Czytanie „Dziennika Trybuny” jest zbędne,

w poprawnym towarzystwie nie na miejscu, a jeśli nawet ukazują się w nim interesujące i ważne teksty, to metodą naszych wolnych mediów są przemilczane. To druga strona czarnych ekranów i pierwszych stron gazet. One są w tym przypadku puste.

Ten rodzaj powszechnego postępowania wyraża przede wszystkim stosunek do politycznej linii programowej tytułu. Pomimo stałej obecności na jego łamach tematów z powszechnego, ważnego, publicznego obiegu, żaden z nich nie dostąpi szansy przedruku, cytowania, o polemice już nie wspominając.

Niby to samo, a zupełnie inaczej

Mijająca 2 marca 90. rocznica urodzin Michaiła Gorbaczowa przyniosła szereg poświęconych mu tekstów, wśród których na szczególną uwagę zasługują publikacje w „GW – Ale Historia” (27.02.2021) i w „D-T” (1.03.2021).

Pierwszą, bardzo obszerną – „Człowiek, który zmienił świat” – stanowi rozmowa Pawła Smoleńskiego z Adamem Michnikiem, która niewątpliwie jest czytelniczo interesująca, ale niezwykle uboga w stosunku do zapowiedzianego tytułu, a w jeszcze większym stopniu do znaczenia i roli jaką rzeczywiście odegrał jubilat.

Wywiad koncentruje się na kwestii Gorbaczow – Rosja, uwarunkowań zmieniającej się tamtej sytuacji i podejmowanych przez niego działań, ich trafności i błędów, trochę o demokratyzacji ówczesnego ustroju, i o współczesności z Nawalnym i Putinem oczywiście. Ale przecież – o czym rozmówcy zupełnie zapomnieli – nie za dokonane zmiany w samej Rosji Michaił Gorbaczow otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Nadto zadziwia też krótka pamięć Michnika dotycząca wyjątkowego wpływu polityki Gorbaczowa na możliwość dokonania przeobrażeń ustrojowych, które miały miejsce w Polsce. Nie wiem czy za nią kryje się przekonanie o większej ważności Jana Pawła II, czy też o zdecydowanej wyższości Solidarności.

Ponad dwukolumnowy, a więc wielki materiał odbieram jako równie wielkie pomniejszanie Gorbaczowa, opowiadanie jedynie o poczynaniach ostatniego genseka imperium, bez prezentacji jego wpływu także na współczesność, gdyż pomieszczono go w gazetowym dodatku typu mówią wieki.

Jakże odmienny, analityczny tekst w „D-T” Jerzego Wiatra „Michaiła Gorbaczowa rola w historii Rosji i świata” nie tylko wypełnia temat prezentując tę postać wyjątkowo godnie – tak jak na to zasługuje – z uwzględnieniem odmiennych ocen, ale i jej historycznego znaczenia. Pisze autor:

„Nagrodę Nobla radziecki prezydent otrzymał za wkład w radykalną zmianę sytuacji podzielonego świata, a zwłaszcza za to, że swą polityką położył ostateczny kres ponurej – ale przez wiele lat traktowanej jako bardzo realna – perspektywie nowej wojny światowej, która musiałaby stać się nuklearną zagładą.”

„Gorbaczow był jedynym przywódcą radzieckim, który nie tylko zrozumiał zgubne skutki Zimnej Wojny dla społeczeństwa radzieckiego, ale także miał odwagę dokonać zasadniczej rewizji radzieckiej doktryny stosunków międzynarodowych. Odrzucił komunistyczny dogmat o nieuchronnym konflikcie między państwami socjalistycznymi i światem kapitalistycznym, a także – co szło jeszcze dalej – o istocie stosunków międzynarodowych jako części walki klasowej w skali światowej. W jego miejsce sformułował koncepcję „wspólnego europejskiego domu.”

„Bez zmiany polityki radzieckiej nie byłoby polskiego „okrągłego stołu”, wyborów czerwcowych i rządu Tadeusza Mazowieckiego. Podkreślał to wielokrotnie w rozmowach ze mną Wojciech Jaruzelski.”

Profesor Wiatr przywołuje także słowa Grzegorza Kołodki, że Gorbaczow był „Kolumbem transformacji”, a z Kolumbami tak bywa, że nie zawsze dopływają do wyznaczonego celu, a mimo to pozostają na zawsze w historii.

Nie spoczniemy, Nim dojdziemy

– w myśl znanej frazy – i jeszcze dalej Osiecka, a w wokalu „Czerwone gitary”: „ Czy warto było kochać nas? Może warto, lecz tą kartą źle grał czas…” Tym razem nie o miłość tu idzie, a o czas Polski Ludowej i nie spoczną mainstream’owe media, aż dojdą do upodlenia tamtego okresu w pamięci zbiorowej Polaków.

Dla Krzysztofa Vargi, jednego z tych niespoczywających i nadzwyczaj wytrwałych każda okazja ku osiągnieciu tego zbożnego celu jest dobra. W 2018 roku był nią wyprodukowany przez Showmax kryminał „Rojst”, a obecnie wypowiedzi Zygmunta Baumana i jego biografa Artura Domosławskiego.

Dziewięćset stronicowa praca „Wygnaniec” stała się tematem felietonu, który już w tytule mówi sam za siebie: „Głośna, samotność Baumana” ( „Newsweek”, 22-28.02.2021). Równie frapującym jest sam zamysł aby tego rodzaju poważne studium prezentować w tym gatunku dziennikarskim. Chyba, że w materii socjologii i filozofii Baumana niewiele ma Varga do powiedzenia. Ale za to koncentruje się na wątkach ubocznych, opisuje fragmenty życiorysów i przywary obu panów, a przede wszystkim ich polityczne sympatie i poglądy, okraszając je odautorskimi złośliwościami.
Fundamentalna myśl Baumana, że „„Najważniejszą kwestią jest jak dostosować społeczeństwo do indywidualnych potrzeb, a nie na odwrót” – wyznaczająca jego postawę – okazuje się nieważna dla Vargi. Za to na swój ulubiony temat pisze: „obrona Polski Ludowej [mająca miejsce w tej książce – Z. T.] – która rzeczywiście miała różne etapy: od krwawego stalinizmu przez łagodniejszą, ale wstrętną gomułkowszczyznę, gierkowską atrapę dobrobytu i liberalizacji, po stan wojenny i agonię systemu – jest tu irytująco nadmierna. Dyżurny argument, że owszem, nie było pełnej demokracji, były prześladowania opozycji, cenzura i więzienia, ale za to było równanie szans, awans społeczny, edukacja, elektryfikacja, darmowa służba zdrowia – jest tak skompromitowany, że w poważnej dyskusji nie powinno się do niego wracać.”

Poważna dyskusja z autorem tych słów jest po prostu niemożliwa. Irytacja Vargi wraz z przedstawionymi oceną i zaleceniem odpowiada schematowi, w którym autorowi wydaje się, że możliwe jest wypisywanie dowolnych opinii na każdy temat. I nie zdaje sobie nadto sprawy, że identyczny sposób pozwala dezawuować dosłownie wszystkie znane, inne pojęcia, np.: wolność, prawa człowieka i demokrację, także z czasów III RP. Mogą być więc one równie irytujące, skompromitowane, a do określonego czasu także nie powinno się wracać. Jedna i druga tak wyrażone opinie są równe zeru. A tę „elektryfikację”, którą Varga przywołał za Leninem, nawet w tej swojej frywolności mógł sobie darować. Tym bardziej, że zapomniał jeszcze dodać o „władzy rad”.

Redakcji, poważnego tygodnika, jakim niewątpliwie chce jawić się „Newsweek”, pogratulować należy tak wyjątkowej i pogłębionej prezentacji biografii Zygmunta Baumana. Autorowi bardzo zapracowanemu, bo to jego trzeci tekst w tym wydaniu, życzyć jednak należy lektury „Trybuny”.
W tym dzienniku poza bieżącymi, licznymi tekstami na wyróżnienie niewątpliwie zasługuje dział prezentujący nieprzemiennie – jak w żadnym innym medium – kulturę, nie tylko polską, literaturę, teatr, film. Równie poważne są rozważania publicystyczne, wśród których znalazło się wiele i o Zygmuncie Baumanie.

Przytaczam fragment ostatniego z nich: „Zygmunt Bauman w oczach biografów” Jerzego Wiatra („D-T”, 11.03.2021): „zawrotną karierę Baumana w ostatnim okresie jego życia, gdy stał się światowej sławy autorytetem intelektualnym, przyjmowanym przez papieża Franciszka i cytowanym przez papieża Benedykta XVI, obsypanym ponad dwudziestoma doktoratami honorowymi z uczelni rozsianych po całym świecie. Rosiak i Domosławski [autorzy dwóch biografii Baumana – Z.T.] różnią się jednak w ocenie dorobku uczonego. Rosiak referuje poglądy kilku – niezbyt zresztą wybitnych socjologów, którzy tę twórczość dezawuowali jako rzekomo niezbyt oryginalną eseistykę. Domosławski – odwrotnie. Daje nie tylko wyraz swemu bardzo wysokiemu uznaniu dla dorobku Baumana, ale także dostarcza czytelnikowi świetnego przewodnika po tej twórczości. Zgadzam się w pełni z takim podejściem. Krytyczne wypowiedzi na temat dorobku Baumana brzmią wręcz śmiesznie, gdy pojawiają się w ustach (lub w tekstach) osób, których dorobek naukowy z dużą dozą wyrozumiałości można uznać za co najwyżej średni.”

A co dopiero mówić o Krzysztofie Vardze ?

Odgrzewane kotlety, także jako specjalność medialna

nigdy do najsmaczniejszych nie należą, podobnie jak tytuł publikacji na Onecie „Fenomen jednej prezydentury. „Może się napił, ale był na Wschodzie, a tam tak trzeba” autorstwa Kamila Dziubki (28.02.2021).
Niesmaczne to zbyt delikatne określenie – po prostu chamskie w stosunku do byłego prezydenta i osoby Aleksandra Kwaśniewskiego. Nadto jeszcze uzupełnione zdjęciem, na którym widzimy Jolę i Olka pijących piwo. Dudka w poszukiwaniu atrakcyjnego tytułu wyrwał fragment z wypowiedzi Marcina Dumy, szefa fundacji IBRiS na temat przeprowadzonych badań polskich elit, a ktoś równie mądry w Onecie dołożył zdjęcie „na temat”.
Z przeprowadzonych badań wynika, że „Polacy generalnie bardzo dobrze oceniają prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego. Ciepło mówili o nim wyborcy z wielu grup. Ta prezydentura jest już na tyle odległa, że jej złe elementy zacierają się w pamięci…Wizerunek Kwaśniewskiego bardzo wzmacnia też jego żona. Ona w pewien sposób przysłania jego słabe strony.”

I z tą wypowiedzią trudno się do końca zgodzić, bowiem zawiera jedno uogólnienie i sugeruje ocenę na podstawie także jedynej okoliczności. Mijający czas nie koniecznie wpływa na pozytywny ogląd np. byłych prezydentów Polski. Abstrahując już od czasów przedwojennych – plusy dla Narutowicza i Wojciechowskiego, a wielki minus dla Mościckiego – współcześnie Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa nie cieszą się powszechną pozytywną opinią Polaków. Co prawda pierwszy z zupełnie innych względów, pozbawionych logiki myślenia i rzetelnej wiedzy, ale jednak. Podobnie rzecz ma się z Lechem Kaczyńskim, pomimo wielkiej, propagandowej kampanii przeprowadzonej przez jego brata.

Wielu politykom, także z areopagu tych światowych, zdarzało się popełnić nie jedną gafę, co nigdy nie dezawuowało roli jaką odgrywali. W przypadku Kwaśniewskiego zdarzenie w Charkowie wypominać mu będą niektórzy do końca świta i jeszcze dzień dłużej. Szkoda, że ci wszyscy pamiętliwi nigdy nie zdobyli się na ujawnienia tajemnicy poliszynela, że ten alkohol spożywał wraz z osobą duchowną, która też w stanie wskazującym, acz lepszym, uczestniczyła w uroczystościach na cmentarzu polskich oficerów.
A propos „złych elementów” omawianej prezydentury i „słabych stron” osoby, obu panom polecam do intensywnej lektury tekst „Na czym polega fenomen Aleksandra Kwaśniewskiego” opublikowany 3 lipca w „Polityce”. Można tam przeczytać m.in.: „jego popularność nie tylko nie słabnie, jak w przypadku wielu innych polityków spalających się u władzy, ale właśnie przeżywa największy dotąd wzlot: CBOS zmierzyło ostatnio rekordowy wynik – 78 proc. społecznego zaufania. W ciągu ostatniego półrocza do i tak wyśmienitego i nieosiągalnego dla innych polityków wyniku dorzucił zatem Kwaśniewski kolejne 5 proc. Wiele wskazuje na to, że – jakby to szokująco nie zabrzmiało – papamobil na lotnisku w podkrakowskich Balicach wiózł niedawno dwie najpopularniejsze w Polsce osobistości.”

Dobrze również być „obiektywnym”,

Ileż to razy można było na łamach „GW” przeczytać o rozlicznych „komunistycznych” notablach, którym w odróżnieniu od narodu nigdy niczego nie zbywało. A tu okazuje się, że nie tylko współczesność (doświadczamy codziennie), ale i niezbyt daleka przeszłość (ukochana przez wielu, wspaniała II RP) w tej materii przewyższają o niebo siermiężność PRL-owskich elit. „ALE HISTORIA” (20.02.2021) objaśnia dokładnie kto mógł więcej w tamtych czasach, kto był lepszy od innych, a na dodatek przywołuje szereg słów Józefa Piłsudskiego, przy których sejmowe połajanki Kaczyńskiego są wzorem parlamentarnej kultury.
Ten „obiektywizm” wyraża się w braku jakiejkolwiek proporcji materiałów akceptujących i negujących określone zjawiska czy postacie, nie tylko z naszego politycznego życia. Także ze świata, bo niespodziewanie dowiedzieliśmy się, przy okazji pandemii, że w największej gospodarce świata są nie tylko miliony biednych, bezrobotnych ale i bardzo licznym grozi eksmisja z uwagi na niespłacone kredyty hipoteczne. W Stanach Zjednoczonych na Covid-19 pochowano już rekordowe w międzynarodowej skali ponad pół miliona osób i to w kraju wydającym, jako dużo ważniejsze niż zdrowie swoich obywateli, jedną trzecią światowych środków na zbrojenia. Z Rosji oczekiwać możemy tylko złych wiadomości i nie wiedzieć jakim cudem przebiła się, i niby po co, informacja, że podobno mają jakąś tam swoją szczepionkę na Covid. Podobnie z dalekowschodnim mocarstwem, bo poza powszechnym doświadczaniem rozlicznych dóbr tam produkowanych, sposób informacji o nim przypomina dawno zarzuconą, planszową grę w Chińczyka.

Czasem „D-T” jest pierwsza,

mimo nadzwyczaj ograniczonych możliwości. 5 lutego ukazał się tekst Tomasza Turowskiego „Dwadzieścia jeden salw („Operacja „Transatlantyk”)” opisujący m. in. akcje polskiego kontrwywiadu w czasie których pozyskiwano tajne materiały z zachodnich placówek dyplomatycznych posadowionych nie tylko w Warszawie. Dwa tygodnie później, dziewiętnastego Onet pochwalił się, że pisze o tym pierwszy, ale – co przyznać należy – wycofał się szybko z tego samozadowolenia. Powtórzył ten tekst swoim zwyczajem 7 marca, a „Duży Format” też po czasie podchwycił, jakby nowy, ten temat 22 lutego. Różnica polega nie tylko na czasie publikacji, ale i jej źródle: pierwszym jest były, zasłużony pułkownik polskiego wywiadu, na którego wolnym mediom nie sposób się powoływać; w pozostałych publikacjach ta sama książka innej osoby.

Rzecz w tym wymiarze nie jest nowa, pisał również o tym szczególnym sposobie informowania w „D-T” Marek Barański („Studniówka”, 22.02.2021). Tym razem dotyczył aktywnego finansowego wsparcia przez CIA działań opozycyjnych w PRL – na początku gwałtowne oburzenie i zaprzeczenia, a później potwierdzenie z amerykańskiego źródła.
Takie niby mniej istotne kwestie, a co powiedzieć o poważnych programowych materiałach, analizach i nieznanych wydarzeniach opisanych na łamach „D-T”?. Paradoks polega tu także na tym, że niejednokrotnie wspomniane media oczekują od Lewicy aktywnego udziału we froncie antypisowskim, jednocześnie na różne sposoby ją minimalizując, popierając każde poczynania ją osłabiające. Taka to w ich wydaniu cała prawda.

Płynąc strumieniem świadomości Vargi

Najchętniej cytowałbym „Dziennik hipopotama” Krzysztofa Vargi masywnie, całymi obszernymi partiami. Byłoby naprawdę warto, bo to frapujący zapis obserwacji, doświadczeń oraz przemyśleń utalentowanego pisarza i błyskotliwego felietonisty, człowieka o zgryźliwym poczuciu humoru i wyrafinowanym – acz wolnym od przesadnej, narcystycznej ostentacji – stylu. To obserwacje i przemyślenia najrozmaitszego autoramentu, o bardzo szerokim spektrum – od refleksji, zazwyczaj autoironicznych, nad sobą samym, aż do uwag nad losem świata całego na przestrzeni dziejów ludzkiej cywilizacji.

No tak, ale ile ja bym się z tego dziennika nacytował w szczupłych ramach niniejszego tekstu? Ot, tyle, co kot napłakał, więc mijałoby się to z celem. Chciałoby się bowiem zacytować, co najmniej, kilkanaście stron co trafniejszych i co smakowitszych passusów, a przecież to nie wchodzi w rachubę.
Cytować jednak byłoby trudno także z tego powodu, że materia „Dziennika hipopotama” jest na tyle zróżnicowana i migotliwa, iż kilka nawet starannie dobranych cytatów tylko zniekształciłoby jego obraz. Gdybym zacytował, licznie po dzienniku Vargi rozsiane, jego złośliwe, ostre, wręcz miażdżące filipiki, szydercze w stosunku do Kościoła katolickiego, Polski, Polaków i ich odwiecznej nieuleczalnej, najdelikatniej się wyrażając, głupoty i niewyuczalności, szydercze w stosunku do prawicy w ogólności (nawiasem mówiąc lewicy Varga też nie oszczędza) i do tej obecnie rządzącej w szczególności, czy do Dudy Andrzeja, któremu poświęcił – nie bójmy się tego słowa – soczyście pogardliwy passus, mogłoby to w oczach czytających te słowa zniekształcić obraz tomu jako składającego się głównie z bieżącej publicystyki, a tym samym zniechęcić do lektury tych, którzy mają publicystki oraz codziennej wylewającej się z mediów pyskówki politycznej i światopoglądowej „dość po uszy, dzień cały”, jak Dziennikarz z „Wesela” Wyspiańskiego.
Powstrzymam się więc od tego, choć jako podzielający w zupełności, a nawet z naddatkiem, poglądy Vargi uczyniłbym to z lubością. Inna sprawa, że sam wydawca mógł stworzyć takie wrażenie, jako że wybrał do pomieszczenia na ostatniej stronie obwoluty cytat akurat takiego autoramentu, kawałek w którym Varga w krótkich, żołnierskich słowach dokonuje gorzkiego rozrachunku z własnym, polskim losem. Z drugiej strony, gdybym zacytował któryś z jego licznych passusów poświęconych literaturze, jej miejscu w krajobrazie współczesnej kultury, także jego autorskim problemom i perypetiom, a także licznym lekturom autora, też nie oddałbym reprezentatywnie esencji tej warstwy dziennika, a mógłbym zniechęcić do lektury tych, których problematyka – by tak rzec – literacka, zazwyczaj nudzi. I wtedy też bym wyrządził niedźwiedzią przysługę i autorowi i tym jego potencjalnym czytelnikom, którzy złaknieni są przede wszystkim ciekawych obserwacji osób, rzeczy, miejsc, zjawisk i wydarzeń, w tym barwnych epizodów o tzw. anegdotycznym posmaku. Tych upewniam, że znajdą w tym dzienniku to, czego szukają.
Jak więc widać z powyższego, dziennik Vargi składa się trzech zasadniczych warstw: po pierwsze owych rozsianych po całości, kąśliwych, często wręcz brutalnych w swojej trafności uwag-komentarzy o charakterze polityczno-ideologiczno-światopopoglądowym, po drugie, obszernych, często przekornych komentarzy i ocen odnoszących się do szeroko rozumianej tematyki literackiej, w tym w szczególności do współczesnego położenia i roli literatury oraz pisarza w przestrzeni kultury, w tym do doświadczeń własnych Vargi w tym względzie, także do jego licznych lektur (należy on do rzadkiego chyba gatunku pisarzy-moli książkowych) oraz, po trzecie, z opisów osób, zdarzeń, eventów, zazwyczaj osadzonych w scenerii warszawskiej, w tym w szczególności w scenerii Mokotowa, dzielnicy, w której pisarz mieszka. Varga Warszawie i Mokotowowi poświęca całkiem sporo miejsca, co czyni jego dziennik na tyle warszawskim, że można by ową warszawskość uwypuklić, dodając odpowiedni podtytuł.
Nie można przy tym nie dodać – bo nieuwzględnienie tego także oznaczałoby wprowadzenie potencjalnych czytelników w błąd – że „Dziennik hipopotama” nie jest owocem wieloletnich czy obejmujących dekady zapisków, lecz dziennikiem „świeżym”. Na pomysł jego napisania Varga wpadł, gdy nadszedł rok pięćdziesięciolecia jego urodzin.
Pisanie podjął w kwietniu 2018, a skończył – przynajmniej przed oddaniem tekstu do wydawnictwa – na marcu 2020 roku. Zatem, choć Varga nie unika od czasu do czasu retrospekcji sięgających jego dzieciństwa i młodości, a także do dawnych postaci, zdarzeń czy lektur, to jego dziennik jest prawdziwą świeżynką odnoszącą się niemal do naszego tu i teraz, a nie dziennikiem-archiwum, dokumentem spraw dawnych, a w związku z tym częstokroć przebrzmiałych. Takimi są na przykład, przypadek pierwszy z brzegu, dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza, które zaczęły być wydawane, i to etapowo, pod koniec trzeciej dekady po jego śmierci.
W przypadku Vargi – nic z tych rzeczy. Jego dziennik dostaliśmy do ręki niemal jak świeże pieczywo, a vista. Tu zresztą Varga prekursorem akurat nie jest, bo podobne dzienniki chwili, pisane, powiedzmy, przez rok, jednorazowym cyklem, wydali ostatnimi czasy Pilch i Dehnel.
A że Varga jest pisarzem o wybitnym zmyśle obserwacji i darze ich barwnego obrazowania, więc wędrując przez przeszło sześćset stron dziennika, czytelnik poczuć się może jak w bieżącym niemal kołowrocie, kalejdoskopie zdarzeń, wrażeń, opisów, portretów personalnych, często złośliwych, a zawsze sugestywnych i soczystych.
Czego i kogo tu nie ma… Pisarze współcześni i dawni, starzy i młodzi, znani i nieznani, celebryci najrozmaitszego autoramentu, znane aktorki i aktorzy, reżyserzy i twórcy z różnych branż, poza tym całe tabuny – de facto anonimowych dla większości postronnych czytelników – znajomych autora, kronikarskie opisy promocji, tzw. eventów kulturalnych, spotkań z czytelnikami, w stolicy i w kraju, uwagi o nagrodach literackich oraz całe tony dowcipnych dygresji, spostrzeżeń, komentarzy, n.p. kąśliwe uwagi o dialogach na cztery nogi w wydaniu skretyniałych starych kuzynek, etc, etc. etc.
Słowem – mamy okazję całymi garściami czerpać z tego zasobu, który można by nazwać strumieniem świadomości, gdyby nie to, że ów strumień świadomości nie rodzi się wyłącznie w głowie autora, lecz jest także, a może na ogół, efektem empirii intensywnie przez niego doświadczanej, jako że Varga prowadzi życie dynamiczne, profesjonalnie i towarzysko, obfite w podróże, po kraju i za granicą, w seanse, koncerty itd. A że jest także – choć bez przesadnego wychylenia – smakoszem i gourmandystą, więc sporo też w dzienniku wzmianek, zarówno o knajpianych wyżerkach, jak i zdawkowych posiadach przy kawie, niejednokrotnie z dodatkiem informacji o skonsumowanych i wypitych pozycjach z menu. Idźmy dalej: uwagi namiętnego melomana i kolekcjonera płyt, miłośnika telewizyjnych seriali, obserwacje zjawisk meteorologicznych z balkonu w środku wielkomiejskiej dżungli, uwagi o 1 Maja, o Marksie, o Wojtyle i Franciszku, o spotkaniach z tzw. dziwakami, o zgubnym w skutkach fakcie, że w Polsce nie zwyciężył kiedyś luteranizm, o oblepiającym wszystko w Polsce „patriotycznym śluzie” (tych antynacjonalistycznych, antyreligijnych, antykatolickich, antyklerykalnych, i w końcu, nie bójmy się tego słowa, antypolskich sztychów, przy których dłonie same za każdym razem składają mi się do frenetycznych oklasków i od których Kościół i Polska, gdyby były podatne na krytyczne słowa, powinny się rozpaść w proch i w pył jak stara rudera lub wydać z siebie pośmiertne śluzy, niczym potwory z „obcych” Ridleya Scotta), o alchemii pisania, w tym o Brzechwie i Molnarze, poecie i pisarzu, którzy mimo woli czy wbrew zamiarom pisali dla dzieci i młodzieży mimo że ich nie cierpieli (ten pierwszy), wyłącznie dla pieniędzy (tak powstali „Chłopcy z placu Broni”), o ukochanym ilustratorze książek Janie Marcinie Szancerze, o upodobaniu do prozy Prusa (co się często zdarza), o rzadkim w naturze guście do prozy Żeromskiego (co zdarza się tak rzadko, że chyba tylko my obaj z Vargą tworzymy w całości ten klub), o obejrzanych filmach, w tym o uwielbieniu dla talentu Paolo Sorrentino, o zaginionym w Polsce zmyśle ironii i rozumienia persyflażu, itede, itepe.
Wśród passusów poświęconych pisarzom, zwracam szczególną uwagę na kapitalne, bardzo złośliwe, a momentami prawdziwie, do bólu okrutne (zwłaszcza w przypadku Masłonia Krzysztofa) miniportrety Wiesława Myśliwskiego, Krzysztofa Zanussiego, Janusza Rudnickiego czy Remigiusza Mroza. To tylko nieliczne zajawki nieprzebranej liczby tematów branych przez Vargę na ruszt, bo stu stron tekstu by mi nie wystarczyło, by je wszystkie tylko wymienić. A i to zdołałem w tej wyliczance dojść zaledwie do nieco ponad połowy objętości tomu, do końca roku 2018, a zauważę tylko, że dotarł Varga do marca 2020, czyli do koronawirusowej pandemii, o której też oczywiście się wypowiada.
A wszystko to w pysznej zalewie vargowego stylu, jego perlących się kadencji, muszkieterskich sztychów polemicznych, fraz dowcipnie nawiązujących do klasycznych zwrotów rodem z literatury, i tak dalej, i tak dalej, a przy tym dozowanych oszczędnie, z umiarem, bez narcystycznych popisów kunsztu stylistycznego, bez inflacji efektów, bez pustych fajerwerków. Kończy Varga swój dziennik takimi oto dwoma zdaniami: „Jeśli nie umrę, to będę żył, jeśli zaś umrę, to będę martwy.
Nic więcej nie da się przewidzieć”. Nic dodać, nic ująć. Jednak podkreślając walory treściowe i literackie tych dzienników, a także ich przepojenie ciekawym poczuciem humoru, nie sposób nie zauważyć, że licznymi fragmentami jest to lektura mogąca przyprawić czytelnika o zły nastrój, o pesymizm. Bo dziennik Vargi, to taka „historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.
Krzysztof Varga – „Dziennik hipopotama”, wyd. Iskry, Warszawa 2020, str. 343, ISBN 978-83-244-1073

My z Niziurskiego wszyscy

Trzecia generacja urwisów

Co do mnie, to jestem głęboko przekonany – i piszę to całkowicie poważnie – że Edmund Niziurski powinien mieć normalny pomnik figuralny, na cokole, jak Pan Bóg przykazał. Jeśli bowiem za kryterium wielkości pisarza przyjąć (obok czysto literackich walorów jego twórczości) wpływ jaki wywarł na wyobraźnię pokoleń czytelników, to przynajmniej gdy chodzi o żyjących przewyższa on zarówno Mickiewicza, jak Słowackiego, o Krasińskim nawet nie wspominając.
Krzysztof Varga należy do trzeciej generacji urwisów (dziś „starych urwisów”) z Niziurskiego, tak jak ja należę do generacji od dekadę starszej. A jest jeszcze generacja ode mnie starsza o dekadę. Jednak to Vardze przypadło w udziale napisanie pierwszej książki o twórcy „Księgi urwisów” i „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa”. Nie jest to regularna biografia pisarza, na tę mam nadzieję, przyjdzie czas, lecz rodzaj jego autorskiego portretu, opowieści. Pokazuje elementy jego życiorysu, przedstawione m.in. przez żonę i dzieci, w tym wielką podróż z rodzinnych Kielc do Warszawy, ale przede wszystkim podąża śladami swoich „niziurskich” lektur, wędruje po Niekłaju, Wilczkowie, Gnypowicach Wielkich, Odrzywołach. Pokazuje jak pod czarodziejskim piórem „Niziury” trywialna, siermiężna rzeczywistość niby-PRL lat 50-tych i 60-tych głównie, przeistaczała się w kapitalną mitologię, zamieszkałą przez postacie dziecięce jednocześnie jakby z sąsiedztwa i „nie z tej ziemi”. Ukazuje galerię jego jeszcze niezwyklejszych postaci „dorosłych”, owych rzezimieszków, morderców, włamywaczy, prywatnych detektywów, dziwnych urzędników, nauczycieli, rzemieślników, rodziców. Pokazuje prozę Niziurskiego jako uniwersum, jako silva rerum, świat przepełniony wyobraźnią i niesłychanym bogactwem kontekstów, filozoficznych, antropologicznych, technologicznych, humanistycznych i innych, co sprawia, że choć w warstwie zewnętrznej przeznaczona była przede wszystkim dla dzieci i młodzieży, to tak naprawdę jest wybitną literaturą dla czytelników do lat 100, tak jak proza Stanisława Lema, która przeszła ewolucję od naiwnej science fiction („Astronauci”) do wielkiej próby literatury intelektualnej, będącej dziełem wielkiego myśliciela, polihistora, umysłu renesansowego i pisarza totalnego.
Varga stawia w swojej książce kapitalne pytanie: „Co takiego było w pisarstwie autora „Sposobu na Alcybiadesa”, że jego historie, rozgrywające się w zgrzebnej Polsce, tak bardzo przemówiły nam do serca, ale i do rozumu? Jak to się stało, że pragnęliśmy zamieszkać w fikcyjnych Odrzywołach? Dlaczego bardziej ekscytowała nas historia broni ukrytej w starym browarze, tajemnica Twierdzy Persil, czy skrzynie Szwajsa w Niekłaju niż skarby piratów zakopane na Karaibach? Dlaczego świat szkoły w Gnypowicach Wielkich był bogatszy i bardziej podniecający niż podróż w osiemdziesiąt dni dookoła świata? Dlaczego Zygmunt Miłoszewski, i Jerzy Pilch, i Juliusz Machulski, i Mariusz Czubaj, i Grzegorz Kasdepke oraz wielu innych na stronach tej książki przyznają: Niziurski naszym Mistrzem był i potrafią na wyrywki z pamięci zacytować fragmenty jego powieści? Bo jeśli istnieje w Polsce prawdziwa, niezniszczalna wspólnota, to tworzą ją dorośli dziś obywatele, którzy wychowali się na powieściach Niziurskiego. Ta książka o jego życiu i pisarstwie jest dla nich i o nich”.
Varga nie pisze o Niziurskim i świecie jego prozy z dystansu, na chłodno, lecz jak rozmiłowany, rozfascynowany czytelnik, zżyty mocno z jej światem. Ze skrupulatnością detektywa śledzi meandry „niziurskiej” narracji, jej miejsca kluczowe, węzłowe, jej lejtmotywy, analizuje jej styl, słownictwo, konteksty, ale też szwy i słabości. Jak prawdziwy fascynat inkrustuje treść swojej opowieści testami egzaminacyjnymi z wiedzy z zakresu „niziurskologii”. I prawdę mówiąc, czytałem tę opowieść Vargi o Niziurskim z nie mniejszą pasją, z jaką kiedyś czytałem powieści „Niziury”.
Można powiedzieć, że Varga, pisarz przecież wyborny, stał się jeszcze wyborniejszy, jakby zaraził się pisarską inwencją i swadą od Mistrza. Ale i Niziurski na tym jako autor skorzystał. Przeczytany ponownie przez szkło (powiększające?) Vargi nabrał dodatkowych barw, kształtów i znaczeń. Ja w każdym razie część zaczynających się wakacji poświęcę, przeczytawszy Vargę, ponownej lekturze niektórych powieści starego „Niziury”. A zacznę od minipowieści „Wielka heca”, która była moim pierwszym z Niziurą spotkaniem.
Znam czytelników, którzy czytają literaturę wyłącznie w postaci sauté i stronią od czytania jakichkolwiek recenzji, opracowań, interpretacji, szkiców krytycznych czy analiz literackich jak diabeł od święconej wody. Ich zdaniem odbiera to spontaniczność lektury. Podejrzewam, że wśród czytelników Niziury takich literackich „prawdziwków” jest szczególnie wielu. Ja jednak nie należę do tego gatunku czytelników. Czytanie o przeczytanych utworach nie odbiera mi przyjemności lektury, nie unieruchamia mojej wyobraźni. Wzbogaca natomiast moją perspektywę, zwraca uwagę na warstwy, czy choćby detale, które w lekturze własnej pominąłem, których nie zauważyłem, które zlekceważyłem. Lubię czytać nie tylko własnymi oczami. I dlatego Niziura przeczytany ponownie oczami Vargi wydał mi się pisarzem jeszcze atrakcyjniejszym, jeszcze bardziej zaskakującym, jeszcze bardziej tajemniczym, jeszcze wspanialszym niż ten jakim go do tej pory postrzegałem.

Krzysztof Varga – „Księga starych urwisów”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, , str. 280, ISBN 978-8366219-03-8.

Dzienniki wielkiego Węgra Recenzja

Krzysztof Varga zbeształ na łamach „Dużego Formatu” Szczepana Twardocha za treść krótkiej rekomendacji pomieszczonej na ostatniej stronie okładki trzeciego tomu dziennika Sándora Márai, obejmującego lata 1957-1966.

 

Twardoch napisał, że dziennik „wypełnia łagodna melancholia”. W reakcji na to Varga (półkrwi węgierskiej, więc wie co mówi) stanął dęba i stwierdził, że żadna to „łagodna melancholia”, ale „studzienna deprecha”. Opowiadam się po stronie Vargi nie tylko dlatego, że wierzę jego węgierskiemu nosowi, że Márai zakończył swoje życie samobójstwem (1989) i że są opinie przyznające Węgrom szczególną skłonność do depresji i samobójstw (podobno wskazywały na to statystyki), ale także dlatego, że żadnej „pogody” ducha nie sposób na kartach jego dzienników znaleźć. Márai jest konsekwentnym pesymistą w ocenie otaczającego go świata. Márai (choć człowiek o prawicowym, konserwatywnym i elitarystycznym światopoglądzie) nie godził się ani na przedwojenne, faszyzujące Węgry admirała Horthy’ego ani, tym bardziej, na stalinowskie Węgry Rajka, a potem Gorő, Rakosi’ego, ani też na złagodzone, „gulaszowe” Węgry Kadara. Nie godzi się też na współczesną mu Europę i na Amerykę, do której po europejskich peregrynacjach wyemigrował w 1952 roku. To niepogodzenie ze światem i życiem własnym jest wiodącym motywem emocjonalnym zapisków.

Formuła tytułu słynnego filmu Johna Hustona „Skłóceni z życiem” (1961) mogłaby objąć i jego. Jednak to, czy melancholia Márai była „pogodna” czy „deprecha studzienna” nie jest w końcu aż tak ważne dla czytelnika. Ważniejszy jest ich ładunek artystyczny i intelektualny, a ten jest potężny.

Márai powszechnie uważany jest za wybitnego diarystę, ale w moim odczuciu to kwalifikacja zbyt słaba, bo wybitnych diarystów było całkiem sporo, tymczasem Márai jest diarystą wielkim. Trudno mi wskazać innego, u którego każde zdanie ma wagę myślową, każde zdanie jest istotne, u którego nie ma pustych przebiegów, waty uzupełniającej, czego sporo można znaleźć w wielu słynnych dziennikach, od Julesa de Goncourt poprzez Andre Gide’a po Juliena Greena, czy choćby naszego Iwaszkiewicza i wielu innych. Dzienniki Gombrowicza to zupełnie co innego, to od początku do końca pisarska kreacja. Márai tym się różni od innych wybitnych diarystów, że w ich dziennikach substancję cenną, wyborne bakalie, bywa – trzeba wydobywać z ciasta nie zawsze najsmaczniejszego, czasem nieco zakalcowatego. U Márai zakalca nie ma, jest sama treściwa substancja.

Márai to oczywiście także niebywały erudyta, człowiek ogromnej wiedzy, oczytania. Przez karty jego dziennika przewijają się dziesiątki, właściwie setki nazwisk europejskiej i światowej kultury, dawnej i współczesnej, od Homera, poprzez Lope de Vega, Dickensa, Joyce, a po Jeana Cocteau, a przy tym każde opatrzone cenną, często frapującą czy odkrywczą uwagą. To także wróg popkultury, w której to postawie był samotnym Don Kichotem, skazanym na rozczarowanie, bezsilność i klęskę. Tę jego splendid isolation, niechęć do kultury masowej, którą uważał za obelgę dla rozumu ludzkiego, wzmocniła zapewne obserwacja jej funkcjonowania w ojczyźnie tej kultury, Stanach Zjednoczonych. Jednocześnie jest jego dziennik subiektywnym zwierciadłem elitarnego życia kulturalnego w USA, w tym Nowego Jorku. Są też zapiski z podróży, choćby do Portugalii. Polityki ujmowanej wprost nie jest w tych dziennikach zbyt wiele, można by rzec, że relatywnie mało zwłaszcza jak na pisarza tak naznaczonego „politycznością”, ostentacyjnym antykomunizmem, aczkolwiek wystarczy zajrzeć do indeksu, by zauważyć, że postacią najczęściej (poza przybranym synem Márai, Janosem) przywoływaną jest Nikita Chruszczow, dwukrotnie częściej niż n.p. John F. Kennedy, którego portret sporządzony po wyborze jest jednym z wyrazów mistrzostwa „portretowego” Márai, jego daru opisywania fizjonomii psychofizycznych.

Nie będę próbował bić się z koniem i próbować syntetyzować tu zawartość czy sensy przewodnie dziennika Máraia – zbyt rozległy to wszechświat. Cenię prozę powieściową twórcy „Żaru”, ale nie należę do jej szczególnych admiratorów. W moim odczuciu jest to proza wybitna ale nie wielka. W prozie oddech pisarski Márai jest słabszy niż w dziennikach. W moim odczuciu Márai jako pisarz, artystycznie, najbardziej spełnił się właśnie w swoich dziennikach, z ich krystalicznym, doskonałym stylem, z ich odkrywczością myślową. Wielkie dzienniki wielkiego diarysty i wielka uczta umysłowa, estetyczna, duchowa.

 

Sándor Márai – „Dziennik 1957-1966”, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresa Worowska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2018, str. 585, ISBN 978-83-07-03431-7