Messi wart worek złota

Leo Messi wkroczył na wojenną ścieżkę z władzami FC Barcelona. Argentyński gwiazdor w wieku 33 lat postanowił odejść z katalońskiego klubu. Najlepszą ofertę pod względem finansowym i sportowym dostał od Manchesteru City.

Argentyńczyk nie stawił się niedzielę na obowiązkowych testach na obecność koronawirusa, a także na pierwszym treningu. To może oznaczać, że Messi swoją przyszłość widzi już poza ekipą „Dumy Katalonii”. Najciekawszą z jego punktu widzenia propozycję złożył mu Manchester City: pięcioletni kontrakt (do końca 2025 roku), ale w angielskiej Premier League miałby grać tylko przez pierwsze trzy sezony, zaś dwa kolejne spędziłby za oceanem, w amerykańskiej filii angielskiego klubu, drużynie New York City. Właściciele Manchesteru City gwarantują jednak Argentyńczykowi w obu zespołach takie same zarobki, a jego roczna gaża ma być taka sama, jaka teraz otrzymuje w Barcelonie, czyli netto 52 mln euro. W sumie zatem całkowity koszt rocznego wynagrodzenia Messiego wynosi około 100 mln euro. Ale to jeszcze nie wszystko – za podpis na kontrakcie angielski klub jest gotów zapłacić argentyńskiemu gwiazdorowi ekstra premię w wysokości 250 mln euro brutto. Licząc więc łącznie wszystkie te płacowe koszty zatrudnienie Messiego na pięć lat kosztowałoby właścicieli Manchesteru City (i New York City) w sumie około 750 mln euro, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi zawarta w umowie Argentyńczyka z FC Barcelona tzw. klauzula odstępnego.
Władze katalońskiego klubu twardo obstają, że Messi może odejść tylko po zapłaceniu tej kwoty, bo nie aktywował w odpowiednim czasie (do 10 czerwca tego roku) innej klauzuli zawartej w umowie, na podstawie której „w nagrodę za zasługi” mógł opuścić „Dumę Katalonii” za darmo. Ale gwiazdor uważa, że wtedy sezon był przerwany z powodu pandemii koronawirusa, a jego przedłużenie do końca sierpnia przez FIFA i UEFA przenosi się także na indywidualne umowy piłkarzy z klubami. Wojna została zatem rozpętana, a jej zwycięzca na razie jest nieznany.

Messi rozpoczął niebywałą zadymę w Barcelonie

Klęska zespołu Barcelony 2:8 z Bayernem Monachium w ćwierćfinale Ligi Mistrzów zapoczątkowała lawinę zdarzeń w katalońskim klubie, których skutków nie da się nawet w tej chwili przewidzieć. Z wieści jakie docierają z Camp Nou zdecydowanie jednak na pierwszy plan wybija się jedna wiadomość, że Leo Messi, któremu za rok kończy się kontrakt z „Dumą Katalonii”, postanowił odejść już tego lata.

To nie jest pierwsza taka przepychanka Messiego z szefami Barcelony, ale każda wcześniejsza zawsze kończyła się ugodą i przedłużeniem kontraktu. Dlatego kwestia zmiany barw klubowych przez argentyńskiego piłkarza był dotąd uważany za piłkarskie science-fiction. Wygląda jednak na to, że tym razem awantura może zakończyć się rozstaniem. Argentyńczyk decyzję o opuszczeniu Camp Nou miał podjąć po porażce 2:8 z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. To nie był żaden „wypadek przy pracy”, tylko trzeci raz z rzędu, gdy zespół „Dumy Katalonii” skompromitował się w tych rozgrywkach. Dwa lata temu ośmieszyła go AS Roma, a rok później to samo zrobił FC Liverpool, który po pierwszym meczu przegrywał 0:3, ale w drugim wygrał 4:0. Messi za te słabe wyniki wini przede wszystkim fatalną politykę kadrową prowadzoną przez szefów klubu, z prezydentem Josepem Bartomeu na czele. I wedle doniesień hiszpańskich mediów po powrocie z Lizbony postawił sprawę na ostrzu noża – zażądał wręcz ustąpienia Bartomeu oraz zatrudnienia w roli trenera dawnego kolegi z boiska Xaviego, na pewno bardziej legendarną postacią Barcelony od Ronalda Koemana, którego Bartomeu wbrew woli Messiego zatrudnił w miejsce zwolnionego Quique Setiena.
Tego było już za wiele i argentyński gwiazdor posłał do klubu oficjalne pismo z żądaniem jednostronnego rozwiązania kontraktu, co miał zagwarantowane w obowiązującej obecnie umowie z katalońskim klubem. Ale władze Barcelony w ogóle nie rozważają odejścia Messiego i przypomniały mu, że jego tzw. klauzula odejścia opiewa na kwotę 700 mln euro. Za taką kwotę transferową Messi może odejść gdzie chce, sęk w tym, że nie ma na świecie klubu, który byłby skłonny zapłacić taką górę pieniędzy za piłkarza co prawda wciąż genialnego, lecz już jednak 33-letniego.
Messi ma w umowie zapis o możliwości rozwiązania kontraktu z Barceloną, ale miał obowiązek poinformować o tym władze klubu do 10 czerwca. Prawnicy piłkarza twierdzą jednak, że wydłużenie przez FIFA i UEFA sezonu z powodu pandemii koronawirusa do 31 sierpnia dotyczy także klauzuli. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, co zwiastuje długą wojnę, na której pewnie stracą obie strony.
Konflikt Messiego z szefami Barcelony chce wykorzystać Manchester City, gotowy zaoferować argentyńskiemu gwiazdorowi kilkuletni kontrakt z opcją przeprowadzki do New York City FC – partnerskiego klubu „The Citizens” w amerykańskiej MLS.

Messi chce zwiać z Barcelony

Klęska zespołu Barcelony z Bayernem Monachium (2:8) wywołała w katalońskim klubie potężny kryzys. W pierwszej kolejności posadę stracił trener Quique Setien, ale jak donoszą hiszpańskie media, większym problemem jest to, że najlepszy od ponad dekady piłkarz „Dumy Katalonii”, Leo Messi, postanowił odejść.

Piątkowy wieczór to bez wątpienia był jeden z najgorszych momentów w bogatej w sukcesy karierze argentyńskiego gwiazdora, sześciokrotnego zdobywcy „Złotej Piłki”. Było w jego zachowaniu na boisku i w szatni aż nadto widoczne, że jest nie tylko zdruzgotany słabą grą zespołu Barcelony w meczu z mistrzem Niemiec, ale też zwyczajnie wściekły. W pierwszej kolejności na trenera Setiena, do którego pracy zresztą miał już wcześniej wiele zastrzeżeń. Teraz nie musiał już nawet nic mówić, bo niemal tuż po ostatnim gwizdku sędziego los szkoleniowca był przesądzony. Oficjalna decyzja zapadła jednak dopiero w poniedziałek, trzy dni po klęsce w Lizbonie. Tego dnia służby prasowe katalońskiego klubu potwierdziły medialne spekulacje komunikując, że Quique Setien nie jest już trenerem zespołu, który przejął 13 stycznia i zdążył poprowadzić w 25 meczach – 19 w Primera Division, trzech w Pucharze Hiszpanii i trzech w Lidze Mistrzów. Szesnaście z tych spotkań wygrał, cztery zremisował, a w pięciu doznał porażek. Ale do stylu gry jaki ekipa Barcelony prezentowała pod jego komendą było mnóstwo zastrzeżeń, także ze strony zawodników, a najbardziej Messiego, który mimo zdobycia dziewięciu mistrzostw Hiszpanii i czterech triumfów w Lidze Mistrzów, wciąż chce zdobywać kolejne trofea. Ale Argentyńczyk ma już 33 lata i chociaż nadal imponuje piłkarskim geniuszem, wytrzymałości, szybkości i kondycji jakie miał jeszcze pięć lat temu, teraz już nie ma. Ale po staremu wszystko na boisku kręci się wokół niego i wszyscy pozostali gracze „Blugrany” nie wychylają się poza role jego pomagierów. I to właśnie jest prawdopodobnie główną przyczyną trwającego od mniej więcej pięciu lat spadku znaczenia ekipy „Dumy Katalonii” na europejskiej arenie, którego apogeum nastąpiło w tym sezonie – Messi i spółka przegrali z Realem Madryt walkę o mistrzostwo ligi, nie zdobyli krajowego pucharu, a teraz jeszcze w kompromitującym stylu odpadli z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Setien niewątpliwie przyłożył do tego rękę, ale trudno tylko jego obwiniać za wszystkie grzechy.
Messi od dłuższego czasu znajdował się też w ostrym konflikcie z prezydentem klubu Josepem Marią Bartomeu, od którego bezskutecznie domagał się transferów klasowych graczy. O to samo darł również koty z dyrektorem sportowym klubu Erikiem Abidalem. Argentyński gwiazdor miał powody do pretensji. W ostatnich pięciu latach Barcelona wydała na transfery nowych graczy blisko miliard euro, a w drugą stronę oddała zawodników za mniej więcej połowę tej kwoty. Wśród tych, którzy odeszli, największą stratą był bez wątpienia Brazylijczyk Neymar, na miejsce którego nie sprowadzono zawodnika o choćby zbliżonych umiejętnościach. Kupiony z Borussii Dortmund za 100 mln euro Ousmane Dembele okazał się transferowym niewypałem, pokładanych nadziei nie spełnił też Brazylijczyk Philippe Coutinho, którego wypożyczono w tym sezonie do Bayernu Monachium. Jego dwie bramki i asysta w meczu przeciwko Barcelonie to kolejny policzek dla Bartomeu i Abidala.
Według gazety „Mundo Deportivo” prezydent Bartomeu nie zamierza ustępować ze stanowiska i zapowiedział, że tego lata przeprowadzi rewolucję w kadrze Barcelony. Z obecnych graczy „nietykalni” jest według niego tylko czterech -– niemiecki bramkarz Marc-Andre ter Stegen, francuski obrońca Clement Lenglet, holenderski rozgrywający Frenkie De Jong oraz rzecz jasna Leo Messi. Reszta ma zostać wystawiona na listę transferową. Sęk w tym, że najbardziej korzystna oferta pojawiła się akurat dla gracza w Barcelonie najważniejszego, czyli Messiego.
Według włoskiego dziennikarza Francesco Porzio, Messi podjął już decyzję, że jeszcze tego lata zmieni barwy klubowe i nawet poinformował o tym zarząd „Dumy Katalonii”. Do walki o argentyńskiego asa wystartowały dwie uznane futbolowe firmy – Inter Mediolan i Manchester City. Większe szanse na transfer, o ile rzecz jasna naprawdę do niego dojdzie, bo nie można wykluczyć zmiany decyzji przez Messiego, ma włoski klub, pod warunkiem jednak, że w rozliczeniu zgodzi się oddać Barcelonie Lautaro Martineza. Problem w tym, że ten 22-letni rodak Messiego robi w ostatnim czasie furorę nie tylko na włoskich boiskach – ostatnio w meczu 1/2 finału Ligi Europy z Szachtarem strzelił dwa gole.

Lewy w niemiecko-francuskim półfinale

Takiego składu półfinalistów Ligi Mistrzów chyba nikt się nie spodziewał. Po raz pierwszy od blisko trzech dekad na tym szczeblu rozgrywek zabrakło zespołów z uważanych za najmocniejsze w Europie lig angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. O awans do finału w tym roku powalczą natomiast zespoły z Niemiec i Francji: Bayern Monachium z Olympique Lyon oraz Paris Saint-Germain z RB Lipsk.

Z punktu widzenia polskich kibiców najważniejszą ćwierćfinałową potyczką był mecz Bayernu Monachium z Barceloną. Fani obu zespołów zapamiętają go na bardzo długo, chociaż akurat kibice katalońskiego zespołu woleliby pewnie o nim nie pamiętać. „Duma Katalonii” w piątkowy wieczór przegrała w Lizbonie z mistrzem Niemiec aż 2:8. Nic dziwnego, że w niemieckich mediach w tytułach najczęściej pojawiało się słowo „deklasacja”, a w hiszpańskich „żenada”. Tak dotkliwej porażki mają prawo nie pamiętać nawet najstarsi kibice katalońskiego klubu. Jak bowiem sprawdzili futbolowi statystycy, była to najwyższa porażka Barcelony od 1951 roku, kiedy to przegrała 0:6 z lokalnym rywalem, Espanyolem.
Lewandowski kontra Messi
Przed meczem najwięcej pisano o pojedynku Roberta Lewandowskiego z Leo Messim, ale w piątkowy wieczór ani Polak, ani Argentyńczyk nie byli głównymi aktorami widowiska. Ale bez wątpienia z ich obu zdecydowanie lepiej wypadł kapitan reprezentacji Polski, który strzelił gola (już 14 w obecnej edycji LM) i zaliczył asystę, a na dodatek jeszcze swoimi boiskowym zaangażowaniem kompletnie zdezintegrował linię defensywną rywali. Ale tego wieczoru odrodził się strzelec dwóch goli Thomas Mueller oraz wypożyczony przez Bayern na ten sezon z Barcelony Brazylijczyk Philippe Coutinho. Niechciany na Camp Nou piłkarz strzelił swoim kolegom dwa gole i do tego dorzucił asystę przy golu Lewego, za którą otrzymał od polskiego snajpera wylewne podziękowania, bo w końcu po kilku latach przerwy strzelił też gola w Lidze Mistrzów na wyższym poziomie rywalizacji niż 1/8 finału.
Po raz pierwszy od 2005 roku w półfinale Ligi Mistrzów nie znaleźli si e ze swoimi drużynami Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Portugalczyk nie doszedł nawet z Juventusem do /4 finał, bo ekipa „Starej Damy” odpadła nieoczekiwania w starciu z Olympique Lyon.
Po raz ostatni z taką sytuacją mieliśmy do czynienia 29 lat temu, jeszcze przed erą Ligi Mistrzów. Wówczas te rozgrywki nosiły nazwę Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych. W sezonie 1990/1991 w fazie półfinałowej znalazły się: Bayern Monachium, Crvena Zvezda Belgrad, Spartak Moskwa oraz Olympique Marsylia. Trofeum wywalczyli wtedy piłkarze z Marsylii, którzy w finale pokonali ekipę z Belgradu dopiero po konkursie rzutów karnych. W regulaminowym czasie gry i po dogrywce było 0:0. Finał rozegrany na stadionie w Bari obejrzało 57,5 tys. widzów.
Sukces drużyn z lig farmerów
Wśród pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig europejskich niemiecka Bundesliga i francuska Ligue 1 były w ostatnich latach uznawane za słabsze od angielskiej Premier League, hiszpańskiej Primera Division i włoskiej Serie A, głównie ze względu na brak sukcesów w Lidze Mistrzów. Ostatnią drużyną z Ligue 1, która zagrała w finale Ligi Mistrzów, było AS Monaco w sezonie 2003/2004, które w decydującym starciu uległo jednak FC Porto 0:3. Dwa lata temu natomiast do finału Ligi Europy dotarł zespół Olympique Marsylia, ale z Atletico Madryt także przegrał 0:3. Warto jednak odnotować, że szprycowana bez umiaru petrodolarami drużyna Paris Saint-Germain dopiero po raz pierwszy w XXI wieku awansowała do najlepszej czwórki Champions League, zaś Olympique Lyon dotarł do tej fazy rozgrywek po 10 latach przerwy.
Nic dziwnego, że we Francji zapanowała euforia. Gwiazdor PSG po sensacyjnym zwycięstwie ekipy z Lyonu nad faworyzowanym Manchesterem City zamieścił na portalu społecznościowym pytanie: „Liga farmerów?”, skierowane do tych wszystkich, którzy wcześniej nie szczędzili francuskim zespołom i Ligue 1 lekceważących opinii, że jest to właśnie „liga farmerów”. Na jego wpis odpowiedzieli natychmiast Memphis Depay i Moussa Dembele, główni aktorzy zwycięstwa Olympique Lyon nad „The Citizens”, a na oficjalnym koncie Twitterowym ich klubu pojawił się wpis: „Nie ma tutaj żadnych farmerów”.
O ile awans paryskiej drużyny do półfinału trudno uznać za wielką sensację, chociaż drużyna Thomasa Tuchela trochę męczyła się z rewelacją rozgrywek, Atalantą Bergamo, zanim po golach strzelonych w końcówce spotkania wygrała 2:1, to obecność w najlepszej czwórce rozgrywanego w Lizbonie turnieju Ligi Mistrzów drużyny z Lyonu to więcej niż niespodzianka. Ekipa trenowana przez Rudiego Garcię skończyła ten sezon Lique 1 dopiero na 7. miejscu. A że we Francji nie dokonano restartu rozgrywek, to gracze Oympique Lyon nie zdołali już poprawić tej lokaty i przez to nie wywalczyli miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów w nowym sezonie.
I są jedynym zespołem wśród półfinalistów, który jest w takiej sytuacji, ale to akurat jest dodatkową motywacją, bo jak wiadomo zwycięzca rozgrywek zapewnia sobie też automatycznie miejsce w fazie grupowej nowej edycji. To była dla ekipy z Lyonu zapewne dodatkową motywacją, bo chociaż nie zagrali żadnego meczu o stawkę od pięciu miesięcy, to zdołali wyeliminować w 1/8 finału Juventus Turyn z Cristiano Ronaldo (2:2 w dwumeczu, zdecydowały bramki wyjazdowe), a w minioną sobotę odprawili z kwitkiem Manchester City trenowany przez wielkiego Pepa Guardiolę, pokonując „The Citizens” w Lizbonie 3:1.
Paryż, Monachium, Lipsk i Lyon
Na placu boju pozostały zatem cztery zespoły. We wtorek 18 sierpnia Paris Saint-Germain zmierzy się z sensacyjnym pogromcą Atletico Madryt, RB Lipsk, natomiast dzień później Bayern Monachium zagra z sensacyjnym pogromcą Manchesteru City Olympique Lyon. Faworytami tych spotkań są zespoły z Paryża i Monachium, ale piłkarze z Lipska i Lyonu na pewno są w stanie sprawić kolejne sensacje. Nam wypada jednak trzymać kciuki za jedynego w tej stawce polskiego piłkarza, czyli Roberta Lewandowskiego. Wiadomo już, że na 99 procent zapewnił już sobie koronę króla strzelców obecnej edycji Champions League, ale „Lewy” chce koniecznie wygrać z Bayernem Ligę Mistrzów. Gdyby w finale rywalem ekipy mistrza Niemiec został Paris Saint-Germain, bylibyśmy świadkami wielikiego pojedynku naszego najlepszego piłkarza z gwiazdami paryskiej drużyny – Brazyliczykiem Neymarem i Francuzem Kylianem Mbappe.
Oba spotkania półfinałowe, podobnie zresztą jak zaplanowany na niedzielę 23 sierpnia finał, będzie można w Polsce obejrzeć na kanałach Polsatu i TVP.

Lewy został piłkarzem tygodnia

Robert Lewandowski został wybrany przez kibiców „Piłkarzem Tygodnia” w plebiscycie UEFA. To efekt jego kapitalnego występu przeciwko Chelsea Londyn w 1/8 finału Ligi Mistrzów. „Lewy” w wygranym przez Bayern Monachium 4:1 meczu zdobył dwie bramki i zaliczył dwie asysty.

W sumie w obu spotkaniach z Chelsea Londyn (3:0 i 4:1) Lewandowski miał udział przy wszystkich siedmiu golach – trzy sam strzelił, a przy pozostałych czterech asystował. Poza tym prowadzi w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów z dorobkiem 13 bramek zdobytych w siedmiu występach. Jeśli utrzyma prowadzenie do końca rozgrywek, zostanie pierwszym piłkarzem w tym stuleciu, który zdobędzie trzy snajperskie korony w jednym sezonie – wcześniej został królem strzelców w Bundeslidze (34 gole) i Pucharze Niemiec (sześć trafień).
Do tytułu „Piłkarza Tygodnia UEFA” nominowani byli czterej piłkarze – oprócz Lewandowskiego jeszcze Leo Messi (FC Barcelona), Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn) i Kyle Walker (Manchester City). Walkera nominowano za skuteczność podań w meczu z Realem Madryt na poziomie 85 procent, Cristiano Ronaldo za dwie bramki strzelone drużynie Olympique Lyon (2:1), natomiast Messiego za gola i znakomitą grę w wygranym 3:1 spotkaniu z SSC Napoli.
Największe uznanie kibiców z tego kwartetu zdobył Lewandowski i to on został wybrany piłkarzem tygodnia. Teraz naszego piłkarza czeka jednak wielkie wyzwanie, bo w piątek, 14 sierpnia Bayern Monachium zmierzy się w Lizbonie w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z ekipą Barcelony.

Liga Mistrzów: Koncerty trzech tenorów

Zaległe mecze 1/8 finału Champions League zostaną zapamiętane głównie z fenomenalnych występów trzech gigantów futbolu – Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Roberta Lewandowskiego. Portugalczyk z tej edycji już jednak wraz z Juventusem odpadł, natomiast Argentyńczyk i Polak w piątek 14 sierpnia o palmę pierwszeństwa w tym sezonie powalczą w ćwierćfinałowym meczu Bayernu Monachium z Barceloną.

Lewandowski w pierwszym meczu z Chelsea, na Stamford Bridge w Londynie, zaliczył dwie asysty i jednego gola w wygranym przez Bayern 3:0 spotkaniu. W spotkaniu rewanżowym rozegranym w minioną sobotę na Allianz Arena w Monachium, wygranym przez bawarska drużynę 4:1, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki i dorzucił dwie asysty, czyli „Lewy” miał udział przy wszystkich siedmiu bramkach jakie w tym dwumeczu Bayern wbił ekipie Chelsea. Tym niesamowitym wyczynem chyba już ostatecznie przekonał niedowiarków, że należy mu się miejsce na samym szczycie piłkarskiej hierarchii, obok Messiego i Cristiano Ronaldo. Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 13 trafień w siedmiu występach i jest zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców. Następny w zestawieniu Erling Haaland z Borussii Dortmund ma na koncie 10 goli, ale on już odpadł ze swoim zespołem z rozgrywek.
Z zawodników, których drużyny wciąż pozostają w grze, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City maja po sześć trafień, tyle samo mają też w dorobku klubowy kolega „Lewego” Serge Gnabry oraz napastnik Olympique Lyon Memphis Depay, natomiast po po pięć goli na koncie mają Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain oraz Josip Ilcic z Atalanty Bergamo. Co ciekawe, gol strzelony przez Leo Messiego w wygranym przez Barcelonę 3:1 sobotnim spotkaniu z SSC Napoli był dopiero drugim trafieniem Argentyńczyka w obecnym sezonie Ligi Mistrzów. Gwiazdor „Dumy Katalonii” w starciu z włoskim zespołem błysnął jednak wielką formą, dlatego kibice już ostrzą sobie apetyty na starcie Barcelony i Bayernu, które będzie też wielkim pojedynkiem o tytuł piłkarza roku w Europie i na świecie w 2020 roku. Messi w poprzednim roku zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia i w tym roku wciąz jeszcze ma szanse powtórzyć ten wyczyn, a jedynym graczem który może mu w tym realnie przeszkodzić, jest właśnie Lewandowski.
Tak dla przypomnienia – „Lewy” jest nie tylko najlepszym strzelcem bieżącej edycji Ligi Mistrzów, jest także królem strzelców Bundesligi i Pucharu Niemiec, wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta” oraz w ogóle najskuteczniejszym piłkarzem tego sezonu w Europie – we wszystkich rozgrywkach w 44 rozegranych meczach zdobył 53 bramki. Pod tym względem zostawił w tyle nie tylko Messiego, ale także Cristiano Ronaldo, Neymara, Kyliana Mbappe, Harry’ego Kane’a, Mohameda Salaha, Timo Wernera, Elinga Haalanda i Karima Benzemę, którego Polak właśnie ponownie wyprzedził w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów. Lewandowski z 66 golami w dorobku awansował na czwarte miejsce, a przed nim są już tylko Raul (72 gole), Messi (114) i niekwestionowany Cristiano Ronaldo (130).
Portugalczyk nie powalczy w tym sezonie o triumf w Lidze Mistrzów, bo Juventus po jego dwóch golach wygrał z Olympique Lyon tylko 2:1, za mało żeby wyeliminować francuską dużynę, która pierwszy mecz u siebie wygrała 1:0. Na pocieszenie Cristiano Ronaldo pozostały indywidualne osiągnięcia: po dublecie w meczu z Olympique Lyon powiększył liczbę swoich goli w tym sezonie do 37, co jest nowym rekordem w historii Juventusu Turyn. CR7 przebił osiągnięcie Felice Placido Borela II, który w sezonie 1935/1936 zdobył dla Juve 36 bramek. Mistrz świata z 1934 roku do zebrania takiego dorobku potrzebował 40 występów, a Portugalczyk swój rekord ustanowił w 46 spotkaniach. Przez 86 lat żaden piłkarz Juventusu nawet nie zbliżył się do rekordu Borela II. Najlepsi dochodzili do 32 bramek, a byli to Alessandro Del Piero (1997/1998), David Trezeguet (2001/2002) i Gonzalo Higuain (2016/2017).
Cristiano Ronaldo ma teraz o czym myśleć, bo w Juventusie już w sobotę zaczęła się personalna rewolucja. Pierwszy sezon Juventusu pod wodzą trenera Maurizio Sarriego w opinii włodarzy turyńskiego potentata zakończył się niepowodzeniem. Wywalczone nie bez problemu scudetto okazało się jedynym trofeum bianconerich, którzy po transferze Cristiano Ronaldo mieli wspiąć się na szczyt europejskiego futbolu i wywalczyć wymarzony puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Decyzję o zwolnieniu szkoleniowca podjął ponoć osobiście właściciel Juve Andrea Agnelli. Sarri przepracował w Turynie tylko jeden sezon. Były trener Chelsea i Napoli zastąpił na tym stanowisku Massimiliano Allegriego. Zdaniem włoskich mediów 61-letni szkoleniowiec nie miał posłuchu u największych gwiazd zespołu. Jego nagłe odejście zwolnienie skomplikowało sytuację Arkadiusza Milika, którego głównie Sarri chciał ściągnąć do Juventusu, więc teraz transfer może okazać się nieaktualny. Ale Milik już zdążył podpaść wszystkim ważniakom w Napoli i jeśli zostanie, będzie miał w tym klubie ciężkie życie. Jeszcze w sobotę władze Juventusu dokonały wyboru nowego szkoleniowca. Został nim Andrea Piro, wybitny przed laty włoski piłkarz, mistrz świata z 2006 roku, czterokrotny mistrz Italii w barwach Juventusu. Jego nominacja jest niespodzianka, bo 41-letni obecnie Pirlo dopiero w 2017 roku zakończył piłkarską karierę i w Juve zadebiutuje w trenerskim fachu.
Nie mniejsze niż w Turynie rozgoryczenie panuje też w ekipie Realu Madryt, który został upokorzony dwoma porażkami przez Manchester City. Dla hiszpańskiego trenera angielskiego zespołu Pepa Guardioli piątkowe zwycięstwo 2:1 było już 11 w jego trenerskiej karierze odniesione przez jego zespoły w potyczkach z „Królewskimi”. W historii futbolu pod tym względem nie ma lepszego. Przy okazji Guardiola przerwał niesamowitą serię triumfów trenera Realu Zinedine’a Zidane’a, który po raz pierwszy w karierze szkoleniowca poznał smak odpadnięcia z Ligi Mistrzów. W latach 2016-2018 Francuz poprowadził Królewskich do trzech kolejnych triumfów w tych elitarnych rozgrywkach i do piątku miał stuprocentową skuteczność w fazie pucharowej Champions League. Pod jego wodzą Real wygrał 9 dwumeczów i trzy finały. Jeśli ktoś miał Zidane’a powstrzymać, to tylko Guardiola. Gdy prowadził Barcelonę (2008-2012) wygrała aż 9 z 15 El Clasico. Jako trener Bayernu dostał co prawda od Realu łomot w Lidze Mistrzów, ale jako trener „The Citizens” wrócił na zwycięską ścieżkę. W pierwszym meczu 1/8 finału Champions League Manchester City wygrał na Santiago Bernabeu 2:1, a w rewanżu na swoim stadionie powtórzył ten rezultat. Teraz bilans Guardioli z Realem to 11 zwycięstw, 4 remisy i 4 porażki – żaden szkoleniowiec nie wygrał tylu spotkań z Królewskimi. W piątkowym meczu angielski zespół dostał mocne wsparcie ze strony francuskiego stopera „Królewskich” Raphaela Varane’a, którego dwa kompromitujące błędy przyniosły gospodarzom obie bramki. Hiszpańskie media nie zostawiły na tym piłkarzu suchej nitki i obciążyły go całą winą za odpadnięcie Realu.
Teraz osiem zespołów, które wywalczyły awans do ćwierćfinału, zbierze się w Lizbonie, gdzie od 12 sierpnia rozgrywki w Lidze Mistrzów zostaną dokończone w formule turniejowej.
Zestaw par 1/4 finału:
Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain (środa, 12 sierpnia);
RB Lipsk – Atletico Madryt (czwartek, 13 sierpnia);
FC Barcelona – Bayern Monachium (piątek, 14 sierpnia);
Manchester City – Olympique Lyon (sobota, 15 sierpnia);
1/2 finału:
Manchester City/Olympique Lyon – FC Barcelona/Bayern Monachium (18 sierpnia);
RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain (19 sierpnia);
Finał odbędzie się 23 sierpnia. Wszystkie mecze rozpoczynać się będą o 21:00.

Wirus na Złotej Piłce

W poniedziałek 20 lipca piłkarze Bayernu Monachium wrócili z krótkich wakacji. Tego dnia redakcja tygodnika „France Football” niespodziewanie ogłosiła, że w tym roku jednak nie przyzna „Złotej Piłki”, nagrody na najlepszego piłkarza roku. To była kiepska wiadomość zwłaszcza dla Roberta Lewandowskiego, którego uważano za głównego kandydata do tej nagrody w 2020 roku.

Swoją decyzję redakcja „France Football” uzasadniła następująco: „Obecny rok był wyjątkowy i nie może być traktowany jako zwykły. Trofeum Złotej Piłki przekazuje wartości – takie jak przykładność, solidarność i odpowiedzialność – inne niż same osiągnięcia sportowe. Nie można było zachować sprawiedliwości w przypadku tego honorowego tytułu, w szczególności na poziomie statystycznym, a także przygotowań, ponieważ wszyscy aspirujący do tej nagrody nie mogli rywalizować na równych, uczciwych zasadach, na co wpływ miało przerwanie sezonów wywołanym pandemią koronawirusa. Nie chcieliśmy umieszczać na liście nagród niezatartej gwiazdki, odnoszącej się do uwagi, że jest to trofeum zdobyte w wyjątkowych okolicznościach z powodu kryzysu spowodowanego przez Covid-19. Dlatego po raz pierwszy od 1956 roku Złota Piłka nie zostanie przyznana. To decyzja najbardziej odpowiedzialna i logiczna. Tylko dwa miesiące (styczeń i luty), z jedenastu potrzebnych do sformułowania opinii i wybrania najlepszych, to zdecydowanie za mało, aby wybrać kogokolwiek, biorąc pod uwagę, że wiele meczów nie odbyło się lub odbędzie się w innych warunkach i formatach (za zamkniętymi drzwiami, pięć zmian, Europejski Final 8 LM bez rewanżów). Wielu z naszych 220 jurorów rozsianych po całym świecie, nie mogło obserwować i śledzić dokonań piłkarzy z powodu sytuacji kryzysowej, a także innych priorytetów. Historia Złotej Piłki jest zbyt cenna, aby naruszyć renomę jej dobrego imienia” – napisano w komunikacie opublikowanym przez „France Football”.
Przyznawana od 1956 roku nagroda „Złotej Piłki” w ostatnich latach przestała być najważniejszym piłkarskim laurem, bo konkurencją dla niej stały się równie prestiżowe wyróżnienia nadawane przez FIFA i UEFA. Siła tradycji i utrwalonych opinii wciąż jednak działa na korzyść francuskiego tygodnika, dlatego podjęta przez jego redakcję decyzja wzbudziła w piłkarskim światku tak wiele emocji. Zwłaszcza w Polsce, bo u nas występuje jakaś szczególna potrzeba posiadania piłkarza niekwestionowanego światowego formatu, a za takiego zwykło się uważać każdego zdobywcę „Złotej Piłki”. W przeszłości (w 1974 i 1982 roku) Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek zajęli miejsca na najniższym podium klasyfikacji „Złotej Piłki”, a Lewandowskiego „France Football” w 2015 roku umieścił na czwartej pozycji. To był jedyny raz, kiedy kapitan reprezentacji Polski został przez redakcję uznany za gracza z najwyższej światowej półki. W kolejnych latach Francuzi już tylko z sobie wiadomego powodu jedynie „Lewego” upokarzali. Przypomnijmy, że w poprzednim sezonie Polak zajął dopiero ósme miejsce, które nie tylko w naszym kraju zostało powszechnie uznane za krzywdzące.
W tym roku redaktorzy „FF” mieliby już jednak poważny problem, bo swoimi dokonaniami w tym sezonie Lewandowski przebił nawet osiągnięcia etatowych w ostatniej dekadzie zdobywców „Złotej Piłki”, czyli Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk otrzymywał nagrodę sześciokrotnie w latach 2009, 2010, 2011, 2012, 2015 i 2019, a Portugalczyk w 2008, 2013, 2014, 2016 i 2017 roku. Dominację tych dwóch genialnych piłkarzy redakcja „France Football” przerwała w 2018 roku, przyznając nagrodę Chorwatowi Luce Modriciowi, liderowi reprezentacji Chorwacji, która wywalczyła w Rosji wicemistrzostwo świata.
W tym roku Messi zakończył rozrywki ligowe w Hiszpanii z 25 golami i 21 asystami na koncie. Pod względem bramkowym był to jego najgorszy rok od sezonu 2008/09, gdy w La Liga zdobył 23 bramki, ale nigdy wcześniej nie miał tak wielu asyst, jak teraz. Słabo jednak wypada w porównaniu z dokonaniami Lewandowskiego w tym sezonie oraz Ronaldo, który wciąż gra i w miniony poniedziałek powiększył swój strzelecki dorobek w Serie A w tym sezonie do 30 trafień. Portugalczyk na pewno będzie mistrzem Włoch i może zdobyć nie tylko tytuł króla strzelców włoskiej ekstraklasy, ale też wyprzedzić Lewandowskiego, który prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta” z dorobkiem 34 goli. FC Barcelona, chociaż przegrała walkę o mistrzostwo kraju z Realem Madryt, wciąż może jeszcze jednak wygrać Ligę Mistrzów.
Triumf w tych rozgrywkach mogą też odnieść wspomniani Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski, ale także gracze Paris Saint-Germain Kylian Mbappe i Neymar, z powodu których „France Football” tak naprawdę odwołał przyznanie nagród „Złotej Piłki”. Poza tym jesienią zacznie się nowy sezon, także w Lidze Mistrzów i Lidze Narodów, zatem okazji do właściwej oceny potencjalnych zdobywców tego trofeum z pewnością by nie zabrakło. Ale chyba w redakcji francuskiego tygodnika nie lubią Cristiano Ronaldo, a przyznanie nagrody Polakowi po prostu nie mieści się im w głowach.

Lewy w Niemczech zdobył już wszystko

Robert Lewandowski w końcu wygrał prestiżową w Niemczech klasyfikację tygodnika „Kicker” na najlepszego piłkarza sezonu. To było ostatnie z najważniejszych trofeów w niemieckim futbolu jakiego nie miał jeszcze w kolekcji. Teraz jego ambicję mogą zaspokoić już tylko laury europejskie i światowe.

W Niemczech wyróżnienia przyznawane przez redakcję „Kickera”, chociaż mają mocną konkurencję, bo wszystkie media w tym kraju to robią, to jednak ten największy tygodnik piłkarski robi to nieprzerwanie od 57 lat, czyli od momentu powstania Bundesligi. „Kicker” ocenia piłkarzy w skali 1-6, gdzie „1” oznacza klasę światową i jest notą marzeń dla każdego gracza, natomiast „6” oznacza „występ poniżej krytyki”. Trudno uwierzyć, że dopiero w dziesiątym sezonie spędzonym w niemieckiej ekstraklasie Lewandowski doczekał się tego prestiżowego wyróżnienia.
Najwyżej cenią swoich graczy
Tylko raz był bliski zwycięstwa, w sezonie 2015/2016, ale niemal na samym finiszu rozgrywek został wyprzedzony przez ówczesnego pomocnika Borussii Dortmund Henricha Mchitarjana, który do Bundesligi przybył wprawdzie z Armenii, ale miał niemieckie pochodzenie. To trochę tłumaczy przyczynę, z powodu której „Lewy” tak długo musiał czekać na uznanie ze strony redaktorów „Kickera”, którzy nigdy nie ukrywali, że preferują swoją ligę, swój futbol i swoich rodaków.
Lewandowskiego przez te lata ostentacyjnie wręcz nie doceniali jednak nie dlatego, że był Polakiem. Traktowali go ozięble, bo „Kicker” nie darzy sympatią i uznaniem graczy, którzy traktują Bundesligę jako trampolinę do innych europejskich lig, a Lewandowski nie krył przecież swoich ambicji przejścia do Realu Madryt.
Dopiero gdy porzucił te plany i postanowił związać się na dobre i złe z Bayernem, jego występy zaczęły być relacjach „Kickera” premiowane wyższymi notami. A w tym sezonie zaniżanie mu ocen byłoby już wręcz kompromitacją, zwłaszcza w meczach rozegranych po restarcie zawieszonego w marcu z powodu pandemii sezonu. „Lewy” zagrał w ośmiu spotkaniach „koronarundy” i zdobył w nich 9 bramek.
Nikt w Bundeslidze nie strzelił więcej goli od niego, w „Kicker” wystawił mu za te występy oceny o średniej 2,5. To też był najlepszy wynik niemieckiej ekstraklasie. Noty z całego sezonu złożyły się na rewelacyjną średnią 2,42. Dwa kolejne miejsca w zestawieniu „Kickera” także zajęli zawodnicy Bayernu – drugi na liście Leon Goretzka miał średnią 2,71, a trzeci Thomas Mueller 2,74. Od pięciu sezonów lidera klasyfikacji „Kickera” nie dzieliła taka duża różnica w średniej not.
Inna sprawa, że wcześniej występów „Lewego” tak dobrze nie oceniano. Wcześniej najlepszą średnią (2,63) miał we wspomnianym sezonie 2015/2016, a w innych nie lokował się nawet na podium, chociaż był najlepszym strzelcem mistrza kraju – najpierw Borussii Dortmund (2011/2012), a potem Bayernu (2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019).
Gablota już pełna trofeów
Po wygraniu klasyfikacji „Kickera” Lewandowski ma w dorobku już wszystkie możliwe do zdobycia na niemieckiej ziemi laury. Mistrzem Niemiec został już osiem razy, jest najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi (236 gole), pięciokrotnie zdobył tytuł króla strzelców (tylko Gerd Mueller ma ich więcej, bo siedem). A zdobywając w tym sezonie 34 bramki został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi. Więcej goli od niego w jednym sezonie strzelił już tylko wspomniany Gerd Mueller (40, 38 i 36). Pobić te jego dokonania będzie „Lewemu” piekielnie trudno.
Lewandowski nie może jednak czuć się piłkarzem w pełni spełnionym, bo nie zdobył jeszcze żadnego trofeum na arenie międzynarodowej. W finale Ligi Mistrzów zagrał dotąd tylko raz, w barwach Borussii Dortmund, ale jego zespół przegrał wtedy z Bayernem Monachium. Nigdy nie był też królem strzelców Ligi Mistrzów, choć ma już w dorobku 14 takich tytułów zdobytych w innych rozgrywkach.
W tym nietypowym sezonie może jednak zaspokoić swoją ambicję. Nie ulega wątpliwości, że „Lewy” znajduje się w życiowej formie, a zespół Bayernu odkąd prowadzi go trener Hansi Flick jest niepokonany – wygrał 19 z 20 spotkań we wszystkich rozgrywkach, a jedno zremisował. Po wygranej w pierwszym meczu 1/8 finału w Londynie z Chelsea 3:0 rewanż w Monachium wydaje się formalnością i Bayern raczej na pewno zagra w zaplanowanym w sierpniu w Lizbonie turnieju finałowym. Lewandowski prowadzi w klasyfikacji strzelców Champions League – w sześciu występach strzelił aż 11 goli, trafiając do siatki w każdym ze spotkań. To dorobek, jakim na tym etapie rozgrywek w przeszłości mogli się pochwalić się jedynie Lionel Messi (2011/12) i Cristiano Ronaldo (2013/14, 2015/16 i 2017/18).
Lewandowski zaczął robić rzeczy nieosiągalne dla piłkarskich śmiertelników, które dotąd były zarezerwowane tylko dla najlepszych piłkarzy naszych czasów. Jak zdobycie więcej niż 50 bramek w roku kalendarzowym (2019). Na tej liście jest też wygranie plebiscytu „France Football”, który Argentyńczyk i Portugalczyk zdominowali w ostatnich dwunastu latach.
Skok na półkę Messiego i CR7
Ale w tym sezonie to właśnie Lewandowski jest w tej chwili najpoważniejszym kandydatem do zdobycia „Złotej Piłki”. Z 49 bramkami na koncie zdobytymi we wszystkich rozgrywkach jest zdecydowanie najskuteczniejszym piłkarzem obecnego sezonu. Messi strzelił dotąd 27 goli, a Cristiano Ronaldo 28. A „Lewy” w sobotę zagra w finale Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen i może osiągnąć, a nawet przekroczyć magiczną barierę 50 trafień w jednym sezonie. Eksperci od marketingu sportowego nadal jednak uważają, że Lewandowski nie jest jeszcze „marką globalną”, jak Messi i Cristiano Ronaldo. To może się jednak zmienić tylko wtedy, gdy kapitan reprezentacji Polski do swojej kolekcji trofeów dołączy tytuły dla najlepszego piłkarza w Europie i na świecie.
Ale i bez tego już dzisiaj „Lewy” jest najbogatszym polskim sportowcem, zaś w kategorii „open” też nie wypada najgorzej, bo w najnowszym rankingu najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” znalazł się wraz z żoną Ann na 80. miejscu. W najbliższych latach jego pozycja raczej nie będzie słabła, bo obecny kontrakt z Bayernem wygasający z końcem czerwca 2023 roku gwarantuje mu roczne zarobki przekraczające 20 mln euro netto. Pod tym względem „Lewy” nie może narzekać na dyskryminację w niemieckiej lidze, należy bowiem elity najlepiej opłacanych graczy Bundesligi. W Bayernie nikt nie zarabia więcej od niego, a to oznacza, że nikt nie zarabia też więcej w całej lidze.
Poza tym Lewandowski z coraz większym rozmachem zaczyna inwestować swoje pieniądze w rozmaite biznesowe projekty (deweloperskie, aplikacje internetowe, startupy), ale jak na tym wychodzi, owiane jest mgłą tajemnicy. Więcej wiadomo o jego dochodach z reklam, a jest w tej chwili najlepszym „słupem ogłoszeniowym” z naszych sportowców. W 2017 roku założył z żoną agencję Stor9 oraz dom mediowy RL Media, którego zadaniem jest zarządzanie kampaniami reklamowymi, w których biorą udział. O wielu jego aktywnościach dowiemy się pewnie dopiero wtedy, gdy przestanie grać w piłkę. Oby jak najpóźniej.

Messi w Sewilli podpadł podwójnie

Gwiazdora FC Barcelona Leo Messiego nie popisał się w ligowym meczu z FC Sevilla (0:0), popychając brutalnie jednego z rywali. Nie dostał za to nawet żółtej kartki, co wywołało w Hiszpanii większą dyskusję, niż zapowiedź finansowego kryzysu La Ligi.

Do zdarzenia, które zbulwersowało opinię publiczną w Hiszpanii, doszło pod koniec pierwszej połowy meczu Barcelony z FC Sevilla. Gdy w jednym ze starć po raz kolejny ucierpiał urugwajski napastnik katalońskiej drużyny Luis Suarez, który wrócił do gry po wielu miesiącach leczenia kontuzji, do sprawcy brutalnego faulu, Brazylijczyka Diego Carlosa, doskoczył wyraźnie rozzłoszczony Leo Messi i popchnął obrońcę Sevilli. Zawodnik gospodarzy po sekundzie zawahania postanowił skorzystać z okazji i teatralnie upadł na murawę. Sędzia w ogóle jednak nie zareagował i nie upomniał Messiego nawet żółtą kartką, a w myśl przepisów powinien. To nie był jednak jedyny tego wieczoru wybryk argentyńskiego gwiazdora, który uszedł mu na sucho. Po meczu Messi ostentacyjnie przechadzał się po boisku z nagim torsem i koszulką Sevilli przewieszona przez ramię, łamiąc tym samym restrykcyjny protokół sanitarny, który zabrania zawodnikom m.in. wymieniania się koszulkami.
Wybryki argentyńskiego gwiazdora przez cały weekend były w Hiszpanii znacznie częściej komentowane, niż wypowiedź szefa piłkarskiej ekstraklasy Javiera Tebasa udzielona hiszpańskiemu dziennikowi gospodarczemu „Expansion”. Prezydent La Liga wyjawił w niej, iż straty wywołane przez pandemię koronawirusa szacowane są na 1,1 mld euro i negatywnie odbiją się zarówno na kondycji finansowej klubów, jak i wielu spółek powiązanych z funkcjonowaniem ligi. „Rozgrywki się toczą, ale nasz optymizm jest średni, ponieważ ani nie będziemy mieć pełnych stadionów, ani nie będzie łatwo przekonać fanów do powrotu, kiedy przepisy pozwolą im na ponowne wejście na trybuny bez ograniczeń” – przyznał Tebas, który podkreślił, że w tej sytuacji działania hiszpańskich klubów, które z powodu kryzysu zredukowały zarobki piłkarzy, są jak najbardziej zrozumiałe. I stwierdził, że powrót do poziomu wynagrodzeń sprzed wybuchu pandemii tak szybko nie nastąpi. Szef La Liga wyraził też zaniepokojenie planem hiszpańskiego rządu podniesienia podatków, bo jego zdaniem może to doprowadzić do powiększenia bilansu strat dla wielu firm związanych z ekstraklasą.

Bitwa o Złotą Piłkę

W środę 17 czerwca Komitet Wykonawczy UEFA ma ogłosić decyzję w sprawie dokończenia rozgrywek w europejskich pucharach. Włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” podał, że prawdopodobnie zespoły, które zakwalifikują się do 1/4 finału, dokończą zmagania w formule turniejowej. Liga Mistrzów wedle tego planu miałaby dokończyć zmagania w Lizbonie. Jeśli do tego dojdzie, będzie to kluczowe piłkarskie wydarzenie także w kwestii wyboru piłkarza roku.

Rozgrywki Ligi Mistrzów zostały zawieszona w trakcie rozgrywania spotkań 1/8 finału. Do ćwierćfinałów zdążyły awansować zespoły Paris Saint-Germain, RB Lipsk, Atalanty Bergamo i Atletico Madryt, natomiast w czterech pozostałych parach pozostały do rozegrania spotkania rewanżowe, w których Manchester City podejmie Real Madryt (2:1 w pierwszym meczu), zaś Bayern Monachium zagra z Chelsea Londyn (3:0), Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1), a FC Barcelona z SSC Napoli (1:1). Te mecze muszą powinny zostać rozegrane do końca lipca.
Osiem zespołów, które zakwalifikują się do ćwierćfinałów, w dniach 12 – 23 sierpnia rozegra w Lizbonie turniej w formule trzyrundowej, lecz bez rewanżów, które nie będą potrzebne ponieważ wszyscy rywalizować będą na neutralnym terenie. „La Gazzetta dello Sport” spekuluje, że na podobnych zasadach zostanie dokończona także Liga Europy, a krajem, w którym zostaną dokończone te pucharowe rozgrywki, będą Niemcy. Zmagania mają się rozpocząć od 10 sierpnia na stadionach w Duisburgu, Gelsenkirichen, Duesseldorfie oraz Kolonii, gdzie zostanie też rozegrany wielki finał, który wedle pierwotnego planu w tym sezonie miał się odbyć na Ergo Arenie w Gdańsku. UEFA ponoć już postanowiła, że Gdańsk będzie gościł finalistów Ligi Europy w przyszłym sezonie, podobnie jak Stambuł, który miał być gospodarzem tegorocznego finału Ligi Mistrzów.
Decyzja ma zapaść podczas zaplanowanej na 17-18 czerwca wideokonferencji Komitetu Wykonawczego UEFA. Spekulacje włoskiego dziennika mogą się jednak nie potwierdzić, a to dlatego, że Portugalia, która jeszcze niedawno była uważana za kraj, który uporał się już z pandemią koronawirusa, znowu zaczął notować wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Jeszcze na początku maja dziennie liczba nowych przypadków nie przekraczała stu, ale ostatnio wzrosła dziesięciokrotnie. Z tego względu portugalskie władze wycofały się z decyzji o powrocie kibiców na stadiony piłkarskie. Zwłaszcza wybór Lizbony na miejsce dokończenia Ligi Mistrzów jest w tym momencie kontrowersyjnym pomysłem, bo w stolicy Portugalii notuje się 90 procent dziennej liczby zarażonych. Raczej nie ma jednak zagrożenia, że UEFA w ogóle odwoła rozgrywki pucharowe i uzna je za nieodbyte.
Z czołowych lig europejskich tylko francuska zrezygnowała z wznowienia rywalizacji. Niemiecka Bundesliga podjęła wyzwanie jako pierwsza, w tym tygodniu zrobiła to też hiszpańska Primera Division, a wkrótce mają to zrobić także angielska Premier League i włoska Serie A (rozegrano już rewanżowe mecze półfinałowe w krajowym pucharze). Ta skomplikowana sytuacja staje się też problemem dla organizatorów prestiżowych plebiscytów na piłkarza roku (FIFA, UEFA, i „Złotej Piłki” przyznawanej przez redakcje „France Football”). Dokończenie zmagań, zwłaszcza w elitarnej Lidze Mistrzów, z pewnością pomogłoby im w dokonaniu względnie sprawiedliwego wyboru.
Dla polskich kibiców to też istotna sprawa, bo w tym sezonie Robert Lewandowski wymieniany jest w gronie najpoważniejszych pretendentów do tytułu „Piłkarza Roku”. Tym bardziej, że imponuje formą także po restarcie rozgrywek. Od momentu ich wznowienia strzelił sześć goli w sześciu meczach, a w całym sezonie trafił do siatki już 45 razy. W samej Bundeslidze zdobył 30 bramek i z 60 punktami prowadzi w klasyfikacji Złotego Buta, zmierzając po piątą koronę króla strzelców w Niemczech, a trzecią z rzędu. Liczby te nie uwzględniają wtorkowego meczu 32. kolejki Bundesligi, w którym Bayern zmierzył się na wyjeździe z Werderem Brema. Spotkanie zakończyło się po zamknięciu wydania, ale zanim się zaczęło było już jasne, że jeśli Bayern wygra, zdobędzie po raz ósmy z rzędu mistrzostwo Niemiec.
Indywidualne osiągnięcia kapitana reprezentacji Polski doceniła w końcu nawet obojętna dotąd na jego dokonania redakcja tygodnika „France Football”, zamieszczając jego zdjęcie na okładce i publikując obszerny z nim wywiad. To dobrze prorokuje „Lewemu” a tegorocznym plebiscycie „Złotej Piłki”, lecz z pewnością nie jest jeszcze zapowiedzią zwycięstwa w nim. Nawet jeśli Bayern do mistrzostwa Bundesligi dorzuci jeszcze triumf w Pucharze Niemiec, a Lewandowski zdobędzie tytuły króla strzelców obu tych rozgrywek, co ma już praktycznie w kieszeni, to i tak decydujące znaczenie będą miały wyniki Bayernu w Lidze Mistrzów. Im wyżej bawarska jedenastka w tych rozgrywkach zajdzie, tym większe będą szanse „Lewego” na zdobycie „Złotej Piłki” i tytułu „Piłkarza Roku UEFA”. Tak blisko tych trofeów nigdy wcześniej nie był, ale nie zapominajmy, że na placu boju w Lidze Mistrzów są jeszcze Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Kylian Mbappe.
Dwaj ostatni z wymienionych gwiazdorów futbolu na razie nie mają gdzie grać, ale Messi już strzelił gola, a Barcelona jest liderem hiszpańskiej ekstraklasy. Cristiano Ronaldo wprawdzie nie zaliczył tak udanego powrotu do gry, ponieważ nie wykorzystał rzutu karnego w półfinałowym meczu Pucharu Włoch z AC Milan, lecz Juventus Turyn mimo to awansował do finału tych rozgrywek i wciąż może obronić mistrzostwo Serie A, a także wygrać Ligę Mistrzów. W dalszej kolejności jako kandydatów do zdobycia „Złotej Piłki” w tym roku wymienia się Belga Kevina de Bruyne’a z Manchesteru City, kolegów „Lewego” z Bayernu Thomasa Muellera i Serge’a Gnabry’ego, a nawet graczy Borussii Dortmund Erlinga Haalanda i Jadona Sancho, chociaż ekipa BVB odpadła w 1/8 finału Champions League. Wymienia się także Timo Wernera z RB Lipsk, który z 25 golami jest wiceliderem klasyfikacji strzelców Bundesligi, trzeci w klasyfikacji „Złotego Buta” za Lewandowskim i Ciro Immobile z Lazio Rzym, a z RB Lipsk wciąż ma szansę na triumf w Lidze Mistrzów. W tym zwariowanym sezonie wszystko jest jeszcze możliwe.