Bigos tygodniowy

Na początek pro domo sua. Bardzo dobre przemówienia trzech liderów Lewicy na sobotniej konwencji. U Adriana Zandberga podobały mi się poblaski ducha socjaldemokracji skandynawskiej. U Roberta Biedronia – zapowiedzi likwidacji pasożytniczych struktur IPN i Funduszu Kościelnego oraz postawienie na wysokiej pozycji kwestii dobra zwierząt. Retorycznie najlepszy był Włodzimierz Czarzasty. Jego świetne wystąpienie dokonało się w dobrym, empirycznym, szorstkim ale i sarkastycznym brytyjskim stylu.
*****
Śmieszne są wątpliwości, czy Ziobro powinien podać się do dymisji, czy nie powinien. W każdym cywilizowanym kraju byłoby to oczywiste, bo minister konstytucyjny odpowiada za swój resort integralnie, niezależnie od tego, czy uczestniczył czy nie uczestniczył w popełnianych w nich deliktach. Czy Kaczor Ziobrę (Ziobro, Ziobra?) zdymisjonuje? To nader intrygujące pytanie. Jeśli to zrobi, to po pierwsze dlatego, by pokazać, że Polska pod jego rządem jest jednak krajem cywilizowanym. Po drugie, może kalkulować, że do wyborów zostało już mniej niż dwa miesiące, więc Ziobro i tak zostałby schowany do szafy na krótko, a po zwycięstwie może wyjęty ponownie. Przecież Macierewicz też w 2015 miał nie być ministrem obrony. W pisowskich mediach pojawił się też przekaz, że sprawa sędziego Łukasza Piebiaka to „porachunki wewnętrzne nadzwyczajnej kasty”, więc dowództwo pisiorskie ma rączki czyste, „to nie my”, „nie znamy się, nie orientujemy się, zarobieni jesteśmy”. Pikanterii sprawie dodaje dedykacja dla pani Emilii, od szajki dla której pracowała, doczepiona do ofiarowanej jej figury husarza: „Mała Emi, zachowałaś się jak trzeba! Od Herszta i jego żołnierzy”. „Mała Emi” miała być „Inką 2 – reaktywacja”, ale nóżki się powinęły. A tak nawiasem mówiąc – trudno na serio uwierzyć, że Ziobro nie wiedział tego, co pod jego bokiem robi Piebiak, jego wierny wachmistrz Soroka.
*****
Dawno nie serwowałem w bigosie wyników sondaży preferencji przedwyborczych. Nie ukrywam, że w wyniku rozczarowania rozbieżnością między nimi a rzeczywistym wynikiem majowych wyborów europejskich. A jednak tym razem nie mogę się oprzeć przed zacytowaniem wyników badań pracowni Social Changes na zamówienie W polityce.pl braci Karnowskich, które TVP Info puszcza właśnie na okrągło na pasku od wielu już minut, jakby z maniacką uporczywością, zabarwioną lękiem i niepewnością. Według nich PiS, po stracie 5 punktów, ma poparcie 42,9 proc., Koalicja Obywatelska – 30,8 proc., Lewica – 13,4 proc., Koalicja Polska – 8,4 proc., Konfederacja 4,5 proc. Nic więcej nie powiem.
*****
„Żelazny krzyż ściąga pioruny” – takie słowa padły z ust jednego z ratowników w TVP Info, w relacji na żywo z Zakopanego, 23 sierpnia o godz. 9.41. Dlatego nonsensem są te okrzyki oburzenia prawackich mediów, karnowszczyzny i spółki, na profesora Jana Hartmana za to, że powiedział, iż krzyż na szczycie Giewontu jest niebezpieczny dla turystów i należy go usunąć. Ten krzyż rzeczywiście należy usunąć ze względu na przepisy BHP. Ustawiono go w roku 1909, czasach, gdy rzadko kto na Giewont właził, bo turystyka nie była masowa Nie będzie to jednak proste, bo Dżipi Two zawołał kiedyś z tym właściwym sobie kabotynizmem: „Brońcie krzyża od Giewontu do Tatr”, więc katoprawactwo będzie się tego trzymać i nie popuszczać. No chyba, żeby krzyż zostawić, ale zamknąć wstęp na Giewont, chroniąc go przy okazji przed zadeptaniem. Po cholerę tam łażą. To jest jakiś pomysł.
*****
Rada Miasta Gdańska nie zgodziła się na przyznanie Lechowi Kaczyńskiemu, pośmiertnie, tytułu Honorowego Mieszkańca Gdańska. Był on owszem, mieszkańcem Gdańska, ale zaprawdę nie są znane jakieś jego szczególne zasługi dla tego miasta. Co do mnie, to w ogóle nie widzę żadnych nadzwyczajnych zasług Lecha Kaczyńskiego, także jako prezydenta RP. Widzę tylko jeden tytuł do pośmiertnego uhonorowania go. Lech Kaczyński kochał zwierzęta, szczególnie psy. Znane mi jest w pełni wiarygodne i bezpośrednie świadectwo z Ministerstwa Sprawiedliwości, że będąc szefem tego resortu przywiózł tam rannego psa, znalezionego w drodze i zaopiekował się nim. Uważam, że któraś z organizacji działających na rzecz zwierząt czy ekologicznych powinna go uhonorować. Lech Kaczyński żyje w dobrej pamięci tak wielu osób, że upowszechnienie jego godnej najwyższego uznania postawy w tej mierze, mogłoby pozytywnie wpłynąć na stosunek do zwierząt pośród wielu z nich. I żeby było jasne: w tej sprawie ani trochę nie kpinkuję.
*****
Prezes TVPiS Jacek Kurski składając gratulacje twórcom ukraińskiego serialu „Zniewolone” przemawiał po angielsku. Także wywiady z nimi przeprowadzano po angielsku. Do tego doszło, że z naszymi słowiańskimi pobratymcami ukraińskimi nie rozmawiamy po polsku, ukraińsku a choćby i po rosyjsku, tylko mową perfidnego Albionu. „Koniec świata” – jak mawiał dozorca Popiołek z serialu „Dom”.
*****
Dr Hanna Karp, medioznawcza, związana sympatiami z Radiem Maryja, przedstawiła subiektywne portrety ośmiu dzienników („Nasz Dziennik”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Super Express”, „Fakt”, „Gazeta Wyborcza”, „Gazeta polska Codziennie”, „Polska The Times” ). Na trzeciej z kolei pozycji przedstawiona jest „Trybuna, tak oto: „Jest taki tytuł. Po wielu metamorfozach, do 1989 roku ukazywał się jeszcze jako „Trybuna Ludu”, dziś chce być postrzegany jako dziennik o profilu lewicowym. Wydawany przez bliżej nieznaną spółkę z.o.o. o „polskiej nazwie” Polish Scientific Group. Na pierwszej stronie, w tabloidowym stylu, owszem, jest jedna wielka fotografia … prezydenta Andrzeja dudy z napisem: „My, pierwsza Brygada Świętokrzyska”. O obchodach rocznicy wybuchu powstania próżno szukać. Jedynie zajawka wspomnień z powstania zatytułowanych: „W buraczkach”. Tekst ma podtytuł „Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego”. Do tej gazety warto będzie wrócić. Poziom propagandy, fascynujący z punktu widzenia poznawczego na poziomie putinowskiego Sputnika”.
Szanowna Pani Doktor! Co do „poziomu propagandy na poziomie putinowskiego Sputnika”, to tak sformułowana ocena wydaje mi się generalnie nietrafna, bo „Dziennik Trybuna” wydaje mi się gazetą nader rzeczową i może jedynie piszący te słowa zbliża się w cotygodniowym bigosie do „propagandy na poziomie putinowskiego Sputnika”, z tym atoli zastrzeżeniem, że kilkakrotnie w „DT” ukazywały się moje teksty (recenzje) o wymowie zdecydowanie krytycznej w stosunku do działań władz Federacji Rosyjskiej. Jednak gdyby nawet – to kudy „Trybunie” pod tym względem do takiego „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej”, „Sieci” czy „Do rzeczy”. Nawet się do tego poziomu nie zbliżamy. Natomiast z uznaniem przyjmuję deklarację Pani Doktor, że „do tej gazety warto będzie wrócić”. Witamy Panią w gronie naszych Czytelników i liczymy na bardziej rozbudowaną i pogłębioną analizę medioznawczą naszego tytułu.
*****
O niedawno upieczonej pisowskiej propagandystce, ex-lwicy lewicy tym razem nie będzie. Znakomicie wyręczył mnie kilka dni temu na łamach „Dziennika Trybuna” redaktor Piotr Gadzinowski.

O ironii z autoironią

Zawsze miałem kłopot z przynależnością. Z jednej strony chciałem przynależeć do czegoś; być częścią jakiejś większej całości, ale z drugiej strony, strasznie słabo odnajdywałem się w tłumie i ogólnie, w zespołowym działaniu. Odkąd pamiętam, dużo lepiej wychodziło mi współdziałanie samemu ze sobą niż z kolektywem. Poza tym, gdy zyskałem już jako taką samoświadomość, brzydziłem się wręcz panicznie symbolami i symboliką. A te są immanentną częścią każdej organizacji. Żeby być sobą samym i z sobą samym, jak u Davida Bowiego, w ogóle ich nie potrzebowałem. I chwała Bogu, wciąż nie potrzebuję.
Z tego też powodu rozumiem poniekąd zachowanie premier Beaty Szydło, która chowa pod stół unijną flagę-prezent od posła Kohuta, Polaka z Wiosny. Ona, tak jak ja, gardzi symbolami, w tym państwowymi lub, jak wolałaby zapewne pani premier, państwowopodobnymi, takoż w tym świetle, jej zachowanie jest jak najbardziej logiczne i zrozumiałe. Poza tym, gest wiosennego posła, jeśli miał być prowokacją, to słabą i bez humoru. Poseł jest młody, nieopierzony, niedoświadczony w politycznej walce. Nie wie zatem, bo i skąd, że naród pisowski i jego najlepsze córy i synowie nie boją się takich przytyków i małych pstryczków w nos. Jedyne czego naprawdę się obawiają, to…poczucie humoru, którego nie mają za grosz. Zresztą, nie tylko oni, pisowczycy.
W innych organizacjach, lub szerzej, w Polandzie, też nie jest z tym najlepiej. Dystans do samego siebie oraz autoironia są w naszej szerokości geograficznej w dużej niedowadze. Co innego zaciśnięte do dziąseł zęby i takież same pięści. Humor i dowcip to jedyna broń, w starciu z którą towarzystwo trzymające władzę jest bezbronne jak dziecko. Gdyby więc tak poseł Kohut, lub jakiś inny poseł opozycji, czy to w polskim czy w unijnym parlamencie, podszedł do pani Szydło z naręczem białoniebieskich róż, przykląkł na kolano i zaczął przed nią śpiewać unijny hymn, ta nie mogłaby go schować pod stół, bo ciut za duży. Czmychnąć z płowym rumieńcem na policzku, niczym spłoszona łanie też by nie mogła, bo na tym etapie bycia w zawodzie to trochę nie uchodzi. Idę o zakład, że stała by tak, sparaliżowana, bo sytuacja by ją przerosła, a spece od piaru z partyjnej centrali nie uczyli, jak się zachować w takiej, kryzysowej sytuacji. Nie ma bowiem ironii bez autoironii i bez autoironii ironii soute nie sposób pojąć.
Pamiętacie zapewne Państwo, jak o symbole z lubością bił się Lech Kaczyński. Że krzesło, że fotel, kto na fotelu, a kto na krześle. Czyja flaga z wierzchu a czyja od środka. Protokół dyplomatyczny nie pozostawia zwykle zbyt wiele miejsca na improwizację, ale jak wiemy, wszystko zaczyna się i kończy na człowieku, a nie na przepisie. Choć, jak twierdził nocny stróż z etiudy filmowej Kieślowskiego, „przepis jest ważniejszy niż człowiek”. Mając na uwadze zachowanie premier Szydło i ongiś, Lecha Kaczyńskiego, nie przytaczając innych, poślednich „słabych akcji”, których też było bez liku, a na które nie ma tu miejsca, towarzystwo spod PiS-owkiej bandery cierpi na typowo polskie pomieszanie pojęć; honor i dumę zamienia często na dętą butę i bufonadę. Puszy się przy tym jak paw na wiosnę, wszelkie przejawy krytyki swojego paranoicznego stanu zestawiając z atakiem na polską godność i katolicką moralność. Naturalnie, celowo to przejaskrawiam, ale mam wrażenie, że czytelnik z poczuciem humoru i emocjonalnością ciut większą niż drzemiący na kozetce Fin, właściwie zdekoduje przekaz i zrozumie intencje autora. Jak pisał bowiem Sofronow, idąc za Stanisławem Aniołem, gospodarzem domu, mądremu wystarczą dwa słowa, a głupiemu i referatu mało. No właśnie, m.in. to mam na myśli. Że może trochę więcej Barei zamiast generała Hubala. Tęcza, też nie jest symbolem, który może wywrócić do góry nogami politykę zagraniczną rządu, więc nie ma sensu przed nią uciekać, ani się jej bać. Bo to tylko symbole; widoczne znaki, bałwany, którym czci godnej bogom oddawać nie wolno, bo to nie tylko grzech ale i wstyd. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że w pomyślunku polskiej prawicy, od międzywojnia do dziś, nie tyle istotne jest to, kto zasiada na najwyższym stolcu, co bardziej sam, za przeproszeniem, stolec.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Duży pomnik małego człowieka

Zaraz po katastrofie smoleńskiej zostałem zaproszony do Jedynki Polskiego Radia i jeden z dziennikarzy zapytał mnie – czy katastrofa smoleńska wpłynęła na moje postrzeganie prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Tak jak przed katastrofą, tak i po uznaję jego prezydenturę za mało udaną i chyba dodałem, że zapewne nie zostałby wybrany na drugą kadencję.

 

Moje zdanie jest pomiędzy peanem prezydenta Dudy („Od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego tak wielkiego przywódcy nie było, aż do czasu prezydenta Lecha Kaczyńskiego”), a nazbyt surową oceną Lecha Wałęsy („Nie można zgodzić się by bezczeszczono plac Piłsudskiego stawiając miernocie politycznej pomnik”). Lech Kaczyński był politykiem średnim i takim zapamięta go historia, a wysiłki brata bliźniaka jedynie tej pamięci szkodzą.

Już po „dobrej zmianie” gdy do placówek dyplomatycznych na całym świecie zaczęto wysyłać listy z nakazem popularyzacji myśli wielkiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jeden z moich znajomych, pracujący na takiej placówce (nie podam miejsca, by mu nie zaszkodzić) też taki list otrzymał. Jako porządny urzędnik skierował do MSZ list z prośbą o przysłanie stosownych materiałów. Do tej pory nie otrzymał ani materiałów, ani odpowiedzi. Sądzę, że takowych brak.

Te dwa wspomnienia przyszły mi do głowy, gdy czytałem płomienne przemowy najpierw Jarosława Kaczyńskiego a potem prezydenta Andrzeja Dudy przy odsłanianiu dużego pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Józefa Piłsudskiego. Nie wiem – co na to towarzystwo marszałek, pewnie mu wszystko jedno. Ja przy okazji zapewne z rozbawieniem sobie oba te pomniki porównam. Często tam bowiem chodzę i nie sposób będzie tego nowego i dużego pomnika nie zauważyć.

Ani pomnik, ani najbardziej żarliwe zaklinanie rzeczywistości nie zmienią faktu, że Lech Kaczyński był raczej miernym prezydentem i słabej klasy politykiem. Wraz ze zmianą ekipy rządzącej zmieni się też spojrzenie na jego wkład w budowę polskiej demokracji.

Dla jasności dodam, że jak wszyscy byłem wstrząśnięty katastrofą i śmiercią 96 najważniejszych osób w państwie. Szkoda każdej z nich, również Lecha Kaczyńskiego. Gdyby nie jego śmierć, zapewne polityka jego partii aż tak bardzo by nie skarlała i nie zamknęła się w resentymencie i poczuciu metafizycznej wręcz krzywdy. Jego brat, budując mu pomniki, a zwłaszcza uprawiając destrukcyjną politykę, wyrządza Lechowi największą z możliwych krzywd. Z upływem czasu będzie tylko coraz bardziej widoczne jak bardzo niestosowne jest porównywanie go z Piłsudskim. Opublikowana w Wyborczej rozmowa Adama Michnika i Jarosława Kurskiego z Donaldem Tuskiem dobitnie pokazuje gdzie polska polityka mogłaby się znajdować gdyby nie obsesyjna fiksacja PiS-u na wyimaginowanych krzywdach.

Co gorsza w swoje obsesje uwikłał Kaczyński znaczną część społeczeństwa i prawie cały katolicki kler.

Jestem jednak przekonany, że niebawem otrząśniemy się z tego amoku. Wróci normalność i każdemu będziemy oddawać to, co słuszne. No i będziemy, mam nadzieję, budować mniej dużych pomników. Może skupimy się na wydawaniu pism, jak choćby Piłsudskiego właśnie. Można je też komentować i popularyzować, bo warto. Marszałek miał wartkie pióro i miał wiele do powiedzenia.

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.

Incydent gruziński

Szef MSZ Jacek Czaputowicz udał się do Tbilisi w towarzystwie ministrów z Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Wystosował też apel do Federacji Rosyjskiej o „porzucenie agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego”.

 

W 2008 roku Federacja Rosyjska podjęła decyzję o interwencji militarnej poza swoim terytorium, co wprawiło w zaskoczenie zarówno Europę, jak i Stany Zjednoczone. Konflikt o Abchazję i Osetię Południową był to krok, który pokazał brak jednomyślnej polityki UE wobec wydarzeń ma terenach spornych, gdzie zamieszkujące je mniejszości domagają się redefinicji granic.

Jak podaje geopolityka.org, „wstępne walki pięciodniowej wojny rosyjsko-gruzińskiej rozpoczęły się w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku. Był to gruziński ostrzał artyleryjski paramilitarnych oddziałów Osetii Południowej w Cchinwali i rejonie Dżawy”.

To tę rocznicę obchodził szef polskiej dyplomacji w Tbilisi. Z tej okazji ministerstwo opublikowało oficjalny komunikat:

„Sprzeciwiamy się wszelkim działaniom, które mają na celu ingerencję w suwerenne prawo władz w Tbilisi do wykonywania zwierzchnictwa nad terytorium Gruzji w jego granicach uznanych przez społeczność międzynarodową”.

Sęk w tym, że gdyby zbadać sytuację z sierpnia 2008 naprawdę wnikliwie, to wyjdzie na to, że obie strony konfliktu podczas tych kilku dni wojny nie respektowały trzeciej konwencji haskiej (Konwencja dotycząca rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich, Haga, 18 października 1907 r.).

W oświadczeniu znalazł się jednak ten płomienny apel do Rosji: „Władze RP po raz kolejny wzywają Federację Rosyjską do porzucenia agresywnej i prowokacyjnej polityki wobec Państwa Gruzińskiego oraz realizacji zobowiązań, wynikających z porozumień Sarkozy-Miedwiediew”.

Przed wylotem do Gruzji na specjalnie powołanej konferencji prasowej Jacek Czaputowicz przemówił mało dyplomatycznym tonem:

– Wspólnie z gruzińskimi władzami pragniemy przypomnieć światu o tym, co wydarzyło się w sierpniu 2008 r., o pogwałceniu niepodległości Gruzji, tragedii tysięcy rodzin wypędzonych z miejsc zamieszkania, setkach zabitych i rannych.

Przypomniał też słowa Lecha Kaczyńskiego, który wówczas po raz pierwszy poczuł się w obowiązku udzielić „pomocy” potrzebującym Gruzinom i wmieszał się w konflikt.
„Wiemy świetnie – dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj – Polskę”. Słowa te, jak pokazały późniejsze wydarzenia, niestety w części okazały się prorocze i wydaje się, że są ciągle aktualne – stwierdził szef polskiego MSZ.

Polska najwyraźniej nadal czuje się w tym sporze już nawet nie tyle rozjemcą, co jedną ze stron. Nikt jednak nie widział, aby polski prezydent w te pędy biegł do Kosowa, aby pomóc im wyzwalać się spod serbskiego „jarzma”, albo zasłaniał własną piersią Katalończyków. Polska zwykle angażuje się tam, gdzie po drugiej stronie barykady stoi Rosja, czyli na Ukrainie i w Gruzji.
Powszechnie znaną zaś anegdotą, opowiadaną sobie głównie w kontekście katastrofy w Smoleńsku jest opowieść o naciskach, jakie wówczas, podczas lotu do Tbilisi, miał wywierać zmarły prezydent na pilota, kapitana Arkadiusza Protasiuka, którego powtórnie spotkał za sterami w 2010 roku. Lech Kaczyński miał powiedzieć do pilota, który odmówił lądowania ze względu na złe warunki, że to on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i nakazuje mu mimo wszystko wykonać polecenie. Sprawa zyskała miano „incydentu gruzińskiego”.