Krzywda dzieci na drugim planie

„Zainteresowanie i zaangażowanie w taki proces oczyszczania Kościoła jest niewielkie” – mówi ks. Wojciech Lemański w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ci, którzy w związku z wizytą abp. Charlesa Scicluny w Polsce liczyli na spektakularne decyzje w sprawie walki z pedofilią w polskim Kościele, np. rozwiązanie w stylu chilijskim, muszą być rozczarowani. Dymisji nie ma.
KS. WOJCIECH LEMAŃSKI: Nikt racjonalnie myślący nie oczekiwał tego. Te oczekiwania napompowali do niebotycznych rozmiarów dziennikarze, tytułując w ten sposób wizytę abp. Scicluny w gorącym okresie po emisji filmu “Tylko nie mów nikomu”. Szybka reakcja prymasa Polski, który przypomniał, że arcybiskup przybywa na zaproszenie wystosowane w zeszłym roku, powinna sytuację uspokoić.
Prymas swoje, dziennikarze swoje.
W Stolicy Apostolskiej nie ma takiej funkcji jak kardynał czy arcybiskup “do zadań specjalnych”. W wielu krajach taką funkcję pełni nuncjusz. Jeżeli są jakieś sprawy wymagające interwencji Stolicy Apostolskiej, to załatwia się je zazwyczaj poprzez nuncjusza. To nuncjusz przekazuje sygnały do Watykanu i ewentualnie z Watykanu do danego kraju. Dyplomacja watykańska ma to do siebie, że jest dyplomacją i zazwyczaj nie słyszymy o sprawach, które się za jej pośrednictwem dokonują. W tym przypadku zamiast kierować uwagę wiernych na nuncjusza skierowano ją na abp. Sciclunę i… rozpłynęło się.

Prawdą jest, że abp Malty ma opinię człowieka “do zadań specjalnych w sprawie pedofilii”, a w Polsce ten problem jest wciąż nierozwiązany, zatem będę się upierać, że można było się spodziewać pewnych ruchów ze strony Watykanu. Tym bardziej, że są ogromne wątpliwości, czy polski Kościół sam będzie w stanie poradzić sobie z tym problemem.
Poruszyła pani trzy kwestie. Zacznę od ostatniej. Nie ma wątpliwości, że Kościół w Polsce sam nie poradzi sobie z problemem pedofilii wśród duchownych. Żaden Kościół lokalny sam z siebie nie wygenerował takich rozwiązań. Oczywiście podejmowane są wysiłki, jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. Jednak żadna wspólnota lokalna sama z siebie nie podjęła tego problemu. Co do Kościoła w Chile, to radził sobie z tym problemem raczej gorzej przez wiele długich lat. Obecność abp. Scicluny w Chile była konsekwencją tego, że wierni tamtego Kościoła bardzo ostro i dobitnie powiedzieli papieżowi Franciszkowi, że na takie traktowanie tego problemu w ich Kościele oni się nie godzą. Papież wyraźnie opowiedział się po stronie episkopatu i księży oskarżanych o czyny pedofilskie. Dopiero gdy sprzeciw wiernych trwał, a nawet narastał, zdecydował się Franciszek wysłać jeszcze jedną kontrolę i to był właśnie abp Scicluna. Wcześniej różne procedury kościelne zawiodły. Sam Franciszek mówił, że te doniesienia o czynach pedofilskich nie są udowodnione. Dopiero później pod naciskiem społeczności chilijskiej odbyła się ta słynna konferencja, gdzie papież przeprosił za swoje słowa. Franciszek nie zdymisjonował Episkopatu Chile, tylko wezwał biskupów do Watykanu.
Inaczej przedstawia się sytuacja francuskiego kardynała Barbarina. Mamy nieprawomocny co prawda, ale wyrok sądu. Kardynał oddał się do dyspozycji papieża, a ten polecił kardynałowi, by sam podjął decyzję w tej sprawie. Niech kardynał sam rozsądzi, co będzie służyło Kościołowi w jego diecezji. Można i tak.

Czyli jeżeli sami wierni nie wymogą działania, to “święty Boże nie pomoże”? Nie przyjedzie nikt z Watykanu zrobić porządku w polskim Kościele, tak samo jak nikt z Brukseli nie obroni naszej demokracji i praworządności?
To jest dla wielu poczucie bezsilności. Zaraz po emisji filmu mieliśmy inicjatywę wiernych świeckich, aby cały polski episkopat podał się do dymisji. Pod inicjatywą w blisko 38-milionowym kraju podpisało się niewiele ponad dwa tysiące sygnatariuszy. A wiemy, że Polacy potrafią zebrać i 100 tys., i 300 tys., a nawet blisko milion podpisów pod różnymi inicjatywami. To znaczy, że zainteresowanie i zaangażowanie w taki proces oczyszczania Kościoła jest niewielkie. Wielu z nas ucieszyło, że kilka milionów Polaków poszło do kina na film “Kler”. Niektórzy myśleli – będzie przełom. Potem okazało się, że jest ponad dwadzieścia milionów wejść na film braci Sekielskich. Będzie się działo. Zdawało się, że wrażenie po filmie jest już tak piorunujące, że coś się musi wydarzyć. Stąd to wyznanie kardynała Nycza, że dziś wziąłby udział w filmie “Tylko nie mówi nikomu”. Stąd przeprosiny abp. Gądeckiego i podziękowania dla twórców filmu. Stąd przeprosiny prymasa Polaka. Sądzę, że obawiali się, że w ślad za obejrzeniem filmu mogą pojawić się działania, manifestacje, pozwy, wystąpienia kolejnych ofiar, żądania zadośćuczynienia. Mijały tygodnie i wszystko powoli przycichło. Gdy słuchamy analitycznej wypowiedzi abp. Scicluny, stojącego przy abp. Gądeckim, gdy słyszymy o procedurach, mechanizmach, zasadach i że trzeba uważać, aby nikogo nie skrzywdzić, to widać, że determinacja do przemiany osłabła.
Wydaje się, ze krzywda dzieci jest ciągle na drugim, jeśli nie na trzecim planie.

To źle świadczy nie tylko o polskim Kościele, ale i polskim społeczeństwie.
Na naród obrażać się nie można. Jest w wielu z nas rozczarowanie, zwłaszcza w takich sytuacjach jak ta z Tylawy, gdzie rodziny dziewczynek skrzywdzone przez księdza muszą się wyprowadzić z parafii. Parafianie stanęli po stronie księdza za radą biskupa. To tym bardziej bolesne, że akurat w tamtym przypadku fakty były bezsporne, a wyrok prawomocny. Mimo to postawa kurii i wiernych wskazuje, że nie nauczyliśmy się rozwiązywać tego typu problemów. Można by powiedzieć, że polski Kościół, bojąc się zarzutu współodpowiedzialności, z lękiem podejmuje najmniejsze nawet kroki. Niestety, na dzień dzisiejszy nie mamy zbyt wielu jasnych postaci, które moglibyśmy stawiać w tej sprawie za wzór. A może one są, tylko Kościół głośno o nich nie mówi, by inni nie wypadli blado na tym tle. A gdy pojawi się taki biskup jak płocki Libera, który jako pierwszy zwołuje konferencję prasową i opowiada o skali problemu i o krokach, jakie podjęto, aby pomóc ofiarom – więc gdy się taki pojawia i potem, gdy prosi o pół roku wyciszenia, odpoczynku, to natychmiast pojawia się masa komentarzy i pomówień, również ze strony katolickich publicystów.

W komunikacie po zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski z abp. Scicluną czytamy o programie duszpasterskim na lata 2019-2020, o potrzebie chronienia życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, o profanacji tęczową aureolą obrazu Matki Boskiej. Można też przeczytać, że biskupi “przestrzegają przed propagowaniem różnych ideologii wrogich prawu naturalnemu i wartościom chrześcijańskim, które usiłuje się wprowadzać do środowiska szkolnego pod pozorem edukacji seksualnej”. Czy episkopat nie powinien się jednak zajmować czym innym, np. problemem pedofilii w Kościele?
Episkopat może się skupiać, na czym zechce. Takie jest prawo każdego gremium. Ale wiele osób, a nawet środowisk przyjęło ten dokument jako próbę rozmycia problemu, który ciągle jest nierozwiązany.
Gdy pojawia się osoba, która z imienia i nazwiska opowiada, że została skrzywdzona przed kardynała Gulbinowicza, wygląda, że nic się w sprawie nie dzieje. Nikt się tą sprawą poważnie nie zajmuje. Polski Kościół ma wiele takich sytuacji jak były ksiądz Gil, ksiądz Kania, ksiądz z Tylawy, proboszcz z Tarchomina, ksiądz Mateusz z Warszawy, ksiądz Grzegorz z Łodzi, ksiądz kustosz Lichenia, ksiądz Jankowski z Gdańska. Chyba żadna z tych spraw nie została wystarczająco wyjaśniona we wszystkich jej aspektach. Pamiętamy, jak bp Libera opowiadał, że wnioskował o wydalenie ze stanu kapłańskiego pewnego księdza. Stolica Apostolska się do tego wniosku nie przychyliła. Może warto wyjaśnić wiernym, skąd taka decyzja, na jakiej podstawie, według jakich zasad. Przynajmniej tyle, tym bardziej, że to nie są kanonicznie zawiłe kwestie.

W filmie Sekielskich padają konkretne nazwiska biskupów: Nycz, Hoser, Gocłowski, Tyrawa, którzy kryli księży pedofilów. Czy nie powinni zostać przynajmniej odsunięci od stanowiska?
Na dzień dzisiejszy mamy bardzo dobrze udokumentowane świadectwa osób wykorzystywanych przez Degollado, którzy swoje zeznania przekazali kardynałowi Ratzingerowi, a przez niego także Janowi Pawłowi. I co? I nic. To wszystko pokazuje, że w Kościele nawet tak oczywiste przypadki rozstrzygają się przez wiele długich lat, mimo dowodów. Kardynał Barbarin z Francji potrafił pojechać do Watykanu i oddać się do dyspozycji papieża.
Żaden z polskich biskupów nie miał na tyle odwagi Podejrzewam, że spodziewaliby się, że papież mógłby taką dymisję przyjąć.
Ale żadnego biskupa ordynariusza papież zdymisjonować albo zmusić do złożenia dymisji nie może. Musiałby wytoczyć biskupowi proces, który toczyłby się latami i być może skończyłby się tak jak proces wytoczony nuncjuszowi na Dominikanie, abp. Wesołowskiemu. Najpierw długie gromadzenie dowodów, potem proces nie mógł ruszyć ze względu na stan zdrowia, aż w końcu oskarżony zmarł.

Chce mi ksiądz powiedzieć, że biskupi są bezkarni?
Tego nie powiedziałem, mówię tylko, że polscy biskupi nie zdecydowali się na tak odpowiedzialny krok jak kardynał Barbarin i chilijscy biskupi. Takiej decyzji nikt poza wiernymi nie wymusi i nie wyegzekwuje. Może polscy wierni jeszcze do takich działań nie dojrzeli.

Co czeka zatem polski Kościół?
Obawiam się że czekają nas lata stagnacji, niestety. Oczywiście możemy wziąć pod uwagę wyniki badań religijności młodszych i starszych w naszym kraju. Chyba wszyscy widzą, że pokolenie poniżej 40 lat będzie od Kościoła odchodziło. Można też powiedzieć, jak jeden z francuskich królów: “po nas choćby potop”.
Nie ma jednorodnego obrazu Kościoła. Czy to znaczy, że cały Kościół to szubrawcy albo święci? W Polsce mieliśmy świętych biskupów, jak Kozal, Łoziński, Pelczar, i takich, którzy schodzą z tej sceny w sposób, który nas zawstydza, jak abp. Wesołowski, Paetz, Wielgus.
Nie można mówić, że Kościół jest do cna zepsuty, bo tak nie jest, ale trudno nie przyznać, że w Kościele są ludzie zepsuci do podszewki.

A jak ksiądz czuje się w takim Kościele? Bo firmuje Kościół swoją osobą…
To mój Kościół. A z Kościołem trochę jak z rodziną. Jak jest dobrze, to dobrze, a gdy źle? Jak się ma ojca czy dziadka, który siedzi w więzieniu, to nie jest łatwo. Co wtedy zrobić? Są tacy, co wyprowadzają się z domu, zmieniają nazwisko. A te tysiące dzieci, które urodziły się w wyniku niemieckich czy sowieckich gwałtów? Nikt za człowieka takiego ciężaru nie poniesie. Czy taki początek przekreśla całe życie? Czy rodzimy się świętymi czy bandziorami?

Ksiądz ma wybór i może zrzucić sutannę.
Mogę, ale nie chcę, bo to jest mój Kościół. Staram się czynić dobro w Kościele i czasem mi się to nawet udaje.
Nazywanie trudnych rzeczy po imieniu, jakkolwiek Kościołowi może się to wydawać działaniem piątej kolumny, służy Kościołowi. Według mnie wyjdzie nam to na dobre. Im szybciej Kościół się oczyści, tym większa jest szansa, że w przyszłości ktoś w cieniu kolegiaty będzie szukał wytchnienia, a nie kolejnych ofiar.

Egzorcysta

Jarosław Kaczyński założył kolejną maskę. Nie mówi o „zamachu smoleńskim”. Zrezygnował z kariery dewelopera budującego wieżowce. Został egzorcystą!

To samo od tysięcy lat. W każdym zakątku świata. Neron nie zawahał się podpalić Rzymu. By móc wskazać poddanym wroga numer jeden. Chrześcijan. Rzekomo winnych całemu złu. Niemieccy faszyści też nie mieli wątpliwości. Kto odpowiada za wielki kryzys lat trzydziestych. Żydzi. Żydowscy bankierzy. Sklepikarze. Fabrykanci. Nie kto inny jak politycy byłej Jugosławii przekonali swoich obywateli. Że ich dotychczasowi sąsiedzi to wrogowie. Podobnie jak Hutu i Tutsi w Rwandzie.
Duchowni od stuleci dzielnie sekundowali władcom w dzieleniu społeczeństw. Na stosach ginęły tysiące kobiet. Winne rzucanym urokom. Zarazom. Nieurodzajom. Bo każda religia, oprócz swojego boga, musi też mieć swojego szatana.
Polska nie jest białą plamą na mapie napuszczania jednych na drugich. Kto w Kielcach naopowiadał gawiedzi o Żydach pijących krew polskich dzieci? Kto przez lata wbijał do głów – również szaleńców – że to „wina Tuska”? Nie było Tuska. Winnym okazał się Adamowicz.

Divide et impera

Dziel i rządź. Ta maksyma też ma dwa tysiące lat. Jarosław Kaczyński tylko potrafił ją zgrabnie wprowadzić do polskiej rzeczywistości. „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO” – krzyczał w 2006 roku. I w gruncie rzeczy nieważne, gdzie jest „tu”? A gdzie „tam”? Kim są „oni”? Najważniejsze jest przekonanie o istnieniu wroga. „Są już objawy cholery, pierwotniaki, pasożyty” – straszył konsekwencjami przyjęcia imigrantów z Syrii. To był październik 2015 roku. Dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi.
Strach przed piekłem. Przed chorobami przynoszonymi przez przybyszów z Afryki. Przed modlącymi się do nie naszego Boga. Przed czarno i śniadoskórymi. Większość społeczeństw Europy dawno poradziła sobie z tymi strachami. Nie Polska. Ksenofobiczna. Zaściankowa. Chłonna na wszystko co dzieli. Nadal jest doskonałym poletkiem doświadczalnym prawicowych polityków. I wspierających ich księży. Szczególnie, gdy zbliżają się wybory.
Do plejady wyborczych strachów PiS-u anno domini 2019 dołączyły 2 miliony polskich gejów i lesbijek. Tak, takie są szacunki. Warto o nich pamiętać. Bo słowo „mniejszość” może sugerować jakiś liczbowy margines społeczeństwa. Tymczasem w każdej trzydziestoparo osobowej klasie to statystycznie dwójka uczniów lub uczennic.
Koniec końców, nie dziwię się Kaczyńskiemu. Że próbuje nas podzielić. Zawsze takim był. I pozostanie. Niezależnie od nakładanych masek.

LGBT+

Dziwię się natomiast prezydentowi Trzaskowskiemu. Każdy doświadczony polityk powinien umieć przewidywać konsekwencje swoich działań. I słów – to do wiceprezydenta Rabieja. To był błąd. Wiadomo, że prawica Kaczyńskiego po kilku wizerunkowych wpadkach znalazła się w opałach. I na gwałt potrzebowała tematu zastępczego. Który – mówiąc językiem Kurskiego – ciemny lud kupi.
Kto zna deklarację LGBT+, podpisaną przez Trzaskowskiego? Kto czytał wielostronicowe zalecenia WHO, którymi tak żonglują politycy PiS? Oni sami też nie czytali. Ale wizja przedszkolanki instruującej trzylatka, jak powinien się masturbować – działa na wyobraźnię. Że nieprawdziwa? Co to ma za znaczenie? Ważne, że działa.
W całej rozciągłości popieram to, co w deklaracji LGBT+ napisano. A Trzaskowski to co napisał, mógł robić. Każdy prezydent powinien działać na rzecz obywateli i obywatelek swojego miasta. Również bez podpisywania w świetle kamer czegokolwiek. Na tym polega polityka.
Równie dużo złego – i to samemu środowisku LGBT – wyrządził wywiad Pawła Rabieja opublikowany w Gazecie Prawnej. Mojemu koledze z Koalicji Europejskiej zwracam uwagę, że istnieje coś takiego jak autoryzacja tekstu. Pozwala nie tylko poprawić błędy. Ale również jeszcze raz przemyśleć publikowane treści. Nie ma prywatnych wypowiedzi publicznego polityka.
Temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne niefortunnie zbiegł się w czasie z wypowiedziami biskupów o pedofilii w Kościele. Obawiam się, że w podświadomości niektórych mógł się pojawić zbitek pojęć: gej-pedofil. Oczywiście absurdalny. Ale do straszenia idealny. Nie przypadkiem przed ostatnimi wyborami po ulicach Wrocławia jeździła laweta z homofobicznym tekstem: „pedofilia występuje do 20 razy częściej wśród homoseksualistów”.

Związki partnerskie

Są tematy, które da się załatwić jednym głosowaniem w Sejmie i podpisem prezydenta. Do takich można zaliczyć podniesienie kwoty wolnej od podatku. Wystarczy znaleźć pieniądze, które zrekompensują ubytki podatkowe. Poza tym, wszyscy są za. I są sprawy, które poprzedzać musi długotrwała (niekiedy liczona w latach) praca u podstaw.
Kawałek drogi już za nami. Żaden z polityków nie śmie zakazać parady równości. A jak śmie – jak prezydent Lublina – to go zaraz każdy sąd sprowadzi do pionu. Widziałem i słyszałem rechot posłanek i posłów (również Platformy Obywatelskiej), będący reakcją na pierwsze pojawienie się Roberta Biedronia na mównicy sejmowej. Dzisiaj to już prehistoria. Nawet w zdominowanym przez prawicę parlamencie.
Rośnie poparcie dla związków partnerskich. W niedawnym sondażu IPSOS dla OKO.press 56 proc. Polek i Polaków nie widzi niczego złego we wprowadzeniu do polskiego prawodawstwa instytucji związków partnerskich. Z których mogłyby korzystać zarówno pary hetero jak i homoseksualne. Prowadząc w Sejmie projekt ustawy o związkach partnerskich, zwracałem uwagę na pewien absurd. Przedsiębiorcom prawo pozwala na rozliczne formy działalności. Społecznicy mają fundacje i stowarzyszenia. Tylko dwójka kochających się ludzi – zakładająca rodzinę – nie ma wyboru. Ślub, albo… nic.
Jestem przekonany, że w przyszłym Sejmie zebranie większości dla przegłosowania ustawy o związkach partnerskich nie będzie już takim problemem jak w trakcie mojej kadencji. Pod warunkiem, że odsuniemy PiS od władzy.

Adopcja?

Czy w przyszłości Polska umożliwi parom homoseksualnym adopcję dzieci? Nie wiem. W sondażu IPSOS zaledwie co szósty respondent (18 proc.) jest w stanie to zaakceptować . Nota bene, równie mała jest akceptacja wprowadzenia w Polsce waluty euro. Dlatego w przewidywalnym horyzoncie czasowym żaden Sejm nie będzie w stanie przegłosować ani jednego, ani drugiego. Jakie jest moje zdanie w sprawie adopcji dzieci przez pary homoseksualne?
Nie, nie popełnię błędu Rabieja, dając PiS-owi kolejną porcję tak koniecznego „paliwa”. Jedno jest pewne. Potrzeba rozmowy. Spokojnej . Rzeczowej. Z udziałem ekspertów. A nie polityków. Dla których liczy się wyłącznie wyborczy „urobek”. Niepokojące jest to, że ostatni sondaż może sugerować, że „egzorcyzmy” uprawiane przez prawicę nad środowiskiem LGBT w konsekwencji osłabią Koalicję Europejską. Trafiając też rykoszetem w Roberta Biedronia. I o to Kaczyńskiemu chodziło. Nie o czyjekolwiek dobro.

Egzorcysta

„Błagamy Cię gorąco, poślij swoich Aniołów, aby strąciły do czeluści piekielnych, wszystkie te złe duchy, które mają być strącone” – modli się codziennie 150 polskich egzorcystów. Polska jest potęgą. Żaden europejski kraj nie może pochwalić się tak wielką liczbą seansów egzorcystycznych. I skutecznością. Portal modlitwy.info.pl napisał, że każdorazowe odmówienie modlitwy, której fragment przytoczyłem, skutkuje strąceniem do czeluści piekielnych aż 50 tysięcy złych duchów.
Jarosław Kaczyński pozazdrościł takiej skuteczności. „Wara od naszych dzieci” – krzyczał podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości. Święcie wierząc, że tą partyjną „modlitwą” uratuje polskie rodziny. Uratuje nasze dzieci. Przed pedofilami. Przed gejami i lesbijkami. Czyhającymi, by je adoptować.
Tylko czy warto z takim gościem w ogóle dyskutować?

Poważnie

Wiele hejtu wylało się na moją głowę, gdy na Facebooku poddałem w wątpliwość sens prowadzenia debaty o podpisanej przez Trzaskowskiego deklaracji LGBT+. O wywołanym przez wiceprezydenta Rabieja temacie adopcji dzieci przez pary gejów i lesbijek. „Debaty” z PiS-em. Na dwa miesiące przed wyborami.
Bójmy się nie gejów. Nie lesbijek. Nie nauczycieli, którzy w szkołach będą uczyli nasze dzieci wychowania seksualnego. Najbardziej obawiajmy się takich ludzi jak Kaczyński. Który zrobi wszystko dla zachowania swoich wpływów i władzy. Dlatego w roku 2019 nie legalizacja związków partnerskich powinna być tematem numer jeden. Nie takie czy inne deklaracje LGBT. Zapewniam, że cały klub poselski Sojuszu Lewicy Demokratycznej poprze ustawę o związkach partnerskich. Że w szkołach dzieci i młodzież będzie się uczyła trzeźwego spojrzenia na czekające ich życie seksualne.
Ale najpierw musimy pozbyć się egzorcysty.

Wystarczy nie kraść

Byłem na nagraniu w lokalnej TVP. Oczekując na panią, która przypudruje mi łysinę, by nie „blikowała” na wizji, wziąłem do ręki zestaw gazet obowiązujący w ośrodku. A tam: tygodniki „Do Rzeczy” i „Wprost”. Wprost dołuje wśród tygodników (ok. 14 tys. sprzedanych tygodniowo egzemplarzy). Kilka dni temu wydawca tych dwóch, prawicowych tygodników, Michał Lisiecki, został aresztowany z podejrzeniem popełnienia poważnych przestępstw skarbowych na kwotę 29 mln. złotych. Musiało być „grubo”, bo za zwolnienie z aresztu zażądano 500 tys. złotych kaucji. W zestawie była też „Rzeczpospolita”. Dziennik z górnej półki. Dla zrównoważenia był tam też dziennik z dolnej półki. „Gazeta Polska Codziennie” (13 tys. sprzedawanych egzemplarzy”. Jest ona liderem w spadkach sprzedaży. – 22 proc. porównując rok do roku. Tak oto polityczny nadzór w ośrodku funduje dziennikarzom jednostronny przekaz dnia. Biedni dziennikarze, zarobki mizerne i sami pewnie gazet nie mają za co kupić. „Gazeta Polska Codziennie” godna jest oglądnięcia, bo czytać tam nie ma specjalnie czego. Sam fakt, że drukowana jest dużą czcionką, a odstępy między wierszami są jeszcze większe wskazuje na brak tematów i marność dziennikarzy, których jest tam aż nadto. Godna uwagi jest natomiast ilość reklam tam zamieszczonych. Brylują w płatnych ogłoszeniach spółki skarbu państwa i różne instytucje związane z centralną władzą. Tak więc pisanie marne, kupować gazety nie chcą, a reklamy wylewają się ze szpalt. Oto fenomen gazety.
Wydawcą tego dziennika jest Grzegorz Tomaszewski, krewniak prezesa Kaczyńskiego. To on na nagraniach Birgfellnera skarżył się, że mu się budżet w gazecie nie spina i trzeba będzie interes zamknąć. Pewnie poszły polityczne wytyczne, by reklam było jeszcze więcej, to może będzie mniej źle. Grupa marnych dziennikarzy płodzi gnioty, których nikt nie czyta, ale kieszenie ma pojemne. I dlatego budżet się nie spina. By ratować sytuację trzeba więc za spółek transferować pieniądze do prawicowych gazet i z budżetu państwa miliardy do tzw. publicznej telewizji. Tak oto w praktyce wygląda PiS-owskie hasło „Wystarczy nie kraść”. Dla porządku dodam, że szefem rady nadzorczej wydawnictwa jest europoseł Czarnecki. Ostatnio kluby „Gazety Polskiej”, specjalnym pociągiem i z wielką pompą zorganizowały sobie wyjazd do Budapesztu. To nie są małe pieniądze, jak powiada Ferdek Kiepski, a których marna gazeta sama nie jest w stanie wypracować. Trzeba więc reklam jeszcze więcej. Firmy pod politycznym przymusem finansują gazetę, która jest politycznym orężem PiS, ale czytelnicy jakoś się nie garną. Swego czasu, na podwrocławskiej wsi, poszukując „Trybuny”, zobaczyłem jak starsza pani kupuje dwa egzemplarze „Gazety Polskiej”. Ciekawa gazeta? Zagadnąłem.. „Ja tego panie nie czytam. Proboszcz prosił, aby kupować ile kto może….”.
A ja od lat namawiam, by ludzie lewicy kupowali „Trybunę”. Ale jakoś moje namawianie za bardzo nie skutkuje. Z czego wniosek, że my Polacy, od prawa do lewa, czytać nie lubimy i czytamy coraz mniej. I takie to były moje refleksje po nagraniu w telewizji.

Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.

Księże nieuku, przeczytaj

Raz jeszcze okazało się, że polscy księża katoliccy nie znają, lub nie chcą znać, obowiązującego w Polsce prawa. Ale lubią nim posługiwać się w obronie swych interesów. Czyli księżowskiej kasy.

Znany katolicki celebryta ksiądź Tadeusz Isakowicz-Zalewski zagrzmiał na Facebooku w stronę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„W imię jakich wartości podległa Panu instytucja z kieszeni polskich podatników/w tym katolików/opłaciła film „Kler”? Zwłaszcza, że tylu innym projektom odmówiono?” .
Dołączył się do akcji w Internecie upowszechniającej ulotkę o treści:
„Skandal w ministerstwie Kultury, a nie w Kościele. Minister Piotr Gliński dofinansował najnowszy ohydny film Wojciecha Smarzowskiego, który jednoznacznie i tendencyjnie pokazuje polski Kościół”.
Na to minister Gliński odparował na Twitterze: „Informuję, że NIE DALEM ANI GROSZA na ten cel. Był on natomiast finansowany decyzjami p. Odorowicz i Sroki – b. dyrektorek PISF, mianowanych przez poprzedników. Na których działania – zgodnie z prawem, niemieliśmy wpływu”.

W odciecz panu wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu ruszył prawicowy, poPiSowski tygodnik „Do Rzeczy”. Publikując artykuł „Kasa na „Kler” podpisany przez Agnieszkę Niewińską.
Dziennikarkę, która, podobnie jak ksiądz Isakiewicz-Zalewski, wprowadza w błąd opinię publiczną.
Redaktor Agnieszka Niewińska pisze, że „PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej, zasilił konto producentów „Kleru” kwotą 3,5 mln zł z wnioskowanych przez nich 4 mln zł. Całkowity koszt produkcji wnioskodawcy określili n blisko 10,5 mln zł”.

I dalej długo wyjaśniała, że „panie dyrektorki” Instytutu zostały mianowane przez poprzednich ministrów kultury. Co rzeczywiście prawda jest.

Prawdą też jest, że tylko jedna trzecia środków przeznaczonych na film „Kler” pochodziła z funduszy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytutu powołanego mocą ustawy o kinematografii z 2005 roku.
Jestem współautorem tej ustawy. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że katolicki celebryta ksiądz Isakiewicz-Zalewski i redaktor Niewińska nie piszą prawdy.
Pieniądze Instytutu nie pochodzą z „kieszeni polskich podatników”, czyli wszystkich obywateli RP. Pochodzą z podatków i dani płaconych przez wszystkie instytucje korzystające z polskich filmów i zarabiających na ich upowszechnianiu.

Płacą właściciele kin. W Polsce dominują zagraniczne korporacje. Amerykańskie, izraelskie, europejskie. Płaca stacje telewizyjne TVN, Polsat i TVP SA. TVN to kapitał z USA. Płacą telewizje płatne. HBO, „Canal+” i inne. Też zwykle należące do zagranicznych właścicieli. Płacą producenci sprzętu służącego do odtwarzania filmów, czyli kapitał azjatycki, europejski, amerykański. Płaci polskie Lotto.
Płacą, bo tak napisaliśmy wspomnianą ustawę, aby na polskie kino płacili wszyscy kapitaliści. Amerykańscy, żydowscy, azjatyccy i europejscy. I polscy też, bo to dla nich patriotyczny obowiązek i wielka przyjemność.
Zgodnie z obowiązująca ustawą Polski Instytut Sztuki Filmowej nie „daje” pieniędzy na produkcje filmów

tylko pożycza

ich producentom część planowanych kosztów produkcji. Zwykle do 50 procent kosztów.

Jeśli wyprodukowany film zarobi więcej niż jego koszty produkcji, to od razu

zwraca

pożyczone pieniądze od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niezwykle popularny film „Kler” pożyczone od Instytutu 3,5 miliona złotych szybko mu zwróci.

I te zwrócone miliony złotych Instytut będzie mógł pożyczyć na nowy projekt filmowy.
Na przykład na kolejny film o tak zwanych „żołnierzach wyklętych”. Tym razem bez gwarancji, że ten zrealizowany projekt pożyczkę zwróci. Bo do tej pory produkcje o tej tematyce nie cieszyły się taką popularnością jak teraz film „Kler”.

Zatem prawda jest taka.
• Producenci filmu „Kler” nie dostali pieniędzy z PISF tylko je pożyczyli.
• Pożyczone pieniądze pochodziły podatków i danin zapłaconych przez kapitalistów żydowskich, amerykańskich, azjatyckich, europejskich i polskich patriotów.
• Pożyczone pieniądze producent filmu „Kler” zwróci PISF.
• Instytut będzie mógł te pieniądze ponownie pożyczyć na kolejny projekt filmowy. O polskim papieżu albo o tak zwanych „wyklęciuchach”.

W ten sposób producenci i twórcy filmu „Kler” mogą wesprzeć nowy polski film o polskim papieżu.

 

PS. Ponieważ media komercyjne nie chcą informować, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa – proszę o upowszechnianie tej informacji. Kandyduję rzecz jasna z listy lewicy, czyli SLD – Lewica „Razem”.

Głos lewicy

Módlmy się..?

Publicysta Łukasz Moll wypowiedział się na temat tego, jaki stosunek do kościoła katolickiego i jego funkcjonariuszy powinna mieć lewica:
Lewica może być niewierząca, ale musi być katolicka i antyklerykalna jednocześnie
Powiem szczerze, że nie odnajduję się zupełnie w zwyczajowych podziałach wyznaczający na lewicy stosunek do religii katolickiej. Jestem przekonanym ateistą, ale ten fakt nie bardzo mobilizuje mnie do walki z kościołem, a już na pewno nie nastraja mnie negatywnie do osób autentycznie religijnych, które nie są przy tym bigotami. Z drugiej strony, doceniam i interesuję się inicjatywami katolewicowymi i ogólnie lubię rozmawiać z ludźmi głęboko uduchowionymi, o ile nie są dewocyjnymi natrętami. Zażenowany jestem za to mało błyskotliwym antyklerykalizmem i filmy w rodzaju „Kleru” Smarzowskiego uważam raczej za mało wyrafinowane. Ale – dla równowagi – lubię sobie czasem dla zabicia czasu pooglądać internetowe cenzopapy i co lepsze momenty w wykonaniu Jerzego Urbana. To są jednak kwestie estetyczne. Mam zrozumienie dla tych, którzy jarają się „Klerem”, bo wiem, że ten mój stosunek wpływa z inteligenckiego i w gruncie rzeczy elitarnego skrzywienia. Lewica, jeśli ma być populistyczna, nie powinna się od tego ludowego antyklerykalizmu odcinać, powinna za to umieć się nim posługiwać.
Na pewno nie przekonywały mnie nigdy rzekomo „pragmatyczne” podejścia, typu „społeczeństwo jest katolickie, tradycjonalistyczne, nie można mówić o kościele źle, trzeba tematu unikać, a może nawet czasem sklepać pacierz na kolanach w blasku fleszy”. To jakaś ordynarna, elitarna projekcja rzutowana na polskie społeczeństwo z góry. Występuje ona też w wersji oświeceniowej, w której chodzi o jak najszybsze wyleczenie Polaków z religii. Tak czy owak, w obu wersjach społeczeństwo widziane jest w przesadnie konserwatywnych odcieniach.
Ale przyznam też, że za jeszcze bardziej elitarne uznaję te wszystkie stylizowane na ludowość, na wyrastanie z polskiej tradycji inteligenckie projekty katolewicowe. O ile odcinanie się od katolicyzmu jest mniejszościowe i jakoś elitarne, o tyle uczona rozmowa o teologii, duchowości i związkach chrześcijaństwa z socjalizmem jest już elitarna do sześcianu. To jest ciekawa perspektywa dla wrażliwej wielkomiejskiej młodzieży, tak wierzącej, jak i niewierzącej, ale nic poza tym. Twierdzę – na co nie mam dowodu, ale ufam tu swojej intuicji – że polska religijność jest zasadniczo rytualna, bezmyślna i ma znaczenie głównie na poziomie reprodukcji wspólnotowych form bycia razem, przeżywania ważnych momentów życiowych czy wyposażania w zestaw całkiem przyziemnych norm, potwierdzanych na pokaz. Chcieć z polskim katolikiem rozmawiać o Bogu, o wierze, zachęcać do lektury Pisma, do zaangażowania w sprawy parafii, do podążania za papieskimi encyklikami to postawa, która będzie odbierana jako bardziej dziwaczna i inwazyjna niż olewanie kościoła albo atakowanie go. Statystyczny polski katolik nic o tych sprawach wiedzieć nie chce. Przykro mi, katolewicowcy, lubię Was, współczuję Wam, ale nic nie zdziałacie.
Jednak w związku z tym, że na poziomie rytuałów, nawyków, symboli, kalendarza itd. katolicyzm odgrywa w Polsce bardzo istotną rolę, lewica nie może sobie pozwolić na to, żeby go ignorować. Sądzę tylko, że całe to gadanie o świeckim państwie, o Konstytucji, o konkordacie, o religii poza szkołą,o klauzuli sumienia jest zupełnie oderwane od tego poziomu rytualnego, a skupia się za to na sprawach, które nie wyzwalają większego zainteresowania. To, co mogłoby zadziałać to antyklerykalizm skoncentrowany na przywilejach kleru, przede wszystkim tych związanych z majątkiem i władzą. Antyklerykalizm, który może nawet w większej mierze pociągać katolików niż nie-katolików. I w tym sensie lewica musi być katolicka – poprzez pomaganie wiernym w organizacji gniewu na „czarnych” – chociaż może być sobie niewierząca. Dlatego pójdę na „Kler”, bo doceniam to, że Smarzowski postanowił w księży przywalić – artystycznie nie musi mi się ten projekt podobać, bo to nie ja jestem jego adresatem. Ogólnie sądzę, że skala afer pedofilskich i pazerności kleru stwarza podglebie dla antyklerykalizmu. Ewidentnie dostrzegła to jakiś czas temu Partia Razem, która szybko od autocenzury („nie drażnijmy kościoła”) przeszła na pozycje antyklerykalne, choć bez takiej ludowej rubaszności raczej w pełni tej szansy nie wykorzysta.

Niech kościół się trochę podzieli

Interpelacja do Prezesa Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej, w sprawie zakresu i wysokości wsparcia ze środków publicznych dla Kościołów i innych związków wyznaniowych.

 

Relacje między państwem a Kościołami i innymi związkami wyznaniowymi, zwłaszcza stosunki państwa z Kościołem Katolickim, to ważny temat debaty publicznej w Polsce. Na stopień społecznych emocji w tej sferze wpływają zarówno demonstracje ruchu „Ogólnopolski Strajk Kobiet” pod niektórymi kuriami biskupimi w marcu 2018 r., jak również medialne doniesienia o wysokość finansowego wsparcia ze strony instytucji państwowych dla przedsięwzięć firmowanych w szczególności przez Fundację „Lux Veritas”.
Podczas spotkań w wyborcami wielokrotnie byłem pytany o podstawy prawne i zakres wsparcia materialnego państwa dla wspólnot religijnych, szczególnie w kontekście respektowania konstytucyjnej i konkordatowej zasady wzajemnej niezależności oraz autonomii państwa i Kościoła w swoich dziedzinach. Ze strony uczestników tych spotkań padały niejednokrotnie bardzo wysokie kwoty i areały, niemożliwe do prawidłowego zweryfikowania. Należy zaznaczyć, że brak jest obecnie upublicznionych, aktualnych i kompleksowych danych dotyczących rozmiarów wsparcia finansowego, tak bezpośredniego jak i pośredniego, ze środków publicznych na rzecz związków wyznaniowych. Ostatni kompleksowy raport, dotyczący finansów wyłącznie Kościoła katolickiego, został opublikowany przez Katolicką Agencję Informacyjną na początku 2012 r. Taki stan sprzyja powstawaniu różnego rodzaju mitów i ugruntowywaniu stereotypów. Istnieje zatem potrzeba społeczna wiarygodnej informacji na temat stopnia zaangażowania finansowego Państwa na rzecz Kościołów i innych związków wyznaniowych. Mając to na uwadze zwracam się na podstawie art. 115 ust. 1 Konstytucji RP oraz art. 192 ust. 1 i 2 Regulaminu Sejmu o z uprzejmą prośbą udzielenie odpowiedzi na następujące pytania:

1. Jaka była, względnie jest, wysokość Funduszu Kościelnego, odpowiednio w latach 2015-2018 oraz jaka była, względnie jest, struktura wydatków Funduszu Kościelnego w rzeczonym okresie ?
2. Ile obecnie etatów katechetów jest przewidzianych w systemie oświaty publicznej i jakie były, względnie są, koszty zatrudnienia katechetów odpowiednio w latach 2015-2018 ?
3. Jakie były, względnie są, koszty budżetowe, odpowiednio w latach 2015 – 2018, utrzymania Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, Prawosławnego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego oraz Ewangelickiego Duszpasterstwa Wojskowego? Ile odpowiednio etatów finansowanych z budżetu państwa przewidziano w wymienionych instytucjach ?
4. Ile etatów kapelanów przewidziano odpowiednio w: Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej, Policji, Służbie Celnej, Służbie Więziennej, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służbie Wywiadu Wojskowego, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Biurze Ochrony Rządu, Służbie Ochrony Państwa, Centralnym Biurze Antykorupcyjnym? Jakiej wysokości były koszty budżetowe ich utrzymania odpowiednio w latach 2015-2018? Ilu z pośród rzeczonych kapelanów ma status funkcjonariuszy właściwych instytucji?
5. Jakie były ogółem koszty świadczeń emerytalno-rentowych odpowiednio w latach 2015-2018 dla byłych kapelanów w wyżej wymienionych instytucjach państwowych?
6. Jaka jest średnia wysokość emerytury byłych kapelanów odpowiednio w wyżej wymienionych instytucjach państwowych?
7. Ilu duchownych pełni swoją posługę w zakładach opieki zdrowotnej i jaki był koszt ich wynagrodzeń odpowiednio w latach 2015-2018?
8. Ilu duchownych pełni swoją posługę w zakładach karnych i w aresztach śledczych i jaki był koszt budżetowy ich wynagrodzeń odpowiednio w latach 2015-2018?
9. W jakiej kwocie ogółem ze środków publicznych została dofinansowana budowa w Warszawie Świątyni Opatrzności Bożej?
10. W jakiej kwocie ogółem ze środków publicznych została dofinansowana odbudowa i renowacja Zespołu Klasztornego w Supraślu?
11. Jakie wysokości były dochody budżetu państwa odpowiednio w latach 2015-2018 z tytułu zryczałtowanego podatku dochodowego od niektórych przychodów uzyskiwanych przez osoby duchowne?
12. W jakiej wysokości budżet państwa finansował odpowiednio w latach 2015-2018 takie uczelnie/wydziały jak:
a) Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II.
b) Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
c) Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie,
d) Uniwersytet Papieski im. Jana Pawła II w Krakowie,
e) Prawosławne Seminarium Duchowne w Warszawie,
f) Akademię Ignatianum w Krakowie,
g) Papieski Wydział Teologiczny we Wrocławiu,
h) Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie,
i) Wydziały Teologiczne na: Uniwersytecie Opolski, Uniwersytecie Szczecińskim, Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, Uniwersytecie Śląskim w Katowicach,
j) Katedra Teologii Katolickiej i Katedra Teologii Prawosławnej na Uniwersytecie w Białymstoku ?
13. Jakiej wysokości były dochody budżetu Państwa, odpowiednio w latach 2015-2018, z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych, płaconego przez Kościoły i inne związki wyznaniowe oraz ich jednostki organizacyjne?
14. Jaka była, odpowiednio w latach 2015-2018, kwota odliczeń od podstawy opodatkowania dokonanych przez podatników podatku dochodowego będących osobami fizycznymi względnie także osobami prawnymi, na działalność charytatywno-opiekuńczą kościelnych osób prawnych?
15. Jaka była odpowiednio w latach 2015-2018 kwota odliczeń od podstawy opodatkowania podatników podatku dochodowego od osób fizycznych, odpowiednio od osób prawnych, z tytułu darowizn na cele kultu religijnego?
16. Jakie były koszty działalności odpowiednio w latach 2015-2018: Komisji Regulacyjnej ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich, Komisji Regulacyjnej ds. Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, Komisji Regulacyjnej ds. Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz Międzykościelnej Komisji Regulacyjnej?
17. Jaki areał nieruchomości przekazała/przyznała Kościołowi katolickiemu i kościelnym osobom prawnym Komisja Majątkowa i jaką kwotę ogółem przyznała ona tytułem odszkodowania, względnie zadośćuczynienia, czy rekompensat?
18. Jaki areał nieruchomości dotychczas przekazały/przyznały właściwym Kościołom i związkom wyznaniowym oraz ich wyznaniowym osobom prawnym właściwe komisje regulacyjne? Jakie kwoty dotychczas przyznane zostały przez odpowiednie komisje regulacyjne tytułem odszkodowań, rekompensat, względnie zadośćuczynienia?
19. Jaki ogółem areał nieruchomości został przekazany na podstawie decyzji właściwych wojewodów na rzecz kościelnych osób prawnych niektórych Kościołów, które po 8 maja 1945 r. podjęły działalność na Ziemiach Zachodnich i Północnych, w celu utworzenia lub powiększenia gospodarstw rolnych (zwłaszcza na podstawie art. 70a ustawy z dnia 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej)?
20. Jakie były odpowiednio w latach 2015-2018 wpływy od Kościołów i związków wyznaniowych oraz innych wyznaniowych osób prawnych z tytułu:
a) podatku od nieruchomości,
b) podatku rolnego,
c) podatku leśnego?
21. W jakiej wysokości, odpowiednio w latach 2015-2018, Kościoły i inne związki wyznaniowe oraz ich osoby prawne otrzymały dopłaty do nieruchomości rolnych ze środków Unii Europejskiej?
22. Jaki areał nieruchomości rolnych stanowi obecnie własność Kościołów i innych związków wyznaniowych oraz innych wyznaniowych osób prawnych?
23. Jakie były, odpowiednio w latach 2015-2018, inne przypadki wsparcia finansowego na rzecz Kościołów i innych związków wyznaniowych oraz osób duchownych, niż wskazane wyżej, ze środków budżetu państwa lub ze środków państwowych osób prawnych, w tym spółek z udziałem Skarbu Państwa? Jaka była wysokość rzeczonego wsparcie i jego tytuł prawny ?
Uprzejmie proszę ponadto o wskazaniu w każdym przypadku danego rodzaju wydatków budżetowych ich szczegółowych podstaw prawnych.