Walczą o Złotego Buta

Kto w tym sezonie zdobędzie „Złotego Buta” – nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich? W tej chwili liderem wyścigu z 23 trafieniami jest włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile.

Dla przypomnienia – o kolejności w rankingu decydują punkty za zdobyte bramki, które wynikają z mnożenia przez współczynnik trudności rozgrywek. Gole strzelone w pięciu czołowych liga Europy (hiszpańskiej, angielskiej, niemieckiej, włoskiej i francuskiej) są mnożone przez dwa. Ciro Immobile ma zatem na koncie 46 punktów za 23 strzelone gole i wyprzedza o sześć punktów zajmujących ex aequo druga lokatę dwóch liderów klasyfikacji strzelców Bundesligi, czyli Roberta Lewandowskiego (Bayern Monachium) i Niemca Timo Wernera (RB Lipsk), którzy mają na koncie po 20 bramek i 40 punktów. Czwarte miejsce w zestawieniu zajmuje Anglik Jamie Vardy (Leicester City) z dorobkiem 17 goli i 34 pkt, ale kolejną lokatę zajmuje już Crystiano Ronaldo (Juventus Turyn, 16 goli, 32 pkt). Portugalczyk słabo zaczął ten sezon, ale w nowy rok wszedł z rozmachem. W trzech rozegranych w styczniu kolejkach Serie A strzelił sześć goli i wrócił do gry o „Złoty But”. Żeby jednak zdobyć to trofeum po raz piąty w karierze, musi po raz pierwszy wywalczyć także tytuł króla strzelców włoskiej ekstraklasy. Nie będzie to łatwe zadanie, bo Immobile też strzelił sześć goli w trzech styczniowych kolejkach ligowych. To dzięki nim Włoch, który kończył ubiegły rok z 17 trafieniami na koncie i był w klasyfikacji „ZB” za Lewandowskim (19) i Wernerem (18), teraz odskoczył konkurentom na spory dystans. Immobile swoje 23 gole strzelił w 19 występach, a dziewięć z nich uzyskał z rzutów karnych.
Rywalizacja w tym sezonie będzie jednak do końca rozgrywek niezwykle emocjonująca. W czołówce rankingu znajduje się liczna grupa snajperów. Szóstą lokatę zajmuje Argentyńczyk Sergio Aguero (Manchester City, 15 goli, 30 pkt), ale zaraz za nim plasuje się jego wielki rodak, sześciokrotny zdobywca „Złotej Piłki” Leo Messi (FC Barcelona, 14 goli, 28 pkt).

Kibice docenili Lewego

Robert Lewandowski znalazł się w najlepszego drużynie roku 2019 według UEFA. Głosy w tym plebiscycie oddawali wyłącznie kibice. „Lewy” znalazł się w tym zestawieniu po raz pierwszy.

W organizowanym przez UEFA plebiscycie kibice od końca listopada mogli uczestniczy w internetowym głosowaniu na dryzynę roku 2019, ale mogli wybierać jedynie graczy spośród nominowanej grupy 50 piłkarzy. Napastnik Bayernu Monachium i reprezentacji Polski nie jest jedynym debiutantem w gronie laureatów. Debiut w „drużynie roku UEFA” zanotowali też Brazylijczyk Alisson Becker, Anglik Trent Alexander-Arnold, Holendrzy Frenkie de Jong i Matthijs de Ligt, Szkot Andy Robertson oraz Senegalczyk Sadio Mane. Po raz drugi docenieni w ten sposób zostali natomiast Holender Virgil van Dijk i Belg Kevin De Bruyne.
W liczbie wyborów do „drużyny roku UEFA” poza konkurencją są dwaj najwieksi gracze ostatnich lat, czyli Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk został wybrany do „jedenastki roku” po raz 11. , natomiast Portugalczyk trafił do niej już po raz 14. Tym razem jednak obecność Cristiano Ronaldo wzbudziała kontrowersje. Angielski portal „Sportsmail” podał, że portugalski gwiazdor w zestawieniu napastników był dopiero czwarty, za Messim, Mane i Lewandowskim, ale UEFA mimo to umieściła go w „drużynie roku” kosztem defensywnego francuskiego pomocnika N’Golo Kante, a jedenastkę zestawiła w unikalne dzisiaj ustawienie 1-4-2-4.
Drużyna roku 2019 UEFA według fanów: Alisson Becker (Brazylia, FC Liverpool) – Trent Alexander-Arnold (Anglia, FC Liverpool), Matthijs de Ligt (Holandia, Ajax/Juventus), Virgil van Dijk (Holandia, FC Liverpool), Andy Robertson (Szkocja, FC Liverpool) – Leo Messi (Argentyna, FC Barcelona), Frenkie de Jong (Holandia, Ajax/FC Barcelona), Kevin de Bruyne (Belgia, Manchester City), Sadio Mane (Senegal, FC Liverpool) – Cristiano Ronaldo (Portugalia, Juventus), Robert Lewandowski (Polska, Bayern Monachium).

Piłkarze wśród krezusów sportu

Kylian Mbappe niedawno skończył 21 lat, a już jest mistrzem świata z reprezentacją Francji, trzykrotnym mistrzem francuskiej ligi oraz najdroższym francuskim piłkarzem w historii. Arabscy właściciele Paris Saint-Germain zapłacili za jego transfer z AS Monaco 180 mln euro. I nie chcą go nikomu oddać za żadną cenę, a jemu oferują pięcioletni kontrakt na 32 mln euro rocznie.

Jeśli Mbappe zdecyduje się przedłużyć umowę z Paris Saint-Germain, w ciągu pięciu sezonów zarobi w paryskim klubie tylko grając w piłkę ponad 160 mln euro. Każdy piłkarz w jego wieku może jedynie pomarzyć o takiej gaży. Dla porównania – Leo Messi i Cristiano Ronaldo na takie sute kontrakty mogli liczyć dopiero w ostatnich latach, wcześniej kwoty powyżej 30 mln euro rocznie nawet dla nich były nieosiągalne. Katarscy szejkowie nie maja jednak wyboru, bo na utalentowanego Francuza parol zagiął prezydent Realu Madryt Florentino Perez. Jak donoszą hiszpańskie media, jest tak zdeterminowany żeby ściągnąć Mbappe na Santiago Bernabeu, że jest gotowy przeznaczyć na ten cel nawet 400 mln euro. W tej kwocie mieści się odstępne dla PSG, nie mniejsze niż ćwierć miliarda euro oraz bajońskie wynagrodzenie dla piłkarza. I to tłumaczy dlaczego Mbappe kuszony jest w PSG zarobkami na poziomie 32 mln euro rocznie(ok. 55 mln brutto).

Jeśli młody francuski gwiazdor zostanie na Parc des Princes, będzie najlepiej opłacanym piłkarzem we Francji i wyprzedzi pod tym względem Brazylijczyka Neymara, za którego paryski klub zapłacił Barcelonie 222 mln euro, ale płaci mu 37 mln euro brutto (ok. 22 mln euro netto) i na dodatek chce się go latem tego roku pozbyć. Oczywiście nie za darmo, tylko za kwotę z której będzie w stanie pokryć nowy kontrakt Mbappe. 21-letni napastnik stałby się wtedy kluczową postacią w przebudowanym pod jego kontem zespole PSG, a już teraz wiadomo, że jest o wiele pewniejszą inwestycją od Neymara, który od sierpnia 2017 roku zaliczył w PSG ledwie 70 występów i zdobył 35 bramek, podczas gdy Mbappe w tym samym czasie w barwach Paris Saint-Germain w 106 meczach strzelił 78 goli.

Francuz ma zatem ogromny potencjał, także marketingowy, co powinno za kilka lat uczynić go najbogatszym sportowcem na świecie. Ale póki co w tym względzie znacznie ustępuje największym futbolowym krezusom. Najlepiej zarabiający z nich Leo Messi tylko w ostatnim roku zarobił 127 milionów dolarów i ta kwota zapewniła mu pierwsze miejsce na liście stu najbogatszych sportowców wedle magazynu „Forbes”. Co ciekawe, w tym gronie znalazła się tylko jedna kobieta – amerykańska tenisistka Serena Williams (63. miejsce).

Messi po raz pierwszy został uznany za najlepiej zarabiającego sportowca. Przed rokiem pierwsze miejsce zdobył bokser Floyd Mayweather (285 mln dolarów). W rankingu „Forbesa” uwzględnia się wszystkie możliwe źródła zarobków, czyli także wpływy z kontraktów reklamowych i sprzedaży wizerunku. druga lokatę zajął Cristiano Ronaldo, obecnie występujący w Juventusie Turyn, którego przychody oszacowano na 109 mln dolarów. Trzeci w zestawieniu jest Neymar z zarobkami na poziomie 105 mln dolarów). W setce najbogatszych najwięcej przedstawicieli, bo aż 35, ma koszykarska liga NBA.

Piłkarzy nożnych znalazło się w niej tylko 19. Czołowa „10” zestawienia prezentuje się następująco: 1. Lionel Messi (Argentyna, piłka nożna) – 127 mln dolarów; 2. Cristiano Ronaldo (Portugalia; piłka nożna) – 109; 3. Neymar (Brazylia; piłka nożna) – 105; 4. Canelo Alvarez (Meksyk; boks) – 94; 5. Roger Federer (Szwajcaria; tenis) – 93,4; 6. Russell Wilson (USA; futbol amerykański) – 89,5; 7. Aaron Rodgers (USA; futbol amerykański) – 89,3; 8. LeBron James (USA; koszykówka) – 89; 9. Stephen Curry (USA; koszykówka) – 79,8; 10. Kevin Durant (USA; koszykówka) – 65,4.

„Forbes” pokusił się też o zestawienie najlepiej zarabiających sportowców w ostatnich 10 latach. Na jego czele umieścił boksera Floyda Mayweathera Jr z dorobkiem 915 mln dolarów. Kolejne lokaty na tej liście zajeli: 2. Cristiano Ronaldo (piłka nożna) – 800 mln dolarów; 3. Lionel Messi (piłka nożna) – 750 milionów; 4. LeBron James (koszykówka) – 680 milionów; 5. Roger Federer (tenis) – 640 milionów; 6. Tiger Woods (golf) – 615 milionów; 7. Phil Mickelson (golf) – 480 milionów; 8. Manny Pacquiao (boks) – 435 milionów; 9. Kevin Durant (koszykówka) – 425 milionów; 10. Lewis Hamilton (Formuła 1) – 400 milionów dolarów.
Dla porównania – najzamożniejszy z polskich sportowców, Robert Lewandowski, dopiero dobija do granicy 100 milionów dolarów, ale zanim zawiesi buty na kołku, jego łączne zarobki z całą pewnością przekroczą pułap 250 mln dolarów, a może nawet 300 milionów.

 

Timo Werner ściga Lewego

W środę Bayern Monachium pokonał na wyjeździe Freiburg 3:1, a jednego z goli zdobył Robert Lewandowski. To był 54. gol kapitana reprezentacji Polski strzelony w 2019 roku, co jest jego najlepszym wynikiem w karierze, dającym mu zdecydowane prowadzenie w klasyfikacji najskuteczniejszych w tym roku strzelców w Europie. W Bundeslidze nasz piłkarz z dorobkiem 19 trafień jest liderem w klasyfikacji snajperów obecnego sezonu, ale wyrósł mu groźny konkurent – napastnik RB Lipsk Tomo Werner, który ma na koncie tylko jedną bramkę mniej.

W 2019 roku żaden z piłkarzy grających w najsilniejszych ligach Europy nie zdobył więcej goli niż kapitan reprezentacji Polski. Drugi w klasyfikacji Argentyńczyk Leo Messi przez ostatnich 12 miesięcy trafiał do siatki 49 razy, a że nie zdołał poprawić swojego dorobku w środowym starciu Barcelony z Realem Madryt, musiałby w ostatnim tegorocznym występie jaki mu pozostał (21 grudnia z Deportivo Alaves) zdobyć co najmniej sześć bramek, żeby wyprzedzić Polaka. Oczywiście przy założeniu, że „Lewy”, który także ma jeszcze jeden mecz do rozegrania w Bundeslidze (także 21 grudnia, z VfL Wolfsburg), nie zaliczy w nim trafienia.

Napastnik Bayernu ma na koncie już 54 bramki i jest jak na razie jedynym zawodnikiem, który w 2019 roku przekroczył granicę 50 goli. Polak dokonał tego po raz drugi w karierze, stając się trzecim graczem obecnej ery w futbolu, po Messim i Cristiano Ronaldo, który zdołał więcej niż raz przekroczyć w jednym roku barierę 50 goli. Kolejni gracze na liście, Anglik Raheem Sterling z Manchesteru City i Francuz Kylian Mbappe z Paris Saint-Germain, mają jeszcze trudniejsze zadanie, bo mają na koncie po 43 gole.

Na tegoroczny dorobek Lewandowskiego składa się 48 goli strzelonych w 44 meczach Bayernu i 6 trafień w 10 spotkaniach reprezentacji Polski. 31 goli „Lewy” strzelił w Bundeslidze, 10 w Lidze Mistrzów i siedem w Pucharze Niemiec. A zatem wszystko wskazuje, że niczym nie nagradzany tytuł najskuteczniejszego piłkarza roku w Europie w 2019 przypadnie Lewandowskiemu. W tej dekadzie zdobywali go jedynie Portugalczyk Cristiano Ronaldo (4), Messi (3) i Harry Kane (1). W XXI wieku opróz z tych graczy i Lewandowskiego powyżej 50 bramek w jednym roku kalendarzowym zdobyli jeszcze Luis Suarez (51, 2016) i Edinson Cavani (53, 2017), a dwukrotnie do granicy 50 trafień dobił Szwed Zlatan Ibrahimović (2012 i 2016).

Kapitan reprezentacji Polski ściga się jednak także w innych prestiżowych klasyfikacjach, na dodatek nagradzanych pamiątkowymi statuetkami i miejscem w futbolowych kronikach. Zdobywając bramkę w środowym spotkaniu z Freiburgiem (3:1) „Lewy” powiększył swój strzelecki dorobek w obecnym sezonie do 19 trafień i za jednym zamachem odzyskał pozycję samodzielnego lidera w klasyfikacji snajperów niemieckiej Bundesligi oraz zwiększając łączną liczbę goli do 221 awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji wszech czasów niemieckiej ekstraklasy. Przed nim są już tylko Klaus Fischer (268 goli) i Gerd Mueller (365 goli).

Lewandowskiemu w niemieckiej lidze w ostatnich tygodniach nieoczekiwanie wyrósł groźny rywal do zdobycia statuetki armaty, która jest nagrodą dla króla strzelców Bundesligi. To 23-letni napastnik aktualnego lidera RB Lipsk Timo Werner. Reprezentant Niemiec w miniony wtorek zdobył dwie kolejne bramki w spotkaniu z Borussią Dortmund (3:3) i na chwilę dogonił w klasyfikacji strzelców „Lewego”, który przed środowym meczem Bayernu z Freiburgiem także miał na koncie 18 trafień. Odpowiedź polskiego napastnika była natychmiastowa, ale Werner także jest w fenomenalnej formie i nie można wykluczyć, że na finiszu jesiennej rundy jeśli nie przegoni, to co najmniej zrówna się z Lewandowskim. W ostatniej kolejce RB Lipsk gra u siebie z 10. w tabeli Augsburgiem, natomiast przeciwnik Bayernu, VfL Wolfsburg, zajmuje 8. lokatę.

Rywalizacja Lewandowskiego z Wernerem jest świetną promocją Bundesligi, bo ci dwaj piłkarze zajmują w tej chwili także czołowe lokaty w klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego strzelca sezonu w ligach europejskich. Dla przypomnienia: ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w krajowych ligach. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy, dwa, ma pięć czołowych lig – hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska. Współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów. W poprzednim sezonie nagrodę „Złotego Buta” otrzymał Leo Messi – Argentyńczyk zwyciężył z dorobkiem 36 goli i 72 punktów.
W obecnym sezonie prowadzi Lewandowski (19 goli i 38 pkt), a drugi w zestawieniu jest Werner ( 18 goli, 36 pkt). Trzecie miejsce zajmuje Włoch Ciro Immobile z Lazio Rzym, legitymujący się dorobkiem 17 trafień i 34 pkt, czwarte Anglik Jamie Vardy z Leicester City (16 goli, 32 pkt), a piątą lokatę okupują na spółkę Messi i francuski napastnik Realu Madryt Karim Benzema (obaj mają po 12 goli i 24 pkt). Ale to dopiero półmetek rozgrywek.

 

Lewandowski dogonił Juppa Heynckesa

Robert Lewandowski przerwał serię trzech ligowych meczów bez gola. W 15. kolejce Bundesligi zdobył dwie bramki dla Bayernu w wygranym 6:1 spotkaniu z Werderem. Kapitan reprezentacji Polski ma teraz na koncie 220 goli w niemieckiej ekstraklasie, tyle samo co trzeci w klasyfikacji wszech czasów Jupp Heynckes. W Bayernie skuteczniejszy od niego jest już tylko Gerd Mueller.

Bohaterem był Philippe Coutinho, który popisał się hat-trickiem, ale polski napastnik również zebrał bardzo dobre noty w niemieckich mediach. Najwyższą notę przyznał mu „Die Tageszeitung” i „Bild”, gdzie Lewandowski otrzymał 1 (1w Niemczech oznacza ocenę najwyższą, 6 najniższą). Niemieckie media bardziej jednak ekscytuje to, że polski napastnik wyrównał osiągnięcie trzeciego w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii Bundesligi Juppa Heynckesa. Już od dawna było oczywiste, że „Lewy” dogoni w tym prestiżowym zestawieniu swojego byłego trenera z Bayernie i w minioną sobotę w końcu tego dokonał, bo dzięki bramkom wbitym drużynie Werderu powiększył swój łączny dorobek strzelecki w Bundeslidze do 220 trafień.

Tyle samo ma na koncie Heynckes, ale on na trzeciej pozycji na pewno długo się nie utrzyma i być może nawet w następnej kolejce wypadnie już na zawsze z podium. Przed Lewandowskim w klasyfikacji strzelców wszech czasów są już tylko Gerd Mueller z 365 golami na koncie oraz Klaus Fischer, który ma w dorobku 268 trafień. Pierwszego z nich Polak raczej nie ma szans dogonić, ale Fischera z pewnością jest w stanie.

Dla Lewandowskiego awans do pierwszej trójki klasyfikacji wszech czasów Bundesligi to kolejny rekord. W tym sezonie zdołał pobić osiągnięcie Gerda Muellera, gdy w pierwszych 11 spotkaniach sezonu zdobył 16 bramek. Sam ustanowił nowy rekord Bundesligi, strzelając gole w każdym meczu w pierwszych 11 kolejkach sezonu. Został również z dorobkiem 10 goli najskuteczniejszym strzelcem fazy grupowej Ligi Mistrzów, czym wyrównał swój życiowy rekord w tych rozgrywkach. W edycji 2012/2013 strzelił dla Borussii Dortmund także 10 goli, ale wtedy uzyskał ten wynik w 13 meczach – drużyna z Dortmundu dotarła wtedy aż do finału rozgrywek. Wiosną „Lewy” będzie miał co najmniej dwie okazje do poprawienia życiowego rekordu, bowiem jak wiadomo Bayern awansował do 1/8 finału (losowanie par odbędzie się 16 grudnia). Polski napastnik Bayernu jest na dobrej drodze do powiększenia swojej kolekcji indywidualnych trofeów o koronę króla strzelców Champions League, bo to jedyne, obok Pucharu Polski i polskiej IV ligi rozgrywki klubowe, w których uczestniczył, a w których nie został najlepszym strzelcem. Ma już w dorobku 13 tytułów króla snajperów – w trzech najwyższych liga w Polsce, Bundeslidze (4) i Pucharze Niemiec (4) oraz w eliminacji Euro 2016 i MŚ 2018.

Jesienią Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w Lidze Mistrzów do 63 goli i awansował na piąte miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych elitarnych rozgrywek. Więcej bramek od niego zdobyli jedynie Karim Benzema (64), Raul Gonzalez (72), Lionel Messi (114) i Cristiano Ronaldo (128). „Lewy” jest jednak najlepszym strzelcem niemieckich klubów w historii Champions League, a także najskuteczniejszym graczem zarówno Borussii, jak i Bayernu. Dla zespołu z Dortmundu zdobył w Lidze Mistrzów 17, a dla Bayernu 46 bramek.

W tym sezonie jest też na najlepszej drodze do wywalczenia po raz piąty w karierze i po raz trzeci z rzędu słynnej armatki, którą Bundesliga nagradza najskuteczniejszego gracza sezonu. „Lewy” po 15 kolejkach prowadzi z dorobkiem 18 trafień. Jak bardzo jest to imponujące osiągnięcie niech świadczy fakt, że w pięciu sezonach niemieckiej ekstraklasy tyle bramek wystarczyło do zdobycia tytułu króla strzelców (1988/89, 1989/90, 1993/94, 1995/96 i 2001/02). Nasz piłkarz ma jednak w tym sezonie godnego konkurenta w osobie napastnika reprezentacji Niemiec i RB Lipsk Timo Wernera, który w sobotę zdobył bramkę w spotkaniu z Fortuną Duesseldorf (3:0) i ma ich teraz na koncie 16. Kolejni gracze w zestawieniu mają już ogromną stratę, bo trzeci Rouwen Hennings z Fortuny Duesseldorf ma w dorobku 10 trafień, czwarty Marco Reus z Borussii Dortmund dziewięć, a jego kolega z zespołu Jadon Sancho osiem. Kapitan reprezentacji Polski będzie zatem musiał pewnie do ostatniej kolejki ścigać się jedynie z Wernerem, co może przyczynić się do jakiegoś kolejnego rekordowego osiągnięcia, bo wygląda na to, że obaj ci gracze mogą znacznie przekroczyć magiczną w Bundeslidze barierę 30 goli. Jeśli to Lewandowski wygra ten wyścig i zdobędzie trzecią z rzędu nagrodę dla króla strzelców, dorówna tym Gerdowi Muellerowi, który jak na razie jest jedynym piłkarzem, który w niemieckiej ekstraklasie trzykrotnie z rzędu zdobywał ten tytuł (dokonał tego w latach 1971-1974).
W spotkaniu z Werderem Brema Lewandowski przerwał krótkotrwałą, trwającą 330 minut strzelecką niemoc, w wyniku której w trzech kolejnych meczach nie zdobył bramek. Nie szło też w Bundeslidze Bayernowi, bo przegrał u siebie z Bayerem Leverkusen 1:2 i na wyjeździe z Borussią Moenchengladbach także 1:2, przez co przed 15. kolejką zajmował dopiero szóste miejsce. Po wygranej 6:1 z Werderem bawarska ekipa wróciła do czołówki, lecz wiadomo już, że na zimową przerwę na pewno nie uda się w roli lidera Bundesligi.

Ale Lewandowski ma się jeszcze o co bić, bo w całym 2019 strzelił już 53 gole w 54 meczach i może zostać najskuteczniejszym piłkarzem roku w Europie. Drugi w tej klasyfikacji Leo Messi ma aktualnie na koncie 49 bramek w 56 spotkaniach. Obaj mogą rozegrać jeszcze w 2019 po dwa mecze. W ostatnich latach najskuteczniejszym graczem roku zostawał albo Messi, albo Cristiano Ronaldo, z wyjątkiem 2017 roku, gdy obu prześcignął angielski snajper Tottenhamu Harry Kane, zdobywając aż 56 bramek.

W tym roku może tego dokonać Lewandowski. Przed nim jeszcze mecze z Freiburgiem (18 grudnia) i Wolfsburgiem (21 grudnia), a te zespoły należą do jego ulubionych, bo w 31 występach przeciwko nim zdobył aż 35 bramek.

 

Sąd zamknął sprawę Messiego

Audiencia Nacional, czyli sąd krajowy z siedzibą w Madrycie, zajmujący się sprawami karnymi, podatkowymi i administracyjnymi, postanowił zamknąć sprawę wytoczoną Leo Messiemu przez hiszpański urząd skarbowy i prokuraturę, a dotyczącą jego rzekomych oszustw podatkowych i prania brudnych pieniędzy.

Hiszpański sąd uznał, że Leo Messi jednak nie dopuścił się oszustw podatkowych i zamknął ciągnącą się od wielu miesięcy sprawę rzekomych nieprawidłowości w fundacji założonej przez argentyńskiego piłkarza i jego rodzinę. Zdaniem prokuratury, prawnicy Messiego mieli tak prowadzić księgowość, aby nie płacić należnych podatków. Sąd uznał jednak, że nie dostarczono przekonywających dowodów na winę argentyńskiego gwiazdora FC Barcelona. I sprawę zamknął na amen.

Koniec prawnych tarapatów to dobra wiadomość dla Messiego, bo najlepiej opłacany piłkarz na świecie (zarabia blisko 80 mln euro rocznie) już wcześniej miał mocno zszargany pod tym względem wizerunek. Przypomnijmy, że w 2017 roku Messi i jego ojciec zostali skazani na więzienie w zawieszeniu za unikanie podatków. Zdaniem sądu, ojciec piłkarza przesyłał pieniądze na konta zarejestrowane w Szwajcarii, Belize, Wielkiej Brytanii i Brazylii. Wszystko po to, aby uniknąć płacenia podatków, które w Hiszpanii wynoszą 47 procent. Ostatecznie pobyt za kratkami zamieniono im na wysokie grzywny, które zapłacili.

Niedawno argentyński piłkarz po raz szósty w karierze wygrał plebiscyt FIFA na piłkarza roku. Jego wybór jednak, jak żaden z poprzednich, wzbudził mnóstwo kontrowersji (Messi pokonał Cristiano Ronaldo i Virgila van Dijka), pojawiły się nawet zarzuty sfałszowania wyników wyborów. FIFA stanowczo zaprzeczyła, ale kolejny niesmak pozostał.

 

Messi po raz szósty

Argentyńczyk Leo Messi, Holender Virgil van Dijk, Portugalczyk Cristiano Ronaldo – w takiej kolejności elektorzy FIFA zestawili czołową trójkę plebiscytu na najlepszego piłkarza sezonu 2018/2019. Szósty triumf Messiego w tej prestiżowej rywalizacji trudno uznać za sensację, chociaż jest kontrowersyjny.

W plebiscycie głosują selekcjonerzy i kapitanowie wszystkich reprezentacji zrzeszonych w FIFA oraz grupa wybranych z tych krajów dziennikarzy. Polska grupę elektorów tworzyli więc Jerzy Brzęczek i Robert Lewandowski, a tym trzecim był Michał Pol, były już szef „Przeglądu Sportowego”. „Lewy” na pierwszym miejscu wskazał Virgila van Dijka, na drugim Senegalczyka z FC Liverpool Sadio Mane, a na trzecim Frenkiego De Jonga z FC Barcelona. Brzęczek jako zwycięzcę wskazał Virgila van Dijka, na drugim Sadio Mane, a na trzecim Leo Messiego. Pol zagłosował na Messiego, van Dijka i Mane. W wyborze trenera cała trójka była jednomyślna i wskazała na niemieckiego szkoleniowca FC Liverpool Juergena Kloppa.

Dla kibiców ciekawsza była jednak informacja, na kogo swoje głosy oddali Leo Messi jako kapitan zespołu Argentyny i Cristiano Ronaldo jako kapitan zespołu Portugalii. Argentyńczyk na pierwszym miejscu wskazał Sadio Mane, na drugim Cristiano Ronaldo, a na trzecim na Frenkiego De Jonga. Ronaldo w swoim głosowaniu Messiego nie uwzględnił, a najwięcej punktów przyznał swojemu koledze z zespołu Juventusu Matthijsowi de Ligtowi. Na drugim miejscu Portugalczyk wskazał De Jonga, a na trzecim Kyliana Mbappe. Obaj gwiazdorzy zgodnie pominęli jak widać innego Holendra, Virgila van Dijka, który niespełna miesiąc temu otrzymał ich kosztem wyróżnienie dla najlepszego piłkarza sezonu UEFA.

Messi podczas uroczystej gali w Mediolanie odbierał szóste w karierze wyróżnienie dla najlepszego piłkarza sezonu z kamienna twarzą. Nic dziwnego, jego wybór jak żaden wcześniejszy wzbudził mnóstwo kontrowersji. Faworytem mediów był bowiem holenderski piłkarz Liverpoolu Virgil van Dijk, który wraz z ekipą „The Reds” wygrał przecież Ligę Mistrzów, a z reprezentacją Holandii doszedł do finału Ligi Narodów. A skoro już o Lidze Narodów mowa, to wygrała ją przecież drużyna aktualnych mistrzów Europy Portugalczyków, z niekwestionowana pomocą Crystiano Ronaldo, więc portugalski gwiazdor Juventusu, który też miał na koncie pięć tytułów najlepszego na świecie, miał prawo czuć się poszkodowany.

Dlaczego? A choćby dlatego, że Messi poprzedni sezon zakończył bez żadnego drużynowego triumfu, bo z ekipą Argentyny przegrał przecież w finale Copa America, a z Barceloną odpadł w półfinale Champions League. Obiektywnie jednak rzecz biorąc obaj ci genialni piłkarze wciąż nie mają sobie równych na świecie i każdy inny gracz uznany za lepszego od nich, jak Luka Modrić w ubiegłym roku czy de Jong w tegorocznym plebiscycie UEFA, będzie odbierał nagrodę z poczuciem, że na nią nie zasłużył.

Triumfatorzy FIFA The Best 2018/2019
Piłkarz Roku FIFA: Lionel Messi (FC Barcelona, Argentyna);
Piłkarka Roku FIFA: Megan Rapinoe (USA);
Najpiękniejsza bramka: Daniel Zsori (Węgry);
Najlepsza bramkarka: Sari van Veenendaal (Holandia);
Najlepszy bramkarz: Alisson Becker (Liverpool FC, Brazylia);
Trener roku: Juergen Klopp (FC Liverpool);
Kobiecy trener roku: Jill Ellis (USA);
Nagroda FIFA Fair Play: Marcelo Bielsa;
Kobieca jedenastka roku:
Sari van Veenendall – Lucy Bronze, Wendie Renard, Nilla Fischer, Kelley O’Hara – Amandine Henry, Julie Ertz, Marta, Rose Lavelle, Megan Rapinoe – Alex Morgan;
Męska jedenastka roku:
Alisson Becker – Matthijs De Ligt, Sergio Ramos, Virgil van Dijk, Marcelo – Luka Modrić, Frenkie De Jong, Eddie Hazard – Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Kylian Mbappe.

 

Lewandowski goni legendy

W pierwszej kolejce spotkań Ligi Mistrzów UEFA nie brakowało zaskakujących rezultatów. Z nielicznej grupki uczestniczących w obecnej edycji rozgrywek polskich piłkarzy na boisku zobaczyliśmy pięciu – Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium, Grzegorza Krychowiaka i Macieja Rybusa w Lokomotiwie Moskwa, Wojciecha Szczęsnego w Juventusie
Turyn i Piotra Zielińskiego w SSC Napoli.

Pozostali nasi piłkarze zgłoszeni do fazy grupowej – Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb), Arkadiusz Milik (SSC Napoli) i Jakub Piotrowski (KRC Genk) – z różnych powodów nie znaleźli się w kadrach meczowych. Z tych, którzy w pierwszej kolejce zagrali, smaku zwycięstwa nie zaznał tylko Szczęsny, bo Juventus, chociaż prowadził na Wanda Metropolitano w Madrycie, ostatecznie tylko zremisował 2:2 z Atletico Madryt. Wielki dzień w Leverkusen przeżyli natomiast Krychowiak i Rybus, którzy dołożyli swoje cegiełki do nieoczekiwanego zwycięstwa Lokomotiwu Moskwa nad Bayerem 2:1. Większą dorzucił bez wątpienia Krychowiak, który rozegrał znakomite zawody i na dodatek strzelił gola. Rosyjskie media znów wychwalają go pod niebiosa, ale też trzeba przyznać, że defensywny pomocnik reprezentacji Polski ten sezon zaczął naprawdę znakomicie – najpierw w rosyjskiej lidze, a teraz także w Lidze Mistrzów. Nas powinien jednak cieszyć także występ Rybusa, który ostatnio grzał ławę nie tylko w reprezentacji, ale też w moskiewskim zespole.

O ile gol Krychowiaka to wyjątek i wyczyn godny najwyższych pochwał, to trafienie Roberta Lewandowskiego dla Bayernu w spotkaniu z Crveną Zvezdą Belgrad już takim nadzwyczajnym wydarzeniem nie jest, bo gol strzelony przez „Lewego” to żadna sensacja. Większe emocje i komentarze nasz napastnik wzbudza raczej wtedy, gdy nie trafia. Ale o jego bramce strzelonej Crvenej Zveździe Belgrad mówiono sporo, bo był to jego dwusetny gol strzelony w barwach Bayernu. Przy okazji zauważono też, że było to zarazem 54. trafienie „Lewego” w Lidze Mistrzów w jego 81 występie w tych rozgrywkach. Do tego dorobku Polak dołożył ponadto 16 asyst. W klasyfikacji strzelców Champions League wszech czasów Lewandowski zajmuje szóste miejsce. W Top 10 tego zestawienia jest tylko czterech aktywnych piłkarzy, a właściwie to tylko trzech, bo Szwed Zlatan Ibrahimović kontynuuje karierę za oceanem, w amerykańskiej MLS. Na placu boju pozostają więc lider klasyfikacji wszech czasów Portugalczyk Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn) z oszałamiającym dorobkiem 126 goli, wicelider Argentyńczyk Lionel Messi (FC Barcelona) ze 112 trafieniami na koncie, czwarty na liście Francuz Karim Benzema (Real Madryt) z 60 bramkami, a dwa miejsca za nim Lewandowski, który w pierwszej kolejce jako jedyny z tego kwartetu zaliczył trafienie.

Bohaterem kolejki został jednak 19-letni Norweg Erling Braut Haland, który ustrzelił hat-tricka dla RB Salzburg w wygranym 6:2 meczu z KRC Genk. Ten młody piłkarz imponuje skutecznością, bo w ostatnich dziewięciu meczach strzelił aż 17 goli. Trzy gole strzelił też Chorwat Mislav Orsic dla Dinama Zagrzeb, a po dwie bramki zdobyli Argentyńczyk Angel Di Maria dla PSG i Niemiec Timo Wernen dla RB Lipsk.

 

Copa America: Argentyna za słaba na Brazylię

Reprezentacja Brazylii, po raz pierwszy od 12 lat, awansowała do finału Copa America. Canarinhos pokonali Argentynę 2:0 i o tytuł najlepszej drużyny Ameryki Południowej zagrają zespołem Peru, który w półfinale dość nieoczekiwanie wyeliminował broniącą trofeum ekipę Chile, wygrywając z nią gładko 3:0.

Brazylijska drużyna, w której tym razem zabrakło najsłynniejszego jej obecnie gracza, Neymara, w tegorocznym Copa America nie gra może w wybitnym stylu, ale za to jest niezwykle skuteczna w defensywie, czego dowodzi fakt, że canarinhos nie stracili jeszcze gola i nie przegrali meczu. Z pięciu rozegranych spotkań wygrali cztery, a z Wenezuelą zremisowali 0:0. W półfinale trafili jednak na odwiecznego konkurenta do miana hegemona w Ameryce Południowej – Argentynę. W turnieju rozgrywanym we własnym kraju brazylijscy kibice nie darowaliby swoim piłkarzom porażki z ekipą albicelestes i ta presja trochę wiązała nogi podopiecznym trenera Tite.

Na ich szczęście już w 19. minucie udało im się sforsować szyki obronne Argentyńczyków. Z prawego skrzydła gwiazdor Liverpoolu Roberto Firmino dograł piłkę do niepilnowanego na linii piątego metra gwiazdora Manchesteru City Gabriela Jesusa, a ten wpakował ją do bramki rywali.

Strata gola nie załamała jednak ekipy Argentyny, w której znakomite zawody rozgrywał Leo Messi. Gwiazdor FC Barcelona wciąż nie ma w swojej kolekcji trofeum wywalczonego z reprezentacją Argentyny, ale chyba sam nie wierzył, że on i jego koledzy mogą zdobyć Copa America na brazylijskiej ziemi.

Messi znów niezadowolony

Argentyńscy piłkarze zrobili jednak wszystko w półfinałowym starciu z gospodarzami imprezy, żeby ich fani nie mieli do nich pretensji o brak zaangażowania. Wybrańcy trenera Lionela Scaloniego walczyli więc z Brazylijczykami tak ostro, że po godzinie gry aż czterech ich graczy miało na koncie żółte kartki. Ale chociaż mieli przewagę i lepiej prezentowali lepszy futbol, to nie zdołali przełamać żelaznej defensywy rywali i pokonać kapitalnie dysponowanego bramkarza Liverpoolu Alissona Beckera.
Na domiar złego, jak to w takich meczach bywa, na 20 minut przed końcem spotkania Brazylijczycy przeprowadzili udaną kontrę i zadali Argentyńczykom ostateczny cios. W tej akcji role się odwróciły i to Gabriel Jesus po fantastycznej indywidualnej akcji lewą flanką dograł piłkę do czającego się w polu karnym rywali Firmino, który musiał jedynie przyłożyć nogę.

Po meczu swoje niezadowolenie z porażki pierwszy obwieścił Leo Messi. „Rywale wcale nie byli dzisiaj od nas lepsi, a drugiego gola strzelili po tym, jak sędziowie nie odgwizdali rzutu karnego po faulu na Sergio Aguero. Generalnie arbitrzy podjęli mnóstwo bzdurnych decyzji, rozdawali kartki, a za rzadko korzystali z systemu VAR. To niewiarygodne na tym poziomie rywalizacji. Nie ma dla nas wymówek, ale wszyscy powinni dogłębnie przeanalizować pracę sędziów i coś z tym zrobić. Dziwnie zachowywali się przez całe spotkanie, notorycznie nas rozpraszali” – nie krył oburzenia najlepszy gracz argentyńskiej drużyny.
Tym razem jednak Messi nie strzelił focha i nie obwieścił światu, że rezygnuje z występów w reprezentacji. „Jeżeli będę mógł jeszcze pomóc naszej drużynie narodowej, zrobię to. Dobrze czuję się w tej grupie i wciąż wierzę, że możemy odnieść sukces” – stwierdził Messi.

Rewanż za rok w Argentynie

Jego deklaracja jest nietypowa, bo ostatnio po niepowodzeniach „rzucał zabawkami” i dopiero po jakimś czasie wracał do kadry. Nie ma jednak w jego zachowaniu większej tajemnicy. Po prostu następny turniej Copa America odbędzie się już w przyszłym roku, a jego gospodarzem tym razem będzie Argentyna.

Dla Messiego impreza rozegrana w własnym kraju będzie już raczej ostatnią okazją na odniesienie sukcesu z reprezentacją. Za rok będzie miał 33 lata, a na mundialu w Katarze w 2022 roku, o ile w nim zechce wystąpić, już 35. Nawet taki piłkarski geniusz jak on nie jest wolny od biologicznych ograniczeń związanych z wiekiem. I trudno mu nie kibicować w jego dążeniu do spełnienia sportowego marzenia, bo w dorobku najlepszego piłkarza ostatnich piętnastu lat powinno być przynajmniej jedno trofeum wywalczone w narodowych barwach. Przegrana z Brazylią w półfinale tegorocznego Copa America na razie wpisuje się w fatalną serię niepowodzeń Messiego w reprezentacji Argentyny, ale jego deklaracja, że jeszcze nie wybiera się na reprezentacyjną emeryturę może oznaczać tylko jedno – futbolowy gwiazdor już teraz myśli o przyszłorocznym turnieju Copa America w Argentynie.

Canarinhos już pewni swego

Póki co jednak większe powody do zadowolenia mają Brazylijczycy, którzy po raz pierwszy od 2007 roku zagrają w finale Copa America. Co ciekawe, w tamtej imprezie sprzed 12 lat w finale canarinhos pokonali właśnie Argentynę 3:0. W decydującym spotkaniu tegorocznej edycji mistrzostw Ameryki Południowej zagrają w niedzielę 7 lipca na słynnym stadionie Maracana z zespołem Peru, który w półfinale niespodziewanie ograł zwycięzcę dwóch ostatnich turniejów – drużynę Chile.

Peruwiańczycy prowadzeni przez trenera Ricardo Garecę nawiązali do chlubnych tradycji, bo są przecież mistrzami kontynentu z lat 1939 1975. Ale od ostatniego triumfu przez następne 44 lata zajmowali w Copa America najwyżej trzecie miejsce. Ostatni występ w turnieju będzie jednak dla nich trudną przeprawą. Z Brazylią doznali najwyższej porażkę w historii (0:7), a w fazie grupowej tegorocznego turnieju przegrali z canarinhos aż 0:5. Gdyby zatem to oni wygrali finałowy mecz na na Maracanie, będzie to sensacja jeszcze większa, niż pamiętna klęska Brazylijczyków na tym legendarnym stadionie poniesiona w finałach mistrzostw świata 1950 roku z Urugwajem.

 

Piątek już droższy od Lewego

Działające w Szwajcarii Obserwatorium Futbolu CIES publikuje co jakiś czas wyliczane przez siebie rynkowe wyceny piłkarzy. W najnowszym zestawieniu wedle CIES najdroższym polskim piłkarzem nie jest już nie 30-letni Robert Lewandowski, tylko 23-letni Krzysztof Piątek.

Wedle wyliczeń Obserwatorium Futbolu CIES wartość Krzysztofa Piątka nie przestaje rosnąć i obecnie za występującego w AC Milan polskiego napastnika w przypadku transferu do innego klubu trzeba byłoby zapłacić nie mniej niż 79,2 mln euro. Wartość Roberta Lewandowskiego CIES obniżył natomiast do kwoty 75,5 mln euro.

Na ile są to wiarygodne rachuby trudno ocenić, bo wyżej wymienione kwoty zostały wyliczone na podstawie jakiegoś specjalnego algorytmu, biorącego pod uwagę wiele zmiennych jak wiek, długość kontraktu, pozycję na boisku, czas gry, strzelone gole, ale także status na arenie międzynarodowej oraz wyniki drużyny w której oceniany zawodnik aktualnie występuje. W poprzednim notowaniu rankingu, w kwietniu tego roku, wartość Piątka oceniano na 68,2 mln euro, a „Lewego” na 66 milionów. Obu polskim piłkarzom daleko do najdroższych graczy na liście CIES. Piątek zajmuje na niej dopiero 44. lokatę, a Lewandowski 52.

W czołowej setce znalazło się jeszcze dwóch innych polskich piłkarzy – Piotr Zieliński z wartością 68,9 mln euro jest 68., a Arkadiusz Milik z 61,5 mln euro zajmuje 96. miejsce. Najbardziej wartościowym zawodnikiem jest 20-letni Francuz Kylian Mbappe (252 mln euro), a granicę dwustu milionów przekraczają jeszcze Egipcjanin Mohamed Salah (219,6) oraz Anglik Raheem Sterling (207,8). Zdumiewa natomiast miejsce Leo Messiego, który z wyceną 167,4 mln euro jest według oceny CIES dopiero czwarty.