Komisarze

Timmermans plus

Jeśli chodzi o kandydatów na przyszłych komisarzy Komisji Europejskiej wszystko jest już jasne. Nowa Przewodnicząca Komisji, Ursula von der Leyen przedstawiła polityków, którzy – po uzyskaniu akceptacji Parlamentu Europejskiego – będą tworzyli jej nowy unijny gabinet.
Polskie władze najbardziej cieszą się z kandydowania Janusza Wojciechowskiego na komisarza do spraw rolnych i z tego, że komisarzem do spraw praworządności nie będzie już Frans Timmermans. Ten drugi fakt w polskich sferach rządowych i pośród europosłów PiS jest nawet powodem do nieco większej radości niż szansa, przed jaką stanął Janusz Wojciechowski. Uważam, że w obu przypadkach radość trzeba miarkować. Panu posłowi Januszowi Wojciechowskiemu życzę powodzenia, ale powody jego kłopotów są powszechnie znane, a fakt, że zostały podniesione przez prasę światową na kilka dni przed nominacją na kandydata na unijnego komisarza rolnego może nie być tak całkiem przypadkowy.
Jeśli zaś chodzi o Fransa Timmermansa, to w roli komisarza do spraw przestrzegania praworządności w krajach Unii zastąpić go ma Czeszka, pani Věra Jourová.
Nie zapominajmy jednak, że punkt startu jest następujący: Komisja Europejska nadal prowadzi wobec Warszawy postępowanie o naruszenie prawa unijnego w ramach artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej zaś przyszła pani komisarz, jak do tej pory, prezentuje w kwestii praworządności postawę wręcz ortodoksyjną.
„Musimy lepiej wykorzystać fundusze unijne dla przestrzegania zasady państwa prawa”, „Uważam, że powinniśmy rozważyć stworzenie silniejszej warunkowości między rządami prawa a funduszami spójności”, „Nie będzie skutecznej polityki regionalnej i spójności bez rządów prawa”, „Rządy prawa są nie tylko kompetencją krajów, ponieważ sądy państw członkowskich muszą przestrzegać prawa UE – oznacza to, że jeśli jeden krajowy system wymiaru sprawiedliwości jest zepsuty, to cały system UE jest zepsuty”. To są jej słowa… Nic mi nie wiadomo, żeby z któregoś z tych twierdzeń się wycofała. Co więcej przypomnieć trzeba, że to ona przygotowała regulację, że wypłata środków będzie uzależniona od uznania praworządności. Ten dokument jest przyjęty, reguła jest przyjęta, a budżet jest w trakcie przygotowywania i należy się spodziewać, że ta zasada będzie respektowana.
W tym kontekście jeszcze jedna uwaga, ale ważna – czytamy o wielkiej radości, że Trybunał Sprawiedliwości UE przyznał nam rację w sporze o rurociąg Opal i my to orzeczenie akceptujemy. Tylko, że nie można wyroków Trybunału Sprawiedliwości akceptować wybiórczo. Jeśli orzeczenie jest korzystne, to w porządku, ale jeśli nie, to takiego orzeczenia nie przyjmiemy do wiadomości… Mówię o tym nie bez przyczyny – pani Jourová pod tym względem okaże się zapewne jeszcze bardziej nieprzejednana niż Frans Timmermans, zwłaszcza, że jest to kobieta młodszego pokolenia i nie ma tych sentymentów, co on. Polscy żołnierze w przeszłości raczej Czech nie wyzwalali, tak jak Holandii…
Po swej nominacji Jourová powiedziała: „W pełni podzielam jej [U.von der Leyen – BL} zobowiązanie na rzecz ochrony naszych podstawowych wartości, w tym praworządności. Mam odpowiednie doświadczenie, aby zająć się tymi problemami i otworzyć nowy rozdział”.
Wracając do Fransa Timmermansa, to moim zdaniem fakt, że zmienia mu się portfolio z praworządności na ekologię, też nie jest żadnym powodem do tak ostentacyjnej radości, że „przeżyliśmy komisarza Timmermansa, tak jak komisarzy radzieckich”. Jest to po pierwsze mało eleganckie, a po drugie grubo przedwczesne, bo Timmermans, jako pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, będzie koordynować określoną grupę komisarzy. Natomiast w dziedzinie ekologii i środowiska, za co być może będzie odpowiadał, nasze relacje z Unią też nie są wzorcowe – była i Rospuda, była Puszcza Białowieska, jest węgiel i niekonsekwentne stanowisko wobec paryskiej konwencji na temat emisji dwutlenku węgla.
Może się okazać, że był Timmermans, a teraz będzie Timmermans plus. Timmermans + Věra Jourová.
Jeśli chodzi o moje osobiste zaskoczenie, jest nim Laszlo Trocsanyi. Wskazanie Węgra na komisarza do spraw przestrzegania praworządności i to twórcy zmian prawnych na Węgrzech, w rezultacie których też toczy się procedura Art. 7, jest co najmniej zaskakujące. Co prawda dotąd obowiązuje zasada, że po przekroczeniu progu Komisji Europejskiej, po mianowaniu na komisarza, polityk przestaje być politykiem krajowym, a staje się politykiem europejskim, reprezentuje wyłącznie UE i od tej chwili jej polityka, spójność, rozwój i zwartość, są jedynym drogowskazem, który obowiązuje wszystkich komisarzy. Czy jednak kandydat węgierski będzie potrafił oderwać się od własnej reformy sądownictwa i spojrzy na nią nie z orbanowskiej, ale z brukselskiej, wspólnotowej perspektywy? Pierwsze komentarze w tej sprawie są delikatnie mówiąc bardzo wstrzemięźliwe. Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną nominację – na kandydatkę na unijną komisarz do spraw partnerstwa międzynarodowego. Inaczej mówiąc na unijną minister spraw zagranicznych Otóż następczynią Włoszki Federici Mogherini miałaby być Finka Jutta Urpilainen. To doświadczona polityk Socjaldemokratycznej Partii Finlandii.
Historia stosunków fińsko-rosyjskich nie była łatwa, a jednak na centralnym placu Helsinek stoi wzniesiony w XIX wieku pomnik cara Aleksandra II, zaś dobrosąsiedzkie stosunki z wielkim sąsiadem, mimo wszelkich zaszłości są ważnym kanonem fińskiej polityki. Także teraz, gdy Finlandia jest członkiem Unii Europejskiej. Nie jestem więc całkiem pewien, czy wskazanie na panią Juttę Urpilainen nie wiąże się aby z pojawiającym się ostatnio w polityce europejskiej tonem ku polepszeniu stosunków Unii z Rosją. Na razie jest to wróżenie z fusów oczywiście, ale czas pokaże, czy uprawnione, czy całkiem nie.

Timmermans plus

Jeśli chodzi o kandydatów na przyszłych komisarzy Komisji Europejskiej wszystko jest już jasne. Nowa Przewodnicząca Komisji, Ursula von der Leyen przedstawiła polityków, którzy – po uzyskaniu akceptacji Parlamentu Europejskiego – będą tworzyli jej nowy unijny gabinet.

Polskie władze najbardziej cieszą się z kandydowania Janusza Wojciechowskiego na komisarza do spraw rolnych i z tego, że komisarzem do spraw praworządności nie będzie już Frans Timmermans. Ten drugi fakt w polskich sferach rządowych i pośród europosłów PiS jest nawet powodem do nieco większej radości niż szansa, przed jaką stanął Janusz Wojciechowski. Uważam, że w obu przypadkach radość trzeba miarkować. Panu posłowi Januszowi Wojciechowskiemu życzę powodzenia, ale powody jego kłopotów są powszechnie znane, a fakt, że zostały podniesione przez prasę światową na kilka dni przed nominacją na kandydata na unijnego komisarza rolnego może nie być tak całkiem przypadkowy.
Jeśli zaś chodzi o Fransa Timmermansa, to w roli komisarza do spraw przestrzegania praworządności w krajach Unii zastąpić go ma Czeszka, pani Věra Jourová.
Nie zapominajmy jednak, że punkt startu jest następujący: Komisja Europejska nadal prowadzi wobec Warszawy postępowanie o naruszenie prawa unijnego w ramach artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej zaś przyszła pani komisarz, jak do tej pory, prezentuje w kwestii praworządności postawę wręcz ortodoksyjną.
„Musimy lepiej wykorzystać fundusze unijne dla przestrzegania zasady państwa prawa”, „Uważam, że powinniśmy rozważyć stworzenie silniejszej warunkowości między rządami prawa a funduszami spójności”, „Nie będzie skutecznej polityki regionalnej i spójności bez rządów prawa”, „Rządy prawa są nie tylko kompetencją krajów, ponieważ sądy państw członkowskich muszą przestrzegać prawa UE – oznacza to, że jeśli jeden krajowy system wymiaru sprawiedliwości jest zepsuty, to cały system UE jest zepsuty”. To są jej słowa… Nic mi nie wiadomo, żeby z któregoś z tych twierdzeń się wycofała. Co więcej przypomnieć trzeba, że to ona przygotowała regulację, że wypłata środków będzie uzależniona od uznania praworządności. Ten dokument jest przyjęty, reguła jest przyjęta, a budżet jest w trakcie przygotowywania i należy się spodziewać, że ta zasada będzie respektowana.
W tym kontekście jeszcze jedna uwaga, ale ważna – czytamy o wielkiej radości, że Trybunał Sprawiedliwości UE przyznał nam rację w sporze o rurociąg Opal i my to orzeczenie akceptujemy. Tylko, że nie można wyroków Trybunału Sprawiedliwości akceptować wybiórczo. Jeśli orzeczenie jest korzystne, to w porządku, ale jeśli nie, to takiego orzeczenia nie przyjmiemy do wiadomości… Mówię o tym nie bez przyczyny – pani Jourová pod tym względem okaże się zapewne jeszcze bardziej nieprzejednana niż Frans Timmermans, zwłaszcza, że jest to kobieta młodszego pokolenia i nie ma tych sentymentów, co on. Polscy żołnierze w przeszłości raczej Czech nie wyzwalali, tak jak Holandii…
Po swej nominacji Jourová powiedziała: „W pełni podzielam jej [U.von der Leyen – BL} zobowiązanie na rzecz ochrony naszych podstawowych wartości, w tym praworządności. Mam odpowiednie doświadczenie, aby zająć się tymi problemami i otworzyć nowy rozdział”.
Wracając do Fransa Timmermansa, to moim zdaniem fakt, że zmienia mu się portfolio z praworządności na ekologię, też nie jest żadnym powodem do tak ostentacyjnej radości, że „przeżyliśmy komisarza Timmermansa, tak jak komisarzy radzieckich”. Jest to po pierwsze mało eleganckie, a po drugie grubo przedwczesne, bo Timmermans, jako pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, będzie koordynować określoną grupę komisarzy. Natomiast w dziedzinie ekologii i środowiska, za co być może będzie odpowiadał, nasze relacje z Unią też nie są wzorcowe – była i Rospuda, była Puszcza Białowieska, jest węgiel i niekonsekwentne stanowisko wobec paryskiej konwencji na temat emisji dwutlenku węgla.
Może się okazać, że był Timmermans, a teraz będzie Timmermans plus. Timmermans + Věra Jourová.
Jeśli chodzi o moje osobiste zaskoczenie, jest nim Laszlo Trocsanyi. Wskazanie Węgra na komisarza do spraw przestrzegania praworządności i to twórcy zmian prawnych na Węgrzech, w rezultacie których też toczy się procedura Art. 7, jest co najmniej zaskakujące. Co prawda dotąd obowiązuje zasada, że po przekroczeniu progu Komisji Europejskiej, po mianowaniu na komisarza, polityk przestaje być politykiem krajowym, a staje się politykiem europejskim, reprezentuje wyłącznie UE i od tej chwili jej polityka, spójność, rozwój i zwartość, są jedynym drogowskazem, który obowiązuje wszystkich komisarzy. Czy jednak kandydat węgierski będzie potrafił oderwać się od własnej reformy sądownictwa i spojrzy na nią nie z orbanowskiej, ale z brukselskiej, wspólnotowej perspektywy? Pierwsze komentarze w tej sprawie są delikatnie mówiąc bardzo wstrzemięźliwe.
Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną nominację – na kandydatkę na unijną komisarz do spraw partnerstwa międzynarodowego. Inaczej mówiąc na unijną minister spraw zagranicznych Otóż następczynią Włoszki Federici Mogherini miałaby być Finka Jutta Urpilainen. To doświadczona polityk Socjaldemokratycznej Partii Finlandii.
Historia stosunków fińsko-rosyjskich nie była łatwa, a jednak na centralnym placu Helsinek stoi wzniesiony w XIX wieku pomnik cara Aleksandra II, zaś dobrosąsiedzkie stosunki z wielkim sąsiadem, mimo wszelkich zaszłości są ważnym kanonem fińskiej polityki. Także teraz, gdy Finlandia jest członkiem Unii Europejskiej. Nie jestem więc całkiem pewien, czy wskazanie na panią Juttę Urpilainen nie wiąże się aby z pojawiającym się ostatnio w polityce europejskiej tonem ku polepszeniu stosunków Unii z Rosją. Na razie jest to wróżenie z fusów oczywiście, ale czas pokaże, czy uprawnione, czy całkiem nie.

Pacta conventa pani von der Leyen

W I Rzeczypospolitej elekcyjni królowie, aby zapewnić sobie wybór na polski tron, poczynając od Henryka Walezego podpisywali listy zobowiązań przedstawiane im przez szlachtę. Królowie po elekcji mogli dotrzymywać słowa lub nie, ale zasada podpisywania paktów stanowiła i skuteczne ograniczenie zapędów absolutystycznych i prowadziła do ustanowienia fundamentów szlacheckiej demokracji. Dziś sytuacja z wyborem Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej zastanawiająco przypomina tę praktykę. I może doprowadzić do podobnych konsekwencji – większej demokratyzacji unijnych struktur.

Kandydatura pani von der Leyen uzgodniona przez Radę Europejską musi jeszcze zostać zaaprobowana przez Parlament Europejski – organ unijny, który pomimo wysokiej rangi nie ma wielkiej mocy panowania nad brukselską administracją. W sytuacjach takich jak obecna jednak od jego decyzji zależy bardzo wiele, bo kandydatura niemieckiej minister obrony, wydawałoby się, że zaaprobowana przez państwa członkowskie UE i niespecjalnie kontrowersyjna, budzi wiele obiekcji i europarlamentarzyści poczuli, że mają w tym momencie nie tylko okazję do strojenia fochów, ale i możliwość wywierania realnej presji. Bo jeśli pani von der Leyen nie zdobędzie absolutnej większości, powstanie pat. A raczej Rada Europejska będzie postawiona w sytuacji, która w grach planszowych nazywa się „back to square one” – czyli powrót na początek trasy: w ciągu 30 dni będzie musiała zostać zaprezentowana nowa kandydatura, co – jak pokazał to przebieg ostatniego szczytu – może wcale nie być łatwe.
Europarlamentarzyści poczuli się zignorowani, bo wskutek braku porozumienia państwa członkowskie nie zaakceptowały żadnego z ich „spitzenkandidaten” – rekomendowanych przez frakcje polityczne propozycji do objęcia funkcji przewodniczącego KE. A formułowanie tych propozycji europosłowie uważają za zwyczajową wprawdzie, ale swoją ważną prerogatywę. I zaczęły się pojawiać obiekcje – cały ich koncert – wyrażane nie tylko z pozycji konkretnych frakcji politycznych, ale i grup narodowościowych w europarlamencie. A to że Pani von der Leyen jest Niemką, a jak wiadomo pozycja Niemiec i ich wpływ na funkcjonowanie europejskich struktur budzi wśród wielu państw obawy. Dodatkowo – gdyby zostałaby wybrana, to Niemcom przypadłoby zdecydowanie dużo w brukselskiej administracji, bo choć żaden przedstawiciel tego kraju nie szefował Komisji od ponad pół wieku, czyli od czasów, gdy Unia Europejska jeszcze nie była Unią Europejską, ale swoją zalążkową formą. Bo też i Niemcy, choć będąc najsilniejszym członkiem Unii lubiły wywierać zawsze na nią wpływ, zawsze jednak starały się nie robić tego w sposób zbyt natarczywie demonstrowany. W gruncie rzeczy nawet objęcie przez Niemkę najważniejszego stanowiska w brukselskiej administracji może te działania utrudnić, bo właśnie pod tym kontem wszelkie jej działania byłyby obserwowane.
Ale to nie dość. Europarlamentarzyści podnoszą, że choć pani von der Leyen jest doświadczoną polityczką, akurat w odniesieniu do UE wielkiego doświadczenia ani kompetencji nie ma, a jej wypowiedzi na istotne tematy są dość ogólnikowe. Co wszakże nie jest argumentem niepodważalnym, bo powiedzmy sobie – jeszcze nie dawno pewnie nie zakładała, że stanie przed takim wyzwaniem. Domysły, że pozwolenie na utrącenie kandydatury Manfreda Webera i forsowanie potem kandydatury Fransa Timmermansa, o którym było wiadomo, że dla wielu państw Unii będzie nie do przełknięcia, było diabolicznym planem kanclerz Angeli Merkel, aby doprowadzić do takiej sytuacji, w której wyciągnie „niespodzianie” niemiecką kandydaturę, na którą wszyscy się zgodzą, można raczej zaliczyć do kategorii teorii spiskowych. Jak się chce w nie wierzyć, można, ale nic nie wskazuje, aby przynajmniej pani von der Leyen miała świadomość, że planowana byłą dla niej taka rola. A funkcjonowania w świecie brukselskiej administracji można się nauczyć, zwłaszcza jak się jest zawodową polityczką.
Frakcje uzależniają swoje poparcie od spełnienia konkretnych warunków i przyjęcia zobowiązań, od których uzależniają poparcie. A kandydatka musi się do nich odnieść. Potrzebuje bowiem minimum 376 głosów, a nie będzie to zadanie łatwe. Przy założeniu, że jej własna frakcja – chadecka Europejska Partia Ludowa (EPP), największa reprezentacja w PE – zagłosuje za jej kandydaturą, da jej to 182 głosy, to jeszcze nie będzie nawet połowa tego, co będzie pani von der Leyen potrzebne.
Socjaldemokraci (S&D) zgłosili swoją listę oczekiwań – wśród nich najmocniej wypunktowano kwestie sankcji za nieprzestrzeganie praworządności „Wśród pierwszych kroków musi znaleźć się propozycja nowego kompleksowego mechanizmu na rzecz praworządności z sankcjami powiązanymi z funduszami Unii Europejskiej, strategia równości i różnorodności, przyjęcie regulacji o przeciwdziałaniu dyskryminacji i realizowanie Konwencji Stambulskiej w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” – tak zaczyna się ich przedłożona na piśmie lista postulatów. Socjaldemokraci domagają również parytetu 50 proc. dla kobiet w obsadzie stanowisk w UE, osobnego budżetu dla strefy euro, neutralnej klimatycznie gospodarki, zmian zasad głosowania w Radzie Europejskiej, oraz „zakończenia reformy wspólnego europejskiego systemu azylowego opartego na solidarności, wzmocnienia i zwiększenia finansowania na rzecz poszukiwań i ratownictwa, zaproponowania nowych przepisów dotyczących wiz humanitarnych oraz wydania wytycznych w sprawie pomocy humanitarnej”. Po spotkaniu pani von der Leyen z frakcją S&D entorzjamu dla poparcia niemieckiej kandydatki nie było widać. Frakcja liczy 154 deputowanych, więc nawet gdyby zagłosowała na panię von der Leyen, nadal nie zapewni to wystarczającego poparcia. Co więcej – bardzo niechętnie do niej nastawieni są należący do tj frakcji europarlamentarzyści z niemieckiej SDP, którzy zapowiedzieli, że jej za nic nie poprą. Przypomnijmy, że brak zgody koalicyjnego rządu niemieckiego na tę kandydaturę spowodował, że w Radzie Europejskiej kanclerz Merkel musiała wstrzymać się od głosu.
Liberałowie (RE) – trzecia co do wielkości frakcja – licząca 108 deputowanych także postawili warunki, w części podobne do sformułowanych przez socjaldemokratów, w szczególności w odniesieniu do kwestii praworządności, ale także i warunek personalny – zrównanie rangi ich kandydatki na zastępcę szefa KE, Margrethe Vestager, z zajmowaną przez Fransa Timmermansa. Komisja miałaby wtedy dwoje „pierwszych wiceprzewodniczących”, a czegoś takiego jej struktura nie przewiduje. Byłby to zatem warunek trudny do spełnienia, bo wymagający dokonania zmian formalnych.
Stanowisko konserwatystów jest tym bardziej niepewne, bo ich oczekiwania są odmienne. Zwłaszcza polscy i węgierscy europosłowie z tej frakcji naciskaniem na sprawę praworządności zainteresowani nie są, a wręcz przeciwnie.
Spotkania z innymi frakcjami odbywały się bez udziału obserwatorów, ale Zieloni – którzy zresztą oznajmili, że kandydatury nie poprą – zorganizowali je formule otwartej, co faktycznie pozwoliło na lepszy wgląd w proces konsultacji niż tylko poprzez komunikaty frakcji i wypowiedzi ich członków. Faktycznie bowiem wiele wypowiedzi pani von der Leyen brzmiało dość ogólnikowo, ale też pojawiły się deklaracje interesujące. Najbardziej może ta, iż pani von der Leyen wystąpiła z propozycją, iż KE pod jej kierownictwem pozwoli Parlamentowi Europejskiemu na pewien zakres inicjatywy ustawodawczej deklarując, że jeśli będzie wybrana, to zajmie się każdym pomysłem wychodzącym z PE, który uzyska większość absolutną. Brak prawa do inicjatywy ustawodawczej jest tymczasem największą ułomnością określającą pozycję Europarlamentu, sprawiającą iż w praktyce punkt ciężkości przesunięty jest zdecydowanie na korzyść brukselskiej biurokracji. Zrobienie choćby zwyczajowego wyłomu w odniesieniu do tej sprawy pozwoliłoby na dokonanie zmiany naprawdę znaczącej.
Gdyby tak się stało, słabość kandydatury pani von der Leyen i konieczność paktowania z Parlamentem Europejskim mogłaby doprowadzić do znaczącej jakościowej zmiany i zdemokratyzowania działania całego systemu europejskiego, w którym jego przedstawicielski organ, na którego skład mają bezpośrednio wpływ obywatele państw członkowskich, zyskałby większą rolę. A to by była zmiana ze wszech miar pożądana. Nawet jeśli niemiecka kandydatka nie robi wrażenia gotowej do wstrząśnięcia europejskimi strukturami.
Głosowanie odbędzie się we wtorek wieczorem.

Łupy do podziału

Choć głos Parlamentu Europejskiegi ma w tej sprawie bardzo ograniczone znaczenie, zakończenie wyborów do niego otworzyło okres walki o obsadę najważniejszych stanowisk w instytucjach europejskich.

W ciągu najbliższych miesięcy swoje stanowiska – o kluczowym znaczeniu – opuszczą przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Będzie trzeba także obsadzić stanowiska szefa unijnej dyplomacji (obecnie tę funkcję sprawuje Federica Mogherini), a także wybrać następcę Antonio Tajaniego. Dopiero potem, gdy zapadną uzgodnienia w sprawie obsady tych stanowisk przyjdzie czas na wiceprzewodniczących i komisarzy, ale te będą w pewnej mierze wypadkową zasadniczych decyzji personalnych zapadających przede wszystkim w konsultacji pomiędzy członkami Rady Europejskiej – szefami państw członkowskich. Tym sprawom poświęcony był nieformalny szczyt UE w Brukseli.
Jeśli idzie o kandydatów na nowego szefa KE na „giełdzie” jest szereg nazwisk – mówi się o Manfredzie Weberze z Europejskiej Partii Ludowej, Fransie Timmermansie z Socjalistów i Demokratów, Margrethe Vestager z Porozumienia Liberałów i Sce Keller reprezentującej Zielonych. Pojawiają się również nazwiska Maroša Šefčoviča (podobnie jak Timmermans S&D) oraz ludowca Michela Barniera, który dał się poznać jako sprawny dyplomata i negocjator brexitu. Na to, komu przypadnie scheda po Junckerze albo Tusku, ma wpływ przecież także nie tylko przynależność do konkretnej frakcji, ale i kraj, który dana osoba reprezentuje, poparcie kluczowych państw członkowskich oraz pewnego rodzaju rozkład obsady wszystkich kluczowych stanowisk, jak i to jakiej narodowości politycy zajmowali je w poprzednim rozdaniu.
Choć przewodniczący Antonio Tajani stwierdził, że chciałby aby PE wyłonił kandydata przed kolejnym szczytem UE 20 czerwca, tak krótki okres może okazać się trudny do dotrzymania. Przedwczorajszy szczyt zajmował się bowiem raczej nie konkretnymi nazwiskami jeszcze, lecz właśnie raczej priorytetami i kryteriami sformowania nowej ekipy kierującej unijnymi instytucjami.
Wyboru szefa dokonuje Rada Europejska większością kwalifikowaną (21 z 28), ale też jest to przede wszystkim proces negocjacyjny, dzięki któremu decyzja ta nie jest prostym efektem arytmetyki głosowania. Choć nie jest to wymagane, zwykle szefowie państw starają się osiągnąć konsensus w tej sprawie i dopiero potem rozmawiać o obsadzie innych stanowisk, będącej niejako jej wypadkową, ale ostatnio nie udało się to – przeciw wyborowi Junckera opowiedziały się Wielka Brytania i Węgry.
Drugie niezmiernie istotne stanowisko w strukturze UE to przewodniczący Rady Europejskiej. Ze względu na to, że jest to funkcja wymagająca pracy na najwyższym szczeblu politycznym, powinna przypaść raczej nie unijnemu biurokracie czy nawet bardzo doświadczonemu europarlamentarzyście, ale osobie z politycznego „świecznika” bloku – byłemu szefowi rządu lub prezydentowi. Z tego powodu nie bez znaczenia jest, kto z kandydatów tego kalibru byłby w najbliższym czasie „do wzięcia”. Pojawia się w tym kontekście nazwisko byłej prezydent Litwy Dalii Grybauskaitė, ale na jej niekorzyść może zagrać fakt, że przecież funkcję przewodniczącego przez ostatnie dwie kadencje sprawował polityk z naszego regionu. A na dodatek potencjalną kandydatką mogłaby także okazać się kanclerz Niemiec Angela Merkel – choć taka możliwość miałaby bardzo różne, niekoniecznie korzystne szans dla niemieckiej polityk implikacje. Bo choć to bezsprzecznie wielka figura europejskiej polityki, może okazać się że aż za wielka na to stanowisko, a do tego reprezentująca kraj, w stosunku do którego wiele państw żywi obawy, że chce odgrywać dominującą pozycję w Europie.

Personalia w UE

Umocnienie pozycji Timmermansa

Unia Europejska znajduje się na politycznym zakręcie i musi stawiać czoła wielu wyzwaniom-zarówno starym, jak i nowym (m.in.wyraźny wzrost sił populistycznych+nacjonalistycznych, rozwiązanie kwestii Brexitu). To dość banalne stwierdzenie. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego (nad Wisłą – 26 maja) pierwszą kwestią, tylko na pozór techniczną, będzie obsada personalna kluczowych stanowisk w UE. To nader trudne zadanie w związku z potrzebą zapewnienia swoistej równowagi przedstawicieli „starych” i „nowych” członków,reprezentantów głównych rodzin politycznych,uwzględnienia kryterium płci, geograficznego itd.
Na niedawnym szczycie unijnym w rumuńskim Sibiu (Sybinie) Donald Tusk,jako przewodniczący Rady Europejskiej, wyraził nadzieję,iż uda się już czerwcu uzgodnić kandydatury następców,co jest możliwe,ale wysoce niepewne. Chodzi nade wszystko o funkcje przewodniczących: Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa (kierującego też dyplomacją unijną) oraz szefa Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą we Frankfurcie nad Menem.
Prawdą jest,iż unijne traktaty nie przesądzają jednoznacznie o sposobie wyłaniania przewodniczącego Komisji Europejskiej-de facto najważniejszej osoby w UE.Kandydata wybiera Europarlament (większością głosów) na wniosek Rady Europejskiej,a więc organu składającego się z szefów rządów lub państw. Ten ostatni przypadek dotyczy aktualnie Francji, Rumunii i Litwy,co niekiedy może prowadzić do wewnętrznych konfliktów politycznych (vide formalny „spór o samolot” przed laty między PO a PiS na tle reprezentacji na szczytach w Brukseli. Niektóre z powyższych stanowisk można piastować też przez pół kadencji (2,5 roku),co się jednak zdarza dość rzadko.

Debaty kandydatów

W Parlamencie Europejskim (który niestety nie dysponuje inicjatywą ustawodawczą,ale jego rola stopniowo rośnie) istnieje obecnie 8 frakcji.W tym tygodniu przedstawiciele 6 z nich,w większości tzw. Spitzenkandidaten,a więc kandydaci na szefa Komisji (to pojęcie ukuto przed 5 laty i właśnie wtedy Jean-Claude Juncker, długoletni premier Luksemburga,jako reprezentant chadeckiej EPP stanął na czele Komisji, czyli swego rodzaju rządu UE) odbyli publiczną, ciekawą debatę.
Wzięli w niej udział:Manfred Weber-od 15 lat niemiecki eurodeputowany,w imieniu Europejskiej Partii Ludowej, Frans Timmermans,obecnie I wiceprzewodniczący Komisji,z ramienia Partii Europejskich Socjalistów,Dunka Margrete Vestager z Porozumienia Liberałów i Demokratów,aktualna komisarz ds. konkurencji, Czech Jan Zahradil z Porozumienia Konserwatys – tów i Reformatorów (do tej frakcji należy PiS), Ska Keller z Zielonych oraz Hiszpan Nico Cue (z zawodu hutnik) z frakcji Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordyckiej Zielonej Lewicy. Realnie biorąc tylko pierwsza trójka ma szanse na wybór, choć-jak wspomniano-nie ma żadnego automatyzmu,a ogromną rolę odgrywają szefowie państw i rządów.
Bardzo dużo miejsca poświęcono migracji.Weber podkreślał, iż to państwa,a nie przemytnicy muszą decydować kto udaje się do Europy,stąd imperatyw odzyskania pełnej kontroli nad granicami.Niemal wszyscy mówili o potrzebie solidarności oraz o humanitarnej odpowiedzialności w sytuacji, gdy zmiany klimatyczne i gospodarcze wpływają na procesy migracyjne. Powróciła teza o potrzebie wielkiego „planu Marshalla” dla Afryki i koniecznych przesiedleniach z Syrii.Verstager kładła akcent na potrzebę wspólnego systemu azylowego.

„Czarny koń” Timmermans?

Moim zdaniem najlepiej w tego rodzaju debatach wypada Frans Timmermans – świetny mówca,z dużym doświadczeniem międzynarodowym (był m.in. szefem niderlandzkiego MSZ-u). Jest w najlepszym wieku dla polityka (58),poliglotą i zręcznym polemistą.Ma świetny kontakt z młodzieżą.Zaprzecza w każdym calu żartobliwemu powiedzeniu o Holendrach-”jeden Holender to teolog,dwóch to Kościół,a trzech schizma”. Rządząca obecnie nad Wisłą ekipa PiS dorobiła mu „łatkę’ antypolskiego,a jest zupełnie odwrotnie.On po prostu w Komisji Europejskiej odpowiada za przestrzeganie praworządności w państwach członkowskich UE i to zadanie traktuje nader poważnie
Mam okazję znać go od kilkunastu lat,gdy był-jako deputowany-członkiem delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu.Urodził się w Maastricht,co jest swoistym symbolem „unijności”.Często wspomina dom swego dziadka,który wyzwolili żołnierze gen. Maczka.. Bardzo interesuje się Europą Wschodnią,spędził zresztą kilka lat w Moskwie jako sekretarz ambasady Holandii-w okresie,gdy rozpadał się ZSRR. Nauczył się wtedy rosyjskiego.
Powtarza konsekwentnie, iż jeśli państwa Europy Wschodniej będą nadal odmawiały solidarności ws.uchodźców i migracji, to same nie mogą liczyć na solidarność w innych kwestiach. W czarnym scenariuszu może dojść nawet do niekorzystnych zmian w funkcjonowaniu systemu Schengen.
Osłabienie w ostatnich latach pozycji partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych w Europie nie pomagało w zajmowaniu wysokich stanowisk przez ich przedstawicieli.Ale w tym roku stopniowo następuje pewien przełom.Zwycięstwo (choć skromne) w Finlandii,ogromny sukces Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) w wyborach do Kortezów oraz fakt,iż w wyborach do Europarlamentu wezmą jednak udział Brytyjczycy,co gwarantuje znaczącą reprezentację Labour Party, oznaczają duże wzmocnienie frakcji Socjalistów i Postępowych Demokratów. To wzmacnia kandydaturę Timmermansa.Może on też zostać następcą Franceschi Mogherini z Włoch na funkcji szefa unijnej dyplomacji.

Możliwe niespodzianki

Obecnie Francja nie ma nikogo na czołowych stanowiskach w UE.A w grę wchodzą m.in.takie nazwiska, jak Michel Barnier (były minister spraw zagranicznych i obecny negocjator Unii ws. Brexitu), Christine Lagarde – stojąca na czele Międzynaro-dowego Funduszu Walutowego,czy Bruno Le Maire-aktualny minister finansów i gospodarki.
Pierwsze przymiarki nastąpią zaraz po wyborach do Europarlamentu, na posiedzeniu Rady Europejskiej. Nota bene największe szanse na zastąpienie Donalda Tuska na funkcji szefa tej Rady od końca tego roku mają:odchodząca prezydent Litwy Daria Grybauskaite,i premier Holandii Mark Rutte.Nie wyklucza się też kandydatury samej Angeli Merkel, choć zgodnie z dotychczasowymi ustaleniami ma ona być kanclerzem Niemiec do roku 2021.

Kandydat SLD

W wyborach kandydata na następcę Jean-Claude’a Junckera na stanowisku szefa Komisji Europejskiej Sojusz Lewicy Demokratycznej poprzez Maroša Šefčoviča.

 

Swoją propozycję startu zgłosił również Frans Timmermans, pierwszy zastępca przewodniczącego KE. O tym kto będzie ostatecznie kandydatem europejskiej socjaldemokracji na szefa Komisji Europejskiej zadecyduje Partia Europejskich Socjalistów na grudniowym zjeździe w Lizbonie.

– Kandydat popierany przez SLD – Maroš Šefčovič – jest Słowakiem, pełni obecnie funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej i komisarza do spraw energetyki – informuje Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Pochodzi z naszego regionu Europy i jest bardzo dobrym komisarzem – dodaje.

Podczas samorządowej konwencji SLD Lewica Razem w Dąbrowie Górniczej Maroš Šefčovič mówił o unijnych priorytetach w tym niełatwym obecnie i nadchodzącym czasie dla Unii. – Unia powinna bowiem każdemu ze swoich obywateli zapewniać godne warunki życia – zaznaczył słowacki polityk.

Unia, zdaniem Maroša Šefčoviča, powinna również gwarantować rozwój przemysłu, efektywną, wspólną politykę energetyczną, postęp techniczny, powinna zapewniać warunki dla rozwoju innowacyjności, słowem tych wszystkich dziedzin, które mają decydujący wpływ na siłę i znaczenie w świecie. – Chodzi też o to, żeby zwłaszcza ludzie młodzi widzieli w Unii interesujące warunki rozwoju i stabilizacji życiowej. Unia powinna więc być także sprawna w swoim funkcjonowaniu, odbiurokratyzowana – podkreślił unijny komisarz ds. energetyki. Šefčovič jest też zwolennikiem ewolucyjnego, a nie rewolucyjnego usprawniania Unii i jej struktur.

Maroš Šefčovič, dyplomata, doktor nauk prawniczych, jeden z najbardziej doświadczonych urzędników wysokiego szczebla Unii Europejskiej. Pełnił funkcję ambasadora Słowacji w Izraelu oraz reprezentował swój kraj przy Unii Europejskiej. W latach 2009-2010 był komisarzem ds. edukacji, kultury, szkoleń i młodzieży, następnie w latach 2010-2014 pełnił funkcję komisarza ds. stosunków międzyinstytucjonalnych i administracji, aby od 2014 r. objąć stanowisko komisarza ds. unii energetycznej. Od 2010 r. pełni funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej.

KE o Polsce

Komisarze wydali stanowisko, w którym poinformowali, że wobec Polski został wszczęty kolejny etap procedury w związku z naruszeniem praworządności. Była to odpowiedź na złożone przez Warszawę wyjaśnienia w sprawie nowego prawa, które w zamyśle rządu Morawieckiego miały uspokoić napięte stosunki z Brukselą. Tak się jednak nie stało.

 

„Komisja Europejska podtrzymuje stanowisko, że polska ustawa o Sądzie Najwyższym jest niezgodna z prawem UE, ponieważ podważa zasadę niezawisłości sędziowskiej, w tym nieusuwalność sędziów, a tym samym Polska nie wypełnia swoich zobowiązań wynikających z art. 19 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej w związku z artykułem 47 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej” – informuje Komisja.

Członkowie KE zaznaczyli, że stanowisko Polski zostało poddane „głębokiej analizie”. Chodzi o odpowiedź Warszawy na wcześniejsze zastrzeżenia formalne komisarzy. Rząd Morawieckiego argumentował, że przepisy, do których zgłosiła uwagi KE, dotyczą jedynie zasad nabywania uprawnienia do zajmowania urzędu sędziego po przekroczeniu wieku emerytalnego (dokładnie wieku przejścia w stan spoczynku). Warszawa twierdziła, że nie ma uzasadnienia dla twierdzeń, że nowe regulacje mogą podważać niezależność sądów.

Komisja Europejska jest jednak innego zdania. „Odpowiedź polskich władz nie zmniejsza wątpliwości prawnych Komisji” – czytamy w komunikacie. Oznacza to, że ustawa jest niezgodna z prawem unijnym. Co teraz? Warszawa ma miesiąc na dokonanie zmian w dokumencie, w przeciwnym wypadku sprawa najpewniej trafi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Stanowisko Brukseli pokazuje, że Unia Europejska poważnie traktuje działania PiS w kwestii zmian ustrojowych i nie zamierza pozwolić na łamanie obowiązujących standardów praworządności. Trybunał Sprawiedliwości zajmuje się również pięcioma pytaniami prejudycjalnymi, które na początku sierpnia zgłosił zadał polski Sąd Najwyższy. Pytania te dotyczą zasady niezależności sądów i niezawisłości sądów jako zasad prawa unijnego oraz unijnego zakazu dyskryminacji ze względu na wiek. SN postanowił też zawiesić stosowanie przepisów trzech artykułów ustawy o SN dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów SN, którzy ukończyli 65. rok życia. Luksemburg ma wydać w tej sprawie stanowisko do października. Sąd Najwyższy prewencyjnie zawiesił kontrowersyjne zapisy ustawy, gdyż zachodzi wątpliwość, że są one niezgodne z prawem wspólnotowym, które, jak wiadomo, ma prymat nad prawem krajowym.

Ul. Komisarza Timmermansa

Zbiegły się w ostatnich dniach dwa procesy, które jak na rentgenowskim zdjęciu ukazują kondycję naszego państwa. Ukazują również coś więcej niż statyczna fotografia: ukazują trendy, kierunki, w których pcha Polskę Prawo i Sprawiedliwość. Te procesy to postępowanie w Parlamencie i Komisji Europejskiej w sprawie praworządności w Polsce oraz salto w tył z pełnym obrotem PiS-u w sprawie ustawy o IPN.

 

Wszystkie te sprawy mają jeden wspólny mianownik: stosunek władz polskich do Unii Europejskiej. Pierwsza jest oczywista: po wysłuchaniu Polski, które było jednym wielkim blamażem polskiego rządu, Komisja zajęła jasne stanowisko i gotowa jest wnieść przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem Główny Propagandzista Kraju – premier Morawiecki buńczucznie oświadcza, że PiS z „reformy” sądownictwa się nie wycofa. Konflikt stanął na ostrzu noża.

Afera z ustawą o IPN jest z jednej strony mniejszej wagi, ale z drugiej niesie z sobą więcej wątków. I tak wyrwanie zębów ustawie odbyło się w sposób ośmieszający polski parlament. Właściwie to słowo „ośmieszający” jest nie na miejscu, jest zbyt łagodne. Polski rząd do końca sprostytuował polski Sejm i Senat. Pół roku temu rządząca koalicja, najważniejsze politycznie usta w Polsce gardłowały za tymi rozwiązaniami jej krytykom wymyślając od zdrajców Narodu, grożąc całemu światu procesami. Wszystko w imię „wstawania z kolan”. Dzisiaj wystarczyło 2 godziny w Sejmie i nieco ponad godzinę w Senacie na cały proces legislacyjny odwracający wszystko to, za czym rządząca koalicja jeszcze niedawno gotowa była umierać. Rekord Guinnessa w jedzeniu jajek na twardo niech się schowa! Ale cała ta farsa musi skłaniać do odpowiedzi na pytanie zasadnicze: czym dzisiaj jest polski Sejm, polski Senat? Jaką pełnią rolę? Te dwie, jeszcze nie tak dawno szanowane w Polsce i na świecie instytucje, są dzisiaj, niczym broszka premier Szydło, ozdóbką, świecidełkiem na stroju władzy wykonawczej. Nikt mający jako takie pojęcie o polityce zagranicznej nie ma złudzeń, że ta wolta parlamentarna sprawi, że Polska odzyska szacunek i poważanie w świecie. Wręcz przeciwnie: w świat poszedł przekaz, że wystarczy aby USA tupnęły mocniej nogą, a Polska w podskokach i ukłonach wykona każdą, najbardziej skomplikowaną figurę gimnastyczną.

Żeby była jasność. Samo wycofanie się z idiotycznych zapisów jest oczywiście rzeczą dobrą. Ale sposób przeprowadzenia nowelizacji, a przede wszystkim doprowadzenie do takiej uwłaczającej polskiemu parlamentaryzmowi sytuacji – to sprawa bez wątpienia naganna.

Skąd to superekspresowe tempo noweli ustawy o IPN? Nie wiadomo, choć krążą plotki, że Stany zagroziły, że nie zaproszą polskiego premiera na uroczystości 4 lipca, jeżeli ustawa nie zostanie znowelizowana. Tak czy inaczej tempo to musi, w naturalny sposób, być konfrontowane z trwającą już wiele miesięcy grą polskiego rządu z Unią Europejską w sprawie „reformy” sądownictwa, grą pełną z polskiej strony kłamstw, cwaniactwa cynizmu, pogardy dla partnera. Ameryka cacy – Unia be.

Ze obydwu tych, najbardziej ostatnio aktualnych spraw, przeziera wrogość polskich rządzących elit do Unii Europejskiej i żadne słowa, zaklęcia złotoustych premierów tego nie zaszpachlują.

Jeżeli więc tak się stanie, że demokratyczne środowiska odsuną PiS od władzy i – przy pomocy Parlamentu i Komisji Europejskiej – przywrócą Polskę Europie, to po stronie unijnej będzie to szczególną zasługą komisarza Fransa Timmermansa. Bowiem nie Przewodniczący Junker, nie Prezydent Tusk, ale właśnie Frans Timmermans okazał się największym orędownikiem polskiej sprawy na unijnej arenie. Polska będzie mu wówczas winna wdzięczność i nazwanie ulicy, placu czy ronda jego nazwiskiem będzie czymś oczywistym.

Prostytucja wśród prawników

Komisja Europejska uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. Polski rząd ma miesiąc na odpowiedź. – Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności – komentuje konstytucjonalista prof. Marek Chmaj. – Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania SN. Dodanie dwóch nowych izb i tak nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

 

Z prof. Markiem Chmajem – konstytucjonalistą – rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: KE uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. To zła decyzja dla Polski?

Prof. MAREK CHMAJ: Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności. Ta sytuacja jest dla nas bardzo zła, ale daje też nadzieję na zmianę.

 

Czasu na zmianę jest niewiele. We wtorek czystka w SN stanie się faktem. Tego Komisja już raczej nie zatrzyma.

Dlaczego? Zawsze można odwrócić czystkę i przywrócić sędziego ze stanu spoczynku do stanu czynnego. Najważniejsze jest tutaj to, że nasz rząd musi sobie uświadomić, że nasza konstytucja nie może być łamana.

Rząd powinien sobie uświadomić, że łamanie konstytucji działa w dwie strony. Dziś łamie ją rząd, ale w przyszłości w ten sam sposób mogą być potraktowani rząd i prezydent. Prosty przykład: jeżeli dziś rząd łamie artykuł 183 konstytucji, który wskazuje, że I Prezes SN ma 6-letnią kadencję, to co będzie stało na przeszkodzie, żeby za rok w ten sam sposób skrócić kadencję prezydenta? Przecież to ten sam mechanizm i takie samo łamanie konstytucji.

Proszę zobaczyć, że dziś mamy kilka organów przejętych przez większość rządzącą z ominięciem konstytucji: KRS, niedziałającą zgodnie z konstytucją KRRiT, podobnie Trybunał Konstytucyjny. Jest szereg zmian w sądach powszechnych. Skoro teraz narusza się konstytucję wskazując mechanizm naruszeń, to w jaki sposób PiS chce zapobiec takim mechanizmom w przyszłości? Konstytucja nie może być traktowana sezonowo.

 

Co się stanie po 3 lipca? Sędziowie zapowiadają, że przyjdą normalnie do pracy, szykują się manifestacje przed sądami, także przed SN, a rząd zapowiada, że nie zmieni stanowiska.

Mamy bardzo trudną sytuację, bo PiS rzucił hasło odnowy czy reformy sądów, ale ta reforma jest tylko ukierunkowana na zmiany personalne. Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania tej instytucji. Dodanie dwóch nowych izb tak naprawdę w statusie SN nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

Te zmiany pokazują, że większość parlamentarna w sposób rażący narusza fundamenty naszego ustroju: zasady państwa prawa, zasadę praworządności, niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Łamany jest trójpodział władzy, a w jego miejsce wprowadzony jest prymat władzy wykonawczej.

 

Dlaczego to tak niebezpieczne?

Bo niszczone są bezpieczniki, które funkcjonują w systemach demokratycznych. PiS rozbroił te bezpieczniki i w ich miejsce wprowadził władzę ustawy. Mamy do czynienia z czymś, co nie miało miejsca od 28 lat, z utratą podmiotowości przez Sejm i Senat i uchwalaniem takich ustaw, które pochodzą od decyzji jednej partii. W Sejmie i Senacie już nie ma refleksji konstytucyjnej, parlament staje się maszyną do głosowania zgodnie z wolą partii politycznej, która ma władzę.

 

Wracamy do czasów PRL, gdzie I sekretarz dzielił i rządził wedle uznania?

Nie tylko. Wracamy do uznania, jak w PRL, że konstytucji nie stosuje się bezpośrednio i że można przepisy w konstytucji zmieniać w drodze ustawodawstwa zwykłego.

Proszę sobie przypomnieć: w PRL mieliśmy wolność słowa w konstytucji, ale ustawą ta wolność słowa została ograniczona, bo wprowadzono urząd cenzury, mieliśmy wolność zgromadzeń, ale tak naprawdę na każde zgromadzenie trzeba było mieć zgodę, mieliśmy wolność osobistą, ale żeby wyjechać, trzeba było mieć paszport itd., itp. Zatem widzimy sytuację, że Jarosław Kaczyński świadomie lub nie chce wprowadzić ten system ustrojowy, w którym sam się wychował.

 

We wtorek prezydent wyda postanowienie, kiedy I prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf odejdzie w stan spoczynku. Jak pan przewiduje, prezydent zdecyduje się przerwać kadencję I Prezes?

Data jest mało istotna, ważny jest fakt, że prezydent stworzył projekt ustawy łamiący konstytucję i konsekwentnie po uchwaleniu ustawy chce konstytucję łamać. Zgodnie z art. 126 to prezydent czuwa nad przestrzeganiem konstytucji, jest jej strażnikiem, zatem niestety takie postępowanie jest hańbiące dla urzędu prezydenta.

 

Prof. Gersdorf zapowiedziała, że pozostanie na stanowiska do końca kadencji. Czy wyobraża pan sobie, że zostanie usunięta ze stanowiska siłą?

Niestety, wyobrażam sobie taką sytuację. Może zajść taki mechanizm, jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, kiedy sędziowie dublerzy byli wprowadzani do TK przy asyście BOR-u, a urzędujący wiceprezes Biernat został pozbawiony możliwości funkcjonowania w gmachu Trybunału.

 

Konsekwencją takich działań może być Polexit?

Konsekwencje będą dla nas przede wszystkim finansowe. Tylko że kar finansowych nie będzie płacił ani prezes Kaczyński, ani PiS, tylko budżet, a więc my. Za tę legalizacyjną kozaczyznę zapłacimy my z naszych podatków.

 

Napisał pan dwa dni temu na portalu społecznościowym, że „może warto w końcu zrobić listę hańby, czyli wskazać tych prawników, którzy uzasadniają swoją wiedzą i autorytetem łamanie konstytucji w drodze ustawodawstwa zwykłego lub przez Prezydenta RP”. Dlaczego?

Należy pamiętać, że prawnicy mogą się różnić w wykładni prawa i analizie przepisów, ale są pewne kwestie niezmienialne, tą kwestią jest konstytucja. Jeżeli prawnik, profesor prawa czy doktor nauk prawnych, wydaje opinię jawnie sprzeczną z konstytucją, na podstawie której rząd czy parlament bądź prezydent podejmują określone kroki, a zatem tworzy alibi dla władzy w łamaniu konstytucji, to takie czyny trzeba piętnować. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawnik za tą opinię nie tylko otrzymał wynagrodzenie, ale także apanaże w postaci stanowisk bądź innych korzyści.

 

Kiedyś dostawało się szybciej mieszkanie albo talon na samochód.

Dziś to są miejsca w radzie nadzorczej, stanowiska dyrektorskie w jakiejś spółce albo miejsce w sądzie czy w Trybunale. Jest tu zachowany związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy sprostytuowaniem swojego nazwiska a otrzymaniem za to stosownej gratyfikacji.

 

Minister Ziobro powołał 1 lipca, czyli w niedzielę, 134 sędziów dyscyplinarnych. Będą sądzić sędziów, którym rzecznicy dyscyplinarni zarzucą sprzeniewierzenie się godności sędziego. Na pierwszy ogień pójdą sędziowie, którzy sprzeciwiają się reformie, jak sędziowie SN, którzy zapowiedzieli, że nie odejdą?

Być może. Wielokrotnie wskazywałem te działania ministra sprawiedliwości, które moim zdaniem są niezgodne z zasadą podziału władz czy niezgodne z prawem. Przy czym minister sprawiedliwości jest tu zazwyczaj bardzo umiejętnym graczem, ponieważ stara się, aby jego zakres obowiązków wynikał z ustaw. Tworzy projekty ustaw, które uchwala Sejm, minister dzięki temu jest zwolniony z odpowiedzialności, ponieważ stosuje ściśle ustawy. To, że sam przygotowuje projekt ustawy, a następnie ten projekt wnosi grupa posłów bądź rząd nie zmienia faktu, że Sejm ponosi odpowiedzialność za jej uchwalenie, a prezydent za podpisanie.

 

Panie profesorze, jak się pan czuje jako konstytucjonalista dziś w Polsce?

Proszę pani, ja zawsze staram się dostrzegać pozytywny.

Konstytucja, która kiedyś była kompletnie nieznana i stosowana głównie przez specjalistów, dzisiaj trafiła niemalże do każdego. Jest absolutnym bestsellerem wydawniczym, można ją kupić niemalże w każdym kiosku i na konstytucję powołują się zwykli obywatele.

Zatem świadomość konstytucyjna wzrosła, co dobrze świadczy o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

 

Komisja traci cierpliwość

O możliwości wszczęcia procedury naruszenia praworządności przez KE mówiono już od kilku dni. W zeszły czwartek wiceszef KE Frans Timmermans zapowiadał, że jest świadomy, iż potrzebne są pilne działania w sprawie sędziów polskiego Sądu Najwyższego, którzy 3 lipca mają przejść na emeryturę. Ostatecznie dzień przed czystką w SN Komisja poinformowała, że uruchomiła procedurę naruszeniową.

– Komisja dzisiaj rozpoczęła procedurę naruszenia dotyczącą Polski i ustawy o Sądzie Najwyższym. Rząd Polski będzie miał miesiąc, aby odpowiedzieć na pismo Komisji. Ustawa była już omawiana w kontekście procedury praworządności; nie była satysfakcjonująco omówiona w ramach tego procesu – powiedział podczas konferencji prasowej Margaritis Schinas, rzecznik Komisji Europejskiej.

 

 

Co dalej?

Polska ma miesiąc na odpowiedź Komisji. Z reguły czas dawany przez instytucje unijne to dwa miesiące.

Na razie przedstawiciele rządu polskiego bagatelizują decyzję Komisji. Premier już wcześniej zapowiedział, że Polska odpowie i złoży stosowne wyjaśnienia

– Ci, którzy tego nie akceptują, próbują robić burzę w szklance wody, ale się nie ugniemy – zapewnia wicepremier Beata Szydło.
Jeżeli rząd nie zmieni prawa, sprawa skończy się w Trybunale Sprawiedliwości UE. Jeżeli będzie orzeczenie Trybunału, że ustawa PiS narusza praworządność, grożą Polsce duże kary finansowe, nawet kilkadziesiąt tysięcy euro dziennie.

 

 

PO: Domagamy się wyjaśnień od premiera

– Nie można przepisu konstytucji zmieniać ustawą. Jeżeli PiS chce zmieniać konstytucję, niech rozpisze wybory i zdobędzie 2/3 większości. Nie można zmieniać ustroju państwa, nie mają większości konstytucyjnej – mówi Krzysztof Brejza z PO.

Posłowie PO domagają się od premiera wyjaśnień i informacji nt. dalszych działań rządu. – To pokazuje, że nikt nie kupił tego picu Mateusza Morawieckiego w białej księdze, że wszystko jest w porządku. Domagamy się od premiera, żeby na najbliższym posiedzeniu złożył informację przed Sejmem nt. procedury, którą rozpoczęła Komisja. Jakie jest stanowisko rządu polskiego, czy zamierza wycofać się z tej złej ustawy o SN? – mówił Robert Kropiwnicki z PO.

Wysłuchanie w UE

Rada UE przeprowadziła wczoraj wysłuchanie Polski. Jego przedmiotem były kwestie praworządności. A tymczasem grozi Polsce kolejne postępowanie – tym razem w sprawie nadchodzącej czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym, która ma doprowadzić do wyeliminowania sędziów niechcianych przez PiS.

 

Wysłuchanie odbyło się z inicjatywy Komisji Europejskiej, która kwestionuje przeprowadzane w Polsce zmiany w ustroju sądownictwa. Bronił ich wiceminister spraw zagranicznych Konread Szymański, zadającymi pytania byli szefowie dyplomacji lub ministrowie do spraw europejskich państw UE oraz wiceszef KE Frans Timmermans, który pytań wprawdzie nie mógł zadawać, ale wygłosił wprowadzenie do posiedzenia oraz podsumował je, ustosunkowując się do debaty i wyjaśnień predstawiciela Polski. Ponieważ każdy z ministrów miał prawo zadać dwa pytania, których sformułowanie nie zabierało więcej niż dwie minuty, już wcześniej zostały podzielone role pomiędzy krajami mającymi zdecydowanie krytyczne zdanie o polskich reformach sądownictwa.

Wysłuchanie jest elementem procedury, który nie prowadzi bezpośrednio do konkluzji – jest raczej daniem szansy obrony państwu, którego działania spotykają się z krytyką. Jego przeprowadzenie wynika z postępowania z Artykułu 7.1 i oficjalnie zamyka okres, w którym – przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc – KE miała podjąć ostateczną decyzję, czy nie wycofać się z decyzji o uruchomieniu procedury wynikającej z Art. 7. Termin wysłuchania został zakomunikowany 7 czerwca. Tylko cztery kraje wyraziły sprzeciw wobec tej decyzji – Węgry, Czechy, Słowacja i Chorwacja. Oznacza to fiasko działań polskiej dyplomacji i premiera Mateusza Morawieckiego, aby zahamować proces zainicjowany bezprecedensowym zastosowaniem wobec polski Artykułu 7.

Jest jednak równocześnie krokiem, który może prowadzić do skierowania przez KE skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ze względu na wymogi formalne nie wpłynie ona przed wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym , czyli przed 3 lipca, ale może to nastąpić niewiele później – w ciągu liku tygodni. Takie posunięcie mogłoby zawierać wniosek do Trybunału o zastosowanie „środka tymczasowego”, czyli nakazanie Polsce zawieszenia wykonania wynikających z nowej ustawy dyspozycji do czasu rozstrzygnięcia. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest negocjator ze strony unijnej – Timmermans, który nie kryje, że jego zdaniem dialog z Polską nie przyniósł zadowalających rezultatów.

Będzie to już kolejna skarga – w grudniu ub. roku KE zdecydowała o wniesienie do Trybunału Sprawiedliwości UE skargi w sprawie ustawy o ustroju sądów powszechnych.