Kulawe dziecko Balcerowicza

Z Markiem Borowskim – senatorem, byłym ministrem finansów, Marszałkiem Sejmu Stefan Płonicki rozmawia o tym, na czym Borowski naprawdę dobrze się zna – o gospodarce.

Na początku był Wilczek?

Marek Mieczysław Wilczek był prekursorem. I chwała mu za to. Jednak prawdziwy rynek zaczął się od uwolnienia przez Rakowskiego cen. Ceny żywności pogalopowały robiąc problemy ludziom, a z drugiej rozpętała się inflacja. Rosnące ceny oznaczały podwyżki płac. Podwyżki płac nakręcały ceny. Dodajmy do tego rewolucyjny nastrój w Solidarności i innych związkach zawodowych i zrobi nam się inflacja na poziomie 600 procent rocznie.

W takich okolicznościach przyrody pojawia się Balcerowicz.

Wszedł do gry we wrześniu 1989 r. Nawiasem mówiąc w tym samym czasie ja zostaję wiceministrem rynku wewnętrznego w rządzie Mazowieckiego. I z tej racji znalazłem się w szerokim zespole szykującym cały pakiet tzw. reform Balcerowicza. Wiele do gadania nie miałem, ale byłem przy tym. No i już na wejściu zderzyliśmy się z inflacją. A przy okazji z długiem zagranicznym, który nagle zaczął być wymagalny. Zachodni wierzyciele zamiast rzucić się nam w ramiona z wdzięczności za obalenie systemu, bacznie przyglądali się naszej sytuacji ekonomicznej i kręcili nosami domagając się spłat.

Budowa kapitalizmu w kraju bez kapitału, konkurencyjnych firm i w państwowej gospodarce planowej wymagała geniusza, albo wręcz przeciwnie.

Propozycje objęcia ministerstwa finansów początkowo były kierowane do kilku ekonomistów solidarnościowych. Zresztą wielu z nich do dziś wiesza psy na tamtym okresie. Tyle, że żaden nie chciał się tego zadania podjąć. Wydaje mi się, że Balcerowiczowi brakło wtedy wyobraźni. Gdyby ją miał, to na pewno ministrem finansów nie zechciałby zostać. Zresztą po jego planie było widać, że absolutnie nie doszacował problemów. Zakładał, że wzrost bezrobocia i duszenie inflacji potrwa pół roku. Ba, bezrobocie miało osiągnąć góra 500 tys osób. Okazało się, że trwało to wszystko prawie dwa i pół roku.

Ruszyła walka z inflacją. Na początek zakręcenie kurka z podwyżkami, czyli wprowadzenie popiwku – podatku uniemożliwiającego firmom podwyżki płac. Potem trzeba było stworzyć krajowym firmom, z których niemal wszystkie miały pozycję monopolisty, konkurencję. Zagraniczną konkurencję. Ale żeby to zrobić należało urealnić kurs dolara i zamrozić go. A poza tym – z małymi wyjątkami – zniesiono cła importowe i limity hamujące wwóz towarów do Polski. Kolejnym elementem inflacjogennym, z którym trzeba było coś zrobić były stopy procentowe kredytów. Gdyby były niskie, to przedsiębiorstwa brałyby pożyczki bez opamiętania i inflacja by rosła. Na szczęście dla Balcerowicza o niezależności banku centralnego nie było wówczas mowy. NBP-em de facto zarządzał minister finansów i to on ustalał wysokości stóp.

Byliście totalnie zafiksowani na walkę z inflacją. Nikt nie widział, że ofiarą tej batalii staje się gospodarka?

600-procentowa inflacja uniemożliwiała funkcjonowanie i ludzi, i firm. I zduszenie jej – choć niektóre metody były rzeczywiście zbyt radykalne – dla nikogo z nas nie podlegało dyskusji. Ale przy tej okazji narodziły się też problemy finansowe. Firmy, które miały kłopoty płaciły coraz mniej podatków. Budżet momentami świecił pustkami, a Balcerowicz pilnował, by deficytu nie pokrywać drukując pusty pieniądz na pokrycie dziury w wydatkach państwa. No i metodą na uzdrowienie budżetu stało się cięcie kosztów. Oczywiście na początek cięciom podlegały dotacje na wydatki socjalne dla firm i PGR-ów.

Skórka była warta wyprawki?

I tak, i nie. Gdy popatrzymy z dzisiejszego punktu widzenia, ba, nawet gdy po paru latach porównywaliśmy ekonomiki Polski, Czech, Słowacji i Węgier, to było widać, że nasze tempo wzrostu było najwyższe. Z drugiej jednak strony koszty społeczne mogły być nieco niższe. Głosów, proponujących większe zniuansowanie drastycznej polityki antyinflacyjnej na ogół jednak – z obawy przed jej rozwodnieniem – nie słuchano. Tymczasem, gdyby np. cięcia dotacji socjalnych do PGR-ów następowały wolniej, to gospodarstwa rolne dostałyby czas na restrukturyzacje i doczekałyby koniunktury. A tak to poplajtowały, a skutki odczuwamy do dziś.

Z przemysłem też się nikt nie pieścił.

„Popiwek” potrwał dwa lata. Czasami hamował rozwój firm, czasami znajdowano sposoby na obejście go, ale swoje zrobił i sam w sobie zakładom przemysłowym za bardzo nie zaszkodził. Zupełnie inaczej niż otwarcie gospodarki na import i to w sytuacji złotego, który dzięki arbitralnemu kursowi dolara był dużo silniejszy niż w rzeczywistości. Konkurencji z tanim importem, polski przemysł nie mógł wygrać. Balcerowicz przewidywał, że sztywny kurs złotego będzie trwał pół roku. Okazało się, że inflacja spada wolniej niż zakładano, więc kurs wymiany utrzymywano przez półtora roku.

Zmienił to dopiero Bielecki. Facet, który w przeciwieństwie do Balcerowicza był zaetykietowany jako liberał.

Sądzę, że tak naprawdę Bielecki nigdy nie był liberałem. Jedną z jego pierwszych decyzji było wprowadzenie ceł i kontyngentów w kilku sektorach. Zorientował się, że jeśli tego nie zrobi, to szlag trafi setki przedsiębiorstw. Podniósł kurs i złoty przestał być tak strasznie mocny. Można zatem powiedzieć, że odszedł od doktrynalnego trendu, który obowiązywał wcześniej. Trendu, który uniemożliwiał jakąkolwiek racjonalną ingerencję w gospodarkę.

A zabójczy dla gospodarki koszt kredytu inwestycyjnego? I to nie tego zaciąganego po roku 1990, ale tego zaciąganego wcześniej?

Jeśli ktoś miał do spłacenia stary kredyt inwestycyjny, za który od 1 stycznia 1990 r. nagle musiał płacić odsetki w wysokości 300 proc. to chyba jasne, że przed bankructwem mógł go uratować tylko cud. Pamiętam, że proponowałem wtedy bardziej elastyczne podejście do tych wcześniejszych kredytów. Rozmawialiśmy też o pozostawieniu części ceł, które dawałyby przedsiębiorstwom szanse konkurowania, ale poza dyskusje, przed Bieleckim, to nigdy nie wyszło. Moim zdaniem wynikało to ze strachu Balcerowicza przed naciskami. Bał się, że gdy pójdzie na rękę jednej grupie i nawet zrobi coś racjonalnego, to zaraz przyjdzie inna grupa i też będzie czegoś żądała. Na wszelki wypadek wolał być impregnowany na wszystko i odrzucać postulaty bez wnikania w ich celowość.

Bezrobocie też przekroczyło zakładane pół miliona.

I narastało lawinowo. Wtedy Kuroń wymyślił, że obok pomocy socjalnej trzeba wprowadzić rozwiązanie systemowe i zdjąć trochę osób z rynku pracy. Tak narodziła się idea wcześniejszych emerytur. Dzięki temu zamiast 2 milionów bezrobotnych, w krótkim czasie pojawiły się 2 miliony emerytów. Wszystko fajnie, tylko, że stworzyło to takie obciążenie ZUS, które odbija się czkawką do dziś. Zamiast dożywotnich emerytur trzeba było dawać czasowe zasiłki, z których po powrocie koniunktury łatwo byłoby się wycofać.

W roku 1993 wyborcy dają władzę lewicy.

I trzeba uczciwie przyznać, że czyśćcowy proces zrealizowany przez Balcerowicza zaczął dawać efekty. Załapaliśmy się na koniunkturę. Inflacja spadała, PKB rósł. Mimo że byłem ministrem finansów ledwie parę miesięcy mogłem podnieść najniższe emerytury i wprowadzić ulgi inwestycyjne, a nawet zainicjowałem fundusz gwarancyjny dla małych przedsiębiorstw. Kołodko to wszystko kontynuował, udało mu się załatwić sprawę długu zagranicznego i wszystko zaczęło się kręcić w dobrym tempie i kierunku. Wyczuł to kapitał zagraniczny i zaczął wchodzić do nas z naprawdę dużymi inwestycjami.

Przychodzi powódź 1997 roku, a wraz z nią cztery reformy Buzka i reaktywacja Balcerowicza.

Balcerowicz zajął się głównie organizowaniem zaplecza finansowego dla reform. Ze szczególnym uwzględnieniem OFE. Przy okazji udało mu się przewalczyć coś, co było istotą reformy emerytalnej, czyli system zdefiniowanej składki. Dla budżetu to rozwiązanie jest genialne. Za kilkanaście lat gdy ludzie będą korzystać z tych emerytur wyjdzie im, że dobrze wcale nie jest. W sumie Balcerowiczowi udaje się to wszystko posklejać, aż tu w latach 1999- 2000 wybucha potężny kryzys na nowojorskiej giełdzie nowych technologii. Zaczęły błyskawicznie rosnąć ceny ropy i żywności. Rada Polityki Pieniężnej zareagowała histerycznie i doktrynalnie, i podniosła stopy z 15 do 21,5 procent. Zdusiło to gospodarkę i spowodowało klęskę Buzka w następnych wyborach. Budżet przestał się domykać, a na dodatek Solidarność zaczęła wysuwać żądania ustaw rozdających pieniądze. Pojawił się Bauc, który zapowiedział, że jak te ustawy przejdą, to zrobi się gigantyczna dziura budżetowa. Ustawy nie przeszły. A „dziura Bauca” służyła Leszkowi Millerowi jako straszak, alibi i nawet powód do dumy ze zwalczenia czegoś, czego nie było.

Buzek odchodzi z hukiem, a do władzy wracacie wy.

Ministrem finansów zostaje Belka. Opodatkowuje dochody kapitałowe, co głupie nie było, a z drugiej strony zabiera dotacje barom mlecznym i obcina ulgi na bilety dla uczniów i studentów – co powszechnie oceniono jako godzenie w wartości lewicowe. Zabiera biednym. Pilnuje jednak finansów kraju i nie pozwala na rozdawnictwo pieniędzy, więc Miller zastępuje go Kołodką. Kołodko jest człowiekiem wybitnym, tyle, że nie daj Boże z nim pracować. Po paru miesiącach Kołodki już nie ma, ale pojawia się Jerzy Hausner i to w roli wicepremiera nadzorującego finanse i gospodarkę. Hausner proponuje swój plan cięć kosztów, a nade wszystko wydatków socjalnych.

Ale o OFE nawet się nie zająknął.

I to jest wielka wina ówczesnego rządu. Choć trzeba przyznać, że wówczas jeszcze wpłaty budżetowe do ZUS korygujące transfery do OFE nie były aż tak wielkie. Poza tym mieliśmy znaczące wpływy z prywatyzacji, a wartości giełdowe spółek państwowych dzięki pieniądzom z OFE lądującym na giełdzie pięły się niemal pionowo. Nikt jednak nie przyjrzał się skali zysków osiąganych przez OFE. Nie zrobił tego rząd lewicowy, nie dotknął tematu Kaczyński i porządek z tym zrobił dopiero liberał Tusk. I dobrze, że zrobił, bo gdy w komisji konstytucyjnej zapisywaliśmy próg zadłużenia na poziomie 60 proc. (a w 1997 r. było 40) to wydawało się nam, że osiągnięcie takiego długu jest niemożliwe. Dzięki OFE zbliżyliśmy się do niego w dziesięć lat.

W planie Hausnera padło hasło podniesienia wieku emerytalnego.

Padło i padło w głosowaniu. Choć z dzisiejszego punktu widzenia wyszło na jego. Zakładał, że wiek ten zacznie wzrastać od 2015 roku. Tusk nawet to przyspieszył. Błędem Hausnera było natomiast zapisanie, ile budżet zaoszczędzi na weryfikacji rent. Wyszło na to, że o tym czy ktoś jest, czy nie jest zdolny do pracy miała decydować ekonomia, a nie stan zdrowia. W sumie jednak Hausner wykonał większość z tego co zapowiadał i pod koniec kadencji nadeszła koniunktura.

Tym razem załapał się na nią rząd PiS-u.

Zmarnowali swój czas na głupawe rozdawanie pieniędzy. PiS chlubi się nie wiedzieć czemu, że jego rząd uratował kraj przed kryzysem, bo obniżył podatki dla najbogatszych, ściął składkę rentową i dał ulgi na dzieci. Tymczasem to, co zrobili, jest nie do odkręcenia. A przecież jeżeli trafili na dobrą koniunkturę to zamiast rozdawać pieniądze wystarczyło obniżyć deficyt budżetowy. Dzięki temu, gdyby przyszła dekoniunktura byłoby z czego finansować stymulację gospodarczą w czasach kryzysu. Dokładnie tak postąpiła Merkelowa, która dawała państwowe środki na tworzenie nowych miejsc pracy, a nawet na dopłaty dla nowo zakupionych samochodów. Nie związała sobie rąk zobowiązaniami socjalnymi i miała pole manewru do rozgrywania kryzysu.

Po dwóch latach prezes przekombinowuje politycznie i dostaliśmy premiera Tuska.

Który na wejściu natyka się na ścianę w postaci kryzysu. Trzeba jednak przyznać i jemu i Rostowskiemu, że poczynali sobie w tych realiach całkiem udatnie. A najśmieszniejsze jest to, że Tusk nie zrealizował nic z tego co zapowiadał w programie wyborczym z 2007 roku. Programie absolutnie neoliberalnym, który zakładał prywatyzowanie wszystkiego co się da, od służby zdrowia po edukację. Po dojściu do władzy błyskawicznie orientuje się, że ten program nie ma sensu, a na dodatek miał koalicjanta o nazwie PSL, który na choćby tylko wymienienie słowa „liberalny” dostawał wysypki. Znalazła się chęć na podwyżkę składki rentowej. Okazało się, że OFE nie są świętą krową, więc najpierw obniżono im dochody, a potem praktycznie zlikwidowano.

No i ostatnie 5 lat…

Te, jakie są każdy widzi.

Polski sukces to zasługa radykalnych reform rynkowych

Na łamach „Dziennika Trybuna” Andrzej Jakubowicz w artykule pt. „Polski sukces to zasługa lewicy” postanowił za wszelką cenę dowieść, że rozwój polskiej gospodarki w żadnym razie nie był zasługą Balcerowicza, walcząc przy tym bohatersko ze stworzonymi przez siebie chochołami.

Na początek trzeba zwrócić uwagę na dość ciekawy dobór autorytetów przez Jakubowicza. Np. Kazimierza Poznańskiego za opowiadającego „dyrdymały, [które] nie byłyby warte polemiki, gdyby nie to, że ta cyniczna propaganda klęski pada […] w Polsce na podatny grunt”, uznał znany lewicowy ekonomista Ryszard Bugaj. Z kolei Witold Kieżun w swoich enuncjacjach wykazuje swoiste rozdwojenie jaźni. Raz twierdzi, że w PRL-u panowała gospodarka „ekstensywno-ilościowa”, której przeciwstawia „model intensywno-jakościowej gospodarki przy starannym procesie przygotowania projektu, zabezpieczeniu zaopatrzenia materiałowego i ludzkiego, preasumpcji możliwych sytuacji awaryjnych i sposobu ich zwalczenia, […] typowy dla konkurencyjnej intensywno-jakościowej gospodarki wolnorynkowej”, czy, nawiązując do prac Krystyny Daszkiewicz, opisuje patologię związaną z eskalacją w PRL postawy „kuglarza”: „Bogaty opis patologii szeroko rozumianej nomenklatury «kuglarzy» wskazuje na daleko posunięty i upowszechniony proces degeneracji w latach 80., ukształtowanie zachowań dalekich od wymogów prakseologicznej sprawności ocenianej również w kategoriach aksjologicznych”. Natomiast w innym miejscu wychwala socjalistyczną gospodarkę jako całkiem sprawną, bo przecież „w przełomowym 1989 roku polski przemysł eksportował swoje wyroby, w tym wiele na dobrym i bardzo dobrym poziomie technologicznym, do 57 krajów świata”.

Zresztą sam Jakubowicz wpisuje się w ten nurt jałowego krytykanctwa wczesnych reform Balcerowicza, gdy szumnie zatytułowaną sekcję Nie jesteśmy liderem schizofrenicznie kończy słowami: „Bezspornym liderem wzrostu jest więc Polska”.

Zadziwiająca jest jednak ekwilibrystyka, jaką wcześniej uprawia, by nieudolnie udowodnić tezę postawioną w tytule sekcji. Najpierw wkłada w usta swoich oponentów słowa, że w ich opinii „spadek PKB w pierwszych dwóch latach transformacji wśród krajów naszego regionu był najniższy w Polsce”. Następnie, żeby dowieść swojej racji, rozbiera zmiany w polskim PKB na poszczególne lata, dzięki czemu jest w stanie wykazać, że w 1990 r. Polska zanotowała największy spadek, a w 1991 r. może i mniejszy, ale też wcale niemały. W końcu stwierdza, że od 1992 r. dzieją się „interesujące rzeczy” (najwyraźniej bez związku z wcześniejszym w Polsce niż w innych krajach „rozmachem transformacyjnym”, który obwinia za bardziej gwałtowny spadek PKB w 1990 r.), za sprawą których Polska „wykazuje ciągły (mniejszy lub większy) wzrost”.

Tymczasem teza stawiana przez obrońców polskiej transformacji jest taka, że Polska doświadczyła najmniejszego spadku PKB w trakcie całej tzw. transformacyjnej recesji (wynikającej z ujawnienia błędów gospodarki socjalistycznej) i najwcześniej, bo w 1992 r., z tej recesji wyszła. Wyjaśnienia tego drugiego zjawiska autor zresztą nie przedstawia, a tylko uznaje je za wspomniane „interesujące rzeczy”.

Prawdą jest, że w 1990 r. Polska doświadczyła dużego na tle innych krajów regionu spadku PKB. Ale kiedy w 1992 r. zaczęły dziać się „interesujące rzeczy” i polska gospodarka zaczęła rosnąć, w innych krajach postsocjalistycznych recesja trwała dalej. W konsekwencji Polska doświadczyła najmniejszego całkowitego spadku PKB (ewentualnie według niektórych szacunków znalazła się zaraz za Czechami), najwcześniej weszła na ścieżkę wzrostu i najszybciej (wraz z Czechami i Słowacją) osiągnęła poziom PKB na mieszkańca z 1989 r. Żadne intelektualne akrobacje, polegające na rozbijaniu zmian PKB na poszczególne lata, tego nie zmienią. Oczywiście nie sposób zarazem uznać tego za tytułową „zasługę lewicy”, bo przecież ta Sejm przejęła dopiero jesienią 1993 r., a tym bardziej za osiągnięcie widniejącego na zdjęciu Kołodki, wicepremiera i ministrem finansów od wiosny 1994.

Trudno dla tego faktu znaleźć inne wyjaśnienie niż wczesne i radykalne reformy rynkowe – wskazują na to też porównania międzynarodowe. Kraje, które zastosowały głębokie radykalne rynkowe zmiany i ich później nie cofnęły, osiągały lepsze wyniki. Te, które wcześniej zaczęły proces dostosowywania swoich gospodarek do warunków rynkowych, wcześniej wychodziły z tzw. transformacyjnej recesji. Szybkie dostosowanie było z początku bardziej bolesne, ale wcześnie przynosiło korzyści.

Muszę też odnieść się do rzekomego „oddawania za bezcen dobrze prosperujących polskich przedsiębiorstw [państwowych]”, co według autora było przejawem „nowej religii”. Gdyby faktycznie państwowe zakłady z okresu PRL tak dobrze prosperowały, to socjalizm by nie upadł, a ludzie w międzyczasie nie musieliby spędzać całych dni w kolejkach do sklepów. Państwowe zakłady nie prosperowały ani – wbrew rzucanym za zawodowymi krytykami polskiej transformacji zaklęciom – nie były „supernowoczesne” (gdyby były, to liberalizacja handlu zagranicznego nie mogłaby im zaszkodzić). Powstawały i były rozwijane w wyniku decyzji aparatu partyjnego, odpowiadały na potrzeby upartyjnionej i w dużej mierze autarkicznej gospodarki socjalistycznej, a nie klientów krajowych i zagranicznych, i w końcu były przytłoczone długami.

W końcu to, że po trzydziestu latach od upadku socjalizmu „wyższe dochody mają Czechy, Słowenia, Słowacja, Litwa, Estonia”, nie wynika z błędów popełnionych przez polskich reformatorów, lecz z tego, że wymienione kraje startowały w 1989 r. z o wiele wyższego poziomu, a poza tym nie musiały zmierzyć się z odziedziczonymi po socjalizmie problemami zadłużenia zagranicznego i – z wyjątkiem krajów bałtyckich –hiperinflacji. W 1989 r. PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej w Polsce wynosił ok. 55 proc. poziomu Czech, natomiast w 2018 roku jest to ok. 85 proc. W stosunku do Stanów Zjednoczonych zanotowaliśmy awans z ok. 25 proc. w 1989 r. do ponad 50 proc. w 2018 r. W punkcie wyjścia pod względem rozwoju gospodarczego Polska w zależności od szacunków zajmowała ostatnie albo przedostatnie (przed Rumunią) miejsce z jedenastu krajów postsocjalistycznych, które weszły później do Unii Europejskiej. Polska transformacja jest sukcesem: ogromnie zmniejszyliśmy lukę rozwojową i uniknęliśmy większości problemów, które doświadczyły inne kraje regionu. Ale nie byłoby tego sukcesu, gdyby w pod wieloma względami niesprzyjających warunkach nie rozpoczęto realizacji planu Balcerowicza.

Autor jest ekonomistą, ekspertem Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Indoktrynacja Balcerowiczem

W polskich szkołach trwa indoktrynacja w duchu wolnego rynku i prywatyzacji. Materiały, z których korzystają nauczyciele przedmiotu wiedza o społeczeństwie są przygotowywane pod nadzorem ludzi Leszka Balcerowicza i banku Santander. Dowiadujemy się z nich m.in. że biedni są leniwi, a związki zawodowe obniżają poziom życia.

Związkowiec – nierób, górnik – nieuświadomiony głupek, usługi publiczne – niewydolne i niskiej jakości, prywatyzacja – „dzięki niej dla Ciebie i Twoich kolegów dzieje się dużo dobrego”. Takie przesłanie mają prace nagradzanie w corocznych konkursach komiksowych organizowanych przez Forum Obywatelskiego Rozwoju i Fundację Santander Bank Polska S.A.
Organizatorzy zbierają pracę, po czym za sprawą swoich ekspertów dokonują wyróżnień. A wśród jurorów zasiada m.in. sam Leszek Balcerowicz, a obok niego m.in. przedstawiciele banków i liberalnych think-tanków.
W tym roku propaganda skupiła się na docenieniu dorobku tzw. transformacji ustrojowej, czyli przemilczeniu jej katastrofalnych skutków w latach dziewięćdziesiątych i skoncentrowaniu się na efekciarskich detalach, takich jak rozwój bankowości elektronicznej. „Wielki sukces Polski po 1989 – czyli co zawdzięczamy transformacji gospodarczej” – tak brzmi jedna z kategorii, w ramach której wyłoniono zwycięzców. Młodzi rysownicy mieli również wykazywać różnice pomiędzy PRL a Polska po transformacji, oczywiście – na korzyść kapitalistycznego modelu, oraz doceniać zbawienny wpływ wolnego rynku na środowisko naturalne.
Nagrodzone komiksy zostaną, jak co roku przesłane do szkół, gdzie będą służyć za materiały dydaktyczne na lekcjach WOS.
– Sama definicja tematów wskazuje, że FOR nie chce popularyzować wiedzy odnośnie ekonomii, lecz indoktrynować młodych ludzi w duchu neoliberalnych dogmatów – zauważa Piotr Szumlewicz, publicysta „Bez Dogmatu”.
– Dane dotyczące transformacji ustrojowej odnośnie ubóstwa, nierówności społecznych, skali bezrobocia dowodzą, że bilans przemian ustrojowych był co najmniej niejednoznaczny i uznanie ich za „wielki sukces” może budzić poważne wątpliwości. Wydaje się też, że młodym ludziom w większym stopniu potrzeba wiedzy na temat wykluczenia społecznego czy związków zawodowych niż powtarzania mantry o udanej transformacji – zauważa Szumlewicz.

Polski neoliberalizm na śmietniku historii? MY, SOCJALIŚCI

Polityka kolejnych rządów po 1990 roku przyczyniała się do umacniania w Polsce doktryny neoliberalnej przyjętej w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego pod koniec lat 80. XX wieku. Twarzą polskiej wersji neoliberalizmu jest Leszek Balcerowicz blisko związany z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 

Obydwie te instytucje służą od blisko 40 lat do upowszechniania i wdrażania idei neoliberalnych w świecie. W sferze ekonomicznej sprowadzają się one do powszechnej prywatyzacji, w sferze politycznej do deregulacji ograniczającej rolę państwa. W sferze stosunków międzyludzkich sankcjonują chciwość i brutalną konkurencję na wszystkich polach.

Polska Partia Socjalistyczna przeciwstawiała się polityce gospodarczej i społecznej, która była realizowana w Polsce od początku lat 90.. Polityka ta była i jest sprzeczna z interesem mas pracujących i jak się po kilku latach okazało, również z interesem Polski. Wielokrotnie podczas demonstracji socjaliści wołali: „Balcerowicz musi odejść”, wskazując na błędną strategię gospodarczą i społeczną.

Mimo jednak, że ten w końcu odszedł, polityka nasycona neoliberalizmem była realizowana w najlepsze. Polska, jako jeden z pierwszych krajów w ramach transformacji poddana została tzw. terapii szokowej, z której zrodziło się postępujące rozwarstwienie społeczne, upadek powstającej w latach 70. zaczątków klasy średniej, transfer ogromnych kapitałów za granicę. Narodziła się, mimo ograniczeń, klasa wielkiego kapitału, z drugiej strony rzesza bezrobotnych i bezdomnych. Urosło wiele setek instytucji charytatywnych, których istnienia i działalności jako społeczeństwo kierujące się zasadą sprawiedliwości społecznej, powinniśmy się wstydzić.

Neoliberalizm, jako idea konstruktywistyczna, wdraża w życie społeczne zasady sprzeczne z demokracją liberalną. Uznaje on, że cała sfera decyzji gospodarczych państwa wyłączona jest z procesu negocjacji politycznych, a jedynym kryterium ich podejmowania jest zysk lub strata i powszechne prawa rynku. Kwalifikacja ta przenosi się niestety w praktyce na sferę społeczną, politykę państwa, łamie podstawowe zasady demokracji. Mamy w związku z tym dziś do czynienia w skali naszej strefy cywilizacyjnej z poważnym kryzysem demokracji. M.in. w Polsce upada demokracja przedstawicielska, którą kolejne ekipy rządzące próbują pudrować pyłem populizmu walcząc brutalnie o władzę w państwie. Widać to było także w walce o samorządy w 2018 roku.

Ostatnio w „Spieglu” Romain Leick, niemiecki dziennikarz pisze, że „narody Zachodu rozpadają się na dwa światy. Naprzeciw siebie stoją dwa obozy, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Po jednej stronie znajdują się metropolie, błyszczące wystawy globalizacji i jej brata bliźniaka – wielokulturowości, gdzie obok siebie mieszkają: nowa burżuazja i kolorowa różnorodność migrantów.

Po drugiej stronie są peryferie małych i średnich miast, dawnych obszarów przemysłowych i dalekich regionów wiejskich. Tam koncentrują się środowiska, które dawniej niewiele łączyło: robotnicy, zwykli urzędnicy, zatrudnieni na śmieciowych umowach, rolnicy, drobni przedsiębiorcy i emeryci; wszyscy złączeni wspólnym poczuciem podwójnej niepewności – finansowej i kulturowej”.

Powodem tego przypomnienia są narastające problemy społeczne i trwające ostatnio w Polsce przepychanki na temat cen prądu elektrycznego. Metoda zastosowana przez państwo (ekipę rządzącą) odbiega w tym wypadku wyraźnie od dotychczasowego, wolnorynkowego standardu, lansowanego przez neoliberałów. Łamie zasady nadrzędności ekonomi nad polityką, przywraca władcze funkcje państwa wygaszane od lat. Jeśli nie jest ona wyłącznie napędzana interesem politycznym lub też strachem przed „polskim Majdanem”, to stanowi przełom, czego wydaje się, nikt nie zauważył.

Mamy bowiem do czynienia z przełamaniem w praktyce państwa polskiego doktryny, która uznawana była dotychczas za „świętą”. Jakie to rodzi skutki na przyszłość? Bardzo poważne – powstaje akceptowana przez praktykę państwa możliwość przeciwstawienia się nadrzędnej roli rynków, co było niemożliwe dotychczas z powodów doktrynalnych.

Nie należy oczywiście fascynować się tym zdarzeniem, które miało miejsce w naszym Sejmie w przededniu Nowego Roku 2019, podczas dyskusji nad ustawą dotyczącą cen energii elektrycznej. Dopiero następne wydarzenia tej rangi mogą wskazać nam skrywane dotychczas plany ekipy premiera Mateusza Morawieckiego.

Przed kilkoma laty w jednym z esejów dotyczących tego tematu pytałem „dokąd od neoliberalizmu?”. Uważam, że pytanie jest nadal zasadne, szczególnie w skali Polski. Świat bowiem, jak widać po wielu przykładach, odsyła neoliberalizm na śmietnik historii i szuka nowych, sprawiedliwych systemów społecznych. U nas są nadal i tacy, którzy z werwą pokrzykują za Balcerowiczem: więcej prywatyzacji, więcej deregulacji! Jest to jednak już tylko śmieszne i tragiczne.

Nie ulega wątpliwości, że Polska po okresie nieudanej transformacji lat 90. powinna zmierzać do zmiany systemu społeczno-ekonomicznego na taki, który przywróci sprawiedliwość społeczną do rangi obowiązującej doktryny i pozwoli na stworzenie na nowo strategii rozwojowej opartej o szerokie porozumienie wszystkich sił społecznych i politycznych w kraju. Elity muszą ponownie nauczyć się współżyć ze społeczeństwem.

Politycznym wyzwanie na przyszłość jest to, czy polska lewica jest zdolna wyjść ze stanu alienacji i zbudować sobie właściwe miejsce na scenie politycznej.

Boże, miej w opiece Ukrainę!

Leszek Balcerowicz został doradcą prezydenta Petra Poroszenki i jego przedstawicielem w rządzie. Środowiska kojarzone z Georgem Sorosem wysłały do Kijowa swojego sprawdzonego „hitmana”. Cieszy to ukraińskich oligarchów, którzy dostają szansę na szybkie podwojenie swoich fortun kosztem społeczeństwa.

Dwa lata po Majdanie znienawidzeni przez obywateli oligarchowie mają się doskonale, a prezydentem jest ich kamrat i „panamski” bogacz Petro Poroszenko. Na Ukrainie od lat jest biednie. Co teraz czeka Ukraińców Leszek Balcerowicz gwarantuje, że bieda przyprowadzi ukraińskim obywatelom swoją siostrę – nędzę. Zagraniczne korporacje – wzorem polskiej transformacji ustrojowej – dostaną zwolnienia podatkowe razem ze specjalnie pod nie napisanym prawem, przez co będą mogły na rozmaite sposoby drenować ukraińską gospodarkę z jej majątku.

Plan niesuwerennego pochodzenia

Kim oficjalnie jest Balcerowicz? Poroszenko nazywa go patetycznie „autorem sukcesu polskiej gospodarki”. Leszek Balcerowicz, to neoliberalny ekonomista, były prezes NBP, profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Przede wszystkim „autor” pakietu reform ekonomicznych w Polsce, rozpoczętych od 1989 roku, znanych, jako „Plan Balcerowicza”. „Plan Balcerowicza”, to plan, którego tak naprawdę nigdy nie było. To nazwisko pojawia się dopiero w kontekście realizacji planu Jeffreya Sachsa, a w zasadzie Georgea Sorosa i Sachsa. Balcerowicz, wówczas mało znany adiunkt Wyższej Szkoły Planowania i Statystyki w Warszawie, został użyty do firmowania swoim nazwiskiem planu faktycznego zamachu na polską gospodarkę i ukrycia jego niesuwerennego pochodzenia i treści – jak to w delikatny sposób określa dr. Wojciech Błasiak w swojej pracy „Plan szokowej terapii Sorosa w wersji Sachsa pod nazwiskiem Balcerowicza”.

Sachs na zlecenie Sorosa przygotował plan szoku ekonomicznego nazwany właśnie „Planem Balcerowicza”. To była dobrze przemyślana strategia przejęcia wpływów ekonomicznych nad gospodarkami Europy Środkowo -Wschodniej po rozpadzie ZSRR, oraz ich gospodarczego uzależnienia od zachodnich koncernów. Pisze o tym m.in. prof. Witold Kieżun w swojej znakomitej książce „Patologia transformacji”. To Soros był głównym architektem i nadzorcą wykonania tzw. Planu Balcerowicza. Realizacji strategii tego miliardera służyło ściąganie i szkolenie stypendystów amerykańskiej Fundacji Fulbrighta z Europy Wschodniej. Program Fulbrighta zatwierdził Kongres USA i podpisał jeszcze prezydent Harry Truman. Do grona Polaków – stypendystów Fulbrighta należą m.in. Leszek Balcerowicz, Marek Belka, Henryka Bochniarz. W 2012 r. Soros został odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Prezydent uhonorował też niższymi odznaczeniami szefa związanego z Sorosem tzw. Instytutu Społeczeństwa Otwartego oraz przedstawicieli takich organizacji jak fundacja Rockeffelerów, czy fundacja Forda.

Człowiek z dogmatem

Leszek Balcerowicz w imię dogmatu walki z inflacją sprzyjał długotrwałemu utrzymywaniu wysokich stóp procentowych, czym pogrążył wiele polskich przedsiębiorstw, które zaciągnęły kredyty jeszcze przed 1990 rokiem. Na dwa lata otworzył granice, dopuszczając do zalania Polski zagranicznymi produktami po dumpingowych cenach. Państwowa kasa została obciążona wypłatami zasiłków dla pozbawionych pracy kilku milionów ludzi – z zamykanych zakładów i z likwidowanych Państwowych Gospodarstw Rolnych. Budżet stracił źródła dochodów z ceł i akcyzy. Potem Balcerowicz, już jako prezes NBP i szef Rady Polityki Pieniężnej, chętnie głosował za podnoszeniem stóp procentowych obniżających opłacalność produkcji i sztucznie zawyżających wartość złotego, co systematycznie uderzało w polskich eksporterów. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w latach 1990–1991 polski produkt krajowy brutto spadł o 18 proc., przybyło 2 mln bezrobotnych i znacząco wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego. Produkcja spadła we wszystkich gałęziach gospodarki narodowej (w tym w przemyśle lekkim aż o 41 proc.).

Plan został wykonany. W latach 2000–2012 fundacja G. Sorosa przekazała prawie 100 mln dolarów organizacjom z Europy Środkowo- Wschodniej mającym dalej utrwalać „demokrację i wolny rynek”. Fundacja Sorosa jest też dziś największą fundacją „charytatywną” na Ukrainie była i jest głównym architektem majdańskiej rewolucji i dalszych „pomajdanowych” zmian.

Co zrobi Balcerowicz?

Upraszczając – profesor Balcerowicz ma dziś na Ukrainie ważne zadanie sprzedać wszystko, co ukraińskie zachodnim korporacjom, a Ukraińców zamienić w tanią siłę roboczą. Szkoda tylko, że nie zabrał ze sobą do Kijowa swojego wychowanka Ryszarda Petru. Sam Jerzy Miller, ekspert od katastrof lotniczych, i historyk Mirosław Czech z dawnej Unii Wolności, prekursorki PO, mogą nie wystarczyć. Ci Ukraińcy, którzy nas jeszcze lubili, szybko chyba porzucą ciepłe uczucia. Mogą już zacząć się modlić Bohu, pomyłuj!