Nie zabierajcie nam przyszłości

Wyszli na ulice ze świadomością, że mówią o problemie, który sam się nie rozwiąże – a jeśli może być rozwiązany, to właśnie teraz. Potem będzie za późno. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny odbył się 15 marca w ponad stu krajach świata. W Polsce – w ponad dwudziestu miastach.

– Greta Thunberg poruszyła młodzież na całym świecie. To należy ocenić jako na wskroś pozytywne zjawisko. Większość dorosłych polityków gra ze społecznością międzynarodową w grę, która markuje rozwiązania w dziedzinie ratowania sytuacji biologicznej i klimatycznej Ziemi. Bez tych masowych strajków młodzieży ta gra mogłaby trwać w nieskończoność, a na pewno do momentu, aż globalne ocieplenie uderzyłoby z taką siłą, że nie byłoby o czym dyskutować – mówi nam Andrzej Gąsiorowski, współzałożyciel fundacji Fota 4Climate. – Być może mamy jeszcze czas na to, aby, jak trafnie określa to raport IPCC, mitygować trochę skutki zmiany klimatu, bo o powrocie do stabilnej sytuacji klimatycznej nie ma już co marzyć.
Gąsiorowski stoi na stanowisku, że można już tylko ograniczać skutki katastrofy. Wspiera młodzieżowe inicjatywy, ale boi się, aby przysłowiowa para nie poszła w gwizdek:
– Ten ruch na pewno jest dziś najczytelniejszym masowym protestem, skuteczniejszym nawet niż Extinction Rebellion. Dzieci wychodzą na ulice na całym świecie, nie da się przecenić wagi tego protestu. Wiadomo, nie ma co oczekiwać, że my coś zrobimy i zaraz będzie widać skutek – to nie jest możliwe ani w przypadku Grety, ani żadnej organizacji ekologicznej. Natomiast musimy przyjąć jakąś etyczną postawę wobec tego, co się dzieje. Ten ruch jest właśnie zajęciem właściwych pozycji. Natomiast mam taką refleksję, że samo wezwanie do działania absolutnie nie wystarczy.

Żeby para nie poszła w gwizdek

Jak działać? Są dwie koncepcje, które się ścierają: pierwsza to 100 procent OZE, które samo w sobie jest przekłamaniem (bo „rozwój odnawialnych źródeł energii” to nic innego jak wykorzystywanie paliw kopalnych, kiedy brakuje słońca i wiatru) połączona z nierealną wiarą w moc masowej społecznej przemiany całej uprzemysłowionej części świata (ludzie sami z siebie się nie ograniczają, to jest niewyobrażalne). Młodzi mają to do siebie, że mierzą siły na zamiary i dziś większość z nich wierzy w tę społeczną przemianę. Druga koncepcja to atom plus OZE.
– My jako organizacja stoimy na stanowisku, że jest ona skuteczniejsza – tłumaczy Gąsiorowski. – Jeśli młodzież usiądzie i przemyśli to pod okiem najlepszych naukowców z Polski i świata, to jest szansa na znalezienie adekwatnych rozwiązań. Taki protest, że wychodzimy i mówimy „chrońmy Ziemię!” nie wystarczy. Masowe dostawianie mocy OZE bez działającej w podstawie energii jądrowej i bez masowej restytucji przyrody i zaprzestania wylesiania i osuszania bagien nie spowoduje dekarbonizacji i poprawy sytuacji. Jeśli nie przemyślimy tych protestów, to para pójdzie w gwizdek. Niemniej wspieramy je całym sercem.
We Wrocławiu młodzież wznosiła głównie hasła nawiązujące do dekarbonizacji: „Albo działamy, albo wymieramy”, „Kto nie skacze, ten za węglem”, „Nie ma planety B”. Licealistów wspierali dolnośląscy działacze Zielonych: „Musimy wspierać odnawialną energię, ale też transport publiczny i rowerowy. Warto zadbać o zieleń, bo ta chroni nas od upałów – mówiła Julia Rokicka. Mieszkańcy aglomeracji górnośląskiej w Katowicach założyli maseczki antysmogowe i przypominali, że „palenie szkodzi”, a powietrze nad ich miastem „pachnie ostatnimi dniami życia na Ziemi”. W Krakowie, gdy kilkaset osób przyszło pod budynek magistratu, przy okazji utrudniono odjazd limuzynie prezydenta miasta. Blokowały ją auta innych radnych, zaparkowane pod ratuszem w mieście, które słynie z wyjątkowo złej jakości powietrza.
W Warszawie, na największym proteście, kilka tysięcy demonstrantek i demonstrantów skandowało „Najpierw natura, potem matura”. Hasła zapisane na transparentach wzywały do ograniczenia wykorzystania ropy naftowej, do rezygnacji z plastiku, by śmieci z tego surowca nie zatruwały planety. A młodzi mówcy alarmowali: wywołane przez człowieka zmiany klimatu sprawią, że w ciągu najbliższych 31 lat 140 mln ludzi będzie musiało opuścić zamieszkiwane obecnie tereny, bo staną się one po prostu niezdatne do życia.

Nieświadomość

– Polska ma duża tradycję strajków. W 1956 r. wyszli robotnicy, w 1968 r. studenci, w 1980 r. zastrajkowała stocznia, a teraz uczniowie strajkują przeciwko reżimowi paliw kopalnych, przeciw wielkim korporacjom – dodał Arkadiusz Wierzba z Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, cytowany przez „GW”. – Cieszę się, że ruch klimatyczny rośnie w siłę, i daje dużo dobrej, odnawialnej energii.
Organizatorzy nie mają jednak złudzeń: do masowości strajkowi zabrakło wiele. Wiedza o zagrożeniach dla środowiska nadal nie jest rzeczą powszechną. W programach nauczania w szkołach wspomina się o niej skrajnie mało, część mediów bagatelizuje problem lub wprost mu zaprzecza. Inne, zajęte relacjonowaniem codziennych przepychanek polityków, na poważnie biorą się za temat dopiero wtedy, gdy można go wpisać w tenże bieżący kontekst (na przykład gdy Robert Biedroń chce zamykać kopalnie, a Andrzej Duda – dokładnie odwrotnie).
– Edukacja o środowisku w szkołach praktycznie nie istnieje, uczniowie często nie wiedzą, jak poważny jest problem, z którym będą musieli zmierzyć się w przyszłości. Szkoły nie dają nam dobrego przykładu, takiego jak segregacja śmieci czy nieużywanie plastiku – zwracali uwagę organizatorzy wydarzenia na jego stronie na Facebooku.
Nasze społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasz dom się pali, a my mamy coraz mniej czasu, by uratować naszą planetę – mówili „Głosowi Wielkopolskiemu” uczestnicy protestu w Poznaniu. Podobnie jak we Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku, Krakowie – tam też demonstrantek i demonstrantów było kilkuset. Jednak niewiele, jak na wydarzenie, które dotyczy wszystkich, było nieźle rozreklamowane w mediach i z założenia apolityczne – bez partyjnych emblematów.
O tym, że Polska nie należy do bastionów walki ze skutkami antropocenu, wie bardzo dobrze również doktor Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Bez zmiany mentalności klasy politycznej nie uratujemy planety, jaką znamy. Strajk klimatyczny jest wołaniem o tę zmianę. Wiemy, że im wcześniej sobie uświadomimy konieczność zapobieżenia globalnemu ociepleniu, tym większa szansa na przynajmniej częściowe zahamowanie negatywnych skutków – stwierdza. – Decydenci zdają się tego nie zauważać.
– Strajk klimatyczny to akt ogromnej determinacji, ale i rozpaczy, bo pokolenie młodych ludzi, którzy jeszcze nie mogą mieć bezpośredniego udziału w tworzeniu prawa, wychodzi na ulice i mówi swoim rodzicom i dziadkom: zawaliliście sprawę, wasza opieszałość i krótkowzroczność prowadzi nas do katastrofy! To jest na wskroś poruszające, bo ci ludzie mają rację – komentuje z kolei Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt – czyli tych bytów, które mają jeszcze mniej narzędzi niż my, by radzić sobie ze skutkami globalnego ocieplenia.
Młodzi mają rację – taki głos płynie również ze środowiska naukowego. Inicjatywę młodzieży poparło własnym listem otwartym 228 ekspertów, wykładowców Uniwersytetów Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Łódzkiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wrocławskiego, Polskiej Akademii Nauk… – Niniejszym zdecydowanie potwierdzamy, że w środowisku naukowym panuje konsensus, wskazywany przez młodzież jako podstawa ich oburzenia i protestu: klimat się ociepla, a przyczyną tego jest działalność człowieka. Szybkie i bardzo znaczące ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery jest podstawowym warunkiem uniknięcia przez ludzkość klimatycznej katastrofy – piszą. To jednak ciągle za mało, by zgromadzić na ulicach prawdziwe tłumy.
Susza, huragany, choroby
Wszyscy mówią: „skutki globalnego ocieplenia”, ale jeśli spytamy przeciętnego Kowalskiego, co to właściwie znaczy, rozłoży bezradnie ręce. Dlatego zapytałyśmy wrocławskiego biologa, co globalne ocieplenie oznacza dla zwykłego zjadacza chleba.
– Zmiany klimatyczne przyspieszają, obecne modele wzrostu temperatury na świecie pokazują, że silne, negatywne skutki tych zmian nastąpią szybciej niż się wydawało. Zmiany w przyrodzie na terenie Europy, o których mówiłem publicznie jeszcze rok temu, że nastąpią pod koniec wieku, mogą mieć miejsce za 30 lat – mówi Robert Maślak. – Przedtem będziemy świadkami coraz większej liczby gwałtownych zjawisk pogodowych: huraganów, powodzi i długich okresów upałów i suszy. Pojawią się pasożyty i choroby, które znamy tylko z cieplejszych regionów – nicień Dirofilaria repens, zagnieżdżający się pod skórą, ale też w płucach czy w oku, jest obecny w Polsce od 2007 roku, w Czechach odnotowano już zachorowania na wirusową Gorączkę Zachodniego Nilu, która może powodować ciężkie zaburzenia neurologiczne. Wyższa temperatura to także lepsze warunki do życia dla kleszczy, rozprzestrzeniania się boreliozy i odkleszczowego zapalenia mózgu. Wraz z dalszym wzrostem temperatury możemy spodziewać się w Europie także malarii. Zmiany w środowisku spowodują zanik niektórych gatunków i rozprzestrzenienie się innych, a zaburzenia równowagi mogą mieć dalsze konsekwencje także dla ludzi.
Co robić choćby w pierwszym rzucie, choćby w dziedzinie energetyki? Recepta dra Maślaka to OZE plus atom plus oszczędność energii, chyba że technologia w przyszłości pozwoli na stabilność produkcji prądu produkowanego w OZE. I działać należy już teraz. W przeciwnym razie…
– Najbardziej dotknięci zostaną ci, którzy ponoszą za zmiany klimatu najmniejszą odpowiedzialność – padło ze sceny podczas protestu w Warszawie. Część wygłoszonych podczas protestu przemówień bardzo jasno budowało zależność między kapitalistyczną zachłannością a sytuacją, w jakiej znalazła się planeta.

Od 50 lat ku katastrofie

Żadna z największych polskich partii nie ustosunkowała się do strajku klimatycznego. Działania młodzieży szeroko nagłośniły liberalne media, ale dla dominującej prawicy ciągle są sprawy ważniejsze; zmiany klimatu to albo mit, albo temat, podejmowanie którego nie pomoże w walce z PiS. Inaczej postąpili jedynie wspomniani już Zieloni, partia Razem oraz Wiosna. Pierwsza deklaruje: jesteśmy całym sercem ze strajkiem klimatycznym, a nasz program zawiera postulaty utrzymane w podobnym duchu. Również przedstawiciele drugiej pojawili się na demonstracjach.
– Dziś, prócz rezygnacji ze słomki, potrzebne są twarde akty polityczne – mówi Karolina Kuszlewicz. – Czasy luksusu, polegającego na tym, że przez segregowanie śmieci i mądre wybory konsumenckie możemy powstrzymać degradację planety, bezpowrotnie minęły. Tymczasem w Polsce nadal nie ma jednoznacznego planu odejścia od węgla, a jednym z najważniejszych czynników, mającym wpływ na politykę międzynarodową są interesy związane z eksploatacją złóż, szczególnie ropy – podkreśla. A potem przypomina, że już 50 lat temu w raporcie Sekretarza Generalnego ONZ U Thanta „Człowiek i środowisko” zostało jednoznacznie ustalone, że zmierzamy do katastrofy klimatycznej. Już w 1968 r. pisano o tym, że zasoby biosfery, chociaż ogromne, mają jednak swoje ograniczenia. Jeśli zostaną wyczerpane, życie zniknie z powierzchni Ziemi. Sami się unicestwimy.
– Koniunkturalizm przez lata wygrywał jednak z ratowaniem naszego miejsca do życia – gorzko podsumowuje Rzeczniczka Praw Zwierząt.

Gdzie jest „pokolenie JP II”?

W największym państwie Ameryki Łacińskiej, w I turze wyborów prezydenckich, przygniatającą liczbę głosów uzyskał mizogin, rasista, homofob wielbiciel krwawych dyktatur latynoamerykańskich, admirator doktryny neoliberalnej w gospodarce i sprawach społecznych, entuzjasta prezydentury Trumpa – Jair Messias Bolsonaro. W Polsce sąd skazał Jerzego Urbana na karę ponad 120 tys. z art. 196 (obraza uczuć religijnych), za grafikę z Jezusem o zdziwionej twarzy. Szokuje wymiar kary pieniężnej, bo procesy tego typu odbywały się już nad Nergalem, Kozyrą czy Dodą, ale z taką nawiązką za obrazę uczuć religijnych opinia publiczna się nie spotkała. Te wydarzenia tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Kult Jana Pawła II w Polsce zawsze miał wymiar groteskowy, infantylny i bałwochwalczo pogański. Serwilistyczne media niegdyś powołały do życia i nieustannie mieliły w różnych konfiguracjach retorycznych, termin „pokolenia Jana Pawła II”.Nadwiślański mainstream – od lewa do prawa (poprzez tzw. liberałów i mikroskopijne, co dziś widać, środowiska „katolików otwartych”) – nigdy nie zdobył się na racjonalne, zdystansowane, pozbawione ludyczności oraz bezrefleksyjnej manifestacyjności podejście do tego dorobku. Pęd ku coraz to nowym pomnikom papieża nosił i nosi cały czas znamiona idolatrii. Nawet dziś, kiedy sprawa pedofilii w Kościele tak ekscytuje opinię publiczną, o niechlubnej roli papieża Polaka (np. relacjach JP II z „umiłowanym synem” Marcialem Macielem Degollado) mówi się półgębkiem, jakby pobocznie.
Polscy bezkrytyczni entuzjaści tego pontyfikatu – ci tzw. liberalni również – przypisują mu fałszywie liczne zasługi, ignorując, że papież odrzucał wszystko to, co charakterystyczne dla demokratycznego i oświeceniowego porządku społecznego: pluralizm, tolerancję, prawa kobiet i mniejszości seksualnych, zdobycze socjalne świata pracy (encyklika „Laborem exercens”, niby najdonioślejsza w tej mierze praca papieża to powielenie tez Karola Marksa, zwłaszcza w kontekście antynomii pracy i kapitału, ale podlana religijnym, korporacjonistycznym w stylu Piusa XI, sosem). Był jawnym wrogiem zwiększenia roli kobiet w Kościele, zniesienia celibatu, osiągnięć genetyki, ginekologii czy seksuologii, a nawet wolności badań teologicznych. Od Vaticanum II nie było tylu prześladowanych przez Kongregację Doktryny i Wiary kapłanów.
Pacyfikacja ożywczego prądu teologii wyzwolenia, stłumienie w obrębie latynoamerykańskiego katolicyzmu tych idei i debaty, zaowocowało zwycięstwem wyznań ewangelikalnych rodem z USA, niesłychanie konserwatywnych światopoglądowo, często skrajnie neoliberalnych i uprawiających kult zysku, rywalizacji, konkurencji. To z tego typu wspólnot rekrutuje się elektorat ultraprawicowy, popierający rozwiązania à la Bolsonaro, bądź prawicowo-populistyczny Mariny Silvy de Lima.
Psycholog społeczny Jarosław Klebaniuk stwierdził w 2011 r. w rozmowie z Piotrem Szumlewiczem, że pokolenie JP II to medialny twór zakorzeniony bardziej w formie reklamowomentalnej niż w identyfikacji i przestrzeganiu papieskiego nauczania. Czyli emocjonalno-afektywny humbug podparty prawicowym, tradycjonalistycznym, niechętnym wszystkiemu co inne katolickim fundamentalizmem. A jednak pokolenie JP II istnieje. Nie w formie autoidentyfikacji, nie w przestrzeni dosłownej organizacji, ale w formie nieformalnych grup osób skłaniających się ku określonej wizji świata: ultra-zachowawczej, konserwatywnej, opartej o paternalistyczno-hierarchiczne wartości, które limitują ich decyzje i wybory bez względu na pozycję w drabinie społecznej, deklarowane poglądy polityczne, status majątkowy etc. To pokolenie jest w Platformie Obywatelskiej, Nowoczesnej, ale przede wszystkim w Prawie i Sprawiedliwości, Kukiz’15, ONR-ze, kibolach pielgrzymujących na Jasną Górę. Także i w różnych odłamach tzw. polskiej lewicy. Ono ma twarz byłego księdza Jacka Międlara, ks. prof. Dariusza Oko, ks. Romana Kneblewskiego, o. Tadeusza Rydzyka. O hierarchach, którzy otrzymywali od papieża birety i kapelusze szkoda nawet wspominać.

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…