Wykupili maseczki, teraz proszą o pomoc

Koncern LPP w styczniu tego roku wykupił z polskiego rynku od kilkuset tysięcy do nawet miliona masek chroniących przed wirusami. Ruch ten doprowadził do drastycznego wzrostu cen tego produktu. Teraz, kiedy epidemia doprowadziła do obniżki cen akcji spółki, jej właściciele wraz z innymi kapitalistami z branży odzieżowej wystosowali do rządu apel o pomoc.

W styczniu bieżącego roku polskie szpitale miały poważny problem z zakupem masek ochronnych dla swojego personelu. Tym, którzy udało się nabyć niezbędne wyposażenie, firmy sprzedające maski podyktowały bandyckie ceny. Maseczka firmy Admed, przed zakupem LPP kosztowało 100 złotych, potem jego cena, w sytuacji niedoboru podaży, wzrosła do 350 złotych. Kilka innych przedsiębiorstw produkujących zabezpieczenia zerwało kontrakty ze szpitalami, aby zrealizować dostawy do LPP.

Maseczki wyjechały za granicę

Jak informuje Newsweek, koncern przekazał następnie maseczki do Chin. Oficjalnie – w ramach akcji humanitarnej. W rzeczywistości trafiły one do pracowników fabryk wytwarzających odzież dla LPP. W wielu regionach nałożono na mieszkańców obowiązek poruszania się po przestrzeni publicznej w maskach, dlatego też firma, chcąc mieć pewność, że pracownicy przyjdą do pracy, wyposażyła ich w odpowiedni sprzęt.
Determinacja LPP robiła wrażenie. Koncern próbował zassać z polskiego rynku jak najwięcej masek. Na stronie spółki pojawił się nawet numer telefonu, pod który mogły się zgłaszać podmioty chcące sprzedaż deficytowy towar.

Teraz chcą mniej płacić

Firma, której działania mogły narazić miliony Polaków na niebezpieczeństwo epidemiologiczne, kilka dni temu zwróciła się z apelem do rządu o zluzowanie zapisów kodeksu pracy, możliwość skracania czasu pracy, obniżania wynagrodzeń i odroczenia spłacania składek na ZUS na czas kryzysu.

LPP, a także inne firmy wchodzące w skład powołanego niedawno Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług chciałby również aby państwo dokładało do wypłat pracowników prywatnych firm odzieżowych.
Zachowanie kapitalisty skomentował poseł Lewicy Razem, Maciej Konieczny, który przypomniał, że LPP ma na sumieniu m.in. rejestrowanie swoich dochodów w spółkach w rajach podatkowych. Kiedy wiodło jej się dobrze, starała się maksymalnie ograniczać kwoty, którymi musiałaby podzielić się z polskim państwem. Co innego teraz, kiedy stanęło przed nią widmo utraty zysków (bo przecież nie bankructwa).

– Dziś ta sama korporacja, która ma zresztą za sobą historię unikania opodatkowania w Polsce oraz produkcji ubrań w skrajnie niebezpiecznych dla szwaczek warunkach, domaga się od państwa polskiego wsparcia finansowego na czas epidemii – wspomniał parlamentarzysta.

Najpierw ludzie, potem zyski

– Tak działa współczesny kapitalizm. Zyski wielkich korporacji raz po raz okazują się ważniejsze od życia i zdrowia nas wszystkich. Dziś już wiemy na pewno, że świat po pandemii nie będzie już taki jak dawniej. Nie stać na to, żeby dłużej podporządkowywać wszystko logice zysku. Pielęgniarki ratujące nasze życie zarabiają grosze, a grube miliardy zgarniają ludzie, którzy nie zawahają się pozbawić kraju zabezpieczenia przeciw epidemii dla własnego zysku. Czas to wreszcie zmienić – dodał Maciej Konieczny.
Spółka LPP ma za sobą znakomity okres. Od 1 stycznia 2019 r. do końca stycznia 2020 r., przychody ze sprzedaży wyniosły 9,885 mld zł, zysk brutto na sprzedaży – 5,124 mld zł, koszty operacyjne – 4,209 mld zł, a zysk EBIT – 805 mln zł.

Górnicy wywalczyli podwyżkę

Negocjacje między związkami zawodowymi a delegacją Polskiej Grupy Górniczej zakończyły się spotkaniem w pół drogi. Górnicy podkreślają jednak, że poszli na duży kompromis i trzeba będzie do tematu jeszcze wrócić.

Walczyli o podwyżkę dwunastoprocentową, dostaną 6 proc. Precyzyjniej rzecz ujmując, w porozumieniu zapisano, że od 1 stycznia 2020 roku pracownicy będą otrzymywali dodatek do każdej przepracowanej dniówki w wysokości uzależnionej od miejsca i charakteru pracy. 54 zł brutto, w tym 22 zł podwyżki otrzymają pracownicy pod ziemią w wyrobiskach. 51 zł brutto w tym 21 zł podwyżki to stawka dla pozostałych pracowników pod ziemią. 47 zł brutto, w tym 19 zł podwyżki będą otrzymywali pracownicy przeróbki mechanicznej węgla. Dla pozostałych pracowników powierzchni związki wywalczyły podwyżkę w wysokości 13 zł brutto.

– Zatem przy 21 dniówkach przepracowanych podwyżki są od 462 zł brutto do 273 zł brutto – podsumowują na profilu związku na Facebooku działacze Związku Zawodowego Przeróbka.

Trudne rozmowy

Odpytywani przez media o swoje wrażenia po negocjacjach związkowi liderzy byli zgodni: rozmowy były trudne i przyszło im pójść na dość poważny kompromis. Z tym, że to kompromis tymczasowy. We wrześniu rozmowy płacowe mają zostać wznowione.

Niemniej w tej sytuacji dalsze działania protestacyjne nie będą już prowadzone – nie będzie ani referendum strajkowego planowanego na 25 lutego, ani manifestacji w Warszawie, która miała odbyć się 28 lutego. Podwyżka będzie liczona od stycznia br.

Nie tylko pieniądze

Górnicy zjadą jednak do Warszawy w kwietniu. 21 dnia tego miesiąca związki zawodowe mają znowu usiąść do stołu z ministrem aktywów państwowych Jackiem Sasinem i rozmawiać o bardziej kompleksowych zmianach w polskim górnictwie. Czy chodzi o to, by od węgla powoli odchodzić, ale nie w taki sposób, by zostawić bez zajęcia całe miejscowości, gdzie kluczowymi pracodawcami są kopalnie?

– Będą pewnie duże korekty jeśli chodzi o funkcjonowanie całego sektora paliwowo-energetycznego. Chodzi o schemat rozwiązań systemowych dla całego sektora. Być może będzie tak, że konstrukcja organizacyjna sektora będzie wyglądać na koniec tego roku zupełnie inaczej – mówił w czwartek dziennikarzom szef śląsko-dąbrowskiej Solidarności Dominik Kolorz.
W porozumieniu czytamy również, iż zostaną podjęte działania na rzecz sprawnego wywozu już wydobytego węgla, który obecnie zalega w składach przy kopalniach, a także ograniczenia importu węgla, przede wszystkim rosyjskiego, do Polski.

O sprawiedliwą transformację

Odejście od węgla jest w programie Lewicy, potrzebę energetycznej transformacji bardzo akcentuje również Robert Biedroń w kampanii prezydenckiej.

– Lewica ma plan odejścia od węgla i oparcia energetyki w maksymalnym stopniu na odnawialnych źródłach energii, co wymaga ogromnych inwestycji. Jako Razem uważamy, że dodatkową bazą energetyczną powinna być energia jądrowa – pisał na Facebooku poseł Maciej Konieczny. Polityk zwrócił uwagę, że górnicy te sprawy rozumieją. Chcieliby nie tylko być godnie wynagradzani, ale również uczestniczyć w opracowywaniu dalszej strategii dla swojej branży.

– Jeśli ktoś pracuje lata w jakimś miejscu, nie można go z dnia na dzień informować, że to miejsce przestanie działać. O to dopominają się górnicy, o realną strategię działania, o to, żeby ta strategia powstawała w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi. O to, żeby bezpowrotnie nie znikały dobrze płatne, uzwiązkowione miejsca pracy – podsumował poseł z Katowic.

Narodowcy z IPN są bezkarni

Na początku grudnia ubiegłego roku Wojciech Muszyński, historyk i pracownik IPN, publicznie żałował, że członków partii Razem nie można zamordować tak, jak lewicowców w Chile Pinocheta. Poseł Lewicy Maciej Konieczny napisał w tej sprawie list do szefa Instytutu dra Jarosława Szarka. Kilka dni temu dostał odpowiedź.

Swoje wynurzenia Muszyński zawarł w komentarzach na Facebooku, pod wywiadem, jakiego Konieczny udzielił „Rzeczypospolitej”. Obok ludzi, którzy zwracali mu uwagę, że w Chile Pinocheta na szczęście nie żyjemy, znalazł grono myślących podobnie.

Nie było natomiast żadnej reakcji – ani natychmiast, ani w następnych dniach – ze strony kierownictwa IPN. Poseł Konieczny postanowił je zaalarmować. I…

– Trochę opadła mi szczęka – tymi słowami Konieczny podsumowuje swoją reakcję na doręczone mu pismo dra Jarosława Szarka, kierownika instytucji kreującej polską pamięć historyczną na prawicowe zamówienie.

Na urlopie można sobie pisać

Jak bowiem Szarek odniósł się do sytuacji, w której jego podwładny marzy o mordowaniu przeciwników politycznych? Główne przesłanie listu polega na tym, że poseł Lewicy nie powinien się przejmować, bo Muszyński pisał komentarze, nie będąc w pracy. Nie są to więc poważne deklaracje całej instytucji.

– Prezes IPN pisze, że komentarze Wojciecha Muszyńskiego miały charakter prywatny, a w czasie ich publikacji Muszyński przebywał na urlopie bezpłatnym (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie). Jednocześnie szef IPN zapewnia, że te komentarze nie są wyrazem oficjalnego stanowiska Instytutu w przedmiotowej sprawie – ujawnił Maciej Konieczny na Facebooku.

– Bardzo mnie to cieszy, gdyby się okazało, że IPN popiera mordowanie polskich parlamentarzystów sytuacja byłaby, delikatnie mówiąc, niezręczna – dodał.

Konieczny nie bez racji zauważył również, że gdyby historyk zatrudniony w IPN pozwolił sobie, nawet na urlopie bezpłatnym, na urąganie w podobny sposób weteranom Armii Krajowej czy atakowanie członków PiS, to jego kariera w instytucie błyskawicznie by się skończyła.

Piewca narodowców

Wojciech Muszyński w swojej działalności naukowej zajmuje się przede wszystkim polskimi nacjonalistami: przedwojennymi, Narodowymi Siłami Zbrojnymi, „żołnierzami wyklętymi” o przekonaniach narodowych. Jest redaktorem naczelnym pisma historycznego Glaukopis, które służy raczej wybielaniu i gloryfikowaniu nacjonalistów czy frankistowskiej Hiszpanii, niż rzetelnym badaniom. Pracuje wreszcie jako główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie, chociaż swojego czasu jego posada wisiała na włosku, gdyż udostępnił na swoim facebookowym profilu obrazek z powieszonym Barackiem Obamą.

Nie jest jedynym w IPN miłośnikiem polskich nacjonalistów oraz prawicowych dyktatur. Karierę w IPN robi Tomasz Greniuch, współtwórca struktur Obozu Narodowo-Radykalnego w Opolu. Z kolei pracownik Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przy IPN, dr Rafał Dobrowolski, został niedawno zdemaskowany jako autor internetowych komentarzy, w których wysyłał „lewackich degeneratów, lgbtowców, podludzi” do obory, kanału lub na wysypisko śmieci. Dobrowolski regularnie występuje w mediach prawicowych, był też kandydatem w wyborach samorządowych z ramienia Ruchu Narodowego.

Więcej posad dla kolegów

Ministerstwo Środowiska zostanie podzielone. Pomysł nie podoba się Lewicy, która zarzuca PiSowi piętrzenie kosztów, za które zapłacą podatnicy oraz tworzenie posad dla partyjnych kolesi.

Z obecnego resortu środowiska zostaną wyodrębnione dwa nowe ministerstwa.

Za jedno będzie odpowiadał młody wilk z Solidarnej Polski – Michał Woś. 28-letni protegowany Zbigniewa Ziobry będzie kontrolować obszar ochrony przyrody, lasy, geologię i koncesje geologiczne, natomiast cały obszar związany z klimatem przypadnie Michałowi Kurtyce.

Zatrzeć złe wrażenie

PiS tworząc ministerstwo klimatu próbuje przykryć bardzo złe wrażenie, jakie stwarza, blokując na kolejnych szczytach Unii Europejskich uchwalanie stanowisk wzywających państwa do działań zmierzających do redukcji emisji gazów cieplarnianych, co jest koniecznością, biorąc pod uwagę postanowienia porozumienia paryskiego – jeśli chcemy uniknąć katastrofy, temperatura globalna nie może wzrosnąć do 2030 roku o więcej niż 1,5 st C. PiS nie tylko torpeduje takie odezwy, ale również robi wszystko, by uzyskać jak najlepsze warunki utrzymania produkcji energii opartej na wysokiej emisji CO2.

Dwa ministerstwa – dwie fuchy

Podczas dyskusji w Sejmie głos w tej sprawie zabrał Maciej Konieczny z Lewicy Razem, który zwrócił uwagę, że premier Mateusz Morawiecki próbuje uniknąć odpowiedzialności za tworzenie kolejnego ministerstwa, o czym świadczy fakt, że projekt podziału resortu został zgłoszony jako wniosek poselski, nie rządowy.

– Ten projekt to wiele nowych atrakcyjnych posad dla kolegów – ministerialnych, wiceministerialnych, posad w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Dwa dodatkowe ministerstwa to dwie dodatkowe posady dla dwóch kolegów. Jak zadbać o dobrą rotację, to zmieści się i sześciu. Do tego dojdą jeszcze jakieś sute odprawy – wskazywał parlamentarzysta Lewicy.

Konieczny tłumaczył również, w jaki sposób buduje to stosunek korupcyjny pomiędzy PiS, a tymi, którzy pozostają z nim w stosunku zależności. – Koledzy odwdzięczą się, wpłacając na partię, wpłacając na zaprzyjaźnione fundacje, dobrzy koledzy to się odwdzięczą – mówił poseł.

– Parafrazując klasyka: dobrze się żyje panie i panowie z PiSu, dobrze się żyje, szkoda, że głównie wam – ironizował. – Emerytom żałowaliście 1600 zł na minimalną emeryturę, ręka w rękę z liberałami z Platformy głosując przeciwko projektowi Lewicy. Czy wy jeszcze pamiętacie swoje obietnice o tym, że skończycie z salonem? Bo dziś brzmią one jak ponury żart – skwitował Maciej Konieczny.

Lewica przeciwko wojnie

Czasy, w których polska lewica była wspólnikiem amerykańskich agresorów w ich wojennych wyprawach szczęśliwie już minęły. 8 stycznia na konferencji prasowej jej przedstawiciele zaapelowali do prezydenta i rządu o przeciwstawienie się eskalującym przemoc decyzjom Waszyngtonu i wycofanie naszych żołnierzy z terytorium Iraku.

Spotkanie z dziennikarzami otworzył Maciej Konieczny, dla którego był to zapewne moment szczególny. Poseł Lewicy zaczynał działalność polityczną od protestów przeciwko wysłaniu polskich wojsk do Iraku. Był wówczas działaczem Młodych Socjalistów.

– Nie mamy wątpliwości, że w interesie Polski i świata jest deeskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nasze zdanie podziela wiele sił międzynarodowych, wiele państw europejskich, ale także wiele sił w samych Stanach Zjednoczonych – mówił Konieczny. – Jesteśmy przekonani, że rząd polski i polski prezydent powinni aktywnie działać na rzecz rozwiązań dyplomatycznych – zapewniał.

SLD ostrzega

Obok Koniecznego stał Andrzej Rozenek, poseł SLD, partii, która podjęła decyzję o udziale polskich żołnierzy w napaści na Irak. On sam był wtedy dziennikarzem, nie politykiem, jednak dziś w imieniu swojej formacji przyznał, że była to decyzja zła.

– Mówię tu do rządu Mateusza Morawieckiego: myśmy kiedyś ten straszny błąd popełnili, przy dużo bardziej stabilnej administracji rządu Stanów Zjednoczonych uwierzyliśmy w zapewnienia o broni masowego rażenia, która rzekomo miała być w Iraku, dlatego wysłaliśmy tam wtedy nasze wojska. To był błąd, za ten błąd lewica wielokrotnie przepraszała – mówił Rozenek.

Uszanować głos Irakijczyków

Maciej Gdula, poseł Lewicy zasiadający w sejmowej komisji spraw zagranicznych zaakcentował, że polskie wojska w Iraku nie mają już racji bytu, bo taka jest wola tamtejszych władz.
– To jest ważna decyzja suwerennego kraju, ze względu na tę decyzję i pod warunkiem, że władze Iraku wytrwają przy tej decyzji, my musimy pomyśleć co zrobić z naszymi żołnierzami w Iraku, oni odbywają tam misję szkoleniową. Wobec intensyfikacji napięć w tym rejonie ta misja traci stopniowo szkoleniowy charakter i dlatego – jeśli władze Iraku podtrzymają swoją decyzję dot. wycofania wojsk – my powinniśmy bardzo szybko w porozumieniu z władzami Iraku wycofać nasz kontyngent z Iraku, wycofać naszych żołnierzy do domu – powiedział Gdula.

Bezużyteczny WOT

Według Adriana Zandberga, Polska powinna wysłać jasny sygnał, że „nie ma zgody na łamanie prawa międzynarodowego” przez Stany Zjednoczone.
– Polską racją stanu jest pokój, a kolejna wojna na Bliskim Wschodzie będzie oznaczała nie tylko cierpienie i śmierć setek tysięcy ludzi, ale będzie oznaczała także dla nas w Polsce potężne problemy – powiedział poseł Razem. Na zaniedbania polskiego rządu w kwestii bezpieczeństwa zwrócił z kolei uwagę Włodzimierz Czarzasty.

– Na bezużyteczne Wojska Obrony Terytorialnej – narodowców biegających po lesie z karabinem ku radości Macierewicza – wydajecie więcej niż na wywiad i kontrwywiad wojskowy razem wzięte. Czyli ludzi, którzy są rzeczywiście ważni, dla naszego bezpieczeństwa – powiedział wicemarszałek Sejmu.

„Historyk” marzy o zabijaniu

– W Chile w 1973 r. członkowie partii Razem zostaliby helikopterami przewiezieni nad ocean i tam puszczeni wolno (30 mil od brzegu) – tak Wojciech Muszyński, doktor historii i pracownik IPN, skomentował wywiad z posłem Lewicy Maciejem Koniecznym.

Wojciech Muszyński w swojej działalności naukowej zajmuje się przede wszystkim polskimi nacjonalistami: przedwojennymi, Narodowymi Siłami Zbrojnymi, Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym – czyli „żołnierzami wyklętymi” walczącymi o Polskę tylko dla etnicznych Polaków, antysemitów i szowinistów. Jest redaktorem naczelnym pisma historycznego „Glaukopis”, które służy raczej wybielaniu i gloryfikowaniu nacjonalistów czy frankistowskiej Hiszpanii, niż rzetelnym badaniom. Pracuje wreszcie jako główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie, chociaż swojego czasu niewiele brakowało, by stracił tam zajęcie. Nie za wychwalanie polskich skrajnych formacji, bo to w Instytucie jest raczej zaletą. Muszyński poczuł się na tyle bezkarny, by udostępnić na swoim profilu na Facebooku Muszyński udostępnił obrazek z powieszonym Barackiem Obamą. gdy dostał za to reprymendę, zamknął profil dla osób postronnych. Obecnie ci, którzy nie mają Muszyńskiego w znajomych, moga zobaczyć tylko kilka zdjęć. Ale jakie! Na jednym z nich Romuald Rajs „Bury”, na innym gen. Franco.

Jednoznaczne były również komentarze Muszyńskiego pod wywiadem z Maciejem Koniecznym, politykiem Lewicy Razem, dla Plus Minus, w której Konieczny opisuje swoją drogę do lewicowych poglądów i uświadamia, że program jego partii to nie żaden ekstremizm, a europejska socjaldemokracja. Ipeenowski „specjalista” w komentarzu przypomniał, jaki los spotykał lewicowców po zamachu stanu Augusto Pinocheta.

– W Chile w 1973 r. członkowie partii Razem zostaliby helikopterami przewiezieni nad ocean i tam puszczeni wolno (30 mil od brzegu) – skonstatował Muszyński.Gdy jedna z komentujących zauważa, że nie jesteśmy w Chile, historyk odpowiada: „szkoda”. Inny dyskutant koryguje: to argentyńska dyktatura gen. Videli „dialogowała z lewactwem”, zrzucając swoich przeciwników do oceanu. Muszyński: „Tak to był skrót myślowy. W Chile używano jakiegoś wulkanu. Ale kim jestem żeby oceniać? To było dobre, choć zdecydowanie za mało”.

Lewica Razem nagłośniła na razie sprawę w mediach społecznościowych, gratulując znakomitego towarzystwa prezydentowi Dudzie, którego Wojciech Muszyński jest doradcą Za „dobrej zmiany” specjalista od narodowców otrzymał również wysokie państwowe odznaczenia.

Wydaje się, że teraz wypowiedziami „historyka” powinna zainteresować też organy ścigania.

Polska na zawsze z węglem

Zwiastuny nadchodzącej apokalipsy klimatycznej nie robią wrażenia na rządzie Prawa i Sprawiedliwości, który nie zamierza też przyspieszać z energetyczną transformacją. „Bardzo długo to jeszcze węgiel będzie podstawą naszej gospodarki” – powiedział dziś na spotkaniu z górnikami minister aktywów państwowych Jacek Sasin.

Podczas gdy cały świat inwestuje intensywnie w odnawialne źródła energii, a elektrownie węglowe jeszcze nigdy nie znikały w takim tempie, Polska wydaje się być zadowolona z roli smutnego skansenu. Jacek Sasin podczas uroczystości barbórkowych w kopalni Bogdanka w lubelskim, oświadczył, że Polska energetyka jeszcze przez długi czas będzie stać czarnym kruszcem.
„Nie przyjmujemy do wiadomości, (…) że czas węgla minął, że musimy dziś w Europie całkowicie odejść od gospodarki węglowej” – powiedział Sasin, motywując takie założenie dbałością o Polskę i Polaków. „Dzisiaj to bezpieczeństwo energetyczne jest oparte o węgiel” – mówił.

Minister przyznał, że rząd jest bezradny jeśli chodzi o działania na rzecz transformacji naszego systemu produkcji energii. Oświadczył, ze nie mamy obecnie we własnych zasobach innych, realnych źródeł energii, które pozwolą nam wytwarzać odpowiednią ilość energii dla gospodarstw domowych i przemysłu.

Sasin zakomunikował też obecnym, że dla przemysłu wydobywczego nadchodzą dobre czasu, bo „górnictwo będzie nadal niezwykle ważną częścią polskiej gospodarki”. Co więcej, polski rząd zamierza inwestować w nowe zakłady w ramach Lubelskiego Zagłębia Węglowego. „Mamy wielką nadzieję, że powstanie kolejna kopalnia i Lubelskie Zagłębie Węglowe będzie się rozwijać. (…). My tu na Lubelszczyźnie pokażemy, że górnictwo w Polsce będzie się rozwijać” – oświadczył. Nowy zakład ma zostać zlokalizowany w regionie chełmskim.

Sasin powiedział wprawdzie, że Polska chce uczestniczyć w unijnym projekcie transformacji, jednak na własnych warunkach. „Dyskutujemy, przekonujemy o naszych racjach. Pokazujemy, że nasza polska specyfika nie pozwala nam dzisiaj na to, aby popierać tę politykę klimatyczną Unii Europejskiej w takim wymiarze, jak proponują inne kraje” – powiedział.

Na spotkaniu odczytano również apel prezydenta. On również docenił polskie górnictwo. „To również dzięki Państwu nasza gospodarka narodowa odnotowała kolejny rok wzrostu, a Polacy z nadzieją spoglądają w przyszłość swoją i bliskich” – napisał prezydent.

Inne stanowisko w sprawie węgla ma parlamentarna reprezentacja lewicy. – Węgiel jest częścią rzeczywistości dzisiejszego Śląska. Jestem ostatnią osobą, która namawiałaby do bezmyślnego zamykania kopalń – mówił na antenie PolskieRadio24.pl poseł Maciej Konieczny. – Musimy jednak pamiętać, że „transformacja energetyczna jest konieczna”.Chodzi nam o to, żeby dokonywać jej świadomie i w porozumieniu z górnikami.

Razem z SLD?

Słaby wynik w wyborach samorządowych i marne perspektywy na sukces w boju o europarlament skłoniły Partie Razem do poszukiwania sojuszników. Na wtorkowej konferencji członkowie zarządu krajowego zasygnalizowali chęć współpracy z innymi lewicowymi ugrupowaniami, w tym również z Sojuszem Lewicy Demokratycznej.

 

Na spotkaniu z dziennikarzami głos zabrali: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, uznawana za jedną z bardziej charyzmatycznych osób w Razem oraz Maciej Konieczny, w przeszłości członek Młodych Socjalistów, jeden ze współzałożycieli partii. Za ich plecami stał milczący Adrian Zandberg, który jeszcze dwa tygodnie temu, podczas drugiego dnia strajku w LOT, zapewniał, że nie ma mowy o nawiązaniu bliskości pomiędzy Razem, a SLD.

Rzeczywistość zmusiła jednak kierownictwo PR do rewizji stanowiska. Po wyborach samorządowych na łonie Partii trwała intensywna debata na temat kierunku działań przed wyborami do europarlamentu, które, zważywszy na marny wynik w starciu o samorządy, będą dla Razem bojem o „być albo nie być”. Wnioski zostały zaprezentowane na dzisiejszej konferencji. Wygląda na to, że powstała w 2015 roku młoda lewica będzie zmuszona porzucić antyeseldowskie nastawienie i otworzyć się na współpracę z ugrupowaniem, którego lewicowość dotąd konsekwentnie kwestionowała.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła o „bolesnej lekcji” ostatnich wyborów, a także o imadle, w którym zakleszczyły społeczeństwo PO i PIS. – Nadal dostrzegamy różnice, jakie dzielą nas od innych ugrupowań. Nadal pozostajemy bardzo krytyczni wobec wielu działań starej lewicy, w szczególności SLD. Zdaniem polityczki jluczowym zadaniem jest obecnie budowa alternatywny dla duopolu PO-PiS, którą stanowić może tylko”silna i skuteczna lewica”, budowa której jest „obowiązkiem wobec Polek i Polaków”. Dziemianowicz-Bąk wymieniła również grupy, które obecnie nie mają politycznej reprezentacji w parlamencie.– To nasz obowiązek wobec strajkujących pracowników PLL LOT, protestujących pielęgniarek i nauczycielek, kobiet pozbawionych dostępu do legalnej i bezpiecznej aborcji, wobec pracowników wypchniętych na śmieciówki i fikcyjne samozatrudnienie, wobec osób z niepełnosprawnościami, aktywistek na rzecz świeckiego państwa i mieszkańców niewielkich miejscowości odciętych od transportu publicznego – wyliczała członkini zarządu krajowego Partii Razem.

Ciekawe akcenty znalazły się również w wystąpieniu Macieja Koniecznego. – Wszyscy jednak niezależnie od szyldu, niezależnie od ambicji, jesteśmy politykami. Nie możemy obrażać się na rzeczywistość. Jeżeli chcemy, aby różnorodna lewica znalazła się w Parlamencie Europejskim, a potem w polskim Sejmie, to Razem, Robert Biedroń i SLD muszą usiąść do stołu. Jako Razem jesteśmy na to gotowi – stwierdził Konieczny, w przeszłości członek Młodych Socjalistów, organizacji, która sprzeciw wobec rządów SLD osadziła w swoim politycznym DNA.

Co na to szefostwo Sojuszu? – Bardzo pozytywnie odbieram tę deklarację – powiedział Włodzimierz Czarzasty. – Jako SLD nigdy nie mówiliśmy źle o Partii Razem, o Zielonych, o Robercie Biedroniu, ani tym bardziej o żadnym z naszych 21 partnerów politycznych (koalicja SLD-Lewica Razem). Wolę współpracy na lewicy deklarujemy od dawna. Przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego są idealnym momentem, aby stworzyć wspólne listy lewicy – skomentował szef SLD.

 

W gościach

W dniach 11 i 12 czerwca bieżącego roku, przewodniczący OPZZ spotkał się w siedzibie konfederacji z przedstawicielami partii lewicowych.

 

11 czerwca gościem Jana Guza był przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty. Dzień później szef OPZZ rozmawiał z członkami Zarządu Krajowego partii Razem – Marceliną Zawiszą i Maciejem Koniecznym.
Przewodniczący Guz poinformował o przebiegu IX Kongresu OPZZ i Programie OPZZ na lata 2018 – 2022, przyjętym przez kongres. Mówił także o pracach w Radzie Dialogu Społecznego, m.in. o negocjacjach w sprawie minimalnej płacy i stawki godzinowej w 2019 r. W opinii OPZZ płaca minimalna powinna być równa 50 proc. przeciętnej. Zwrócił uwagę na niewaloryzowane od lat wynagrodzenia w sferze budżetowej. Przypomniał, że z inicjatywy OPZZ Trybunał Konstytucyjny przyjął wykładnię, że pracownicy na umowach niestandardowych, cywilnoprawnych, mają prawo wstępowania do związków zawodowych.
Guz stwierdził jednak, że osiągnięcie kompromisu z rządem przychodzi z coraz większym trudem a Rada Dialogu Społecznego staje się ciałem fasadowym.
Mówiono także o rewizji dyrektywy o pracownikach delegowanych uchwalonej przez Parlament Europejski, w myśl zasady „równe wynagrodzenie za taką samą pracę w tym samym miejscu”. W nowej dyrektywie uwzględniono żądania związków zawodowych, dlatego można mówić o ważnym zwycięstwie.
Goście przewodniczącego generalnie podzielają stanowisko OPZZ w sprawach społecznych i gospodarczych. Będą wspierać program OPZZ w sprawach pracowniczych, w tym postulowane przez OPZZ skrócenie czasu pracy. Szefowie ugrupowań lewicowych przedstawili aktualne działania swoich partii w tym zakresie. Mówili także o roboczych kontaktach z branżowymi organizacjami związkowymi i współpracy terenowych organów ich partii z wojewódzkimi i powiatowymi strukturami OPZZ.
Poruszano temat zbliżających się wyborów samorządowych. Przewodniczący OPZZ zapewnił, że po ostatecznym ukonstytuowaniu się władz konfederacji, odpowiednie organy OPZZ przedstawią swoje stanowisko w tej sprawie.
Szefowie partii zadeklarowali stały, roboczy kontakt z kierownictwem OPZZ i systematyczną wymianę informacji z centralą związkową.