Zielona rewolucja nie przyjdzie z dnia na dzień

Jak wygląda młody ruch na rzecz walki z kryzysem klimatycznym? Jakie stoją przed nim wyzwania, jakie odniósł do tej pory sukcesy i czego mu nadal brakuje? Czy dla młodych aktywistów walka o przyrodę to również walka z kapitalizmem? Wojciech Łobodziński (Strajk.eu) rozmawia z Janką Świerżewską, warszawską aktywistką.

Jak zaczęłaś działać w ruchu klimatycznym?
Zaczęło się od czytania. Kolejne publikacje na temat zmian klimatycznych i ich przyczyn, na które trafiałam, przekonywały mnie, że sprawa jest arcypoważna. Potem usłyszałam o Grecie Thunberg oraz o akcji Extinction Rebellion z 17 listopada, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Postanowiłam więc pojechać wraz z siostrami w grudniu na COP24 do Katowic. I tam stało się coś, co zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie.
Co takiego?
Oburzyło mnie podejście władz. Do Katowic przyjechała masa aktywistów i aktywistek, również z zagranicy. Stosowano wobec protestujących przemoc, przeszukiwano autobusy, to wszystko jasno świadczyło o stosunku polityków do nas i do problematyki zmian klimatycznych. Do tego sam szczyt zakończył się praktycznie bez żadnej konkluzji.
Dlatego po powrocie udałam się na spotkanie Earth Strike. Tam stwierdziłam, że robią oni świetne rzeczy, lecz jednak nie jest to miejsce dla mnie. Dopiero 15 marca odnalazłam się wśród protestujących uczniów i uczennic… i tak postanowiłam dołączyć do Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.
Ty już nie jesteś uczennicą – jesteś chyba jedną ze starszych osób w MSK?
Tak, jedną z najstarszych. Wśród nas przeważają osoby uczęszczające do liceum, ale są też osoby takie jak ja, czyli studiujące.
Liderami są licealiści?
Nie mamy lidera czy liderki. Jesteśmy organizacją niehierarchiczną, decydujemy o wszystkim bezpośrednio, spotykając się co tydzień. Mieliśmy też grupy tematyczne, istniała grupa edukacyjna czy filmowa. Teraz troszkę to zmieniamy – będziemy się organizować wokół projektów, zadań. Bardzo dużo rozmawiamy, dyskutujemy, zadziwia mnie nasza aktywność i siła do całego działania.
Polska usłyszała o was przy okazji marcowej demonstracji, o której wspomniałaś. Ale to było jedno wydarzenie, jeśli wziąć pod uwagę, że powtarzacie je cyklicznie – jedno w miesiącu.
Może przypomnę, że tamta demonstracja była naprawdę gigantyczna. To była największa demonstracja klimatyczna w Polsce do tej pory. Ale faktycznie, doszliśmy do wniosku, że musimy działać bardziej regularnie. Zorganizowaliśmy między innymi kilka wykładów: tematem jednego z nich było ogólne nakreślenie problemu klimatycznego, a drugiego – dyskusja wokół strategii działania na rzecz zatrzymania zmian klimatycznych w dobie kapitalizmu. Ważne jest również tworzenie społeczności, co osiągamy, zapraszając na otwarte spotkania, np. do wspólnego malowania banerów. Wiele się przy takiej okazji można od siebie nauczyć.
Dodatkowo bardzo dużo czasu poświęciliśmy mediom, byliśmy w radiach i telewizji. Wykorzystywaliśmy każdą okazję do szerzenia wiedzy o zmianach klimatycznych. Ostatnio udało nam się spotkać z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim.
Jak ono wyglądało? Czy prezydent rozumie wagę problemów, z jakimi przyszliście?
Pierwszy kontakt wypadł trochę szokująco. Napisaliśmy do niego list, na który on odpowiedział filmem, w którym… połączono kwestie smogu i klimatu. Tymczasem smog jest kwestią lokalną, dużo łatwiejszą do rozwiązania…
Jest to raczej symptom ludzkiego podejścia do przyrody, a nie kwestia zmian klimatycznych jako całości.
Tak. Więc my też odpowiedzieliśmy filmem, w którym wyjaśniliśmy tę kwestię. W odpowiedzi dostaliśmy zaproszenie na spotkanie. W jego trakcie przedstawiliśmy Rafałowi Trzaskowskiemu ideę zorganizowania obywatelskiego panelu dotyczącego zmian klimatycznych. Prezydent zgodził się, że byłaby to pożyteczna inicjatywa. Również dość mocno wybrzmiała kwestia edukacji. Okazało się, że w ratuszu zauważono nasze działania na tym polu, między innymi spotkania edukacyjne, które odbywały się w Teatrze Powszechnym. Mamy w tej sprawie współpracować, prezydent zaangażował się między innymi w wyznaczanie symbolicznej linii jednego metra na budynku Pałacu Kultury.
Zadowoliło was to w pełni?
Początkowo tak. Pierwszy raz zostaliśmy potraktowani poważnie przez jakąkolwiek władzę, wcześniej nawet nie mieliśmy okazji się sprawdzić w kontakcie z jej przedstawicielami. Ale teraz musimy pilnować, żeby ta teoretyczna zgoda przełożyła się na praktyczne rozwiązania.
Na razie bilans władz Warszawy w walce o klimat wygląda tak, że Rafał Trzaskowski nadal tę walkę zapowiada, a na posiedzeniu rady miasta niemal równocześnie wprowadzono „alarm klimatyczny” i uchwalono zabudowę otuliny Jeziorka Czerniakowskiego.
Dlatego walczymy o to, by wraz z innymi ekologami i ekolożkami zakotwiczyć w świadomości pojęcie kryzysu klimatycznego, by pokazać, że to już się dzieje. Susze, powodzie, burze, nagłe wahania temperatur, to wszystko już tu jest i będzie się potęgować. Staramy się zmienić język, wprowadzić do debaty publicznej pojęcia i problematykę kryzysu klimatycznego. A przy tym doskonale rozumiemy, że to nie jest sprawa, którą da się załatwić jedną ustawą, zmianami prawnymi. Wymaga zupełnie innych taktyk, które dopiero wypracowujemy.
Jeśli mowa o taktykach… Byłaś teraz w Niemczech, bywasz często w Londynie. Masz obraz tego, jak działają tamtejsze ruchy klimatyczne, na przykład Ende Gelände. Jakie wnioski? Jak ma się Polska do europejskiej całości?
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny jest częścią globalnego ruchu Fridays for Future, który rzeczywiście wziął się ze szwedzkiego strajku Grety. Są też ruchy bardziej radykalne, takie jak Extinction Rebellion, organizatorzy niezwykle głośnego i konfrontacyjnego Extinction Week w Londynie.
Główną różnicą jest to, że zagraniczne ruchy nie będące częścią Fridays for Future mówią o szybszej, rewolucyjnej zmianie, ich zdaniem nie ma czasu na budowanie ruchu ponad podziałami.
Extinction Rebellion twierdzi, że by móc wywrzeć niezbędną do zmiany presję na polityków i władzę, musi najpierw przekonać do siebie i zaktywizować 3,5 proc. społeczeństwa. Oni mają określoną strategię działania podług tych danych, również skupiają się na klasowych, ekonomicznych oraz postkolonialnych aspektach zmian klimatycznych.
Fridays for Future i MSK raczej chcą pozyskać jak najwięcej ludzi, o różnych poglądach, bez względu na przynależność klasową, poglądy polityczne i miejsce zamieszkania. Dążymy do tego by każdy i każda mogła się zaangażować.
Wierzysz, że masowy ruch klimatyczny w Polsce jest możliwy?
Chcę w to wierzyć. Wydaje mi się jednak, że tu ze strony politycznej i społecznej jest trudniej niż w Europie Zachodniej. Gdy wraz z ekipą z MSK pojechałam na protest do Niemiec, dokładnie do Aachen, gdzie było 40 tysięcy osób, czułam tam, że tak powinno być wszędzie i zastanawiałam się, dlaczego u nas dotąd protesty nie mają tej skali.
Nawet jeśli czuję, że przez te kilka miesięcy udało nam się mnóstwo rzeczy, uważam, że to nie jest wystarczająco dużo. Można byłoby robić więcej.
Ale czego można by robić więcej i z kim? Wiosna Biedronia, która wprowadziła do mainstreamu temat zmian klimatycznych, sprowadzała kwestię do zamknięcia kopalń do 2035 r. Albo robiła sobie zdjęcie z Ingą Zasowską i z wami. Jednym słowem puste show. Razem ma dobry i dokładny program środowisko-energetyczny… i 1 proc. poparcia. Reszta znaczących partii problem omija lub go neguje.
Niestety to wszystko jest prawdą. Dlatego nie liczę na partie polityczne. Raczej na to, że różne ruchy klimatyczne będą musiały się widocznie połączyć i zacząć współpracować. Na razie każdy ma swój program i pomysł na to, jak zawalczyć o środowisko i zadbać o przyszłość klimatu. Na przykład MSK jest bardzo legalistyczny, nie będzie podejmował akcji silnie konfrontacyjnych. Dla mnie jest to jednak oczywiste, że jeśli nikt nas nie będzie słuchał, to dojdzie do przesilenia.
Już teraz zamierzamy doprowadzić do tego, by temat kryzysu klimatycznego wybrzmiał jak najbardziej w najbliższych wyborach parlamentarnych. Partie polityczne nie chcą wprowadzić tej sprawy do swojej agendy – a my chcemy je do tego zmusić. Trzeba zacząć mówić po nazwiskach, obarczać polityków odpowiedzialnością, gdy jej unikają. Wprost trzeba rozliczać partie, które nic kompletnie nie robią. Tutaj nie ma miejsca na puste hasła. Będziemy chodzić na wieczory wyborcze i na konferencje, pisać o tym w mediach
społecznościowych.
A czy to nie będzie wołanie „bogatych dzieci z dużych miast”? Fajnie opublikować tekst na Krytyce Politycznej, dobrze jest komentować sprawy klimatu w TOK FM czy GW, ale czy to wystarczy, żeby wyjść poza określoną banieczkę, przekonywać nowych ludzi?
Non stop o tym dyskutujemy. Zastanawiamy się, jak działać, jednocześnie nie tworząc wokół siebie atmosfery uprzywilejowanych i wyedukowanych dzieciaków. Szukamy odpowiedzi na pytanie: jak poszerzać świadomość ludzi bez wstępnego wykluczania, często nieświadomego, jak wytłumaczyć akcje i formy działania osobom, dla których działalność polityczna jest czymś kompletnie świeżym. Musimy wchodzić do szkół, do normalnych ludzi, wyjść z banieczki „aktywistycznej elity”.
Z pewnością niebawem będziemy przeprowadzać happeningi edukacyjne w miejscach publicznych, nie na uniwersytetach, lecz na bulwarach wiślanych, na ulicach i chodnikach, tak by wyjść do wszystkich, a nie siedzieć w przysłowiowym Barze Studio.
Patrząc na ruchy w Europie zachodniej Europy mam wrażenie, że one wyrastają z innej rzeczywistości społecznej. Tam istniały tradycje polityczne, na ich fundamentach partie, fundacje, stowarzyszenia oraz skłoty, razem będąc potężnie usieciowione. W Polsce środowisko jest bardzo małe, z zaledwie kilkoma tytułami medialnymi, skupione przede wszystkim w Warszawie.
Wiemy, że z pewnością nie będziemy mieli sponsorów, nawet europejskich. Mamy zamiar działać oddolnie ze zrzutek. Nie zamierzamy również powoływać stowarzyszenia czy fundacji, nie zamierzamy się zbiurokratyzować i wyłaniać automatycznie liderów czy liderki. Jednocześnie bardzo staramy się nie być tylko warszawscy.
I na ile to się udaje?
W marcu w naszej akcji wzięło udział łącznie trzydzieści miast, w każdym z nich miały miejsce demonstracje.
Jak liczne?
Zdecydowanie mniejsze niż w Warszawie. Jednak były! To jest najważniejsze. Młodzi ludzie wyszli na ulice i zaczęli domagać się walki z kryzysem klimatycznym.
Szczecin czy region śląski to nasze najbardziej liczne i aktywne grupy spoza stolicy. Śląsk ma tutaj do spełnienia niezwykle ważną rolę ze względu na środowisko górnicze.
Rozmawialiście, czy też będziecie rozmawiać ze związkami zawodowymi górników?
Do tej pory nie mieliśmy takiej okazji, jednak do tego dojdzie. Zrobimy to jako cały Blok Klimatyczny – wszystkie organizacje walczące z kryzysem klimatycznym.
Nie może być tak, że będziemy mówić o odejściu od węgla jednocześnie omijając górników i ich rodziny, musimy ich szanować i uwzględnić ich w rozmowie dotyczącej kryzysu klimatycznego. Jeśli ma nadejść jakakolwiek zmiana, to musi ona być przeprowadzona zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej. Musimy pamiętać o każdym rodzaju pracowników, a przy tym wyrażać solidarność z górnikami, nie z kapitałem węglowym. Przecież kwestie klimatyczne są niezwykle społeczne i klasowe, to najbiedniejsi najbardziej odczują efekt postępującego kryzysu klimatycznego. Susze, głód, powodzie będą dotyczyć w pierwszym szeregu właśnie ich. Musimy o nich pamiętać i walczyć o ich prawa i bezpieczeństwo.
Myślisz, że w tym świecie rozdartym konfliktami, rządzonym logiką kapitału, uda się przeprowadzić Zieloną Transformację czy nawet Zieloną Rewolucję? Ja obawiam się, że w miarę postępowania kryzysu klimatycznego, który pociągnie za sobą kolejne, np. zaostrzenie problemów migracyjnych, ludzie będą się skupiać na takich właśnie symptomach, nie na sednie problemu. Do tego jesteśmy w uprzywilejowanej Europie, którą globalne Południe usiłuje dogonić, a to wiąże się ze zwiększeniem emisji zanieczyszczeń…
Mówimy o Europie, bo to ona musi zredukować swoją emisję zanieczyszczeń. Mamy więcej środków, lepszą technologię, to na nas historycznie spoczywa odpowiedzialność. Rewolucja czy zielona transformacja nie nadejdzie z dnia na dzień – ale jeśli politycy i społeczeństwa nadal będą odsuwać radykalne kroki, jeśli nasz ruch poniesie porażkę, masa ludzi umrze albo w wyniku katastrof ekologicznych, albo w wojnach o resztki surowców i resztki cywilizacji, kiedy ruszy fala uchodźców z wysuszonej Afryki czy spustoszonej monsunami Azji. To jest problem, któremu nie można zaprzeczyć.
Musimy walczyć z korporacjami, z logiką zysku, z denialistami klimatycznymi, musimy to zrobić. Ten świat nie może upaść kompletnie na głowę.
Wierzysz, że ten świat się uratuje, że logika zysku, o której mówisz, nie zwycięży i nie doprowadzi nas do samozagłady?
Ja i ci, którzy działają, wierzą w to, że się uda. Co innego w tej sytuacji pozostaje? Można tylko wierzyć i z tą wiarą działać.

Nie zabierajcie nam przyszłości

Wyszli na ulice ze świadomością, że mówią o problemie, który sam się nie rozwiąże – a jeśli może być rozwiązany, to właśnie teraz. Potem będzie za późno. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny odbył się 15 marca w ponad stu krajach świata. W Polsce – w ponad dwudziestu miastach.

– Greta Thunberg poruszyła młodzież na całym świecie. To należy ocenić jako na wskroś pozytywne zjawisko. Większość dorosłych polityków gra ze społecznością międzynarodową w grę, która markuje rozwiązania w dziedzinie ratowania sytuacji biologicznej i klimatycznej Ziemi. Bez tych masowych strajków młodzieży ta gra mogłaby trwać w nieskończoność, a na pewno do momentu, aż globalne ocieplenie uderzyłoby z taką siłą, że nie byłoby o czym dyskutować – mówi nam Andrzej Gąsiorowski, współzałożyciel fundacji Fota 4Climate. – Być może mamy jeszcze czas na to, aby, jak trafnie określa to raport IPCC, mitygować trochę skutki zmiany klimatu, bo o powrocie do stabilnej sytuacji klimatycznej nie ma już co marzyć.
Gąsiorowski stoi na stanowisku, że można już tylko ograniczać skutki katastrofy. Wspiera młodzieżowe inicjatywy, ale boi się, aby przysłowiowa para nie poszła w gwizdek:
– Ten ruch na pewno jest dziś najczytelniejszym masowym protestem, skuteczniejszym nawet niż Extinction Rebellion. Dzieci wychodzą na ulice na całym świecie, nie da się przecenić wagi tego protestu. Wiadomo, nie ma co oczekiwać, że my coś zrobimy i zaraz będzie widać skutek – to nie jest możliwe ani w przypadku Grety, ani żadnej organizacji ekologicznej. Natomiast musimy przyjąć jakąś etyczną postawę wobec tego, co się dzieje. Ten ruch jest właśnie zajęciem właściwych pozycji. Natomiast mam taką refleksję, że samo wezwanie do działania absolutnie nie wystarczy.

Żeby para nie poszła w gwizdek

Jak działać? Są dwie koncepcje, które się ścierają: pierwsza to 100 procent OZE, które samo w sobie jest przekłamaniem (bo „rozwój odnawialnych źródeł energii” to nic innego jak wykorzystywanie paliw kopalnych, kiedy brakuje słońca i wiatru) połączona z nierealną wiarą w moc masowej społecznej przemiany całej uprzemysłowionej części świata (ludzie sami z siebie się nie ograniczają, to jest niewyobrażalne). Młodzi mają to do siebie, że mierzą siły na zamiary i dziś większość z nich wierzy w tę społeczną przemianę. Druga koncepcja to atom plus OZE.
– My jako organizacja stoimy na stanowisku, że jest ona skuteczniejsza – tłumaczy Gąsiorowski. – Jeśli młodzież usiądzie i przemyśli to pod okiem najlepszych naukowców z Polski i świata, to jest szansa na znalezienie adekwatnych rozwiązań. Taki protest, że wychodzimy i mówimy „chrońmy Ziemię!” nie wystarczy. Masowe dostawianie mocy OZE bez działającej w podstawie energii jądrowej i bez masowej restytucji przyrody i zaprzestania wylesiania i osuszania bagien nie spowoduje dekarbonizacji i poprawy sytuacji. Jeśli nie przemyślimy tych protestów, to para pójdzie w gwizdek. Niemniej wspieramy je całym sercem.
We Wrocławiu młodzież wznosiła głównie hasła nawiązujące do dekarbonizacji: „Albo działamy, albo wymieramy”, „Kto nie skacze, ten za węglem”, „Nie ma planety B”. Licealistów wspierali dolnośląscy działacze Zielonych: „Musimy wspierać odnawialną energię, ale też transport publiczny i rowerowy. Warto zadbać o zieleń, bo ta chroni nas od upałów – mówiła Julia Rokicka. Mieszkańcy aglomeracji górnośląskiej w Katowicach założyli maseczki antysmogowe i przypominali, że „palenie szkodzi”, a powietrze nad ich miastem „pachnie ostatnimi dniami życia na Ziemi”. W Krakowie, gdy kilkaset osób przyszło pod budynek magistratu, przy okazji utrudniono odjazd limuzynie prezydenta miasta. Blokowały ją auta innych radnych, zaparkowane pod ratuszem w mieście, które słynie z wyjątkowo złej jakości powietrza.
W Warszawie, na największym proteście, kilka tysięcy demonstrantek i demonstrantów skandowało „Najpierw natura, potem matura”. Hasła zapisane na transparentach wzywały do ograniczenia wykorzystania ropy naftowej, do rezygnacji z plastiku, by śmieci z tego surowca nie zatruwały planety. A młodzi mówcy alarmowali: wywołane przez człowieka zmiany klimatu sprawią, że w ciągu najbliższych 31 lat 140 mln ludzi będzie musiało opuścić zamieszkiwane obecnie tereny, bo staną się one po prostu niezdatne do życia.

Nieświadomość

– Polska ma duża tradycję strajków. W 1956 r. wyszli robotnicy, w 1968 r. studenci, w 1980 r. zastrajkowała stocznia, a teraz uczniowie strajkują przeciwko reżimowi paliw kopalnych, przeciw wielkim korporacjom – dodał Arkadiusz Wierzba z Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, cytowany przez „GW”. – Cieszę się, że ruch klimatyczny rośnie w siłę, i daje dużo dobrej, odnawialnej energii.
Organizatorzy nie mają jednak złudzeń: do masowości strajkowi zabrakło wiele. Wiedza o zagrożeniach dla środowiska nadal nie jest rzeczą powszechną. W programach nauczania w szkołach wspomina się o niej skrajnie mało, część mediów bagatelizuje problem lub wprost mu zaprzecza. Inne, zajęte relacjonowaniem codziennych przepychanek polityków, na poważnie biorą się za temat dopiero wtedy, gdy można go wpisać w tenże bieżący kontekst (na przykład gdy Robert Biedroń chce zamykać kopalnie, a Andrzej Duda – dokładnie odwrotnie).
– Edukacja o środowisku w szkołach praktycznie nie istnieje, uczniowie często nie wiedzą, jak poważny jest problem, z którym będą musieli zmierzyć się w przyszłości. Szkoły nie dają nam dobrego przykładu, takiego jak segregacja śmieci czy nieużywanie plastiku – zwracali uwagę organizatorzy wydarzenia na jego stronie na Facebooku.
Nasze społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasz dom się pali, a my mamy coraz mniej czasu, by uratować naszą planetę – mówili „Głosowi Wielkopolskiemu” uczestnicy protestu w Poznaniu. Podobnie jak we Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku, Krakowie – tam też demonstrantek i demonstrantów było kilkuset. Jednak niewiele, jak na wydarzenie, które dotyczy wszystkich, było nieźle rozreklamowane w mediach i z założenia apolityczne – bez partyjnych emblematów.
O tym, że Polska nie należy do bastionów walki ze skutkami antropocenu, wie bardzo dobrze również doktor Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Bez zmiany mentalności klasy politycznej nie uratujemy planety, jaką znamy. Strajk klimatyczny jest wołaniem o tę zmianę. Wiemy, że im wcześniej sobie uświadomimy konieczność zapobieżenia globalnemu ociepleniu, tym większa szansa na przynajmniej częściowe zahamowanie negatywnych skutków – stwierdza. – Decydenci zdają się tego nie zauważać.
– Strajk klimatyczny to akt ogromnej determinacji, ale i rozpaczy, bo pokolenie młodych ludzi, którzy jeszcze nie mogą mieć bezpośredniego udziału w tworzeniu prawa, wychodzi na ulice i mówi swoim rodzicom i dziadkom: zawaliliście sprawę, wasza opieszałość i krótkowzroczność prowadzi nas do katastrofy! To jest na wskroś poruszające, bo ci ludzie mają rację – komentuje z kolei Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt – czyli tych bytów, które mają jeszcze mniej narzędzi niż my, by radzić sobie ze skutkami globalnego ocieplenia.
Młodzi mają rację – taki głos płynie również ze środowiska naukowego. Inicjatywę młodzieży poparło własnym listem otwartym 228 ekspertów, wykładowców Uniwersytetów Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Łódzkiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wrocławskiego, Polskiej Akademii Nauk… – Niniejszym zdecydowanie potwierdzamy, że w środowisku naukowym panuje konsensus, wskazywany przez młodzież jako podstawa ich oburzenia i protestu: klimat się ociepla, a przyczyną tego jest działalność człowieka. Szybkie i bardzo znaczące ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery jest podstawowym warunkiem uniknięcia przez ludzkość klimatycznej katastrofy – piszą. To jednak ciągle za mało, by zgromadzić na ulicach prawdziwe tłumy.
Susza, huragany, choroby
Wszyscy mówią: „skutki globalnego ocieplenia”, ale jeśli spytamy przeciętnego Kowalskiego, co to właściwie znaczy, rozłoży bezradnie ręce. Dlatego zapytałyśmy wrocławskiego biologa, co globalne ocieplenie oznacza dla zwykłego zjadacza chleba.
– Zmiany klimatyczne przyspieszają, obecne modele wzrostu temperatury na świecie pokazują, że silne, negatywne skutki tych zmian nastąpią szybciej niż się wydawało. Zmiany w przyrodzie na terenie Europy, o których mówiłem publicznie jeszcze rok temu, że nastąpią pod koniec wieku, mogą mieć miejsce za 30 lat – mówi Robert Maślak. – Przedtem będziemy świadkami coraz większej liczby gwałtownych zjawisk pogodowych: huraganów, powodzi i długich okresów upałów i suszy. Pojawią się pasożyty i choroby, które znamy tylko z cieplejszych regionów – nicień Dirofilaria repens, zagnieżdżający się pod skórą, ale też w płucach czy w oku, jest obecny w Polsce od 2007 roku, w Czechach odnotowano już zachorowania na wirusową Gorączkę Zachodniego Nilu, która może powodować ciężkie zaburzenia neurologiczne. Wyższa temperatura to także lepsze warunki do życia dla kleszczy, rozprzestrzeniania się boreliozy i odkleszczowego zapalenia mózgu. Wraz z dalszym wzrostem temperatury możemy spodziewać się w Europie także malarii. Zmiany w środowisku spowodują zanik niektórych gatunków i rozprzestrzenienie się innych, a zaburzenia równowagi mogą mieć dalsze konsekwencje także dla ludzi.
Co robić choćby w pierwszym rzucie, choćby w dziedzinie energetyki? Recepta dra Maślaka to OZE plus atom plus oszczędność energii, chyba że technologia w przyszłości pozwoli na stabilność produkcji prądu produkowanego w OZE. I działać należy już teraz. W przeciwnym razie…
– Najbardziej dotknięci zostaną ci, którzy ponoszą za zmiany klimatu najmniejszą odpowiedzialność – padło ze sceny podczas protestu w Warszawie. Część wygłoszonych podczas protestu przemówień bardzo jasno budowało zależność między kapitalistyczną zachłannością a sytuacją, w jakiej znalazła się planeta.

Od 50 lat ku katastrofie

Żadna z największych polskich partii nie ustosunkowała się do strajku klimatycznego. Działania młodzieży szeroko nagłośniły liberalne media, ale dla dominującej prawicy ciągle są sprawy ważniejsze; zmiany klimatu to albo mit, albo temat, podejmowanie którego nie pomoże w walce z PiS. Inaczej postąpili jedynie wspomniani już Zieloni, partia Razem oraz Wiosna. Pierwsza deklaruje: jesteśmy całym sercem ze strajkiem klimatycznym, a nasz program zawiera postulaty utrzymane w podobnym duchu. Również przedstawiciele drugiej pojawili się na demonstracjach.
– Dziś, prócz rezygnacji ze słomki, potrzebne są twarde akty polityczne – mówi Karolina Kuszlewicz. – Czasy luksusu, polegającego na tym, że przez segregowanie śmieci i mądre wybory konsumenckie możemy powstrzymać degradację planety, bezpowrotnie minęły. Tymczasem w Polsce nadal nie ma jednoznacznego planu odejścia od węgla, a jednym z najważniejszych czynników, mającym wpływ na politykę międzynarodową są interesy związane z eksploatacją złóż, szczególnie ropy – podkreśla. A potem przypomina, że już 50 lat temu w raporcie Sekretarza Generalnego ONZ U Thanta „Człowiek i środowisko” zostało jednoznacznie ustalone, że zmierzamy do katastrofy klimatycznej. Już w 1968 r. pisano o tym, że zasoby biosfery, chociaż ogromne, mają jednak swoje ograniczenia. Jeśli zostaną wyczerpane, życie zniknie z powierzchni Ziemi. Sami się unicestwimy.
– Koniunkturalizm przez lata wygrywał jednak z ratowaniem naszego miejsca do życia – gorzko podsumowuje Rzeczniczka Praw Zwierząt.