Zapomniana reforma gospodarcza w Polsce 1981 r.

„Reforma gospodarcza należała do programowych haseł – zarówno władzy, jaki i Solidarności. Realizacyjnie, nie było to już takie oczywiste”
gen. Wojciech Jaruzelski

„Wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”, wywołało – zdaniem Stanisława Kani-expose Premiera-Generała, wygłoszone w Sejmie, pisałem w tekście „Premier…, 4-5 marca 2020. Główną podstawą był projekt – główne tezy reformy gospodarczej, apel o 90 dni spokoju oraz przychylność wyrażana w wielu publicznych wypowiedziach. Na sali obrad Rady Ministrów, jak pamiętają np. prof. Józef Kozioł i Stanisław Ciosek – pojawiła się tablica, na której odliczano „dni spokoju”.
Dla Generała, szczególnie cenne – wiem z rozmowy – były zachęcające wypowiedzi przedstawicieli gremiów kierowniczych Solidarności, m.in. prof. Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia. „Sprawdził” je Generał i z satysfakcją znalazł ich potwierdzenie, gdy ku zaskoczeniu Rządu, z kilkoma ministrami wybrał się w lutym do kilku sklepów na warszawską Wolę.
Zaskoczone wizytą ekspedientki i klienci mówili o brakach ale i nadziei na poprawę dostaw, choć niektórzy, można rzec-odważyli się mówić-„oby rząd nie zawiódł”. Na początku marca powtórzył ten „eksperyment” i pojechał z grupą ministrów do kopalni Knurów. Obok życzliwości dostrzegł przykłady braku operatywności działania miejscowej administracji, co zauważył już na Woli. Tu taka uwaga. Ku mojemu zaskoczeniu, kilkunastu Czytelników, zachęcało mnie, by wziąć przykład z Pana Zdzisława Rozbickiego, który na łamach Trybuny opisał wizytę Generała we Wrocławiu. Takich „wizyt” było jeszcze kilka. Z uznaniem gratuluję Autorowi ciekawej publikacji i dedykuję tę „zachętę”, którą tylko tak wprawne pióro zaspokoi słuszne oczekiwania naszych Czytelników – dziękuję Państwu.
„Bydgoski marzec”
Dwa miesiące później, 10 kwietnia Generał na posiedzeniu Sejmu stwierdził z goryczą – „Nie było wiele naprawdę spokojnych dni … Występowały wciąż w kraju różnego rodzaju i skali konflikty, pogotowia strajkowe, ultymatywne częstokroć żądania i trudne do spełnienia postulaty”. Jeśli ktoś uważa tę ocenę za krzywdzącą Solidarność – bo przecież ona była tego inicjatorem i wykonawcą zarazem – niech sięgnie po dostępne publikacje, także prasowe i sporządzi ich listę, nie tylko na okres tych 90 dni, ale na cały rok 1981, zachęcam.
Na dowód takiego postępowania niektórych „wyrywnych” działaczy przypomnę awanturę w Bydgoszczy. Na wiecu 8 lutego Solidarność chłopska wezwała Wojewódzką Radę Narodową (WRN), do zwołania sesji poświęconej rolnictwu, którą zaplanowano na 19 marca. Swoistym „wstępem” do udziału w sesji była od 14 marca okupacja siedziby WK ZSL. Przewodniczący regionu Jan Rulewski, zaproszony z 6 osobami, przybył z grupą 25 osób, wpuszczony na salę obrad bez przeszkód. Po referacie wicewojewody, padł wniosek, by dyskusję przełożyć na następne posiedzenie i zamknąć obrady. Goście poczuli się oszukani i rozpoczęli okupację sali. Nie pomogły przekonywania i zapewnienia organizatorów, ani próba łagodzenia sytuacji przez osobistego wysłannika Prymasa, Romualda Kukołowicza, ani rozmowa telefoniczna Lecha Wałęsy. Rulewski był nieustępliwy. Siły porządkowe użyto o godz. 19.10 (jak wynika z raportu MSW), bez pałek i broni. Finał zna cała Polska – pobity, zakrwawiony Rulewski i kilku związkowców. Przez zapowiedziany z tego powodu strajk generalny, Polska stanęła na granicy bratobójczej walki domowej.
Na wniosek Tadeusza Mazowieckiego 28 marca, już po wydarzeniach w Bydgoszczy i 2 dni po spotkaniu z Generałem (26 marca), z delegacją Solidarności, spotkał się Prymas kard. Stefan Wyszyński. Była nagrana przez Prymasa, udostępnił ją na związkowe forum. Prymas mówił, że nie można dopuścić do tego, by „zginął chociaż jeden Polak”. Pytał – „czy lepiej z narażeniem naszej wolności, naszej całości, życia naszych współbraci, już dzisiaj osiągnąć postulaty choćby najsłuszniejsze? Czy też lepiej osiągnąć coś niecoś dzisiaj a co do reszty powiedzieć: Panowie, do tej sprawy wrócimy później”. Namawiał do rozłożenia zadań „na raty”. „Ludziom, którzy zawinili można, że tak powiem, dać pewne moratorium”… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, a także roztropność i rozwaga… jesteśmy uzależnieni blokowo i układami. Musimy być świadomi, że ludzie ci gotowi są bronić swoich układów politycznych, w swoich narodach, chociażby kosztem Polski”. Prymas wspomniał, że w rozmowie z Generałem kładł nacisk na załatwienie dwóch spraw: Bydgoszczy i „Solidarności Wiejskiej”. Dalej mówił – „Nie jestem tragikiem, ale mogę powiedzieć – sytuacja jest groźna. I dlatego też myślę, że gdybyśmy przeciągnęli strunę, wysuwając nasze postulaty, moglibyśmy później bardzo ciężko żałować następstw, które ściągnęlibyśmy na Polskę…stąd potrzeba ogromnej rozwagi”. Pomyślcie Państwo-czy te myśli Prymasa, straciły znaczenie – stosownie do rzeczywistości Polski w 2020 r.?
Po latach paryska „Kultura” ujawniła relację świadka, Antoniego Tokarczuka o kulisach zachowania działaczy Solidarności w budynku WRN. Pisze on m.in.-„Prawda była odmienna od wersji Solidarności.
Działacze Solidarności jednak chcieli okupować budynek, chociaż przysięgali, że nie. A Jana Rulewskiego znowu tak bardzo nie pobito, wyjął sztuczną szczękę do fotografii, a zdjęcie przewodniczącego regionu bez zębów wstrząsnęło sumieniem narodu” – opisał tę sprawę Przegląd, nr 12 z 2001, zachęcam do przypomnienia sobie tamtej atmosfery. Zachęcam do chwili namysłu nad treścią powyższego cytatu – zamierzona „chęć okupacji”, „przysięga-zakłamaną prawdą”, celowo wyjęta sztuczna szczęka by milionom Polaków pokazać „krzywdę”, przez to wywołać współczucie dla takiego „cierpiętnika”, czym omal nie doprowadził do bratobójczej walki, w której – wiele wskazuje – groziła nam „bratnia pomoc” sojuszników uczestniczących w ćwiczeniu Sojusz-81. Co Państwo o tym myślicie? Gdy piszę ten fragment tekstu, „odżyła” refleksja, gdy czytałem wiele razy o „kłamstwie katyńskim, jako podstawie PRL” – Solidarność zbudowana na kłamstwie!?? Wstydzę się tych słów – skreślam je, usuwam z swej myśli i pamięci, choć mam wiele dowodów – znane są milionom Polaków – niektóre pokazuję w publikacji. Przepraszam za te słowa wielu znanych mi i szanowanych działaczy Solidarności-wspomnę, prof. Jana Widackiego, Józefa Pioniora, Janusza Onyszkiewicza, Andrzeja Celińskiego zmarłych – prof. Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, tysiące „szeregowych członków”, ludzi uczciwej i ciężkiej pracy, oszukanych przez takich „upatriotycznionych działaczy”. Współczuję Generałowi, gdyż pamięć kolejny raz odświeża sekwencje rozmów w „okresie sądowym”, m.in. z gen. Heinzem Hoffmanem, MON NRD, który niby „mową do siebie” sondował Generała w kwestii zmiany państwowych granic, sytuując to na tle historycznym (tekst „Zwycięstwo rozumu”…, 19-23 czerwca 2019).
Istota reformy
Rząd Józefa Pińkowskiego, który podpisał porozumienia sierpniowe, podjął prace nad reformą gospodarki. Jej zarys przedstawiono na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu z przedstawicielami załóg robotniczych w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu…Niezbędne jest wprowadzenie kompleksowej reformy gospodarczej … Założenie reformy powinny być skierowane do powszechnej dyskusji przed IX Nadzwyczajnym Zjazdem partii”. Założenia opracowano na podstawie krytycznej oceny dotychczasowego stanu – różnych błędów organizacyjnych, materiałochłonności, efektywności zużycia surowców, skuteczności kierowania, itp., ekspertów-fachowców, m.in. Czesława Bobrowskiego, Zdzisława Sadowskiego, Zbigniewa Madeja, Mieczysława Jagielskiego. Faktycznie, istota reformy to zniesienie centralnego planowania i zarządzania gospodarką, wprowadzenie samorządu pracowniczego w przedsiębiorstwie.
Zawierały zasadę trzech „S” – samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw. Zawierały zasadę trzech „S” – samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw. Przyjęcie zasady regulowania gospodarki przez rynek dominowało w powszechnych żądaniach. Opublikowano je już w styczniu 1981. Wywołały szerokie zainteresowanie członków partii, ludzi pracy, członków Solidarności, ekonomistów. Skierowano je do opinii 100 wybranych, najbardziej reprezentatywnych przedsiębiorstw. Dyskusja trwała do czerwca.
Ocena sąsiadów
Założenia reformy wysłano je do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie – jaka była reakcja? Usiądźcie wygodnie w fotelu. Wszystkie kraje-poza Węgrami-odniosły się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto taki fragment – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł”. I dalej-„Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach”. Na końcu zawarto taką konkluzję – „Przedłożona koncepcja zakłada zdobycie wszystkich gospodarczych pozycji władzy w Polsce przez zorganizowane siły kontrrewolucyjne. Jest to w istocie część scenariusza kontrrewolucyjnej grupy KOR-u, zmierzającej do likwidacji socjalistycznego ustroju społeczno-gospodarczego”. Bardzo proszę Czytelników o wytężenie pamięci i wyobraźnię sobie ówczesnej sytuacji Polski po takiej ocenie sąsiadów. Cóż z tego, że opracowano naukową replikę i rozesłano sąsiadom! Wykazano w niej „skostnienie i dogmatyzm autorów, cechy które zmniejszają atrakcyjność socjalizmu”, w wydaniu lansowanym przez sąsiadów. Że „socjalizmowi szkodzą ci, którzy hamują postęp, nie widzą nowych okoliczności”. Czy uważacie Państwo, że uznali nasze racje? Kto z Państwa chciałby być na ministerialnym stanowisku, wtedy podejmować decyzje?
Generał, po objęciu stanowiska premiera i zapoznaniu się z tą „ekspertyzą” wysłał grupę ekspertów do Moskwy, pod przewodnictwem prof. Władysława Baki – prof. Zbigniew Madej, wiceprzewodniczący Komisji Planowania, prof. Władysław zastawny, rektor WSNS. „Może Wam się uda przekonać ich do naszej linii, albo przynajmniej zdjąć odium wynikające z fałszywych naświetleń tego, co dzieje się w Polsce” (prof. Baka wspomniał o dogmatykach w partii). Po powrocie, prof. Baka zdał relację Generałowi – „Nie mam przekonania, czy nasz wyjazd przyniósł oczekiwane efekty. Nastroszyli się jeszcze bardziej, jestem pełen obaw o naszą przyszłość”. Po dyskusji Generał, uznał – „Musimy dać absolutny priorytet tendencjom, jakie u nas dominują. Reformę musimy podporządkować polskim potrzebom i temu, czego ludzie chcą”…
Kilka miesięcy później, 1 czerwca 1981 r. w rozmowie telefonicznej Leonid Breżniew zasugerował gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, „aby uświadomił NSZZ Solidarność, że bez korzystnych stosunków gospodarczych, bez radzieckich surowców, PRL nie może egzystować i żaden inny kraj nie byłby w stanie zrekompensować braku takiej współpracy”. Można się nie zgadzać z tą oceną, być dosłownie wściekłym. Czy nie miał racji Breżniew, by „uświadomić Solidarność”? Dziś warto pomyśleć o „korzystnych stosunkach gospodarczych” – tu przypomnę wypowiedź prof. Grzegorza Kołodki(DT, 27-29 marca 2020). „Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zmrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturę amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć.
Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym, minimalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią”. Państwo Czytelnicy sami wyciągną wnioski.
Reakcja Solidarności
Do Komisji Reformy Solidarność skierowała obserwatorów, Leszka Balcerowicza i Ryszarda Bugaja. Dlaczego nie przyjęli członkostwa Komisji i współodpowiedzialności za reformę? Może po latach wyjawią swoje merytoryczne racje?
W czerwcu 1981 tzw. „Sieć” czyli terenowa organizacja grupująca przedstawicieli Solidarności w dużych zakładach podjęła atak na Komisję za „brak intencji do przeprowadzenia reformy i działanie na rzecz utrwalenia modelu scentralizowanego i nakazowego”. Profesor Władysław Baka ocenił, że zgłoszone postulaty odnośnie samorządności pracowniczej, decyzji ekonomicznych itp. pokrywały się z założeniami reformy, co publicznie wytknął krytykom, stawiając zarzut akcji politycznej i wprowadzania w błąd społeczeństwa. dwa miesiące później, podczas rozmów Komisji pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego z prezydium KKP Solidarności z Lechem Wałęsą, uzgodniono wspólne stanowisko, że „po reformie kluczową rolę w systemie gospodarczym powinno pełnić samodzielne i samorządne przedsiębiorstwo”. Sporną sprawą był wybór dyrektora przedsiębiorstwa. Solidarność chciała wyboru przez załogę, władza stawiała na kompetencje. Spór rozstrzygnięto we wrześniu, przyjmując kompromisową formułę, gdzie Rada Ministrów w porozumieniu ze związkami zawodowymi ustali listę przedsiębiorstw, gdzie dyrektora wybiera organ założycielski, a gdzie rada pracownicza oraz, że sprzeciw rozstrzygał będzie sąd.
Wspomnę tylko, że przez cały 1981 r. trwały strajki z różnych powodów, których przykłady podawałem w poprzednich publikacjach. Tu przypomnę
trzy wypowiedzi:
Profesor Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności (Polityka, 11lipca 1981), m.in. pisze – „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety „nabierać”, nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw.
Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”
Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja.
W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót.
Co było dalej, w drugiej połowie 1981 r. – napiszę w kolejnym tekście, traktując je w sumie jako swoiste przypomnienie i „przygotowanie” Państwa Czytelników do obchodów 40. lecia podpisania porozumień sierpniowych.

Ideał służby zdrowia – szukanie pacjenta

Składanie wizyt lekarzom nie jest moim ulubionym zajęciem. Ale cóż zrobić – w miarę upływu lat muszę ich odwiedzać coraz częściej, tracąc dodatkowy czas na zapisywanie się do wirtualnych kolejek, a potem na siedzenie w fizycznych kolejkach, przed gabinetami.

Te ostatnie dają mi jednak trochę satysfakcji. Aktywizują bowiem zawodową skłonność do badań skali i przyczyn tego organizacyjnego „zjawiska”.

W kolejce

Kolejka fizyczna na ogół się nudzi, więc rozmawia. Podsłuchuję – bo odzywa się we mnie zakorzeniona natura donosiciela, zwanego teraz sygnalizatorem. Informacje o chorobach, opinie o lekarzach, i administracji przychodni, przeplatają się z wyjaśnianiem przyczyn wizyt. Jestem względnie nowoczesnym sklerotykiem, więc mam smartfon i robiłem w nim notatki z kilkunastu takich wizyt, w trzech przychodniach. Co z nich wynika?
Do lekarzy tzw. pierwszego kontaktu jedna trzecia pacjentów „na coś” zachorowała (zaziębienie, grypa, żołądek), chce wiedzieć na co i dostać pomoc w postaci „jakiś” leków.
Także jedna trzecia leczy się u tego lekarza na „choroby przewlekłe”, chce mu powiedzieć jak się czuje i dostać kolejne recepty. Dlaczego nie korzysta z możliwości załatwienia recept w recepcji? Bo „panie w recepcji” robią to niechętnie, najczęściej i tak biegną do jakiegoś lekarza, aby je podpisał. Trwa to dłużej i nie daje przyjemności pogawędzenia z lekarzem i innymi pacjentami w kolejce.
Około 20 proc. leczy się u innego lekarza, ale ktoś im powiedział, że ten jest lepszy zawodowo, albo bardziej uprzejmy. Chcą to sprawdzić.
I pozostali – to wepchnięci dodatkowo w kolejkę jako „nagłe przypadki”, albo kombatanci. Reszta patrzy na nich „wilkiem”, bo wydłużają im czas oczekiwania.
W kolejkach do specjalistów jest inna sytuacja. Połowa oczekujących wie czego chce i są to z reguły pacjenci „komercyjni”, czyli tacy, którzy zapłacili za wizytę 80, 100 albo 120 zł. Druga połowa ma skierowanie od „lekarza pierwszego kontaktu” i liczy na dokładniejszą informację, co właściwie im dolega i jak to leczyć. Uczestnicy tej grupy wyczekali się kilka tygodni, albo kilka miesięcy, a nawet lat w kolejkach „wirtualnych”, najczęściej byli już jednak w „międzyczasie” na płatnych wizytach i obecną traktują jako wstęp do dalszego, bezpłatnego leczenia.
Zapewne mam skłonności do przesady, ale wydaje mi się, że co najmniej 30proc. „kolejkowiczów” mogło by bez uszczerbku dla zdrowia zrezygnować z wizyty, na którą oczekują. Ale wizyta nic nie kosztuje, pracującym może pozwolić na uzyskanie zwolnienia, a emerytom daje możliwość nawiązania towarzyskich kontaktów i wymiany informacji, o czekających ich jeszcze chorobach i nieudolności naszej służby zdrowia.

Kilka złotych minus

Naprawą służby zdrowia kolejne rządy zajmują się deklaratywnie od wielu lat. Rezultaty są dalekie od oczekiwań i zostawiają nas w tyle za większością krajów UE – także za naszymi najbliższymi sąsiadami. Gorzej – wtajemniczeni specjaliści twierdzą, że organizacyjna sprawność służby zdrowia, jest lepsza nawet na formalnie dalekiej od UE Białorusi.

Dlaczego??

Przede wszystkim dlatego, że boimy się niepopularnych rozwiązań. Temat symbolicznej odpłatności za medyczne „usługi” wracał kilkakrotnie, ale był natychmiast wytłumiany przez rządzące ekipy. Ciągle przecież zbliżają się jakieś wybory i nie można drażnić elektoratu groźbą zwiększenia wydatków, zwłaszcza w sytuacji, w której rozdaje się pieniądze w ramach różnych „obietnic +”.
Nie szukajmy dalekich przykładów i zajrzyjmy do braci Czechów. Obywatel płaci tam za każdą wizytę u lekarza około – w przeliczeniu – 4,50 zł. Dwa razy tyle, czyli ok. 9 złotych płaci za każdy dzień pobytu w szpitalu – aż do pewnego limitu , po którym, za uzasadniony dalszy pobyt płaci „system,” – czyli w naszym przypadku NFZ.
Po roku od wprowadzenia tych rozwiązań w 2008 roku, kolejki do lekarzy właściwie zniknęły i osiągnięto nieznany u nas w publicznej służbie zdrowia stan „poszukiwania pacjenta”. W przygranicznych miejscowościach i w Pradze czekają z utęsknieniem nawet na pacjentów z Polski i Niemiec.
Narażam się oczywiście współobywatelom, ale uważam , że w naszej sytuacji 4,50 to za mało. Sądzę, że u nas powinno się płacić minimum 6 złotych za wizytę u „lekarza pierwszego kontaktu” lub innego internisty i 10 zł. za wizytę u specjalisty. Pobyty w szpitalu – też 10 zł. za dzień, do 10 dni. Potem komisja lekarska z danego szpitala powinna zdecydować, czy można pacjenta zwolnić do domu, czy też konieczne jest dalsze jego leczenie szpitalne. Jeśli tak – opłatę za następne dni powinien pokrywać NFZ. Można oczywiście wprowadzać ulgi lub zwolnienia z tych opłat dla niektórych grup pacjentów, ale nie powinno to naruszać podstaw systemu.
To zapewne wymaga dodatkowej dyskusji, ale uważam, że wpływy z tych opłat powinny w połowie zasilać fundusze systemu, a w połowie pozostawać na kontach pobierających opłatę przychodni i szpitali. Kierownictwa tych jednostek powinny mieć swobodę decyzji o przeznaczeniu tych środków, także na podwyższanie poziomu płac personelu medycznego. Może to być dodatkowym elementem konkurencji mobilizującym do poszukiwania pacjentów, i nieco zahamować tendencje młodych lekarzy, do zarobkowych przeprowadzek za granicę.
Ale czeski system ochrony zdrowia zarabia nie tylko na wizytach konsultacyjnych i pobytach szpitalnych. Podobnych rozmiarów wpływy uzyskuje z opłat za wystawianie recept. Za każdą wystawioną receptę pobiera się opłatę w wysokości prawie 3 złotych. To byłoby „małe piwo”. ale wprowadzono zasadę, że recepta może być tylko na jeden lek. Jeśli np. emeryt musi zażywać 7 leków, to dostaje siedem recept i płaci za nie ok. 21 złotych. Może nie co miesiąc, bo – tak jak u nas – można dostać receptę na dwa czy trzy opakowania, ale w każdym razie jest to już znaczący wydatek.
Czeski system opłat za recepty jest – moim zdaniem – zbyt biurokratyczny. Sądzę, że powinniśmy do tej części problemu podejść inaczej. Można przecież – niestety znowu denerwując suwerena – wprowadzić opłatę na „fundusz zdrowia” w wysokości np. 1 zł. od każdej sprzedaży leku na receptę. Obliczyłem na paru konkretnych przykładach. Byłby to dla pacjenta wydatek roczny 50 – 60 złotych. Jednorazowo wydaje się dużo, ale w „rozbiciu” na 12 miesięcy nie powinno nikogo przerażać.

Szersze spojrzenie

Odważna decyzja o wprowadzeniu niewielkiej odpłatności za wizyty u lekarzy i pobyty w szpitalu powinna – moim zdaniem – pozwolić także na rezygnację z „zasady”, że do specjalisty musimy iść ze skierowaniem od internisty. Eo ipso – musimy najpierw czekać na wizytę u internisty, a potem u specjalisty. Bez sensu. Jeśli będziemy płacić drożej za wizytę u specjalisty– to raczej nikt nie będzie się o nią starał, jeśli nie będzie miał pewności, że jest mu ona naprawdę potrzebna.
Po wprowadzeniu odpłatności w publicznej służbie zdrowia do zmniejszenia kolejek może się też przyczynić konkurencyjna aktywizacja licznych w Polsce korporacji medycznych. Dzisiaj także przejmują one podstawową opiekę lekarską nad dużymi grupami pracowników, których pracodawcy decydują się na wykupienie „pakietów”, w praktyce eliminujących konieczność korzystania z placówek „publicznej” służby. Z ich usług korzysta także część lepiej sytuowanych przedstawicieli „wolnych zawodów”, a także bogatszych emerytów. Trudno się dziwić – ich placówki są lepiej zorganizowane, wizyty odbywają się punktualnie, nie trzeba czekać na EKG czy pobranie krwi.
Korporacje medyczne mają jednak – moim zdaniem – niewybaczalny grzech na sumieniu. Prywatnie u większości tych firm można wykupić „pakiet”, jeśli się nie ma więcej niż 80 lat. Pacjenci powyżej tego wieku nie są już dla nich interesujący, bo (zapewne) mogą częściej chorować, domagać się wizyt domowych i badań laboratoryjnych. Ale – jakby tego nie tłumaczyć – jest to jednak rodzaj wykluczenia określonej grupy obywateli. Nieubłagany upływ czasu powoduje, że w tej grupie są obecnie wszyscy, jeszcze uporczywie i bezczelnie żyjący, kombatanci II Wojny. Zarówno ci „z zachodu” jak i „ze wschodu”, a także partyzanci i uczestnicy Warszawskiego Powstania. Nie ma ich wielu i jeszcze mniej jest wśród nich ludzi dobrze sytuowanych, którzy z usług korporacji chcieli by korzystać. Ale są tacy, próbują i odbijają się od ściany. Panie i Panowie Prezesi korporacji medycznych – wiem, że „biznes to biznes”, ale z moralnego i „patriotycznego” punktu widzenia wygląda to bardzo brzydko. A w zestawieniu z hurrapatriotycznym nastawieniem obecnie rządzącej ekipy – wręcz tragicznie.
Wprowadzenie niewielkiej odpłatności za usługi medyczne w publicznej służbie zdrowia wymaga oczywiście szerokiej dyskusji i przygotowania społecznego. Słyszę czasem głosy, że może to nie być zgodne z Konstytucją. Nie zgadzam się z tym poglądem. Artykuł 68 pkt. 2 Konstytucji mówi, ze „obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”. Konstytucja nie wspomina o odpłatnościach, czyli mogą być one jednym z warunków ustalonych ustawą. Jeśli wszyscy będą musieli ponosić drobne opłaty za usługi medyczne, to dostęp nadal będzie „równy”.