Lewica nie może być przybudówką liberałów

– Mam szacunek dla tych, którzy gotowi są wejść w sam środek polityki. Tam, gdzie można realnie o coś zawalczyć, wygrać albo przegrać. Walka o to, kto jest najprawdziwszą lewicą i kto najbardziej ma rację w Internecie mnie nie interesuje – mówi Maciej Konieczny, poseł Lewicy Razem, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat i Julią Anną Lauer.

MAŁGORZATA KULBACZEWSKA-FIGAT: Minął już ładny kawałek czasu, odkąd złożyłeś ślubowanie poselskie, wznosząc pięść w górę w socjalistycznym pozdrowieniu (i wkurzyłeś prawicowe media jak mało kto). Co w sejmie osiągnąłeś, jako poseł-socjalista, od tego czasu? Czy raczej postrzegasz swoją rolę jako przypominanie, czym lewica właściwie jest?

MACIEJ KONIECZNY: Jak by nie patrzeć, Sejm w jakimś stopniu jest emanacją naszego społeczeństwa. Jak się można domyślić socjaliści nie są w polskim sejmie potęgą. Udaje nam się jednak przesuwać debatę trochę na lewo. Oto okazuje się, że są w Sejmie demokratyczni socjaliści i reszta chcąc nie chcąc musi jakoś się do tego odnosić.

JULIA ANNA LAUER: Czyli nie jesteś jedyny?

Jest praktycznie całe Razem, jest Agnieszka Dziemianowicz-Bąk… całkiem sporo. I bardzo dobrze. Oby jak najwięcej. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to być samotnym socjalistą w sejmie w opozycji do wszystkich. Jak komuś wystarcza obnoszenie się ze swoim radykalizmem, to powinien raczej zostać youtuberem niż politykiem. Chciałbym, żeby socjaliści i socjalistki dominowali w polskiej polityce.

MKF: Do tego jeszcze daleka droga. Dla prawicowych polityków „socjalista” to nadal obelga. Sprzyjające im media robią wszystko, żeby ludzie myśleli podobnie.

Trochę się na szczęście zmienia. Dzięki naszej obecności w Sejmie ludzie przyzwyczajają się do tego, że lewica to ci, którzy upominają się o pracowników czyli o większość społeczeństwa. Dotąd słuchając polityków można by pomyśleć, że w Polsce mieszkają sami przedsiębiorcy, którzy bardzo wcześnie wstają, żeby samodzielnie wykuwać w PKB w garażu. My nie uprawiamy kultu przedsiębiorczości. Chcemy zorganizować Polskę sprawiedliwie i sprawiedliwie dzielić to, na co wszyscy pracujemy.
W polskiej polityce parlamentarnej to nowość. Teraz nawet jeżeli głos zabierają prawicowi politycy PO, PSL-u czy PiS-u to coraz częściej sami zwracają się do nas jako tych, którzy reprezentują pracowników, a nawet sami coraz częściej mówią o “przedsiębiorcach i pracownikach”. Długa droga przed nami, ale udało nam się skutecznie wsadzić nogę w drzwi.
Miejmy nadzieję, że w kolejnych wyborach ludzie pracy będą już lepiej kojarzyć, kto w parlamencie bije się o poprawę ich losu. O to żeby warunki pracy były stabilne, płace godne, a czynsze niskie.

MKF: Ale w klubie Lewicy też są osoby, które dużo sprawniej posługują się hasłami wspierania firm, pomocy dla przedsiębiorców, ratowania biznesu niż stają po stronie ludzi pracy.

Nie ma co ukrywać, że sejmowy klub Lewicy jest mocno eklektyczny. Nic dziwnego – powstał przecież z różniących się jednak elementów. Liberalno-progresywnej Wiosny, do której sporo osób przyszło z Nowoczesnej czy Ruchu Palikota, tradycyjnej instytucjonalnej i propaństwowej partii, jaką jest SLD, łączącej w sobie różne nurty, jeżeli chodzi o gospodarkę oraz mocno lewicowego w każdym wymiarze Razem. Jest oczywiście również odbudowujący się PPS. Przyznam, że efekt tego połączenia zaskoczył mnie dość pozytywnie. Udało się narzucić całości socjalny i równościowy rys. Jest jasne, że klub Lewicy opowiada się za sprawiedliwymi czyli progresywnymi podatkami, wzmocnieniem Państwowej Inspekcji Pracy, publicznym budownictwem mieszkaniowym czy tym, żeby pomoc w czasie kryzysu trafiała bezpośrednio do pracowników. Nie oznacza to oczywiście, że klub jest dokładnie taki, jaki bym sobie wymarzył ja czy jakiego by chciała partia Razem. Nic w tym dziwnego, mówimy w końcu o koalicji. Trudno mieć pretensje o to, że różne partie są różne. Wiedzieliśmy o tym, decydując się na wspólną drogę. Naszą rolą jest przeciągać całość jak najbardziej w lewo.
MKF: Skoro zatem klub nie jest lewicą waszych marzeń, to czym będzie się różnił wasz program na następne wybory od tego, co jest głoszone obecnie? Załóżmy, że będziecie pisać ten program samodzielnie, nawet jeśli po wyborach znowu zostanie zawiązana koalicja.

Jeśli zapytać Polaków, co jest najważniejsze, odpowiedzą: służba zdrowia, mieszkanie, praca. Na tym będziemy budować.

Mocno wybrzmieć musi postulat Lewicy podniesienia nakładów na ochronę zdrowia do poziomu rozwiniętych państw czyli 7 proc. PKB. Bez ściemniania, że można mieć działający system bez zwiększenia środków. Te środki muszą iść na ochronę zdrowia która jest sprawna i ogólnodostępna. Dlatego sprzeciwiamy się prywatyzacji i komercjalizacji. Na ostatnim posiedzeniu Sejmu mówiłem o sytuacji salowych zatrudnionych przez firmy zewnętrzne. Okazuje się, że Ministerstwo Zdrowia nie wie nawet, ile ich jest. Nie wie, ile z nich zachorowało i zmarło na koronawirusa. Tak działa outsourcing. To jest abdykacja państwa i zrzeczenie się przez nie odpowiedzialności za pracowników. Lewica musi występować tu jasno i wyraźnie. Nie można oszczędzać na niezbędnych nam pracownikach. Jeżeli państwowe instytucje kogoś zatrudniają to muszą robić to uczciwie na podstawie umowy o pracę, a nie przez jakieś kombinacje godne “Januszy biznesu”.

Państwo musi wziąć odpowiedzialność za dostępność mieszkań. Co zresztą wynika wprost z Konstytucji. Chcemy, żeby mieszkania na wynajem budowała publiczna spółka. Dzięki temu oszczędzimy na marżach banków i deweloperów, które dziś zżerają połowę ceny mieszkania. Programy dopłat to tak naprawdę rzucanie hajsem w banki i deweloperów, którzy wykorzystają tylko okazję, żeby jeszcze podbić ceny. Tutaj Lewica różni się zarówno od liberałów, jak i od PiS, który po klęsce programu “Mieszkanie plus” powrócił do stricte neoliberalnych rozwiązań. Ważne jest również odzyskanie dla ludzi pustostanów w centrum miast. Ludzie muszą uwierzyć, że państwo jest w stanie zapewnić im dostępne mieszkania. Po dekadach polityki prowadzonej pod dyktando deweloperów będzie o to niestety bardzo trudno.

W kwestiach pracowniczych trzeba zacząć od egzekwowania istniejącego prawa. Wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy, dać jej sensowne finansowanie i nowe uprawnienia. Podnieść kary za łamanie praw pracowniczych. Chcemy żeby inspektorzy PIP mogli ustalać na miejscu stosunek pracy. Jeżeli ktoś pracuje w danym miejscu i czasie i pod nadzorem to można administracyjnie uznać, że stosunek pracy zachodzi i tyle, bez ciągnących się latami procesów. Potrzebujemy zarówno pracowniczej samoorganizacji jak i państwa, które stoi po stronie pracowników. Przydałby się państwowy szeryf, który skutecznie postawi się pato-biznesowi.

Musimy zawalczyć o sprawiedliwszą redystrybucję zysków z nowych technologii. Uregulować pracę platformową. Skrócić czas pracy do 35 godzin tygodniowo przy zachowaniu tych samych pensji.

MKF: Do pracowniczej samoorganizacji ludzie musieliby odzyskać poczucie, że bycie pracownikiem nie jest oznaką braku życiowego sukcesu, a to, że np. walczy się o podwyżkę nie oznacza, że trzeba się wstydzić roszczeniowego podejścia. A okres transformacji właśnie takie „prawdy” nam do głów powkładał. Do tego stopnia, że – jak powiedziała mi aktywistka Inicjatywy Pracowniczej Marta Rozmysłowicz – w Polsce łatwo jest wyjść na ulicę jako kobieta walcząca o prawa kobiet. Ale protestować jako pracownica i czegoś się domagać, to wręcz wstyd.

Wiemy jak wyglądają stosunki pracy w Polsce. Osoby wyjeżdżające na saksy największej różnicy doświadczają najczęściej nawet nie w samych zarobkach, ale w podejściu do pracownika. Folwarczny model zarządzania w Polsce nie sprzyja temu, żeby czuć dumę z bycia pracownikiem. Nie tylko zresztą on.

Pracowałem swego czasu w biedafiremce na warszawskim Ursusie, szlifując stacyjki samochodowe. One wychodziły z maszyny takie nie całkiem gładkie, my siedzieliśmy i jechaliśmy je pilnikami. Chwilowa robota na przetrwanie na śmieciówce. Był tam starszy facet, który umilał nam monotonną pracę opowieściami o tym, że robotnik na Ursusie kiedyś to był ktoś. Świat zorganizowanej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej oparty na stabilnym zatrudnienia i my na umowę o dzieło machający pilnikiem – to było niebo a ziemia. Ciężko jest być dumnym z chwilowej gównopracy, w której zarabia się grosze.

Bez względu na panujące standardy Lewica musi pokazywać jasno, że to na pracownikach i pracownicach opiera się nasz dobrobyt i nasze bezpieczeństwo. Trwająca pandemia pokazała, kto tak naprawdę jest nam jako społeczeństwu potrzebny. Nagle stało się jasne, że niezastąpieni są pracownicy ochrony zdrowia, ale także kasjerki i osoby świadczące podstawowe, niezbędne usługi jak chociażby wywóz śmieci, a sowicie opłacani pracownicy reklamy, spekulanci, piarowcy, analitycy tego czy owego tak naprawdę to mogą równie dobrze wziąć wolne na rok i nikt tego nie zauważy. Warto wykorzystać ten moment, żeby pokazać wartość społecznie użytecznej pracy.

MKF: Mówisz o naprawianiu państwa i jego funkcjonowania, ale cały czas w ramach systemu kapitalistycznego. Tymczasem kiedyś, jeśli polityk deklarował się jako socjalista, to chodziło mu o to, żeby zbudować inny, bardziej sprawiedliwy system. Masz takie myśli w głowie?

Myśli – oczywiście (śmiech)! Tym bardziej, że pamiętam o tym, że myśli o budowie zupełnie nowego sprawiedliwego systemu stanowiły paliwo, dzięki któremu dawni socjaliści wywalczyli masę społecznych zdobyczy takich, jak chociażby ośmiogodzinny dzień pracy. Dziś pytanie o to, co po kapitalizmie jest szczególnie palące w kontekście kryzysu klimatycznego.
Nasza planeta zwyczajnie nie wytrzyma dłużej bezwzględnej eksploatacji w imię maksymalizacji zysków garstki miliarderów.

Pytanie brzmi: jak skutecznie realizować istotne ludzkie potrzeby, bez neoliberalnego marnotrawstwa. Jak sprawiedliwie dzielić owoce technologicznego rozwoju? Jak zapewnić wszystkim dobre życie i przetrwać? Wciąż mamy więcej dobrych pytań niż odpowiedzi. Pewne jest to, że potrzebujemy skutecznych narzędzi redystrybucji wytwarzanych bogactw. Bez zakwestionowania panujących stosunków własności kiepsko widzę ratowanie planety.

Jak mówimy o socjalizmie, to poza sprawiedliwym podziałem wchodzi kwestia demokratyzacji gospodarki. Raczej nie należy się spodziewać, że klub Lewicy przystąpi za chwilę do przejmowania fabryk, ale na pewno musimy wypracować konkretne postulaty dotyczące samorządu pracowniczego, być może idące w kierunku niemieckim. Równolegle powinniśmy wzmacniać ruch spółdzielczy. Socjalistą jestem i mam obowiązki socjalistyczne – tak więc uważam, że powinniśmy iść w kierunku uspołecznienia środków produkcji. Na razie wiele w tej kwestii jako Lewica czy nawet Partia Razem nie zrobiliśmy i to jest duże zaniedbanie. Przy czym też rozmarzyć się warto, ale nie zwalnia nas to z udziału w bieżącej polityce i robienia tego co jest możliwe tu i teraz.

MKF: Czyli na razie zajmują was cele i rozwiązania krótkoterminowe, a wielką, porywającą wizję dopiero tworzycie.

O tej wizji też w partii rozmawiamy, spieramy się, dyskutujemy, czytamy – chociaż ja akurat muszę się przyznać, że polityka bieżąca wciągnęła mnie na tyle, że po lekturę sięgam głównie dla odpoczynku.

Dyskutujemy o Podstawowym Dochodzie Gwarantowanym, czy jest to rozwiązanie, które mieści się w paradygmacie liberalnym, czy też mógłby być to krok w kierunku demokratycznego socjalizmu. Jest kwestia redystrybucji i tego, jak należy podejść do koncentracji majątku w rękach nielicznej oligarchii. Z tym się wiąże sprawa podatków majątkowych, zarówno w wymiarze ponadnarodowym, jak i w kontekście polskim, gdzie nieprzyzwoicie bogatych miliarderów aż tak wielu nie mamy. Zaskoczyło nas, że te tematy podjęła ostatnio administracja amerykańska i organizacje międzynarodowe, i że idzie to w pożądanym przez nas kierunku. Skuteczne opodatkowanie wielkiego kapitału musi mieć charakter ponadpaństwowy. Istotna jest również kwestie mieszkaniowa i to nie tylko ze względu na zaspokajanie społecznych potrzeb, ale także strukturę własności i relacje władzy w kapitalizmie. Jak trudna jest to batalia pokazują ostatnie wydarzenia z Berlina i fatalny wyrok trybunału z Karlsruhe.

Czy jesteśmy mało ambitni albo zbyt leniwi w naszym antykapitalistycznym myśleniu? Pewnie trochę tak. Wynika to w dużej mierze z tego, jak wciągająca i zajmujące jest doraźna polityka. Trzeba na to uważać.

MKF: Czytacie Marksa? Inspiruje was?

Od razu uprzedzę, że żaden ze mnie lewicowy intelektualista. Coś tam Marksa poczytałem, ale niewiele. Nie przeszkadza mi to uważać się za marksistę. Uważam, że konflikt klasowy nie tylko istnieje, ale w najwyższym stopniu decyduje o naszym życiu, a lewica powinna w tym sporze jednoznacznie stać po stronie pracowników. Taka jest moja podstawowa polityczna intuicja.

JL: Jednak tę intuicję zdobyłeś nie od razu. Twoja droga do socjalistycznych poglądów nie była prosta…

Tak, jak już wielokrotnie opowiadałem, zdarzyło mi się mieć w młodości mocno niemądre poglądy, choć szczęśliwie nigdy nie popadłem w społeczny egoizm spod znaku Korwina. Mam wrażenie, że to niezgoda na dyktat chciwości i egoizmu i ogólne przekonanie, że świat jest niesprawiedliwie urządzony pchnęły nastoletniego mnie w nacjonalistyczne, faszyzujące klimaty. Na szczęście dość szybko się ogarnąłem. Poczytałem trochę Baumana. Trafiała do mnie wizja, w której wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani i za siebie odpowiedzialni, jakość społeczeństwa mierzyć należy jego najsłabszym, a nie najsilniejszym ogniwem. Potem już szybko poszło. Trafiłem do ruchu alterglobalistycznego i Młodych Socjalistów. Ważne było dla mnie odkrycie feminizmu. Jakby jednak nie liczyć, to w miarę spójnego lewicowego światopoglądu dorobiłem się w wieku lat dwudziestu kilku i z zazdrością patrzę na dzisiejszą młodzież, która przeważnie ogarnia temat dużo wcześniej. Wygląda na to, że idzie zmiana na lepsze.

Kiedy zaczynałem działać w ruchu alterglobalistycznym, to kwestionowanie neoliberalnych doktryn, domaganie się opodatkowania globalnych spekulacji, o podatkach majątkowych nie wspominając, było traktowane jako radykalna ciekawostka na zupełnym marginesie politycznych procesów. W Polsce poziom dyskusji na ten temat wyglądał tak, że zadowoleni z własnej błyskotliwości dziennikarze pytali nas “ale jak to jesteście przeciw globalizacji jak używacie komórek”. Nie było mowy o żadnej poważnej dyskusji w mediach. To był beton. Wyłamywały się pojedyncze osoby: Ikonowicz, Kowalik, Modzelewski. Bycie socjalistą kojarzyło się wyłącznie z komuną i oczywiście nie było to pozytywne skojarzenie.

JL: Kto, ze współczesnych i historycznych socjalistek i socjalistów, jest dla ciebie szczególnie inspirującą postacią?

Zawsze byłem pod ogromnym wrażeniem Evo Moralesa. Po jesiennej obserwacji wyborów w Boliwii jestem pełen podziwu dla całego Ruchu na Rzecz Socjalizmu, Moralesa, Arce i setek tysięcy socjalistycznych aktywistów i aktywistek, którym udało się odbić kraj z rąk prawicowej junty. To, co robią towarzysze i towarzyszki w Boliwii na każdym poziomie jest wspaniałe: masowy oddolny ruch składający się ze związkowców, chłopów, lokalnych dzielnicowych kolektywów i dopiero nad tym nadbudowana jest partia, która doskonale łączy postulaty socjalne i wolnościowe. Mistrzostwo świata ogólnie.

Równie wielki podziw mam dla towarzyszy i towarzyszek z HDP, od których właśnie wróciłem. Pomimo masakrycznych represji, groźby wieloletnich wyroków robią fantastyczną robotę. Często myślimy o HDP głównie jako o partii kurdyjskiej lewicy. To prawda, ale dalece nie cała. Na sześć milionów wyborców HDP jedynie cztery miliony stanowią Kurdowie. HDP to socjalistyczna, feministyczna i ekologiczna partia lewicy stanowiąca cierń w oku reżimu Erdogana. Ogromny szacunek dla nich.

Niezmiennie szanuję też Berniego Sandersa i Jeremy’ego Corbyna. To facet, który odbił Labour dla lewicy. Niestety za pomocą brudnych sztuczek i absurdalnych zarzutów antysemityzmu udało się go zdjąć ze stanowiska. To tylko pokazuje jak ostry i szeroki idzie atak na tych, którzy realnie rzucają wyzwanie neoliberalnemu status quo.

Mam szacunek dla tych, którzy gotowi są wejść w sam środek polityki. Tam gdzie można realnie o coś zawalczyć, wygrać albo przegrać. Walka o to, kto jest najprawdziwszą lewicą i kto najbardziej ma rację w internecie mnie nie interesuje. Można oczywiście przegrać. Zdarza się to zresztą raczej częściej niż rzadziej. Dla nas ogromnym ryzykiem było odejście od pierwotnych założeń i wspólny start z SLD. Jak to się skończy – cholera wie, ale ryzyko warto było podjąć.

MKF: W sondażach jednak wynik Lewicy stoi w miejscu. Zyskujecie wśród najmłodszych wyborców, to nie ulega wątpliwości, ale w pozostałych grupach wiekowych niekoniecznie.

Jest oczywiście duży kłopot z mediami. Ludzie oglądają przeważnie albo TVP albo TVN. Żadna z tych stacji za lewicą nie przepada. Jedni słuchają o potworze dżender, który przyjdzie z zachodu i nas zje. Drudzy straszeni są strasznym PiS-owskim reżimem, któremu czoła stawić może jedynie zjednoczona opozycja pod przywództwem PO. Zajmowanie się realnymi problemami ludzi się nie przebija. To nawet nie musi być zawsze świadoma polityczna decyzja. Po prostu media żyją wielką wojną ojczyźnianą pomiędzy PiS a “opozycją”.

Gdybyśmy chcieli kierować się wąsko rozumianym pragmatyzmem wyborczym to pewnie powinniśmy mówić to, co pokaże TVN, bo tę stację ogląda większość naszych wyborców. Czyli opowiadać o tym, jak to straszny PiS prześladuje światłe elity III RP. Żadne tam salowe, ale sędziów, polityków, biznesmenów, którzy wypadli z łask. Jestem jednak przekonany, że na dłuższą metę to byłby fatalny wybór. Nawet jeżeli Lewica w przyszłym Sejmie miałaby być dzięki temu nieco większa, to nagle mogłoby się okazać, że połowa naszego klubu i większość wyborców nie ogarnia, o co chodzi z tymi pracownikami i czemu jak PiS chcemy dawać darmozjadom.

Jeżeli chcemy żeby w polskiej polityce zagościła na dobre lewica z prawdziwego zdarzenia to nie może być ona przybudówką liberałów. Musi mówić własnym głosem. Tak, jak w sprawie Funduszu Odbudowy. Musimy mówić swoim głosem nawet jeżeli w krótkim okresie nie zawsze nam się to będzie opłacało. Musimy mówić językiem lewicy socjalnej i pro-pracowniczej, nawet jeżeli istotna część naszych obecnych wyborców oczekuje czegoś zgoła odmiennego. Tylko wtedy dorobimy się stabilnej i lojalnej bazy wyborców.

MKF: Tylko jak do nich docierać? Robotnicy z początku wieku byli skoncentrowani w ośrodkach przemysłowych. Razem pracowali, razem żyli na fabrycznych osiedlach czy w ludowych dzielnicach miast. Identyfikacja klasowa wypływała z codziennego doświadczenia. To też ułatwiało zadanie socjalistom z tamtych lat. Dzisiejsi socjaliści przemawiają do rozproszonych pracowników i od lat nie mogą znaleźć na to recepty.

Żeby się za łatwo nie rozgrzeszać, to trzeba stwierdzić, że w Polsce nadal jest kilka milionów przemysłowej klasy pracowniczej, o czym często mówi Piotr Ikonowicz. Oni na Lewicę raczej nie głosują. Są to w większości wyborcy PiSu. Sam przeważnie pracowałem w małych firmach, biurach, organizacjach pozarządowych i tam relacje z przełożonymi były albo “januszowe”, czyli “rób jak ci każę albo wypad”, albo co gorsza pseudokoleżeńskie, w których udajemy, że nie ma hierarchii ani przymusu i wszyscy się super realizujemy. W obu wypadkach domyślne strategie radzenia sobie w pracy opierały się na osobistych relacjach. Taka jest atmosfera małych zakładów w kraju przeoranym przez neoliberalny indywidualizm. Zupełnie inna atmosferę pamiętam ze swojej pracy w rozdzielni poczty – dwunastogodzinne zmiany, kilkaset osób wchodzi, drugie kilkaset wychodzi. Tu nawet nie chodzi o jakieś bardzo świadome rozkminy – po prostu perspektywa psychologiczna jest zupełnie inna: gdzieś tam jest jakieś szefostwo, przełożeni, ale na hali to nas jest więcej. Ta hala należy do nas.

Tego jednak nie przeskoczymy. Struktura zatrudnienia jest jaka jest. Trzeba podjąć próbę budowania tożsamości pracowniczej w tych warunkach, które są. Całkiem nieźle nam to zresztą na początku w Razem szło. Mówiliśmy dużo o śmieciówkach i niestabilności zatrudnienia. Dla bardzo wielu osób w Razem to była podstawowa spajająca nas tożsamość. Ludzie przyłączali się do nas bo chcieli stabilnej pracy i bezpieczeństwa ekonomicznego, które pozwoli im normalnie planować życie. To był projekt klasowy.

MKF: I co się z tą partią stało?

Szczerze? Polska się stała!

MKF: To znaczy?

Powstaliśmy, kiedy rządzili liberałowie. Bycie pracowniczą lewicą w opozycji do nich było łatwe. Walczy się ze śmieciowym zatrudnieniem, z niskimi płacami, widać jasno, kto stoi po czyjej stronie. A potem władzę przejął PiS i na początek dał 500+. Potem przyszła minimalna godzinowa. Oczywiście można powiedzieć: to za mało! Albo zwracać uwagę na to, że oni po prostu trafili na koniunkturę. Obiektywnie jednak ludziom się poprawiło i nasza lewicowa krytyka straciła na sile rażenia. Socjalny skręt PiSu był w praktyce bardzo umiarkowany, ale na tle wcześniejszych rządów neoliberalnych dogmatyków to i tak wyglądało na rewolucję.

Równolegle PiS wchodzi ze swoim ultrakonserwatywnym programem, próbą podporządkowania wymiaru sprawiedliwości. Szczególnie to ostatnie interesowało wielu z nas jakby mniej, ale zaprotestować oczywiście trzeba. Postawiliśmy więc miasteczko pod KPRM i momentalnie mieliśmy po swojej stronie liberalne media. Ogólnie – szał! Nasza akcja leci na żywo w telewizji przez ileś dni. Takiej widoczności nie mieliśmy od czasu debaty Zandberga. Na pewno nie wtedy, kiedy pchaliśmy kwestie pracownicze czy socjalne. Dla nowych osób, które wstępowały do partii często byliśmy “tymi spod KPRM”.

Potem był czarny protest, który zainicjowaliśmy. Tutaj nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że trzeba zaprotestować. Chodziło o los milionów kobiet. Znowu ogromny rozgłos i skala oddziaływania nieporównywalna z tą, która towarzyszyła nam kiedy upominaliśmy się o pracowników marketów, albo upadających państwowych zakładów. Dla większości byliśmy partią protestu w sprawie aborcji i rzutnika spod Kancelarii.
Niezmiennie upieramy się przy klasowym, socjalnym charakterze naszej polityki. Robimy to jednak często wbrew większości naszych wyborców, którzy mogą kojarzyć nas z zupełnie innej strony. Jestem dumny z naszej sejmowej reprezentacji, co do której nie mam cienia wątpliwości, że kwestie pracownicze, mieszkania, służba zdrowia, równość ekonomiczna, klimat są dla nas absolutnie kluczowe. Obawiam się tylko, że często rozjeżdżamy się pod tym względem z istotną częścią naszej bazy.

MKF: Gdzie posłowie-socjaliści będą 1 maja?

W bardzo wielu miejscach. Niestety, tym razem bez większych zgromadzeń. Za to odpalamy ciekawy projekt pracowniczy. Co z tego wyniknie…

MKF: … przekonamy się już niedługo.

Górnicy walczą, rząd obiecuje

Ok. 400 robotników, którzy od poniedziałku nie wyjeżdżają na powierzchnię, jest zdeterminowanych pozostać na dole, dopóki ogólne deklaracje nie przerodzą się w konkrety.

Na razie strona rządowa dała do zrozumienia, że nie będzie obstawać przy strategii „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.”, która zakładała, że już w 2040 r. udział węgla w krajowym miksie energetycznym spadnie do 28 proc., a być może (w razie wzrostu cen w europejskim systemie handlu emisjami) nawet do 11 proc. Związki zawodowe oburzył nie tyle fakt samego nieuchronnego likwidowania kopalń co fakt, że rząd nie przedstawił razem z „Polityką…” żadnej koncepcji transformacji regionu. Związki obawiały się, że górnicy znowu mieliby tracić pracę z dnia na dzień, a całe miasta – pozostać bez zakładów pracy, wokół których funkcjonowały.

Po długich negocjacjach wieczorem i w nocy z 23 na 24 września związkowcy poinformowali dziennikarzy, że udało się stworzyć podstawy do kompromisu i dalszych rozmów.

– Zdecydowaliśmy się na to, iż transformacja sektora będzie miała model podobny, jak to miało miejsce w Niemczech. Czyli pracujemy nad tzw. modelem niemieckim długookresowej transformacji sektora. Udało nam się też wstępnie ustalić pewne elementy inwestycji w nowoczesne technologie – powiedział Dominik Kolorz, przewodniczący struktur NSZZ Solidarność w regionie śląsko-dąbrowskim. Przyjęcie modelu niemieckiego oznaczałoby m.in., iż państwo zadba o to, by w regionach, które wcześniej żyły z kopalń i węgla, powstały nowe miejsca pracy, związane choćby z energetyką odnawialną.

Podczas czwartkowej rundy negocjacji przedmiotem sporu będzie ostateczna data odejścia od węgla: górnicy chcą wskazania roku 2060, rząd – 2050. Negocjatorzy ze strony rządowej chcą, by w końcowym dokumencie porozumienia zapisano konkretną datę i „pewne kierunki” zmian.

Jeśli negocjacje, mimo obiecującego zwrotu, zakończą się fiaskiem, górnicy nie wykluczają drastycznych form protestu, jak podziemna głodówka. Nie odwołano również manifestacji, jakie odbędą się 25 września w Rudzie Śląskiej oraz 2 października w Warszawie.

Pomnik kolaborantów

Nadleśnictwo Włoszczowa nie chciało budować pomnika Brygady Świętokrzyskiej. Minister środowiska Michał Woś zamierza leśników zmusić.

Kult Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych to jeden z najbardziej absurdalnych elementów prawicowej polityki historycznej. W kraju, gdzie w walkę z hitlerowską okupacją angażowały się dziesiątki tysięcy ludzi, powstawały formacje i oddziały o różnym obliczu politycznym, nadzwyczajne bohaterstwo przypisuje się zgrupowaniu, które z okupantem walczyło w stopniu minimalnym, odmaszerowało z terytorium Polski dzięki porozumieniu z Niemcami, a następnie zgodziło się brać udział w akcjach dywersyjnych na tyłach armii radzieckiej. Brygada, związana politycznie z najbardziej skrajnym odłamem polskich przedwojennych nacjonalistów, ze znacznie większym zaangażowaniem atakowała oddziały partyzantki lewicowej, komunistycznej.

We wrześniu 1944 r. pod Rząbcem nacjonaliści rozbili oddział Armii Ludowej, wzięli do niewoli 32 polskich partyzantów i 73 partyzantów radzieckich. Następnie wydali w ręce niemieckie pięciu radzieckich oficerów, a pozostałych jeńców radzieckich rozstrzelali. Dziś prawicowa historiografia, przyjmując bez zastrzeżeń wyjaśnienia samych nacjonalistów, przyjmuje, że stało się tak, gdy wzięci do niewoli się zbuntowali. Trudno w to jednak łatwo uwierzyć.

W PRL pod Rząbcem wzniesiono pomnik potępiający „zbirów z NSZ”. W 2018 r. Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej zastąpiło tablicę z tak sformułowanym napisem nową, która miała zachęcać do historycznej refleksji i uczczenia pamięci poległych: Pamięć nie umiera. Zabiła ich nienawiść. Pamięci 74 partyzantów-jeńców rozstrzelanych 8 września 1944 r. Pokój ich duszy.

Liczono, że inskrypcja zostanie zaakceptowana przez dekomunizatorów z IPN – daremnie. Dla architektów jedynej słusznej polityki był to nadal „komunistyczny pomnik” zasługujący wyłącznie na zniszczenie. Stowarzyszenie postanowiło rozebrać go we własnym zakresie. Wtedy ze swoją inicjatywą ruszyło lokalne prawicowe stowarzyszenie Lokalni Patrioci, którzy chcieliby wystawić nowy pomnik. Już nie wzywający do refleksji, lecz głoszący chwałę Brygady Świętokrzyskiej.

Właśnie ten projekt próbowało zatrzymać nadleśnictwo we Włoszczowej, które zarządza gruntami, gdzie miałby stanąć pomnik. W piśmie, które pojawiło się dziś na Twitterze, sugeruje Lokalnym Patriotom upamiętnianie Brygady Świętokrzyskiej w innym miejscu – bo w okolicach Rząbca żyją jeszcze potomkowie zabitych podczas bitwy żołnierzy Armii Ludowej. – W tej sytuacji trudno o zachowanie neutralnego charakteru pomnika – czytamy w piśmie.

Wystarczyło, by pismo zaczęli z oburzeniem komentować prawicowi internauci i dziennikarze, by głos zabrał minister Michał Woś, kierujący resortem środowiska. Minister, któremu podlegają Lasy Państwowe, zapowiedział, że pomnik nie tylko powstanie, ale też zostanie sfinansowany przez nadleśnictwo, które sceptycznie odniosło się do idei jego wzniesienia.
– W Rząbcu w miejscu bitwy Brygady Świętokrzyskiej NSZ z sowietami i ich pachołkami pomnik powstanie, a dla naprawienia błędu nadleśnictwo będzie współfinansować jego budowę. W tej sprawie Lasy Państwowe wszczęły postępowanie wyjaśniające – napisał Woś na Twitterze.
Jak widać w Polsce nie ma miejsca na opinie w sprawach historycznych, które choćby na centymetr odbiegałyby od skrajnie prawicowego wzorca nakreślonego przez IPN. Historia spod Rząbca jest kolejnym takim przypadkiem – po ul. Łupaszki w Białymstoku czy próbie upamiętnienia w nazwie ulicy robotniczej przeszłości Żyrardowa. Nigdzie prawica nie potrafiła zdobyć się na to, by uszanować lokalną pamięć.

Na forsowanie własnej wizji przeszłości zwrócił uwagę poseł Maciej Konieczny (Lewica Razem).

– Prawo i Sprawiedliwość jak widać gotowe jest nawet wbrew woli lokalnej społeczności czcić pamięć skrajnie prawicowych bojówek walczących o “Polskę, w której żaden Niemiec, Żyd, Ukrainiec czy Litwin nie może zostać uznany za pełnoprawnego obywatela” – skomentował sprawę na Facebooku. – W oddziałach Armii Krajowej walczyło ok. 400 tysięcy osób. Wiele z nich czeka jeszcze na godne upamiętnienie. Jednak polski rząd ulegając naciskom nacjonalistów i neofaszystów bardzo dba o upamiętnienie formacji, która marzyła o zaprowadzeniu w Polsce nacjonalistycznej dyktatury.

Śląsk zlekceważony

W odpowiedzi na interwencję poselską parlamentarzystów Lewicy – Macieja Kopca i Macieja Koniecznego – Polska Grupa Górnicza i Jastrzębska Spółka Węglowa zapewniają, że zrobiły wszystko, by chronić górników przed koronawirusem. Tymczasem liczba zachorowań wciąż rośnie…

Według stanu z soboty 13 czerwca pracowników kopalń zakażonych koronawirusem było już 5400. Wcześniej, 8 czerwca, minister Jacek Sasin razem z ministrem Łukaszem Szumowskim był zmuszony ogłosić, że 11 kopalń bądź ich części (ruchów) nie będzie do końca czerwca prowadzić wydobycia. Związki zawodowe przyjęły tę decyzję różnie. Według regionalnej „Solidarności” nie wolno zamykać kopalń, bo istnieje ryzyko, że nigdy już nie zostaną otwarte. Inne organizacje aprobują przyjęte rozwiązania i zapowiedź postojowego w wysokości 100 proc. górniczej płacy. Jednak, jak zauważył Bogusław Ziętek z „Sierpnia’80”, nawet jeśli spółki górnicze robiy, co mogły, kopalnie powinny były zostać zamknięte już na początku maja.

Czy mogło być inaczej?

Już w styczniu, wraz z posłami i posłankami Lewicy alarmowaliśmy o możliwym zagrożeniu pandemią. Nikt nie słuchał, nikt nie odpowiadał – mówi „Dziennikowi Trybuna” poseł Lewicy Maciej Kopiec, wybrany z jednego z okręgów na Śląsku. W jego przekonaniu rozwiązanie zadowalające wszystkie strony istniało.

W sytuacji, w której nie można zamknąć całkowicie kopalń, a jednocześnie wiemy, że zagrożenie może nastąpić – należało ograniczyć pracę kopalń do niezbędnego minimum, zapytać górników czy zgodzą się na pobyt w zagwarantowanych przez państwo, wydzielonych miejscach noclegowych, odpowiednio gratyfikując niedogodności – i co miesiąc zmieniać skład na kolejnych chętnych, przebadanych na obecność wirusa – powiedział nam parlamentarzysta. – Takie ograniczenie czy też izolacja (podkreślam, dla górników, którzy wyrażą na to zgodę i dostaną odpowiedni dodatek do wypłat), zminimalizowałoby w mojej ocenie ilość zachorowań i pozwoliło na funkcjonowanie kopalń bez potrzeby ich całkowitego zamykania.
Ani Polska Grupa Górnicza, ani Jastrzębska Spółka Węglowa nie zdecydowały się na podobny ruch. Kopalnie działały, chociaż, jak zwraca uwagę Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka i inżynier górniczy, podczas zjazdu na dół i pracy przy wydobyciu nie ma mowy o zachowaniu dystansu społecznego. Posłowie Lewicy w maju zapytali, co w takim razie zrobiono dla uchronienia pracowników przed pandemią.

Pestki dyni

Skrzętnie ułożone odpowiedzi, stwierdziły, że ze strony zarządu kopalń wszystko jest w jak najlepszym porządku. Uniknięto odpowiedzi na pytanie, kto konkretnie jest odpowiedzialny za zdrowie górników, ich zabezpieczenie oraz stan epidemiczny – mówi nam Maciej Kopiec. – Według pism, wdrożono obostrzenia: „zakaz korzystania z tabaki” oraz „zakaz spożywania słonecznika oraz pestek dyni” na terenie wyrobisk dołowych.
Posłowie Kopiec i Konieczny czekają jeszcze na odpowiedź Jacka Sasina, do którego także wystosowali interpelację, pytając, co z kolei dla górników zrobiło Ministerstwo Aktywów Państwowych.

Zlekceważeni górnicy

Śląski parlamentarzysta nie ma wątpliwości: górników, czy też szerzej, mieszkańców Śląska, rząd potraktował skandalicznie.

To, że rząd ich zlekceważył, nie jest moją oceną. To fakt, który potwierdza ilość osób, narażonych przez niewłaściwą walkę z pandemią, na zachorowanie. To fakt, że w sytuacji, w której brakuje środków ochronnych na kopalniach, minister Sasin lata rządowym śmigłowcem na briefingi prasowe na Śląsku. To także fakt, że z dostarczonych zbyt późno maseczek robi się wydarzenia medialne – podsumowuje poseł Kopiec. – Na koniec – to fakt, że minister Szumowski mówi, że to my, Ślązacy i Ślązaczki odpowiadamy za zarazę, której jesteśmy punktem centralnym. Trudno to skomentować, nie domagając się dymisji panów Sasina i Szumowskiego, co w każdym kraju, którego ustrój oparty jest na cywilizowanej demokracji – miałoby miejsce.

Lewica po stronie górników

Jak Polska Grupa Górnicza przygotowywała się na epidemiczne zagrożenie? Czy i jak zamierzała chronić pracowników? Posłowie Lewicy przeprowadzili interwencję poselską w siedzibie spółki w Katowicach. Jeśli ich wątpliwości nie zostaną rozwiane, pójdą do prokuratury.

Interwencję poselską przeprowadzili Maciej Konieczny i Maciej Kopiec. Parlamentarzyści oczekują, że Polska Grupa Górnicza udostępni im wykaz procedur sanitarnych, jakie zostały wdrożone w kopalniach po 20 marca, gdy w Polsce zaczął obowiązywać stan epidemii, przedstawi zlecenia zakupów środków ochronnych dla pracowników (maseczek i płynów do dezynfekcji), codzienne raporty z pomiarów temperatury pracowników oraz wybrane protokoły z posiedzeń zarządu spółki. Konkretnie parlamentarzyści zwracają się o udostępnienie sprawozdań z zebrań, na których zdecydowano o kontynuowaniu wydobycia po ogłoszeniu stanu epidemii oraz o przeprowadzeniu masowego testowania górników na obecność koronawirusa. Pytania dotyczą kopalń węgla kamiennego Wujek, Piast-Ziemowit, ROW, Murcki-Staszic, Sośnica, Mysłowice-Wesoła, Bolesław Śmiały. To tam odnotowano najwięcej zakażeń, a wydobycie musiało zostać ograniczone.

Posłowie zwrócili się również o udostępnieniem im całej korespondencji prowadzonej przez PGG ze Śląskim Państwowym Wojewódzkim Inspektoratem Zdrowia po 20 marca włącznie.

Porzucony Śląsk

– Interweniujemy, ponieważ mamy wrażenie, że władza centralna kolejny raz potraktowała Śląsk jako kolonię taniej siły roboczej, o którą nie trzeba dbać, na końcu mówiąc nam, Ślązakom i Ślązaczkom, że to my jesteśmy winni temu, że pandemia wciąż trwa – skomentował działania posłów Maciej Kopiec. Odniósł się do rządowych komentarzy, sugerujących, że w całym kraju epidemia dogasa i tylko Śląsk, gdzie trwa masowe testowanie górników i są ujawniane kolejne pozytywne wyniki, jest niechlubnym wyjątkiem.

– Jeżeli nie dostaniemy żądanych informacji, albo też wyjaśnienia okażą się niewystarczające, zwrócimy się do prokuratury, aby zbadała, czy życie i zdrowie górników zostało bezprawnie narażone na szwank – zapowiedział z kolei poseł Maciej Konieczny. O to, by zaalarmować organy ścigania, apelował wcześniej na konferencji prasowej w Katowicach, wspólnej z posłami i kandydatem Lewicy na prezydenta Robertem Biedroniem, Andrzej Chwiluk ze Związku Zawodowego Górników.

Sprawiedliwa transformacja

Na konferencji tej mówiono nie tylko o najbardziej aktualnych problemach górników. Politycy Lewicy przypomnieli, że miejsca pracy przy wydobyciu węgla nie są wieczne, zwłaszcza wobec trwającego kryzysu klimatycznego, a obowiązkiem rządu jest przygotować plan sprawiedliwej transformacji.
– Cały świat będzie odchodził od starych form przemysłu, a w jego miejsce pojawią się nowe. I od tego, czy my będziemy mieli plan transformacji będzie zależało czy Śląsk będzie w awangardzie tych zmian czy zostanie w tyle – komentuje Maciej Konieczny. Zauważył, że obecnie tego planu nie ma. Górnicy na przemian słyszą, jak wielkie znaczenie ma ich praca i dowiadują się, że wydobycie w tej czy innej kopalni jest nieopłacalne. Dla tracących pracę nie ma innej oferty niż osławione „radźcie sobie”.

– Musimy być przygotowani na to, żeby w miejsce tych dobrze płatnych, jak na polskie warunki, uzwiązkowionych miejsc pracy w kopalniach pojawiły się co najmniej równie dobre miejsca pracy w nowym Zielony Przemyśle. Równie dobre miejsca pracy w przemyśle, które także będą dobrze płatne, które będą stabilne i które będą uzwiązkowione. To, na co się nie godzimy, to żeby zamknąć kopalnie i jakoś to będzie – oznajmił poseł wybrany z listy Lewicy w Katowicach. – . Bo „jakoś to będzie” to są śmieciówki, „jakoś to będzie” to jest pomiatanie pracownikiem i na to Lewica nigdy się nie zgodzi.

Poseł Konieczny gromi Konfederację

Drakońskie prawo antyaborcyjne, czy raczej antykobiece, nie było jedynym projektem rozpatrywanym przez Sejm 14 i 15 kwietnia. Wróciła również forsowana przez Konfederację sprawa tzw. ustawy 447 i wizje odszkodowań, jakich za chwilę zażądają od Polski organizacje żydowskie. Poseł Lewicy przy tej okazji obnażył hipokryzję konfederatów. Udowodnił, że wcale nie leży im na sercu los lokatorów, którzy mogą zostać eksmitowani z reprywatyzowanych budynków. Przypomniał także, kto obiecał Polakom ustawę reprywatyzacyjną i do tej pory nie dotrzymał słowa.

Przedstawiamy całość przemówienia Macieja Koniecznego.

Panowie z Konfederacji zaraz będą tłumaczyć, że amerykańska ustawa stanowi wielkie zagrożenie dla Polek i Polaków. Będą straszyć, że zaraz przyjadą Żydzi i zaczną zabierać domy. Może tego nie wiecie, panowie z Konfederacji, ale w Polsce od wielu lat wyrzuca się ludzi z domów. I nie potrzeba do tego żadnej uchwały amerykańskiego senatu. Robią to od lat Polacy, na mocy polskiego prawa i wyroków polskich sądów. To nie 447. To się, szanowni Panowie, nazywa reprywatyzacja. Tym się jakoś nie zajmujecie. Bo to nie o ludzką krzywdę wam chodzi. Wam chodzi po prostu o szczucie na obcych.

To, co przyjmuje amerykański parlament, nie rodzi dla Polski żadnych skutków prawnych. Jesteśmy niepodległym krajem, a nie amerykańską kolonią. O polskim prawie nie decyduje ani amerykański senat ani rosyjska duma tylko polski Sejm! Wydaje mi się, że posłowie Konfederacji, po kilku miesiącach w Sejmie, powinni już o tym wiedzieć. Polska nie będzie zwracać żadnego mienia bezspadkowego, bo nie ma do tego żadnej podstawy prawnej. Kwestia roszczeń obywateli amerykańskich została rozstrzygnięta w 1960 roku w ramach umowy pomiędzy USA, a Polską Ludową. Koniec, kropka.

Skrajna prawica chce rozpętać antysemicką kampanię. Nie powinno to dziwić. Jednym z inicjatorów projektu jest były szef ONR. To środowisko od ponad stu lat kultywuje antysemickie obsesje. Straszenie Żydami, którzy rzekomo idą ograbić Polskę, doskonale się w to wpisuje. Nacjonalistyczne szczucie już nie raz doprowadziło do zbrodni. Tak było, gdy po podłej nagonce nacjonalista zamordował prezydenta Narutowicza! Tak było, gdy ONR-owcy podburzali do pogromów ludności żydowskiej. Tak było, gdy nacjonaliści kolaborowali z hitlerowcami, urządzali polowania na Żydów. Inicjatorzy tego projektu stają dziś w jednym rzędzie z tamtymi siewcami nienawiści.

Przepraszam, ale nie jestem w stanie uwierzyć, że panów z Konfederacji interesuje los eksmitowanych rodzin, ofiar reprywatyzacji. Przecież dla was najważniejsze jest święte prawo własności i pieniądz! Bez mrugnięcia okiem podpisalibyście się pod wyrzucaniem na ulicę rodzin z małymi dziećmi czy chorych emerytów. Dzika reprywatyzacja trwa od lat! Gdzie byliście, kiedy lewica społeczna i ruchy lokatorskie walczyły o prawo do dachu nad głową, o ludzką godność, o elementarną sprawiedliwość? Gdzie byliście, gdy blokowaliśmy eksmisje? Nie widziałem was tam!
Pamiętam za to dobrze wilgotne, zarobaczone baraki na Przeworskiej, do których wyrzucało się ludzi w rządzonej przez Platformę stolicy. Tzw. “pomieszczenie tymczasowe” – trafiasz tam na trzy miesiące, a potem na ulicę, a władza umywa ręce. Pamiętam też świetnie, że wam wtedy nie przeszkadzały baraki na Przeworskiej. Pewnie nawet nie wiedzieliście o ich istnieniu. Wam wtedy przeszkadzała tęcza na Placu Zbawiciela!

Jesteście tchórzami. Jedyne na co was stać to szczucie na słabszych i walka z wymyślonymi wrogami. Do realnej obrony ludzi, do postawienia się prawdziwej mafii potrzeba odwagi. Potrzeba odwagi spalonej żywcem przez mafię Jolanty Brzeskiej, odwagi Piotra Ikonowicza, odwagi Ewy Andruszkiewicz, odwagi Piotra Ciszewskiego, odwagi Janusza Baranka, odwagi Jana Śpiewaka, odwagi Beaty Siemieniako, odwagi Jakuba Żaczka i setek innych. Zamiast zajmować się obsesjami prawicy, Sejm powinien raz na zawsze przeciąć kwestię reprywatyzacji. Na to jednak rządzącym zabrakło odwagi. Dobrze pamiętamy jak wiceminister Patryk Jaki z dumą prezentował założenia ustawy reprywatyzacyjnej. Gdzie jest ta obiecywana ustawa, panowie i panie z Prawa i Sprawiedliwości? Czy znowu oszukaliście ludzi? Czego się boicie? Czyje interesy chronicie? Dziś Patryk Jaki jest w Brukseli, a ustawy nie ma. Czemu tak nagle zabrakło wam odwagi?

Nam odwagi nie zabraknie. Tę sprawę trzeba w końcu przeciąć. Dlatego Lewica złoży w sejmie ustawę reprywatyzacyjną, która raz na zawsze zakończy kwestię roszczeń. Wtedy, podczas głosowania, będziemy mogli wszyscy się przekonać, kto stoi po której stronie. Po stronie lokatorów, czy po stronie mafii reprywatyzacyjnej.

A co do tego antysemickiego gniota, którym dzisiaj zajęto uwagę wysokiej izby, lewica będzie oczywiście głosowała za skierowaniem go tam, gdzie jest jego miejsce – na śmietnik.

Wykupili maseczki, teraz proszą o pomoc

Koncern LPP w styczniu tego roku wykupił z polskiego rynku od kilkuset tysięcy do nawet miliona masek chroniących przed wirusami. Ruch ten doprowadził do drastycznego wzrostu cen tego produktu. Teraz, kiedy epidemia doprowadziła do obniżki cen akcji spółki, jej właściciele wraz z innymi kapitalistami z branży odzieżowej wystosowali do rządu apel o pomoc.

W styczniu bieżącego roku polskie szpitale miały poważny problem z zakupem masek ochronnych dla swojego personelu. Tym, którzy udało się nabyć niezbędne wyposażenie, firmy sprzedające maski podyktowały bandyckie ceny. Maseczka firmy Admed, przed zakupem LPP kosztowało 100 złotych, potem jego cena, w sytuacji niedoboru podaży, wzrosła do 350 złotych. Kilka innych przedsiębiorstw produkujących zabezpieczenia zerwało kontrakty ze szpitalami, aby zrealizować dostawy do LPP.

Maseczki wyjechały za granicę

Jak informuje Newsweek, koncern przekazał następnie maseczki do Chin. Oficjalnie – w ramach akcji humanitarnej. W rzeczywistości trafiły one do pracowników fabryk wytwarzających odzież dla LPP. W wielu regionach nałożono na mieszkańców obowiązek poruszania się po przestrzeni publicznej w maskach, dlatego też firma, chcąc mieć pewność, że pracownicy przyjdą do pracy, wyposażyła ich w odpowiedni sprzęt.
Determinacja LPP robiła wrażenie. Koncern próbował zassać z polskiego rynku jak najwięcej masek. Na stronie spółki pojawił się nawet numer telefonu, pod który mogły się zgłaszać podmioty chcące sprzedaż deficytowy towar.

Teraz chcą mniej płacić

Firma, której działania mogły narazić miliony Polaków na niebezpieczeństwo epidemiologiczne, kilka dni temu zwróciła się z apelem do rządu o zluzowanie zapisów kodeksu pracy, możliwość skracania czasu pracy, obniżania wynagrodzeń i odroczenia spłacania składek na ZUS na czas kryzysu.

LPP, a także inne firmy wchodzące w skład powołanego niedawno Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług chciałby również aby państwo dokładało do wypłat pracowników prywatnych firm odzieżowych.
Zachowanie kapitalisty skomentował poseł Lewicy Razem, Maciej Konieczny, który przypomniał, że LPP ma na sumieniu m.in. rejestrowanie swoich dochodów w spółkach w rajach podatkowych. Kiedy wiodło jej się dobrze, starała się maksymalnie ograniczać kwoty, którymi musiałaby podzielić się z polskim państwem. Co innego teraz, kiedy stanęło przed nią widmo utraty zysków (bo przecież nie bankructwa).

– Dziś ta sama korporacja, która ma zresztą za sobą historię unikania opodatkowania w Polsce oraz produkcji ubrań w skrajnie niebezpiecznych dla szwaczek warunkach, domaga się od państwa polskiego wsparcia finansowego na czas epidemii – wspomniał parlamentarzysta.

Najpierw ludzie, potem zyski

– Tak działa współczesny kapitalizm. Zyski wielkich korporacji raz po raz okazują się ważniejsze od życia i zdrowia nas wszystkich. Dziś już wiemy na pewno, że świat po pandemii nie będzie już taki jak dawniej. Nie stać na to, żeby dłużej podporządkowywać wszystko logice zysku. Pielęgniarki ratujące nasze życie zarabiają grosze, a grube miliardy zgarniają ludzie, którzy nie zawahają się pozbawić kraju zabezpieczenia przeciw epidemii dla własnego zysku. Czas to wreszcie zmienić – dodał Maciej Konieczny.
Spółka LPP ma za sobą znakomity okres. Od 1 stycznia 2019 r. do końca stycznia 2020 r., przychody ze sprzedaży wyniosły 9,885 mld zł, zysk brutto na sprzedaży – 5,124 mld zł, koszty operacyjne – 4,209 mld zł, a zysk EBIT – 805 mln zł.

Górnicy wywalczyli podwyżkę

Negocjacje między związkami zawodowymi a delegacją Polskiej Grupy Górniczej zakończyły się spotkaniem w pół drogi. Górnicy podkreślają jednak, że poszli na duży kompromis i trzeba będzie do tematu jeszcze wrócić.

Walczyli o podwyżkę dwunastoprocentową, dostaną 6 proc. Precyzyjniej rzecz ujmując, w porozumieniu zapisano, że od 1 stycznia 2020 roku pracownicy będą otrzymywali dodatek do każdej przepracowanej dniówki w wysokości uzależnionej od miejsca i charakteru pracy. 54 zł brutto, w tym 22 zł podwyżki otrzymają pracownicy pod ziemią w wyrobiskach. 51 zł brutto w tym 21 zł podwyżki to stawka dla pozostałych pracowników pod ziemią. 47 zł brutto, w tym 19 zł podwyżki będą otrzymywali pracownicy przeróbki mechanicznej węgla. Dla pozostałych pracowników powierzchni związki wywalczyły podwyżkę w wysokości 13 zł brutto.

– Zatem przy 21 dniówkach przepracowanych podwyżki są od 462 zł brutto do 273 zł brutto – podsumowują na profilu związku na Facebooku działacze Związku Zawodowego Przeróbka.

Trudne rozmowy

Odpytywani przez media o swoje wrażenia po negocjacjach związkowi liderzy byli zgodni: rozmowy były trudne i przyszło im pójść na dość poważny kompromis. Z tym, że to kompromis tymczasowy. We wrześniu rozmowy płacowe mają zostać wznowione.

Niemniej w tej sytuacji dalsze działania protestacyjne nie będą już prowadzone – nie będzie ani referendum strajkowego planowanego na 25 lutego, ani manifestacji w Warszawie, która miała odbyć się 28 lutego. Podwyżka będzie liczona od stycznia br.

Nie tylko pieniądze

Górnicy zjadą jednak do Warszawy w kwietniu. 21 dnia tego miesiąca związki zawodowe mają znowu usiąść do stołu z ministrem aktywów państwowych Jackiem Sasinem i rozmawiać o bardziej kompleksowych zmianach w polskim górnictwie. Czy chodzi o to, by od węgla powoli odchodzić, ale nie w taki sposób, by zostawić bez zajęcia całe miejscowości, gdzie kluczowymi pracodawcami są kopalnie?

– Będą pewnie duże korekty jeśli chodzi o funkcjonowanie całego sektora paliwowo-energetycznego. Chodzi o schemat rozwiązań systemowych dla całego sektora. Być może będzie tak, że konstrukcja organizacyjna sektora będzie wyglądać na koniec tego roku zupełnie inaczej – mówił w czwartek dziennikarzom szef śląsko-dąbrowskiej Solidarności Dominik Kolorz.
W porozumieniu czytamy również, iż zostaną podjęte działania na rzecz sprawnego wywozu już wydobytego węgla, który obecnie zalega w składach przy kopalniach, a także ograniczenia importu węgla, przede wszystkim rosyjskiego, do Polski.

O sprawiedliwą transformację

Odejście od węgla jest w programie Lewicy, potrzebę energetycznej transformacji bardzo akcentuje również Robert Biedroń w kampanii prezydenckiej.

– Lewica ma plan odejścia od węgla i oparcia energetyki w maksymalnym stopniu na odnawialnych źródłach energii, co wymaga ogromnych inwestycji. Jako Razem uważamy, że dodatkową bazą energetyczną powinna być energia jądrowa – pisał na Facebooku poseł Maciej Konieczny. Polityk zwrócił uwagę, że górnicy te sprawy rozumieją. Chcieliby nie tylko być godnie wynagradzani, ale również uczestniczyć w opracowywaniu dalszej strategii dla swojej branży.

– Jeśli ktoś pracuje lata w jakimś miejscu, nie można go z dnia na dzień informować, że to miejsce przestanie działać. O to dopominają się górnicy, o realną strategię działania, o to, żeby ta strategia powstawała w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi. O to, żeby bezpowrotnie nie znikały dobrze płatne, uzwiązkowione miejsca pracy – podsumował poseł z Katowic.

Narodowcy z IPN są bezkarni

Na początku grudnia ubiegłego roku Wojciech Muszyński, historyk i pracownik IPN, publicznie żałował, że członków partii Razem nie można zamordować tak, jak lewicowców w Chile Pinocheta. Poseł Lewicy Maciej Konieczny napisał w tej sprawie list do szefa Instytutu dra Jarosława Szarka. Kilka dni temu dostał odpowiedź.

Swoje wynurzenia Muszyński zawarł w komentarzach na Facebooku, pod wywiadem, jakiego Konieczny udzielił „Rzeczypospolitej”. Obok ludzi, którzy zwracali mu uwagę, że w Chile Pinocheta na szczęście nie żyjemy, znalazł grono myślących podobnie.

Nie było natomiast żadnej reakcji – ani natychmiast, ani w następnych dniach – ze strony kierownictwa IPN. Poseł Konieczny postanowił je zaalarmować. I…

– Trochę opadła mi szczęka – tymi słowami Konieczny podsumowuje swoją reakcję na doręczone mu pismo dra Jarosława Szarka, kierownika instytucji kreującej polską pamięć historyczną na prawicowe zamówienie.

Na urlopie można sobie pisać

Jak bowiem Szarek odniósł się do sytuacji, w której jego podwładny marzy o mordowaniu przeciwników politycznych? Główne przesłanie listu polega na tym, że poseł Lewicy nie powinien się przejmować, bo Muszyński pisał komentarze, nie będąc w pracy. Nie są to więc poważne deklaracje całej instytucji.

– Prezes IPN pisze, że komentarze Wojciecha Muszyńskiego miały charakter prywatny, a w czasie ich publikacji Muszyński przebywał na urlopie bezpłatnym (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie). Jednocześnie szef IPN zapewnia, że te komentarze nie są wyrazem oficjalnego stanowiska Instytutu w przedmiotowej sprawie – ujawnił Maciej Konieczny na Facebooku.

– Bardzo mnie to cieszy, gdyby się okazało, że IPN popiera mordowanie polskich parlamentarzystów sytuacja byłaby, delikatnie mówiąc, niezręczna – dodał.

Konieczny nie bez racji zauważył również, że gdyby historyk zatrudniony w IPN pozwolił sobie, nawet na urlopie bezpłatnym, na urąganie w podobny sposób weteranom Armii Krajowej czy atakowanie członków PiS, to jego kariera w instytucie błyskawicznie by się skończyła.

Piewca narodowców

Wojciech Muszyński w swojej działalności naukowej zajmuje się przede wszystkim polskimi nacjonalistami: przedwojennymi, Narodowymi Siłami Zbrojnymi, „żołnierzami wyklętymi” o przekonaniach narodowych. Jest redaktorem naczelnym pisma historycznego Glaukopis, które służy raczej wybielaniu i gloryfikowaniu nacjonalistów czy frankistowskiej Hiszpanii, niż rzetelnym badaniom. Pracuje wreszcie jako główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie, chociaż swojego czasu jego posada wisiała na włosku, gdyż udostępnił na swoim facebookowym profilu obrazek z powieszonym Barackiem Obamą.

Nie jest jedynym w IPN miłośnikiem polskich nacjonalistów oraz prawicowych dyktatur. Karierę w IPN robi Tomasz Greniuch, współtwórca struktur Obozu Narodowo-Radykalnego w Opolu. Z kolei pracownik Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przy IPN, dr Rafał Dobrowolski, został niedawno zdemaskowany jako autor internetowych komentarzy, w których wysyłał „lewackich degeneratów, lgbtowców, podludzi” do obory, kanału lub na wysypisko śmieci. Dobrowolski regularnie występuje w mediach prawicowych, był też kandydatem w wyborach samorządowych z ramienia Ruchu Narodowego.

Więcej posad dla kolegów

Ministerstwo Środowiska zostanie podzielone. Pomysł nie podoba się Lewicy, która zarzuca PiSowi piętrzenie kosztów, za które zapłacą podatnicy oraz tworzenie posad dla partyjnych kolesi.

Z obecnego resortu środowiska zostaną wyodrębnione dwa nowe ministerstwa.

Za jedno będzie odpowiadał młody wilk z Solidarnej Polski – Michał Woś. 28-letni protegowany Zbigniewa Ziobry będzie kontrolować obszar ochrony przyrody, lasy, geologię i koncesje geologiczne, natomiast cały obszar związany z klimatem przypadnie Michałowi Kurtyce.

Zatrzeć złe wrażenie

PiS tworząc ministerstwo klimatu próbuje przykryć bardzo złe wrażenie, jakie stwarza, blokując na kolejnych szczytach Unii Europejskich uchwalanie stanowisk wzywających państwa do działań zmierzających do redukcji emisji gazów cieplarnianych, co jest koniecznością, biorąc pod uwagę postanowienia porozumienia paryskiego – jeśli chcemy uniknąć katastrofy, temperatura globalna nie może wzrosnąć do 2030 roku o więcej niż 1,5 st C. PiS nie tylko torpeduje takie odezwy, ale również robi wszystko, by uzyskać jak najlepsze warunki utrzymania produkcji energii opartej na wysokiej emisji CO2.

Dwa ministerstwa – dwie fuchy

Podczas dyskusji w Sejmie głos w tej sprawie zabrał Maciej Konieczny z Lewicy Razem, który zwrócił uwagę, że premier Mateusz Morawiecki próbuje uniknąć odpowiedzialności za tworzenie kolejnego ministerstwa, o czym świadczy fakt, że projekt podziału resortu został zgłoszony jako wniosek poselski, nie rządowy.

– Ten projekt to wiele nowych atrakcyjnych posad dla kolegów – ministerialnych, wiceministerialnych, posad w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Dwa dodatkowe ministerstwa to dwie dodatkowe posady dla dwóch kolegów. Jak zadbać o dobrą rotację, to zmieści się i sześciu. Do tego dojdą jeszcze jakieś sute odprawy – wskazywał parlamentarzysta Lewicy.

Konieczny tłumaczył również, w jaki sposób buduje to stosunek korupcyjny pomiędzy PiS, a tymi, którzy pozostają z nim w stosunku zależności. – Koledzy odwdzięczą się, wpłacając na partię, wpłacając na zaprzyjaźnione fundacje, dobrzy koledzy to się odwdzięczą – mówił poseł.

– Parafrazując klasyka: dobrze się żyje panie i panowie z PiSu, dobrze się żyje, szkoda, że głównie wam – ironizował. – Emerytom żałowaliście 1600 zł na minimalną emeryturę, ręka w rękę z liberałami z Platformy głosując przeciwko projektowi Lewicy. Czy wy jeszcze pamiętacie swoje obietnice o tym, że skończycie z salonem? Bo dziś brzmią one jak ponury żart – skwitował Maciej Konieczny.