Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes raczył.
Tym razem raczył zdefiniować opozycję parlamentarną jako „hołotę chamską”.

Jaśniepańska definicja opozycji parlamentarnej tak wielce zachwyciła pana premiera Mateusza Morawieckiego, że nazwał ją „męskimi słowami”.
Takie słowa w krzywych usteczkach pana premiera to wyraz najwyższej czci i wiernopoddańczego oddania niedawnego sługusa zachodniego kapitału finansowego wobec swego obecnego politycznego pana.

Oddawał pan premier te wiernopoddańcze oddanie nie zważając na to, że dla wielu osób w naszym kraju samo już określenie „męski jaśniepan prezes Kaczyński” to zwyczajny, klasyczny oksymoron. Dlatego nie dziwmy się, że pan premier Morawiecki powszechnie i literacko zwany jest w naszym kraju mianem „Pinokio”.

Czas teraz dla porządku i ku oświeceniu młodzieży przypomnieć, że słowo „chamstwo” ma w języku polskim dwa znaczenie.
Po pierwsze tak określa się brak kultury, zwłaszcza tej kultury wysokiej, niekiedy jaśniepańską zwanej.
Po drugie to pogardliwe określenie ludzi stanu niższego. Gorszego sorta. Takiej „hołoty”.

Słowo hołota oznacza zaś dzicz, gawiedź, tłuszczę, a także biedotę. W staropolskim wojsku mianem „hołota” określano żołnierski stano najniższy, zwany też czeladzią lub gołotą. W innym sensie hołota to również takie kulturalne chamstwo.

Zatem nietrudno nawet młodzieży zauważyć, że słowa „chamstwo” i „hołota” to zwyczajne synonimy. A związek frazeologiczny „hołota chamska” to takie „masło- maślane”. Typowy pleonazm. Takie „cofać się do tyłu”.

Za używanie podobnych pleonazmów, kaleczących naszą piękną polską mowę, „Flaczki” bywały surowo upominane podczas lekcji języka polskiego w IV LO im. Henryka Sienkiewicza w świętym mieście Częstochowie.
Dlatego teraz słysząc z kaczych, czy innych krzywych ust „hołota chamska”, „Flaczki” dostają patriotycznych i estetycznych drgawek. Bo nie ważne już co oni chcieli przez te pleonazmy powiedzieć, a ściślej nakłamać. Ale jak potwornym trzeba być nieukiem, lekceważącym polski język, polskość naszą, żeby wypowiadać publicznie ten pleonazm. Wyjątkowo ohydny semantycznie i obcy polskiej kulturze. Typowy przykład wrogiego dla naszemu polskiemu narodowi antypolonizmu.
Używać ten antypolonizm i potem jeszcze dumnie powtarzać go w masowych mediach. I tym udawać polskiego macho.

Jak bardzo polskie elity władzy są podzielone widać było 4 czerwca podczas obrad Sejmu RP.
Tego dnia demokratyczną opozycja przypominała i czciła wybory z 4 czerwca 1989 roku wygrane przez kandydatów ówczesnej opozycji. Pan premier „Pinokio” czcił i wspominał w tym dniu upadek rządu prawicowego rządu Jana Olszewskiego, też 4 czerwca, ale 1991 roku.
Ku zdziwieniu „Flaczków” nikt z politycznych elit nie wspomniał, że 4 czerwca 1989 roku rozpoczęła się polityczną kariera jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Wtedy to powszechnie nieznany białostocki wykładowca akademicki Jarosław Kaczyński został senatorem w okręgu Elbląg z listy Komitetu Obywatelskiego.

Został tym senatorem w efekcie układu zawartego przy Okrągłym Stole przez inteligenckie elity PZPR i inteligenckie elity związane z NSZZ ”Solidarność” oraz Lechem Wałęsą. Tamto małżeństwo polityczne pobłogosławił polski kościół katolicki za co otrzymał od „komunistycznego” rządu Mieczysława F. Rakowskiego tak wielką, majątkowa łapówkę, że zajęty jej konsumowaniem zapomniał potem o swej religijnej posłudze.
Jarosław Kaczyński, podobnie jak jego brat Lech, zostali wybrani do polskiego parlamentu, bo mieli wyborcze zdjęcia z powszechnie wtedy znanym i szanowanym Lechem Wałęsą. To dzięki niemu te dwa polityczne knuje znalazły się w pierwszej lidze polskiej polityki.

W efekcie mozolnego politycznego knucia Jarosława Kaczyńskiego rozpadł się latem 1989 roku sojusz parlamentarny PZPR- ZSL- SD. Następnie Jarosław Kaczyński wraz z bratem Lechem obalili „pierwszy, niekomunistyczny rząd” Tadeusza Mazowieckiego i wybrali Lecha Wałęsę prezydentem RP.
Potem Kaczyńscy, dzięki swej polityce skłócania wszystkich przeciwko wszystkim, chcieli podporządkować sobie prezydenta Wałęsę. Ale wtedy ten sięgnął po swą „broń atomową”, czyli Mieczysława Wachowskiego. Wałęsa szybko zrozumiał, że wpływy jednego knuja politycznego można zneutralizować tylko innym, jeszcze bardziej chamskim, politycznym knujem. Ale cale to knujstwo kosztowało go potem utratą prezydentury, na czym Polacy wielce skorzystali. Potem nastąpiła bowiem dekada prezydentury Kwaśniewskiego, która zneutralizowała działania kaczyńskich knujow. Dopiero koniec kadencji Kwaśniewskiego i rozpad SLD na zwalczające się frakcje stworzył ponownie warunki dla efektywnego knucia przez braci Kaczyńskich.

PS. Jeśli chcesz skomentować artykuł autora zapraszamy na stronę: https://www.facebook.com/trybuna.net/
KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

Dr Ryszard Grosset
HOŁOTA, TA CHAMSKA HOŁOTA

Nie noszą flag w klapach i szary jest ich strój
nie noszą ni srebra ni złota.
Lecz za demokrację podąża na bój,
hołota, ta chamska hołota.
Nie mają pał w rękach i obcy im gaz,
nie mają w kieszeniach pieniędzy,
lecz maja świadomość, że nadszedł już czas
rzec dość upodleniu i nędzy.
I żaden ryk karła nie straszny im dziś
nie straszne kordony policji,
bo wiedzą,że muszą dziś ruszyć i iść
po Polskę swych snów i ambicji.
Długopis ich bronią, nie zadrży im dłoń
gdy krzyżyk im przyjdzie postawić
bo wiedzą, że kiedy przeminie już zło
znów będą w wolności się pławić.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Flaczki tygodnia

W sobotę Jaśniepan prezes Kaczyński zrezygnował z przeprowadzenia wyborów prezydenckich w dniu 23 maja 2020 roku.
Uczynił to, bo pewnie miał taki kaprys lub przekonanie.
Może zdarzyć się, że Jaśniepan zrezygnował jedynie chwilowo i niebawem media obwieszczą zmianę jego woli.

Ponieważ Jaśniepan prezes zrezygnował, to pani Marszałek Elżbieta Witek musiała zrezygnować z wygłoszenia przygotowanego już orędzia do Narodu. Nie wiemy, czy przypłaciła to depresją. Nie wystąpiła w telewizjach, co krajowi politycy uwielbiają. Ale zyskała tym wolny sobotni wieczór. Co dla ludzi pracujących na noce zmiany jest jakąś wartością.

Niedzielne wybory prezydenckie odbyły się tak, aby się nie odbyły.

Teraz Jaśniepan prezes będzie musiał zdecydować czy nowe wybory będą odbywać się tak jak nowe, czy będą to stare wybory odbywające się w nowym terminie.

Rozstrzygnięcie czy nowe to nowe, czy tylko stare z nową datą ma fundamentalne znacznie. Bo nowe – nowe wybory oznaczają ponowy proces zgłaszania kandydatów, zbieranie popierających te kandydatury podpisów, co w warunkach zarazy będzie trudne.
Z drugiej strony taki tryb rejestrowania pozwoli Koalicji Obywatelskiej uwolnić się od pomyłki kadrowej, czyli kandydatury Małgosi Kidawy – Błońskiej. I wystawienie nowej, już może lepszej.

Wiewiórki w stolicy ćwierkają, że do wyborów 23 maja przekonywały silnie Jaśniepana prezesa dwie persony. Pan Jacek Kurski rządzący TVP SA z tylnego fotela „doradcy prezesa”, czyli tak jak Jaśniepan prezes rządzi IV Rzeczpospolitą. Oraz pan prezydent Duda.
Obaj przekonywali, że czas upływa na niekorzyść pana prezydenta Dudy. Każdy nowy tydzień kryzysu obniża jego szanse wybiorcze.
Dlatego Jaśniepan prezes postanowił wydymać szeregowego posła swego klubu parlamentarnego, swego imiennika pana Jarosława Gowina, i olać zawarte z nim dwa dni wcześniej porozumienie.

Niestety tym razem pan zwykły pan poseł Gowin, zwany w kręgach parlamentarnych „GieGie”, czyli „Gumowy Gowin”, zagroził wyjściem z koalicji rządzącej, co pozbawiłoby partię Jaśniepana prezesa większości w Sejmie RP.
Ponieważ pana zwykłego posła Gowina poparł, zagrożony wizją mniejszościowości swego rządu, pan premier Morawiecki, a zaatakowali go politycy związani z panem ministrem sprawiedliwości Ziobro, zwanym „Zbyszkiem Zdradzieckim”, to Jaśniepan prezes musiał zamrozić spór. Aby lepiej rozpoznać siłę zwalczających się frakcji. By niebawem skuteczniej poszczuć jednych na drugich.

Trwają w mafiopodobnej rodzinie PiS poszukania medialnego kozła ofiarnego. Polityka, który weźmie na siebie odpowiedzialność za bezprawne wydrukowanie 30 milionów pakietów wyborczych. Odpowiedzialność polityczną, a także i materialną.
Nie wiemy jeszcze jaki był koszt druku tych 30 milionów kart do sfałszowanego głosowania. I pewnie długo się nie dowiemy, bo wiemy już, że elity PiS kłamią na każdym kroku.
Ale jeśli koszt druku jednego pakietu kosztowałby, wedle szacunku znawców, około 5 złotych, to oznaczałoby, że przynajmniej 150 milionów złotych poszło na marne. W czasie kiedy nasz PKB skurczy się wedle prognoz przynajmniej o 4 punkty procentowe.

Do roli tegoż ofiarnego „karciarza” wyznaczani są: pan wicepremier Jacek Sasin, bo to on bezprawnie kazał drukować niepotrzebne karty. Oraz pan premier Morawiecki, bo to on bezprawnie nakazał organizować te wybory.

Ponieważ za zrobieniem kozła ofiarnego z pana premiera Morawieckiego jest tylko pan minister Ziobro, zwany „Zbyszkiem Zdradzieckim”, ponieważ pan premier Morawiecki jeszcze Jaśniepana prezesa publicznie nie zdradził, jak czynił nieraz „Zbyszko Zdradziecki”, to „karciarzem ofiarnym” najpewniej zostanie pan minister Sasin.
Ale nie rońcie łez, bo wielka krzywda pewnie mu się nie stanie. Jeśli Jaśniepan prezes nie straci władzy do 2023 roku, a pan minister Sasin grzecznie wytrwa w kozła roli, to Jaśniepan coś dla swego „karciarza” na osłodę znajdzie.
Najlepiej szmalcową posadę z wieloletnią, nieusuwalną kadencją i immunitetem sądowym. Zapewne znany „prawo łamacz” Sasin do Trybunału Konstytucyjnego na sędziego trafi. W nagrodę za łamanie tej Konstytucji i jako fachowy praktyk nieprzestrzegania jej. Jak Pawłowicz i Piotrowicz.

Zauważcie, że od kilku tygodni nie żyjemy już w obszarze regulowanym przez prawo, lecz w jakimś stanie ponad prawem. Nie oburzamy się już wielce, że elity PiS znowu złamały Konstytucje i inne prawa. Warto przypomnieć, że poseł poprzedniej kadencji, ojciec obecnego premiera, kawaler Orderu Orła Białego, pan Kornel Morawiecki głosił, że „Ponad prawem jest wola Ludu”. Co bardzo podobało się Jaśniepanu prezesowi. Dziś uosobieniem tej „woli Ludu” jest Jaśniepan prezes.

Od bezdomności dzielą tylko 3 spłaty kredytów. Już wcześniej spece od polityki społecznej zauważyli, że nieposiadającą na własność mieszkań polską klasę średnią od bezdomności dzielą tylko trzy niezapłacone czynsze lub raty kredytu. Już kilka lat temu alarmowali, że jeśli kredytobiorca poważnie zachoruje lub straci pracę, to w zasadzie ląduje na bruku. Teraz wizja rosnącej bezdomnosci jest niepokojąco bliska.
Ale rządzący IV RP zajęcia są teraz spełnianiem politycznych kaprysów Jaśniepana prezesa.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na www.facebook.com/trybuna.net/

Pan premier pozuje

Trzeba być wyjątkowym kabotynem, żeby wynająć największy samolot świata do przewiezienia, który pomieściłby się w jednym dużym, lub dwóch standardowych lukach samolotowych.
Ale wtedy pan premier Mateusz Morawiecki nie mógłby lansować się w mediach narodowo- katolickich. Pokazać tam swą wielkość, herkulesową skuteczność i nietuzinkowość. Fotografować się, jak głupawa celebrytka na tle „ścianki”, u stóp radzieckiego giganta techniki.
Trzeba być wyjątkowo cynicznym politykiem i mieć w głębokiej pogardzie zdolności umysłowe Polek i Polaków, żeby pozwolić sobie na tak prymitywne medialne manipulacje. Najpierw przez dni parę zapowiadać w prorządowych mediach nadlatujący przełom w walce rządu z zarazą. Potem wzywać obywateli do uczestnictwa w tym „evencie”, chociaż obowiązywał w tym czasie zakaz zgromadzeń, wchodzenia do parków i lasów.
„Największe skupisko ludzi, którzy obserwowali start z lotniska, było w al. Krakowskiej”, relacjonował fotoreporter „Gazety Wyborczej” Dariusz Borowicz, „Zebrali się mniej więcej na wysokości ul. Lipowczana, w tym kierunku biegnie jeden z pasów lotniska. Na miejscu była policja. Funkcjonariusze nawoływali przez megafon, że osoby, które gromadzą się tam, narażają się na niebezpieczeństwo. Nikt się tym nie przejął, mandatów nie było”. I na koniec zrobić sobie foto sesję, pozując na zbawcę narodu.
Pan premier Morawiecki nieraz już udowodnił, że jest mistrzem składania niespełnianych obietnic, kłamstw i pomnikowych póz. Wiele razy deklarował swe preferencje dla polskich firm, wole wspierania polskiego kapitału.
Tymczasem przelot gigantycznego Antonowa na trasie Chiny- Polska to koszt około 3 milionów USD. Koszt wynajęcia dużego Boeinga na tej trasie to maksymalnie 800 tysięcy USD. Wynajęcie dwóch samolotów, to nie więcej niż 1,5 miliona USD.
Zatem ta jednorazowa atrakcyjna „ścianka” przeznaczona na tło dla zdjęć pana premiera kosztowała polskich podatników przynajmniej 1,5 miliona USD.
Maciej Kopiec, poseł Lewicy, złożył dwie interpelacje do ministra aktywów państwowych Jacka Sasina w sprawie przylotu Antonowa An-225 Mrija z ładunkiem dla Agencji Rezerw Materiałowych.
Poseł pyta o całkowity koszt organizacji tego transportu. A także, dlaczego nie wynajęto do tego transportu uziemionych teraz samolotów B 787 „Dreamliner” posiadanych przez PLL LOT?
Dlaczego rząd pana premiera Morawieckiego nie dał takiego atrakcyjnego zlecenia narodowemu przewoźnikowi?
Jak się zapewne domyślacie pan premier i inni ministrowie wymownie milczą. Liczą zapewne, że zaraza koronowirusa znowu przykryje ich niegospodarności i niefachowość.
PS. Pan premier Morawiecki przy każdej okazji demonstruje swój fundamentalny antykomunizm. Ale kiedy chce się polansować w mediach, to korzysta z komunistycznych produktów.Nie brzydzi się gigantycznego radzieckiego Antonowa i ekwipunku made by komunistyczne Chiny. To dowodzi, że jego antykomunizm też jest zakłamany i cyniczny. To takie opium dla „ciemnego ludu”.

Unia to nie my!

Trybunał Sprawiedliwości UE zobowiązał Polskę do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów dotyczących Izby Dyscyplinarnej SN w sprawach dyscyplinarnych sędziów. Wniosek o tymczasowe zawieszenie – do czasu wydania ostatecznego wyroku przez TSUE – złożyła Komisja Europejska.

Taka decyzja TSUE jest dla normalnego kraju należącego do Unii święta. Szczególnie, że za niewykonanie jej są naliczabe wielomilionowe kary. Za każdy dzień obsuwy, i to w euro.
Polska w Unii chyba nie jest. Premier Morawiecki zamiast się podporządkować rzucił najpierw, że „Przekażemy odpowiedź w stosownym czasie”. Pogoniony przez PiS Morawiecki chwilę później się poprawił. „Reforma sprawiedliwości jest kompetencją wyłącznie Polski” – rzucił, wstając z kolan.
– Premier Mateusz Morawiecki – po dokonaniu szczegółowej analizy – skieruje do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o rozstrzygnięcie powstałego sporu prawnego – uzupełnił wypowiedź szefa rzecznik rządu Piotr Müller.
Tyle, że w orzeczeniu TSUE stało jak byk, że klamka zapadła i skoro Polska jest członkiem UE, to żaden TK nie ma tu już nic do gadania. „Chociaż organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji państw członkowskich UE, to mają one obowiązek dotrzymywać zobowiązań wynikających dla nich z prawa Unii” – zaznaczył przecież TSUE.
Za premierem poszli politycy PiS. Jęli na wyprzódki opowiadać głupoty, w które wierzyć mogą tylko ignoranci lub wyznawcy partii w Polsce rządzącej.
– Zaskakujące jest, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Izbę Dyscyplinarną traktuje jako tylko tę zajmującą się sprawami sędziowskimi. Nasuwa mi się taka prosta konkluzja, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej podobnie jak Komisja Wenecka przeistoczyły się w związek zawodowy sędziów w Europie – powiedział poseł PiS Włodzimierz Bernacki. – Dbają przede wszystkim o to, aby zabezpieczyć interesy jednej grupy zawodowej, w tym wypadku sędziów – dodał.
– Kwestia organizacji sądownictwa to wyłączna kompetencja państwa członkowskiego. Dlatego wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego jest absolutnie niezrozumiały i łamie unijne prawo – poszła na całość w Polskim Radiu 24 Beata Kempa, eurodeputowana PiS.
Mówiła też, że Izba Dyscyplinarna SN decyzję TSUE chce skierować do Trybunału Konstytucyjnego, bo teraz to właśnie na barkach TK będzie spoczywać rozstrzygnięcie sporu, który wyniknął w związku z orzeczeniem TSUE. I standardem pisowskim powołała się na Niemcy.
– Podobnie sytuacja wyglądała w Niemczech. To tamtejszy Trybunał Konstytucyjny orzekł jednoznacznie, że niemiecka konstytucja stoi w tym zakresie nad prawem UE – zaznaczyła Beata Kempa.
Wywód kończyła tym, że Polska nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia TSUE jako takiego, które należy natychmiast wykonywać.
– Dlatego, że TSUE został wprowadzony w błąd lub świadomie chce wchodzić w gry polityczne.
„Postanowienie TSUE ma wymiar symboliczny. Niezależnie od brutalnego wejścia w polski porządek prawny, trudno nie dostrzec czasu wydania” – to z kolei twitterowa reakcja wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika.
Inny wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta też się odezwał na Twitterze i uznał, że TSUE „uzurpuje sobie kompetencje, których nikt temu trybunałowi nie przekazał”.
– Oznacza to, że mielibyśmy jako Polska słuchać się rozkazów UE w sytuacji, gdy wcześniej jako Polska nie pozwoliliśmy UE wydawać sobie takich rozkazów. To nie wygląda mi na zasadę lojalnej współpracy – mówił potem w materiale wideo Kaleta. Dodając, że „sprawa jest rozwojowa – na pewno będziemy bronili polskiej suwerenności”.
– Z koronawirusem UE nie potrafi sobie poradzić, ale żeby Polskę pogrillować oczywiście, zawsze znajdzie się czas i środki – Kaleta nie odmówił sobie niekompetentnego komentarza.
– Dobrze, że premier ogłosił, iż Trybunał Konstytucyjny będzie również zajmował się sprawą tego postanowienia. Zatem ta sprawa będzie miała swój dalszy bieg, ale raczej w tym organie, zgodnie z polskim porządkiem konstytucyjnym – zakończył swój aeuropejski wywód wiceszef polskiej sprawiedliwości.
Rzecznik rządu Piotr Müller też rzucił kolejne co nieco.
– Zgodnie z konstytucją to TK jest „sądem ostatniego słowa” w zakresie badania zgodności poszczególnych aktów prawa w ramach określonej w konstytucji hierarchii źródeł prawa i to TK powinien rozstrzygnąć powstały spór – uznał Piotr Müller i stwierdził, że oczekiwanie, że rząd „zamrozi” część Sądu Najwyższego, albo „zawiesi w czynnościach” określonych sędziów, „byłoby bardzo poważnym naruszeniem zasady niezawisłości sędziowskiej, złamaniem zasady trójpodziału władzy i naruszeniem Konstytucji”.
Niepytany przez nikogo Przemysław Czarnek, poseł Prawa i Sprawiedliwości, też popisywał się euroignorancją, uznając, że decyzja TSUE jest „fundamentalnie sprzeczna z praworządnością i kompromituje UE”.
– To jest uzurpacja kompetencji do wkraczania w wewnętrzne materie państw członkowskich. To haniebna decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nie mająca żadnych podstaw prawnych w traktatach unijnych – gardłował Czarnek. Według niego, „wykonanie tego rodzaju decyzji TSUE, byłoby pogwałceniem polskiej konstytucji”.
Najdelikatniej obeszła się z postanowieniem następna wiceminister sprawiedliwości Anna Dalkowska. Podkreśliła ledwie, że TSUE odniósł się jedynie do funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN w zakresie postępowań dyscyplinarnych sędziów.
Taki chór prominentnych polityków obozu władzy wskazywałby, że w Unii Europejskiej już nie jesteśmy. „Financial Times” znalazł jednak dowód na to, że nie tylko z powodu niebrania pod uwagę najwyższego trybunału unijnego. Brytyjska gazeta wykazała, że poza Europą stawiają nas forsowane bez kampanii wyborczej wybory prezydenckie.
„To niepotrzebne szaleństwo mówi wiele o politycznej celowości PiS i jego pogardzie dla demokratycznych norm” – stwierdził brytyjski dziennik.
„Financial Times”uznał, że tak Jarosław Kaczyński, jak i węgierski premier Viktor Orban, wykorzystują kryzys wywołany koronawirusem, by umocnić swoją pozycję w kraju. Najciekawszą jednak konstatacją „Financial Times” jest zwrócenie uwagi na brak stanowczej reakcji i krytyki któregokolwiek z krajów członkowskich Unii Europejskiej wobec działań w Polsce i na Węgrzech. Brytyjskie pismo stwierdza wprost, że kraje członkowskie UE nie mogą wzruszać ramionami, gdy podejmowane są decyzje sprzeczne z zasadami, na których opiera się zjednoczona Europa.
I chyba tu jest klucz do wszystkiego. Próby rozmów z rządem PiS w wydaniu Komisji Europejskiej i naiwna wiara w dobre intencje Morawieckiego – doprowadziły do tego co jest, czyli Polski poza Unią. Nikt w Europie nie zdobył się na to, żeby Kaczyńskiemu i Dudzie powiedzieć, że przeprowadzone bez kampanii w warunkach epidemii wybory, Europa uzna za nieważne. I żaden kraj nie zaprosi nieuznawanego za prezydenta, faceta, który w takich wyborach wygra.
Pewnie takiej deklaracji PiS by się nie przestraszył, ale Andrzejowi Dudzie byłoby głupio być z powodu niezapraszania za granicę na czteroletniej, krajowej kwarantannie.

Krajobraz po tarczy

Rząd pomaga największym ofiarom zarazy. Bankierom i działaczom PiS.

Dla ludzi mających pojęcie o ekonomii, opowieści Morawieckiego, Dudy i ministrów o tarczy antykryzysowej za 212 mld zł, oprócz kaszlu wywołanego śmiechem, przywodzą wspomnienie kwoty 2 bilionów złotych.
Tyle państwo PiS miało wydać na inwestycje do roku 2020, w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwanej również planem Morawieckiego. Te 2 biliony miały sprawić, że dziś winniśmy być zreidnustializowani, innowacyjni, popieprzać szybkimi pociągami, mieć milion samochodów elektrycznych i zarobki na poziomie średniej unijnej. No i państwo mieliśmy mieć silne, sprawne i błyskawicznie reagujące na bolączki obywateli.
Co mamy widać. Inflację już przed epidemią, na poziomie 5 procent. Niesprawne służby. Lecącą na pysk złotówkę. Powiększającą się – dzięki nietrafionym transferom socjalnym – sferę ubóstwa. Film o Zenku Martyniuku. I rosnące z roku na rok, w tempie szybszym niż PKB, zyski sektora bankowego.
Przez cztery lata, niemal co tydzień, piszę o niedowładzie państwa, nieumiejętności robienia przezeń czegokolwiek poza wypełnianiem przekazów bankowych. No i o panoszeniu się pisowskich analfabetów od gospodarki i zarządzania. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze koronawirus..
Wirtualny pieniądz
Oficjalną odpowiedzią państwa PiS na zarazę i szykujący się mega kryzys ekonomiczny, stało się to, co można wyczytać w podręcznikach do historii ekonomii. Tylko głupiej znacznie. Czyli rozruszanie gospodarki, przez de facto dodruk pieniądza – wspomnianych 212 miliardów. Nie jest to jednak nawet ćwierć prawdy o „tarczy antykryzysowej”.
Ciekawe są już same proporcje podzielenia tych środków. 30 miliardów ma iść na „Program Inwestycji Publicznych”. Co rząd przez to rozumie, nikt nie wie. Poza tym, oczywiście, że Morawieckiemu et consortes jeszcze żadna inwestycja nie wypaliła. W związku z tym, tą pozycją nie ma sobie co zawracać głowy, bo jakby jej nie było.
Tak samo jak 7,5 miliardami zł, mającymi pójść w „Ochronę zdrowia”. Kasa ta oczywiście do szpitali pójdzie. I na początku nawet na na walkę z koronawirusem, podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek oraz sprzęt. Szpitale będą musiały tę kasę błyskawicznie wydawać na prawo i lewo. Tarcza antykryzysowa nie pozwala tych pieniędzy przeznaczać dla komorników ściągających szpitalne wierzytelności. Ale gdy epidemia się skończy, a jakieś niewydane środki pieniądze zostaną na kontach placówek medycznych, to łapę na nich położą wierzyciele. Dlatego jeśli nawet te 7,5 miliarda trafi z budżetu do szpitali, to przynajmniej jedna trzecia tych środków zostanie wydana w pośpiechu i na rzeczy bezsensowne. Mimo to firmy u których zadłużały się szpitale, i tak liczą że co najmniej 2 miliardy po zarazie placówkom zostanie, i komornicy je wierzycielom przekażą. A ponieważ placówki zadłużały się u firm produkujących sprzęt i lekarstwa, które z kolei zadłużały się w bankach, to najbardziej z takiego stanu rzeczy zadowolone będą te ostatnie. Dostaną część kasy, ale za to z dużymi odsetkami.
Resztki z pańskiego stołu
Na dopłaty do zarobków pracowników, którzy z powodu epidemii roboty nie mają, rząd zarezerwował 30 miliardów.
O tym elemencie tarczy nader chętnie wypowiadała się minister Emilewicz. I im więcej mówiła, tym bardziej było widać, że zamiast konkretnej pomocy ludzie dostaną grosze, obarczone na dodatek wypełnianiem stert papierów, które potem i tak w większości zostaną odesłane przez urzędników z powodu braków formalnych.
Rząd oszacował, że bez środków do życia z powodu obostrzeń koronawirusowych jest teraz 2 – 2,5 mln osób do tej pory pracujących na śmieciówkach i samozatrudnieniu. Kolejne 3 miliony pracują w branżach, którym nie wolno prowadzić działalności i nie mają hajsu, żeby zatrudnionym płacić. W związku z czym towarzystwo to, lada moment spodziewa się wypowiedzeń.
Dla „śmieciówkowców” pani Emilewicz zaproponowała początkowo 2 tys zł brutto, czyli po ok.1,4 tys. zł miesięcznie na rękę. Ale tylko przez 2 miesiące. Dla zagrożonych etatowców też nie była szczodrzejsza. Państwo miało sfinansować 40 proc. ich płacy – drugie 40 proc. miał pokrywać pracodawca.
Dla kogoś, kto dysponował kalkulatorem, to się nie trzymało kupy. Gdyby bowiem wszyscy śmieciówkowcy poszli po zasiłek, to budżet byłby uboższy o ledwie 3,5 mld zł. Dokładając do tego dotowanie zagrożonych etatowców kwotą góra 4,5 miliarda zł, do deklarowanych przez rząd 30 miliardów było strasznie daleko.
Tyle, że to był punkt wyjścia do operacji propagandowej. Przez tydzień Emilewicz dostawała joby od wszystkich. I w końcu uznała słuszność zarzutów, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Z 2 tys zł brutto zrobiło się zatem dla śmieciówkowców i samozatrudnionych 2080 zł na rękę. I trzy miesiące zwolnienia z ZUS. A na dodatek dla wszystkich, bo kryteria ubiegania się o zapomogę prawie przestały istnieć. Tak jak i biurokracja związana z wnioskami. Poza tym zasiłki będą nie płacone przez miesiąc, ale przynajmniej trzy. Zaprojektowane na to 30 miliardów jest w tej sytuacji kwotą dużo za małą. Więc pani minister zaczęła mówić, że dzięki wsłuchiwaniu się w głos obywateli na pomoc dla pracowników pójdzie 70 miliardów zł. Tyle, że w ustawie taka kwota nie padła.
Udawany sukurs
Są w niej jednak zapisy o 74 miliardach zł, które zdaniem rządu mają trafić do przedsiębiorstw. Gówno otóż prawda. Trafią do niektórych przedsiębiorstw – banków mianowicie.
Pani Emilewicz radośnie zapowiedziała, że pół miliona mikro firm zatrudniających do 9 pracowników będzie mogło skorzystać z pożyczek w wysokości 5 tys. zł.
Po tygodniu zdania nie zmieniła, ale żeby udawać, że słucha ludzi, dołożyła do tego zwolnienie z ZUS przez kwartał wszystkich pracowników, dotkniętych epidemią firm. Tyle, że ustawie o tarczy też nie ma o tym słowa. Jest za to o przesunięciu płatności.
Po zamknięciu knajpy, zakładu fryzjerskiego albo sklepu z butami, czy garnkami zaproponowane właścicielowi 5 tysięcy zł to kwota żenująca. I na dodatek to nie dotacja, ale pożyczka. A na pożyczkach zarobią oczywiście banki. Dlatego żaden drobny biznesmen nie będzie wchodził w obliczu światowego załamania gospodarki w niczego mu nie dający kredyt. Chyba, że jest samobójcą albo cwaniakiem, który z góry wie, że tej kasy nie odda. Ale nawet wtedy bank nie straci, bo pożyczki te gwarantowane są przez państwo. I dlatego za zdefraudowane kredyty zapłaci podatnik. Ale i tak niedużo, bo nawet gdyby wszyscy drobni przedsiębiorcy wzięli kasę i splajtowali bezzwrotnie, to kosztowałoby to budżet ledwie 2,5 miliarda zł.
Tak samo ma się rzecz ze 100 tysiącami firm, na które czekają w bankach komercyjnych, gwarantowane przez państwo kredyty do 3,5 mln zł. Tu przekręciarze mogą się już nachapać, bo 3,5 mln zł to już coś, co warto zawłaszczyć. I za co bankom oczywiście zapłacimy wszyscy.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy w ustawie jest mowa o naprawdę dużych firmach prywatnych. „Tarcza antykryzysowa” jednak nie tyle ma je ochronić, co umożliwi ich przejmowanie przez państwo. Mechanizm jest prosty – Państwowy Fundusz Rozwoju, chętnie wielkich producentów wspomoże i to kasą z budżetu. Tyle, że w zamian za udziały, czy inne obligacje, które potem zamienią się w to, że firma prywatna – jak niegdyś PESA – stanie się firmą państwową. PFR na taki zabieg ma w „tarczy” 6 mld zł.
W tym ostatnim przypadku beneficjentami nie będą akurat banki, ale politycy PiS, bo zrenacjonalizowane za długi firmy będą wymagały na stanowiskach prezesów ludzi z klucza partyjnego.
I właśnie w tym myku tkwi tajemnica, której nie mogą zrozumieć biznesmeni. Dlaczego rząd podzielił firmy na te do 9 pracowników i powyżej. I tym małym dał ulgi, a większym nie. Dlatego otóż, że jak duże firmy szlag trafi, to państwo płacąc ich zagwarantowane długi będzie mogło przejąć te firmy. Ale tylko takie, które uzna za stosowne do obsadzenia swoimi. Stąd państwu zależy, żeby duże przedsiębiorstwa prywatne przędły jak najsłabiej. I jak będą na skraju bankructwa, to się je znacjonalizuje opowiadając w TVP Info, o niesamowitej pomocy dla biznesu.
Prawdziwi beneficjenci
Prawie jedna trzecia z 212 miliardów zł na tarczę, ma iść na „Wzmocnienie Systemu Finansowego”. Ponad 70 mld zł ma zatem wprost trafić do banków w formie tej czy innej pomocy. Doliczając do tego gwarancje kredytowe na drugie tyle, można domniemać, że nasz sektor finansowy będzie bogatszy dzięki kryzysowi o setki miliardów złotych. Bo trzeba pamiętać, że gwarantowane przez państwo kredyty dla przedsiębiorców nie mają żadnych obostrzeń. Banki udzielą ich na zasadach jakie im pasują. W końcu, gdy kredytowana firma splajtuje, to, nawet najwyżej oprocentowany kredyt i tak zapłaci gwarantujące go państwo. I to z odsetkami.
Nie ma co liczyć, że rząd wprowadzi tu jakieś widełki czy kontrolę. Skończy się jak przy wprowadzaniu podatku bankowego, który zdaniem rządu miał nie być przerzucony na klientów. Tymczasem w państwowym, zaprzyjaźnionym z Morawieckim, PKO BP wszystkie usługi zdrożały już tydzień przed pojawieniem się projektu nowej daniny. W innych bankach było to samo. W Santanderze, w którym od 5 lat rośnie kupka pieniędzy dla Morawieckiego – też. I nikomu z tego powodu nie spadł włos z głowy.
Dzień po oficjalnym ogłoszeniu założeń „tarczy antykryzysowej” złotówka poleciała na pysk. Tak światowe rynki oceniły ekonomiczną wiarygodność enuncjacji Dudy i Morawieckiego. To co delikatnie wzrosło, to zagraniczne wyceny polskich banków. Ekonomiści dostrzegli o co w tym chodzi. I są pewni, że w kontekście wspomagania banków rząd Morawieckiego na pewno ze zobowiązań się wywiąże.
Ale do Polaków, prawda o tym, że pomoc dla ofiar kryzysu sprowadza się do pompowaniu zysków bankom i szykowaniu posad dla Pisowców, dociera znacznie wolniej.

Polska w ruinie

Albo wyjdziemy z kryzysu wspólnie, albo cofniemy się w rozwoju o dziesięciolecia.

Rafał Lizun, szef firmy cateringowej Ślimak do niedawna sprzedającej dziennie 70 -80 tysięcy kanapek dziennie ludziom pracującym w wielkich biurowcach Warszawy, z dnia na dzień stracił rynek. Z 200 zatrudnionych została połowa. Jeśli nic się nie zmieni, ich los jest łatwy do przewidzenia. Właściciel marki Vistula przewiduje spadek przychodów o 80 procent. Prezes marki odzieżowej 4F Igor Kleje ostrzega, że branża odzieżowa w Polsce nie przetrwa najbliższych miesięcy.
Krąży widmo
To fragmenty materiałów z popularnych portali. W Internecie wprost roi się od podobnych historii. Upadłość grozi dziesiątkom tysięcy zakładów fryzjerskich, kosmetycznych, kawiarniom, restauracjom, pizzeriom itp. Pacjentów nie przyjmują przychodnie stomatologiczne, ograniczyły swą aktywność warsztaty samochodowe. Praktycznie cała branża turystyczna leży. Tylko patrzeć jak runą firmy budowlane. Nawet rolnicy i producenci żywności, którzy w czasach kryzysowych zazwyczaj jakoś sobie radzą, bo ludzie muszą jeść, odczują uderzenie.
Koronawirus SARS-CoV-2 dosłownie sparaliżował gospodarkę. Rwą się więzy kooperacyjne, stają przedsiębiorstwa, zarządy tną koszty zaczynając od wydatków na reklamę i szkolenia by gładko przejść do ograniczania zatrudnienia. Jestem pewien, że w najbliższych miesiącach bezrobocie gwałtownie wzrośnie. Nawet do trzech milionów.
Ale dziś Polaków bardziej martwi rosnąca z dnia na dzień liczbą zakażonych i zmarłych osób. Zastanawiają się, ile jeszcze będzie ofiar i kiedy to się skończy.
Nie chcą wiedzieć, że najgorsze dopiero przed nimi. Konsekwencje załamania się gospodarki będą straszne. Ci, którzy pamiętają „Festiwal Solidarności” mogą opowiedzieć młodszym co działo się gdy od sierpnia 1980 do wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 r. strajki i tzw. przestoje sparaliżowały gospodarkę.
Z tą różnicą, że zła komunistyczna władza sumiennie każdego miesiąca wypłacała wynagrodzenie, za które co prawda nie można było wiele kupić, bo półki sklepowe świeciły pustkami. Dziś w super i hipermarketch jest i z pewnością będzie wszystko, lecz bezrobotnych na niewiele będzie stać. Proces masowych zwolnień już się zaczął a znając „przedsiębiorczość” przedsiębiorców będzie on miał charakter brutalny. Zatem jest więcej niż pewne, że wkurzony na rządzących suweren wyjdzie latem na ulice i podziękuje zbiorowo Prawu i Sprawiedliwości – a Mateuszowi Morawieckiemu indywidualnie – za wysiłek.
Droga do katastrofy
Politycy opozycji i zaprzyjaźnieni z nimi dziennikarze straszą nas perspektywą wprowadzenia przez władze stanu wyjątkowego i brania Polaków za twarz. Nie ma się czym przejmować. Pan Bóg gdy chce kogoś ukarać, spełnia jego najskrytsze marzenia. Jarosławowi Kaczyńskiemu może się śnić program „Sanacja +”. 10 maja br. – jeśli dojdzie do wyborów prezydenckich – Andrzej Duda je wygra a potem ogłosi stan wyjątkowy. CBA, dla kurażu, zamknie kilku najbardziej uciążliwych liderów opozycji. TVP dostanie kolejne miliardy na propagandę… A potem wszystko pójdzie nie tak. Bo polityczną katastrofę rządu Mateusza Morawieckiego gwarantują już dziś łatwe do przewidzenia konsekwencje gospodarcze pandemii koronowirusa.
Na zasiłkach wylądują setki tysięcy ludzi dotychczas wspierających Prawo i Sprawiedliwość. Dołączą do nich kolejne dziesiątki tysięcy osób mających do spłaty kredyty mieszkaniowe, konsumpcyjne, samochodowe itp. A także dobrze wykształceni młodzi ludzie, ze znajomością świata, języków obcych itp. W normalnych okolicznościach wyjechaliby do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Niderlandów.
Teraz nie wyjadą, bo granice są i pewnie długo jeszcze, będą zamknięte. Dla nich perspektywa utraty wszystkiego będzie dostatecznie silnym motywem by na ulicy wyrazić swoje niezadowolenie. Dodajmy do tego ludzi żyjących skromniej, zadowalających się płacą minimalną, przekonanych, że Prawo i Sprawiedliwość podniosło ich z kolan i dba o ich interesy. Gdy zmienią zdanie, strach będzie się bać.
100 – 200 demonstrantów policja spacyfikuje bez trudu. 100 – 200 tysięcy już nie. Suweren będzie podwójnie groźny, gdyż nie będzie miał nic do stracenia.
Premier Morawiecki reklamujący Tarczę Antykryzysową żyje w nierealnym świecie. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że pisowscy urzędnicy i wszelkiej maści „Misiewicze” są zbyt nieudolni, zbyt skupieni na konsumowaniu wyborczego sukcesu by poradzić sobie z tą katastrofą. Ale najgorsze jest to, że przez trzydzieści lat zbudowaliśmy taki system społeczny i gospodarczy, który nie ma prawa sprostać wyzwaniu przed jakim stoimy.
Banki już dziś ograniczają akcję kredytową, a w przyszłości całkowicie ją zamkną, by wymusić na politykach przyznanie idącej w dziesiątki miliardów złotych „pomocy”. W przyszłym roku przekonamy się, że rodzimy sektor bankowy wygenerował solidny zysk, choć hasło „Polska w ruinie” będzie lśniło wyjątkowym blaskiem…
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości wiedzą, że nic nie uchroni ich przed rozliczeniami. Obawiam się, że brutalnymi. Strach i świadomość własnej nieudolności podpowiada im, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać za wszelką cenę. Dlatego prą do wyborów 10 maja, a gdy zrobi się jeszcze gorzej, sięgną po rozwiązania siłowe w nadziei, że to ich ocali.
Nie ma takiej możliwości. W roku 1981 Wojciech Jaruzelski miał o wiele liczniejszą Armię, Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa, aktyw partyjny, Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej (sławne ORMO), Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej z dowództwem w Legnicy oraz palących się do udzielenia „bratniej pomocy” Czechów i Demokratycznych Niemców.
Jarosław Kaczyński nie może liczyć nawet na lojalność wicepremiera Gowina i jego osiemnastu szabel w Sejmie. Właśnie dlatego PiS skazany jest na bezprzykładną klęskę. Opozycja nie musi nic robić. Wystarczy poczekać…
W nieznane
By względnie szybko wyjść z tego kryzysu potrzebne są nowe niekonwencjonalne rozwiązania. Tak zwana „Zjednoczona prawica”, nie posiada intelektualnych, profesjonalnych i merytorycznych kwalifikacji by odbudować gospodarkę. Proponuje rozdawnictwo i zaciskanie pasa. Bez żadnych warunków. Gdy okaże się, że Tarcza nie działa a suweren pali opony w Alejach Ujazdowskich przed KPRM, władza spróbuje rozwiązań siłowych, czym tylko pogorszy sytuację.
Większość Polaków, albo nie ma, albo za chwilę nie będzie miało, zaufania do rządzących. Urzędnicy administracji państwowej czując nadciągającą katastrofę nie będą chcieli nadstawiać karku. Podobnie Policjanci i pracownicy tzw. „Służb”. Kto jak kto, ale oni najlepiej wiedzą jakie będą konsekwencje dokonania złych wyborów.
Rządzenie w takich warunkach staje się nie tylko koszmarem, staje się niemożliwe. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zrobili bardzo wiele, byśmy przestali im wierzyć. Dlatego opozycja nie będzie paliła się do pomocy.
Na szczęście nadzwyczajne czasy kreują też nadzwyczajnych ludzi. 1 sierpnia 1980 roku jedynie garstka opozycjonistów i równie nieliczna grupa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa znała Lecha Wałęsę. Miesiąc później dla większości Polaków stał się on bohaterem narodowym porównywanym do Józefa Piłsudskiego. Należy spodziewać się, że wśród nas żyje przyszły lider, który sam nie wie, jak ważną rolę odegra w historii.
Mądrość i solidarność
Musimy uświadomić sobie, że aby wydostać się z kryzysu potrzeba niezwykłej mądrości i autentycznej solidarności społecznej. Jeśli obowiązki i ciężary zostaną rozłożone sprawiedliwie, to względnie szybko wrócimy do normalności. Lecz jeśli zatriumfuje egoizm i hasło „śmierć frajerom”, to za rok będziemy żyli na poziomie Ukraińców i obywateli Mołdawii. Do głosu dojdą ugrupowania skrajne, gotowe posłużyć się przemocą by zdobyć władzę. Co gorsza, zamknięte granice uniemożliwią wielu niezadowolonym emigrację. Kto z takim krajem będzie chciał handlować? Kto będzie chciał inwestować?

Świat powinien zobaczyć zdyscyplinowane i zdeterminowane społeczeństwo, które nikogo nie zostawia na pastwę losu. Które gotowe jest ponieść wyrzeczenia. Jeśli zwykli pracownicy mają zrezygnować z części wynagrodzenia, to tym bardziej należy wymagać tego od właścicieli przedsiębiorstw i prezesów zarządu. Od władz Orlenu, Lotosu, KGHM i innych państwowych gigantów domagałbym się redukcji zarobków do maksymalnie 20 tysięcy złotych netto. W imię solidarności. Za to lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym, technikom, laborantom, salowym podniósłbym wynagrodzenie dwu, a może i trzykrotnie. Godnie powinni też zarabiać nauczyciele i policjanci.
Szantaż?
By ratować miejsca pracy, przedsiębiorcy winni mieć dostęp do tanich kredytów i gwarancji. Trzeba będzie uruchomić gospodarkę, a bez pieniędzy tego się nie da. I znów rządzący powinni postawić warunki. Jeśli zwolnienia, to wyłącznie gdy nie ma innego wyjścia. Należy zakazać umów śmieciowych, a umowy o dzieło powinny być oskładkowane. Natychmiast. Musimy zrozumieć, że podatki i daniny to nie przymus, lecz nasze ubezpieczenie na przyszłość.
Przy czym właściciele firm powinni mieć wybór, jeśli chcą skorzystać z pomocy państwa, mają zrezygnować z wysokich zarobków, uczciwie płacić podatki i wynagradzać pracowników. Albo niech się ratują sami. Tak to szantaż, tak nie ma to wiele wspólnego z gospodarką wolnorynkową którą znamy, lecz nie ma innego wyjścia.
Należy też zmienić zasady funkcjonowania sektora bankowego. Nie może być tak, że banki swoje problemy nacjonalizują a zyski prywatyzują. Licencja na prowadzenie działalności bankowej to przywilej drukowania pieniędzy (można sprawdzić czym jest kreacja pieniądza bankowego) więc i zobowiązania muszą być adekwatne. Banki muszą zaoferować wszystkim, którzy będą chcieli rozpocząć działalność gospodarczą tanie kredyty, na możliwe łagodnych warunkach. Bez zbędnej zwłoki i biurokracji. Ile potrzeba by rozpocząć działalność gospodarczą? Pięćdziesiąt, sto tysięcy złotych? Ile by uratować zakład fryzjerski czy gabinet kosmetyczny? Sto tysięcy, może dwieście. Lepiej potraktować to jako inwestycję, niż zostawić pracowników na zasiłkach? By ratować firmy budowlane potrzebne będą środki na rozbudowę i remonty infrastruktury drogowej, kolejowej, miejskiej, energetycznej… Rząd powinien wyemitować obligacje. Jeśli w kraju będzie spokój a inwestorzy zauważą, że polska gospodarka wspólnym wysiłkiem wydobywa się z zapaści z pewnością je wykupią,
Ich czas minął
To oczywiste, że ekipa Morawieckiego, Prawa i Sprawiedliwości, Zjednoczonej Prawicy itp. nie ma niezbędnego kapitału społecznego, by tego dokonać. Nie ma też pomysłów. Ani realnych, ani nierealnych. Oni nas nie uratują. Ich czas minął. Lecz jeśli jako społeczeństwo nie zdobędziemy się na wysiłek, na odbudowę zaufania, na przyjęcie za oczywistość zasady, iż nawzajem jesteśmy za siebie odpowiedzialni, pogrążymy się w mrokach anarchii. Gdzie będzie obowiązywało prawo pięści. Cofniemy się w rozwoju nie o lata a o dziesięciolecia. Czy tego chcemy?

Bigos tygodniowy

Dla wygody i nie przeciążania umysłu posłużę się najtrafniejszymi komentarzami odnoszącymi się do parcia Kaczora do przeprowadzenia wyborów majowych, wyrażonym w sobotniej, podstępnej wrzutce z głosowaniem korespondencyjnym, dołączonej „w pakiecie” do „tarczy antykryzysowej”. Aleksander Kwaśniewski powiedział o najgroźniejszym „wirusie cynizmu Kaczyńskiego”, Włodzimierz Czarzasty o dążeniu do „siania śmierci”, Robert Biedroń o dążeniu Kaczyńskiego do utrzymania władzy nawet „po trupach”, a Ludwik Dorn o Kaczyńskim jako o „terroryście politycznym, który porwał samolot pod nazwą Polska”.


„Zostańcie w domu, idźcie na wybory” – oto logika władzy PiS. Za uzasadnianie trwania przy terminie wyborów 10 maja po Jarosławie Obłąkanym zabrał się Ćwierćinteligent z tytułem Profesora w randze Wicepremiera-Ministra Kultury: „Sytuacja nie przeszkadza w realizacji wyborów. (…) Mieliśmy wybory uzupełniające w niedzielę. Frekwencja była mniej więcej taka, jak zawsze. (…) Wybory czasem muszą być w jakichś specyficznych okolicznościach realizowane” – takie słowa z siebie wydalił. No i czyż nie mam racji, gdy konsekwentnie nazywam go ćwierćinteligentem? To nie inwektywa, to neutralny opis.


„Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”. Ten cytat z Hegla o niejednoznacznym sensie odczytuje się zwykle tak, że filozofia nie jest w stanie przewidywać przyszłych zdarzeń, a może jedynie służyć zrozumieniu tego, co już stało się faktem. Można go jednak odczytywać i tak, że już dokonują się procesy, których jeszcze nie dostrzegamy, nie przewidujemy, a tym bardziej nie rozumiemy. Werbalny upór w trwaniu przy zamiarze przeprowadzenia wyborów prezydenckich w zaplanowanym terminie zapewne negatywnie zweryfikuje naga rzeczywistość. Moja hipoteza co do przyczyn tego uporu, korelująca zresztą ze znanymi opiniami, jest taka, że PiS obawia się prolongaty terminu wyborów, bo niepokoi je perspektywa straty istotnej części poparcia, jest następująca. PiS było dotąd postrzegane przez miliony jego wyborców jako partia szafarzy pieniędzy, szafarzy dobrobytu, partia która dała „pięćset plus”, a teraz da trzynastą, a „daj Boże” (jak mówił jeszcze niedawno Adrian), czternastą, a może i piętnastą emeryturę. Wymuszona przez okoliczności rezygnacja z części tych świadczeń, a także rozmaite ruchy godzące w płace pracowników (n.p. zamrożenie płac w budżetówce i wynagrodzenia minimalnego) sprawia, że na naszych oczach przestaje być taką partią. W nowej sytuacji PiS siłą rzeczy traci tę moc i walor szafarza i staje się zwykłą partią władzy. Już nie daje, lecz jedynie administruje krajem w warunkach ekstremalnych. To odbierze partii rządzącej nimb dobroczynnej, „partii świętego Mikołaja”. Świadomość tego faktu nie dotarła jeszcze do świadomości większości zwolenników PiS, ale prędzej czy później dotrze, zwłaszcza do wyborców socjalnych, klientelistycznych, warunkowych. Część z nich może w pewnym momencie uznać, że nie ma sensu uparte trwanie przy partii, która już nie może „dawać”, która z tego punktu widzenia jest już tylko pustą, opróżnioną skorupą. Tego póki co nie widać w sondażach, ale z czasem może dojść do rozmagnesowania sił przyciągających do PiS. Powyższa supozycja, to nie wyraz schadenfreude, czyli radości z cudzego nieszczęścia, bo nieszczęście epidemii dotyka nas wszystkich, ale na chłodno sformułowana hipoteza.


Jednak rozmagnesowania klientelistycznego poparcia dla PiS może oznaczać dla niego chęć sięgnięcia po rekompensatę, po to, co zwykło się nazywać pokusą totalitarną. Ona, co jest wiadome nęci PiS nie od dziś, ale epidemia może ich popchnąć do działań po desperacku ekstremalnych, do sięgnięcia po rozwiązania już nie faszyzujące, lecz wprost faszystowskie. Orban na Węgrzech już po takie sięgnął, a nie wiadomo czy na tym się skończy. Tyle tylko, że tym razem Unia Europejska sparaliżowana epidemią, nie ma możliwości należytej reakcji, więcej niż tylko formalnej. W Polsce to się już odzywa w postaci pomruków w rodzaju groźby Terleckiego Ryszarda, że jeśli prezydenci i burmistrzowie odmówią zorganizowania wyborów, to stracą stanowiska i wprowadzeni zostaną komisarze, czy słowach Błaszczaka Mariusza, szefa MON, że „termin wyborów 10 maja nie jest zagrożony”.


Każdego dnia w telewizjach adrianowe orędzie do narodu. Czy on myśli, że jego mowa działa jak uzdrawiające fale Kaszpirowskiego? Tego huczenia nie da się słuchać. Zawsze ściszam wtedy telewizor. Ostatnio ktoś powiedział, że on ma mentalność dwunastolatka. Między kolejnym kabotyńskim orędziem potrzebnym jak dziura w moście a klęczeniem na Jasnej Górze zdążył jeszcze jak dziecko ucieszyć się, że jest w tik toku.


Pojawił się obłąkańczy apel Lisickiego Pawła, Świerzyńskiego Sławomira, zapiewajły z „Bayer Full” i Godek Kai o poluzowanie rygorów liczebności uczestników obrzędów religijnych z okazji Wielkanocy. Fanatycy religijni zawsze byli najgroźniejszymi w tym gatunku ludzi.


Nie oni jedni. Ksiądz Guz, naukowiec z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego oświadczył w Radiu Maryja, że nie ma powodu by nie zbierać się gremialnie w kościołach. Nie ma też dla niego problemu z udzielaniem tzw. komunii czyli serwowaniem opłatka do gęby przez księży. Zdaniem Guza ksiądz ma ręce czyste, a poza tym konsekrowane, a Jezus nigdy nie dopuści, by w kościele rozprzestrzeniał się jakikolwiek wirus. Czy ktoś ma przypadkiem kaftan bezpieczeństwa?


Jeszcze z „religijnej” beczki. „Czy jako ministrowi obrony w rządzie PiS Pani Kurator uwierzy mi, że większy wpływ na zwycięstwo miała nasza przewaga techniczna i informacyjna oraz plan operacyjny wykorzystujący błędy ofensywy bolszewickiej? I tak proszę uczyć młodych Polaków, a nie wciskać im ciemnotę” – napisał do Nowak Barbary, krakowskiej kuratorki oświaty Radosław Sikorski, który nigdy nie był postacią z mojej bajki, ale tym bardziej doceniam jego ton. Napisał jeszcze: „Nie wiedziałem, że na podstawie źródeł historycznych można udowodnić nadprzyrodzoną interwencję w przebieg bitwy. Ale społeczeństwo płaci Pani za przekazywanie wiedzy a nie wiary. Przypominam, że jest Pani urzędnikiem świeckiego państwa. Proszę nie łamać Konkordatu”. To wszystko w reakcji na deklarację kuratorki, która poinformowała, że właśnie ucieka od koronawirusa we „wstawiennictwo św. Andrzeja Boboli” i na jej dywagacje o wojnie 1920 roku.


Ze źródeł dobrze poinformowanych dowiedziałem się, że szef stowarzyszenia „Lex Super Omnia”, prokurator Krzysztof Parchimowicz został formalnie poinformowany o postawieniu mu zarzutów dyscyplinarnych. Oficjalnym, podanym w piśmie powodem mają być jego wypowiedzi w przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie, opublikowanym w „Dzienniku Trybuna” z 2 sierpnia 2019 roku.


Oszalałe rozdawnictwo uprawiane przez PiS sprawiło, że na tzw. tarczę antykryzysową, mającą ograniczyć rozmiary kryzysu gospodarczego, zostały już tylko – prawdę mówiąc – nędzne resztki. Takie są na koniec skutki oszalałej, niepohamowanej rozrzutności, w tym rozdawania w ramach 500 plus pieniędzy także zamożnym i bogatym.

Koniec dialogu społecznego?

W cieniu ustaw antykryzysowych, które najsilniej obciążają pracowników i praktycznie zostawiają na lodzie zatrudnionych na śmieciówkach, PiS przepchnął jeszcze zmianę w ustawie o dialogu społecznym.

Na mocy poprawek nr 180 i 200 zaproponowanych podczas nocnego głosowania premier uzyskał dodatkowe uprawnienia w zakresie kształtowania składu Rady Dialogu Społecznego. W okresie stanu zagrożenia epidemicznego oraz stanu epidemii będzie mógł odwołać dowolnego członka Rady, czy to reprezentującego stronę rządową, czy to przedstawiciela biznesu, czy związków zawodowych. O wykluczenie dowolnej osoby będą mogły zawnioskować reprezentowane w radzie organizacje, ale premier będzie też mógł działać bez niczyjego wniosku.

Związki i biznes: to skandal

Organizacje pracodawców i związki zawodowe są zgodne: to skandal. Zwłaszcza w kontekście powodów, na jakie będzie mógł się powołać premier, decydując o wyeliminowaniu członka Rady. Wskazano dwa: złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego oraz „sprzeniewierzanie się działaniom Rady” i doprowadzenie do „braku możliwości prowadzenia przejrzystego, merytorycznego i regularnego dialogu”.

– Władza PiS, w obliczu pandemii koronawirusa, postanowiła jeszcze bardziej zewrzeć swoje szeregi – nie ma wątpliwości Piotr Ostrowski z OPZZ. W końcu tzw. tarcza antykryzysowa rządu Morawieckiego była krytykowana zarówno przez organizacje pracownicze, jak i przez przedsiębiorców. Nietrudno sobie teraz wyobrazić sytuację, w której bardziej konsekwentni i mniej ulegli wobec rządowej propagandy przedstawiciele strony społecznej będą wypraszani za drzwi, oskarżani o uniemożliwianie „dialogu”.

Rząd zaś będzie kontynuował swoje „negocjacje” np. tylko z przedstawicielami bardziej spolegliwych organizacji biznesowych i z „Solidarnością”, która swoją lojalność wobec PiS udowadnia na każdym kroku.

Rząd Pasikoników

Rząd PiS sprywatyzował walkę z zarazą koronowirusa. Przerzucił jej koszty na obywateli. Ci karnie i nad wyraz zgodnie samo uwięzili się w domowych kwarantannach. I tym radykalnie zahamowali roznoszenie się wirusa w Polsce. Raz jeszcze uznali, że jeśli chcesz w IY RP liczyć na kogoś w czasie kryzysu, to najpewniej licz na siebie.
Rząd PiS przerzucił walkę z zarazą na barki obywateli, bo przez pięć lat swych rządów elity PiS roztrwoniły korzyści płynące w czasach prosperity. W których miał szczęście sobie porządzić.
Przez pięć lat dobrej, światowej koniunktury gospodarczej elity PiS zachowywały się jak Pasikonik z bajki Ezopa. Zamiast robić zapasy na zimę, na czasy trudne, czas rządzenia zużywały na ciągłe kreowaniu nowych konfliktów i przeciwników.
Zamiast reformować, unowocześniać polskie państwo elity PiS inicjowały konflikty społeczne i wojny domowe.
Walczyły z „postkomuną” odbierając należne świadczenia emerytalne służbom mundurowy.
Walczyły z „kastą sędziowską” dezorganizując i upolityczniając system władzy sadowniczej.
Walczyły z protestującymi lekarzami odkładając na przyszłość reformy biedniejącej służby zdrowia.
Walczyły z wykreowaną, wrogą „Brukselą” plasując nasz kraj na marginesie Unii Europejskiej. W efekcie rząd PiS nie przystąpił do unijnych przetargów na sprzęt medyczny, bo „nie zdążył”.
Teraz elity PiS prześcigają się w podzięce za dary od komunistów chińskich. Teraz komunistycznymi maseczkami nie brzydzą się tak żarliwi antykomuniści jak pan premier Morawiecki czy minister Dworczyk.
Elity PiS wytrwale walczyły ze strajkującymi nauczycielami. Zamiast unowocześniać system oświaty, najpierw rozwalały gimnazja, potem zmieniały podstawy programowe aby wychowywać narodowo- katolickich ciemniaków. Zapominały unowocześniać szkolnictwa, wprowadzać cyfrowe metody zdalnego nauczania.
Szczuły z wielką satysfakcją na strajkujących nauczycieli resztę społeczeństwa. Plugawiły ich w swojej TVP SA i Polskim Radiu.
Już w trakcie pojawienia się zagrożenia zarazą zasiliły TVP SA dodatkową dziesięciomiliardową dotacją wypłacaną tej medialnej szczujni przez najbliższe pięć lat.
Walczyły z samorządami odbierając im uprawnienia i środki finansowe. Zwalały na samorządy dodatkowe zadania
Elity PiS sprawnie uprawiały godnościową propagandę. Wmawiały wyborcom, że dokonują wielkiego dzieła wzmocnienia państwa polskiego. Polonizacji i repolonizacji kolejnych sektorów gospodarki i życia społecznego.
W rzeczywiści grupy cwaniaków przewalały miliardy złotych z budżetu państwa pod pretekstem walki z „antypolonizmem”. Kupowano felerne jachty, malowano patriotycznie samoloty, wykupywano mega kosztowne ogłoszenia w zagranicznych mediach.
Ale kiedy nadszedł czas próby dla infrastruktury państwa polskiego to okazało się jak bardzo jest ono słabe.
Cóż z tego, że pan minister oświaty Dariusz Piontkowski zarządził zdalną naukę dla pozostających w domach dzieci, skoro państwo polskie nie ma niezbędnych do tego, sprawnych serwerów. I musi korzystać z pomocy prywatnych instytucji.
Ale przez ostatnie pięć lat priorytetem elit PiS były budowy muzeów. Zwłaszcza „żołnierzy wyklętych”.
Nie ma też w państwie polskim kompleksowych systemów bezpieczeństwa, procedur, planów awaryjnych. Nawet Sejm RP nie wprowadził na czas systemu pracy zdalnej.
Za to nagrody za znakomite efekty pracy Kancelarii Sejmu zostały prominentom PiS wypłacone już w styczniu. I nie tylko im.
Widać im „należało się”.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/