My z Niziurskiego wszyscy

Trzecia generacja urwisów

Co do mnie, to jestem głęboko przekonany – i piszę to całkowicie poważnie – że Edmund Niziurski powinien mieć normalny pomnik figuralny, na cokole, jak Pan Bóg przykazał. Jeśli bowiem za kryterium wielkości pisarza przyjąć (obok czysto literackich walorów jego twórczości) wpływ jaki wywarł na wyobraźnię pokoleń czytelników, to przynajmniej gdy chodzi o żyjących przewyższa on zarówno Mickiewicza, jak Słowackiego, o Krasińskim nawet nie wspominając.
Krzysztof Varga należy do trzeciej generacji urwisów (dziś „starych urwisów”) z Niziurskiego, tak jak ja należę do generacji od dekadę starszej. A jest jeszcze generacja ode mnie starsza o dekadę. Jednak to Vardze przypadło w udziale napisanie pierwszej książki o twórcy „Księgi urwisów” i „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa”. Nie jest to regularna biografia pisarza, na tę mam nadzieję, przyjdzie czas, lecz rodzaj jego autorskiego portretu, opowieści. Pokazuje elementy jego życiorysu, przedstawione m.in. przez żonę i dzieci, w tym wielką podróż z rodzinnych Kielc do Warszawy, ale przede wszystkim podąża śladami swoich „niziurskich” lektur, wędruje po Niekłaju, Wilczkowie, Gnypowicach Wielkich, Odrzywołach. Pokazuje jak pod czarodziejskim piórem „Niziury” trywialna, siermiężna rzeczywistość niby-PRL lat 50-tych i 60-tych głównie, przeistaczała się w kapitalną mitologię, zamieszkałą przez postacie dziecięce jednocześnie jakby z sąsiedztwa i „nie z tej ziemi”. Ukazuje galerię jego jeszcze niezwyklejszych postaci „dorosłych”, owych rzezimieszków, morderców, włamywaczy, prywatnych detektywów, dziwnych urzędników, nauczycieli, rzemieślników, rodziców. Pokazuje prozę Niziurskiego jako uniwersum, jako silva rerum, świat przepełniony wyobraźnią i niesłychanym bogactwem kontekstów, filozoficznych, antropologicznych, technologicznych, humanistycznych i innych, co sprawia, że choć w warstwie zewnętrznej przeznaczona była przede wszystkim dla dzieci i młodzieży, to tak naprawdę jest wybitną literaturą dla czytelników do lat 100, tak jak proza Stanisława Lema, która przeszła ewolucję od naiwnej science fiction („Astronauci”) do wielkiej próby literatury intelektualnej, będącej dziełem wielkiego myśliciela, polihistora, umysłu renesansowego i pisarza totalnego.
Varga stawia w swojej książce kapitalne pytanie: „Co takiego było w pisarstwie autora „Sposobu na Alcybiadesa”, że jego historie, rozgrywające się w zgrzebnej Polsce, tak bardzo przemówiły nam do serca, ale i do rozumu? Jak to się stało, że pragnęliśmy zamieszkać w fikcyjnych Odrzywołach? Dlaczego bardziej ekscytowała nas historia broni ukrytej w starym browarze, tajemnica Twierdzy Persil, czy skrzynie Szwajsa w Niekłaju niż skarby piratów zakopane na Karaibach? Dlaczego świat szkoły w Gnypowicach Wielkich był bogatszy i bardziej podniecający niż podróż w osiemdziesiąt dni dookoła świata? Dlaczego Zygmunt Miłoszewski, i Jerzy Pilch, i Juliusz Machulski, i Mariusz Czubaj, i Grzegorz Kasdepke oraz wielu innych na stronach tej książki przyznają: Niziurski naszym Mistrzem był i potrafią na wyrywki z pamięci zacytować fragmenty jego powieści? Bo jeśli istnieje w Polsce prawdziwa, niezniszczalna wspólnota, to tworzą ją dorośli dziś obywatele, którzy wychowali się na powieściach Niziurskiego. Ta książka o jego życiu i pisarstwie jest dla nich i o nich”.
Varga nie pisze o Niziurskim i świecie jego prozy z dystansu, na chłodno, lecz jak rozmiłowany, rozfascynowany czytelnik, zżyty mocno z jej światem. Ze skrupulatnością detektywa śledzi meandry „niziurskiej” narracji, jej miejsca kluczowe, węzłowe, jej lejtmotywy, analizuje jej styl, słownictwo, konteksty, ale też szwy i słabości. Jak prawdziwy fascynat inkrustuje treść swojej opowieści testami egzaminacyjnymi z wiedzy z zakresu „niziurskologii”. I prawdę mówiąc, czytałem tę opowieść Vargi o Niziurskim z nie mniejszą pasją, z jaką kiedyś czytałem powieści „Niziury”.
Można powiedzieć, że Varga, pisarz przecież wyborny, stał się jeszcze wyborniejszy, jakby zaraził się pisarską inwencją i swadą od Mistrza. Ale i Niziurski na tym jako autor skorzystał. Przeczytany ponownie przez szkło (powiększające?) Vargi nabrał dodatkowych barw, kształtów i znaczeń. Ja w każdym razie część zaczynających się wakacji poświęcę, przeczytawszy Vargę, ponownej lekturze niektórych powieści starego „Niziury”. A zacznę od minipowieści „Wielka heca”, która była moim pierwszym z Niziurą spotkaniem.
Znam czytelników, którzy czytają literaturę wyłącznie w postaci sauté i stronią od czytania jakichkolwiek recenzji, opracowań, interpretacji, szkiców krytycznych czy analiz literackich jak diabeł od święconej wody. Ich zdaniem odbiera to spontaniczność lektury. Podejrzewam, że wśród czytelników Niziury takich literackich „prawdziwków” jest szczególnie wielu. Ja jednak nie należę do tego gatunku czytelników. Czytanie o przeczytanych utworach nie odbiera mi przyjemności lektury, nie unieruchamia mojej wyobraźni. Wzbogaca natomiast moją perspektywę, zwraca uwagę na warstwy, czy choćby detale, które w lekturze własnej pominąłem, których nie zauważyłem, które zlekceważyłem. Lubię czytać nie tylko własnymi oczami. I dlatego Niziura przeczytany ponownie oczami Vargi wydał mi się pisarzem jeszcze atrakcyjniejszym, jeszcze bardziej zaskakującym, jeszcze bardziej tajemniczym, jeszcze wspanialszym niż ten jakim go do tej pory postrzegałem.

Krzysztof Varga – „Księga starych urwisów”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, , str. 280, ISBN 978-8366219-03-8.

Dzienniki wielkiego Węgra Recenzja

Krzysztof Varga zbeształ na łamach „Dużego Formatu” Szczepana Twardocha za treść krótkiej rekomendacji pomieszczonej na ostatniej stronie okładki trzeciego tomu dziennika Sándora Márai, obejmującego lata 1957-1966.

 

Twardoch napisał, że dziennik „wypełnia łagodna melancholia”. W reakcji na to Varga (półkrwi węgierskiej, więc wie co mówi) stanął dęba i stwierdził, że żadna to „łagodna melancholia”, ale „studzienna deprecha”. Opowiadam się po stronie Vargi nie tylko dlatego, że wierzę jego węgierskiemu nosowi, że Márai zakończył swoje życie samobójstwem (1989) i że są opinie przyznające Węgrom szczególną skłonność do depresji i samobójstw (podobno wskazywały na to statystyki), ale także dlatego, że żadnej „pogody” ducha nie sposób na kartach jego dzienników znaleźć. Márai jest konsekwentnym pesymistą w ocenie otaczającego go świata. Márai (choć człowiek o prawicowym, konserwatywnym i elitarystycznym światopoglądzie) nie godził się ani na przedwojenne, faszyzujące Węgry admirała Horthy’ego ani, tym bardziej, na stalinowskie Węgry Rajka, a potem Gorő, Rakosi’ego, ani też na złagodzone, „gulaszowe” Węgry Kadara. Nie godzi się też na współczesną mu Europę i na Amerykę, do której po europejskich peregrynacjach wyemigrował w 1952 roku. To niepogodzenie ze światem i życiem własnym jest wiodącym motywem emocjonalnym zapisków.

Formuła tytułu słynnego filmu Johna Hustona „Skłóceni z życiem” (1961) mogłaby objąć i jego. Jednak to, czy melancholia Márai była „pogodna” czy „deprecha studzienna” nie jest w końcu aż tak ważne dla czytelnika. Ważniejszy jest ich ładunek artystyczny i intelektualny, a ten jest potężny.

Márai powszechnie uważany jest za wybitnego diarystę, ale w moim odczuciu to kwalifikacja zbyt słaba, bo wybitnych diarystów było całkiem sporo, tymczasem Márai jest diarystą wielkim. Trudno mi wskazać innego, u którego każde zdanie ma wagę myślową, każde zdanie jest istotne, u którego nie ma pustych przebiegów, waty uzupełniającej, czego sporo można znaleźć w wielu słynnych dziennikach, od Julesa de Goncourt poprzez Andre Gide’a po Juliena Greena, czy choćby naszego Iwaszkiewicza i wielu innych. Dzienniki Gombrowicza to zupełnie co innego, to od początku do końca pisarska kreacja. Márai tym się różni od innych wybitnych diarystów, że w ich dziennikach substancję cenną, wyborne bakalie, bywa – trzeba wydobywać z ciasta nie zawsze najsmaczniejszego, czasem nieco zakalcowatego. U Márai zakalca nie ma, jest sama treściwa substancja.

Márai to oczywiście także niebywały erudyta, człowiek ogromnej wiedzy, oczytania. Przez karty jego dziennika przewijają się dziesiątki, właściwie setki nazwisk europejskiej i światowej kultury, dawnej i współczesnej, od Homera, poprzez Lope de Vega, Dickensa, Joyce, a po Jeana Cocteau, a przy tym każde opatrzone cenną, często frapującą czy odkrywczą uwagą. To także wróg popkultury, w której to postawie był samotnym Don Kichotem, skazanym na rozczarowanie, bezsilność i klęskę. Tę jego splendid isolation, niechęć do kultury masowej, którą uważał za obelgę dla rozumu ludzkiego, wzmocniła zapewne obserwacja jej funkcjonowania w ojczyźnie tej kultury, Stanach Zjednoczonych. Jednocześnie jest jego dziennik subiektywnym zwierciadłem elitarnego życia kulturalnego w USA, w tym Nowego Jorku. Są też zapiski z podróży, choćby do Portugalii. Polityki ujmowanej wprost nie jest w tych dziennikach zbyt wiele, można by rzec, że relatywnie mało zwłaszcza jak na pisarza tak naznaczonego „politycznością”, ostentacyjnym antykomunizmem, aczkolwiek wystarczy zajrzeć do indeksu, by zauważyć, że postacią najczęściej (poza przybranym synem Márai, Janosem) przywoływaną jest Nikita Chruszczow, dwukrotnie częściej niż n.p. John F. Kennedy, którego portret sporządzony po wyborze jest jednym z wyrazów mistrzostwa „portretowego” Márai, jego daru opisywania fizjonomii psychofizycznych.

Nie będę próbował bić się z koniem i próbować syntetyzować tu zawartość czy sensy przewodnie dziennika Máraia – zbyt rozległy to wszechświat. Cenię prozę powieściową twórcy „Żaru”, ale nie należę do jej szczególnych admiratorów. W moim odczuciu jest to proza wybitna ale nie wielka. W prozie oddech pisarski Márai jest słabszy niż w dziennikach. W moim odczuciu Márai jako pisarz, artystycznie, najbardziej spełnił się właśnie w swoich dziennikach, z ich krystalicznym, doskonałym stylem, z ich odkrywczością myślową. Wielkie dzienniki wielkiego diarysty i wielka uczta umysłowa, estetyczna, duchowa.

 

Sándor Márai – „Dziennik 1957-1966”, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresa Worowska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2018, str. 585, ISBN 978-83-07-03431-7