Czy lewica wróci na wieś? Wywiad

Z dr. Bolesławem Borysiukiem, posłem na Sejm V Kadencji, przewodniczącym Związku Zawodowego Rolnictwa i Obszarów Wiejskich „Regiony” rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Panie Przewodniczący, czy aktualny model rolnictwa w Polsce jest wynikiem świadomej polityki rolnej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, czy też jest to efekt wielu przypadków i wynik układu sił politycznych? Czy poza świadomie przeprowadzoną w 1945 roku przez rządy PPS i PPR reformą rolną da się wyróżnić jakieś charakterystyczne okresy i zjawiska w tej dziedzinie?

Rolnictwo stanowią człowiek i ziemia, a ta ostatnia ma swoje prawa, nie znosi zmian i nowinek. Poddaje się tylko długotrwałym procesom i je na bieżącą weryfikuje. Dlatego chłopi uprzedzająco przestrzegali i przestrzegają rządzących, że „ziemi nie da się oszukać”. Co nie oznacza, że nie chcą zmian na lepsze! Współczesny model polskiego rolnictwa jest swoistym produktem historii, której dominantą była walka chłopa o ziemię i należne mu prawa i szacunek, a z drugiej strony walka aparatu władzy ze wsią o świadczenia na rzecz państwa, traktowane jako główne źródło jego trwania i rozwoju.
Polska wieś i po 1918 roku, i po 1944-45 roku, stała się dominującą siłą odbudowy kraju, kosztem wyrzeczeń własnych aspiracji i nadziei. Reforma rolna lat 1944-1945, zrealizowana zgodnie z programem PPS z 1937 roku, otworzyła także milionom chłopów i ich rodzin drogę do oświaty i awansu cywilizacyjnego. Z drugiej strony potrzeby odbudowy kraju po tragicznej wojnie i okupacji niemieckiej i szybkiej industrializacji wymagały ogromnych nakładów materialnych i ludzkich, które mogła spełnić tylko wieś. Na tym tle doszło do ostrej konfrontacji władzy ludowej z mikołajczykowskim PSL, która z nastaniem zimnej wojny – przerodziła się w tragiczną wojnę domową. Doszło do najgorszego – chłopski syn po stronie władzy ludowej strzelał do chłopskiego syna po stronie leśnych ludzi. Potem przyszła kolektywizacja realizowana z pobudek ideologicznych, na siłę, przemocą. Powrót do władzy w roku 1956 więzionego Władysława Gomułki i jego masowe poparcie wieś przyjęła z nadzieją na normalizację i rozwój. Rolnictwo stało się wreszcie, obok górnictwa głównym działem gospodarki narodowej. Poszły ogromne wydatki państwa na inwestycje w rolnictwie. Zakłady Azotowe w Puławach, melioracje, Kanał Wieprz-Krzna, Zakłady „Ursus” i inne, to przykłady decyzji i działań tego okresu. Dekada Edwarda Gierka przyniosła dalszą poprawę warunków życia na wsi. Około 1 mln chłopów znalazło zatrudnienie w nowopowstałych zakładach pracy, dzięki czemu „chłoporobotnicy” zarobione pieniądze mogli wreszcie zainwestować w rozwój swojego gospodarstwa. A historyczna decyzja władz Polski Ludowej (Gierek-Jaroszewicz) o powszechnym ubezpieczeniu rolników, pod względem jej znaczenia dla wiejskiej społeczności – może być porównywana tylko z dobrodziejstwem zniesienia pańszczyzny.
Kilka słów o Państwowych Gospodarstwach Rolnych, których likwidacja przez nową władzę po 1989 roku, musi skłaniać do gorzkich refleksji, i nie tylko. PGR-y były formą państwowej własności w rolnictwie i były organizowane nie kosztem areału prywatnych gospodarstw rolniczych. Obok mojej rodzinnej wsi Uhnin pow. Parczew na Lubelszczyźnie pod koniec lat 50. również zawiązano takie gospodarstwo na nieużytkach. Z dziećmi ówczesnych pracowników PGR-u chodziłem do jednej szkoły, znałem ich rodziców. Kim oni byli? To były ofiary tej strasznej wojny i okupacji, uczestnicy repatriacji ze Wschodu ale i Zachodu, którym tylko państwo mogło pomóc w znalezieniu swojej szansy na życie. Początki epopei PGR-ów były dramatycznie trudne, i z wydajnością, i kulturą pracy, i z akceptacją przez wieś.
Przełom nastąpił w latach 70. wraz ze wzrostem konsumpcji żywności w kraju i eksportu jej za granicę. Okazało się, że 1700 Państwowych Gospodarstw Rolnych zaczęło wytwarzać aż 20-22 proc. krajowej produkcji żywności. Nowoczesna technika, nawożenie pól i upraw, warunki pracy i życia w PGR-ach stały się dla mieszkańców wsi interesującym odniesieniem i porównaniem. Oczywiście budżet wspomagał rozwój tych gospodarstw, szczególnie na wstępnym etapie ich funkcjonowania. Ale zważywszy na 500 tysięcy zatrudnionych w PGR-ach i 1,5 miliona członków ich rodzin, ta pomoc państwa była zasadna i skutkowała wzrostem wydajności pracy dwukrotnie przewyższającą wydajność pracy w gospodarstwach indywidualnych.
Także spółdzielczość rolna przeszła swoisty szlak rozwoju. Po „Polskim Październiku 1956” władze wycofały się z polityki masowej kolektywizacji. Rozwiązano większość utworzonych spółdzielni produkcyjnych, nie mających szans rozwoju. Pozostały jednostki popierane przez ich członków i założycieli, które na trwałe wpisały się w realia polskiej wsi.

 

Jak sytuacja w polskim rolnictwie sytuuje się na tle procesów, które zachodziły w tym czasie na wschodzie i na zachodzie Europy, czy Skandynawii? Jakie znaczenie miała forma własności ziemi?

Obie części Europy, podzielone po 1945 roku politycznie, ekonomicznie i militarnie, szły odmiennymi drogami rozwoju. Kraje demokracji ludowej preferowały w rolnictwie państwową i spółdzielczą własność, które to przetrwały we wzbogaconej formie do dzisiaj. Nawet na Węgrzech, po tragicznych wydarzeniach 1956 roku, nie wycofano się z tej formy własności w rolnictwie. Polska poszła inną drogą – koegzystencji prywatnej, państwowej i spółdzielczej formy własności w rolnictwie, co było wyrazem uznania tzw. polskiej specyfiki.
Bogaty zachód Europy nie musiał po 1945 roku poszukiwać w rolnictwie źródeł swego rozwoju. Dlatego rolnicy europejscy mogli skupić się na koncentracji i specjalizacji produkcji, jako gwaranta jej opłacalności. A z drugiej strony docenili znaczenie zrzeszania się w różne formy zespołowego użytkowania sprzętu rolniczego, organizacji handlu i zbytu produktów rolnych. Rolnictwo skandynawskie to oddzielny, pozytywny rozdział troski i konsekwentnej polityki rządów tych państw na rzecz umacniania gospodarstw rodzinnych.

 

Czy może Pan przybliżyć nam bardziej szczegółowo zjawiska, jakie miały miejsce w rolnictwie polskim po 1989 roku? Jak wielkie jest rozwarstwienie na wsi? Jakie to rodzi skutki ekonomiczne i społeczne w państwie?

Polska wieś po 1989 roku stała się synonimem biedy i masowego bezrobocia. Stało się tak pod rządami tzw. elit owładniętych triumfującą wtedy ideologią neoliberalizmu, gotowych do przerzucenia na wieś kosztów polskiej transformacji. Dostali oni wsparcie z kręgów prawicy społecznej, dążących do likwidacji wszelkich form własności państwowej i spółdzielczej na wsi i w rolnictwie. Likwidacja „Igloopolu” jest tego smutnym i zawstydzającym dowodem. Zaczęło się wprawdzie od rządu Rakowskiego, który uwalniając ceny na żywność, uruchomił zielone światło dla „wolnej amerykanki” w całym sektorze rolnictwa. W ślad za tym, państwo odstąpiło od kontraktacji produkcji rolnej, pozbawiając rolnika bezpiecznego mechanizmu zbytu wyprodukowanego surowca. Potem na scenie politycznej pojawił się „przyjaciel” rolnika – Balcerowicz, który z dnia na dzień podniósł do granicy masowych upadłości i samobójstw, oprocentowanie zaciągniętych przez rolników kredytów. No i przyszła nieludzka likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych, ujęta w pakiecie Balcerowicza, którą następnie zaakceptował prezydent Jaruzelski. Pytacie państwo o przyczynę likwidacji PGR-ów? Przyczyna jest jedna – skok na ziemię popegeerowską!
I oto mamy taką polską wieś w połowie lat 90-ych: 2 miliony bezrobotnych b. pracowników PGR i ich członków rodzin, kolejne 1,5 miliona bezrobotnych chłoporobotników zwolnionych z rujnowanych zakładów pracy, handlu i usług, i żadnej pomocy ze strony państwa. Według danych GUS, w 2001 roku 12,6 proc. wiejskich rodzin żyło poniżej poziomu egzystencji, a w 2004 roku już 19,5 proc.. I jeszcze jeden ważny wskaźnik – w 1988 roku z pracy w swoim gospodarstwie rolnym utrzymywało się 33,3 proc. gospodarstw domowych. W 2002 roku ten wskaźnik spadł do 14,3 proc.. Nastąpiło powszechne załamanie produkcji rolnej w całym kraju.
Dla przykładu kilka porównań: w 1988 roku było 384 tys. plantatorów buraka cukrowego by w 2004 roku spaść do 84 tys., produkcja ziemniaka zmniejszyła się 2,5-krotnie, tytoniu 5-krotnie. Liczba dostawców mleka do 2000 roku zmniejszyła się o 500 tysięcy, a bezpośrednia sprzedaż mleka zmalała z około 3 mld litrów rocznie do około 300 mln litrów. W tym samym czasie pogłowie bydła i krów zmniejszyło się i połowę, owiec ponad 15-krotnie, koni ponad 3-krotnie.
Kto najbardziej stracił i ucierpiał na transformacji? Geograficznie – wschodnia Polska. Społecznie – 5 mln mieszkańców wsi gospodarujących na powierzchni od 1 do 7 ha! To z tych gospodarstw i wschodniej Polski wywodzi się 3 milionowa armia wygnanych w poszukiwaniu pracy na Zachodzie, nieszczęśliwców. To jest polityczna i moralna odpowiedzialność i brzemię wszystkich dotychczasowych rządów RP. Czyż to nie absurd, że powojenna Polska repatriowała do kraju około 3 milionów Rodaków rozsianych po całym świecie, a Polska 45 lat po tej wojnie nie zdołała zatrzymać przed migracją zarobkową takiej samej liczby Polaków?

 

Czy można dziś opisać bardziej szczegółowo efekty transformacji w rolnictwie i na wsi po wejściu do Unii Europejskiej i zderzeniu się z jednolitą polityką rolną Unii? Jak wygląda bilans dotacji Unii do polskiego rolnictwa?

Sytuacja na polskiej wsi po latach wymuszonych przemian i obecności w Unii Europejskiej jest paradoksalna. Polski rolnik gospodarujący na polskiej ziemi znalazł się w sytuacji niemal chłopa pańszczyźnianego. Ma wyprodukować surowiec i aby go sprzedać, musi zaakceptować dyktat przetwórcy lub handlu. Bowiem ziemia i produkcja rolna jest na szczęście w polskich rękach, natomiast przetwórstwo i handel żywnością znalazł się w rękach obcego kapitału. I polski rolnik szantażowany importem surowca lub żywności zza granicy, decyduje się sprzedawać swoją produkcję poniżej kosztów produkcji.
Ten stan rzeczy jest gorzkim owocem transformacji w polskim rolnictwie, która doprowadziła do:
– Odrzucenia drobnotowarowej chłopskiej produkcji ekstensywnej, jako przestarzałej formy gospodarowania;
– Koncentracji produkcji w wielkich i dużych gospodarstwach rolnych;
– Sprzedaży państwowych i spółdzielczych zakładów przetwórstwa żywności kapitałowi zachodniemu;
– Likwidacji około 4 tysięcy mniejszych zakładów mięsnych i mleczarskich w okresie kierowania resortem rolnictwa przez Wojciecha Olejniczaka (pod pretekstem niespełniania wymogów sanitarnych), które stanowiły realną konkurencję dla powstających zagranicznych koncernów rolno-spożywczych;
– Uprzemysłowienie oraz koncentracja uboju zwierząt rzeźnych, co oznaczało przekazanie rynku żywca i polityki jego cen w ręce dużych, zagranicznych zakładów mięsnych.
Jak widać rolnik przeszedł trudną drogę transformacji, zderzając się z brakiem zrozumienia ze strony autorów wielkiej polityki aż po negowanie potrzeby jego pracy na roli. Wieś okazała się słaba i politycznie niezdolna do bronienia swoich interesów. Zawsze była łupem politycznym, adorowana przed wyborami i zdradzana natychmiast po ogłoszeniu wyników. Wyjątek stanowił fenomen Andrzeja Leppera i jego ruchu Samoobrony, powstałym na krzywdzie chłopskiego losu w początkach transformacji. Historyczną zasługą potępianego wtedy przez liberalne elity ale i PSL – A. Leppera są dopłaty bezpośrednie dla rolników, wywalczone na setkach protestach i blokadach chłopskich. Andrzej Lepper, krytykował i podważał warunki polskiej akcesji do Unii Europejskiej, szczególnie występując przeciwko kwotom produkcyjnym narzuconym polskim rolnikom i domagając się zrównania dopłat bezpośrednich. Dał temu wyraz także w liście do Lecha Kaczyńskiego, kandydata na Prezydenta RP z 12 października 2005 r, żądając za poparcie jego kandydatury, zgody na renegocjacje traktatu akcesyjnego Polski do UE w powyższych zagadnieniach. Pozytywna odpowiedź Lecha Kaczyńskiego, udzielona 15 października 2005 roku na warunki A. Leppera, legła u podstaw przeniesienia 15 proc. głosów poparcia udzielonego A. Lepperowi w pierwszej turze wyborów prezydenckich, na rzecz Lecha Kaczyńskiego. To miało zasadniczy wpływ na zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich i następnie dobre relacje pomiędzy nimi.
Problem dopłat pozostał do dzisiaj nie rozwiązany. System obszarowy naliczania dopłat nie jest ani sprawiedliwy, ani proprodukcyjny. Największe gospodarstwa uzyskują bardzo wysokie dopłaty niezależnie od wyników produkcji. A przecież korzyści ekonomiczne powinna im zapewnić skala produkcji.
Dlatego wieś oczekuje, by w zgodzie z konstytucyjnym zapisem, gdzie podstawą naszego ustroju rolnego jest gospodarstwo rodzinne, wprowadzenia nowego kryterium naliczania dopłat unijnych: ograniczenia dopłat tylko dla gospodarstw o powierzchni do 30 ha i nadanie dopłatom także funkcji socjalnej i naliczanie ich do liczby członków rodziny użytkownika gospodarstwa rolnego, pozbawionych innych dochodów. Przykład Finlandii, gdzie państwo stoi na straży interesów rodzinnych gospodarstw chłopskich, zachęca do takich rozwiązań.
Na dokonywanie bilansu udziału polskiej wsi w Unii Europejskiej jest stanowczo za wcześnie. Nierówne dopłaty, preferujące niemieckiego, francuskiego czy duńskiego rolnika – stawiają polskiego rolnika w sytuacji potrzeby ciągłej walki o przetrwanie.

 

Jak skutkuje w obszarze rolnictwa brak lub niejasność polskiej polityki wschodniej, szczególnie zamknięcie dla polskich produktów rolnych rynku rosyjskiego? Czy Polska ma w tej dziedzinie jakąś swobodę decyzji, czy też jest to efekt decyzji od nas niezależnych? Czego należy oczekiwać?

Polityka wschodnia naszego kraju wyraża interesy i priorytety NATO i po części Unii Europejskiej a w żadnym stopniu nie uwzględnia ekonomicznych korzyści, jakie polska gospodarka i szczególnie rolnictwo mogą uzyskać we współpracy z rynkiem Federacji Rosyjskiej. Europejskie koncerny energetyczne, maszynowe, budowlane i inne z Niemiec, Francji, Włoch, Austrii – realizują na terenie Rosji ogromne, wieloletnie projekty inwestycyjne. Także nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej – Czesi, Słowacy i Węgrzy nie pozostają w tyle i znajdują z partnerami rosyjskimi atrakcyjne projekty biznesowe.
Inni mogą i umieją handlować z Rosją, a my Polacy nie możemy? Takie pytania padają na spotkaniach z rolnikami, wspominających czasy masowej sprzedaży płodów rolnych ze swych pól i sadów rosyjskim odbiorcom. – My, rolnicy zawsze znajdujemy wspólny język z ruskimi. To dlaczego nasza władza w Warszawie nie może tak samo? – Co Polska zyskała nie zgadzając się za Buzka na budowę gazociągu do Niemiec przez Polskę? – to kolejne pytania stawiane przez młodszą generację rolników, które zmuszają do refleksji. Podobnie polska wieś nie zaakceptowała antyrosyjskich sankcji UE z 2014 roku, które doprowadziły do rosyjskich kontrsankcji na eksport żywności na rynek Rosji. Oczekiwano, iż skoro UE takie sankcje narzuciła także Polsce, to UE powinna wypłacać polskim rolnikom rekompensaty za utracone dochody, o czym osobiście mówiłem na posiedzeniu Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w 2015 roku.
Dzisiaj rolnicy coraz bardziej zaniepokojeni są rosnącą konkurencją rolnictwa rosyjskiego i ukraińskiego na rynkach Europy i świata. Już miały miejsce pierwsze protesty na Lubelszczyźnie przeciwko przemytowi do Polski z Ukrainy nie tylko zboża, ale też genetycznie modyfikowanej paszy. Rolnicy z podlaskiego, lubelskiego, Mazowsza – podkreślają przyjazną współpracę z rynkiem Białorusi, który w czasach embarga rosyjskiego, spełnia rolę koła ratunkowego. Pomaga, ale nie ratuje sytuacji, podkreślają rolnicy.
Jak rolnicy postrzegają przyszłość naszych relacji ze wschodnimi Słowianami? Mówią „Czas pokaże. Skoro Unia zepsuła to może i naprawi te stosunki” i „No chyba, że nowy Lepper się pojawi i wzorem Orbana zatroszczy się, jak należy, o Polskę i rolników”. Nic dodać, nic ująć.

 

Jak daleko ma jeszcze społeczność polskiej wsi do społeczeństwa obywatelskiego?

Na polskiej wsi procesy społeczne zawsze zachodziły dużo wolniej niż w miastach. Chociaż są wyjątki. Po 1989 roku wieś doświadczyła najintensywniejszych, zdecydowanie negatywnych przemian ekonomicznych i społecznych. Wiązało się to, jak wcześniej już mówiłem – z wycofaniem wsparcia państwa dla rolnictwa, które aplikowało do Wspólnej Polityki Rolnej UE, gdzie poziom wsparcia dla rolnictwa był na poziomie 45-47 proc. PSE, a w Polsce wynosił 6-8 proc.. Także proces demontażu PGR-ów i spółdzielni, pociągnął za sobą upadek wiejskiej infrastruktury życia społecznego (żłobki i przedszkola, świetlice, domy kultury, biblioteki, boiska, kluby sportowe, transport, kioski spożywcze, punkty medyczne), dostępne wcześniej także dla ogółu społeczności wiejskiej. Na przemiany polskiej wsi i obszarów wiejskich, silny wpływ wywiera migracja zarobkowa do miast i poza granice kraju. A także masowy dostęp do wyższych uczelni.
Czynniki te razem wzięte stanowią istotny impuls innowacyjny, tym bardziej iż za nim stoi młode pokolenie wsi. Obserwujemy rekompozycję struktury klasowej wsi. Gospodarowanie stanowi główne źródło dochodów jedynie dla 18 proc. mieszkańców wsi, a wyłącznie w rolnictwie indywidualnym pracuje ich już tylko 10-11 proc.. Zdaje się, iż dobiega końca agrocentryczny model życia na wsi (dom-pole-kościół), bo wieś jako taka zwyczajnie zaczęła konsekwentnie poszukiwać nowych form swojej aktywności. Wzrosła rola tzw. ptoków, nowych osiedleńców z miast, zainteresowanych ożywieniem struktur Kół Gospodyń Wiejskich, stowarzyszeń lokalnych. Sołectwo i gmina stają się kluczową instytucją mieszkańców wsi. Autorytetem dla wsi jest już nie ksiądz i nauczyciel a wójt gminy, przedsiębiorca i sołtys, którym coraz częściej wbrew tradycjom zostaje – kobieta. Związek Zawodowy, którym kieruję organizuje przy owocnej współpracy z KRUS i Funduszem Składkowym Ubezpieczenia Społecznego Rolników turnusy wypoczynkowe dla dzieci rolników i z tego tytułu mamy szeroki kontakt głównie z matkami tych dzieci. Są to rezolutne, otwarte na współpracę, troskliwe o swoje pociechy mamy.
Mieszkańcy wsi aktywniej niż miast angażują się w wybory samorządowe. Listy kandydatów do rad gmin i na wójtów są pełne. Sama kampania wyborcza na wsi jest na argumenty i każda wieś je realnie definiuje. Zatem społeczność wiejska, skutecznie organizuje się w rozwiązywania realnych problemów wsi, swojego życia i przyszłości swoich rodzin. Nastał najwyższy czas, by państwo z powagą wsparło jej aspiracje.

 

Czy wieś, jak i inne obszary polskiej rzeczywistości jest aktualnie areną walki politycznej? Czy wyniki wyborów samorządowych na wsi mogą dać nam wskazania co do preferencji rolników i środowisk zamieszkujących obszary wiejskie?

Wieś stała się wyjątkową areną walki politycznej PiS i PSL. Platforma Obywatelska wciąż poszukuje swojego klucza wiejskiego, a SLD pomimo zachęt jej koalicjantów, wydaje się wciąż być daleko od problemów trudu rolnika. Prawo i Sprawiedliwość jest w lepszej sytuacji niż pozostali polityczni konkurenci, którzy już rządzili. Bowiem rządząc w kraju i w praktyce wdrażając w rolnictwie ważne elementy „Programu społeczno-gospodarczego Samoobrony” – jako koalicjanta PiS i LPR z lat 2005-2007, Prawo i Sprawiedliwość wciąż wywołuje zainteresowanie mieszkańców wsi swoimi ocenami przebiegu transformacji w rolnictwie i obiecywanym zrównaniem dopłat bezpośrednich. PSL ma i przedstawia swoje atuty. Ale wieś chce gwarancji poprawy swojego losu. Ponad 700 tysięcy małych gospodarstw rolnych (do 7 ha), czeka na swoją szansę i perspektywę rozwoju.
Wieś domaga się i oczekuje innej formy dialogu z władzą. Wzorem dialogu w przemyśle, chce współdecydować o kształcie budżetu kraju, nakładach na inwestycje w rolnictwie, wiejską służbę zdrowia, oświatę, kulturę.
Które z politycznych ugrupowań zrozumie i poprze te oczekiwania? Może lewica? I z pewnością wieś pragnie, by już nie tylko redaktor Elżbieta Jaworowicz i jej program „Sprawa dla reportera” miała czas i odwagę poruszać niełatwy los ludzi polskiej wsi.

Nie palcie stosu

Rafał Woś – moim zdaniem, najwybitniejszy dziś w Polsce publicysta ekonomiczny – popełnił tekst polityczny, który jego pracodawców, a także kolegów z bliskiej mu formacji intelektualnej, wprawił w stan paniki. W ramach uświęconej klasyką tradycji – „Ja was proszę, towarzyszu Birkut, odetnijcie się” – od Wosia odcięła się „Polityka”, a także inni lewicowi publicyści, tacy jak Maciej Gdula. „Polityka” zrobiła to w zgodzie z najlepszymi tradycjami centralizmu demokratycznego, ogłaszając, iż Woś jest w niej „dziennikarzem ekonomicznym, nie politycznym”; zaś „naszą linię programową reprezentują m.in . Jerzy Baczyński, Mariusz Janicki, Wiesław Władyka i Adam Szostkiewicz”. Cóż takiego zrobił mądry, wykształcony i stroniący od sensacji Woś, żeby wzbudzić takie namiętności? Napisał otóż – na gazeta.pl – tekst, który już w tytule bluźni wszystkiemu, co najświętsze w szeregach „demokratycznej opozycji”. Tytuł brzmi: „Lewico, czas na współpracę z PiS. Trzeba budować z Kaczyńskim demokratyczny socjalizm”. (…) Wytłumaczył to na swój typowy, intelektualno-erudycyjny sposób, powołując się na znakomitą w swej syntetyczności teorię młodego amerykańskiego politologa Yaschy Mounka o konflikcie między niedemokratycznym liberalizmem i nieliberalną demokracją – czyli pozornym procesem demokratycznym, którego efekt w żaden sposób nie zaburza władzy finansowych elit z jednej strony, i łamiącą reguły demokratyczne, zmierzającą do autorytaryzmu antyelitarną władzą z drugiej. Woś trafnie odnotowuje, że w oczach człowieka lewicy oba te rozwiązania są fatalne; co go różni od liberała, dla którego to, że kasa rządzi, a demokracja jest tylko fasadą, jest zjawiskiem naturalnym i pożądanym. Na tym etapie wywód jest w zasadzie oczywisty, w każdym razie z punktu widzenia człowieka lewicy. Komplikuje się dalej. Woś pisze otóż, że lewica – realnie rzecz biorąc, Partia Razem i jej ewentualne przystawki – powinna podjąć się „misji ucywilizowania PiS”, poprzez wejście z nim w najpierw w dialog, a później w koalicję, na bazie programowej wspólnoty, którą Woś nazywa „demokratycznym socjalizmem”. I dalej lewica winna skorzystać z tej koalicji dla wybijania partnerowi z głowy co bardziej niedemokratycznych pomysłów. Ta idea wzbudziła histerię i, co gorsza, wrogość, także w kręgach lewicowych. Na wstępie – zanim ja też zostanę ukamienowana przez Czytelników – zaznaczę, że nie zgadzam się z Wosiem. Ale nie zgadzam się także z jego krytykami. „Tekst Wosia jest charakterystyczny i jednocześnie niepokojący, bo świadczy o duchowej niemocy jednego z najważniejszych lewicowych publicystów” – napisał Maciej Gdula, w żarliwej polemice, która niepozbawiona jest agresji. Niesłusznie. W mojej opinii Woś nie ma racji, sądząc, że PiS jest podatny na wpływy – szczególnie ze strony „lewaków”. Jako dowód, że proces taki jest możliwy, a nawet istniejący, przytacza on w zasadzie jeden tylko przykład – czarne protesty: „Zresztą to… już się dzieje. Pamiętacie czarne protesty? Zainicjowała je nowa lewica, i to właśnie one doprowadziły do wstrzymania prac nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej. Można powiedzieć, że w tym wypadku lewica wychowała prawicę”. Na co Gdula odpowiada że czarne protesty nie ucywilizowały, tylko zastraszyły PiS: „protest był nie żadnym dialogiem, tylko gwałtownym i masowym oporem wobec pomysłu prawicy. PiS nie przyjął argumentów, ale ugiął się przed siłą ulicy”. Moim zdaniem, obydwaj się mylą: czarne protesty nie miały żadnego wpływu na proces legislacyjny, był on bowiem z góry skazany na porażkę. Kaczyński po prostu nie jest zainteresowany zaostrzaniem ustawy antyaborcyjnej, czemu dał wyraz jeszcze w 2007 roku – wtedy, kiedy Marek Jurek, w proteście przeciw zablokowaniu przez Kaczyńskiego wpisania „ochrony życia poczętego” do konstytucji, odszedł z PiS i ze stanowiska marszałka Sejmu. W takim sensie, przykład z czarnymi protestami jako argument na rzecz otwarcia PiSu na proces cywilizowania przez lewicę – i alternatywnie, skuteczności walki z PiS-em metodą uliczną – jest po prostu chybiony. Ale ważniejsza jest inna kwestia. Gdula zarzuca Wosiowi „zdziecinnienie”, którego objawem jest „nawalanie w liberałów”. Albowiem, wykłada Gdula, liberałowie już od trzech lata nie rządzą – „i wcale nie wygląda na to, żeby zanosiło się na ich powrót do władzy” – a doktryna neoliberalna jest w odwrocie, toteż lewica dziś nie powinna zajmować się liberałami, tylko skupić się na walce z PiS. Moim zdaniem – w tym miejscu Gdula myli się wręcz zbrodniczo. Liberałowie – przywoływany przez Wosia „niedemokratyczny liberalizm”, cała ta idea, że „masz kapitał, to wynajmujesz sobie prezydentów albo komisarzy, którzy zabezpieczają twoje interesy. Nie masz? Demokracja kończy się dla ciebie na symbolicznym akcie wrzucenia kartki do wyborczej urny” – są źródłem zła, co do którego istnienia wszyscy się zgadzamy. Wyniosła alienacja elit, które dawały ludowi do zrozumienia, że powinien szanować bogatych, bo są po prostu lepsi, jest przyczyną, dla której wybory wygrywa Kaczyński, Orbán, Trump… Lewica nie może przestać „nawalać w liberałów”, ponieważ jedyną nadzieją na pokonanie prawicowego populizmu jest przekonanie ludzi, że niedemokratyczny liberalizm nie wróci. Że nie jest tak, że muszą wybierać między państwem praworządnym i państwem opiekuńczym, albowiem mogą mieć jedno i drugie.(…) I w tym względzie Woś ma rację, nawet kiedy się myli. Lewica musi podjąć dialog z PiS – nawet jeśli będzie to dialog jednostronny – i omawiać, i eksponować wspólnotę poglądów i programów w ramach, niech mu będzie, „demokratycznego socjalizmu”. Musi chwalić te punkty programu obecnej władzy, które zgodne są z lewicowymi wartościami – a także przyznać, że postępując zgoła przeciwnie zrobiła zasadnicze błędy w polityce społeczno-gospodarczej. Ale nie dlatego, żeby w konkluzji dojść do koalicji – tu zgadzam się z krytykami Wosia, że PiS nie da się ucywilizować, bo rządzi z pozycji siły i żadne kompromisy go nie obchodzą – tylko dlatego, żeby wykazać wyborcom, że to nie jest tak, że „oni cofną 500 plus”, jak mówił ostatnio premier Morawiecki na wiecu w Sandomierzu. Żeby być w tej mierze wiarygodnym, trzeba zdobyć się na powiedzenie, że PiS zrobił coś dobrze. Że 500 plus jest dobre, bo – przy wszystkich swoich wadach konstrukcyjnych i antyfeministycznych założeniach – zlikwidowało haniebne ubóstwo wśród dzieci i zmieniło równowagę na rynku pracy, skąd zniknęła zdesperowana quasidarmowa siła robocza, co zmusiło pracodawców do uczciwego płacenia pracownikom. Że minimalna stawa godzinowa jest dobra, bo pracownicy na zlecenie byli głównymi ofiarami wyzysku. Że wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej jest dobrym pomysłem, ponieważ progresja podatkowa jest w Polsce za niska – choć oczywiście idiotycznym wybiegiem jest nazywanie jej „daniną solidarnościową” i opowiadanie, że to wszystko wina kalek. Nie domagam się, aby lewica podchodziła do programu społeczno-gospodarczego PiS bezkrytycznie – od tego w końcu mamy PiS – tylko, żeby miała odwagę oceniać go obiektywnie, bez lęku, że powiedzenie czegoś pozytywnego oznacza „zdradę demokracji”. Prawdziwą zdradą demokracji jest pozostawienie państwa w rękach Kaczyńskiego. A stanie się tak, jeśli opozycja, zamiast wypracować przekonującą dla dzisiejszych zwolenników PiS alternatywę, będzie się nadal skupiać się na obrażaniu ich, jako ciemnych, chciwych i kupionych.
Obrażanie wyborców nie jest najlepszą metodą na wygrywanie wyborów.

Lewica to ludzie pracy

Wiele osób zastanawia się: co się stało z lewicą? Ale to, co mają na myśli, to nieobecność partii nazywających siebie lewicowymi w głównym nurcie bieżącej polityki.

 

Tymczasem istotą zadania lewicy nie jest zasiadanie w parlamencie osób z lewicową plakietką partyjną, tylko upodmiotowienie świata pracy. Można oczywiście odrzucić takie spojrzenie w nadziei, że wyrzeczenie się idei lewicowej pozwoli serfować na mainstreamowej fali, tylko po co?
Bo jeżeli nie chodzi wyłącznie o diety i prestiż, to takie wchodzenie do polityki bocznymi drzwiami nie da lewicy nawet cienia szansy na przejęcie władzy. Nie będzie też mowy o wcielaniu choćby umiarkowanego programu socjalliberalnych czy socjaldemokratycznych reform.
Upodmiotowienie ludzi pracy to nie tylko cel sam w sobie dający pracownikom udział w zarządzaniu firmami, w których pracują, a także udział w zyskach tych firm.
Chodzi także o upolitycznienie pracowników, uczynienie z nich świadomej swej siły i swych interesów grupy/klasy społecznej.
Ideolodzy panującego, neoliberalnego systemu wmawiają nam, że jesteśmy jedynie zasobami ludzkimi, które nie mają nic do gadania w miejscu pracy, a godni uwagi stajemy się dopiero jako konsumenci, mieszkańcy czy wyborcy. Stąd zamiast ruchu pracowniczego w centrum uwagi tej „lewicy light” są ruchy miejskie, których cele i horyzont ideowy sprowadza się do kwestii ważnych, lecz nie najważniejszych. Skoncentrowane są na racjonalizacji polityki przestrzennej, transportu, komunikacji i funkcjonowania miast i gmin, ale rzadko dotykają polityki społecznej, rozwarstwienia, a już nigdy praw pracowniczych.
Lewica powinna się angażować na szczeblu lokalnym w sprawy związane z projektowaniem przestrzeni publicznej, urbanistyką czy transportem zbiorowym, ale nie może zapominać, że jej głównym zadaniem jest organizowanie polityczne ludzi, którzy w społecznym podziale pracy i jej owoców są pomijani i dyskryminowani. Ma obowiązek mówić o wyzysku, głodowych płacach, nieludzkich warunkach pracy i niegodnym traktowaniu pracowników.
Tymczasem w środowiskach lewicowej inteligencji panuje nieufność wobec klasy pracującej.
Nieufność charakterystyczna dla drobnomieszczaństwa. Ludzie o zdawałoby się wysokim „kapitale kulturowym” zdają się nie rozumieć jak kapitalne znaczenie dla przyszłości formacji lewicowej ma interakcja inteligencji z ludem. To rodzi postawy paternalistyczne i koncepcje odgórnego uszczęśliwiania warstw ludowych. Stąd rozmaite koncepcje polityki społecznej jako głównego instrumentu wyrównywania różnic majątkowych i dochodowych. Koncepcja Bezwarunkowego Dochodu Gwarantowanego i pokrewne opierają się na założeniu, że robotnik, kierowca, budowlaniec czy pracownik na hali fabrycznej nie jest w stanie na siebie wystarczająco dużo zarobić i potrzebuje wspierać swe dochody zasiłkami z pomocy społecznej, czy innymi instrumentami transferu socjalnego. A przecież skoro rośnie dochód narodowy, to powinien rosnąć udział płac w tym dochodzie. Robotnicy zarabiają na swe utrzymanie, tylko są systematycznie okradani przy wypłacie, bo jest ona wyłącznie oparta o sytuację na rynku pracy, a nie efekty pracy załogi, która swym zbiorowym wysiłkiem gwarantuje firmie zyski.
Trzeba rzecz jasna oddzielić przedsiębiorstwa dochodowe, często notowane na giełdzie, gdzie zyski rosną lawinowo od mikrofirm, które płacą mało, bo często działają na granicy opłacalności. Tam gdzie zyski są małe, pensje powinny być uzupełniane z budżetu państwa tak, aby ludziom pracy i ich rodzinom zapewnić godny (nie minimalny) poziom życia. Kiedy prawica, liberałowie pytają nas, socjalistów, komu zabrać, żeby dać tym, którym brakuje, możemy spokojnie odpowiedzieć, że akt zabierania już się dokonał przy podziale dochodów firmy na zyski i płace pracowników.
Wystarczy nam godnie płacić, dopuścić nas pracowników do udziału w dobrach, które naszą pracą wytwarzamy, a potrzeba wyrównywania w drodze podatków i zasiłków znacząco zmaleje.
Redystrybucja budżetowa jest konieczna, żeby zapewnić każdemu z nas godny poziom życia w ramach różnych usług publicznych takich jak powszechna, bezpłatna służba zdrowia, mieszkalnictwo komunalne, czy pomoc społeczną dla tych, którzy utracili pracę lub zdolność do jej świadczenia. Nie może być ona jednak głównym sposobem zasypywania przepaści jaka rośnie między bogacącymi się elitami a niezamożną większością. Jeżeli nie nauczymy się liczyć zysków i domagać się w nich udziału, doczekamy świata, w którym demokrację zastąpi oligarchia. Rządy bogatych nad biednymi. W swojej istocie taki system już działa, choć oficjalnie zachowuje się jeszcze pozory.
I mimo, że nie ma już prawie wielkich zakładów pracy, zatrudniających tysiące ludzi, to jednak tylko ludzie pracy, zorganizowani w siłę polityczną mogą cofnąć ten proces i zapobiec nadejściu totalitarnej dyktatury wielkich korporacji i najbogatszych udziałowców.
Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy pod hasłami polityki prorodzinnej, nie pro-pracowniczej, mimo że formacja ta odwołuje się do „Solidarności”, wielkiego ruchu ludzi pracy, który ongiś liczył 10 milionów pracowników. W konfliktach między pracownikami a pracodawcami rząd Mateusza Morawieckiego twardo stoi po stronie kapitału. Próby strajku w wielu firmach, w tym w ZUS, Poczcie Polskiej czy PLL LOT stłumiono, zwalniając działaczy związkowych, a „Solidarność” odgrywa teraz zwykle rolę łamistrajka.
Jednym z głównych haseł wielkiego strajku brytyjskich górników w latach 80. było „Praca, nie zasiłek”. Praca już właściwie jest. Ale płace wciąż przypominają zasiłki, a nie godne wynagrodzenie. Jeżeli lewica ma się odrodzić, to tylko w walce o godność i podmiotowość ludzi pracy. Nie da się tego zastąpić ruchami miejskimi, ekologicznymi, które są niezbędne, ale lewicy nie zastąpią. Naszą wciąż niezastąpioną bronią muszą być znów strajki, ekonomiczne i polityczne. Tylko wtedy lewica się odrodzi, gdy na Wiejskiej zasiądą ludzie pracy, by przegłosować tych, którzy ich krzywdzą od początku transformacji ustrojowej.