Róbmy swoje – „Pracę u Podstaw”

Odsunięcie PiS-u od władzy jest warunkiem koniecznym, lecz nie jedynym odnowy społeczeństwa i państwa polskiego. Bardzo ważne zadanie ma do spełnienia w tej sprawie Lewica.

Kolejne wybory za dwa i pół roku, lecz możliwe, też wcześniejsze. Sondażowa średnia Nowej Lewicy w ostatnim roku (04.2020-04.2021) to 9 %, czyli o 3,5 punkta mniej niż wynik elekcji 2019 (12,56 %). Za to optymizm mogą budzić wyniki badań postaw politycznych ludzi młodych (18 -29 lat), spośród których (w zależności od „sondażowni”), 30 do nawet 49 proc. deklaruje poglądy lewicowe.

Sytuacja polityczna w Polsce jest zagmatwana, a w samej lewicy też niejasna. Większość ludzi z tego powodu, ale i dlatego, że na co dzień polityką się nie interesuje, nie do końca rozumie, „co się dzieje”. Zaczyna o polityce myśleć na kilka dni przed wyborami, i to wówczas, gdy postanowi na nie pójść.

Zatem trzeba jak najwięcej osób zainteresować problemem wcześniej i w taki sposób, iżby skorzystała na tym lewica. Trudno to będzie osiągnąć bez osobistej pracy wśród obywateli, wszystkich członków i członkiń partii (a nie tylko liderów, posłanki/posłów), bez ich „pracy u podstaw” w swoim otoczeniu i środowisku, i to na długo przed kampanią wyborczą. Zaangażowanie się ludzi lewicy w wyjaśnianie tych spraw społeczeństwu pomoże umocnić jej miejsce na scenie politycznej. Jest to ważne nie tylko w kontekście bezwzględnej potrzeby odsunięcia od władzy „szkodników”, lecz również, i w związku z koniecznością zdobycia przez lewicę bardzo znaczącej roli w gronie partii opozycji, które sumarycznie wygrają wybory. Bowiem odsunięcie PiS od władzy jest wprawdzie koniecznym warunkiem odnowy społeczeństwa i państwa polskiego, lecz nie jedynym. Bardzo ważną funkcję w przeprowadzeniu owej odnowy ma do spełnienia lewica. Dlaczego? Bo chyba nikt uważnie śledzący polską politykę nie liczy na to, iż KO, PL-50, PSL z ochotą przystąpią po wyborach do realizowania polityki POSTĘPU (dążeń lewicy), jeśli się ich do tego w jakiś sposób nie przymusi (próbkę tego, jacy oni, oraz sprzymierzone z nimi media są naprawdę a także, jaki jest ich rzeczywisty stosunek do lewicy, dali – organizując na nią niebywałą nagonkę w związku z rozmowami z rządem nt. Krajowego Planu i Funduszu Odbudowy).

A przymusić ich można tylko wynikiem procentowym, i liczbą zdobytych mandatów, niczym innym. Dlatego, sprawi Polsce i społeczeństwu wielką różnicę fakt, czy w przyszłych wyborach lewica uzyska 9 proc. i 35 mandatów, czy też 15-20 proc. i 100 mandatów. Od tej, w uproszczeniu, liczby mandatów będzie zależeć, ile owego POSTĘPU, i jakie jego treści wejdą w krwioobieg życia państwowego oraz publicznego, w relacje społeczne, ekonomiczne, kulturowe, po latach rządów sił ciemnogrodzkich? Ile prawdy i racjonalizmu zawita do systemu edukacji i nauki; w jakim kierunku zmierzać będą prawa i partycypacja pracownicza, usługi publiczne, polityka ekologiczna, społeczna, zdrowotna, prawa kobiet i mniejszości, a w jakim przywileje ojców dyrektorów, Obajtków i innych oligarchów.

Ta umowna liczba mandatów lewicy (mniej, czy więcej oraz, o ile) wpłynie na zasięg i tempo odwrotu Polski od wstecznictwa, a także na wprowadzanie jej na drogę unowocześniania relacji społecznych. To jest miara wyzwania, jakie staje przed ludźmi lewicy, socjaldemokratami i socjalistami, w kwestii naszego zaangażowania w umacnianie i rozwój lewicy, a szczególnie kierunku, jaki przyjmie Polska.
Wiele, jeśli nie wszystko w tych sprawach zależy to od nas samych. Są możliwości i niemałe jeszcze rezerwy: tysiące członków, struktury, koła, rady powiatu; trzeba je wykorzystać w optymalny sposób.
Wkrótce ulegnie zmianie sytuacja epidemiologiczna, będzie można spotkać się w większych grupach. Trzeba organizować zebrania kół i rad, nie czekając na „dyrektywy partyjnej góry”, które opóźniać może tworzenie się partii. Po prostu, róbmy swoje. Ale i góra musi pomóc. Powinna przygotowywać i przekazywać radom i kołom jakąś wykładnię „linii” partii: interpretację i wyjaśnianie podejmowanych decyzji; działań w Sejmie itp. Ostatnio, na przykład – aż się o to prosiło – stanowiska w sprawie KPO (Krajowego Planu Odbudowy) i wykorzystania środków z UE. W rezultacie narosło wokół tego wiele nieporozumień – oskarżeń Nowej Lewicy przez media i inne siły opozycyjne o bratanie się z PiS-em.

Tych banialuk nie potrafiono wyjaśnić (choć decyzje były słuszne), stąd taki kociokwik, też ze strony części elektoratu lewicy. Dlatego aprobując decyzje, krytykuję zarazem sposoby komunikacji w samej partii, ale idąc dalej tym tropem, także sposoby komunikacji partii ze społeczeństwem. Zobaczyliśmy jak na dłoni, iż – w sytuacji, gdy media tak nie lubią lewicy – jedną z niewielu szans dotarcia z prawdą do zmanipulowanego społeczeństwa jest „praca u podstaw”. Powyższa sprawa (tu jako tylko ilustracja konieczności przekazywania przez kierownicze gremia partii swoich stanowisk, uchwał, wyjaśnień do kół i rad niższych szczebli), powinna być, w oparciu o ową linię tematem zebrań rad, kół. Zaopatrzeni na ich forum w wiedzę i informację, członkowie, członkinie partii, mają obowiązek wyjścia do ludzi w swoich środowiskach i otoczeniu – miejscu zamieszkania, pracy; i rozmawiać, wyjaśniać, realizować ową polityczną „pracę u podstaw”.
„Praca u podstaw”, to praca partii ze społecznymi podstawami (przedstawicielami różnych grup i klas społecznych, organizacji społecznych, stowarzyszeń, związków). Szczególną rangę Nowa Lewica/NL, powinna nadać podejmowaniu i rozwijaniu kontaktów z reprezentantami środowisk pracowniczych, robotniczych, studenckich, młodzieżowych, z kręgami osób niegłosujących. Bowiem te klasy i grupy są naturalną bazą lewicy, a dziś są często przez nią opuszczone. NL musi dołożyć maksimum wysiłku, by do nich dotrzeć, przekonać do siebie. Nie wolno np. zmarnować tego potencjału lewicowości, który „generuje się” w młodym pokoleniu (vide wyżej przytoczone badania). Otwiera się tu wielka szansa, a jej zmarnowanie byłoby nie do wybaczenia. Ale wyniki nie przyjdą same, żeby je utrzymać/ poprawić, trzeba wielkiej pracy, także, a nawet przede wszystkim partyjnych „dołów”.

Kwestią zasadniczą jest, co to znaczy „praca partii”, i kto ma ją prowadzić? To oczywiście praca nie tylko samych liderów, lecz wszystkich jej ludzi. Bez ich zaangażowania nie da się zdobyć zaufania obywateli. Działalność liderów, posłanek i posłów w Sejmie, na wiecach, w RTV nie wystarczy.
Każda członkini i członek powinni prowadzić tę pracę wśród współmieszkańców; w organizacjach, do których należą, a często pełnią w nich ważne funkcje; w miejscu zatrudnienia, nie mówiąc już o tak oczywistych miejscach, jak rodzina, sąsiedzi itd. itp.

Ktoś zaraz powie, w jakim celu pisać o tak prostych sprawach? Zatem jeśli to tak proste, dlaczego się nie działo? A może wcale nie jest to tak proste, tylko zapomniano (lub się nie wie) o pracy u podstaw?

W tym momencie, pomny miernych skutków wielu innych apeli, nie mogę, nie wyrazić jakiejś obawy, o utracenie na przykład tych „młodych”.

By do tego nie doszło, i aby praca partyjna nabrała siły i tempa też w innych jej sferach, konieczny jest udział wszystkich ludzi partii. Ale i tych trzeba zorganizować, zmobilizować, zmotywować. Kluczowe zadanie mają do wykonania w tej kwestii koła i rady powiatowe, miejskie. Na nich i na ich zasadniczej formie pracy – zebraniu, spoczywa główna rola zakresie przygotowania członków do działania, do pracy politycznej wśród ludzi.
Warto przypomnieć, iż okres największych sukcesów polskiej lewicy (zwycięstwo wyborcze SLD 2001), to czas niezwykle dynamicznego rozwoju kół oraz stanu osobowego partii (około 150 tysięcy).

Dlatego trzeba ożywiać koła i rady, tworzyć nowe, zabiegać o powiększanie ich liczebności.

O tym, że liczba członków jest dla partii lewicowej ważna, świadczy przykład Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. SPD przeżywa w ostatnich latach kryzys, a mimo tego skupia 435 tys. osób. Brytyjska Partia Pracy ma ponad 500 tyś. osób, a Partia Socjalistyczno-Robotnicza Hiszpanii (PSOE) – 460 tyś.

W realizacji „pracy u podstaw” wyróżniamy formy partyjnej działalności zbiorowej, których głównym organizatorem są instancje i koła. Oraz – będące istotą tej pracy – formy indywidualnej aktywności politycznej każdego członka partii w macierzystym otoczeniu.

Członkini/członek partii, zadanie to może realizować na dwa sposoby. Pierwszy, to praca „twarzą w twarz”: bezpośrednia rozmowa z ludźmi, z sąsiadami, na spotkaniu organizacji. Wszędzie porusza się tematy polityczne, a wokół są ludzie młodzi, znajomi, a także obywatele „bojkotujący” wybory, i inni, z którymi warto pracować, zachęcić i przekonywać do lewicy. Ale teraz, kiedy wielu z nas już potrafi „znaleźć się w sieci” przyszedł też czas na pracę polityczną wśród ludzi przy użyciu internetu, portali społecznościowych. Każda i każdy, ma tam wielu znajomych, przyjaciół. Można z nimi dyskutować, przesyłać materiały otrzymane w radzie lub kole, przekonywać do lewicy i lewicowości.
I to, już teraz i cały czas, a nie dopiero na miesiąc przed wyborami.
Do przygotowania ludzi partii do realizacji tego zadania, nic nie zastąpi spotkań/zebrań kół i rad partii. Ale konkretniej o tej sprawie już następnym razem.

Młodzież skręca w lewo

Przez ostatnie 30 lat w badaniach CBOS dotyczących poglądów politycznych najmłodszych wyborców wygrywała albo opcja „trudno powiedzieć”, albo przekonania centrowe. Raz, w 2015 r., centrum nieznacznie wyprzedziła prawica. I oto w 2020 r. w sondażu zwyciężyły wyklinane i wyśmiewane poglądy lewicowe.

Efekt nachalnego wciskania młodym ludziom do głów kultu „wyklętych”, prymitywnie rozumianego patriotyzmu i narzucania swoich „jedynych słusznych” wartości przez Kościół? W dużym stopniu zapewne tak. Być może swoje zrobiły również problemy, które tworzy dla młodego pokolenia kapitalizm w nadwiślańskim wydaniu: plaga śmieciówek, naruszanie praw młodych pracowników i stażystów, brak dostępu do tanich mieszkań… a przy tym nieustanna propaganda: pracuj więcej, a zostaniesz bogaczem.

Spolaryzowani

Odsetek osób, które określiły się jako zwolennicy i zwolenniczki lewicy wzrósł od 2019 r. radykalnie. W poprzednim badaniu opinii publicznej jedynie ok. 18 proc. opisywało swoje poglądy w ten sposób. Około 23 proc. młodych ankietowanych sytuowało się na prawicy, a wygrywała opcja centrowa z ok. 28 proc. wskazań. Pozostali nie mieli zdania. Tymczasem w roku 2020 odsetek ludzi z sercem po lewej stronie podskoczył do 30 proc. Równocześnie rośnie także polaryzacja, bo wzrost powyżej granicy 25 proc. zanotowała też prawica, za to centrum straciło kilka punktów procentowych, a „nie wiem” odpowiada dziś mniej niż 20 proc. pytanych, najmniej od 1991 r. Młodzi wyborcy wydają się więc bardziej świadomi i stanowczy w swoich przekonaniach niż kilka lat temu. Warto zauważy przy tym, że już od pewnego czasu widoczny jest rozrzut postaw młodych mężczyzn i kobiet. Polki w sondażach chętniej wskazują partie opozycyjne, popierają świeckie państwo i nie chcą dyktatu biskupów. Z kolei młodym Polakom statystycznie częściej podoba się nacjonalizm i frazesy o fundamentalnej roli Kościoła, okraszane wypadami przeciwko mniejszościom seksualnym. To młodzi mężczyźni chodzą na nacjonalistyczne marsze.

Trwały trend?

Politycy parlamentarnego klubu Lewicy przyjęli badania CBOS z nieskrywanym entuzjazmem. – A za trzy lata do młodych wyborców, wśród których już dziś wygrywa lewica, dołączy grupa, która jeszcze nie ma praw wyborczych. Konserwatywni liberałowie słusznie się niepokoją. Czas ich dominacji w polskiej polityce się kończy – tweetował poseł Adrian Zandberg z Lewicy Razem. Jego klubowy kolega Maciej Gdula jest przekonany, że zmiana politycznych postaw młodych wyborców jest trwała i że zachowają oni te przekonania także w latach następnych. – To będzie trwałe pokolenie antyprawicowe, a jego rola w polskiej polityce stanie się kluczowa już za kilka lat – pisze poseł.

Czego chcą?

Oby mieli rację i zwrot ku lewicowości nie okazał się tak efemeryczny, jak swojego czasu zachwyt nad antyklerykalnym i specyficznie wolnościowym Ruchem Palikota, wiara w zmianę, którą przyniesie niepartyjny ruch Kukiza i JOW-y, czy fascynacja totalnym wolnym rynkiem, która pozwoliła partii Janusza Korwin-Mikkego wejść do Europarlamentu. Osobne pytanie brzmi: czym jest lewicowość dla młodych respondentów? Czy chodzi im o krytykę kapitalizmu, jego ekscesów, czy jednak głównie o równouprawnienie i różnorodność? Z jednej strony – na demonstracjach kobiet, gdzie dominują młode protestujące, wątki społeczne (jak hasło „Aborcja jest kwestią klasową”) nie wybijają się na pierwszy plan. Z drugiej – wzrost zainteresowania i członkostwa odnotowują w ostatnich latach socjalistyczne i socjaldemokratyczne młodzieżówki, a ich aktywiści w radykalizmie wyprzedzają kierownictwo „dorosłych” partii.

Młodzi Polacy patrzą na wolny rynek

Jak najwięcej dla siebie, nic dla dobra wspólnego – jak wynika z badań dr hab. Adama Mrozowickiego z Uniwersytetu Wrocławskiego i dr. Jana Czarzastego ze Szkoły Głównej Handlowej tak mogłaby brzmieć dewiza współczesnego młodego Polaka. Może w trochę mniejszym stopniu młodej Polki, w końcu na Lewicę częściej głosują w tym kraju kobiety. Tak czy inaczej: młode pokolenie okazało się nie tylko niesolidarne, ślepo zachwycone wolnym rynkiem mimo kolejnych kryzysów, ale również mało przewidujące.

I nie są to wnioski z jednorazowych badań sondażowych, które łatwo można by było zakwestionować. Pracownicy naukowi swoje „Oswajanie niepewności”, bo taki tytuł głosi praca robiąca od kilku dni furorę, przygotowywali przez kilka lat. Dokładnie trzy lata trwało ustalanie, co najmłodsi polscy wyborcy – w wieku od 18 do 30 lat – myślą o działaniu gospodarki, o roli państwa, o wolnym rynku i o tym, jak sami chcieliby na tym rynku funkcjonować. Mowa o doświadczeniach pokolenia, które nie zna już z autopsji żadnej innej gospodarczej rzeczywistości, z jednej strony było wychowywane w absolutnym kulcie rynku, z drugiej jednak – miało szansę, za sprawą rodzinnych doświadczeń, przekonać się również o jego ciemnych stronach. Najstarsi z ankietowanych ponadto wchodzili w dorosłość dokładnie w czasie wielkiego gospodarczego kryzysu r. 2008 i statystycznie rzecz ujmując trudno, by młodość nie kojarzyła im się z umowami śmieciowymi. A jednak idea wolnego rynku nadal budzi jednoznacznie pozytywne skojarzenia, a zasadę konkurencji w gospodarce przyjmuje się bez zastrzeżeń. W badaniach pozytywnie wypowiada się o jednym i drugim 78 proc. odpowiadających. Tu jeszcze zaskoczenia nie ma. Trzydzieści lat wpajania, także w szkołach, kultu przedsiębiorczości czy bardzo długa absolutna dominacja neoliberalnych ekspertów ekonomicznych w głównych mediach – relatywnie niedawno podważona – musiały zrobić swoje. Jednak młoda polska miłość do nieskrępowanego wolnego rynku jest wyjątkowo niekonsekwentna. Chwaląc ideę, młodzi Polacy nie dostrzegają wszystkich jej konsekwencji.
Nie chcę płacić podatków, ale…
Zerwanie związków przyczynowo-skutkowych nabiera szczególnie tragicznego – tragikomicznego, jeśli ktoś lubi czarny humor – wymiaru we fragmentach dotyczących podatków oraz usług publicznych. Wieloletnie wbijanie ludziom do głów, że państwo zabiera (kradnie) im pieniądze, do spółki z obserwowaniem polskich instytucji publicznych z kartonu, dało efekt: 46,5 proc. młodych opowiada się za radykalnym obniżeniem obciążeń podatkowych. Wszystkim. 55 proc. nie chce płacić również składki emerytalnej, bo wychodzi z założenia, że bez powszechnego systemu emerytalnego byłoby lepiej, a każdy na przyszłość powinien odkładać sam. Efekt tego myślenia, nie tylko w wykonaniu młodych, można było zobaczyć, gdy na początku swojej kampanii kandydat Lewicy Robert Biedroń opowiedział o emerytce, której świadczenie wynosi niewiele ponad 200 zł. „Nie pracowała, ma za swoje”, „Popieram Pana, ale to już populizm, ona sama jest sobie winna” – takie komentarze posypały się także ze strony zdeklarowanych zwolenników socjaldemokratów.
Wracając jednak do poglądów najmłodszych wyborów. Otóż ci sami ludzie, którzy najchętniej nie oddaliby państwu ani złotówki, oczekują, że to samo państwo zapewni im bezpłatną służbę zdrowia (można się domyślić, że na lepszym poziomie niż ta, jaką oferuje dziś). Leczyć się za darmo chciało 72 proc. odpowiadających. Zdecydowanie przeważają również młodzi ludzie, którzy chcieliby stabilnego zatrudnienia na etatach – tu własne doświadczenie ze śmieciówek zdaje się wygrywać z indoktrynacją. Skąd państwo, pozbawione przychodów, miałoby finansować publiczne szpitale i przychodnie? Dlaczego nieskrępowany wolny rynek miałby nagle zrezygnować z umów, które pozwalają oszczędzać na pracownikach? Takie pytania pozostały poza horyzontem większości młodzieży.
Kiedy młodzież przyzwoliłaby na łamanie zasady wolnej konkurencji i nie sarkałaby, że państwo nie jest tylko nocnym stróżem? Okazuje się, że wtedy, gdy to, co publiczne, subsydiowałoby prywatne. Jeśli niemal 4/5 młodzieży uważa, że wolny rynek jest super, to niemal dokładnie tyle jest przekonanych, że wspieranie polskich firm przez państwo jednak jest pożądane. Ponad połowa (56 proc.) uważa również, że państwo powinno wprost pomagać w zakładaniu własnego biznesu, kierując fundusze z pieniędzy podatników na ten cel. Złośliwie można by dodać: przecież pieniędzy z podatków powinno być jak najmniej. Znowu jednak sprzeczność pozostała przez ankietowanych niezauważona. Prof. Juliusz Gardawski, charakteryzując postawy Polaków wobec gospodarki, nazwał podobną postawę ekonomicznym infantylizmem: sami nie chcemy dzielić się ani złotówką, ale wierzymy, że państwo z niczego stworzy coś, a konkretnie usługi publiczne na wysokim poziomie. Jeden z moich facebookowych znajomych, wyborca Lewicy z tych bardziej czerwonych, powiedział jeszcze dosadniej, że ze współczesnych Polaków, mimo wszystkich historycznych zawirowań, nie przestaje wychodzić paradoksalna mentalność mieszająca pozostałości po pańszczyźnie z myśleniem szlachciców na zagrodzie. Coś w tym jest.
Wychować swój elektorat
Niezależnie jednak od tego, jak bardzo polski kult małej i średniej firmy (bo już wielkich koncernów aż tak nie kochamy, nawet jeśli też nie nienawidzimy) oraz przedsiębiorczości ogólnie ma swoje korzenie w historii dalekiej, czy też ze szczególną intensywnością wtłaczano go do głów przez ostatnie dekady, jedno nie ulega wątpliwości: dobrze, że przynajmniej na socjaldemokratycznych polityków w Polsce ten czar już nie działa. Znakomicie, że publicyści i aktywiści piszą i krzyczą o dziurach w polityce mieszkaniowej, sprawniej łącząc fakty niż młodzież z badań Czarzastego i Mrozowickiego, związkowcy pokazują palcem niskie płace czy rozkwit śmieciówek, a posłowie i posłanki Lewicy potrafią z sejmowej trybuny napiętnować dziury w prawicowej polityce społecznej. Gorzej, że ci, którzy na nich głosowali, często nie myślą podobnie. Sprawa emerytki, która „sama sobie była winna”, to raczej symptom niż przykry wyjątek.
Na początku grudnia badania politycznych preferencji Polaków – już ze wszystkich kategorii wiekowych – przeprowadzone tradycyjnie przez CBOS pokazało, że 24 proc. zdeklarowanego elektoratu Lewicy najchętniej sprywatyzowałaby przedsiębiorstwa państwowe (wszystkie, tak wynikało z pytania), a 50 proc. popiera elastyczny rynek pracy. To mniej niż odsetek miłośników wolnego rynku bez ograniczeń w badaniu młodzieży, ale więcej niż wśród… zwolenników Konfederacji w badaniu CBOS. O wiele bardziej niż poglądy gospodarcze elektorat lewicowej koalicji jednoczyły sprzeciw wobec nacjonalizmu, rozmontowywania mechanizmów liberalnej demokracji czy zamachiwania się na prawa kobiet i mniejszości. Czy o to chodzi?
Na progu nowego kryzysu gospodarczego – raczej nie. Lewica ma przed sobą wielkie zadanie. Byłoby optymizmem nad wyraz powiedzieć, że spustoszenie w umysłach po tylu latach rynkowej indoktrynacji da się odkręcić. Działać w tym kierunku jednak trzeba. Może akurat wiara w to, że państwo jednak musi obywatelom coś zapewniać, może być punktem zaczepienia? By do tego patrzenia na gospodarkę wprowadzić chociaż minimum logiki?

Patointeligencja? Nie, patoburżuazja!

Bardzo mi się podoba głośny w ostatnich dniach teledysk, a także forma i ten poziom szczerości! Zgadzam się, że grodzone osiedla, elitaryzm i dostęp do zbyt dużej ilości pieniędzy dla młodzieży mogą przynosić właśnie takie efekty, jak jest to opisane w utworze. Nie wiem tylko, co ma do tego „inteligencja”.

Wciąganie koksu, wulgarność, seksy i bycie nihilistycznym dzieckiem rodziców, którzy mają środki na prywatną edukację w żaden sposób nie czyni cię inteligentem. Co najwyżej dzieckiem wywodzącym się z uprzywilejowanych warstw. Poprawna nazwa tej piosenki i grupy ludzi to więc „patoburżuazja”, zważywszy na fakt, jak dobitnie podkreśla się tam majętność bohaterów.
Inteligencja jest skromna i związana z konkretnymi praktykami. „Klasy średnie”, wyższe, czy bogaci i po renomowanych uczelniach nie stają się z automatu inteligentami. Konieczną cechą inteligencji jest etos publicznej odpowiedzialności, krytyczny ogląd rządu oraz systemu na rzecz dobra wspólnego. Inteligencja to wiedza i prestiż oraz wartości, nie kasa, narkotyki i zionięcie pustką.

Tak więc moi mili… Fajnie, że dodaliście sobie „inteligencję”, ale tak na serio to jesteście tylko „pato”.

I jeszcze jedna refleksja. Teraz wszyscy jeszcze bardziej wprost będą się obnosić i chwalić byciem patologiczną burżuazją, która nie ma nic do zaoferowania poza marnotrawieniem pieniędzy, nałogami i potworną pustką.

Sukcesem jest już sprzedaż w roli towaru zblazowanych dzieci bogaczy, które utowarowiają patologię burżuazji, by demoralizować nią klasę pracującą, której dozwolone jest dążyć tylko do celów takich jak zachlanie, nałóg, czy pusty indywidualizm.

To trochę taka polska wersja gangsta rapu, który wtłaczał Afroamerykanów jeszcze głębiej w nisze, w które wciskał ich cały rasistowski system. U nas mogą to być patoburżuje i biedni, którzy dzięki hegemonii kulturowej klas wyższych całe życie będą chcieli nimi zostać.

Nie zabierajcie nam przyszłości

Wyszli na ulice ze świadomością, że mówią o problemie, który sam się nie rozwiąże – a jeśli może być rozwiązany, to właśnie teraz. Potem będzie za późno. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny odbył się 15 marca w ponad stu krajach świata. W Polsce – w ponad dwudziestu miastach.

– Greta Thunberg poruszyła młodzież na całym świecie. To należy ocenić jako na wskroś pozytywne zjawisko. Większość dorosłych polityków gra ze społecznością międzynarodową w grę, która markuje rozwiązania w dziedzinie ratowania sytuacji biologicznej i klimatycznej Ziemi. Bez tych masowych strajków młodzieży ta gra mogłaby trwać w nieskończoność, a na pewno do momentu, aż globalne ocieplenie uderzyłoby z taką siłą, że nie byłoby o czym dyskutować – mówi nam Andrzej Gąsiorowski, współzałożyciel fundacji Fota 4Climate. – Być może mamy jeszcze czas na to, aby, jak trafnie określa to raport IPCC, mitygować trochę skutki zmiany klimatu, bo o powrocie do stabilnej sytuacji klimatycznej nie ma już co marzyć.
Gąsiorowski stoi na stanowisku, że można już tylko ograniczać skutki katastrofy. Wspiera młodzieżowe inicjatywy, ale boi się, aby przysłowiowa para nie poszła w gwizdek:
– Ten ruch na pewno jest dziś najczytelniejszym masowym protestem, skuteczniejszym nawet niż Extinction Rebellion. Dzieci wychodzą na ulice na całym świecie, nie da się przecenić wagi tego protestu. Wiadomo, nie ma co oczekiwać, że my coś zrobimy i zaraz będzie widać skutek – to nie jest możliwe ani w przypadku Grety, ani żadnej organizacji ekologicznej. Natomiast musimy przyjąć jakąś etyczną postawę wobec tego, co się dzieje. Ten ruch jest właśnie zajęciem właściwych pozycji. Natomiast mam taką refleksję, że samo wezwanie do działania absolutnie nie wystarczy.

Żeby para nie poszła w gwizdek

Jak działać? Są dwie koncepcje, które się ścierają: pierwsza to 100 procent OZE, które samo w sobie jest przekłamaniem (bo „rozwój odnawialnych źródeł energii” to nic innego jak wykorzystywanie paliw kopalnych, kiedy brakuje słońca i wiatru) połączona z nierealną wiarą w moc masowej społecznej przemiany całej uprzemysłowionej części świata (ludzie sami z siebie się nie ograniczają, to jest niewyobrażalne). Młodzi mają to do siebie, że mierzą siły na zamiary i dziś większość z nich wierzy w tę społeczną przemianę. Druga koncepcja to atom plus OZE.
– My jako organizacja stoimy na stanowisku, że jest ona skuteczniejsza – tłumaczy Gąsiorowski. – Jeśli młodzież usiądzie i przemyśli to pod okiem najlepszych naukowców z Polski i świata, to jest szansa na znalezienie adekwatnych rozwiązań. Taki protest, że wychodzimy i mówimy „chrońmy Ziemię!” nie wystarczy. Masowe dostawianie mocy OZE bez działającej w podstawie energii jądrowej i bez masowej restytucji przyrody i zaprzestania wylesiania i osuszania bagien nie spowoduje dekarbonizacji i poprawy sytuacji. Jeśli nie przemyślimy tych protestów, to para pójdzie w gwizdek. Niemniej wspieramy je całym sercem.
We Wrocławiu młodzież wznosiła głównie hasła nawiązujące do dekarbonizacji: „Albo działamy, albo wymieramy”, „Kto nie skacze, ten za węglem”, „Nie ma planety B”. Licealistów wspierali dolnośląscy działacze Zielonych: „Musimy wspierać odnawialną energię, ale też transport publiczny i rowerowy. Warto zadbać o zieleń, bo ta chroni nas od upałów – mówiła Julia Rokicka. Mieszkańcy aglomeracji górnośląskiej w Katowicach założyli maseczki antysmogowe i przypominali, że „palenie szkodzi”, a powietrze nad ich miastem „pachnie ostatnimi dniami życia na Ziemi”. W Krakowie, gdy kilkaset osób przyszło pod budynek magistratu, przy okazji utrudniono odjazd limuzynie prezydenta miasta. Blokowały ją auta innych radnych, zaparkowane pod ratuszem w mieście, które słynie z wyjątkowo złej jakości powietrza.
W Warszawie, na największym proteście, kilka tysięcy demonstrantek i demonstrantów skandowało „Najpierw natura, potem matura”. Hasła zapisane na transparentach wzywały do ograniczenia wykorzystania ropy naftowej, do rezygnacji z plastiku, by śmieci z tego surowca nie zatruwały planety. A młodzi mówcy alarmowali: wywołane przez człowieka zmiany klimatu sprawią, że w ciągu najbliższych 31 lat 140 mln ludzi będzie musiało opuścić zamieszkiwane obecnie tereny, bo staną się one po prostu niezdatne do życia.

Nieświadomość

– Polska ma duża tradycję strajków. W 1956 r. wyszli robotnicy, w 1968 r. studenci, w 1980 r. zastrajkowała stocznia, a teraz uczniowie strajkują przeciwko reżimowi paliw kopalnych, przeciw wielkim korporacjom – dodał Arkadiusz Wierzba z Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, cytowany przez „GW”. – Cieszę się, że ruch klimatyczny rośnie w siłę, i daje dużo dobrej, odnawialnej energii.
Organizatorzy nie mają jednak złudzeń: do masowości strajkowi zabrakło wiele. Wiedza o zagrożeniach dla środowiska nadal nie jest rzeczą powszechną. W programach nauczania w szkołach wspomina się o niej skrajnie mało, część mediów bagatelizuje problem lub wprost mu zaprzecza. Inne, zajęte relacjonowaniem codziennych przepychanek polityków, na poważnie biorą się za temat dopiero wtedy, gdy można go wpisać w tenże bieżący kontekst (na przykład gdy Robert Biedroń chce zamykać kopalnie, a Andrzej Duda – dokładnie odwrotnie).
– Edukacja o środowisku w szkołach praktycznie nie istnieje, uczniowie często nie wiedzą, jak poważny jest problem, z którym będą musieli zmierzyć się w przyszłości. Szkoły nie dają nam dobrego przykładu, takiego jak segregacja śmieci czy nieużywanie plastiku – zwracali uwagę organizatorzy wydarzenia na jego stronie na Facebooku.
Nasze społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasz dom się pali, a my mamy coraz mniej czasu, by uratować naszą planetę – mówili „Głosowi Wielkopolskiemu” uczestnicy protestu w Poznaniu. Podobnie jak we Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku, Krakowie – tam też demonstrantek i demonstrantów było kilkuset. Jednak niewiele, jak na wydarzenie, które dotyczy wszystkich, było nieźle rozreklamowane w mediach i z założenia apolityczne – bez partyjnych emblematów.
O tym, że Polska nie należy do bastionów walki ze skutkami antropocenu, wie bardzo dobrze również doktor Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Bez zmiany mentalności klasy politycznej nie uratujemy planety, jaką znamy. Strajk klimatyczny jest wołaniem o tę zmianę. Wiemy, że im wcześniej sobie uświadomimy konieczność zapobieżenia globalnemu ociepleniu, tym większa szansa na przynajmniej częściowe zahamowanie negatywnych skutków – stwierdza. – Decydenci zdają się tego nie zauważać.
– Strajk klimatyczny to akt ogromnej determinacji, ale i rozpaczy, bo pokolenie młodych ludzi, którzy jeszcze nie mogą mieć bezpośredniego udziału w tworzeniu prawa, wychodzi na ulice i mówi swoim rodzicom i dziadkom: zawaliliście sprawę, wasza opieszałość i krótkowzroczność prowadzi nas do katastrofy! To jest na wskroś poruszające, bo ci ludzie mają rację – komentuje z kolei Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt – czyli tych bytów, które mają jeszcze mniej narzędzi niż my, by radzić sobie ze skutkami globalnego ocieplenia.
Młodzi mają rację – taki głos płynie również ze środowiska naukowego. Inicjatywę młodzieży poparło własnym listem otwartym 228 ekspertów, wykładowców Uniwersytetów Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Łódzkiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wrocławskiego, Polskiej Akademii Nauk… – Niniejszym zdecydowanie potwierdzamy, że w środowisku naukowym panuje konsensus, wskazywany przez młodzież jako podstawa ich oburzenia i protestu: klimat się ociepla, a przyczyną tego jest działalność człowieka. Szybkie i bardzo znaczące ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery jest podstawowym warunkiem uniknięcia przez ludzkość klimatycznej katastrofy – piszą. To jednak ciągle za mało, by zgromadzić na ulicach prawdziwe tłumy.
Susza, huragany, choroby
Wszyscy mówią: „skutki globalnego ocieplenia”, ale jeśli spytamy przeciętnego Kowalskiego, co to właściwie znaczy, rozłoży bezradnie ręce. Dlatego zapytałyśmy wrocławskiego biologa, co globalne ocieplenie oznacza dla zwykłego zjadacza chleba.
– Zmiany klimatyczne przyspieszają, obecne modele wzrostu temperatury na świecie pokazują, że silne, negatywne skutki tych zmian nastąpią szybciej niż się wydawało. Zmiany w przyrodzie na terenie Europy, o których mówiłem publicznie jeszcze rok temu, że nastąpią pod koniec wieku, mogą mieć miejsce za 30 lat – mówi Robert Maślak. – Przedtem będziemy świadkami coraz większej liczby gwałtownych zjawisk pogodowych: huraganów, powodzi i długich okresów upałów i suszy. Pojawią się pasożyty i choroby, które znamy tylko z cieplejszych regionów – nicień Dirofilaria repens, zagnieżdżający się pod skórą, ale też w płucach czy w oku, jest obecny w Polsce od 2007 roku, w Czechach odnotowano już zachorowania na wirusową Gorączkę Zachodniego Nilu, która może powodować ciężkie zaburzenia neurologiczne. Wyższa temperatura to także lepsze warunki do życia dla kleszczy, rozprzestrzeniania się boreliozy i odkleszczowego zapalenia mózgu. Wraz z dalszym wzrostem temperatury możemy spodziewać się w Europie także malarii. Zmiany w środowisku spowodują zanik niektórych gatunków i rozprzestrzenienie się innych, a zaburzenia równowagi mogą mieć dalsze konsekwencje także dla ludzi.
Co robić choćby w pierwszym rzucie, choćby w dziedzinie energetyki? Recepta dra Maślaka to OZE plus atom plus oszczędność energii, chyba że technologia w przyszłości pozwoli na stabilność produkcji prądu produkowanego w OZE. I działać należy już teraz. W przeciwnym razie…
– Najbardziej dotknięci zostaną ci, którzy ponoszą za zmiany klimatu najmniejszą odpowiedzialność – padło ze sceny podczas protestu w Warszawie. Część wygłoszonych podczas protestu przemówień bardzo jasno budowało zależność między kapitalistyczną zachłannością a sytuacją, w jakiej znalazła się planeta.

Od 50 lat ku katastrofie

Żadna z największych polskich partii nie ustosunkowała się do strajku klimatycznego. Działania młodzieży szeroko nagłośniły liberalne media, ale dla dominującej prawicy ciągle są sprawy ważniejsze; zmiany klimatu to albo mit, albo temat, podejmowanie którego nie pomoże w walce z PiS. Inaczej postąpili jedynie wspomniani już Zieloni, partia Razem oraz Wiosna. Pierwsza deklaruje: jesteśmy całym sercem ze strajkiem klimatycznym, a nasz program zawiera postulaty utrzymane w podobnym duchu. Również przedstawiciele drugiej pojawili się na demonstracjach.
– Dziś, prócz rezygnacji ze słomki, potrzebne są twarde akty polityczne – mówi Karolina Kuszlewicz. – Czasy luksusu, polegającego na tym, że przez segregowanie śmieci i mądre wybory konsumenckie możemy powstrzymać degradację planety, bezpowrotnie minęły. Tymczasem w Polsce nadal nie ma jednoznacznego planu odejścia od węgla, a jednym z najważniejszych czynników, mającym wpływ na politykę międzynarodową są interesy związane z eksploatacją złóż, szczególnie ropy – podkreśla. A potem przypomina, że już 50 lat temu w raporcie Sekretarza Generalnego ONZ U Thanta „Człowiek i środowisko” zostało jednoznacznie ustalone, że zmierzamy do katastrofy klimatycznej. Już w 1968 r. pisano o tym, że zasoby biosfery, chociaż ogromne, mają jednak swoje ograniczenia. Jeśli zostaną wyczerpane, życie zniknie z powierzchni Ziemi. Sami się unicestwimy.
– Koniunkturalizm przez lata wygrywał jednak z ratowaniem naszego miejsca do życia – gorzko podsumowuje Rzeczniczka Praw Zwierząt.

Gdzie jest „pokolenie JP II”?

W największym państwie Ameryki Łacińskiej, w I turze wyborów prezydenckich, przygniatającą liczbę głosów uzyskał mizogin, rasista, homofob wielbiciel krwawych dyktatur latynoamerykańskich, admirator doktryny neoliberalnej w gospodarce i sprawach społecznych, entuzjasta prezydentury Trumpa – Jair Messias Bolsonaro. W Polsce sąd skazał Jerzego Urbana na karę ponad 120 tys. z art. 196 (obraza uczuć religijnych), za grafikę z Jezusem o zdziwionej twarzy. Szokuje wymiar kary pieniężnej, bo procesy tego typu odbywały się już nad Nergalem, Kozyrą czy Dodą, ale z taką nawiązką za obrazę uczuć religijnych opinia publiczna się nie spotkała. Te wydarzenia tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Kult Jana Pawła II w Polsce zawsze miał wymiar groteskowy, infantylny i bałwochwalczo pogański. Serwilistyczne media niegdyś powołały do życia i nieustannie mieliły w różnych konfiguracjach retorycznych, termin „pokolenia Jana Pawła II”.Nadwiślański mainstream – od lewa do prawa (poprzez tzw. liberałów i mikroskopijne, co dziś widać, środowiska „katolików otwartych”) – nigdy nie zdobył się na racjonalne, zdystansowane, pozbawione ludyczności oraz bezrefleksyjnej manifestacyjności podejście do tego dorobku. Pęd ku coraz to nowym pomnikom papieża nosił i nosi cały czas znamiona idolatrii. Nawet dziś, kiedy sprawa pedofilii w Kościele tak ekscytuje opinię publiczną, o niechlubnej roli papieża Polaka (np. relacjach JP II z „umiłowanym synem” Marcialem Macielem Degollado) mówi się półgębkiem, jakby pobocznie.
Polscy bezkrytyczni entuzjaści tego pontyfikatu – ci tzw. liberalni również – przypisują mu fałszywie liczne zasługi, ignorując, że papież odrzucał wszystko to, co charakterystyczne dla demokratycznego i oświeceniowego porządku społecznego: pluralizm, tolerancję, prawa kobiet i mniejszości seksualnych, zdobycze socjalne świata pracy (encyklika „Laborem exercens”, niby najdonioślejsza w tej mierze praca papieża to powielenie tez Karola Marksa, zwłaszcza w kontekście antynomii pracy i kapitału, ale podlana religijnym, korporacjonistycznym w stylu Piusa XI, sosem). Był jawnym wrogiem zwiększenia roli kobiet w Kościele, zniesienia celibatu, osiągnięć genetyki, ginekologii czy seksuologii, a nawet wolności badań teologicznych. Od Vaticanum II nie było tylu prześladowanych przez Kongregację Doktryny i Wiary kapłanów.
Pacyfikacja ożywczego prądu teologii wyzwolenia, stłumienie w obrębie latynoamerykańskiego katolicyzmu tych idei i debaty, zaowocowało zwycięstwem wyznań ewangelikalnych rodem z USA, niesłychanie konserwatywnych światopoglądowo, często skrajnie neoliberalnych i uprawiających kult zysku, rywalizacji, konkurencji. To z tego typu wspólnot rekrutuje się elektorat ultraprawicowy, popierający rozwiązania à la Bolsonaro, bądź prawicowo-populistyczny Mariny Silvy de Lima.
Psycholog społeczny Jarosław Klebaniuk stwierdził w 2011 r. w rozmowie z Piotrem Szumlewiczem, że pokolenie JP II to medialny twór zakorzeniony bardziej w formie reklamowomentalnej niż w identyfikacji i przestrzeganiu papieskiego nauczania. Czyli emocjonalno-afektywny humbug podparty prawicowym, tradycjonalistycznym, niechętnym wszystkiemu co inne katolickim fundamentalizmem. A jednak pokolenie JP II istnieje. Nie w formie autoidentyfikacji, nie w przestrzeni dosłownej organizacji, ale w formie nieformalnych grup osób skłaniających się ku określonej wizji świata: ultra-zachowawczej, konserwatywnej, opartej o paternalistyczno-hierarchiczne wartości, które limitują ich decyzje i wybory bez względu na pozycję w drabinie społecznej, deklarowane poglądy polityczne, status majątkowy etc. To pokolenie jest w Platformie Obywatelskiej, Nowoczesnej, ale przede wszystkim w Prawie i Sprawiedliwości, Kukiz’15, ONR-ze, kibolach pielgrzymujących na Jasną Górę. Także i w różnych odłamach tzw. polskiej lewicy. Ono ma twarz byłego księdza Jacka Międlara, ks. prof. Dariusza Oko, ks. Romana Kneblewskiego, o. Tadeusza Rydzyka. O hierarchach, którzy otrzymywali od papieża birety i kapelusze szkoda nawet wspominać.

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…