FIFA wybrała Lewandowskiego na piłkarza roku 2020 na świecie

W czwartek wieczorem FIFA ogłosiła wynik plebiscytu na „Piłkarza Roku” (FIFA the Best 2020). Prestiżową nagrodę mógł zgarnąć tylko jeden z graczy zakwalifikowanych do finału, czyli Robert Lewandowski, Leo Messi lub Cristiano Ronaldo. Dzień wcześniej cała trójka rozegrała ligowe mecze i znów najlepiej z nich wypadł Lewandowski, który strzelił dwa gole i zapewnił Bayernowi wygraną z VfL Wolfsburg (2:1). Ale nie dlatego „Lewy” był zdecydowanym faworytem i zasłużenie, jako pierwszy polski piłkarz w historii, został w czwartek wieczorem został ogłoszony za najlepszego piłkarza roku 2020 na świecie.

Światowa federacja piłkarska przez wiele lat nagradzała najlepszych piłkarzy w roku wspólnie z redakcją „France Football”, ale w 2016 roku doszło do konfliktu i francuski tygodnik postanowił znów samodzielnie przyznawać „Złotą Piłkę”, natomiast FIFA ustanowiła swoją własną nagrodę – FIFA the Best. W dwóch pierwszych edycjach zgarnął ją Portugalczyk Cristiano Ronaldo, trzecią w 2018 roku wygrał Chorwat Luka Modrić, a przed rokiem triumfował Argentyńczyk Lionel Messi. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Messi i Cristiano Ronaldo to najwięksi kolekcjonerzy indywidualnych wyróżnień nie tylko w minionej dekadzie, ale w ogóle historii futbolu.
I chyba głównie dlatego w tegorocznej edycji także znaleźli się w finałowej trójce, chociaż ich dokonania w ostatnich dwunastu miesiącach wcale ich do tego nie uprawniały. Ale wygrać z Lewandowskim w tym roku żaden z nich nie miał prawa. Wystarczyło porównać ich osiągnięcia: Polak wygrał z Bayernem Monachium Ligę Mistrzów, mistrzostwo Niemiec, zdobył też Superpuchar Europy, Puchar Niemiec i Superpuchar Niemiec. Został też królem strzelców Ligi Mistrzów, Bundesligi i Pucharu Niemiec, co jest wyczynem godnym wyróżnienia.
Bayern jako pierwszy triumfator w historii Champions League nie przegrał żadnego meczu, gromiąc w półfinale Barcelonę aż 8:2. Leo Messi był w tym spotkaniu tylko statystą, zaś Cristiano Ronaldo z Juventusem Turyn odpadł z rywalizacji w 1/4 finału. W krajowych ligach Juventus dotrzymał kroku Bayernowi i wygrał rywalizację w Serie A, ale Cristiano Ronaldo przegrał rywalizację o tytuł króla strzelców z Ciro Immobile. Juve nie zdobył jednak Pucharu Włoch, podobnie jak Barcelona Pucharu Hiszpanii, ale „Duma Katalonii” nie wygrała też rozgrywek w Primera Division.
Pod względem strzeleckiego dorobku Argentyńczyk i Portugalczyk w tym roku ustępowali znacznie pola Polakowi. „Lewy” strzelał w minionym sezonie jak maszyna, zdobywając 64 bramki w 58 meczach. W obecnych rozgrywkach nie zwolnił tempa. W Bundeslidze po 12 kolejkach jest liderem klasyfikacji strzelców z dorobkiem 15 goli, a strzelając dwa gole w spotkaniu z Wolfsburgiem przekroczył właśnie barierę 250 trafień w niemieckiej ekstraklasie.
Na korzyść polskiego piłkarza przemawiały też otrzymane już wcześniej w tym roku indywidualne wyróżnienia – w Niemczech został uznany za piłkarza sezonu i piłkarza roku, piłkarzem roku 2020 uznały go też brytyjski magazyn „FourFourTwo”, hiszpański „AS”, włoski „Tuttosport”, a 1 października w plebiscycie UEFA został wybrany na najlepszego w dwóch kategoriach – najlepszy piłkarz i najlepszy napastnik sezonu 2019/2020.
Tak więc każdy inny wybór niż Lewandowskiego przez elektorów dokonujących wyboru laureata nagrody „FIFA the Best” byłby ich totalną kompromitacją. A warto przypomnieć, że wyboru dokonują selekcjonerzy i kapitanowie drużyn narodowych oraz po jednym dziennikarzu z wszystkich krajów zrzeszonych w FIFA. Nikt jednak przed zaplanowanym na czwartkowy wieczór ogłoszeniem wyników (podano je po zamknięciu wydania) nie wątpił, że po raz pierwszy w historii nagroda dla najlepszego piłkarza roku trafi w ręce polskiego piłkarza.
Lothar Matthaeus, znakomity przed laty niemiecki piłkarz, a dzisiaj ceniony futbolowy ekspert, w wywiadzie udzielonym Piotrowi Koźmińskiemu z portalu „SportoweFakty.pl” stwierdził: „Lewandowski jest obecnie najlepszym piłkarzem świata i w czwartek wieczorem to musi zostać potwierdzone. Gdyby jakimś cudem wydarzyło się coś innego, to ten plebiscyt nie miałby już żadnego sensu. (…) Ta nagroda powinna być przyznawana zwycięzcom, piłkarzom, którzy zdobywają trofea. A kto ich ostatnio zdobył najwięcej? Nie Messi, nie Cristiano Ronaldo, a właśnie Lewandowski. To jego gole w bardzo dużej mierze utorowały Bayernowi drogę po wielkie zwycięstwa. W każdych rozgrywkach, w których grał, był najlepszym strzelcem. Zwycięzca jest więc oczywisty. Gdyby było inaczej, już nigdy nie zaufałbym FIFA. Plebiscyt byłby skończony, zdyskredytowany. Ale wygląda na to, że od czwartku wieczorem polscy kibice będą w szampańskich nastrojach, możecie już je mrozić. Fajnie, bo Robert na to zasłużył” – prorokował dzień przed ogłoszeniem wyników plebiscytu Lothar Matthaeus, zdobywca „Złotej Piłki” w 1991 roku w barwach Interu Mediolan.

Podczas gali FIFA Best poznaliśmy też laureatów w innych kategoriach. Bramkarzem Roku został – zgodnie z przewidywaniami – kapitan Bayernu Manuel Neuer. Z drugiej strony zabrakło go w FIFA FIFPro World11, czyli drużynie roku wybranej przez samych piłkarzy. Większym uznaniem kolegów po fachu cieszył się Alisson z Liverpoolu.
Sporym zaskoczeniem był wybór Trenera Roku. Wyróżniony został Juergen Klopp, a nie – jak się wszyscy spodziewali – Hansi Flick. Klopp poprowadził Liverpool do pierwszego od 30 lat mistrzostwa Anglii, ale Bayern Flicka wygrał wszystkie rozgrywki, w których uczestniczył. Menedżer Liverpoolu jest jedynym z nagrodzonych podczas tegorocznego FIFA Best , który triumfował rok po roku.
Piłkarką Roku została Angielka Lucy Bronze z Manchesteru City, a Bramkarką Roku uznano jej byłą klubową koleżankę z Olympique Lyon – Francuzkę Sarah Bouhaddi. Z kolei statuetka dla Trenerki Roku powędrowała do selekcjonerki reprezentacji Holandii Sariny Wiegman.
Nagrodą fair play uhonorowany został Mattia Agnese. 17-letni Włoch udzielił pierwszej pomocy koledze, który stracił przytomność w trakcie meczu juniorów. Kibicem Roku uznano natomiast fana Sport Recife Marinaldo Francisco da Silvę, który przeszedł pieszo 60 km, by obejrzeć na żywo mecz swojej ukochanej drużyny.
I wreszcie nagrodę im. Ferenca Puskasa dla autora najpiękniejszej bramki głosami otrzymał Hueng-Min Son z Tottenhamu Hotspur za niesamowity rajd podczas meczu ligowego z Burnley FC.
Nagroda dla Lewandowskiego to wielki splendor dla polskiego futbolu, bo przed nim jedynie Kazimierz Deyna w 1974 i Zbigniew Boniek w 1982 roku zaistnieli w plebiscycie „Złotej Piłki”, zajmując jednak tylko trzecie lokaty. To również splendor dla Bayernu, polski napastnik jest czwartym w historii, a pierwszym od 1981 roku, graczem monachijskiego klubu, który został wybrany na najlepszego na świecie. Tym samym „Lewy” w galerii sław bawarskiego potentata stoi teraz w jednym rzędzie z jego największymi legendami: Gerdem Muellerem (dostał „Złotą Piłkę” w 1970 roku), Franzem Beckenbauerem (1972, 1974) i Karlem-Heinzem Rummeniggem (1980, 1981).
Lewandowski tak skomentował zwoje zwycięstwo: „Jestem dumny. To wielkie osiągnięcie i dla mnie i dla mojej drużyny. Zarówno dla Bayernu jak i reprezentacji Polski. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że się udało. Leo Messi i Cristiano Ronaldo od lat prezentują najwyższy poziom, a teraz ja tutaj dołączyłem. Ciężka praca przyniosła efekty. Dziękuję całemu sztabowi Bayernu i wszystkim moim kolegom z drużyny. Bez nich te sukcesy nie byłyby możliwe, ale ja już myślę o kolejnych. Taką mam mentalność, taką mentalność ma też cała nasza drużyna. Liczę, że kolejne zwycięstwa będziemy świętować już z kibicami”.

Najlepszego piłkarz roku nie mogło też zabraknąć w „Jedenastce Roku”. Oto jej skład: Alisson Becker (FC Liverpool) – Trent Alexander-Arnold (FC Liverpool), Virgil van Djik (FC Liverpool), Sergio Ramos (Real Madryt), Alphonso Davies (Bayern Monachium), Joshua Kimmich (Bayern Monachium), Kevin De Bruyne (Manchester City), Thiago Alcantara (Bayern Monachium), Lionel Messi (FC Barcelona), Cristiano Ronaldo (Juventus FC), Robert Lewandowski (Bayern Monachium).

Lewy czeka na FIFA the Best

FIFA ogłosiła nazwiska piłkarzy, którzy znaleźli się w finale plebiscytu FIFA The Best 2020. Najważniejsze w tym roku indywidualne wyróżnienie otrzyma Robert Lewandowski, Cristiano Ronaldo lub Lionel Messi. Ten wybór mocno rozzłościł brazylijskiego gwiazdora Paris Saint-Germain Neymara, który liczył na zajęcie miejsce w finałowej trójce.

Oprócz Lewandowskiego, Cristiano Ronaldo, Messiego i Neymara, wśród nominowanych do nagrody „FIFA The Best 2020” znaleźli się jeszcze Holender Virgil van Dijk, Hiszpan Thiago Alcantara, Belg Kevin De Bruyne, Senegalczyk Sadio Mane, Francuz Kylian Mbappe, Hiszpan Sergio Ramos i Egipcjanin Mohamed Salah. Zwycięzca plebiscytu zostanie ogłoszony w czwartek 17 grudnia. Swoją nieobecność w składzie finałowej trójki cierpko skomentował Neymar, zadając na swoim profilu w mediach społecznościowych FIFA pytanie: „Dlaczego?”. A potem wyraził pretensje już bardziej dosadnie sugerując, że może zostałby bardziej doceniony, gdyby zmienił dyscyplinę sportu.
Brazylijczyk awanturuje się nie bez powodu – Paris Saint-Germain to przecież finalista Ligi Mistrzów, a w tych rozgrywkach Juventus z Cristiano Ronaldo odpadł w 1/8 finału, a FC Barcelona Messiego w ćwierćfinale przegrała z Bayernem 2:8. Prezes PZPN Zbigniew Boniek, także w mediach społecznościowych, już de facto ogłosił zdobywcę tegorocznego plebiscytu FIFA The Best. „The winner is Robert Lewandowski. To chyba jasne…” – napisał na Twitterze. A skoro on tak się „wystawił”, to chyba musi coś wiedzieć. Głosowanie zakończono 9 grudnia. Jeśli Lewandowski wygra, będzie pierwszym polskim piłkarzem w historii wyróżnionym tytułem najlepszego piłkarza roku na świecie. Z fetowaniem sukcesu trzeba jednak poczekać do czwartku.
W miniony weekend „Lewy” znów jednak o sobie przypomniał, strzelając gola w ligowym meczu z Unionem Berlin. Dla niego był był to jubileuszowy dwusetny występ w barwach Bayernu, więc bardzo chciał go uświetnić golem. Dopiął celu w 67. minucie. Była to jego 175. bramka zdobyta w barwach bawarskiego klubu. Żadnemu z wielkich snajperów Bayernu nie udało się w 200 meczach strzelić tylu goli co „Lewemu” – nawet legendarny Gerd Mueller był pod tym względem od niego gorszy, bo zaliczył 154 trafienia. Gol wbity Unionowi w 11. kolejce był 13. trafieniem „Lewego” w obecnym sezonie Bundesligi.

Liga Mistrzów: Różne nastroje u gigantów futbolu

W obecnej edycji w porównaniu z poprzednią w 1/8 finału pojawiły się cztery nowe zespoły: Borussia M’gladbach, FC Porto, FC Sevilla i Lazio Rzym. Nie zmienił się natomiast trzon elity tworzony przez Bayern Monachium, Paris Saint-Germain, RB Lipsk, Barcelonę, Real Madryt, Borussię Dortmund, Manchester City, Atletico Madryt, Liverpool, Juventus, Chelsea Londyn i Atalantę Bergamo.

W tym roku do fazy pucharowej Ligi Mistrzów awansowały po cztery niemieckie i hiszpańskie zespoły, po trzy angielskie i włoskie oraz po jednym francuskim i portugalskim. W porównaniu z poprzednim sezonem swoje reprezentacje z trzech do czterech drużyn powiększyły niemiecka Bundesliga i hiszpańska Primera Division, natomiast stan posiadania z czterech do trzech zmniejszyła angielska Premier League. Włoska Serie A utrzymała trzy ekipy, natomiast francuska Lique 1 w poprzedniej edycji na tym poziomie rozgrywek miała dwie drużyny, teraz został jej tylko Paris Saint-Germain. Miejsce w elicie odzyskała natomiast Portugalia, nie mająca w poprzednim sezonie swojego zespołu w 1/8 finału.
Robert Lewandowski, który w poprzedniej edycji był królem strzelców, teraz z trzema golami zajmuje miejsce w peletonie. Na czele klasyfikacji snajperów z dorobkiem sześciu trafień znajdują się Erling Haaland (Borussia Dortmund), Alvaro Morata (Juventus), Neymar (Paris Saint-Germain) i Marcus Rashford (Manchester United), który już jednak nie powiększy swojego bramkowego konta, bo „Czerwone Diabły” po porażce z RB Lipsk w ostatniej kolejce odpadły z rozgrywek i wiosną będą grać z Lidze Europy, wraz z siedmioma innymi zespołami z trzecich miejsc – Dynamem Kijów, Club Brugge, FK Krasnodar, Ajaksem Amsterdam, RB Salzburg, Szachtarem Donieck i Olympiakosem Pireus.
A skoro już o Lewandowskim mowa, najlepszy napastnik Bayernu w ostatniej kolejce spotkań znowu nie zagrał z powodu jakiegoś drobnego ponoć urazu mięśniowego, ale broniąca tytułu monachijska drużyna mimo absencji swojego najskuteczniejszego strzelca w dwóch ostatnich meczach, i tak zakończyła zmagania z najlepszym bilansem bramkowym. Bawarczycy w pięciu wygranych i jednym zremisowanym meczu strzelili w sumie 18 goli, a stracili tylko pięć (13 goli na plusie). Druga pod względem liczby zdobytych bramek była inna z niemieckich drużyn, Borussia Moenchengladbach, która zanotowała 16 trafień, ale straciła aż dziewięć goli, więc na podium najskuteczniejszych drużyn znalazły się dwie angielskie – Manchester City (13:1) i Chelsea Londyn (14:2), a tuż za nimi uplasowała się FC Barcelona (16:5). Warto odnotować, że żadnej drużynie nie udało się zdobyć kompletu punktów, a oprócz Bayernu niepokonane w tej edycji były jeszcze tylko zespoły Manchesteru City i Chelsea Londyn.
W ostatniej serii gier sporo się działo, ale kilka wydarzeń zasługuje na podkreślenie. Przede wszystkim klęska Barcelony 0:3 z Juventusem, bo był to wyczekiwany od dawna także wielki pojedyneg dwóch najwięszych futbolowych gigantó ostatniej dekady. Pojedynek wygrał zdecydowanie Cristiano Ronaldo, który strzelił co prawda dwa gole z rzutów karnych, ale i tak kompletnie przyćmił snującego się po boisku Leo Messiego. Portugalski gwiazdor Juventusu powiększył swój bramkowy dorobek w klasyfikacji wszech czasów do 134 trafień i ma teraz nad Argentyńczykiem 16 goli przewagi.
Trzeci w tym zestawieniu na spółkę z Raulem jest Lewandowski – obaj mają po 71 bramek, ale goniący ich francuski napastnik Realu Madryt Karim Benzema po dwóch trafieniach w spotkaniu z Borussią M’gladbach ma obecnie na koncie 69 goli. A wspomniany Messi stracił w tej kolejce jeden ze swoich licznych snajperskich rekordów, bo wygranym przez Paris Saint-Germain 5:1 meczu z Istanbul Basaksehir zdobył dwie bramki i został najmłodszym strzelcem 20 goli w Lidze Mistrzów. Francuz w dniu meczu z Basaksehirem miał dokładnie 21 lat i 355 dni, natomiast dzierżący dotąd ten rekord Messi dwudziestą bramkę w Champions League zdobył mając 22 lata i 266 dni.
A skoro już o indywidualnych wyczynach mowa, wypada odnotować polski akcent, którego autorem był Łukasz Piszczek. Polski obrońca Borussii Dortmund strzelił gola w wygranym 2:1 spotkaniu z Zenitem Petersburg, a było to pierwsze trafienie tego kończącego już karierę 35-letniego piłkarza w Lidze Mistrzów.
Losowanie 1/8 finału odbędzie się w Nyonie w najbliższy poniedziałek (14 grudnia) w samo południe. Rozstawieni będą wszyscy zwycięzcy grup, do których zostaną dolosowane zespoły z drugich miejsc. W jednej parze nie mogą się jednak znaleźć zespoły z tego samego kraju ani z tej samej grupy. Bayern Monachium na pewno zatem nie trafi na inne zespoły z Niemiec – RB Lipsk czy obie Borussie, ale też na Atletico Madryt.
Pierwsze mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów zostaną rozegrane w dniach 16-17 oraz 23-24 lutego, a rewanże 9-10 i 16-17 marca. W ćwierćfinałach nie będzie już żadnych ograniczeń w losowaniu.

Messi podpadł FIFA, ale oddał hołd Maradonie

Wielu wybitnych piłkarzy na różne sposoby żegnało zmarłego 25 listopada Diego Maradonę. Ale kibice czekali na osobisty hołd ze strony wielkiego sukcesora „Boskiego Diego”, równie genialnego Leo Messiego. Gwiazdor FC Barcelona nie kazał im długo czekać, zrobił to w niedzielę w ligowym meczu z Osasuną.

Zespół „Dumy Katalonii” w tym sezonie świetnie spisuje się w Lidze Mistrzów, ale w krajowych rozgrywkach na razie nie błyszczy i na razie zajmuje miejsce dalekie od ligowej czołówki. Na mecz 11. kolejki Primera Division z Osasuną Pampeluna gracze „Blaugrany” mocno się jednak zmobilizowali, bo poprosił ich o to Leo Messi, kapitan drużyny, jej lider i największa gwiazda. Powód prośby nie był dla nikogo tajemnicą, wszyscy domyślali się, że Argentyńczyk będzie chciał w tym spotkaniu oddać honory zmarłemu Maradonie. Zmotywowani gracze katalońskiej drużyny wygrali mecz bez problemu 4:0, a wynik spotkania w 73. minucie ustalił właśnie Messi. Zaraz potem zdjął koszulkę Barcelony, pod którą miał nałożony trykot zespołu Newell’s Old Boys Rosario z numerem 10, a obie ręce uniósł w górę.
Gest Messiego szybko został odczytany – Maradona był zawodnikiem klubu z Rosario tylko przez jeden sezon 1993/1994, ale jego debiut w barwach Newell’s Old Boys z trybun oglądał sześcioletni wówczas Leo Messi. I zapamiętał taki właśnie gest „Boskiego Diego”, który w niedzielny wieczór odtworzył celebrując bramkę wbitą ekipie Osasuny. Za zdjęcie koszulki meczowej w sędziujący mecz Mateu Lahoz ukarał argentyńskiego gwiazdora żółtą kartką. Arbiter nie miał innego wyjścia, bo przepisy FIFA nie dopuszczają wyjątków w przypadku zdjęcia koszulki, nawet w tak szczytnym celu, jak upamiętnienie śmierci takiej piłkarskiej legendy, jak Maradona. Ale po meczu sędzia też dołożył swoją własną cegiełkę do tego niezwykłego hołdu. Jak informuje hiszpański dziennik „Marca”, w protokole pomeczowym Lahoz napisał: „W 73. minucie grający z numerem 10 zawodnik Leo Messi został ostrzeżony z następującego powodu: za zdjęcie koszulki po strzeleniu gola i pokazanie innej koszulki, drużyny Newells’ Old Boys z sezonu 93/94 z numerem 10 na odwrocie”. Arbiter nie musiał podawać w swoim raporcie aż tylu szczegółów. Wykazał się nadgorliwością właśnie dlatego, że chciał w takiej biurokratycznej formie upamiętnić ten historyczny moment, gdy Messi oddał hołd zmarłemu Maradonie.
Następnego dnia rozpętała się jednak z tego powodu kosmiczna awantura, gdy wyszło na jaw, że Messi będzie musiał za złamanie przepisów FIFA zapłacić trzy tysiące euro kary. Nie jest to może kwota dotkliwa dla piłkarz, który rocznie zarabia ponad 80 mln euro, ale chodzi o zasadę. FIFA surowo zakazuje prezentowania podczas meczów reklam, sloganów, haseł, rysunków, herbów lub innych elementów innych niż te, które na podstawie umów znajdują się na koszulkach meczowych rywalizujących drużyn. Nie tylko kibice Barcelony są jednak oburzeni bezdusznością przepisów i w mediach społecznościowych domagają się od władz światowej federacji anulowania nawet tak stosunkowo mało dotkliwej sankcji.
To jest jednak najmniejsza z burz jaka wybuchła po śmierci Diego Maradony. W Argentynie tamtejsza prokuratura wszczęła właśnie dochodzenie, które ma wyjaśnić, czy w ostatnich dniach życia piłkarski gwiazdor miał właściwą opiekę medyczną. Rodzina Maradony twierdzi bowiem, że ze strony jego osobistego lekarza, Leopoldo Luque oraz psychiatry Agustina Cosachova „doszło do błędów w sztuce lekarskiej bądź zaniedbań, które mogły doprowadzić do pośredniego spowodowania śmierci pacjenta”. Jak informuje argentyńska agencja Telam, z pierwszych ustaleń śledczych wynika, że Maradona po wyjściu na własne życzenie ze szpitala o operacji usunięcia guza mózgu, podczas pobytu w domu nie miał wystarczająco starannej opieki ze strony wymienionych wcześniej lekarzy. Podczas sekcji zwłok stwierdzono, że u Maradony doszło do „ostrej niewydolności serca z kardiomiopatią rozstrzeniową i zastoinową niewydolnością serca, która spowodowała ostry obrzęk płuc”.
„Boski Diego” został pochowany już w czwartek, czyli dzień po śmierci. Na kilka godzin przed pogrzebem trumna z jego zwłokami została wystawiona w pałacu prezydenckim, do której ustawiały się tysiące fanów chcących pożegnać swojego idola, ale w ceremonii pogrzebowej wzięli udział tylko jego najbliżsi.

Lewandowski dogonił Raula

W 4. kolejce Champions League broniący trofeum Bayern Monachium po wygranej 3:1 z RB Salzburg zapewnił już sobie awans do 1/8 finału. Takim samym wyczynem mogą pochwalić się jeszcze FC Barcelona, Juventus Turyn, Manchester City, Chelsea Londyn i FC Sevilla. Szanse na wyjście z grupy straciły natomiast definitywnie Olympique Marsylia i FC Midtjylland, FK Krasnodar, Zenit Petersburg, Stade Rennes, Dynamo Kijów i Ferencvaros.

Bayernowi wystarczyły tylko cztery mecze, by zapewnić sobie awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów z pierwszego miejsca w grupie. Udział w zwycięstwie nad Salzburgiem 3:1 miał również Robert Lewandowski, który strzelił pierwszego gola dla bawarskiej jedenastki. Po meczu kapitan reprezentacji Polski skomentował swój występ w mediach społecznościowych krótkim wpisem: „Zadanie wykonane”. Bayern prowadzi w grupie z kompletem zwycięstw i ma już siedem punktów przewagi nad drugim w tabeli Atletico Madryt. Hiszpański zespół o premiowane awansem do do 1/8 finału drugie miejsce do końca będą musieli walczyć z Lokomotiwem Moskwa (3 punkty) i RB Salzburg (1).
Lewandowski ma na koncie trzy gole i wciąż ma szansę na drugi z rzędu tytuł króla strzelców tych elitarnych rozgrywek.
Ale dzięki trafieniu w meczu z mistrzem Austrii „Lewy” powiększył swój łączny dorobek goli w Lidze Mistrzów do 71 i tym samy zrównał się z trzecim w klasyfikacji najlepszych strzelców rozgrywek wszech czasów Raulem. Polak na dogonienie legendarnego hiszpańskiego snajpera Realu Madryt potrzebował 10 sezonów, ale najwięcej odrobił w dwóch poprzednich. Zdobył w nich w sumie 23 bramki, co pozwoliło mu wyprzedzić zajmującego czwartą lokatę Francuza Karima Benzemę, a wcześniej przeskoczyć Eusebio (46), Filippo Inzaghiego (46), Andrija Szewczenkę (48), Zlatana Ibrahimovicia (48), Alfredo Di Stefano (49), Thierry’ego Henry (50) i Ruuda van Nistelrooya (51).
Na czele zestawienia jest Portugalczyk Cristiano Ronaldo, który w 4. kolejce zdobył jedną bramkę i ma teraz na koncie 131 trafień. Drugi na liście jest jego wielki rywal Leo Messi z dorobkiem 118 goli. Lewandowski ma niewielkie szanse na dogonienie tej dwójki, ale niewykluczone, że kiedyś tej sztuki dokona 20-letni obecnie norweski napastnik Borussii Dortmund Erling Haaland. W tej chwili Norweg jest liderem klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów. W 4. kolejce w spotkaniu z Club Brugge (3:0) zdobył dwie bramki i prowadzi z dorobkiem sześciu trafień. Warto jednak podkreślić, że łącznie ten piłkarz zdobył już w Lidze Mistrzów 16 goli, czyli ma ich na koncie więcej niż tacy gracze, jak Roberto Firmino, Pierre-Emerick Aubameyang, Paulo Dybala, Ronaldo, Zinedine Zidane, David Villa, Miroslav Klose czy Adriano, a rozegrał w tych rozgrywkach jak na razie tylko 12 spotkań. Ponadto Norweg jest najmłodszym piłkarzem, który osiągnął barierę 15 goli w Champions League, bo we wtorek miał 20 lat i 126 dni. Dotychczasowy rekordzista pod tym względem, Francuz Kylian Mbappe, był starszy o 180 dni. Messi takim wynikiem mógł się pochwalić w wieku 21 lat i 288 dni, a Lewandowski mając 25 lat i 111 dni.
W tej chwili jednak rozstrzygają się losy najważniejszej nagrody indywidualnej. Lewandowski znalazł się na liście 11 zawodników nominowanych w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza 2020 roku (FIFA The Best). Oprócz kapitana reprezentacji Polski znaleźli się na niej: Thiago Alcantara (Hiszpania/Bayern Monachium/Liverpool), Cristiano Ronaldo (Portugalia/Juventus Turyn), Kevin De Bruyne (Belgia/Manchester City), Sadio Mane (Senegal/FC Liverpool), Kylian Mbappe (Francja/Paris Saint-Germain), Lionel Messi (Argentyna/FC Barcelona), Neymar (Brazylia/ Paris Saint-Germain), Sergio Ramos (Hiszpania/Real Madryt), Mohamed Salah (Egipt/FC Liverpool), Virgil van Dijk (Holandia/FC Liverpool). Zwycięzca ogłoszony zostanie 17 grudnia. Sześć dni wcześniej FIFA ogłosi finałową trójkę plebiscytu The Best. Listę 11 nominowanych wybrała grupa ekspertów FIFA, a teraz głosować do 9 grudnia będą mogli kibice.
Jeśli położy się na szalę tegoroczne dokonania nominowanych piłkarzy, Lewandowski kładzie wszystkich na łopatki, nawet dwóch gigantów futbolu ostatnich lat, czyli Messiego i Cristiano Ronaldo. Polak wygrał z Bayernem Monachium wszystko co było do wygrania drużynowo, ale także zdobył tytuły króla strzelców w Lidze Mistrzów, Bundeslidze i Pucharze Niemiec, a ponadto zdobył najwięcej bramek w całym sezonie. Mimo to w głosowaniu internautów snajper Bayernu znalazł się na trzecim miejscu, właśnie za Argentyńczykiem i Portugalczykiem. Miejmy nadzieję, że to tylko na początku tak wyszło.

Dumie Katalonii grozi bankructwo

Ta wieść to prawdziwa sensacja. FC Barcelona popadł w tarapaty finansowe i wedle hiszpańskich mediów jeśli piłkarze nie zgodzą się na znaczną obniżkę wynagrodzeń, katalońskiemu klubowi może nawet grozić bankructwa. To efekt sześcioletnich rozrzutnych rządów byłego już prezydenta „Dumy Katalonii” Josepa Bartomeu.

Kataloński klub należy do wąskiego grona światowych potentatów w świecie sportu, a w futbolu nawet do ścisłej czołówki. Pewnie nawet pod rządami mającego nadzwyczaj lekką rękę do wydawania pieniędzy Bartomeu nie popadłaby w takie ciężkie tarapaty, gdyby nie wybuch pandemii koronawirusa. Jeszcze w lipcu 2019 roku nic nie zapowiadało kryzysu – FC Barcelona podała, że osiągnęła rekordowy przychód w wysokości 990 mln euro, zysk operacyjny 17 mln euro, a po opodatkowaniu 4,3 mln euro. Na koniec sezonu kolejnego roku przychód miał wynieść rekordowy miliard euro.
Przy takich obrotach transferowe wydatki klubu nie powodowały niepokoju, tym bardziej, że chociaż „Duma Katalonii” wydała na sprowadzenie nowych zawodników ponad miliard euro, to sprzedała swoich graczy za ponad pół miliarda euro.
Bartomeu w ostatnich latach wydał mnóstwo pieniędzy na nowych zawodników. I tak na Camp Nou pojawili się m.in.: Ousmane Dembele (125 mln euro), Philippe Coutinho (145 mln), Antoine Griezmann (120 mln), Ardy Turan (40 mln), Alexis Vidal (22 mln), Andre Gomes (50 mln), Paco Alcacer (30 mln), Samuel Umtiti (25 mln), Lucas Digne (16 mln), Jasper Cillessen (16 mln), Paulinho (40 mln), Nelsona Semedo (35 mln), Malcom (42 mln), Arthur (40 mln), Clement Lenglet (35 mln), Neto (35 mln), Martin Braithwaite (18 mln), Juniora Firpo (30 mln).
W drugą stronę hitem był oczywiście transfer Neymara do Paris Saint-Germain. Brazylijski gwiazdor przeszedł w sierpniu 2017 roku francuskiego klubu za rekordową do dzisiaj kwotę 222 mln euro. Co ciekawe, Neymar dość szybko zaczął żałować odejścia z Barcelony i w ostatnich dwóch sezonach na różne sposoby próbował wrócić na Camp Nou. Ale tego lata o transferze powrotnym do „Dumy Katalonii” w obozie Brazylijczyka nawet nie napomykano, a wręcz przeciwnie – do mediów wyciekła informacja, że piłkarz jest skłonny przedłużyć kontrakt z PSG. Taka radykalna zmiana w jego nastawieniu tylko potwierdza plotki, że kataloński klub nie jest już w tej chwili odpowiednim miejscem dla suto opłacanych gwiazd futbolu. Neymar zarabia w paryskim klubie ponad 27 mln euro rocznie, a na taką gażę w Barcelonie z pewnością nie mógłby teraz liczyć. Nawet Leo Messi, najlepiej opłacany piłkarz na świecie (ponad 40 mln euro rocznie plus premie), jest przez władze klubu coraz mocniej naciskany, żeby zgodził się na znaczącą obniżkę zarobków, na co Argentyńczyk nie zamierza się jednak zgodzić i grozi, że w takiej sytuacji po prostu odejdzie.
Bartomeu nie przewidział długofalowych skutków pandemii koronawirusa. A klub niemal z dnia na dzień stracił ogromne wpływy ze sprzedaży biletów, wejściówek do muzeum FC Barcelona czy sprzedaży klubowych pamiątek i gadżetów. Jeden mecz w Lidze Mistrzów bez udziału publiczności oznacza dla „Dumy Katalonii” stratę rzędu sześciu milionów euro, podobne kwoty traci w krajowej lidze grając hitowe mecze z Realem Madryt, Atletico Madryt czy FC Sevilla przy pustych trybnach. Spadające z tej przyczyny przychody w końcu zachwiały finansową równowagą katalońskiego klubu i kasie pojawiło się dno. A warto wiedzieć, że lwią część jego budżetu pochłaniają wydatki na pensje piłkarzy, na które FC Barcelona przeznacza aż 80 procent zarabianych pieniędzy. To jest główna przyczyna, z powodu której w letnim oknie transferowym Barcelona pozbyła się kilku graczy ze szczytu listy wynagrodzeń: Luisa Suareza, Arturo Vidala czy Ivana Rakiticia.
A już wcześniej, bo w marcu tego roku, czyli niemal tuż po wybuchu pandemii, władze katalońskiego potentata zwróciły się do wszystkich sportowców swojego klubu (nie tylko piłkarzy) o zgodę na czasową redukcję zarobków o połowę. Większość kręciła nosem, jednak pod presją mediów i kibiców piłkarze ulegli i zgodzili się na czasową obniżkę. Ale uzyskane tą drogą oszczędności okazały się niewystarczające. W 2020 roku FC Barcelona zarobi o 192 miliony euro mniej niż przewidywano w budżecie (zamiast 1,047 mld euro przychodu klub odnotował 855 milionów), a zadłużenie urosło do 488 milionów euro. Pensje są wypłacane piłkarzom w dwóch transzach – w lipcu i w styczniu. W tej chwili jak wieść niesie, kataloński klub nie ma środków na wypłatę styczniowej transzy. Jeśli to prawda, a nowe władze „Dumy Katalonii” nie znajdą potrzebnej na wypłaty kwoty, zgodnie z hiszpańskim prawem będą musiały zgłosić ten fakt do sądu i rozpocząć postępowanie układowe. A zgodnie z przepisami FIFA zawodnicy będą mogli rozwiązywać kontrakty z winy klubu i odchodzić do innych zespołów za darmo. To byłaby katastrofa i upadek katalońskiego potentata w takiej formie, w jakiej go znamy obecnie. A co powstałoby na gruzach, trudno przewidzieć.

48 godzin sport

Messi posadzony na ławie
Gwiazdor FC Barcelona Leo Messi zagrał w tym sezonie już w 12 meczach – w Primera Division, Lidze Mistrzów oraz w reprezentacji Argentyny. Trener zespołu „Dumy Katalonii” Ronald Koeman w miniony weekend postanowił dać odpocząć swojemu najlepszemu zawodnikowi i posadził 33-letniego Argentyńczyka na ławce rezerwowych. Po przerwie Messi pojawił się jednak na boisku, bo Barcelonie w ligowej potyczce z Betisem Sewilla szło jak po grudzie i do przerwy remisowała 1:1. Po wejściu argentyńskiego gwiazdora katalońska drużyna zaczęła grać o niebo lepiej i ostatecznie zwyciężyła 5:2, a sam Messi zdążył strzelić dwa gole, w tym pierwszego w tym sezonie z gry.

Polak strzelił za Uralem
Rafał Augustyniak strzelił gola dla Uralu Jekaterynburg w zremisowanym 2:2 meczu 14. kolejki rosyjskiej ekstraklasy ze Spartakiem Moskwa. Był to jego pierwszy ligowy gol w tym sezonie. 27-letni Augustyniak rozegrał całe spotkanie, a jego zespół z 15. punktami na koncie zajmuje 11. miejsce w Premjer Lidze.

Jastrzębski Węgiel goni lidera
Jastrzębski Węgiel zapisał na swoim koncie kolejne zwycięstwo. Podopieczni Luke’a Reynoldsa pokonali Cerrad Eneę Czarnych Radom 3:1. Ta wygrana pozwoliła im się umocnić na pozycji wicelidera PlusLigi. Pierwsze miejsce w tabeli naszej siatkarskiej ekstraklasy od początku sezonu okupuje Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, która po ośmiu kolejkach ma na koncie 21 punktów i cztery przewagi nad Jastrzębskim Węglem.

Mogą odwołać mecz Polek
Pod znakiem zapytania stanął czwartkowy mecz reprezentacji Polski koszykarek z Białorusią w eliminacjach mistrzostw Europy 2021. Spotkanie ma się odbyć w Stambule, ale z FIBA wyciekła pogłoska, że kilka zawodniczek białoruskiej drużyny ma pozytywne wyniki testów na koronawirusa. Spotkania eliminacji ze względu na pandemię mają być rozgrywane w listopadowym okienku (12-15 listopada ) w „bańkach” turniejowych. Polska grupa D zagra w Stambule, gdzie rozegrane zostaną także spotkania grupy E z udziałem Turcji, Serbii, Litwy i Albanii. Kadra Polski, która oprócz meczu z Białorusią ma też w Stambule zagrać w sobotę 14 listopada z Wielką Brytanią, w komplecie miała negatywne wyniki testów na obecność Covid-19.

Koronawirus w Realu
W sobotę Real Madryt poinformował, że zakażeni koronawirusem zostali dwaj gracze tego zespołu – Belg Eden Hazard i Brazylijczyk Casemiro. Madrycki klub zapewnił też, że pozostali piłkarze i pracownicy klubu otrzymali negatywne wyniki testów na obecność Covid-19. Ale kilka dni wcześniej zaraził się Covid-19 inny z brazylijskich graczy „Królewskich”, Eder Militao. Hazard i Casemiro zostali odizolowani od reszty zespołu, a to oznacza, że z powodu obowiązkowej kwarantanny nie będą mogli uczestniczyć też w najbliższych zgrupowaniach reprezentacji swoich krajów.

Fabiański bohaterem meczu
Łukasz Fabiański obronił rzut karny w wygranym przez West Ham United 1:0 meczu z Fulham w 8. kolejce angielskiej Premier League. 35-letni bramkarz reprezentacji Polski został bohaterem swojej drużyny, bo obronił „jedenastkę” egzekwowaną przez Ademola Lookman w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. Fabiański od sierpnia 2016 roku obronił w Premier League już siedem rzutów karnych i pod tym względem jest najskuteczniejszym golkiperem w angielskiej ekstraklasie. West Ham z dorobkiem 11 punktów zajmuje miejsce w środku tabeli z przewagą ośmiu „oczek” nad zespołami ze strefy spadkowej.

Krystian Bielik wrócił do gry
Piłkarz reprezentacji Polski Krystian Bielik po blisko dziesięciu miesiącach przerwy spowodowanej ciężką kontuzją kolana, w minioną sobotę pojawił się ponownie w podstawowym składzie zespołu Derby County. Powrót 22-letniego piłkarza nie wypadł okazale, bo jego zespół przegrał w 11. kolejce Championship (II liga) u siebie z Barnsley 0:2. Bielik rozegrał całe spotkanie, a oprócz niego w tym meczu wystąpiło jeszcze dwóch polskich zawodników – w zespole gospodarzy po przerwie pojawił się na boisku skrzydłowy reprezentacji Polski i były gracz Lecha Poznań 22-letni Kamil Jóźwiak, natomiast w zwycięskim zespole gości całe spotkanie rozegrał były obrońca Cracovii 25-letni Michał Helik.

Kubica punktował tylko w sobotę
W minioną sobotę Robert Kubica po raz trzeci w tym sezonie zdobył punkty w wyścigowej serii DTM. Polak skorzystał z tzw. neutralizacji po awarii auta Timo Glocka i wymienił opony, dzięki czemu na ostatnich okrążeniach miał znacznie lepsze tempo od wielu konkurentów, co pozwoliło mu awansować na ósme miejsce. Tym samym po raz trzeci w tym sezonie kierowca Orlen Team ART zdobył punkty w DTM. W niedzielę nie miał już takiego farta i ukończył ostatni w tym sezonie wyścig na 15., czyli przedostatniej pozycji. Triumfował Niemiec Rene Rast, który zwyciężył też w klasyfikacji generalnej i obronił mistrzowski tytuł w DTM.

Doping u skoczka wzwyż
W organizmie halowego mistrza Polski w skoku wzwyż 23-letniego Norberta Kobielskiego wykryto zabronioną substancję. Fakt ten potwierdził oficjalnie dyrektor Polskiej Agencji Antydopingowej Michał Rynkowski. Środek dopingowy znaleziono w próbce pobranej od Kobielskiego w ostatni weekend sierpnia podczas mistrzostw Polski we Włocławku, w których wygrał on konkurs skoku wzwyż wynikiem 2,26 m. Jeśli próbka B nie wykluczy użycia zakazanego dopingu, Kobielskiego czeka nawet dwuletnia dyskwalifikacja, co oznacza, że nie wystartuje w igrzyskach w Tokio.

W SuperLidze znów odwołują
Z uwagi na przypadki zakażenia koronawirusem wykryte w zespole puławskich Azotów, kierownictwo Superligi PGNiG zdecydowało o przełożeniu zaplanowanego na niedzielę spotkania ekstraklasy piłkarzy ręcznych tego klubu ze Stalą Mielec.

Haaland rzuca wyzwanie CR7

League przyniosła kibicom mnóstwo emocji, bo w 16 meczach strzelono aż 62 gole, co daje niezwykłą na takim poziomie rywalizacji średnią 3,88 bramki na jedno spotkanie. Największą kanonadę urządzili piłkarze Bayernu Monachium i RB Salzburg (6:2), ale najwyższe zwycięstwo w tej kolejce odniosła Borussia Moenchengladbach pokonując na wyjeździe Szachtara Dionieck 6:0.

Wygrana Bayernu Monachium z Red Bullem Salzburg była już 14. z rzędu zwycięstwem ekipy trenera Hansiego Flicka w Lidze Mistrzów. Tak długiej serii triumfów w tych elitarnych rozgrywkach nie odnotował żaden inny zespół w historii. Po raz ostatni Bayern doznał porażki w sezonie 2018/2019 w 1/8 finału z Liverpoolem. Dotychczasowy rekord należał do Realu Madryt i wynosił dziesięć wygranych. Od meczu finałowego z Paris Saint-Germain (wygranego 1:0) Bayern samodzielnie śrubuje ten rekord. Ponadto mistrzowie Niemiec są niepokonani na wyjeździe od piętnastu spotkań Ligi Mistrzów, a dokładniej od meczu z PSG na początek fazy grupowej w sezonie 2017/2018. Poza Monachium mistrzowie Niemiec wygrali już dziewięć meczów europejskich pucharów z rzędu, ale w tej statystyce uwzględniane są też mecze rozegranego w sierpniu finałowego turnieju Champions League w Lizbonie.
Do zwycięstwa bawarskiej jedenastki nad mistrzem Austrii dołożył się dwoma trafieniami najskuteczniejszy strzelec poprzedniej edycji Robert Lewandowski, dla którego były to jednak dopiero pierwsze bramki w obecnym sezonie Champions League. Ale kapitan reprezentacji Polski powiększył swój łączny dorobek strzelecki w Lidze Mistrzów do 70 goli i brakuje mu już tylko jednego trafienia, aby zrównać się klasyfikacji wszech czasów z trzecim w tym zestawieniu Hiszpanem Raulem Gonzalezem. Legendarny napastnik Realu Madryt, który zakończył karierę w 2015 roku, zapewne wkrótce straci trzecią lokatę na rzecz polskiego piłkarza, którego najgroźniejszym konkurentem w tej chwili jest obecny snajper „Królewskich” Karim Benzema. Francuski napastnik w trzeciej kolejce w spotkaniu z Interem zaliczył swoje 67. trafienie, a jest rówieśnikiem „Lewego”.
Liderem tej strzeleckiej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo, który ma na koncie 130 trafień uzyskanych w barwach Manchesteru United, Realu Madryt i Juventusu Turyn. W minioną środę w wyjazdowym meczu z Ferencvarosem Portugalczyk, który w tej edycji z powodu zakażenia koronawirusem zagrał dopiero pierwszy raz, nie powiększył swojego fenomenalnego bramkowego dorobku, tymczasem drugi na liście wszech czasów Leo Messi, strzelając gola z rzutu karnego w wygranym 2:1 meczu z Dynamem Kijów, zaliczył 118. trafienie (a trzecie w obecnej edycji LM). Argentyńczyk nie jest jednak obecnie w takiej formie, żeby mógł pokusić się o odrobienie straty 12 goli. Wygląda jednak na to, że jeszcze w tej edycji na pierwszych czterech miejscach w tej klasyfikacji znajdować się będą czynni piłkarze, bo pewnie Raula przeskoczy nie tylko Lewandowski, ale także Benzema. Warto przypomnieć kto jeszcze znajduje się w Top 10 klasyfikacji wszech czasów. Szóstą lokatę okupuje z 56 trafieniami Holender Ruud van Nistelrooy, siódmą z 50 golami Francuz Thierry Henry, ósmą z 49 bramkami zajmuje legendarny Argentyńczyk z hiszpańskim obywatelstwem Alfredo di Stefano, dziewiątą z 48 bramkami na spółkę zajmują Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic (on mimo 39 lat wciąż jest czynnym graczem, aktualnie występuje jednak w barwach AC Milan, a ten zespół jest poza Ligą Mistrzów), zaś czołową dziesiątkę zamykają z 46 trafieniami: Niemiec Thomas Mueller (gwiazdor Bayernu wciąż może poprawić swoje osiągnięcie i lokatę w zestawieniu), Włoch Filippo Inzaghi oraz legendarny portugalski napastnik Eusebio, ale jego dorobek podobnie jak dorobek Alfredo di Stefano pochodzi wyłącznie z występów w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych, który od 1992 roku, został zastąpiony przez Ligę Mistrzów.
W klasyfikacji strzelców obecnej edycji Champions League po trzech kolejkach z dorobkiem 4 goli prowadzą: Norweg Erling Haaland (Borussia Dortmund), Portugalczyk Diogo Jota (FC Liverpool) i Anglik Marcus Rashford (Manchester United). Warto zwrócić jednak uwagę na norweskiego napastnika, który w wygranym przez ekipę z Dortmundu 3:0 spotkaniu z Club Brugge zaliczył dwa trafienia. Był to jego dopiero 11. występ w Lidze Mistrzów, a ma już na koncie 14 bramek. Zważywszy na fakt, że Haaland ma do dopiero 20 lat, zaś talent do strzelania goli wręcz nieziemski, taki początek być może zwiastować pojawienie się gracza zdolnego wyprzedzić w klasyfikacji wszech czasów nawet duet Cristiano Ronaldo – Leo Messi.

Messi pokonał Szczęsnego

W 2. kolejce Champions League do uczestniczących w tych elitarnych rozgrywkach polskich piłkarzy (Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus, Łukasz Piszczek i Tomasz Kędziora) dołączył niespodziewanie w barwach Lazio Rzym Szymon Czyż. 19-letni młodzieżowy reprezentant Polski na co dzień gra w rezerwach rzymskiego klubu, a debiut w Lidze Mistrzów zawdzięcza brakom kadrowym spowodowanym przez Covid-19

Po drugiej serii gier wciąż niepokonane pozostają zespoły Bayernu Monachium, Manchesteru City, Manchesteru United, Liverpoolu i Barcelony. Broniącą trofeum bawarska jedenastka, która tydzień wcześniej rozgromiła u siebie 4:0 słynące z żelaznej defensywy Ateltico Madryt, w 2. kolejce trafiła na równie zawziętą w obronie drużynę Lokomotiwu Moskwa. Był to mecz z udziałem trzech reprezentacyjnych polskich piłkarzy – Roberta Lewandowskiego w barwach Bayernu oraz Grzegorza Krychowiaka i Maciej Rybusa w barwach Lokomotiwu. W sensie zespołowym zwycięsko z tej konfrontacji wyszedł Lewandowski, bo Bayern wygrał 2:1, ale indywidualnie lepiej oceniono występ Krychowiaka, a zwłaszcza świetnie spisującego się na lewej obronie Rybusa. Pilnowany pieczołowicie „Lewy” gola z akcji nie strzelił i w obecnej edycji Ligi Mistrzów król strzelców z poprzedniego sezonu jeszcze trafienia nie zaliczył. Co jest o tyle dziwne, że w Bundeslidze w pięciu kolejkach zdobył już 10 bramek.
W grupie B mamy do czynienia z sytuacją wręcz niebywałą, bo Real Madryt nadal okupuje ostatnia lokatę. „Królewscy” w starciu z Borussią Moenchengladbach do 87. minuty przegrywali 0:2, ale nadludzkim wysiłkiem zdołali jakość doprowadzić do remisu. Co nie zmienia faktu, że po porażce u siebie z Szachtarem w pierwszej kolejce u żadnego z grupowych rywali nie budzą już lęku, więc jeśli nie wygrają w przyszłym tygodniu u siebie z Interem, mogą mieć problem z awansem do 1/8 finału. W grupie C pewnie prowadzi Manchester City, który w angielskiej Premier League na razie spisuje się słabiutko, ale w Lidze Mistrzów jest w tej chwili murowanym faworytem do awansu z pierwszego miejsca. W grupie D dominuje inny z angielskich zespołów, FC Liverpool. Podopieczni trenera Juergena Kloppa w dwóch spotkaniach strzelili tylko trzy gole, ale nie dali sobie wbić żadnego. W tej grupie gra też duński FC Midtjylland, która po dwóch kolejkach jest bez punktu, bez strzelonego gola, za to z sześcioma straconymi. Na razie to zdecydowanie najsłabszy zespół w stawce.
W grupie E po dwóch kolejkach na czele są zespoły Chelsea Londyn i FC Sevilla. W bezpośrednim starciu nie zrobiły sobie wzajemnie krzywdy, remisując 0:0, a w 2. kolejce wywalczyły komplety punktów. W przyszłym tygodniu hiszpańska drużyny ponownie na swoim boisku podejmie FK Krasnodar, a Chelsea u siebie zmierzy się ze Stade Rennes. Ewentualne wygrane gospodarzy de facto rozstrzygną kwestię awansu z tej grupy. W grupie F trochę zaskakuje ostatnia po dwóch kolejkach lokata mistrza Rosji Zenita Petersburg. Pewną niespodzianką jest też jednak pierwsze miejsce zajmowane przez zdziesiątkowaną przez zakażenia Covid-19 ekipę Lazio Rzym. Sytuacja kadrowa w tym włoskim klubie jest ostatnio z tego powodu tak dramatyczna, że trener Simone Inzaghi musiał dokooptować do przetrzebionej kadry zawodników z młodzieżowej drużyny rzymskiego klubu. Wśród wezwanych przez niego na pomoc nastoletnich graczy znalazł się też 19-letni młodzieżowy reprezentant Polski Szymon Czyż, który w potyczce z Club Brugge zagrał od 68. minuty i zaliczył debiut z Lidze Mistrzów, dołączając do nielicznego grona polskich piłkarzy występujących w tym sezonie w tych elitarnych rozgrywkach. W drugim meczu tej grupy Borussia Dortmund pokonała 2:0 Zenit Petersburg i wróciła do gry o awans. Łukasz Piszczek całe spotkanie przesiedział na ławce rezerwowych, bo nie wrócił jeszcze do pełni sił po doznanym w poprzednim tygodniu urazie.
W grupie G na razie zdecydowanie dominuje Barcelona, która prowadzi z kompletem punktów i najlepszym (na spółkę z Manchesterem United) bilansem bramkowym. „Duma Katalonii” pokonała osłabiony brakiem zakażonego koronawirusem Cristiano Ronaldo Juventus Turyn 2:0. W turyńskiej jedenastce jedną z najjaśniejszych postaci był Wojciech Szczęsny, który nie ponosi winy za utracone gole. W drugim meczu tej grupy Dynamo Kijów z Tomaszem Kędziorą na prawej obronie zdobyło pierwszy punkt, remisując na wyjeździe z Ferencvarosem. A w przyszłym tygodniu Kędziora będzie miał okazję zagrać przeciwko Barcelonie na Camp Nou.
W grupie H trochę niespodziewanym liderem jest Manchester United, bo w tej grupie grają czołowe zespoły poprzedniej edycji Ligi Mistrzów – półfinalista RB Lipsk i finalista Paris Saint-Germain. Ale jeśli „Czerwone Diabły” utrzymają formę, mogą pozbawić którąś z tych drużyn awansu do 1/8 finału.

Messi znowu bez gola w El Clasico

Po raz pierwszy w historii El Clasico odbyło się bez kibiców. Powodem jest gwałtowny wzrost zachorowań na koronawirusa w Katalonii. Mecz zakończył się zwycięstwem Realu Madryt 3:1, a Leo Messi w szóstym El Clasico z rzędu nie strzelił gola.

Przed sobotnim El Clasico w obu klubach nie działo się najlepiej. „Królewscy” doznali dwóch wstydliwych porażek na swoim terenie, ulegając w 6. kolejce Primera Division ekipie beniaminka Cadiz CF 0:1, a w minioną środę w 1. kolejce Ligi Mistrzów po raz pierwszy w historii przegrali u siebie z Szachtarem Donieck (2:3), chociaż ukraiński zespół przyjechał na mecz zdziesiątkowany przez Covid-19. Sytuacja w madryckim klubie zrobiła się z tego powodu tak napięta, że w mediach pojawiły się spekulacje o rzekomo planowanej przez władze klubu dymisji trenera Zinedine’a Zidane’a, jeśli przegra także z „Dumą Katalonii”.
FC Barcelona też jednak borykała się z poważnymi problemami. Trener Ronald Koeman nadal nie jest w pełni akceptowany przez zespół, na czele z Leo Messim. Genialny Argentyńczyk latem bardzo chciał odejść, ostatecznie jednak uznał, że koszty rozwodu z „Dumą Katalonii” byłyby niewspółmierne do korzyści i postanowił wypełnić kontrakt do końca. Ale nie jest na Camp Nou szczęśliwy. Fani Barcelony liczyli jednak, że ich ulubieniec zmobilizuje się chociaż na El Clasico, bo od dwóch lat w meczach z Realem Madryt nie potrafi strzelić gola.
Hiszpańskie media mają w tej kwestii ciekawą teorię, wedle której snajperska niemoc Messiego zaczęła się po odejściu z Realu Madryt jego największego konkurenta do sławy, czyli Cristiano Ronaldo. Meczowe statystyki zdają się to potwierdzać, bo odkąd Portugalczyk przeniósł się latem 2018 roku do Juventusu, Barcelona i Real zmierzyły się w pięciu El Clasico i w żadnym z tych spotkań argentyński gwiazdor katalońskiej drużyny nie zdobył bramki, ani nawet nie zanotował asysty. To w jego przypadku nienaturalne, bo we wcześniejszych 38 występach w El Clasico Messi zaliczył 26 trafień i 14 asyst.
Fatalnej passy Argentyńczyk nie przerwał też w minioną sobotę w przegranym 1:3 meczu z Realem w 7. kolejce Primera Division. Dzięki wygranej „Królewscy” awansowali na pozycję lidera, a Barca zjechał w tabeli na miejsce w jej dolnej połówce, co jest pewnie dla jej fanów upokorzeniem wręcz nie do wytrzymania.