa „Jaish-e-Muhammad” (JeM). Następnie Indie oskarżyły Pakistan o pomoc bojownikom, odwołały swego ambasadora z Pakistanu i skutecznie zakazały importu towarów pakistańskich. Islamabad stanowczo zaprzeczał współudziałowi w ataku terrorystów. Wywiad indyjski twierdził zaś, że ma dowody na zaangażowanie Pakistanu.

Odwet Indii – nalot lotniczy

Według indyjskich mediów i źródeł oficjalnych, Indyjskie Siły Powietrzne (Bhartiya Vāyu Senā) zaatakowały cele w Pakistanie rankiem 26 lutego 2019 r.
Główne uderzenie zostało przeprowadzone przez 12 myśliwców wielozadaniowych francuskiej produkcji Dassault Mirage 2000H. Wystartowały one z bazy lotniczej Gwalior w środkowych Indiach, po drodze dokonały tankowania w powietrzu z samolotów cystern Il-78MKI zakupionych w Rosji, a po ataku wylądowały w bazie lotniczej Ambali. Do wykonania zadania samoloty wykorzystały 2000-funtowe izraelskie bomby szybujące Rafael SPICE 200. SPICE (Smart, Precise Impact, Cost-Effective) to opracowany przez Izrael zestaw zmieniający standardowe kinetyczne bomby (Mk 84 – 908 kg i Mk 83 – 454 kg) w broń inteligentną, precyzyjną, skuteczną i relatywnie tanią. SPICE jest też bardziej zaawansowana niż standardowe bomby laserowe (np. GBU-15), ponieważ w jej przypadku mamy do czynienia z naprowadzaniem kombinowanym: elektrooptycznym i satelitarnym (GPS). Dzięki temu zawsze istnieje możliwość wykonania uderzeń skrytych, na wiele celów jednocześnie oraz przy niesprzyjających warunkach atmosferycznych.
Spice 2000 to precyzyjna bomba szybująca o wadze 908 kg. W jej pamięci można zapisać pozycje 100 obiektów w rejonie ataku. Po zrzuceniu bomba rozkłada skrzydła i leci lotem ślizgowym do rejonu ataku wykorzystując naprowadzanie inercyjne i GPS, by przed samym uderzenie włączyć głowicę elektrooptyczną lub na podczerwień. Zasięg bomby to ok. 60 km, precyzja trafienia do 3 metrów. Naprowadzanie bomb odbywało się za pomocą podwieszanych zasobników celowniczo-nawigacyjnych Rafael Litening.
Ponadto indyjske Mirage wykorzystały też izraelskie rakiety manewrujące Rafael Popeye 2 (Crystal Maze) klasy powietrze-powierzchnia, o zasięgu ok. 70 km.
Bezpośredni atak był wspierany przez liczną grupę lotniczą Indian Air Force, w tym dwa samoloty radiolokacyjnego dozoru i kierowania. Jeden, rosyjski odpowiednik AWACS-a , A-50EI, i jeden lekki, konstrukcji izraelskiej – NETRA oparty na dyspozycyjnym samolocie Embraer E145). Samoloty naprowadzania, dowodzenia i kontroli zostały wystartowały baz Agra (A-50EI i tankowce IL-78MKI) i Bhatimda skąd wystartowały izraelskiej konstrukcji samoloty NETRA.
Całość zgrupowania osłaniało osiem samolotów myśliwskich przewagi powietrznej. Były to rosyjskiej produkcji Su-30MKI. Dwa samoloty Mirage 2000H zostały wyposażone w pojemniki do aktywnego stawiania zakłóceń radioelektronicznych. Do rozpoznania i oznaczenia celu wykorzystano izraelski dron – IAI Heron. Myśliwce osłony Su-30MKI zostały poderwane z baz lotniczych Bareilly i Halvar,
Indyjskie zgrupowanie uderzeniowe zaatakowało trzy obozy islamskich ugrupowań terrorystycznych Dżaasz-e-Muhammad (Armia Muhammada), Hezbul Mudżahiddin (Hizbul Mudżahedinów) i Lashkar-Taiba (Lashkar-e-Tayyaba – Armia Pana). Dwa z tych obozów znajdowały się w rejonie Chakoti i Muzaffarabad w pakistańskiej części Kaszmiru, a trzeci (główny obóz) znajdował się na obszarach Balakot i Mansehra w pakistańskiej prowincji Khajber Pakhtunkhwa (to znaczy poza spornym terytorium Dżammu i Kaszmiru).
Atak rozpoczął się o 03:45 czasu lokalnego i trwał 21 minut.
Strona indyjska ogłosiła całkowity sukces operacji. „Obozy terrorystyczne w Balakot, Chakoti i Muzaffarabad zostały całkowicie zniszczone w wyniku ataków lotniczych Sił Powietrznych, a punkty kontrolne Armii Muhammada również zostały zniszczone” – podała oficjalna agencja prasowa ANI.
Pierwszy wiceminister spraw zagranicznych Indii Vijay Gohale poinformowała o „nie-wojennym” wyprzedzającym uderzeniu: „Podczas dzisiejszej operacji pod dowództwem wywiadu Indie uderzyły w największy obóz szkoleniowy (JeM) w Balakot. Podczas tej operacji wyeliminowano bardzo dużą liczbę terrorystów, instruktorów, starszych dowódców grup dżihadystów, którzy przygotowywali się do operacji wojskowych. Tym przedsięwzięciem w Balakot kierował Maulana Yusuf Azhar (pseudonim Ustad Guri), szwagier Masud Azhar, szefa JeM. Rząd Indii jest stanowczo i zdecydowanie zobowiązany do podjęcia wszelkich niezbędnych środków w celu zwalczania zagrożenia terroryzmem. W związku z tym to pozawojenne działanie prewencyjne skierowane było w szczególności na obóz JeM”.
Według źródeł indyjskich, największy atakowany obóz grupy JeM znajdował się w lesie na szczycie Jaba, w pobliżu miasta Jaba, położonego między Balakot i Mansehra w pakistańskiej prowincji Khajber-Pakhtunkhwa, 65 km od linii kontrolnej z Indiami (linia demarkacyjna między Indiami oraz Pakistanem w Dżammie i Kaszmirze). W obozie, który zajmuje obszar około 50 hektarów, w czasie ataku było 325 bojowników i 25-27 „instruktorów”. Obóz zaatakowało 5 Mirage 2000H, które weszły w ​​​​przestrzeń powietrzną Pakistanu i zrzuciły bomby SPICE 2000. Zgodnie z najnowszymi doniesieniami indyjskich mediów, powołując się na „źródła wywiadowcze”, 42 terrorystów zostało rzekomo zabitych w wyniku tego ataku.
Pozostałe dwa obozy w rejonach Chakoti i Muzaffarabad według wielu informacji zostały zaatakowane za pomocą kierowanych bomb SPICE 2000 i rakiet Popeye 2 wystrzelonych z Mirage 2000H z obszaru indyjskiej przestrzeni powietrznej, bez przekroczenia przez te samoloty linii demarkacyjnej terytoriów obu państw.
Przedstawiciele Pakistanu potwierdzili, że indyjskie samoloty wojskowe wtargnęły w przestrzeń powietrzną Pakistanu i uderzyły w obszar leśny w Muzafarabad (Kaszmir), jednak ich zdaniem indyjskie uderzenie lotnicze było rzekomo bezowocne. Bomby miały spaść na kompleks leśny 150 metrów od szczytu atakowanej góry i Pakistan będzie dochodził odszkodowania za „ekoterroryzm” sił indyjskich.
Ponadto generał dywizji Azif Ghafoor, rzecznik Pakistańskich Sił Powietrznych powiedział: „Indyjskie samoloty musiały stawić czoła szybkiej i skutecznej reakcji Sił Powietrznych Pakistanu i uciekając pozbyły się zbędnego obciążenia bojowego w pobliżu Balakot, zrzucając swoje bomby, nie wyrządzając strat ludzkich i szkód”. Media pakistańskie powołując się na miejscowych mieszkańców twierdzą, że indyjski atak lotniczy na Balakot został rzekomo omyłkowo źle ulokowany i bomby spadły w odległości 1 km od domniemanego obozu JeM.
Strona indyjska z kolei całkowicie zaprzecza efektywności przeciwdziałania Sił Powietrznych Pakistanu, argumentując, że dwa pakistańskie myśliwce F-16 próbowały przechwycić pięć indyjskich Mirage 2000H, uderzających na obóz w rejonie Balakot, ale przybyły na ten obszar wówczas, gdy samoloty indyjskie udały się już nad terytorium Indii (według innej wersji, „nie odważyli się Pakistańczycy zaatakować, po wykryciu przeważających sił indyjskiego lotnictwa”).
Tak czy inaczej, złożona operacja lotnicza sił indyjskich przeprowadzona została pomysłowo i osiągnęła swój cel. Nie poniesiono strat, a gros przewidzianych do zniszczenia celów skutecznie porażono.
Kolejnego dnia, tj. 27 lutego doszło do starcia lotniczego, walk powietrznych w wyniku którego zestrzelony został pakistański F-16 i indyjski myśliwiec MiG-21 Bis, którego pilotem był syn wieloletniego marszałka lotnictwa Indii i pilota oblatywacza Simchakutii Wartchamana, ale o tym i starciach w powietrzu i na lądzie napiszę w kolejnym artykule.