Gorąca jesień

Wakacje PE dobiegają końca, pora wracać do pracy. Najważniejszym zadaniem będzie przyjęcie ram finansowych na lata 2021-2027. Za sprawą koronawirusa planowany budżet UE musi zmierzyć się ze stratami, które Unia już poniosła, a jednocześnie sprostać wyzwaniom, które pandemia wyzwoliła. Z tych powodów będzie to największy budżet Unii Europejskiej w historii, wynoszący 1,82 biliona euro, a jego częścią będzie wynoszący 750 mld. euro tzw. Fundusz Odbudowy przeznaczony bezpośrednio na likwidowanie skutków pandemii.

Jak być może Państwo pamiętają, projekt budżetu i sposób jego podziału został przyjęty na nadzwyczajnym, lipcowym szczycie Rady Europejskiej. Po 90 godzinach obrad szefowie państw UE osiągnęli porozumienie. Premier Morawiecki ogłosił wówczas, że „porozumienie daje Polsce ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących dla naszego kraju”. Zapewnił też, że w porozumieniu nie ma zapisu o warunkowym powiązaniu pieniędzy z budżetu Unii i Funduszu Odbudowy z praworządnością.
Jak już wiemy w obu przypadkach pan premier oszczędnie gospodarował prawdą. Przede wszystkim nic nie jest jeszcze postanowione, gdyż budżet musi być zatwierdzony przez Parlament Europejski, a ten od początku jasno przedstawiał swoje priorytety. Przewodniczący PE, David Sassoli, powiedział szefom państw i rządów UE, że Parlament jest gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie zapewni ono Unii środków do pokonania wyzwań, które przed Unią stanęły.
Chodzi przede wszystkim o Zielny Ład, czyli o to, by Europa do roku 2050 była pierwszym, neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla kontynentem, co wymaga olbrzymich środków, by pomóc państwom członkowskim w tej transformacji. Europa musi także inwestować w badania i postęp naukowo-techniczny, żeby nie musiała polegać na importowaniu nowych technologii oraz w sferę społeczną.
Rada Europejska z niewiadomych powodów nie potraktowała tego ostrzeżenia z należytą uwagą. Na przykład szalenie istotny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, mający łagodzić negatywne skutki transformacji energetycznej, został zmniejszony o 20 mld euro – z łącznych 37,5 mld do 17,5 mld euro! To jednak nie koniec. W tych dniach pojawiało się na przykład oświadczenie Krajowych Konferencji Rektorów europejskich uniwersytetów i wyższych uczelni, dość drastycznie obnażające rozdźwięk między zapowiedziami, a planowanymi konkretami. Okazuje się, że wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom, w budżecie na najbliższe siedem lat fundusze na szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowacje nie zostały nawet utrzymane na dotychczasowym poziomie, ale wręcz zmniejszone! Program Horizon Europe (badania i rozwój) z 13,5 mld. do 5 mld. euro; program EU4Health (cyfryzacja europejskiego systemu ochrony zdrowia) z 9,4 mld do 1,6 mld euro. Zwłaszcza ta oszczędność jest charakterystyczna – stawia bowiem pod znakiem zapytania gotowość państw członkowskich do budowania zintegrowanego systemu ochrony zdrowia w sytuacji, gdy wraz z wybuchem pandemii Unia była zajadle krytykowana za brak należytej i szybkiej reakcji obronnej. Wynikało to właśnie z braku uprawnień i narzędzi, którymi dysponowały instytucje unijne. Tymczasem mimo, że ta słabość została brutalnie obnażona w praktyce, będzie nadal podtrzymywana! Nawet w obliczu takiego kryzysu, jak Covid-19, który jednoznacznie wskazuje na znaczenie wspólnych działań, badań i procedur w dziedzinie zdrowia publicznego…
Podobna obserwacja dotyczy programu Erasmus+. Rektorzy zwracają uwagą, że zmniejszenie go o planowane 15 proc. ograniczy młodzieży możliwości nauki i doświadczania europejskich wartości i europejskiej różnorodności. Krajowe Konferencje Rektorów apelują więc do PE, współustawodawcy wszystkich programów europejskich, o pomoc i obronę odpowiadającego realnym potrzebom poziomu finansowania rozwoju nauki, badań i innowacyjności. Jest oczywiste, że PE, który uznał te dziedziny za priorytetowe dla przyszłości Unii nie pozostanie wobec apelu europejskich rektorów obojętny.
Swoje stanowisko wyraził zresztą zdecydowanie i jednoznacznie w specjalnej rezolucji. Zapowiedział, że zawetuje cały projekt, jeżeli Rada Europejska nie potraktuje poważnie jego zastrzeżeń. Pozostał w tej kwestii nieugięty mimo, że zarówno szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen jak i przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, zapewniając, że zdają sobie sprawę, iż „trudne i bolesne decyzje dotyczące wielu programów” nie spodobają się eurodeputowanym, to jednak prosili o zrozumienie w obliczu ścierających się interesów.
Odpowiedź była jednoznaczna: PE nie zaakceptuje złego porozumienia. Jest gotowy do konstruktywnego dialogu, ale ram finansowych na lata 2021-2027 w kształcie przedstawionym przez RE nie przyjmie.
W tym całym galimatiasie jedno wydaje się przesądzone: mimo zapewnień premiera rządu PiS, kwestia praworządności, określana w skrócie: pieniądze za praworządność, została przesądzona. Potwierdziła to zarówno pani von der Leyen, jak i Charles Michel.
Jak pamiętamy premier Morawiecki zapewniał, że ostateczna decyzja w tych sprawach będzie należała do Rady Europejskiej, gdzie wymagana jest jednomyślność. Pomylił jednak Radę Europejską z Radą Unii Europejskiej, gdzie w rzeczywistości będą takie decyzje zapadały – większością głosów. Potwierdził to Charles Michel: „Po raz pierwszy w historii nasz budżet będzie bezpośrednio powiązany z praworządnością. Wierzę głęboko, że Europa jest w stanie działać”. Szef Rady Europejskiej dodał, że głowy państw członkowskich będą jeszcze dyskutować na ten temat, ale sam kształt mechanizmu nie zakłada jej udziału w procedurze zawieszania środków za naruszanie zasady praworządności. Zaznaczył też, że cieszy się, że przedstawia Parlamentowi „związek, warunkowość pomiędzy kwestiami finansowymi a kwestiami praworządności”.
W sprawie podziału środków budżetowych rząd PiS wakacyjnie milczy. Powraca natomiast kwestia praworządności. Pojawiają się głosy, że gdyby rzeczywiście do tego doszło (już nie mówi się, że na pewno nie dojdzie), to byłoby to „naruszenie polskiej suwerenności”. Jest to teza czysto propagandowa, bo poważne naruszenia praworządności miały i mają miejsce w Polsce, co potwierdziły nie tylko liczne opinie prawników, ale także wyroki TSUE. Z góry także obarcza się „odpowiedzialnością” ze ewentualne utrudnienia w przepływie środków unijnych opozycję, która „donosi na swój kraj za granicą”. To przygotowanie propagandowe zdaje się potwierdzać, że rząd wie, że przyjdzie mu zetrzeć się ze stanowczym unijnym żądaniem przestrzegania standardów obowiązujących wszystkich członków UE.
Na razie – ze względu na dyskryminację osób nieheteronormatywnych dofinansowanie wstrzymano sześciu miastom, które ogłosiły się strefą „wolną od LGBT”. „Straty” tym miastom „wyrównuje” minister Ziobro, przekonując przy okazji, że rząd nie pozwoli na „dyskryminację Polski” ze względu na nasze prawa, standardy i wartości.
Gdyby jednak rząd chciał w ten sposób wyrównywać także przyszłe „straty”, to może mieć kłopot, a my razem z nim, niestety. Przypomnę, że premier Morawiecki pochwalił się, że osiągnął porozumienie, które daje Polsce „ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących”. Obawiam się, że nasz budżet, który wyraźnie popada w kłopoty, mógłby nie wytrzymać wyrównywania „Polkom i Polakom” takich strat. Choćby nawet maszyny Wytwórni Papierów Wartościowych pracowały non stop.
Jakby więc proszę państwa nie patrzeć, już z pobieżnego tylko przeglądu problemów, wynika, że jesień w Europie i w Polsce będziemy mieli gorącą.

Cacanki i gen odchudzania

„Przed nami ponad trzy lata na współpracę. Współpracę między rządzącymi i opozycją. Dlatego zaprosiłem również przedstawicieli wszystkich obecnych w parlamencie partii opozycyjnych do dyskusji na temat Białorusi. Bo to dzisiejsze ognisko zapalne. Tu musimy działać wspólnie – powiedział pan premier Morawiecki podczas swego pobytu w Gdyni.
To piękna idea, można by teraz westchnąć i przyklasnąć panu premierowi. Nawet kiedy jednym z podstawowych celów tego spotkania jest podzielenie się z opozycją odpowiedzialnością za dotychczasowe błędy rządowej polityki wschodniej.
Niestety ten rząd i ten premier niewiele może Białorusinom pomóc. Niewiele też nowego ma im realnie do zaproponowania. Ale znając pana premiera z wcześniejszych krętactw, kłamstw i gejzerów obietnic, to po środowym spotkaniu zapewne usłyszymy liczne obiecanki składane białoruskiej opozycji. Gdybym był białoruskim opozycjonistom nie przywiązywałbym się jednak do nich. Zwłaszcza, że już w przyszłym miesiącu uwaga polskiej opinii publicznej skupi się na zupełnie innym problemie.
Nawet co piąty pracownik administracji państwowy może wkrótce stracić pracę. Dla pozostałych zatrudnionych w sektorze publicznym rząd rozważa możliwość zamrożenie podwyżek płac oraz zmniejszenie wysokości odpraw. Plan redukcji administracji oraz cięcia jej kosztów pan premier Morawiecki ma przedstawić we wrześniu, razem z planem rekonstrukcji rządu. Cięcia kadrowe mają dotyczyć administracji rządowej, organów kontroli państwowej, ochrony prawa, państwowych funduszy celowych, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, i wielu innych instytucji budżetowych.
Zwolnieni będą przede wszystkim pracownicy ze stażem sięgającym Polski Ludowej i okresów niekarzyńskich rządów w czasie III RP. Już teraz związane z PiS media przygotowują wyborców PiS na te cięcia, określając falę zwolnień „dokończeniem wielkiego dzieła dekomunizacji Polski”.
I tu o żadnej „współpracy” z opozycją mowy nie ma.
Sam pan premier już w kwietniu tego roku apelował do swych podwładnych o uruchomienie „genu odchudzania”. Jego rządowi i partyjni koledzy posłuchali go i bogacili się ostatnio jak tylko mogli.
Aby łatwiej było im się odchudzać?

Bigos tygodniowy

Ponad miesiąc temu odbyły się wybory prezydenckie, jednak ich skutki trwają. I nie chodzi tylko o to, że wygrał je Duda, a raczej o to co spowodował swoją nienawistną kampanią przeciwko ’’ideologii’’ LGBT. W minionych tygodniach miały miejsce ataki na osoby wyglądające inaczej. Najpierw w okolicach Poznania została zaatakowana dziewczyna o różowych włosach, następnie w Poznaniu został pobity chłopak z kolczykiem w nosie, a ostatnio na warszawskiej Pradze został pobity przez dwóch osiłków aktywista LGBT –Linus. Z kolei w Gdańsku w autobusie miejskim nr 148 została zaatakowana dziewczyna. Jej przewiną było tylko to, że z plecaka, który miała przy sobie, wystawały dwie papierowe chorągiewki w kolorach tęczy. Nie tylko została znieważona, ale także grożono jej np. wybiciem zębów. Czy to przypadek? Nie sądzę, moim zdaniem to efekt odczłowieczenia LGBT, stworzenie przekonania, że to ludzie groźni, wrogowie społeczeństwa, wyjęci spod prawa banici. Zatem każdy może ich bezkarnie pobić, znieważyć, zastraszyć… Brawo Dudo, to także twoja zasługa. Wstyd.


W minionym tygodniu zebrał się Senat, przedmiotem obrad były sute podwyżki uposażeń, jakie przyznali m.in. sobie i innym posłowie PiS, Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej. Od początku było wiadomo, że część senatorów opozycji ustawy w tym kształcie nie poprze. Wynik głosowania nie pozostawił żadnych wątpliwości, Senat odrzucił ustawę, uznając że mamy zły czas na dawanie wybrańcom narodu podwyżek. Konsekwencją głosowania jest – co ogłosił Ryszard Terlecki tuż po głosowaniu senatorów – zakończenie prac nad ustawą. Niestety, niesmak pozostał, przedstawiciele opozycji bezrefleksyjnie poparli rozwiązania ustawy, a późniejsze próby ratowania twarzy należy ocenić jako nieporadne. Tak na marginesie, Bigos tygodniowy jest zdania, że rzeczywiście wynagrodzenia np: posłów i senatorów, ministrów i wiceministrów powinny być wyższe, ale czy aż tak wysokie jak w proponowanych przepisach i czy powinny być wprowadzone w okresie kryzysowym, bez żadnej debaty?


W kancelarii Dudy podwyżki i to w dobie kryzysu niemałe, bo 6 proc. . Minister Dera z kancelarii dudowej, w jednej z komercyjnych stacji TV stwierdził, że podwyżki współpracownikom Dudy się należą, bo tak stanowi ustawa budżetowa. Czyli można, okazuje się, że jak się chce to można. Tylko skąd ten pośpiech, po wtopie z wynagrodzeniami m.in. prezydenta, żony prezydenta, posłów i senatorów? Wróble na mieście ćwierkają, że wczesną jesienią będzie nowelizacja tej właśnie ustawy budżetowej i może to jest właśnie przyczyna tego pośpiechu. Po nowelizacji ustawy może się okazać, że podwyżek dudowych nie można byłoby wypłacić.


W miniony wtorek do dymisji podał się Łukasz Szumowski. Dziękował wszystkim i długo, jakby Oskara dostał. Dziennikarzy obecnych na konferencji chyba całkowicie tym zgłuszył, bo publika w tym Bigos tygodniowy niczego się nie dowiedziała o faktycznych przyczynach dymisji, a jedynie tyle, że ten milusiński kawaler maltański nadal pragnie służyć Ojczyźnie, a tak w ogóle to jest zadowolony ze swoich dokonań. Ciekawe co na to pacjenci, nie mogący się dostać do lekarza i załatwiani teleporadą? Ciekawe co na to pacjenci poradni specjalistycznych, którzy się właśnie dowiedzieli, że albo ich wyczekiwana, czasem latami, wizyta nie dojdzie do skutku albo poradnia specjalistyczna tak w ogóle się zwija? Czy podzielają ten radosny szczebiot ex-ministra? Nie wspomnę obszernie o innych sprawach, równie bolesnych dla systemu ochrony zdrowia i pacjentów, mianowicie zakupionych/niezakupionych maseczkach, testach i respiratorach, pieniądzach przelanych na konta firmy A&K, bo tym zajmują się z sukcesem posłowie Michał Szczerba i Dariusz Joński i podobno ziobrowa prokuratura, CBA i banasiowy NIK. Jedyna dobra informacja, jest taka że ex minister zadeklarował, że wraca do wykonywania zawodu lekarza kardiologa (bardzo, ale to bardzo pożądana specjalizacja).


Ziobro wspiera homofobiczne gminy czyli te, które podjęły uchwały o strefach wolnych od LGBT. Zaczął z ministerialnego Funduszu Sprawiedliwości przekazywać pieniądze, tym które utraciły szanse na fundusze europejskie przyznawane w ramach programu „Partnerstwo Miast”. Pierwszym miastem obdarzonym kasą w kwocie 250.000 złotych za ustanowienie strefy wolnej od LGBT jest Tuchów w Małopolsce. Państwo PiS finansuje homofobię.


Właśnie Eurostat podał poziom inflacji w krajach europejskich, jesteśmy na czele tabeli z 3,7 proc. . Prawie na czele, bo wyprzedzają nas Węgry z 3,9 proc. , pozostali daleko w tyle np: Francja 0,9 proc. . Inaczej nasze pieniądze płoną, spada ich siła nabywcza, przy planowanych zwolnieniach, zamrożeniu wynagrodzeń oznacza to biedę znaczącej części społeczeństwa. Najbardziej wzrosły ceny utrzymania mieszkania, wywozu śmieci i żywności. Czekam na komentarz Mateo albo ministra finansów, pewnie coś fajnego nam powiedzą.


Na Białorusi protesty, obywatele nadal wychodzą na ulicę, na razie przy werbalnym wsparciu Unii Europejskiej.


Wyznaczenie na ministra spraw zagranicznych fanatycznego obskuranta, radykalnego reakcjonisty Zbigniewa Rau, który wypisywał publicznie nienawistne brednie o LGBT, o „cywilizacji śmierci”, o „ekologii jako kanibaliźmie”, to typowy pisowski, ostentacyjny gest wrogości wobec Unii Europejskiej i wartości europejskich, pokazanie Europie gestu wała z okrzykiem: „Nie mamy waszego płaszcza i co nam zrobicie?”

Bigos tygodniowy

„Strefy wolne od LGBT” stały się strefami wolnymi od funduszy unijnych, przynajmniej dla sześciu miast, które to zadeklarowały, a wystąpiły o te fundusze. Unijna komisarz do spraw równości Helena Dalli przypomniała, że ten kto nie respektuje podstawowych wartości i praw Unii Europejskiej nie ma prawa do funduszy. Z kolei francuski minister do spraw europejskich Clement Beaune ostrzegł, że jeśli władza PiS wypowie konwencję stambulską, to Polskę powinny spotkać sankcje finansowe. Tak trzymać i nie popuszczać!


Propaganda reżymu rozpętała medialną histerię na cztery fajerki i rozdziera szaty, bo ktoś w nocy pozawieszał tęczowe flagi i chusty, ponaklejał kartki z manifestem („To miasto jest dla nas wszystkich”) na kilku warszawskich pomnikach, w tym na posągu Chrystusa, pomniku Kopernika, pomniku warszawskiej Syrenki, pomniku Witosa, pomniku Kilińskiego. Nazywają to profanacją i Bóg wie czym jeszcze, policja oczywiście intensywnie szuka sprawców. Ta sama policja, która jest tak pobłażliwa wobec osób nie noszących masek w przestrzeniach zamkniętych takich jak n.p. sklepy czy środkach komunikacji publicznej i stanowiących zagrożenie dla współobywateli z grup ryzyka. Tymczasem zawieszenie tęczowej tkaniny na jakimś obiekcie, choćby najbardziej szacownym i otoczonym czcią to najłagodniejsza, najdelikatniejsza i najmniej inwazyjna z form demonstracji. Czy figura Chrystusa, czy inne pomniki zostały w jakikolwiek sposób uszkodzone? Czy naklejenie przez n/n sprawców kartki papieru z manifestem naruszyło ich integralność? Nie wiem, nie byłem na miejscu tych aktów „wandalizmu”, ale mając na względzie mój wiek i doświadczenie życiowe śmiem przypuszczać, że nie. Usunięcie skutków tych aktów „wandalizmu” polegało, jak się zdaje na zdjęciu flag, chust i odklejeniu kartek papieru. I tyle… O, przepraszam i na zabezpieczeniu tych przedmiotów przez organy ścigania na potrzeby prowadzonego śledztwa. Do czego doszliśmy, skoro coś takiego z całą powagą jest obwoływane „przestępstwem”, a sprawcy/sprawczynie tych czynów z całą surowością ścigani przez wyspecjalizowane w ściganiu służby? Bigos rozumie, że następnie zaangażowane zostaną sądy, które również z całą surowością prawa mogą ukarać przestępców/przestępczynie, wszak okoliczności łagodzących brak. W jakim kraju my żyjemy? Czy ja śnię koszmar? Czy to jawa, czy sen? A tak na marginesie, czy Jezus Chrystus kocha swoich braci i siostry LGBT+? I czy tęcza nie jest znakiem przymierza Boga z ludźmi? Tak tylko pytam…


„Na balkonie w siedzibie biura partii – na trasie przemarszu nacjonalistów w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego – wywiesili trzy transparenty: „Powstań przeciwko faszyzmowi”, „feminizm, nie faszyzm” oraz transparent z powstańczą kotwicą” – napisał Onet. Z powodu tych napisów policja usiłowała wejść do lokalu parlamentarnej partii Lewica Razem, a nie weszła tylko dzięki interwencji posłanki Lewicy Pauliny Matysiak. A gdyby posłanka nie mogła pojawić się na czas? Policja próbowała wejść do lokalu legalnego ugrupowania parlamentarnego, które ma swojego wicemarszałka w prezydium Sejmu. Nie chcę się wdawać w szczegóły. To się nie miało prawa wydarzyć, a zdarzyło się wskutek działania faszyzującego kierownictwa MSW. Bo jak rozumiem, mocodawców policyjnej interwencji, uraziła antyfaszystowska wymowa haseł. Kogo rażą antyfaszystowskie hasła? No chyba tylko faszystów. To, że policja nie wystąpiła w obronie działaczy Lewicy Razem, gdy nie dyscyplinowała faszoli, gdy podczas przemarszu pod siedzibą partii wykrzykiwali groźby karalne i rzucali w nich butelkami, nie jest już zaskakujące.


Już wiemy co rząd Mateo, a właściwie sam Mateo postanowił w sprawie konwencji stambulskiej (tzw. antyprzemocowej), którą Polska miała zgodnie z życzeniem Ministra Sprawiedliwości natychmiast, od razu, już, wypowiedzieć. Taki radykalny pomysł, z różnych powodów, głównie europejskich mógłby być groźny dla wizerunku i kruchych finansów państwa, zatem Mateo i jego kumple (ale ci prawdziwi, nie Zbyszek Z. i jego przyjaciele) wymyślili, rozwiązanie proste, acz przewidywalne, konwencja „idzie” do Trybunału Konstytucyjnego. A ten Trybunał pod wodzą odkrycia towarzyskiego Prezesa Jarka, nieocenionej Prezeski Julii, po 5 latach od jej ratyfikowania i 5 latach rządów PiS sprawdzi czy jest zgodna z Konstytucją. Tak, tak, Trybunał Konstytucyjny po 5 latach od dnia wejścia konwencji stambulskiej do polskiego porządku prawnego będzie sprawdzał jej konstytucyjność. I ciekawe jest bardzo, jak długo poczekamy na wyznaczenie terminu rozprawy, a potem na wydanie orzeczenia? Nie ulega wątpliwości, że Trybunał Konstytucyjny będzie się nad konwencją z troską pochylać, ale czy będzie to trwało 3 lata (byle do kolejnych wyborów) czy jeszcze dłużej, tego nie wie nikt. Sumując powyższe podejrzewam, że Mateo posłał wniosek o zbadanie konwencji do Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej Julii, aby go uziemnić w rupieciarni ad calendas graecas. W końcu Mateo musi jeździć do Europy i z takiego świecenia oczami przed liderami europejskimi, jakie byłoby nieuchronne, mimo kilkuletniej już wprawy, nawet on nie wyszedłby obronną ręką.


Według szablonowej sztancy przekazu pisowskiego Jakubowska Aleksandra (tak, tak, ta sama millerowska „lwica lewicy”) oburza się na łamach w potylice.pl, gdzie służy porucznikom Karnowskim, na odrzucenie wniosków finansowych gmin, które uchwaliły „strefy wolne od LGBT”. I ostrzega, że tym samym może skończyć się uzależnienie przyznawania funduszy unijnych od przestrzegania praworządności przez pisowską władzę. A ja dziwię się, że ta pani choć przez jeden dzień mogła przynależeć do formacji lewicowej.


Tematem ubiegłego tygodnia, a jak się zdaje i bieżącego był i jest COVID -19.Po zapowiedziach, informacjach o tym, że koronawirus słabnie i nie należy się go bać, w przekazie polityków PiS nie ma śladu. Niestety, część naszych rodaków i to znaczna uwierzyła w te hurraoptymistyczne wieści głoszone zwłaszcza przez Mateo, i nie przyjmuje do wiadomości, że były to jedynie pobożne życzenia głoszone na potrzeby kampanii Dudy, że miały zachęcić wyborców PiS do tłumnego pójścia do urn. I teraz będzie trudno wytłumaczyć tymże rodakom, że jednak należy, a właściwie trzeba nakładać na twarze albo maski albo przyłbice w sklepach, środkach komunikacji publicznej, bo koronawirus jest z nami i rozpoczął hiperpolowanie na nasze płuca. Ciekawe czy Mateo stanie przed rodakami i np. w TVPPiS powie, że w czerwcu i na początku lipca w sprawie koronawirusa żartował?


W dniu 3 sierpnia 2020 r. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN stwierdziła ważność wyboru Andrzeja Sebastiana Dudy na prezydenta, dokonanego 12 lipca 2020 r. Boże, chroń Polskę.

Unia Europejska z podbitym okiem

Zakończony w Brukseli szczyt zaczynał się w fasadowych uśmiechach, z humorem na temat covidowych ograniczeń, raźno i z pięknymi słowami przemówień o solidarności. Po wszystkim ogłoszono cienkim głosem „zwycięstwo” idei europejskiej, ale Unia wychodzi z tego jak kura na torach, nad którą przejechał pociąg, rozczochrana, szczerbata i z podbitym okiem. Jej stan psychiczny to „wewnętrzne podziały”, czyli schizofrenia. Co więc zostało „wygrane”?

Jeszcze raz przywódcy europejscy złożyli podpis na tej samej kartce, tzn. Unia, której niektórzy przewidują krótki żywot, jakoś ożyła, nawet „zmartwychwstała”, jak piszą niektórzy europejscy komentatorzy. Nie nastąpił wielki wybuch polityczny, który by ją finalnie pogrzebał, choć, przyznają, było blisko. Zwycięstwo polega tu na kolejnym uczuciu ulgi, że się ciągle żyje. Cóż, unijna reakcja na kontynentalny kryzys sanitarny była tak nierychliwa, nieporozumienie i wzajemne pretensje tak biły po oczach, że można było spodziewać się wszystkiego. Tymczasem w końcu znalazły się jakieś pieniądze.
Polska nie miała za wiele do powiedzenia w unijnym kółku, bo główna gra szła o strefę euro. Od pamiętnego kryzysu w 2008 r., panuje tej strefie niewypowiedziane rozdarcie między krajami północy a państwami południa. Szczyt zakończył się „zwycięstwem” tylko dlatego, że Niemcy nie wykazali zwyczajowej solidarności z Północą, a nawet wprost przeciwnie, sami przyklepali pierwotny plan solidarnościowy, w obliczu euro-nieszczęścia, choć Północ z góry go odrzucała. Był on skromny, nawet mocno skromny, jeśli porównać do podobnych planów finansowych w Chinach, czy USA, ale jednak.
Co z tego, skoro to rozdarcie tylko się pogłębiło? Po zapaści kapitalizmu w 2008 r., prasa brytyjska, a za nią kontynentalna zaczęła nazywać mianem PIGS (świnie) grupę południowych krajów, które kryzys pociągnął w dół. Nazwa ta stała się nawet półoficjalna, choć była gorsza od „Club Med”, tj. „krajów wakacyjnych”. Taka Hiszpania ściśle wypełniała kryteria z Maastricht do 2010 r., w przeciwieństwie do niektórych z Północy, ale i tak wielu wakacjuszom z tamtych stron wydawała się krajem nic nie robienia, jeśli nie brać pod uwagę kelnerów. „Farniente” jak we Włoszech, które mają nadwyżkę budżetową od 20 lat? Barowe stereotypy przekładają się jednak na pieniądze.
Aroganckie komentarze wygłaszane w Brukseli przez Marka Rutte, premiera Holandii, który przewodniczył „koalicji północnej”, jak „Oto linia podziału między tymi, którzy chcą pomocy i tymi, którzy za nią płacą”, były kopiami tytułów z duńskiej i holenderskiej prasy brukowej. Rutte wolał przypisywać sobie „cnotę ekonomiczną”, zamiast solidarności, i „wygrał”. Holandia, podobnie jak inne kraje, które odrzucały projekt, nie tylko nie będzie spłacać ze wszystkimi pożyczki na „bezzwrotną” pomoc 390 miliardów euro dla krajów Unii (poprzez obniżenie jej składki budżetowej), ale i będzie miała prawo wglądu do finansowych planów narodowych i praworządności, czyli może, wraz z innymi lub sama, w każdym momencie opóźnić lub nawet zawiesić wypłaty.
Tak się składa, że Holandia, jak i inne kraje Północy, stosuje stopy podatkowe dla zagranicznych spółek, które czynią z niej raj podatkowy, skutecznie wysysający olbrzymie pieniądze z Włoch, z Polski, i innych krajów Unii. Tę masową kradzież w biały dzień organizuje legalnie, bo to jeden z istotnych elementów oficjalnego, unijnego neoliberalizmu. Nie jest też zbyt cnotliwa wewnątrz: choć jej dług publiczny jest w normie, dług prywatny bije światowe rekordy – 220 proc. holenderskiego PKB! Ale to dla złagodzenia naburmuszenia Holendrów czy Austriaków, Unia jednym ruchem długopisu wykreśliła programy na rzecz ochrony zdrowia, naukowe i co tam jeszcze było po drodze, nawet polityka rolna dostała po palcach. Plan ocalał, zmniejszony i drogo opłacony, lecz podział w strefie euro, który ją nieustannie minuje, pozostał. Po pełnych satysfakcji słowach o „uldze” i „zmartwychwstaniu” zaczną się schody, bo plan jest zdecydowanie za mały, by poradzić na nadchodzący kryzys.

Morawiecki kupuje ONR

Nos Prezesa Rady Ministrów znowu się wydłużył. Tym razem od mówienia o Funduszu Patriotycznym.

Ministerstwo Obrony Narodowej ma do dyspozycji budżet stanowiący 2 proc. polskiego PKB. To dziesiątki miliardów złotych są. MON część z tych pieniędzy wydaje na kształtowanie patriotyczne młodzieży. Ogłaszane każdego roku programy rozdysponowują grube miliony złotych pomiędzy grupy rekonstrukcyjne i stowarzyszenia patriotyczne.
Miliardy złotych na badania naukowe wydaje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Szmalec ten wędruje na uczelnie, gdzie pracują młodzi naukowcy zajmujący się szukaniem i opisywaniem śladów polskości. Duża część tortu badawczego trafia jednak do młodych historyków w postaci grantów na konkretne badania nad umacniającymi ducha patriotyzmu w narodzie, faktami z przeszłości.
Niemające kasy dla nauczycieli Ministerstwo Edukacji Narodowej, ma za to miliony złotych na dziesiątki programów dla instytucji i organizacji, które kształtują w Polakach małych dumę z bycia Polakiem.
Resort o nazwie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, oprócz patriotyzmu wpisanego w nazwę, ma wynoszący 5,25 mld zł. budżet. Z niego dotuje setki programów. Takich, które dają szmalec zarówno izbom pamięci, muzeom, czasopismom, wydawnictwom, jak i rekonstruktorom historycznym oraz innym krzewicielom potęgi naszej historii.
Gdyby dobrze poskrobać w kasie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, to i tam, bez problemu można dopatrzeć się milionowych transferów dla organizacji krzewiących ducha polskości. Nawet Ministerstwo Spraw Zagranicznych też ma kilka worków z kasą dla propagatorów naszej wielkiej przeszłości i to tych głównie krajowych.
Oczywiście najbardziej historycznie i patriotycznie zorientowaną instytucją jest Instytut Pamięci Narodowej. To w nim publikuje się najwięcej książek gloryfikujących naszą historię. To w nim setki młodych naukowców drążą tematy związane z polskością. To z programów IPN płyną w Polskę miliony złotych na propagowanie najwłaściwszych postaw narodowych i jedynie prawdziwej wiedzy na ten temat. Budżet IPN to w tym roku 423 mln zł. Prawie dwa razy tyle, co przed objęciem przez PiS władzy.
Gdyby pokusić się o zsumowanie tego i policzenie ile państwo wydaje na patriotyzm, to wyszłoby, że roczne transfery dla podmiotów go krzewiących można śmiało liczyć w miliardach zł.
Efektem tego rozdawnictwa było wyniesienie na ołtarze Żołnierzy Wyklętych. Było też oglądanie w dziesiątkach polski miast rekonstrukcji martyrologii podziemia po 1945 roku. Były uroczyste capstrzyki, akademie i spędy ku czci „Inki”, „Łupaszki”, „Burego”, czy „Ognia”. Miliardy złotych posłane przez PiS ku czczeniu wizji polskiej historii tak, jak ją widzi władza, miały służyć temu, że w oczach patriotycznie wychowywanej młodzi, to właśnie Zjednoczona Prawica winna być postrzegana jako kontynuator najchlubniejszych kart naszej historii.
Coś chyba nie wyszło. Młodzi ludzie wyedukowali się patriotycznie tak, że poszli w wyborach dalej. W większości zagłosowali na narodowca Bosaka. Ponieważ jednak ich głosy są władzy niezbędnie konieczne do reelekcji Dudy, to w PiS zaczęto kombinować co z tym fantem począć.
Wymyślono coś najgłupszego. Coś, co Mateusz Morawiecki sprzedał na jednym z wieców wyborczych. „W najbliższym czasie powołamy fundusz patriotyczny, który będzie służył budowaniu postaw patriotycznych, który będzie wspierał pasjonatów historii, pasjonatów, którzy biorą udział w grupach rekonstrukcyjnych” – powiedział premier.
Gdyby te słowa brać poważnie, to mogłoby się wydawać, że do wydawanych dziś na patriotyzm miliardów, przyjdzie nam, podatnikom, dorzucić kolejne setki milionów. Nie ma się jednak co lękać. Aż tak głupi, rządzący Polską, akurat nie są. Liczą natomiast, że debilami są narodowcy. I jak usłyszą, że – mieniące się wszak patriotycznymi, organizacje spod znaku zielonych sztandarów , mieczów Chrobrego, krzyży celtyckich i innych oznak miłości do ojczyzny – będą mogły liczyć za swój młodzieńczy żar na pieniądze, to błyskiem się ogarną i zagłosują na Dudę.
ONR, Wszechpolacy i reszta narodowców, kretynami jednak nie są. Po pierwsze, kasę z budżetu czeszą od dawna, bo nauczyli się wygrywać granty i dotacje w programach ogłaszanych przez poszczególne resorty i instytucje. Po drugie doskonale wiedzą, że PiS nagle tych programów nie poobcina, bo musi prawicową wizję polityki historycznej kontynuować, więc szmal wciąż będzie do narodowców płynął.
Po trzecie wreszcie, narodowcy mają swoich politologów i wiedzą, że będą tym mocniejsi politycznie, im partia Kaczyńskiego będzie słabsza. Wprost Bosak nie może tego powiedzieć przed kamerami, ale bezpośredni przekaz do członków ONR, czy MW już poszedł. Do sympatyków też. Od tego jest akcja mailingowa i media społecznościowe. Na nich sprawa stawiana jest wprost – „Jebać Trzaskowskiego, ale na Dudę nie głosować”.
Ludzie od Bosaka i Winnickiego wiedzą, że jak PiS zacznie się sypać, to narodowcy poparcia w centrum i na lewicy i tak nie znajdą. Ale wśród prawicowego elektoratu jak najbardziej. Rozwalanie PiS za pomocą niewybrania Dudy, mogłoby przynieść nacjonalistom za 3 lata, w następnych wyborach parlamentarnych nawet 15 proc. nowych wyborców. A kto wie czy nie szybciej, bo gdyby Zjednoczona Prawica rozleciała się wcześniej, to na wybory do Sejmu nie trzeba by czekać tyle czasu.
Premier Morawiecki znów więc wyszedł na idiotę. Dla myślącej części wahającego się elektoratu Dudy, Fundusz Patriotyczny oznacza kolejne podwyżki podatków i cen. Dla narodowców nie oznacza nic. Może poza tym, że to opowieść z tej samej bajki, co milion elektrycznych samochodów, 100 obwodnic miast i kilkadziesiąt mostów.
Elektorat centrowy i lewicowy też nie powinien się bać, że od teraz znajdzie się kasa na ONR-owskie marsze z pochodniami i masowe palenie kukieł Żydów oraz wieszanie portretów europosłów. Po 12 lipca do pomysłu Funduszu Patriotycznego nikt nie wróci. A na dodatek, z powodu braku kasy w budżecie, cięcia będą musiały dotknąć i patriotyzm.

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes raczył.
Tym razem raczył zdefiniować opozycję parlamentarną jako „hołotę chamską”.

Jaśniepańska definicja opozycji parlamentarnej tak wielce zachwyciła pana premiera Mateusza Morawieckiego, że nazwał ją „męskimi słowami”.
Takie słowa w krzywych usteczkach pana premiera to wyraz najwyższej czci i wiernopoddańczego oddania niedawnego sługusa zachodniego kapitału finansowego wobec swego obecnego politycznego pana.

Oddawał pan premier te wiernopoddańcze oddanie nie zważając na to, że dla wielu osób w naszym kraju samo już określenie „męski jaśniepan prezes Kaczyński” to zwyczajny, klasyczny oksymoron. Dlatego nie dziwmy się, że pan premier Morawiecki powszechnie i literacko zwany jest w naszym kraju mianem „Pinokio”.

Czas teraz dla porządku i ku oświeceniu młodzieży przypomnieć, że słowo „chamstwo” ma w języku polskim dwa znaczenie.
Po pierwsze tak określa się brak kultury, zwłaszcza tej kultury wysokiej, niekiedy jaśniepańską zwanej.
Po drugie to pogardliwe określenie ludzi stanu niższego. Gorszego sorta. Takiej „hołoty”.

Słowo hołota oznacza zaś dzicz, gawiedź, tłuszczę, a także biedotę. W staropolskim wojsku mianem „hołota” określano żołnierski stano najniższy, zwany też czeladzią lub gołotą. W innym sensie hołota to również takie kulturalne chamstwo.

Zatem nietrudno nawet młodzieży zauważyć, że słowa „chamstwo” i „hołota” to zwyczajne synonimy. A związek frazeologiczny „hołota chamska” to takie „masło- maślane”. Typowy pleonazm. Takie „cofać się do tyłu”.

Za używanie podobnych pleonazmów, kaleczących naszą piękną polską mowę, „Flaczki” bywały surowo upominane podczas lekcji języka polskiego w IV LO im. Henryka Sienkiewicza w świętym mieście Częstochowie.
Dlatego teraz słysząc z kaczych, czy innych krzywych ust „hołota chamska”, „Flaczki” dostają patriotycznych i estetycznych drgawek. Bo nie ważne już co oni chcieli przez te pleonazmy powiedzieć, a ściślej nakłamać. Ale jak potwornym trzeba być nieukiem, lekceważącym polski język, polskość naszą, żeby wypowiadać publicznie ten pleonazm. Wyjątkowo ohydny semantycznie i obcy polskiej kulturze. Typowy przykład wrogiego dla naszemu polskiemu narodowi antypolonizmu.
Używać ten antypolonizm i potem jeszcze dumnie powtarzać go w masowych mediach. I tym udawać polskiego macho.

Jak bardzo polskie elity władzy są podzielone widać było 4 czerwca podczas obrad Sejmu RP.
Tego dnia demokratyczną opozycja przypominała i czciła wybory z 4 czerwca 1989 roku wygrane przez kandydatów ówczesnej opozycji. Pan premier „Pinokio” czcił i wspominał w tym dniu upadek rządu prawicowego rządu Jana Olszewskiego, też 4 czerwca, ale 1991 roku.
Ku zdziwieniu „Flaczków” nikt z politycznych elit nie wspomniał, że 4 czerwca 1989 roku rozpoczęła się polityczną kariera jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Wtedy to powszechnie nieznany białostocki wykładowca akademicki Jarosław Kaczyński został senatorem w okręgu Elbląg z listy Komitetu Obywatelskiego.

Został tym senatorem w efekcie układu zawartego przy Okrągłym Stole przez inteligenckie elity PZPR i inteligenckie elity związane z NSZZ ”Solidarność” oraz Lechem Wałęsą. Tamto małżeństwo polityczne pobłogosławił polski kościół katolicki za co otrzymał od „komunistycznego” rządu Mieczysława F. Rakowskiego tak wielką, majątkowa łapówkę, że zajęty jej konsumowaniem zapomniał potem o swej religijnej posłudze.
Jarosław Kaczyński, podobnie jak jego brat Lech, zostali wybrani do polskiego parlamentu, bo mieli wyborcze zdjęcia z powszechnie wtedy znanym i szanowanym Lechem Wałęsą. To dzięki niemu te dwa polityczne knuje znalazły się w pierwszej lidze polskiej polityki.

W efekcie mozolnego politycznego knucia Jarosława Kaczyńskiego rozpadł się latem 1989 roku sojusz parlamentarny PZPR- ZSL- SD. Następnie Jarosław Kaczyński wraz z bratem Lechem obalili „pierwszy, niekomunistyczny rząd” Tadeusza Mazowieckiego i wybrali Lecha Wałęsę prezydentem RP.
Potem Kaczyńscy, dzięki swej polityce skłócania wszystkich przeciwko wszystkim, chcieli podporządkować sobie prezydenta Wałęsę. Ale wtedy ten sięgnął po swą „broń atomową”, czyli Mieczysława Wachowskiego. Wałęsa szybko zrozumiał, że wpływy jednego knuja politycznego można zneutralizować tylko innym, jeszcze bardziej chamskim, politycznym knujem. Ale cale to knujstwo kosztowało go potem utratą prezydentury, na czym Polacy wielce skorzystali. Potem nastąpiła bowiem dekada prezydentury Kwaśniewskiego, która zneutralizowała działania kaczyńskich knujow. Dopiero koniec kadencji Kwaśniewskiego i rozpad SLD na zwalczające się frakcje stworzył ponownie warunki dla efektywnego knucia przez braci Kaczyńskich.

PS. Jeśli chcesz skomentować artykuł autora zapraszamy na stronę: https://www.facebook.com/trybuna.net/
KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

Dr Ryszard Grosset
HOŁOTA, TA CHAMSKA HOŁOTA

Nie noszą flag w klapach i szary jest ich strój
nie noszą ni srebra ni złota.
Lecz za demokrację podąża na bój,
hołota, ta chamska hołota.
Nie mają pał w rękach i obcy im gaz,
nie mają w kieszeniach pieniędzy,
lecz maja świadomość, że nadszedł już czas
rzec dość upodleniu i nędzy.
I żaden ryk karła nie straszny im dziś
nie straszne kordony policji,
bo wiedzą,że muszą dziś ruszyć i iść
po Polskę swych snów i ambicji.
Długopis ich bronią, nie zadrży im dłoń
gdy krzyżyk im przyjdzie postawić
bo wiedzą, że kiedy przeminie już zło
znów będą w wolności się pławić.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Flaczki tygodnia

W sobotę Jaśniepan prezes Kaczyński zrezygnował z przeprowadzenia wyborów prezydenckich w dniu 23 maja 2020 roku.
Uczynił to, bo pewnie miał taki kaprys lub przekonanie.
Może zdarzyć się, że Jaśniepan zrezygnował jedynie chwilowo i niebawem media obwieszczą zmianę jego woli.

Ponieważ Jaśniepan prezes zrezygnował, to pani Marszałek Elżbieta Witek musiała zrezygnować z wygłoszenia przygotowanego już orędzia do Narodu. Nie wiemy, czy przypłaciła to depresją. Nie wystąpiła w telewizjach, co krajowi politycy uwielbiają. Ale zyskała tym wolny sobotni wieczór. Co dla ludzi pracujących na noce zmiany jest jakąś wartością.

Niedzielne wybory prezydenckie odbyły się tak, aby się nie odbyły.

Teraz Jaśniepan prezes będzie musiał zdecydować czy nowe wybory będą odbywać się tak jak nowe, czy będą to stare wybory odbywające się w nowym terminie.

Rozstrzygnięcie czy nowe to nowe, czy tylko stare z nową datą ma fundamentalne znacznie. Bo nowe – nowe wybory oznaczają ponowy proces zgłaszania kandydatów, zbieranie popierających te kandydatury podpisów, co w warunkach zarazy będzie trudne.
Z drugiej strony taki tryb rejestrowania pozwoli Koalicji Obywatelskiej uwolnić się od pomyłki kadrowej, czyli kandydatury Małgosi Kidawy – Błońskiej. I wystawienie nowej, już może lepszej.

Wiewiórki w stolicy ćwierkają, że do wyborów 23 maja przekonywały silnie Jaśniepana prezesa dwie persony. Pan Jacek Kurski rządzący TVP SA z tylnego fotela „doradcy prezesa”, czyli tak jak Jaśniepan prezes rządzi IV Rzeczpospolitą. Oraz pan prezydent Duda.
Obaj przekonywali, że czas upływa na niekorzyść pana prezydenta Dudy. Każdy nowy tydzień kryzysu obniża jego szanse wybiorcze.
Dlatego Jaśniepan prezes postanowił wydymać szeregowego posła swego klubu parlamentarnego, swego imiennika pana Jarosława Gowina, i olać zawarte z nim dwa dni wcześniej porozumienie.

Niestety tym razem pan zwykły pan poseł Gowin, zwany w kręgach parlamentarnych „GieGie”, czyli „Gumowy Gowin”, zagroził wyjściem z koalicji rządzącej, co pozbawiłoby partię Jaśniepana prezesa większości w Sejmie RP.
Ponieważ pana zwykłego posła Gowina poparł, zagrożony wizją mniejszościowości swego rządu, pan premier Morawiecki, a zaatakowali go politycy związani z panem ministrem sprawiedliwości Ziobro, zwanym „Zbyszkiem Zdradzieckim”, to Jaśniepan prezes musiał zamrozić spór. Aby lepiej rozpoznać siłę zwalczających się frakcji. By niebawem skuteczniej poszczuć jednych na drugich.

Trwają w mafiopodobnej rodzinie PiS poszukania medialnego kozła ofiarnego. Polityka, który weźmie na siebie odpowiedzialność za bezprawne wydrukowanie 30 milionów pakietów wyborczych. Odpowiedzialność polityczną, a także i materialną.
Nie wiemy jeszcze jaki był koszt druku tych 30 milionów kart do sfałszowanego głosowania. I pewnie długo się nie dowiemy, bo wiemy już, że elity PiS kłamią na każdym kroku.
Ale jeśli koszt druku jednego pakietu kosztowałby, wedle szacunku znawców, około 5 złotych, to oznaczałoby, że przynajmniej 150 milionów złotych poszło na marne. W czasie kiedy nasz PKB skurczy się wedle prognoz przynajmniej o 4 punkty procentowe.

Do roli tegoż ofiarnego „karciarza” wyznaczani są: pan wicepremier Jacek Sasin, bo to on bezprawnie kazał drukować niepotrzebne karty. Oraz pan premier Morawiecki, bo to on bezprawnie nakazał organizować te wybory.

Ponieważ za zrobieniem kozła ofiarnego z pana premiera Morawieckiego jest tylko pan minister Ziobro, zwany „Zbyszkiem Zdradzieckim”, ponieważ pan premier Morawiecki jeszcze Jaśniepana prezesa publicznie nie zdradził, jak czynił nieraz „Zbyszko Zdradziecki”, to „karciarzem ofiarnym” najpewniej zostanie pan minister Sasin.
Ale nie rońcie łez, bo wielka krzywda pewnie mu się nie stanie. Jeśli Jaśniepan prezes nie straci władzy do 2023 roku, a pan minister Sasin grzecznie wytrwa w kozła roli, to Jaśniepan coś dla swego „karciarza” na osłodę znajdzie.
Najlepiej szmalcową posadę z wieloletnią, nieusuwalną kadencją i immunitetem sądowym. Zapewne znany „prawo łamacz” Sasin do Trybunału Konstytucyjnego na sędziego trafi. W nagrodę za łamanie tej Konstytucji i jako fachowy praktyk nieprzestrzegania jej. Jak Pawłowicz i Piotrowicz.

Zauważcie, że od kilku tygodni nie żyjemy już w obszarze regulowanym przez prawo, lecz w jakimś stanie ponad prawem. Nie oburzamy się już wielce, że elity PiS znowu złamały Konstytucje i inne prawa. Warto przypomnieć, że poseł poprzedniej kadencji, ojciec obecnego premiera, kawaler Orderu Orła Białego, pan Kornel Morawiecki głosił, że „Ponad prawem jest wola Ludu”. Co bardzo podobało się Jaśniepanu prezesowi. Dziś uosobieniem tej „woli Ludu” jest Jaśniepan prezes.

Od bezdomności dzielą tylko 3 spłaty kredytów. Już wcześniej spece od polityki społecznej zauważyli, że nieposiadającą na własność mieszkań polską klasę średnią od bezdomności dzielą tylko trzy niezapłacone czynsze lub raty kredytu. Już kilka lat temu alarmowali, że jeśli kredytobiorca poważnie zachoruje lub straci pracę, to w zasadzie ląduje na bruku. Teraz wizja rosnącej bezdomnosci jest niepokojąco bliska.
Ale rządzący IV RP zajęcia są teraz spełnianiem politycznych kaprysów Jaśniepana prezesa.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na www.facebook.com/trybuna.net/

Pan premier pozuje

Trzeba być wyjątkowym kabotynem, żeby wynająć największy samolot świata do przewiezienia, który pomieściłby się w jednym dużym, lub dwóch standardowych lukach samolotowych.
Ale wtedy pan premier Mateusz Morawiecki nie mógłby lansować się w mediach narodowo- katolickich. Pokazać tam swą wielkość, herkulesową skuteczność i nietuzinkowość. Fotografować się, jak głupawa celebrytka na tle „ścianki”, u stóp radzieckiego giganta techniki.
Trzeba być wyjątkowo cynicznym politykiem i mieć w głębokiej pogardzie zdolności umysłowe Polek i Polaków, żeby pozwolić sobie na tak prymitywne medialne manipulacje. Najpierw przez dni parę zapowiadać w prorządowych mediach nadlatujący przełom w walce rządu z zarazą. Potem wzywać obywateli do uczestnictwa w tym „evencie”, chociaż obowiązywał w tym czasie zakaz zgromadzeń, wchodzenia do parków i lasów.
„Największe skupisko ludzi, którzy obserwowali start z lotniska, było w al. Krakowskiej”, relacjonował fotoreporter „Gazety Wyborczej” Dariusz Borowicz, „Zebrali się mniej więcej na wysokości ul. Lipowczana, w tym kierunku biegnie jeden z pasów lotniska. Na miejscu była policja. Funkcjonariusze nawoływali przez megafon, że osoby, które gromadzą się tam, narażają się na niebezpieczeństwo. Nikt się tym nie przejął, mandatów nie było”. I na koniec zrobić sobie foto sesję, pozując na zbawcę narodu.
Pan premier Morawiecki nieraz już udowodnił, że jest mistrzem składania niespełnianych obietnic, kłamstw i pomnikowych póz. Wiele razy deklarował swe preferencje dla polskich firm, wole wspierania polskiego kapitału.
Tymczasem przelot gigantycznego Antonowa na trasie Chiny- Polska to koszt około 3 milionów USD. Koszt wynajęcia dużego Boeinga na tej trasie to maksymalnie 800 tysięcy USD. Wynajęcie dwóch samolotów, to nie więcej niż 1,5 miliona USD.
Zatem ta jednorazowa atrakcyjna „ścianka” przeznaczona na tło dla zdjęć pana premiera kosztowała polskich podatników przynajmniej 1,5 miliona USD.
Maciej Kopiec, poseł Lewicy, złożył dwie interpelacje do ministra aktywów państwowych Jacka Sasina w sprawie przylotu Antonowa An-225 Mrija z ładunkiem dla Agencji Rezerw Materiałowych.
Poseł pyta o całkowity koszt organizacji tego transportu. A także, dlaczego nie wynajęto do tego transportu uziemionych teraz samolotów B 787 „Dreamliner” posiadanych przez PLL LOT?
Dlaczego rząd pana premiera Morawieckiego nie dał takiego atrakcyjnego zlecenia narodowemu przewoźnikowi?
Jak się zapewne domyślacie pan premier i inni ministrowie wymownie milczą. Liczą zapewne, że zaraza koronowirusa znowu przykryje ich niegospodarności i niefachowość.
PS. Pan premier Morawiecki przy każdej okazji demonstruje swój fundamentalny antykomunizm. Ale kiedy chce się polansować w mediach, to korzysta z komunistycznych produktów.Nie brzydzi się gigantycznego radzieckiego Antonowa i ekwipunku made by komunistyczne Chiny. To dowodzi, że jego antykomunizm też jest zakłamany i cyniczny. To takie opium dla „ciemnego ludu”.