Klęska strategii czy strategia klęski?

Jerzy J. Wiatr
Klęska strategii czy strategia klęski?

Jaroslaw Kaczynski

W ostatnich miesiącach wystąpiły w Polsce zjawiska wskazujące na wyraźne osłabienie politycznej dominacji Prawa i Sprawiedliwości i na interesujące – choć zarazem wielce niepokojące – zmiany w obozie rządzącym. Nie idzie tu tylko (ani przede wszystkim) o pojawiające się w kolejnych sondażach dane świadczące o słabnięciu poparcia politycznego dla partii władzy. Sondaże, zwłaszcza prowadzone na długo przed wyborami, mają raczej ograniczony walor prognostyczny, co nie znaczy, by wolno było je całkowicie lekceważyć. Ważniejsze jednak wydaje się to, jak zmienia się strategia obozu rządzącego i co z tej zmiany wynika dla najbardziej prawdopodobnego scenariusza przyszłości.

Dotychczasowa strategia Prawa i Sprawiedliwości, która dała tej partii dwukrotne zwycięstwo w wyborach sejmowych a Andrzejowi Dudzie zapewniła dwie kadencje prezydenckie, łączyła prawicowy program ideologiczny z pewną dozą umiaru, co pozwalało tej partii skutecznie zabiegać o głosy szerokiego spektrum politycznego – od skrajnej prawicy po centroprawicowych wyborców rozczarowanych ośmioletnimi rządami Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Przykładem takiego umiaru był stosunek do kontrowersyjnej ustawy zakazującej przerywania ciąży. Jarosław Kaczyński poświęcił alians z fundamentalistami katolickimi, których liderem był Marek Jurek, gdyż nie chciał zrazić do swojej partii ludzi o orientacji konserwatywno-katolickiej, ale nie podzielających fanatyzmu tak zwanych „obrońców życia”. Chociaż Prawo i Sprawiedliwość od lat zajmowało stanowisko „eurosceptyczne”, to jednak w pierwszych latach swoich rządów unikało konfrontacji z Unią Europejską i stroniło od wrogiej wobec Unii retoryki.

Coś jednak się ostatnio zmieniło. Dzisiejsze problemy obozu rządzącego wynikają nie z tego, że dotychczasowa strategia poniosła klęskę (bo nawet wyraźne osłabienie partii rządzącej nie uzasadnia tezy o klęsce dotychczasowej strategii), lecz z tego, że Prawo i Sprawiedliwość dokonuje wyraźnego zwrotu strategicznego. Jest to zwrot w kierunku dla państwa polskiego, ale także dla obozu obecnie rządzącego, niezwykle niebezpieczny. Jeśli nie zostanie zahamowany, przyniesie klęskę, za którą wszyscy będziemy płacili osłabieniem państwa, jego izolacją międzynarodową i chaosem polityczno-prawnym. To, że PiS zapłaci za tę strategię utratą władzy, jest w takiej sytuacji marną pociechą.

Rysują się cztery podstawowe fronty, na których obecna strategia obozu rządzącego prowadzi do klęski. Są to: konfrontacja z Unią Europejską na tle niszczenia rządów prawa, zaostrzenie światopoglądowego konfliktu zwłaszcza w sprawie prawa kobiety do decydowania o utrzymaniu lub przerwania ciąży, fiasko polityki gospodarczej i brak skutecznej reakcji na kolejną falę epidemii covit-19. Dochodzą do tego takie negatywne zjawiska, jak niespotykany w swej skali rozrost praktyk nepotycznych i przywilejów nowej elity władzy, co zapewne wynika nie tyle z przyjętej strategii, ile z negatywnej selekcji politycznej, która do nowej elity władzy wprowadza młodych „wilczków” – pozbawionych hamulców moralnych i nastawionych na szybką karierę, także finansową Zjawiska te wpływają na rozczarowanie obozem rządzącym, który – jak przecież pamiętamy – szedł do władzy pod sztandarem walki z nieprawościami poprzedników. Ci, którzy sześć lat temu uwierzyli w zapewnienia, że pod rządami Prawa I Sprawiedliwości będzie uczciwiej, muszą czuć się rozczarowani. Podstawowe znaczenie dla dalszych losów rządzącej formacji będzie jednak miało to, w jakim kierunku zmieniła się jej strategia polityczna – ze strategii zwycięskiej przeistaczając się w strategię klęski.

W stosunku do Unii Europejskiej przyjęto strategię konfrontacyjną, otwarcie odrzucającą (nie w słowach, lecz w czynach) zawarte w traktatach unijnych zasady rządów prawa, niezależności sędziów i ochrony praw człowieka. Tak zwana reforma sądownictwa zainicjowana przez ministra Zbigniewa Ziobrę wkrótce po zwycięstwie wyborczym 2015 roku nie przyniosła – bo przynieść nie mogła – usprawnienia wymiary sprawiedliwości. Dość oczywiste jest, że w tej „reformie” szło o podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości partyjnemu dyktatowi, co zresztą udało się tylko częściowo (w obsadzie Trybunału Konstytucyjnego i we wprowadzeniu do Sądu Najwyższego Izby Dyscyplinarnej). Sędziowie w zdecydowanej większości okazali się odporni na groźby i pokusy płynące z Ministerstwa Sprawiedliwości.

Sprawa ta wywołała reakcję Unii Europejskiej o skali, której przywódcy PiS zapewne nie przewidzieli. Ich postępowanie sugeruje, że mylnie interpretowali umiar i powolność w reagowaniu Komisji Europejskiej na pierwsze przejawy odchodzenia od europejskich standardów praworządności i ochrony praw człowieka.

Retrospektywnie dość oczywiste jest, że ta powolność była błędem Komisji Europejskiej, która powinna była znacznie wcześniej i znacznie bardziej stanowczo reagować na to, co się w Polsce działo już w pierwszych miesiącach nowych rządów. Nie zmienia to faktu, że liderzy obozu rządowego przeliczyli się w swojej kalkulacji. Dziś muszą wybierać: albo ustępstwa wobec nacisków znienawidzonej Brukseli, albo utrata unijnych funduszy, pogłębiona izolacja międzynarodowa a w dalszej perspektywie – klęska wyborcza.

PiS ma, co więcej, pecha, gdyż na jego niekorzyść działają zmiany zachodzące w polityce światowej, zwłaszcza wyborcza klęska Donalda Trumpa i bardzo złe relacje z nową administracją prezydenta Bidena. Z Budapesztu płyną groźne sygnały, gdyż połączenie sił całej opozycji czyni wysoce prawdopodobnym odsunięcie od władzy Wiktora Orbana – jedynego sojusznika, jakiego rząd Prawa i Sprawiedliwości ma w Unii Europejskiej. Gdyby nie podsycana przez PiS rusofobia, logicznym następstwem rosnącej izolacji międzynarodowej byłoby zwrócenie się ku Moskwie, ale taki gambit polityczny jest dla Jarosława Kaczyńskiego nieakceptowalny.

Tak więc strategia międzynarodowa Prawa i Sprawiedliwości okazała się fundamentalnym błędem, czego nie zatrą buńczuczne deklaracje o walce z „brukselską okupacją” czy ostrzeżenia przez trzecią wojną światową – ośmieszające premiera Morawieckiego nawet w oczach części jego zwolenników.

Drugim obszarem, na którym PiS idzie ku klęsce, jest sfera światopoglądowa. Ostatnio tragiczny zgon pacjentki zmarłej wskutek tego, że lekarze nie odważyli się przerwać grożącej jej życiu ciąży, ponownie zmobilizowała tysiące ludzi, którzy protestują przeciw skrajnie fundamentalistycznej polityce partii rządzącej. Przesunięcie się PiS w stronę fundamentalizmu katolickiego jest zjawiskiem politycznie zdumiewającym. Nie da się tego procesu wyjaśnić w kategoriach racjonalnie pojmowanego interesu partyjnego (o interesie państwa i o podstawowych wartościach demokratycznych nie wspominając). PiS nie zyska nowych wyborców przez to, że przyjmuje postawę polityczną na prawo od przekonań zdecydowanej większości obywateli. Sondaże socjologiczne od dawna jednoznacznie wskazują na to, że znacznie więcej obywateli naszego państwa życzy sobie liberalizacji ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku niż jej zaostrzenia. W tej sytuacji PiS opowiadając się za jej zaostrzeniem popełnia ciężki błąd polityczny. W imię czego?

Pewnym kluczem do zrozumienia zmiany strategii w tej palącej kwestii jest to, z czym mamy do czynienia w kierowniczych kręgach Kościoła. W niedawno wydanej książce Artur Nowak i Stanisław Obirek zwracają uwagę na rosnący fundamentalizm i konserwatyzm hierarchii kościelnej, którą nazywają „twierdzą autorytaryzmu z wszystkimi konsekwencjami autorytarnej mentalności” („Gomora”, Warszawa 2021, s. 255). Episkopat mówi coraz wyraźniej głosem katolickich fundamentalistów (w rodzaju abp. Jędraszewskiego) a nie głosem papieża Franciszka. To jednak na poparcie tego Episkopatu liczy Prawo i Sprawiedliwość, jak dotąd bezbłędnie. Czy jednak jest to strategia gwarantująca sukcesy? W polskim katolicyzmie zachodzą szybkie zmiany: spada raptownie liczba powołań kapłańskich i liczba praktykujących katolików, rośnie krytycyzm wobec skrajnie konserwatywnej postawy hierarchii kościelnej. Stawiając na skrajnie konserwatywne skrzydło polskiego katolicyzmu PiS popełnia strategiczny błąd – stwarza sytuację, w której odchodzić od tej partii będą ludzie o konserwatywnych, ale nie skrajnych, przekonaniach. Zarazem zaś wchodzą w buty dawnego ZChN, o którym Jarosław Kaczyński trafnie mówił (wiele lat temu), że jego polityka jest prostą drogą do dechrystianizacji Polski.

Trzecim frontem, na którym nowa strategia PiS prowadzi do klęski jest polityka gospodarcza. Przez klika poprzednich lat była ona mocną stroną obozu władzy, gdyż odchodziła od skrajności neoliberalnej polityki uprawianej przez Platformę Obywatelską. Prospołeczne inicjatywy (w rodzaju 500+) zyskiwały obozowi rządzącemu sympatię warstw uboższych. PiS miał też szczęście, gdyż początki jego rządów przypadły na okres dobrej koniunktury w gospodarce światowej. To jest już przeszłość.
Rząd Mateusza Morawieckiego zapowiadał wspaniałe perspektywy, które przed Polską otworzyć miał „Polski ład” gospodarczy. Zapewne świadomie sięgnięto po termin przypominający Nowy Ład prezydenta Roosevelta – odważną i owocną inicjatywę odrodzenia gospodarczego po wielkim kryzysie 1929-1933. Okazało się to jednak wielkim rozczarowaniem. Z szumnie zapowiadanego „ Polskiego ładu” niewiele wynika poza raczej spornymi zmianami podatkowymi. Inflacja wystrzeliła wysoko ponad przewidywania, w czym niemałą rolę odegrała błędna polityka ścinania stóp procentowych prowadzona przez NBP pod kierownictwem partyjnego nominata Adama Glapińskiego. Inflacja uderza najsilniej w ludzi mniej zamożnych, a więc w główną część wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to wybór strategiczny, a raczej nieuchronna konsekwencja tego, że politykę gospodarczą podporządkowano doraźnym interesom partyjnym a jej ster oddano w ręce ludzi, których podstawową zaletą jest wierność wobec partii a nie kompetencje fachowe. Przypomina to fatalne doświadczenia dwóch wielkich kryzysów okresu Polski Ludowej – w grudniu 1970 i w lecie 1970. Wtedy także kryzysy gospodarcze o potężnych konsekwencjach politycznych były następstwem błędów popełnionych przez niezbyt kompetentnych, ale politycznie wiernych, sterników polityki gospodarczej. Historia się powtarza.

Czwartym obszarem, w którym strategia PiS ponosi klęskę, jest walka z pandemią covid-19. W odróżnienia od poprzednich fal pandemii, obecna uderza przede wszystkim w tych, którzy odmawiają zaszczepienia się. Jest to widoczne w geograficznym zasięgu pandemii. Jej największe nasilenie (mierzone zwłaszcza liczbą zgonów) występuje w województwach ściany wschodniej (podlaskim, lubelskim), gdzie procent zaszczepionych jest znacząco niższy niż w całym kraju.
Ma to aspekt polityczny. Województwa o najniższych wskaźnikach szczepień (podlaskie, lubelskie, podkarpackie) to zarazem województwa, w których poparcie dla PiS jest najwyższe. Jak się to ma do strategii walki z pandemią?

Z innych państw płyną informacje o zdecydowanych działaniach władz państwowych wprowadzających selektywne ograniczenia dla osób niezaszczepionych. Jest to słuszna linia postępowania, gdyż pandemię można zwalczyć tylko drogą upowszechnienia szczepień, a to możliwe jest tylko wtedy, gdy osoby odmawiające zaszczepienia się odczuwać będą dotkliwe konsekwencje swego nieodpowiedzialnego zachowania.

Prawo i Sprawiedliwość nie chce iść tą drogą, bo jest zakładnikiem swego elektoratu, w którym odmawiający szczepień są znacznie liczniejsi niż w elektoracie opozycji. Jest to więc następstwo strategii obliczonej na poparcie mniej światłej części elektoratu. Za to jednak płacić będziemy wszyscy. Aż dziw bierze, że posłusznie taką linię postepowania realizują ludzie kierujący Ministerstwem Zdrowia z ministrem Niedzielskim na czele.

W tych czterech obszarach strategia Prawa i Sprawiedliwości prowadzić musi do klęski. Powstaje więc pytanie, jak do tego doszło, że partia, która jeszcze niedawno mogła szczycić się swymi sukcesami politycznymi, opowiedziała się za strategią zgubną dla niej samej, a zarazem wysoce szkodliwą dla Polski.
Można to tłumaczyć w dwojaki sposób, przy czym te dwa wyjaśnienia nie wykluczają się wzajemnie.

Pierwsze wyjaśnienie odwołuje się do logiki walki politycznej wewnątrz obozu władzy. Obóz ten od początku nie był jednolity, co do pewnego momentu było źródłem jego siły. Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się bowiem pod jednym dachem zgromadzić radykalną i fundamentalistyczną prawicę oraz znaczną część umiarkowanej centro-prawicy, rozczarowanej rządami Platformy Obywatelskiej i liczącej na to, że po zdobyciu władzy to właśnie umiarkowani, a nie radykalni fundamentaliści, określać będą kierunek działań obozu rządzącego i jego ideową tożsamość. Strategia ta jednak wymaga by umiarkowani mieli głos decydujący i by radykałowie dostosowywali się do linii politycznej nie do końca zgodnej z ich priorytetami.

Warunkiem powodzenia takiej strategii jest jednak to, by konflikty o charakterze ideologicznym utrzymywane były na relatywnie niskim poziomie. PiS jednak szedł – mniej lub bardziej świadomie – na zaostrzanie konfliktów ideologicznych, co miało mu zapewnić hegemonię ideologiczną w szeroko pojętym obozie prawicy. To mogło się udawać tak długo, jak długo główna siła opozycji demokratycznej – Platforma Obywatelska – jak ognia unikała kontrowersyjnych kwestii ideologicznych. Jej niechęć do liberalizacji ustawy antyaborcyjnej jest pod tym względem dobrym przykładem. Unikając poparcia dla inicjatyw zmierzających do liberalizacji tej złej ustawy, Platforma Obywatelska oddawała inicjatywę Prawu i Sprawiedliwości – partii gotowej na podtrzymanie rzekomego „kompromisu” z 1993 roku, ale tylko tak długo, jak będzie się jej to opłacało. Gdy rozzuchwalone apatyczną postawą głównej siły opozycyjnej ruchy „za życiem” przystąpiły do ofensywy, Prawo i Sprawiedliwość stanęło wobec wyboru: albo razem z główną partią opozycji bronić status quo kosztem utraty najbardziej radykalnych zwolenników, albo ulec szantażowi własnych radykałów.
Ci ostatni idą na zaostrzenie konfliktów – także w relacji z Unią Europejską – gdyż w radykalizacji konfliktów widza dla siebie szansę na przejęcie steru rządów na prawicy. W tym tez kierunku działają ambicje polityczne najzdolniejszego i najbardziej wpływowego polityka skrajnego skrzydła Zjednoczonej Prawicy. Jeśli miałby on mieć jakiekolwiek szanse na przejęcie steru w obozie prawicy, to tylko pod sztandarem jej radykalizacji.

W obliczu narastającego konfliktu ideologicznego we własnym obozie Jarosław Kaczyński mógł zaryzykować odcięcie się od radykałów i uczynienie ze swej partii formacji zbliżonej do głównego nurtu europejskiego konserwatyzmu. Może zrobiłby to, gdyby miał więcej siły, czyli więcej poselskich głosów. Paradoksem wyborów 2019 roku było jednak to, że zwycięski PiS może po tych wyborach zachować władzę jedynie za cenę utrzymania koalicji z Solidarną Polską. Ta ostatnia gra zaś z PiS w coś co przypomina znaną w USA grę „w kurczaki” (chicken game). W grze tej, jak wiadomo, pędzą na siebie dwa samochody i przegra ten z graczy, który w obawie o życie zjedzie na pobocze. W tej grze Zbigniew Ziobro i jego radykałowie maja więcej determinacji, więc wygrywają. Gotowi są nawet na utratę władzy, bo liczą, że w razie przejścia do opozycji zdołają wyeliminować umiarkowanych i przejąć rządy w obozie prawicy. W ten sposób niewielka partia sojusznicza dyktuje strategię Prawu i Sprawiedliwości.

Może jednak w grę wchodzi inny czynnik – zmiany osobowościowe u Jarosława Kaczyńskiego. Zmiany te są widoczne od pewnego już czasu. Niepohamowane wybuchy wściekłości w czasie obrad Sejmu, gdy pod adresem opozycji wykrzykiwał obelgi i oskarżał ją o „zamordowanie” mu brata, świadczyły o poważnym zaburzeniu równowagi psychicznej. Z czasem proces ten się pogłębia. Nie jest to po prostu sprawa wieku, gdyż mając siedemdziesiąt dwa lata szef PiS nie jest jeszcze starcem. Jednak wiadomo, że procesy starczenia przebiegają nierównomiernie, a sprawowanie władzy autorytarnej procesy te przyspiesza. Ostatnie lata życia marszałka Piłsudskiego są tego bardzo dobrym przykładem.

Niezależnie od tego, jak wyjaśnić przyczyny strategicznego zwrotu dokonywanego obecnie przez Prawo i Sprawiedliwość, konsekwencje tego zwrotu wydają się oczywiste. Obecna strategia PiS jest strategią klęski – tym bardziej nieuchronnej i tym bardziej dotkliwej, im dużej PiS pozostaje u władzy. W jego interesie byłoby skrócenie kadencji i poddanie się werdyktowi wyborców, póki jeszcze ma spore poparcie wyborcze. Czy jednak beneficjenci „dobrej zmiany” – te setki „tłustych kotów” obłowionych na państwowych posad i czerpiących wielkie korzyści z każdego miesiąca pozostawania u władzy – na to pozwolą?

Opozycja ma realną szansę odwrócenia fatalnego dla Polski kursu politycznego. Wymaga to jednak postawienia interesu Polski ponad interesami partyjnymi i osobistymi. Pokonanie PiS jest możliwe tylko w warunkach powstania wspólnej listy całej demokratycznej opozycji. Czy tę szansę opozycja wykorzysta? Czy jej przywódcy potrafią okiełznać własne ambicje i przejść do porządku nad – skądinąd istotnymi – różnicami programowymi a także nieraz bolesnymi doświadczeniami przeszłości? Niedaleka przyszłość pokaże.

Poprzedni

Lewy dobił do „60”

Następny

Jędrzej Moraczewski wraca do łask