Flaczki Tygodnia

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński pogroził jaśnie panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeszcze nie odrąbaniem ręki, która ewentualnie odważy się podnieść się na władzę, ale wykorzystaniem wszystkich „środków, jakie przynależą państwu”.
Czyli pałowanie krnąbrnego, dowalenie grzywny, a nawet internowanie.

Analitycy żywota jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego uważają, że ma on traumę z czasów stanu wojennego. Nie został wtedy internowany, czym poczuł się wielce upokorzony przez generała Jaruzelskiego.
Poczuł się jak hetman koronny zdegradowany do roli ciury obozowego.
Co gorsza nadal nie zapowiada się aby znalazł się ktoś, kto włoży jaśniepanu koronę męczeństwa na głowę.

Jaśniepan prezes cierpi, bo nie ma pewności kiedy odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Nie ma pewności, bo boi się niespodziewanego ataku opozycji, zdrady koalicjantów, głupoty współpracowników, świni podłożonej przez biskupów, zewnętrznej ingerencji. Boi się najmniejszego, ostrego cienia mgły. Dlatego cierpi i węszy. Węszy i cierpi, kiedy nie może wywęszyć.
Tak to u psychodyktatorów bywa.

Oczywiście nie byłoby tego wykreowanego problemu gdyby pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek ruszyła się i wyznaczyła termin wyborów. Na 28 czerwca 2020 roku, na co przystają rządzące elity PiS i też liderzy partii opozycyjnych.
Ale żeby pani Marszałek Witek wyznaczyła ten termin wpierw musi ona dostać polecenie od jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Ten takiego polecenia nie wydaję, choć grozi publicznie surowymi sankcjami dla hamulcowych wyznaczenia terminu wyborów. Czyli sam sobie.
Ciekawe ilu Jarosławów mieści się obecnie w jednym panie prezesie Jarosławie Kaczyńskim?

W zeszłym tygodniu słyszeliśmy w TVPiS gromkie zapowiedzi wielkiej, systemowej i niezwłocznej rozprawy z pedofilami w IV Rzeczpospolitej.
Zwłaszcza z pedofilami ze środowisk artystycznych, celebryckich, dziennikarskich, ze wszystkich środowisk sprzyjających opozycji demokratycznej.
Pan reżyser Latkowski podał najsłynniejszych pedofilii, jak na talerzu, panu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
I wtedy zastępca pana prokuratora Ziobry, pan minister Michał Wójcik na krzyż się prawie przysięgał, wąsa trzy razy podkręcał, specjalną komisyję obiecał powołać, który szparko wyłapie wszystkich tych złoczyńców i do loszku ich wsadzi.
Na co pan Latkowski przed kamerami TVPiS łzami ze szczęścia się zalał, i do nóg pana Michała upadł, z wdzięcznością kolana mu ściskał, za ten akt sprawiedliwości dziejowej dziękując.

Tydzień już minął. I nic. Panowie celebryci na wolności chodzą i w nos się panu Ziobro śmieją. Pan Krzysztof Zanussi oskarżenia publicznie wyśmiał i do sądów ruszył. Pan Latkowski sakiewkę z TVPiS wziął i pod ziemię się zapadł. A pan Michał Wójcik rycerz sprawiedliwości IV Rzeczpospolitej ?
No, panie Michale! Larum grają. Pedofilie w granicach Rzeczpospolitej stoją, a pan na koń nie siadasz, szabli nie sięgasz?

Oczywiście, ze pan Michał nie sięgnie, bo wszystkie te deklaracje o walce z pedofilami w istocie były kolejnymi aktami uprawianej przez elity PiS pedofilii politycznej. Traktowania polskich wyborców jak polityczne dzieci i ciemny lud. Którym wszystko można obiecać, któremu każdy kit można wcisnąć. I wykorzystać w wyborach.

Elity PiS lubią podkreślać, że tylko oni dotrzymują składanych obietnic. Jako dowód zawsze prezentują wypłaty pieniędzy z programu 500+ trzynaste emerytury. Aktywistki PiS często nazywają te pieniądze „Jarkowym”, co ma sugerować „ciemnemu ludowi”, że to jaśnie pan prezes sięgnął do sakiewki i dał ze swojego.
Pan prezydent Duda na potrzeby wyborów prezydenckich stworzył nową teorię transferów finansowych. Pan prezes, pan prezydent, pan premier dają pomoc społeczną ze swych pieniędzy. A wszelkie podwyżki to jedynie dzieło opozycyjnych samorządów.

Ponieważ elity PiS kradną nasze pieniądze coraz bezczelnie i jednocześnie udają, że żadnego majątku nie posiadają, to opozycja przypomniała postulat żeby elity władzy zaprezentowały publicznie swój pełen majątek. Także ten przepisany na współmałżonków.

Przy okazji tej lustracji wydało się, że elity PiS oszukują nie tylko wyborców. Także swych partnerów w czasie zawierania ślubów, kościelnych zresztą. Ślubują im wierność, a potem rozwodzą się z nimi zapominając o złożonej przysiędze. Także katolickiemu bogu.
Zapewne te kolejne żony i mężowie potrzebni są PiS-owski prezesom, marszałkom Sejmu i Senatu aby jakoś rozpisać te gigantyczne majątki skuteczniej ukryć je.

Poza tym „Flaczki” postulują aby Lewica przedstawiła swój program nowej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

DŁUGOPISIK

Aktyw szczeka, hejt się leje,
zwisły zmysły w PISie całym.
Wszyscy tracą już nadzieję
na „Dudowej” powrót chwały.
Jedna wpadka drugą goni
błąd za błędem niszczy złudę
i jak rączych stado koni
do upadku ciągną Dudę.
Czas komisję chyba zwołać
bo rozstrzygnąć konkurs zda się
kto najwięcej nakraść zdołał
w relatywnie krótkim czasie.
Niepobity dotąd Rydzyk
straci pewnie „pas championa”,
bo jak każdy chyba widzi
Szumowskiego nie pokona.
W gęstym gąszczu własnych knowań
pogubili się posłowie
i najtęższa nawet głowa
nic im dzisiaj nie podpowie.
Zegar tyka, krew się warzy,
prezes gniewu nie ukrywa,
nawet Duda przestał marzyć
i już nie śni że wygrywa.
Ja zaś patrzę ze spokojem
jak w swej złości PIS się kisi,
swych poglądów się nie boję
I SZYKUJĘ DŁUGOPISIK.

Doktor Ryszard Grosset

Minister o wielu maseczkach

Lekarz, biznesmen, narciarz, brat, mąż i walczący z koronawirusem minister. To tylko niektóre role Łukasza Szumowskiego. Człowieka, który jak mówi – nic nie ma za uszami.

Do 12 maja, zmęczone oczy Łukasza Szumowskiego świadczyły o tym że ciężko pracuje walcząc o zdrowie i życie Polaków.
Uczeń narciarski
Aż tu „Gazeta Wyborcza” napisała, że ministerstwo – przepłacając i bez sprawdzenia jakości – kupiło maseczki ochronne za ponad 5 mln zł. Maseczki norm nie spełniały, a pieniądze zarobił „przyjaciel rodziny Łukasza Szumowskiego; transakcję ułatwił mu brat ministra zdrowia, a finalizował ją wiceminister Janusz Cieszyński”.
– Towar nie miał sfałszowanego certyfikatu. Certyfikat mamy. Natomiast one niestety nie spełniają norm. Mamy też inne partie, gdzie są certyfikaty i one nie spełniają norm – tłumaczył potem minister zdrowia w mediach.
Nie miał nic do zarzucenia sobie, ani swoim podwładnym. Wszak nie zawiadamiali prokuratury, bo „Toczyły się rozmowy już od dwóch tygodni o zwrocie lub wymianie towaru i po informacji, że tego zwrotu i wymiany nie będzie, złożono zawiadomienie”.
– Uważam, że wszystko było transparentne i czyste. Niestety zostaliśmy oszukani. Podobnie jak w paru innych sytuacjach – dodał Łukasz Szumowski.
Dopytywany o instruktora narciarskiego który zajął się handlem maseczkami, Szumowski stwierdził, że zna go „sprzed kilku lat, kiedy jeździł z nim na nartach”.
– On zgłosił się do ministerstwa jako normalny kontrahent, poszukiwał kontaktu, dostał ten kontakt, z tego co wiem od mojego brata. Na tyle było tej tzw. pomocy, przekierowanie do odpowiednich osób – dodał.
Linia obrony ministra zeszła potem w stronę bycia ofiarą zbiorowego, chińskiego przekrętu.
–  Wszystkie instytucje jak Komisja Europejska, jak WOŚP działając w dobrej wierze z chęcią pomocy medykom, pomocy pacjentom, zostały oszukane. Tutaj nie ma żadnej ani winy, ani zarzutów, ani sugestii, że te organizacje mogły popełnić jakiś błąd. Po prostu okazało się, że towar, który przyjęli w dobrej wierze, aby pomóc innym, jest trefny – mówił.

–   W związku z tym my jak najszybciej informujemy każdego o takiej sytuacji, nie po to, żeby mówić:”zrobiliście coś źle”, bo nic złego nie zostało tam zrobione, ale po to, aby takie maseczki nie trafiły do medyków, bo one po prostu nie chronią – podkreślał minister zdrowia, nie zająkując się ani słowem na temat tego, że nikt nie wpadł na pomysł by tak wielkie ilości środków ochrony były błyskawicznie badane, przez instytucję, która mogłaby potwierdzić, że są naprawdę dobre. A skoro nie były badane, to znaczy, że państwo w tym zakresie nie istnieje. Za to zaś odpowiada rząd w skład którego Szumowski wchodzi.
Brat
Dzięki propagandzie rządowej z oskarżeń o skorzystanie z oferty „narciarza” Szumowski się jednak, jako tako wybronił. Media poczuły jednak krew i kopały z życiorysie ministra dalej. Dokopały się czasów, gdy był wiceministrem Nauki i Szkolnictwa wyższego. W tym czasie zaś firma jego brata garnęła granty, czyli państwowe finansowanie na kwoty od 70 do 170 mln zł.
Marcin Szumowski jest współtwórcą i prezesem zarządu OncoArendi Therapeutics, która opracowuje nowe leki do walki z nowotworami. Tylko w 2020 roku jego firma dostała 22 mln zł z Narodowego Centrum Badania i Rozwoju. Takich transz w ciągu kilku lat było więcej.

–   A wcześniej mogła liczyć na 100 mln zł więcej. Moja działalność polityczna sprawiła, że brat ma problemy w biznesie. Tak wygląda rzeczywistość. Tak wyglądają te mityczne korzyści z bycia bratem ministra zdrowia – odpierał zarzut minister zdrowia, łkając nad niedolą brata biznesmena i pokazując, że w tym rządzie nikt nie widział z tym problemów.

–   Działalność mojego brata sygnalizowałem wicepremierowi Jarosławowi Gowinowi i premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Wiedzieli ode mnie, że jest tutaj potencjalny konflikt interesów. Wiedzieli, że nie mogę dotykać agencji, które mogą wydawać decyzje dotyczące firmy, w której jest brat. Przyjęli to do wiadomości – uchylał Szumowski rąbka działań procedur wewnątrzrządowych. Po czym dalej ubolewał nad podłością losu.

–   Brat traci pieniądze od kiedy zostałem ministrem zdrowia. Cały czas podkreśla, że nie może prowadzić biznesu przeze mnie – by w innej sytuacji przedstawić siebie jako osobę najbardziej w tym wszystkim poszkodowaną.

–   Oczywiście niektóre media będą pisać, że za czasów mojej obecności w rządzie otrzymał dofinansowanie projektów. Tylko, że nikt nie pisze, że za poprzedniego rządu dostawał znacznie więcej i był nawet bardziej skuteczny. Nigdy w sferze publicznej nie podejmowałem żadnych kroków na rzecz firmy mojego brata i powszechnie o tym mówiłem.
Co nie znaczyło, że jak do zastępcy Szumowskiego dzwonił brat ministra, to ten nie stawał od razu na baczność. Pisowska władza działa wszak tak, że jej funkcjonariusze na wszelki wypadek sami wolą robić dobrze krewnym i znajomym szefa, licząc, że zostanie im to zapamiętane i nagrodzone.
Mąż swojej żony
W OncoArendi Therapeutics udziały ma żona Łukasza Szumowskiego. Skądinąd lekarka. Ma udziały w przychodni. W spółce Szumowski Investments Assets, która jest mniejszościowym akcjonariuszem firmy biotechnologicznej też ma. Jak i jej szwagier.
Małżonka ministra musi być nader zapracowaną osobą, bo poza tym jest anestezjologiem w Centrum Zdrowia Dziecka. Dla Łukasza Szumowskiego fach żony, to też trauma, skoro uznaje za stosowne tłumaczyć się z biznesów ślubnej w mediach.

–   Zaręczam, że przychodnia nie ma podpisanego kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Nie korzysta z finansowania z budżetu państwa, to przychodnia prywatna – mówi minister w jednym z wywiadów, by za chwilę dodać – Od niemal dekady mamy rozdzielność majątkową. Wziąłem wtedy, w 2008 roku, kredyt na niemal milion franków szwajcarskich. I przy tej okazji postanowiliśmy rozdzielić nasze majątki. Pewnie dzięki temu ona śpi nieco spokojniej. A ja mam kredyt.
Wspólnik
Dziennikarze wygooglowali w internecie, że Szumowski prowadził interesy z siedzącym w areszcie Danielem O. Siedzącym za przekręty biznesowe. Dla ministra ta znajomość jednak nie jest balastem. Ba, jest on również ofiarą Daniela O.. Tak jak Szumowskiego żona.

– Przedstawiony nam był jako młody biznesmen, podpisaliśmy umowę i… pieniędzy nigdy nie zobaczyliśmy. Dawno temu wyszedłem z tego biznesu i moja żona też próbowała. Chciała sprzedać udziały w martwej spółce komandytowej, która miała działać na rzecz tej inwestycji, ale Daniel O. nie zrealizował umowy przejęcia udziałów. Później trafił do aresztu. Ostatecznie jednak i żona wyszła z tego biznesu – opowiada Szumowski.

– Fakt kontaktu z takim człowiekiem zgłosiłem odpowiednim służbom. Trzeba jednak podkreślić, że spółka, w której występuje nazwisko mojej żony, nie była objęta żadnym śledztwem, nie prowadziła też w efekcie braku finansowania żadnej działalności każe się odczepić od tego fragmentu życiorysu.
Na dowód zaś, że niczego wielkiego się przez czas swojej kariery nie dorobił, przedstawia swoje oświadczenie, gdzie okazuje się być posiadaczem pióra małżonków Kaczyńskich, 50-letniego mercedesa. Dwóch nowszych, acz też wiekowych, samochodów, domu i działki.
– Szukanie na mnie haka nawet mnie bawi. Niektórym wszystko w Łukaszu Szumowskim nie pasuje – dziwi się zatem temu, że ludzi interesuje facet, którego rodzina dziwnie funkcjonuje finansowo w branży, którą on zawiaduje lub zawiadywał.
Branży, która kupowała felerne maseczki od instruktorów narciarstwa, sprowadzała setki tysiące testów genetycznych z Korei za pośrednictwem zaprzyjaźnionej firmy, która nie umiała ich przewieźć aby transportu nie zniszczyć. Logistycy nie wiedzieli, że jak testy nie będą miały -20 stopni to można je potem wyrzucić na śmieci?
Skromny i mający na wszystko odpowiedź minister odpowiada również za to, że przy zamówieniach na testy koronawirusa, resort szerokim łukiem omija krajowe firmy produkujące takie testy za dużo mniejsze pieniądze niż płacimy na Dalekim Wschodzie. Dlatego nasi producenci muszą szukać zbytu we Francji, gdzie tamtejszy resort zdrowia bierze je dziesiątkami tysięcy.
Indywidualne zastrzeżenia do geszeftów Szumowskiego i jego otoczenia, są przy tych zarzutach niczym. Oczywiście odpowiada za to Szumowski. Ale nie sam. To nie on przecież wymyślił, żeby każdemu przekrętasowi pozwolić na bezkarne rżnięcie polskich podatników. Nie on wymyślił przepis pozwalający kupować bez przetargów i na dodatek zwolnić odpowiedzialne za zakupy osoby od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Za to wszystko akurat odpowiada premier. Szumowskiemu można zarzucić jednak nade wszystko, że taki korupcjogenny bajzel tolerował, bo gdy wiadomo było, że dotknie nas pandemia, przez półtora miesiąca, nic z tą wiedzą nie robił.

Czy można już zdjąć maseczkę? Opinia chińskiego eksperta medycznego

Od czwartku w związku z epidemią koronawirusa, w Polsce wszedł w życie obowiązek zakrywania ust i nosa w miejscach publicznych.

Jaka jest obecnie sytuacja w Chinach? Czy po początkowym kontrolowaniu epidemii Chińczycy mogą już zdjąć maseczki? Czy osoby, które przechodzą chorobę bezobjawowo mogą być źródłem zakażenia? Czy wirus rozprzestrzenia się między zwierzętami? Kiedy nadejdzie punkt krytyczny w światowej epidemii? Na te pytania odpowiada Zhong Nanshan, pulmonolog, ekspert i członek Chińskiej Akademii Inżynierii.
Zhong Nanshan jest liderem zespołu ekspertów wysokiego szczebla Narodowej Komisji Zdrowia Chin, lekarzem pulmonologiem i członkiem Chińskiej Akademii Inżynierii. Jego doświadczenie opiera się między innymi na prowadzeniu zespołu medyków podczas walki z epidemią SARS w 2003 roku.
84-letni Zhong Nanshan jest najbardziej znanym i zaufanym w Chinach ekspertem medycznym. Po wybuchu epidemii koronawirusa przyjechał do Wuhanu. Wielokrotnie przedstawiał chińskiej opinii publicznej sugestie naukowe dotyczące walki z chorobą, a także dzielił się swoimi doświadczeniami z zagranicznymi ekspertami oraz lekarzami.

  1. To jeszcze nie czas aby zdejmować maseczki
    Nie nastąpił jeszcze czas aby ludzie mieli przestać nosić maseczki. Sytuacja w Chinach i za granicą jest odmienna. Chiny weszły w drugi etap epidemii, dzięki podjęciu bardzo zdecydowanych działań, podczas gdy inne kraje wciąż znajdują się w pierwszej fazie i wciąż wzrasta u nich liczba osób zarażonych. Oznacza to, że prawdopodobieństwo przeniesienia wirusa między osobami jest bardzo wysokie, a liczba potwierdzonych przypadków rośnie bardzo szybko.
    Noszenie maseczek jest nadal bardzo ważnym środkiem samoobrony i jest zbyt wcześnie, aby zaproponować ich nie używanie. Ale na obszarach, gdzie epidemia nie przebiega zbyt poważnie oraz w miejscach, gdzie jest bardzo niewiele osób lub w przestrzeniach otwartych, gdzie ich nie ma, nie ma konieczności ich noszenia.
  2. Wuhan wygrał, ale przed Chinami stoi kolejne wyzwanie
    Dzięki zdecydowanym środkom władzy chińskiej, epidemia w Wuhanie została wyciszona a miasto odblokowano. Rząd centralny zdecydowanie podjął działania w celu kontroli ruchu miejskiego w Wuhanie, a inne miejsca przyjęły środki zapobiegania i kontroli masowej. To także ważne wydarzenie w historii zapobiegania i kontroli epidemii.
    Przed nami jeszcze dwa testy. Jednym z nich jest kontrolowanie epidemii i wznawianie pracy w tym samym czasie, a drugim – zapobieganie importowanym z zagranicy przypadkom zarażenia koronawirusem. Obecnie inne państwa są wciąż u szczytu epidemii. W niektórych dużych nadmorskich miastach w Chinach, które mają bliskie kontakty z zagranicą, dochodzi do przypadków nowych zarażeń, dlatego w tych miejscach muszą być podjęte różne środki zapobiegawcze i kontrolne.
    Mimo to nadal pojawiają się przypadki zarażenia koronawirusem pochodzące z zagranicy. Zapobieganie i kontrola w naszym kraju są skuteczne, a mieszkańcy ze społeczności lokalnych mają silne poczucie samoobrony: noszą maseczki i utrzymują dystansu wobec innych. Gdy ktoś ma objawy gorączki lub kaszel, powinien zgłosić się do szpitala, aby uzyskać diagnozę i w razie konieczności poddać się izolacji. Ogólnie rzecz biorąc, na pewno istnieje niebezpieczeństwo dalszego przenoszenia się wirusa w społecznościach lokalnych, ale druga fala wybuchów epidemii w Chinach jest bardzo mało prawdopodobna.
  3. Jest za wcześnie, aby mówić o punkcie zwrotnym globalnej epidemii
    Z perspektywy globalnej, epicentrum epidemii ma teraz miejsce w Europie, zwłaszcza w Hiszpanii i we Włoszech, a obecnie obejmuje także Niemcy, Francję i Wielką Brytanię. Teraz najpoważniejsza sytuacja jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie liczba przypadków zarażenia koronawirusem rosła w tempie 10 000 lub 20 000 dziennie w ostatnim tygodniu. Dlatego jest jeszcze za wcześnie, aby móc powiedzieć o punkcie zwrotnym.
    To kiedy on nastąpi zależy od tego, czy rząd może interweniować z dużą siłą. Istnieje wiele nieprzewidywalnych czynników w poszczególnych państwach, więc o wiele trudniej jest mi przewidzieć globalny punkt zwrotny, niż w przypadku Chin. W miarę rozwoju obecnej sytuacji obawiam się, że zajmie to kolejne dwa tygodnie.
  4. O zakażonych osobach bezobjawowych
    Zakażone osoby bezobjawowe to dwa typy przypadków. Pierwszy obejmuje osoby znajdujące się na obszarach, gdzie epidemia jest stosunkowo poważna, nie pojawiły się u nich jeszcze objawy, ale mogły zostać zakażone. Drugi typ to bliskie kontakty potwierdzonych przypadków. Ich proporcja jest wciąż stosunkowo niewielka.
    Istnieją również dwie koncepcje zakażonych osób bezobjawowych. Jedna polega na tym, że początkowo nie mają one żadnych objawów, ale potem stopniowo rozwijają się one. Ten typ jest zdecydowanie zakaźny. Drugą koncepcję odkryliśmy niedawno: podczas dość długiego okresu obserwacji nie ma żadnych objawów, ale test kwasu nukleinowego jest pozytywny. Wciąż badamy ten rodzaj choroby zakaźnej. Jednak zgodnie z cechami nowego koronawirusa, gdy pojawią się objawy, zakaźność jest stosunkowo silna, więc dobrze jest odizolować takie przypadki i obserwować.
  5. Jest zbyt wcześnie, aby wyciągać już wnioski na temat rozprzestrzeniania się koronawirusa między zwierzętami
    Dopiero uzyskaliśmy wyniki badań, które wskazują, że niektóre zwierzęta, takie jak psy, koty i tygrysy, uzyskały wynik pozytywny testu kwasów nukleinowych i jest to niezależne od tego, czy jest to spowodowane zanieczyszczeniem czy zakażeniem. Niektóre zwierzęta już przenoszą wirusy i może się to odbywać w sposób bezobjawowy, nie wywołujący zakażenia. Jest za wcześnie aby wysuwać wniosek, że koronawirus u tych zwierząt może zarazić zarówno ludzi, jak i zwierzęta, a także może powodować chorobę. Generalnie nie patrzę na to w ten sposób.
  6. Nie ma jeszcze lekarstwa na koronawirusa, a szczepionka nie będzie wkrótce dostępna
    Trwają w tej chwili eksperymenty dotyczące stosowania niektórych leków. Część wyników stwierdza, że są one skuteczne, ale wciąż podsumowujemy wnioski i prowadzimy badania.
    Stworzenie szczepionki jest bardzo ważne, aby naprawdę zakończyć epidemię. Teraz kraje rozwijają się w najszybszym tempie. Ale nie sądzę, aby szczepionkę można było wyprodukować za trzy lub cztery miesiące.
    Skupienie wszelkich nadziei na opracowanie szczepionek, nie uwzględniając innych metod, nie jest dobre. Co więcej, po wyprodukowaniu szczepionka może nie być idealna od razu. Ludzie, którzy łatwo się zarażają, mogą zostać zaszczepieni, ale nie wszyscy muszą w ten sposób uzyskać odporność na wirusa.
  7. Masowa immunizacja jest najbardziej negatywnym podejściem
    Najbardziej negatywnym sposobem radzenia sobie z epidemią jest tak zwana masowa immunizacja. To jest pomysł sprzed ponad stu lat. W tym czasie ludzie nie mieli innego wyboru, jak poddać się zarażeniu. Ci, którzy przeżyli infekcję, naturalnie otrzymali przeciwciała. Nie zgadzam się teraz aby tą metodą walczyć z koronawirusem. W ciągu ostatnich 100 lat ludzkość poczyniła wielki postęp, istnieje wiele sposobów, aby temu zapobiec, nie ma potrzeby stosowania naturalnego szczepienia, czy masowej immunizacji.
  8. Siła wykonawcza, to najcenniejsze doświadczenie Chin w walce z epidemią, którym warto się dzielić
    Chiny podjęły dwa główne działania w celu zwalczania epidemii: jednym z nich jest zablokowanie obszaru epidemii, aby powstrzymać rozprzestrzenienie się wirusa. Drugim jest wspólne zapobieganie i kontrola wcielone w życie w społecznościach lokalnych. Teraz istnieją również dwa środki zapobiegania i kontroli epidemii, pierwszy to utrzymanie dystansu, a drugi to noszenie maseczki.

Dlatego siła wykonawcza, to najcenniejsze doświadczenie Chin w walce z epidemią, którym warto się dzielić. Poziom medyczny i siła techniczna wielu krajów są znacznie wyższe niż w Chinach. Ale ponieważ niektóre państwa nie miały przygotowania ideologicznego i nie podjęły odpowiednio zdecydowanych działań, doprowadziło to do zakażenia wielu pracowników medycznych na pierwszej linii walki z chorobą. Gdyby ta linia obrony upadła, łatwo można stracić kontrolę.

Prokuratura demaseczkuje się sama

Uff… Nikt przez zamaskowanych prokuratorów, życia pozbawiony nie będzie.

Pod koniec marca media zawalone były informacjami, że lekarzom i pielęgniarkom państwo nie jest w stanie zapewnić nawet maseczek i rękawiczek. O specjalnych kombinezonach nie wspominając. Niezabezpieczony personel medyczny zarażał więc siebie nawzajem i przy okazji pacjentów.
Okazało się jednak, że jest jedna instytucja państwowa, która pomyślała o swoich pracownikach i zdobyła dla nich wszystko. co na koronawirusa konieczne. Prokuratura to była.
Niebywały to sukces
Sukcesy w profilaktyce epidemicznej wzięły się stąd, że „W Prokuraturze Krajowej 24 marca 2020 r. powołany został Zespół do spraw koordynacji działań w powszechnych jednostkach organizacyjnych prokuratury w celu przeciwdziałania epidemii COVID-19”. Tak głosił komunikat wydany przez podwładnych Ziobry i Święczkowskiego 3 dni po powołaniu zespołu.
W ciągu tych 3 dni, nowo powołana struktura odniosła niebywałe sukcesy. „Wszystkie prokuratury mają zapewnione niezbędne środki ochronne, w tym środki dezynfekujące, maseczki, rękawiczki i kombinezony konieczne do bezpiecznego wykonywania czynności procesowych. W ramach swoich budżetów mają one również zabezpieczone środki na ten cel” – chwaliła się Prokuratura Krajowa.
Było zatem dobrze, a nawet lepiej. Wszak „mimo, tego powołany Zespół podjął działania w celu zabezpieczenia dostaw niezbędnych środków ochrony od wielu producentów, zmierzając do uzyskania znacznej ilości środków ochronnych, szczególnie maseczek i kombinezonów. Środki te zostały rozdzielone do poszczególnych jednostek prokuratury zgodnie z ich potrzebami” – radowali się twórcy komunikatu.
Biurka pełne maseczek
Kilka tysięcy siedzących przy swoich biurkach oskarżycieli, mających do dyspozycji sterty środków ochronnych, których brakuje w szpitalach, zakrawało na niezłe skurwysyństwo.
Prokuratura Krajowa dostała zatem dwa szybkie pytania. Jakie kwoty wyasygnował zespół prokuratorski na zakup środków ochronnych oraz jakie ilości tychże środków udało się przekazać wszystkim prokuraturom.
Pusta informacja
Dział prasowy PK zareagował błyskawicznie odpisując już po dwóch dniach. Krótko, i wyraźnie nie na temat. „Obowiązek zapewnienia środków ochronnych dla prokuratorów i pracowników prokuratury spoczywa na szefach powszechnych jednostek organizacyjnych prokuratury. Jest on realizowany w ramach budżetów prokuratur. Powołany w Prokuratury Krajowej zespół podjął działania wspierające prokuratury w zakresie zakupu środków ochrony w związku z nieokreślonym czasem trwania epidemii” – i szlus. Ani liczb, ani kwot. Na dodatek te trzy zdania miały się całkiem nijak do radosnego komunikatu.
Kilka telefonów do znajomych prokuratorów w różnych częściach krajów dowodziło, że Prokuratura Krajowa rozminęła się w komunikacie z prawdą i to mocno.
Opisywane przez Prokuraturę Krajową mierzenia temperatury wszystkim wchodzącym do prokuratur, maseczki i rękawiczki dla wszystkich oraz kombinezony dla każdego prokuratora udającego się do strefy zapowietrzonej kwarantanną, w większości rozmówców wzbudzały szczery śmiech. Regułą był bowiem brak tego wszystkiego. Nie było też pomocy czy choćby zainteresowania kogokolwiek z centrali, przygotowaniem do pracy w warunkach pandemii.
Zróbcie to sami
Było za to wydane 4 dni po komunikacie polecenie. 1 kwietnia na biurka szefów prokuratur pomniejszego szczebla spłynęło z PK pismo obligujące ich do „zabezpieczenia odpowiednich środków ochrony indywidualnej dla prokuratorów pełniących dyżury zdarzeniowe, uczestniczących w sekcjach i wykonujących inne, potencjalnie niosące zagrożenie czynności procesowe”.
Ani słowa o specjalnym zespole, zamówieniach środków przez centralę, rozdziale tego pomiędzy poszczególne prokuratury, czy jakiejkolwiek innej formie pomocy. Zamiast opiewanych w komunikacie sukcesów, suchy prikaz Zastępcy Prokuratora Generalnego żeby tym wszystkim zajęli się kierownicy poszczególnych jednostek.
Za primaaprilisowy żart uznali prokuratorzy jeszcze inne sformułowanie z polecenia, że obowiązkiem szefów jest „zabezpieczenie pracowników mających styczność z korespondencją wpływającą w formie papierowej”. Konkretów żadnych. Prokuratorzy głowią się zatem, czy wszyscy mający do czynienia z pismami powinni mieć tylko rękawiczki, czy może rękawiczki i maseczkę. Domniemuje się też, że cała poczta przychodząca powinna być – w myśl polecenia – dezynfekowana w specjalnym pomieszczeniu przez pracownika w szczelnym kombinezonie.
Śledczy zaopatrzeniowiec
Prokuratura Krajowa w poleceniu nie zająknęła się jakie maseczki czy rękawiczki mają mieć prokuratorzy. Nie wspomniała gdzie składać zamówienia i jakimi cenami się sugerować.
Najlepsze jednak, że szefami wielu prokurator są ludzie z nadania nowej władzy. Dla nich najważniejsza zatem jest kontrola. Wprowadzili zatem obowiązek sporządzania tygodniowego wykazu zużytych środków. Taki obowiązek mają w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. Jest on o tyle łatwy do realizacji, że prokuratorzy wykazują zużycie na poziomie zerowym. Ani maseczek, ani rękawiczek przecież nie dostali.
Farma fejków
„Policja, jak i służby specjalne, monitorują to, co się dzieje w sieci. Namierzają te osoby i w odpowiednim momencie będą wyciągane daleko idące konsekwencje” – ostrzegał podających w internecie nieprawdziwe wiadomości szef MSWiA Mariusz Kamiński.
Typowym fejkiem jest opublikowane w sieci stwierdzenie Prokuratury Krajowej, że „Wszystkie prokuratury mają zapewnione niezbędne środki ochronne, w tym środki dezynfekujące, maseczki, rękawiczki i kombinezony konieczne do bezpiecznego wykonywania czynności procesowych”.
Czym, jak nie fejkiem jest podawanie przez Ministerstwo Zdrowia, że w Warszawie zmarło na koronawirusa 8 osób, gdy Trzaskowski wyciąga takich przypadków 18 i to wszystkich z warszawskim meldunkiem?
Gdyby zatem można szukającym fejków, podwładnym Kamińskiego coś doradzić, to może zajęliby się wszystkim, co wychodzi do internetu od polskich instytucji państwowych. Wyciągana w ostatnich czasach przez media skala publicznego kłamstwa przechodzi nawet dotychczasową pisowska normę.
Z rozgryzania łgarstwa płynącego z komunikatu PK wypływa jednak jeden pozytyw. Ponieważ podwładni Ziobry nie są wyposażeni w zabrany szpitalom sprzęt ochronny, nikt z tego powodu życia pozbawiony nie będzie.

Niech wszyscy noszą maseczki!

Przedstawiamy apel stowarzyszenia Energia Miast o to, by w przestrzeni publicznej pojawiać się tylko w maseczkach ochronnych i by obowiązek ten wprowadziły samorządy.

Rząd wprowadza kolejne obostrzenia, mające przerwać łańcuch infekcji koronawirusem w Polsce. Choć kwarantanna jest potrzebna, a jej wczesne zarządzenie w kraju należy uznać za decyzję trafną, to jednak z niepokojem obserwujemy kolejne, coraz dalej idące ograniczenia praw obywatelskich, dokonywane pod pretekstem walki z epidemią. Eksperci prawni, przedstawiciele uniwersytetów oraz organy powołane do ochrony praw i wolności obywatelskich oceniają, że ograniczenia te nie są zgodne z Konstytucją. Jednocześnie stale notowany wzrost liczby zarażeń wskazuje, że wprowadzone ograniczenia nie przyniosły spodziewanych rezultatów i kwarantanna nie jest skuteczna.

Część środowiska naukowego wskazuje, że odpowiadać za to może duża liczba osób zarażonych, które nie wykazują żadnych symptomów choroby, a pojawiają się w sklepach czy miejscach pracy, zarażając innych. Jednocześnie doniesienia naukowe sugerują, że droga kropelkowa może być głównym sposobem przenoszenia infekcji. Choć maseczka, nawet wykonana domowym sposobem, nie chroni przed zarażeniem, to jednak utrudnia zarażanie innych. Przykład państw azjatyckich, gdzie zasłanianie twarzy jest wzorcem kulturowym i stało się powszechne w okresie epidemii, sugeruje, że kwarantanna połączona z maskowaniem twarzy skutecznie przerywają łańcuch nowych infekcji.

Zalecenia do powszechnego noszenia masek pojawiły się w publikacji na łamach Lancet (Shuo Feng et al. Rational use of face masks in the COVID-19 pandemic, The Lancet Resp Med, 20.03.2020), z kolei na łamach Science George Gao, szef chińskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób, zaleca wprowadzenie obowiązkowego noszenia maseczek, a jego brak nazywa „największym błędem”.Jak z niepokojem obserwujemy, rząd zajęty jest obecnie politycznymi awanturami, zaniedbując swoje obowiązki wobec obywateli w zakresie walki z epidemią. Brakuje testów, brak jest planowego śledzenia dróg rozprzestrzeniania się epidemii. Jedynym środkiem wykorzystywanym do walki z epidemią jest coraz bardziej nierozsądne ograniczanie swobód obywatelskich i niszczenie gospodarki w postaci zakazów funkcjonowania kolejnych branż i firm.

W tej sytuacji na nas – progresywnych samorządowcach – spoczywa obowiązek uświadomienia naszym lokalnym społecznościom konieczności wprowadzenia u siebie obowiązku noszenia masek w przestrzeni publicznej. Przykład Suwałk i Sejn pokazuje, że lokalnie się organizując jesteśmy w stanie uszyć – korzystając z miejscowych szwalni i pomocy osób prywatnych, mających w domach maszyny do szycia – i dostarczyć mieszkańcom choćby po jednej maseczce wielokrotnego użytku na rodzinę. Maseczki takie łatwo dezynfekuje się domowymi sposobami (pranie, prasowanie czy piekarnik), a pozwolą one skuteczniej niż jakiekolwiek zakazy przerwać łańcuch nieświadomych transmisji wirusa w populacji. Dajmy przykład rządzącym naszym krajem, że potrafimy się sprawnie i szybko zorganizować, dbając o dobro naszych obywateli.

Apelujemy również do decydentów, żeby pamiętać, że skutecznej metody walki z epidemią nie stanowią niezgodne z Konstytucją ograniczenia praw obywatelskich i kary, ale wykorzystanie wiedzy naukowej i jej szybka implementacja. Tylko obowiązkowe noszenie masek, powszechne testowanie populacji oraz poszukiwanie dróg zarażania mają w perspektywie czasu szansę na spowolnienie tempa rozwoju epidemii. Bez tych działań jesteśmy skazani na wiele niepotrzebnych śmierci i ludzkich tragedii.

Łukasz Gibała, Przewodniczący Energii Miast
Jan Śpiewak, Wiceprzewodniczący Energii Miast
Wojciech Pająk, Radny Suwałk
Katarzyna Sztop-Rutkowska, Wiceprzewodnicząca Energii Miast
Tomasz Olszówka, Radny Tarnowa

Księga Wyjścia (48)

Ballada o wielkiej małości.

Życie, świat czy natura postanowiły zweryfikować nasze człowieczeństwo – czyli sprawdzić ile jest człowieka w człowieku.
Najlepszym probierzem okazał się wirus. Wirus, który może doprowadzić do tragicznych następstw, podobnych lub może trochę większych niż zwykła grypa. Chociaż bardziej zabójcza jest wywołana przez media panika.
W Puławach postanowiono opróżnić szpital z chorych, by zrobić miejsce dla potencjalnych pacjentów. Dotychczas w okolicy pojawiła się jedna osoba z wirusem, a ja tak sobie myślę ilu zmarło w wyniku tego zamieszania, przenosin. Przecież ten szpital, to nie jest jeden budynek. To sześcio czy siedmio kondygnacyjny moloch z oddzielnymi budynkami, w których są inne budynki z oddziałami w tym również z zakaźnym. Duża przychodnia, krematorium na wszelki wypadek i jeszcze jakieś.
Sam nie wiem ile ich było, ale kilka. W budynku głównym była pediatria, kardiologia i kilka oddziałów ratujących i podtrzymujących życie. Wiem, bo wielokrotnie leżał tam ktoś z mojej rodziny, kiedyś nawet lekarze mówili żeby się już żegnać, że nie ma żadnych szans, a jednak wstawała i kolejne kilkanaście lat przeżyła – Tak, teraz piszę prywatę, bo mam na myśli moją matkę. I zastanawiam się ile takich matek mogłoby przeżyć, gdyby nie ta idiotyczna przeprowadzka?
Dlaczego tak się dziwimy? Przecież co roku dopada nas grypa i jakoś żyjemy. Przywykliśmy nazywać grypą każde przeziębienie, każdą mniejszą lub większą infekcję. I chociaż z grypą niewiele mają wspólnego, to ile razy podczas gorączki, kaszlu, osłabienia czy bólu mięsni mówiliśmy – grypa mnie bierze?
Stąd zdziwienie skalą śmiertelności. Sama grypa jest bardzo groźną chorobą i w samej Polsce pomiędzy pierwszym września 2018, a piętnastym marca 2019 roku zmarło 108 osób, jeśli dodamy przypadki wcześniejsze i późniejsze wyjdzie ponad dwieście ofiar rocznie. Może oduczymy się nazywać grypą każdą infekcję, przeziębienie, które doskonale wyleczy gorąca kąpiel, herbata, cytryna i czosnek.
Nazywanie grypą każdego kaszlnięcia, kataru czy temperatury powyżej 37,5 stopnia okazało się naszym pierwszym – śmiertelnym błędem. Ale ponieważ nie jestem, ani lekarzem, ani epidemiologiem, oparłem się na danych SANEPIDU i GUS-u. Reszta to efekt własnych obserwacji, zakończę więc medyczne rozważania o tej zarazie. I postawię kilka pytań, na które nie znam odpowiedzi.
Co o niej wiemy? Że przyszła z Chin. Dlaczego więc Chińczycy zdążyli sobie poradzić z epidemią, a Europa nie? W Chinach nie ma już zagrożenia, nie otwierają granic ze strachu, by ktoś z Europy nie przywiózł tej paskudy im tam z powrotem, jeszcze do tego w gorszej, bo zmutowanej formie.
Zmutowanej ze szczepami europejskich gatunków ptasich i ludzkich gryp. Jedyną śmiertelną grypą – poza hiszpanką – była wykryta w USA świńska grypa. Mimo, że namierzono jej ognisko, pomimo tego, że również była zakaźna o żadnych kwarantannach, zamykaniu granic nie było mowy. Ale jak wspomniałem nie jestem ani lekarzem, ani epidemiologiem, ani miłośnikiem Stanów Zjednoczonych Ameryki, więc przejdę do tego od czego zacząłem – ile jest człowieka w człowieku.
Gdy tylko pojawiły się pierwsze sygnały epidemii, z aptek zniknęły maseczki – tak na marginesie nic nie dające, ale dla dobrego samopoczucia można nosić – maseczki we wspomnianych aptekach kosztowały od siedemdziesięciu do dziewięćdziesięciu groszy.
Prawa wolnego rynku zadziałały natychmiast, w Internecie pojawiły się oferty sprzedaży maseczek od 40 (dokładnie 39) złotych do równych pięćdziesięciu – zdjęcie z reklamą maseczki pomalowanej w różne wzory. Nie sądzę jednak, by sami „domowi biznesmeni” malowali te obrazki, ale są to oryginalne wzory starych koszul, bluzek, pościeli i co tam jeszcze mieli do pocięcia.
Przecież za pięć dych można kupić w sezonowej promocji koszule H&M, Reserved, Bossa, Marksa&Spencera, Big Star i innych czołowych firm odzieżowych słynących z jakości i zamożności nosicieli (głupio to brzmi w dobie pandemii). Skórzane buty w CCC, również były w podobnych cenach – to tylko porównanie. Ta sama odzież w tak zwanych ciuchlandach w zależności od miasta i dnia – bo mają wyznaczone dni wyprzedaży – kosztuje tyle, że spokojnie mając jedynie bilon wyjdziemy obładowani surowcem do miesięcznej produkcji maseczek przy ciągłych zamowieniach.
Nie jestem nawet w stanie policzyć ile procent ma ta „podwyżka” maseczkowych cwaniaczków. Pierwszą rzeczą jaką powinien zrobić rząd, to zamrożenie cen i eliminowanie praktyk żerowania na strachu.
Na picieszenie, jest spółdzielnia socjalna w Zielonej Górze produkująca specjalistyczne osłony z materiału przezroczystego jak szkło i dającego gwarancję, że żadna pałeczka przez ten pancerz się nie przebije. Nazywają to przyłbicą, ciężko pracują od świtu do nocy, zamówienia mają z całej Polski, a koszt wyprodukowania wynosi około dwudziestu złotych. Zaopatrują ośrodki zdrowia, szpitale nie narzucając żadnej marży, w dobie kryzysu pracują dla wspólnego dobra i bez zysku. W Rozmowie ze mną członek tej spółdzielni – Sylwester Pyrka – opowiadał jak wygląda proces produkcji. W tej chwili jest on bardzo długi, bo na jedną maseczkę muszą poświęcić około dwóch i pół godziny. Gdy rozmawialiśmy wybierał się do prezydenta miasta, by namówić go na kupno urządzenia, które umożliwi skrócenie produkcji do kilku minut.
Na potwierdzenie skuteczności wyrobów spółdzielni, ma on opinie lekarzy, którzy wolą ich maski od tych z zagranicy, które kosztują nawet kilka tysięcy złotych. A potrzebują jedynie – dla miasta finansowo nieodczuwalnego wydatku – czyli plotera, by ich produkcja wzrosła kilkaset razy. To ratunek nie tylko da szpitali, ośrodków zdrowia, ale również aptek, których zamówienia leżą niezrealizowane, z braku możliwości przerobowych. Mamy więc do wyboru, albo nic nie dające, szyte ze starych szmat, których gęstość pozostawia wiele do życzenia, maseczki od sprytnych hien biznesu, albo inwestycję miasta w maszynę, która zapewni produkcję atestowanych i szczelnych osłon, przetestowanych i lubianych przez służbę zdrowia.
Teraz rodzi się kolejne pytanie, co będzie bardziej śmiertelne? Samo zagrożenie, czy sytuacja gdy ostatni wirus zostanie zlikwidowany? Starsi ludzie wycofali pieniądze z banków, porobili zapasy na kilka lat. Artykuły się przeterminują, wylądują w śmietnikach i pojawi się plaga szczurów i wszelkiego robactwa. A to wiąże się z kolejnymi chorobami, nasze organizmy są nieco inne niż Hindusów czy Bengalczyków, którzy piją wodę, która zabije „sterylnego” Europejczyka, albo przynajmniej spowoduje ciężkie uszczerbki na zdrowiu, ich organizmy zdążyły się przystosować. To przyszłość, bliska. Ci ludzie na razie mają co jeść. Wprawdzie mogli stracić oszczędności w wyniku kreowanej przez media paniki, ale regularnie dostają renty i emerytury. Z głodu więc nie umrą.
Gorzej mają ludzie pracujący na śmieciówkach. Żyjący od wypłaty do wypłaty, jak kierowcy busów, hal, zamkniętych galerii, kawiarni, pubów i wszelkiego rodzaju lokali, to wszyscy samozatrudnieni. Z dnia na dzień zostali bez środków. Zamknęli im zakład pracy, a nie pracowali na umowach etatowych.
Zastanawiam się, czy już przymierają głodem, czy wyczerpali możliwości pożyczenia kilkudziesięciu złotych. Chociaż teraz kilkadziesiąt złotych na długo nie wystarczy. Gdy był ten kilkudniowy szał zakupów, w niektórych sklepach ceny skoczyły nawet trzykrotnie. Pamiętam jak kiedyś, po długiej nieobecności w swoim rodzinnym mieście, przyjechałem i od razu uderzyła mnie ilość aptek i lombardów. Od tamtej pory gdy widzę miasto składające się głownie z tego rodzaju usług i przedsiębiorstw, wiem, że trafiłem do miasta biedy, miasta nędzy. Bo na niczym innym tak dobrze się nie zarabia jak na ludzkiej biedzie i strachu. Teraz mamy ich połączenie. Ciekawe ile hien, ilu cwaniaków nie zasługujących na miano człowieka na tym zarobi.
Takimi gardzą nawet przestępcy. Z drugiej strony ograniczając prawa obywatelskie rząd natychmiast powinien zamrozić ceny. Czemu tego nie zrobił?
Bo bankster jest premierem?

Wykupili maseczki, teraz proszą o pomoc

Koncern LPP w styczniu tego roku wykupił z polskiego rynku od kilkuset tysięcy do nawet miliona masek chroniących przed wirusami. Ruch ten doprowadził do drastycznego wzrostu cen tego produktu. Teraz, kiedy epidemia doprowadziła do obniżki cen akcji spółki, jej właściciele wraz z innymi kapitalistami z branży odzieżowej wystosowali do rządu apel o pomoc.

W styczniu bieżącego roku polskie szpitale miały poważny problem z zakupem masek ochronnych dla swojego personelu. Tym, którzy udało się nabyć niezbędne wyposażenie, firmy sprzedające maski podyktowały bandyckie ceny. Maseczka firmy Admed, przed zakupem LPP kosztowało 100 złotych, potem jego cena, w sytuacji niedoboru podaży, wzrosła do 350 złotych. Kilka innych przedsiębiorstw produkujących zabezpieczenia zerwało kontrakty ze szpitalami, aby zrealizować dostawy do LPP.

Maseczki wyjechały za granicę

Jak informuje Newsweek, koncern przekazał następnie maseczki do Chin. Oficjalnie – w ramach akcji humanitarnej. W rzeczywistości trafiły one do pracowników fabryk wytwarzających odzież dla LPP. W wielu regionach nałożono na mieszkańców obowiązek poruszania się po przestrzeni publicznej w maskach, dlatego też firma, chcąc mieć pewność, że pracownicy przyjdą do pracy, wyposażyła ich w odpowiedni sprzęt.
Determinacja LPP robiła wrażenie. Koncern próbował zassać z polskiego rynku jak najwięcej masek. Na stronie spółki pojawił się nawet numer telefonu, pod który mogły się zgłaszać podmioty chcące sprzedaż deficytowy towar.

Teraz chcą mniej płacić

Firma, której działania mogły narazić miliony Polaków na niebezpieczeństwo epidemiologiczne, kilka dni temu zwróciła się z apelem do rządu o zluzowanie zapisów kodeksu pracy, możliwość skracania czasu pracy, obniżania wynagrodzeń i odroczenia spłacania składek na ZUS na czas kryzysu.

LPP, a także inne firmy wchodzące w skład powołanego niedawno Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług chciałby również aby państwo dokładało do wypłat pracowników prywatnych firm odzieżowych.
Zachowanie kapitalisty skomentował poseł Lewicy Razem, Maciej Konieczny, który przypomniał, że LPP ma na sumieniu m.in. rejestrowanie swoich dochodów w spółkach w rajach podatkowych. Kiedy wiodło jej się dobrze, starała się maksymalnie ograniczać kwoty, którymi musiałaby podzielić się z polskim państwem. Co innego teraz, kiedy stanęło przed nią widmo utraty zysków (bo przecież nie bankructwa).

– Dziś ta sama korporacja, która ma zresztą za sobą historię unikania opodatkowania w Polsce oraz produkcji ubrań w skrajnie niebezpiecznych dla szwaczek warunkach, domaga się od państwa polskiego wsparcia finansowego na czas epidemii – wspomniał parlamentarzysta.

Najpierw ludzie, potem zyski

– Tak działa współczesny kapitalizm. Zyski wielkich korporacji raz po raz okazują się ważniejsze od życia i zdrowia nas wszystkich. Dziś już wiemy na pewno, że świat po pandemii nie będzie już taki jak dawniej. Nie stać na to, żeby dłużej podporządkowywać wszystko logice zysku. Pielęgniarki ratujące nasze życie zarabiają grosze, a grube miliardy zgarniają ludzie, którzy nie zawahają się pozbawić kraju zabezpieczenia przeciw epidemii dla własnego zysku. Czas to wreszcie zmienić – dodał Maciej Konieczny.
Spółka LPP ma za sobą znakomity okres. Od 1 stycznia 2019 r. do końca stycznia 2020 r., przychody ze sprzedaży wyniosły 9,885 mld zł, zysk brutto na sprzedaży – 5,124 mld zł, koszty operacyjne – 4,209 mld zł, a zysk EBIT – 805 mln zł.