Polska w ruinie

Albo wyjdziemy z kryzysu wspólnie, albo cofniemy się w rozwoju o dziesięciolecia.

Rafał Lizun, szef firmy cateringowej Ślimak do niedawna sprzedającej dziennie 70 -80 tysięcy kanapek dziennie ludziom pracującym w wielkich biurowcach Warszawy, z dnia na dzień stracił rynek. Z 200 zatrudnionych została połowa. Jeśli nic się nie zmieni, ich los jest łatwy do przewidzenia. Właściciel marki Vistula przewiduje spadek przychodów o 80 procent. Prezes marki odzieżowej 4F Igor Kleje ostrzega, że branża odzieżowa w Polsce nie przetrwa najbliższych miesięcy.
Krąży widmo
To fragmenty materiałów z popularnych portali. W Internecie wprost roi się od podobnych historii. Upadłość grozi dziesiątkom tysięcy zakładów fryzjerskich, kosmetycznych, kawiarniom, restauracjom, pizzeriom itp. Pacjentów nie przyjmują przychodnie stomatologiczne, ograniczyły swą aktywność warsztaty samochodowe. Praktycznie cała branża turystyczna leży. Tylko patrzeć jak runą firmy budowlane. Nawet rolnicy i producenci żywności, którzy w czasach kryzysowych zazwyczaj jakoś sobie radzą, bo ludzie muszą jeść, odczują uderzenie.
Koronawirus SARS-CoV-2 dosłownie sparaliżował gospodarkę. Rwą się więzy kooperacyjne, stają przedsiębiorstwa, zarządy tną koszty zaczynając od wydatków na reklamę i szkolenia by gładko przejść do ograniczania zatrudnienia. Jestem pewien, że w najbliższych miesiącach bezrobocie gwałtownie wzrośnie. Nawet do trzech milionów.
Ale dziś Polaków bardziej martwi rosnąca z dnia na dzień liczbą zakażonych i zmarłych osób. Zastanawiają się, ile jeszcze będzie ofiar i kiedy to się skończy.
Nie chcą wiedzieć, że najgorsze dopiero przed nimi. Konsekwencje załamania się gospodarki będą straszne. Ci, którzy pamiętają „Festiwal Solidarności” mogą opowiedzieć młodszym co działo się gdy od sierpnia 1980 do wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 r. strajki i tzw. przestoje sparaliżowały gospodarkę.
Z tą różnicą, że zła komunistyczna władza sumiennie każdego miesiąca wypłacała wynagrodzenie, za które co prawda nie można było wiele kupić, bo półki sklepowe świeciły pustkami. Dziś w super i hipermarketch jest i z pewnością będzie wszystko, lecz bezrobotnych na niewiele będzie stać. Proces masowych zwolnień już się zaczął a znając „przedsiębiorczość” przedsiębiorców będzie on miał charakter brutalny. Zatem jest więcej niż pewne, że wkurzony na rządzących suweren wyjdzie latem na ulice i podziękuje zbiorowo Prawu i Sprawiedliwości – a Mateuszowi Morawieckiemu indywidualnie – za wysiłek.
Droga do katastrofy
Politycy opozycji i zaprzyjaźnieni z nimi dziennikarze straszą nas perspektywą wprowadzenia przez władze stanu wyjątkowego i brania Polaków za twarz. Nie ma się czym przejmować. Pan Bóg gdy chce kogoś ukarać, spełnia jego najskrytsze marzenia. Jarosławowi Kaczyńskiemu może się śnić program „Sanacja +”. 10 maja br. – jeśli dojdzie do wyborów prezydenckich – Andrzej Duda je wygra a potem ogłosi stan wyjątkowy. CBA, dla kurażu, zamknie kilku najbardziej uciążliwych liderów opozycji. TVP dostanie kolejne miliardy na propagandę… A potem wszystko pójdzie nie tak. Bo polityczną katastrofę rządu Mateusza Morawieckiego gwarantują już dziś łatwe do przewidzenia konsekwencje gospodarcze pandemii koronowirusa.
Na zasiłkach wylądują setki tysięcy ludzi dotychczas wspierających Prawo i Sprawiedliwość. Dołączą do nich kolejne dziesiątki tysięcy osób mających do spłaty kredyty mieszkaniowe, konsumpcyjne, samochodowe itp. A także dobrze wykształceni młodzi ludzie, ze znajomością świata, języków obcych itp. W normalnych okolicznościach wyjechaliby do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Niderlandów.
Teraz nie wyjadą, bo granice są i pewnie długo jeszcze, będą zamknięte. Dla nich perspektywa utraty wszystkiego będzie dostatecznie silnym motywem by na ulicy wyrazić swoje niezadowolenie. Dodajmy do tego ludzi żyjących skromniej, zadowalających się płacą minimalną, przekonanych, że Prawo i Sprawiedliwość podniosło ich z kolan i dba o ich interesy. Gdy zmienią zdanie, strach będzie się bać.
100 – 200 demonstrantów policja spacyfikuje bez trudu. 100 – 200 tysięcy już nie. Suweren będzie podwójnie groźny, gdyż nie będzie miał nic do stracenia.
Premier Morawiecki reklamujący Tarczę Antykryzysową żyje w nierealnym świecie. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że pisowscy urzędnicy i wszelkiej maści „Misiewicze” są zbyt nieudolni, zbyt skupieni na konsumowaniu wyborczego sukcesu by poradzić sobie z tą katastrofą. Ale najgorsze jest to, że przez trzydzieści lat zbudowaliśmy taki system społeczny i gospodarczy, który nie ma prawa sprostać wyzwaniu przed jakim stoimy.
Banki już dziś ograniczają akcję kredytową, a w przyszłości całkowicie ją zamkną, by wymusić na politykach przyznanie idącej w dziesiątki miliardów złotych „pomocy”. W przyszłym roku przekonamy się, że rodzimy sektor bankowy wygenerował solidny zysk, choć hasło „Polska w ruinie” będzie lśniło wyjątkowym blaskiem…
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości wiedzą, że nic nie uchroni ich przed rozliczeniami. Obawiam się, że brutalnymi. Strach i świadomość własnej nieudolności podpowiada im, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać za wszelką cenę. Dlatego prą do wyborów 10 maja, a gdy zrobi się jeszcze gorzej, sięgną po rozwiązania siłowe w nadziei, że to ich ocali.
Nie ma takiej możliwości. W roku 1981 Wojciech Jaruzelski miał o wiele liczniejszą Armię, Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa, aktyw partyjny, Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej (sławne ORMO), Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej z dowództwem w Legnicy oraz palących się do udzielenia „bratniej pomocy” Czechów i Demokratycznych Niemców.
Jarosław Kaczyński nie może liczyć nawet na lojalność wicepremiera Gowina i jego osiemnastu szabel w Sejmie. Właśnie dlatego PiS skazany jest na bezprzykładną klęskę. Opozycja nie musi nic robić. Wystarczy poczekać…
W nieznane
By względnie szybko wyjść z tego kryzysu potrzebne są nowe niekonwencjonalne rozwiązania. Tak zwana „Zjednoczona prawica”, nie posiada intelektualnych, profesjonalnych i merytorycznych kwalifikacji by odbudować gospodarkę. Proponuje rozdawnictwo i zaciskanie pasa. Bez żadnych warunków. Gdy okaże się, że Tarcza nie działa a suweren pali opony w Alejach Ujazdowskich przed KPRM, władza spróbuje rozwiązań siłowych, czym tylko pogorszy sytuację.
Większość Polaków, albo nie ma, albo za chwilę nie będzie miało, zaufania do rządzących. Urzędnicy administracji państwowej czując nadciągającą katastrofę nie będą chcieli nadstawiać karku. Podobnie Policjanci i pracownicy tzw. „Służb”. Kto jak kto, ale oni najlepiej wiedzą jakie będą konsekwencje dokonania złych wyborów.
Rządzenie w takich warunkach staje się nie tylko koszmarem, staje się niemożliwe. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zrobili bardzo wiele, byśmy przestali im wierzyć. Dlatego opozycja nie będzie paliła się do pomocy.
Na szczęście nadzwyczajne czasy kreują też nadzwyczajnych ludzi. 1 sierpnia 1980 roku jedynie garstka opozycjonistów i równie nieliczna grupa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa znała Lecha Wałęsę. Miesiąc później dla większości Polaków stał się on bohaterem narodowym porównywanym do Józefa Piłsudskiego. Należy spodziewać się, że wśród nas żyje przyszły lider, który sam nie wie, jak ważną rolę odegra w historii.
Mądrość i solidarność
Musimy uświadomić sobie, że aby wydostać się z kryzysu potrzeba niezwykłej mądrości i autentycznej solidarności społecznej. Jeśli obowiązki i ciężary zostaną rozłożone sprawiedliwie, to względnie szybko wrócimy do normalności. Lecz jeśli zatriumfuje egoizm i hasło „śmierć frajerom”, to za rok będziemy żyli na poziomie Ukraińców i obywateli Mołdawii. Do głosu dojdą ugrupowania skrajne, gotowe posłużyć się przemocą by zdobyć władzę. Co gorsza, zamknięte granice uniemożliwią wielu niezadowolonym emigrację. Kto z takim krajem będzie chciał handlować? Kto będzie chciał inwestować?

Świat powinien zobaczyć zdyscyplinowane i zdeterminowane społeczeństwo, które nikogo nie zostawia na pastwę losu. Które gotowe jest ponieść wyrzeczenia. Jeśli zwykli pracownicy mają zrezygnować z części wynagrodzenia, to tym bardziej należy wymagać tego od właścicieli przedsiębiorstw i prezesów zarządu. Od władz Orlenu, Lotosu, KGHM i innych państwowych gigantów domagałbym się redukcji zarobków do maksymalnie 20 tysięcy złotych netto. W imię solidarności. Za to lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym, technikom, laborantom, salowym podniósłbym wynagrodzenie dwu, a może i trzykrotnie. Godnie powinni też zarabiać nauczyciele i policjanci.
Szantaż?
By ratować miejsca pracy, przedsiębiorcy winni mieć dostęp do tanich kredytów i gwarancji. Trzeba będzie uruchomić gospodarkę, a bez pieniędzy tego się nie da. I znów rządzący powinni postawić warunki. Jeśli zwolnienia, to wyłącznie gdy nie ma innego wyjścia. Należy zakazać umów śmieciowych, a umowy o dzieło powinny być oskładkowane. Natychmiast. Musimy zrozumieć, że podatki i daniny to nie przymus, lecz nasze ubezpieczenie na przyszłość.
Przy czym właściciele firm powinni mieć wybór, jeśli chcą skorzystać z pomocy państwa, mają zrezygnować z wysokich zarobków, uczciwie płacić podatki i wynagradzać pracowników. Albo niech się ratują sami. Tak to szantaż, tak nie ma to wiele wspólnego z gospodarką wolnorynkową którą znamy, lecz nie ma innego wyjścia.
Należy też zmienić zasady funkcjonowania sektora bankowego. Nie może być tak, że banki swoje problemy nacjonalizują a zyski prywatyzują. Licencja na prowadzenie działalności bankowej to przywilej drukowania pieniędzy (można sprawdzić czym jest kreacja pieniądza bankowego) więc i zobowiązania muszą być adekwatne. Banki muszą zaoferować wszystkim, którzy będą chcieli rozpocząć działalność gospodarczą tanie kredyty, na możliwe łagodnych warunkach. Bez zbędnej zwłoki i biurokracji. Ile potrzeba by rozpocząć działalność gospodarczą? Pięćdziesiąt, sto tysięcy złotych? Ile by uratować zakład fryzjerski czy gabinet kosmetyczny? Sto tysięcy, może dwieście. Lepiej potraktować to jako inwestycję, niż zostawić pracowników na zasiłkach? By ratować firmy budowlane potrzebne będą środki na rozbudowę i remonty infrastruktury drogowej, kolejowej, miejskiej, energetycznej… Rząd powinien wyemitować obligacje. Jeśli w kraju będzie spokój a inwestorzy zauważą, że polska gospodarka wspólnym wysiłkiem wydobywa się z zapaści z pewnością je wykupią,
Ich czas minął
To oczywiste, że ekipa Morawieckiego, Prawa i Sprawiedliwości, Zjednoczonej Prawicy itp. nie ma niezbędnego kapitału społecznego, by tego dokonać. Nie ma też pomysłów. Ani realnych, ani nierealnych. Oni nas nie uratują. Ich czas minął. Lecz jeśli jako społeczeństwo nie zdobędziemy się na wysiłek, na odbudowę zaufania, na przyjęcie za oczywistość zasady, iż nawzajem jesteśmy za siebie odpowiedzialni, pogrążymy się w mrokach anarchii. Gdzie będzie obowiązywało prawo pięści. Cofniemy się w rozwoju nie o lata a o dziesięciolecia. Czy tego chcemy?

Bigos tygodniowy

Dla wygody i nie przeciążania umysłu posłużę się najtrafniejszymi komentarzami odnoszącymi się do parcia Kaczora do przeprowadzenia wyborów majowych, wyrażonym w sobotniej, podstępnej wrzutce z głosowaniem korespondencyjnym, dołączonej „w pakiecie” do „tarczy antykryzysowej”. Aleksander Kwaśniewski powiedział o najgroźniejszym „wirusie cynizmu Kaczyńskiego”, Włodzimierz Czarzasty o dążeniu do „siania śmierci”, Robert Biedroń o dążeniu Kaczyńskiego do utrzymania władzy nawet „po trupach”, a Ludwik Dorn o Kaczyńskim jako o „terroryście politycznym, który porwał samolot pod nazwą Polska”.


„Zostańcie w domu, idźcie na wybory” – oto logika władzy PiS. Za uzasadnianie trwania przy terminie wyborów 10 maja po Jarosławie Obłąkanym zabrał się Ćwierćinteligent z tytułem Profesora w randze Wicepremiera-Ministra Kultury: „Sytuacja nie przeszkadza w realizacji wyborów. (…) Mieliśmy wybory uzupełniające w niedzielę. Frekwencja była mniej więcej taka, jak zawsze. (…) Wybory czasem muszą być w jakichś specyficznych okolicznościach realizowane” – takie słowa z siebie wydalił. No i czyż nie mam racji, gdy konsekwentnie nazywam go ćwierćinteligentem? To nie inwektywa, to neutralny opis.


„Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”. Ten cytat z Hegla o niejednoznacznym sensie odczytuje się zwykle tak, że filozofia nie jest w stanie przewidywać przyszłych zdarzeń, a może jedynie służyć zrozumieniu tego, co już stało się faktem. Można go jednak odczytywać i tak, że już dokonują się procesy, których jeszcze nie dostrzegamy, nie przewidujemy, a tym bardziej nie rozumiemy. Werbalny upór w trwaniu przy zamiarze przeprowadzenia wyborów prezydenckich w zaplanowanym terminie zapewne negatywnie zweryfikuje naga rzeczywistość. Moja hipoteza co do przyczyn tego uporu, korelująca zresztą ze znanymi opiniami, jest taka, że PiS obawia się prolongaty terminu wyborów, bo niepokoi je perspektywa straty istotnej części poparcia, jest następująca. PiS było dotąd postrzegane przez miliony jego wyborców jako partia szafarzy pieniędzy, szafarzy dobrobytu, partia która dała „pięćset plus”, a teraz da trzynastą, a „daj Boże” (jak mówił jeszcze niedawno Adrian), czternastą, a może i piętnastą emeryturę. Wymuszona przez okoliczności rezygnacja z części tych świadczeń, a także rozmaite ruchy godzące w płace pracowników (n.p. zamrożenie płac w budżetówce i wynagrodzenia minimalnego) sprawia, że na naszych oczach przestaje być taką partią. W nowej sytuacji PiS siłą rzeczy traci tę moc i walor szafarza i staje się zwykłą partią władzy. Już nie daje, lecz jedynie administruje krajem w warunkach ekstremalnych. To odbierze partii rządzącej nimb dobroczynnej, „partii świętego Mikołaja”. Świadomość tego faktu nie dotarła jeszcze do świadomości większości zwolenników PiS, ale prędzej czy później dotrze, zwłaszcza do wyborców socjalnych, klientelistycznych, warunkowych. Część z nich może w pewnym momencie uznać, że nie ma sensu uparte trwanie przy partii, która już nie może „dawać”, która z tego punktu widzenia jest już tylko pustą, opróżnioną skorupą. Tego póki co nie widać w sondażach, ale z czasem może dojść do rozmagnesowania sił przyciągających do PiS. Powyższa supozycja, to nie wyraz schadenfreude, czyli radości z cudzego nieszczęścia, bo nieszczęście epidemii dotyka nas wszystkich, ale na chłodno sformułowana hipoteza.


Jednak rozmagnesowania klientelistycznego poparcia dla PiS może oznaczać dla niego chęć sięgnięcia po rekompensatę, po to, co zwykło się nazywać pokusą totalitarną. Ona, co jest wiadome nęci PiS nie od dziś, ale epidemia może ich popchnąć do działań po desperacku ekstremalnych, do sięgnięcia po rozwiązania już nie faszyzujące, lecz wprost faszystowskie. Orban na Węgrzech już po takie sięgnął, a nie wiadomo czy na tym się skończy. Tyle tylko, że tym razem Unia Europejska sparaliżowana epidemią, nie ma możliwości należytej reakcji, więcej niż tylko formalnej. W Polsce to się już odzywa w postaci pomruków w rodzaju groźby Terleckiego Ryszarda, że jeśli prezydenci i burmistrzowie odmówią zorganizowania wyborów, to stracą stanowiska i wprowadzeni zostaną komisarze, czy słowach Błaszczaka Mariusza, szefa MON, że „termin wyborów 10 maja nie jest zagrożony”.


Każdego dnia w telewizjach adrianowe orędzie do narodu. Czy on myśli, że jego mowa działa jak uzdrawiające fale Kaszpirowskiego? Tego huczenia nie da się słuchać. Zawsze ściszam wtedy telewizor. Ostatnio ktoś powiedział, że on ma mentalność dwunastolatka. Między kolejnym kabotyńskim orędziem potrzebnym jak dziura w moście a klęczeniem na Jasnej Górze zdążył jeszcze jak dziecko ucieszyć się, że jest w tik toku.


Pojawił się obłąkańczy apel Lisickiego Pawła, Świerzyńskiego Sławomira, zapiewajły z „Bayer Full” i Godek Kai o poluzowanie rygorów liczebności uczestników obrzędów religijnych z okazji Wielkanocy. Fanatycy religijni zawsze byli najgroźniejszymi w tym gatunku ludzi.


Nie oni jedni. Ksiądz Guz, naukowiec z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego oświadczył w Radiu Maryja, że nie ma powodu by nie zbierać się gremialnie w kościołach. Nie ma też dla niego problemu z udzielaniem tzw. komunii czyli serwowaniem opłatka do gęby przez księży. Zdaniem Guza ksiądz ma ręce czyste, a poza tym konsekrowane, a Jezus nigdy nie dopuści, by w kościele rozprzestrzeniał się jakikolwiek wirus. Czy ktoś ma przypadkiem kaftan bezpieczeństwa?


Jeszcze z „religijnej” beczki. „Czy jako ministrowi obrony w rządzie PiS Pani Kurator uwierzy mi, że większy wpływ na zwycięstwo miała nasza przewaga techniczna i informacyjna oraz plan operacyjny wykorzystujący błędy ofensywy bolszewickiej? I tak proszę uczyć młodych Polaków, a nie wciskać im ciemnotę” – napisał do Nowak Barbary, krakowskiej kuratorki oświaty Radosław Sikorski, który nigdy nie był postacią z mojej bajki, ale tym bardziej doceniam jego ton. Napisał jeszcze: „Nie wiedziałem, że na podstawie źródeł historycznych można udowodnić nadprzyrodzoną interwencję w przebieg bitwy. Ale społeczeństwo płaci Pani za przekazywanie wiedzy a nie wiary. Przypominam, że jest Pani urzędnikiem świeckiego państwa. Proszę nie łamać Konkordatu”. To wszystko w reakcji na deklarację kuratorki, która poinformowała, że właśnie ucieka od koronawirusa we „wstawiennictwo św. Andrzeja Boboli” i na jej dywagacje o wojnie 1920 roku.


Ze źródeł dobrze poinformowanych dowiedziałem się, że szef stowarzyszenia „Lex Super Omnia”, prokurator Krzysztof Parchimowicz został formalnie poinformowany o postawieniu mu zarzutów dyscyplinarnych. Oficjalnym, podanym w piśmie powodem mają być jego wypowiedzi w przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie, opublikowanym w „Dzienniku Trybuna” z 2 sierpnia 2019 roku.


Oszalałe rozdawnictwo uprawiane przez PiS sprawiło, że na tzw. tarczę antykryzysową, mającą ograniczyć rozmiary kryzysu gospodarczego, zostały już tylko – prawdę mówiąc – nędzne resztki. Takie są na koniec skutki oszalałej, niepohamowanej rozrzutności, w tym rozdawania w ramach 500 plus pieniędzy także zamożnym i bogatym.

Koniec dialogu społecznego?

W cieniu ustaw antykryzysowych, które najsilniej obciążają pracowników i praktycznie zostawiają na lodzie zatrudnionych na śmieciówkach, PiS przepchnął jeszcze zmianę w ustawie o dialogu społecznym.

Na mocy poprawek nr 180 i 200 zaproponowanych podczas nocnego głosowania premier uzyskał dodatkowe uprawnienia w zakresie kształtowania składu Rady Dialogu Społecznego. W okresie stanu zagrożenia epidemicznego oraz stanu epidemii będzie mógł odwołać dowolnego członka Rady, czy to reprezentującego stronę rządową, czy to przedstawiciela biznesu, czy związków zawodowych. O wykluczenie dowolnej osoby będą mogły zawnioskować reprezentowane w radzie organizacje, ale premier będzie też mógł działać bez niczyjego wniosku.

Związki i biznes: to skandal

Organizacje pracodawców i związki zawodowe są zgodne: to skandal. Zwłaszcza w kontekście powodów, na jakie będzie mógł się powołać premier, decydując o wyeliminowaniu członka Rady. Wskazano dwa: złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego oraz „sprzeniewierzanie się działaniom Rady” i doprowadzenie do „braku możliwości prowadzenia przejrzystego, merytorycznego i regularnego dialogu”.

– Władza PiS, w obliczu pandemii koronawirusa, postanowiła jeszcze bardziej zewrzeć swoje szeregi – nie ma wątpliwości Piotr Ostrowski z OPZZ. W końcu tzw. tarcza antykryzysowa rządu Morawieckiego była krytykowana zarówno przez organizacje pracownicze, jak i przez przedsiębiorców. Nietrudno sobie teraz wyobrazić sytuację, w której bardziej konsekwentni i mniej ulegli wobec rządowej propagandy przedstawiciele strony społecznej będą wypraszani za drzwi, oskarżani o uniemożliwianie „dialogu”.

Rząd zaś będzie kontynuował swoje „negocjacje” np. tylko z przedstawicielami bardziej spolegliwych organizacji biznesowych i z „Solidarnością”, która swoją lojalność wobec PiS udowadnia na każdym kroku.

Rząd Pasikoników

Rząd PiS sprywatyzował walkę z zarazą koronowirusa. Przerzucił jej koszty na obywateli. Ci karnie i nad wyraz zgodnie samo uwięzili się w domowych kwarantannach. I tym radykalnie zahamowali roznoszenie się wirusa w Polsce. Raz jeszcze uznali, że jeśli chcesz w IY RP liczyć na kogoś w czasie kryzysu, to najpewniej licz na siebie.
Rząd PiS przerzucił walkę z zarazą na barki obywateli, bo przez pięć lat swych rządów elity PiS roztrwoniły korzyści płynące w czasach prosperity. W których miał szczęście sobie porządzić.
Przez pięć lat dobrej, światowej koniunktury gospodarczej elity PiS zachowywały się jak Pasikonik z bajki Ezopa. Zamiast robić zapasy na zimę, na czasy trudne, czas rządzenia zużywały na ciągłe kreowaniu nowych konfliktów i przeciwników.
Zamiast reformować, unowocześniać polskie państwo elity PiS inicjowały konflikty społeczne i wojny domowe.
Walczyły z „postkomuną” odbierając należne świadczenia emerytalne służbom mundurowy.
Walczyły z „kastą sędziowską” dezorganizując i upolityczniając system władzy sadowniczej.
Walczyły z protestującymi lekarzami odkładając na przyszłość reformy biedniejącej służby zdrowia.
Walczyły z wykreowaną, wrogą „Brukselą” plasując nasz kraj na marginesie Unii Europejskiej. W efekcie rząd PiS nie przystąpił do unijnych przetargów na sprzęt medyczny, bo „nie zdążył”.
Teraz elity PiS prześcigają się w podzięce za dary od komunistów chińskich. Teraz komunistycznymi maseczkami nie brzydzą się tak żarliwi antykomuniści jak pan premier Morawiecki czy minister Dworczyk.
Elity PiS wytrwale walczyły ze strajkującymi nauczycielami. Zamiast unowocześniać system oświaty, najpierw rozwalały gimnazja, potem zmieniały podstawy programowe aby wychowywać narodowo- katolickich ciemniaków. Zapominały unowocześniać szkolnictwa, wprowadzać cyfrowe metody zdalnego nauczania.
Szczuły z wielką satysfakcją na strajkujących nauczycieli resztę społeczeństwa. Plugawiły ich w swojej TVP SA i Polskim Radiu.
Już w trakcie pojawienia się zagrożenia zarazą zasiliły TVP SA dodatkową dziesięciomiliardową dotacją wypłacaną tej medialnej szczujni przez najbliższe pięć lat.
Walczyły z samorządami odbierając im uprawnienia i środki finansowe. Zwalały na samorządy dodatkowe zadania
Elity PiS sprawnie uprawiały godnościową propagandę. Wmawiały wyborcom, że dokonują wielkiego dzieła wzmocnienia państwa polskiego. Polonizacji i repolonizacji kolejnych sektorów gospodarki i życia społecznego.
W rzeczywiści grupy cwaniaków przewalały miliardy złotych z budżetu państwa pod pretekstem walki z „antypolonizmem”. Kupowano felerne jachty, malowano patriotycznie samoloty, wykupywano mega kosztowne ogłoszenia w zagranicznych mediach.
Ale kiedy nadszedł czas próby dla infrastruktury państwa polskiego to okazało się jak bardzo jest ono słabe.
Cóż z tego, że pan minister oświaty Dariusz Piontkowski zarządził zdalną naukę dla pozostających w domach dzieci, skoro państwo polskie nie ma niezbędnych do tego, sprawnych serwerów. I musi korzystać z pomocy prywatnych instytucji.
Ale przez ostatnie pięć lat priorytetem elit PiS były budowy muzeów. Zwłaszcza „żołnierzy wyklętych”.
Nie ma też w państwie polskim kompleksowych systemów bezpieczeństwa, procedur, planów awaryjnych. Nawet Sejm RP nie wprowadził na czas systemu pracy zdalnej.
Za to nagrody za znakomite efekty pracy Kancelarii Sejmu zostały prominentom PiS wypłacone już w styczniu. I nie tylko im.
Widać im „należało się”.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Zaraza uprzedzeń

Sytuacje kryzysowe, takie jak trwająca pandemia, są bardzo podatnym gruntem dla uprzedzeń, dyskryminacji i victim blamingu – to wniosek daleki od odkrycia Ameryki. Nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo będzie dziś postulować zamykanie granic przed uchodźcami czy to, ile fałszywie motywowanej niechęci musi wylewać się w stronę „odmiennych kulturowo” Chińczyków. Pierwsze sygnały mogliśmy już usłyszeć z ust premiera Morawieckiego o „obcym” pochodzeniu wirusa.

To zagrożenie dotyczy dziś Włoch. Kiedy wielu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego akurat Włosi tak źle radzą sobie z epidemią koronawirusa, dosyć szybko słyszymy prowizoryczne analizy odnoszące się do mglistego pojęcia „charakteru narodowego” (w przypadku silnie zregionalizowanych Włoch mglistego jeszcze bardziej): że przecież Włosi muszą wychodzić z domu, spotykać się, całować na powitanie, być blisko, siedzieć w kawiarniach i pić espresso, więc w zasadzie sami są winni swej sytuacji przez własną nieodpowiedzialność.
Dokładne analizy włoskiego przypadku jeszcze przed nami. Dowiemy się zapewne, na ile sensowne jest założenie, że szczep, który pojawił się we Włoszech mógł był bardziej zjadliwy niż w innych krajach. Ktoś pewnie zbada także, na ile kulturowe czynniki mogły przyczynić się do rozprzestrzenienia się wirusa.
Póki co o wiele bardziej sensowne niż towarzysko-zabawowy styl życia Włochów wydaje się założenie, że Półwysep Apeniński spotkała po prostu tragedia bycia pierwszym przypadkiem. Kiedy koronawirusa wykryto w Lombardii, Piemoncie i Wenecji Euganejskiej, nic poważnego się jeszcze nie działo – nie było w Europie czerwonych stref, zamykania granic i pustych półek w sklepach.
W ramach eksperymentu myślowego wyobraźmy sobie, że pierwsze przypadki koronawirusa w Europie wykryto w Polsce. Powiedzmy: w województwie opolskim, łódzkim i świętokrzyskim.
Pociągi i autobusy przekraczają granice jak zawsze, wszystkie kawiarnie są otwarte, ekspedientki w sklepach nie noszą rękawiczek, a dzieci chodzą normalnie do szkoły. Ministerstwo Zdrowia wprawdzie apeluje o ostrożność, ale ilu z nas naprawdę się tym przejmie, skoro rzeczywistość wokół funkcjonuje tak samo? Kiedy życie toczy się normalnie, naginanie środków bezpieczeństwa też przychodzi łatwiej, bo nikt nie wie jeszcze, że sytuacja wymknie się przez to spod kontroli. Nie jest to specyficzna cecha żadnego narodu.
Nie wierzycie? A co się stało kilka dni temu, kiedy w Polsce zaczęła się prawdziwa wiosna i ludzie wylegli na bulwary?
Ktoś powie, że przecież przed Włochami mieliśmy przypadek Chin, więc efektów można się było spodziewać. Problem w tym, że dla 60-milionowego kraju w Europie Chiny są po prostu za daleko, by stanowić realny punkt odniesienia. Nie były nim także dla nas, dopóki wirus nie dotarł blisko naszych granic.
Wniosek jest prosty: w czasach kryzysu na uprzedzenia i proste wyjaśnienia należy uważać podwójnie. W sytuacji Włochów mógł znaleźć się każdy, a zrzucanie odpowiedzialności na ich styl życia czy wydajność służb to nie tylko victim blaming, ale też myślenie stereotypami.
Znacznie lepiej byłoby docenić, że możemy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, zwłaszcza że stało się to czyimś kosztem.

Rząd na wczoraj

Więcej pogrzebów ucieszy biskupów?

Rząd PiS wiedział o nadchodzącej pandemii korona wirusa, ale nie zdążył przygotować się na nią.
Nie pomogą ostatnio podjęte rozpaczliwe, też spóźnione, radykalne działania. Zamykanie szkół, wyższych uczelni, placówek kulturalnych. To jedynie przerzuci odpowiedzialność i koszty walki z wirusem na obywateli naszego państwa. Sprywatyzuje walkę z zarazą.
Rząd PiS wiedział o nadchodzących zagrożeniach, ale nie przygotował się w pełni do nich. Nie uczestniczył w ogłoszonych przez instytucje Unii Europejskiej przetargach na środki zapobiegające pandemii. Bo z Unią Europejską nie jest PiSowi po drodze.
Nie zgromadził wystarczających środków do walki z korona wirusem w zasobach Agencji Rezerw Materiałowych. Nie sprawdził rezerw pozostających w zasobach szpitali. Uznał zapewne, że ewentualne braki szybko uzupełni „niewidzialna ręka wolnego rynku”. Niestety zamiast niej, coraz częściej widzimy puste półki i przysłowiową „rękę w nocniku”.
Rząd wiedział. I nie zdążył, bo utkwił w dybach prezydenckiej kampanii wyborczej.
Najpierw przygotował budżet państwa polskiego na rok 2020 pod potrzeby propagandy prezydenckiej kampanii wyborczej.
Stworzył budżet „zrównoważony”, dzięki kreatywnej, czyli oszukańczej księgowości. I jednocześnie pełen tegorocznych, socjalnych kiełbas wyborczych. Dodatkowych emerytur, wypłat socjalnych, przez TVP „Jarkowymi” zwanych. Aby przysłowiowy „ciemny lud” wiedział komu ma być za to wdzięczny.
Dodatkowo wszelkie istotne podwyżki dotyczące poziomu życia obywateli, jak energii elektrycznej, akcyzy na alkohole, napoje słodzone, transportu publicznego zostały przez ten rząd przełożone na czas po wyborach.
Dzisiaj już widać, że ubytki w dochodach państwa, czyli w wpływach do budżetu, mogą być bardzo poważne. Poważne też mogą być dodatkowe wypłaty z budżetu wspierające najbardziej przez epidemię poszkodowanych.
Nie wiemy jeszcze jakie straty w efekcie zarazy poniesie polska gospodarka. Jak bardzo spadnie sprzedaż w niektórych sektorach, o ile zmniejszy się produkcja w poszkodowanych branżach.
Niestety rząd PiS nie wykorzystał dobrze wcześniejszych lat wzrostu gospodarczego, nie zgromadził zapasów na „gorsze jutro”.
Wszelkie nadwyżki budżetowe traktował jak potencjalną kiełbasę wyborcza. Wpisywał kolejnymi ustawami kolejne transfery socjalne do bieżących i przyszłych budżetów. Kupował za nie, często też na kredyt, poparcie dla PiS w czasie ubiegłorocznych kampanii wyborczych.
Wypłacając fundusze z Programu 500+ oraz inne dodatkowe pieniądze budżetowe, rząd PiS zwalniał się z odpowiedzialności za fatalny stan służby zdrowia. Nie inwestował w publiczną służbę zdrowia. Uznawał, że każdy „obdarowany” pieniędzmi z Programu 500+ może przecież korzystać z prywatnych przychodni i gabinetów. Dopiero epidemia korona wirusa przypomniała wszystkim, że polskie prywatne kliniki nie poradzą sobie z nią.
Program 10 000 000 000
Koronnym przykładem uwikłania rządu PiS w kampanię wyborczą pana prezydenta Dudy jest skandaliczna ustawa przekazująca w najbliższych latach rządowej TVP SA prawie 10 miliardów złotych. Zamiast przekazać te pieniądze na publiczną służbę zdrowa.
Rządzony przez pana prezesa Kaczyńskiego PiS dowiódł tym, że ważniejsze jest dla tej grupy utrzymanie władzy, niż zdrowie i życie Polek i Polaków.
Pan prezes Kaczyński pokazał też panu prezydentowi Dudzie gdzie jest jego miejsce w szyku. Najpierw pozornie uległ szantażowej presji pana prezydenta i zgodził się na odwołanie pan Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP SA. Ale kiedy pan prezydent Duda podpisał ustawę przekazującą te 10 000 000 000 złotych na telewizję PiS, to następnego dnia został potraktowany przez pana prezesa jak polityczny szczeniak. Ku uciesze wielu prominentów PiS.
Bo choć pan prezes Kaczyński pana Jacka Kurskiego z funkcji prezesa odwołał, to zaraz potem pana Kurskiego powołano na „doradcę” pełniącego obowiązki prezesa TVP pana Macieja Łopińskiego.
Teraz pan „doradca” Jacek Kurski będzie rządził TVP SA z tylniego siedzenia. Tak jak Polską rządzi pan prezes Kaczyński.
Pan prezydent Duda ma inicjatywę ustawodawczą. Gdyby był politykiem samodzielnym to przysłałby do Sejmu swój projekt ustawy przekazującej te 10 miliardów złotych na walkę z epidemią korona wirusa oraz jej skutkami.
PANIE PREZYDENCIE DUDO!
Niech pan prześle taką ustawę do Sejmu RP. Niech się pan nie boi. Cała Polska w tej sprawie za panem stoi.
Biskup zaprasza na pogrzeb
Arcybiskup polskiego kościoła katolickiego Stanisław Gądecki wezwał polskich księży kat. do iście stachanowskiego współzawodnictwa. Do przodownictwa pracy w celu zwiększania ilości odprawiania mszy.
Bo nic tak ponoć nie chroni przed koronowirusem jak zgromadzanie się w kościołach. I składanie ofiar na tace też.
W tym samym czasie rząd PiS zabronił wszelkich spotkań i imprez masowych. Zakazał seansów kinowych, teatralnych, koncertów, konferencji, wieców i zgromadzeń.
Zgromadzeń kościelnych rząd nie zakazał, bo jest niewolnikiem prezydenckiej kampanii wyborczej i katolickich biskupów.
Elity PiS nie przyjmują do wiadomości, że w czasie pandemii można uczestniczyć w mszach świętych transmitowanych przez telewizję i radio. Choć wielu ludzi chorych, także w Polsce, od lat taką formę uczestnictwa stosuje.
Elity PiS nie chcą upowszechniania telewizyjnych i radiowych mszy, bo taka monitorowana msza nie może mieć charakteru wiecu wyborczego. Bo to zostanie zauważone i udokumentowane.
Biskupi katoliccy nie chcą upowszechniania telewizyjnych i radiowych mszy, bo wtedy nie ma zbiórek pieniędzy na tacę.
Dlatego msze katolickie będą się w czasach zarazy mnożyć. Będą rozprzestrzenianiu się zarazy sprzyjać. Pogrzeb bez mszy też uważany jest w PiS za niekompletny.
Dlatego apeluję do wszystkich rozsądnych i wolnych ludzi w naszym kraju. Apeluję o stosowania kościelnej kwarantanny.
Ludzie kochani, katolicy prawi. Bądźcie mądrzejsi niż PiS. Omijajcie te miejsca potencjalnej zarazy.

Nasze piramidy

Coraz częściej łapię się na tym, że zazdroszczę naszemu premierowi.

To brzydkie uczucie nasila się wtedy, kiedy pan premier raczy zaszczycić swoją obecnością jakieś niewielkie miasto i wygłasza tam motywujące przemówienie.
Schemat patriotycznych przemówień
Przemówienia pana premiera niemal zawsze składają się z trzech części. Najpierw premier chwali miejscowych obywateli i ich aktyw za coś, co właśnie zrobili, robią albo będą robić. Potem z narastającym wzruszeniem pan premier wspomina, że w swoim życiorysie ma okres, w którym pracował w czymś takim, co oni właśnie mają uruchamiać, albo miał styczność z tymi, którzy w tym pracowali. W końcu przechodzi do części trzeciej, roztaczając przed zebranymi obraz powiązanych z tym dziełem planów jego rządu, których realizacja wprawi ich w stan wiecznej szczęśliwości.
Ta trzecia część składa się głównie z bardziej odległych obietnic inwestycyjnych o rozmiarach, przekraczających wyobraźnię przeciętnego obywatela, przytłaczających go swoją wielkością. Sądzę, że pan premier, kierujący nim zdalnie zwykły, ale najważniejszy poseł i ich współpracownicy, wchodzą przy tym na znaną z historii ścieżkę tworzenia dowodów chwały. Pozostawienia po sobie czegoś, potrzebnego lub niepotrzebnego, ale wzbudzającego podziw także następnych pokoleń. Sądzę także, że bardziej inteligentna część współczesnych, na których spadnie wysiłek tworzenia tych dowodów, ma podobne wątpliwości, jakie zapewne mieli starożytni Egipcjanie i ich niewolnicy. Piramidy w Gizie, a zwłaszcza strzegący je sfinks leżący w pozycji tygrysa lub kota, budzą podziw turystów. I zapewne będą go budziły nadal za następne tysiąc lat, – jeśli ich nie zadepczemy.
Jak widać – chęć stworzenia czegoś unikalnego, albo przynajmniej największego, i pokazania światu tego dzieła, towarzyszyła ludzkości, co najmniej od kilku tysięcy lat przed naszą erą. Była i jest częścią instynktu przetrwania. U jednych słabsza, u innych silniejsza. Przypuszczam, że u pana premiera i zapewne niektórych jego doradców musi być bardzo silna, jeżeli swoimi planami inwestycyjnymi, organizacyjnymi i postępu technicznego wprawiają nas niekiedy w osłupienie.
Znam kogoś, kto z nudów liczy zarówno ogólnopolskie jak i lokalne obietnice premiera. Przekroczył już dwadzieścia. To mnie oszołomiło tym bardziej, że o wielu z nich nie miałem pojęcia. Jako minimalista pamiętam tylko o kilku najważniejszych i najbardziej kosztownych, w których optymizm premiera walczy z racjonalnym spojrzeniem byłego bankowca.
Coś największego
Największą, współczesną, polską piramidą ma być tzw. centralny port komunikacyjny. Już nie tylko lotniczy – jak nazywano go wcześniej – ale kompleksowy, integrujący także komunikację kolejową i drogową. Budowa ma się zacząć w 2022 roku, trwać 7 lat, zajmować ponad 3 tys. hektarów i kosztować około 35 miliardów złotych. Czyli w praktyce, zgodnie z naszymi doświadczeniami, co najmniej 40. Informacje o przepustowości samego portu lotniczego są zmienne, ale najczęściej powtarza się liczba 45 ml. pasażerów rocznie. Skąd taka liczba w kraju o 38 ml. Ludności? Ano stąd, że port ma się stać centralnym lotniskiem przesiadkowym dla Europy Wschodniej i Środkowej.
Koncepcja stworzenia tego portu, jako głównej piramidy dorobku rządzącej obecnie partii i jej rządu, bardzo mnie podnieciła. Rozmawiałem o tym z wieloma znajomymi, ale nikt nie potrafił mi odpowiedzieć rzeczowo na jedno pytanie.
W Berlinie, z ponad 10 letnim opóźnieniem, mają w końcu roku oddać do użytku nowe lotnisko Berlin – Brandenburg, Także „największe w tej części Europy” i obsługujące 45 mln pasażerów. Jego uruchomienie miało pozwolić na zamknięcie starych trzech lotnisk berlińskich, ale już z tego zrezygnowano. Łączna wydolność lotnisk berlińskich położonych relatywnie blisko siebie, przekroczy zapewne 70 ml. pasażerów. Skąd więc pewność, że linie lotnicze i pasażerowie będą wybierać nasze lotnisko, a nie berlińskie? Czesi, Słowacy, Węgrzy i Bułgarzy mają niewiele bliżej do Warszawy, niż do Berlina. Nasze lotnisko wejdzie na ukształtowany rynek o 7-10 lat później niż berlińskie. Odbieranie mu klientów będzie wymagało oferowania dodatkowych udogodnień, a przede wszystkim niższych cen. I to przy optymistycznym założeniu, że nikt nie będzie w tym regionie budował mniejszego lotniska, ale zaspakajającego część lokalnych potrzeb. To jednak ryzykowne założenie, bo każdy lubi mieć własne piramidy. Międzynarodowy Port Lotniczy im. W. Havla w Pradze jest stale modernizowany i rozbudowywany. Obsługuje teraz ok. 18 ml. pasażerów i chce zwiększyć przepustowość w najbliższych latach do 22 – 24 milionów.
Elektrycznym samochodem na prom
Drugą obiecaną przez premiera piramidą naszych sukcesów były elektryczne samochody, w których produkcji mieliśmy uczestniczyć i których co najmniej milion miało już w 2025 roku zapełnić nasze drogi. Premier stara się już na ten temat nie zabierać głosu, ale z rządu wychodziły stopniowo ograniczające tą obietnicę informacje. „Polski samochód elektryczny” miały produkować niemieckie firmy działające na polskim terytorium. Stan prac nad tym pojazdem przestał być publicznie omawiany, chociaż podobno „coś się robi”. Na rynku są dostępne samochody elektryczne kilku marek i liczy się, że w 2030 roku będzie ich jeździło ok. 300 tysięcy. Ta piramida premiera radykalnie zmniejszyła rozmiary i może być realna, jeśli rząd doprowadzi do zmniejszenia relatywnie wysokich cen tych samochodów. Z tym, że będą to jednak pojazdy importowane – zapewne głównie z Francji, Japonii Niemiec i z od kilku lat budzącej zdziwienie rumuńsko – francuskiej Dacji. Uruchomienie produkcji na naszym terenie, – jeśli w ogóle będzie się opłacało Polsce i niemieckiemu producentowi – musi potrwać kilka lat.
Wpadłem też w zachwyt, jak w 2017 roku pan premier, jeszcze w roli wicepremiera, stukał młotkiem w blachę stanowiącą część stępki promu, który miał być początkiem serii takich statków obsługujących naszą żeglugę morską, budowanych w szczecińskiej stoczni. Stępka stoi do dzisiaj, ale promów nie widać. Mój zachwyt obietnicą tej piramidy był od początku podszyty wątpliwościami, co do jej realności. Budowa statków pasażersko – towarowych jest znacznie trudniejsza niż „prostych” rudowęglowców czy nawet kontenerowców. Dlatego o tej piramidzie sukcesu już się nie mówi i trudno się dowiedzieć, czy w ogóle do niej się wróci. Konkurencja stoczni niemieckich i norweskich ma zresztą wiele instrumentów pozwalających na blokowanie wejścia jeszcze jednego podmiotu na ten wąski rynek.
Kanał
Te trzy wielkie piramidy polskiego sukcesu nie eliminują inicjatyw budowy mniejszych, o lokalnym znaczeniu. Jeśli pominiemy denerwującą sprawę mieszkań, to na czele tych mniejszych jest kanał przecinający mierzeję wiślaną, który – przynajmniej w założeniach – ma przynieść kilka pozytywnych efektów. Pozwoli na korzystanie z portu w Elblągu trochę większych jednostek, skróci im drogę z otwartego morza, odbierze Rosjanom monopol zezwoleń na wpływanie na zalew wiślany przez cieśninę Pilawską i będzie turystyczną atrakcją. Wprawdzie nie ma jeszcze kompletu zezwoleń na budowę kanału, ale z charakterystyczną dla nas radością wyrąbano odpowiedni pas lasu i coś się kopie. Koszt budowy tej piramidy nie jest tak szokujący, bo ocenia się go na niecały miliard zł. Jest mnóstwo zastrzeżeń dotyczących tej inwestycji poczynając od wątpliwości ekonomicznych, a kończąc na negatywnym wpływie na środowisko naturalne. W argumentacji „za” zapomina się czasem, że statki płynące do Elbląga z krajów bałtyckich położonych na północ od naszych granic będą nadal miały bliżej przez szeroką i głęboką cieśninę Pilawską. Rosja dotychczas ograniczała udostępnianie tego toru wodnego, ale to się może zmienić. Militarne przyczyny tych ograniczeń mogą okazać się słabsze od satysfakcji, że drogą legalnej konkurencji zmniejszą nam opłacalność budowy kanału. Opłacalność nieco iluzoryczną, bo tylko czasem i delikatnie wspomina się, że z kanału będą mogły korzystać tylko niewielkie jednostki. Ale nie musimy się martwić. W symbolicznym rozpoczęciu budowy brali udział notable wysokiego szczebla, z nadzwyczajnym, zwykłym posłem, włącznie. Ta piramida zapewne powstanie, nawet „bez żadnego trybu”.
Znaki pamięci
Poza piramidami sukcesu ciągle przypominamy sobie o chwalebnych zdarzeniach, które powinny być upamiętniane małymi piramidkami pamięci – czyli pomnikami. Często powstają one z trudem, walcząc z przeciwnościami losu. Prawie zawsze są kłopoty z lokalizacją, którą proponują inicjatorzy, ale która nie podoba się burmistrzom i prezydentom miast. Oni proponują inną, oczywiście mniej „godną”. Potem rodzi się z trudem projekt, który najpierw się chwali, a po zrealizowaniu krytykuje. Klasycznym przykładem jest pomnik ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, wybudowany na placu Piłsudskiego w Warszawie w formie prowadzących „do nikąd” schodów. Obawiam się, że podobny los może spotkać projektowany pomnik Bitwy Warszawskiej 1920 roku.
Jestem pewien, że przeszkody formalne, wątpliwa celowość i opłacalność, a tym bardziej moje złośliwe uwagi, nie zatrzymają procesu tworzenia polskich piramid i piramidek. Są politycznie potrzebne, bo podniecają patriotyczne uczucia suwerena. Na to nie zabraknie pieniędzy, mimo, że brakuje ich na doprowadzenie służy zdrowia do europejskiego poziomu. Taki mamy charakter. Widoczny w starym powiedzeniu „zastaw się a postaw się”. Możemy zresztą mieć nadzieję, że Polska stanie się kolejną turystyczną Mekką. Zwiedzanie naszych piramid będzie niemal obowiązkiem każdego kulturalnego człowieka. Piramidy w Gizie zejdą na drugi plan i płaczliwe miauczenie rozżalonego sfinksa będzie słychać w śródmieściu Kairu.

Setka Morawieckiego albo wielkie nic

100 dni rządu Morawieckiego przeszło bez echa. To druga kadencja rządów Zjednoczonej Prawicy i po raz drugi rząd ma samodzielną większość. Mimo to z obietnic i słynnej piątki na 100 dni niewiele wyszło.

Na początku października na kilka dni przed wyborami sam Jarosław Kaczyński zapowiedział „piątkę na 100 dni”. W najgorętszym okresie kampanii wyborczej prezes zapowiedział m.in. uchwalenie ustawy albo przygotowane programu rządowego dotyczące małego ZUS-u, 13. i 14. emerytury, pakietu kontrolnych badań profilaktycznych dla osób po czterdziestce, budowę 100 obwodnic wokół średnich i małych miast i plan dojścia do równych dopłat dla rolników. Wszystko w zaledwie 100 pierwszych dni rządu.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić

Już wiadomo, że z równymi dopłatami dla rolników łatwo nie będzie. Na razie nie ma nawet zgody co do przyszłego unijnego budżetu, a ostatni szczyt na ten temat w Brukseli został zerwany.

Co do obietnicy dotyczącej obwodnic na razie wiadomo tylko ze spotu telewizyjnego, że program jest realizowany, na ile i w jakim zakresie – nie wiadomo. Co do badań dla wszystkich po 40. roku życia – szczegółów brak. W kwestii służby zdrowia rząd bardziej zajmuje się ostatnio dotowaniem TVP.

W sprawie 13. i 14. emerytury – prezydent Andrzej Duda podpisał we wtorek odpowiednią ustawę na spotkaniu w Żyrardowie, które przypominało bardziej galę wyborczą, niż instytucjonalny akt prezydenta. Jak zapewniał Andrzej Duda, rząd przyjął także projekt ws. kolejnej, czternastej emerytury.

Mały ZUS dla mikroprzedsiębiorców jest kontynuacją poprzednich zmian rządu Zjednoczonej Prawicy. Rzeczywiście część małych przedsiębiorstw zapłaci mniej. Reszta więcej – o 115 zł, czyli 1431,48 zł.

Opozycja: Nasz drogi rząd

Zdaniem opozycji 100 dni rządu Mateusza Morawieckiego charakteryzują inne liczby.

– Symbolem rządu jest 30 milionów na nagrody dla wysokich urzędników w ministerstwach wypłacone za 2 miesiące pracy, od kiedy rząd pracuje – podsumowywał początek drugiej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy Jan Grabiec z PO.

Opozycja wytyka też, że rząd Mateusza Morawieckiego jest jednym z największych w historii – ma prawie 120 ministrów i wiceministrów. Premier Morawiecki już raz zapowiedział w poprzedniej kadencji, że zmniejszy liczbę ministerialnych stanowisk. – Wiemy, na czym to odchudzanie polegało: odwoływali wiceministra, dawali mu wyższą pensję i zatrudniali jako doradcę albo eksperta – przypomniał Jan Grabiec.
Kolejną liczbą, którą wytknęła opozycja, to 2 mld złotych, które rząd chce przeznaczyć na media tzw. publiczne. – Rząd przekonuje nauczycieli czy przedstawicieli służby zdrowia, że brakuje pieniędzy na podwyżki, zaś na propagandę TVP pieniądze są – dodaje Grabiec.

Podobno na koniec lutego premier chce sam pochwalić się swoimi osiągnięciami. Na razie w tej sprawie milczy.

Pogranicze dobrego smaku Uwaga, dla wielu osób ten tekst może być zbyt drastyczny!

Następstwa pewnej filmowej koprodukcji polsko-białoruskiej są równie bezsensowne, jak to, na co wpadli bohaterowie poniższej opowiastki. A sprowadzają się do tego, że Mateusz Morawiecki próbuje walczyć z czymś, co nawet nie ma swojej definicji w polskim prawie.
– Musimy znaleźć odpowiednie mechanizmy, które będą blokowały dostęp do treści porno – zapowiedział pan premier. I, jak to on, nie podał nic, co wyglądałoby na konkret.

Gala nie miała szczęścia do chłopów. Ani na Białorusi, ani nawet po drugiej stronie granicy, gdzie od lat mieszkała. Krawiectwo nie dawało tyle, żeby czwórka jej pozostałości po facetach, mogła żyć tak dostatnio jak ich rówieśnicy. No i szybko zbliżała się Gali 40-tka.

One i oni

Północ Lubelszczyzny nie okazała się Klondike. Ani zleceń, ani chłopów z forsą. No i na dodatek jeszcze przypałętał się Paweł. W opinii znajomych młody pijus, co jakiś czas poprawiający sobie humor i fantazję dragami. Jakoś jej to nie przeszkadzało, więc przez parę miesięcy koleś mógł koić zmysły Gali pomysłami łóżkowymi i gorzałą. A że przy okazji zagnieżdżał się w Natalii, koleżance Gali – młodszej od niej o 7 wiosen?
Gala nie była egoistką, a Natalia jako Białorusinka miała u niej specjalne względy. Nie wspominając o tym, że to się nie wymydla.
Taki stan rzeczy zmienił się, gdy w pościeli Gali pojawił się 26-letni Michał. Pił w miarę. Nie ćpał. No i miał passata.
Paweł poszedł w odstawkę. I mu się to nie spodobało. Nie dość, że stracił swoje zasadnicze pogotowie seksualne, to w geście solidarności z sypiania z nim zrezygnowała nawet Natalia.
Ale Paweł się nie poddawał. Dzwonił, esemesował i próbował się umawiać. A nawet wpadł do Gali po niezbędną mu pożyczkę. Gala dała mu 8 stów. W zamian za obietnicę, że odda za tydzień. Do Natalii Paweł też zajrzał, ale ponieważ miała tylko stówę, to musiał się zadowolić i tym.
Teraz miał kobiety w ręku. Zgodnie z przewidywaniami, po tygodniu to one zaczęły za nim wydzwaniać. No to stawiał się na spotkania i obiecując, że jak panie zrobią to i owo. A właściwie tylko owo, to hajs dostaną szybciej.
Szmalu nie było, a seks za darmo nie uchodzi nawet Białorusinkom. Kobiety się zeźliły i umyśliły, że nie dość, że kasę odzyskają, to na dodatek zrobią z Pawła gwiazdę internetu dla dorosłych.
Swoją genialną koncepcją Gala podzieliła się z Michałem. Ten wpadł w zachwyt, bo oprócz roli aktorskiej przypaść miało mu bycie reżyserem i operatorem. Zmodyfikował jedynie biznesplan obu pań. Wymyślił, że zamiast szukać nabywcy pornola w sieci, lepiej będzie go sprzedać gwieździe filmu, czyli Pawłowi. Obczytał się bowiem w mądrych książkach gdzie stoi, że zgwałcony przez babę chłop zrobi wszystko, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

Bagażnik doświadczeń

Okolice Międzyrzeca Podlaskiego to nie Bahamy. Szczególnie w grudniu. Dlatego plan zdjęciowy ekipa umyśliła sobie w pierwszym napotkanym lesie.
Prace nad pornoprodukcją ruszyły 16 grudnia 2017 roku. Natalia wyciągnęła przyszłą gwiazdę z mieszkania. Na zewnątrz Michał przeprowadził z Pawłem szybkie negocjacje. Niewerbalne zresztą. Najpierw kilka razy kopnął Pawła w twarz, a potem poprawił kijem bejsbolowym.
Kaptowanie odtwórcy głównej roli zakończyło się dlań w bagażniku passata. Ponieważ dla Natalii nie przewidziano w scenariuszu nawet epizodu, to rola panny dobiegła końca i mogła sobie pójść w cholerę
Michał z Galą ruszyli na wschód. Skonstatowali jednak, że pasażer bagażnika, jest szczęśliwym posiadaczem telefonu komórkowego. I gdyby go wykorzystał, to z pornola byłyby nici.
Szybki postój w lesie koło Sitna zaowocował odebraniem komórki, paroma kopami i skrępowaniem Pawła taśmą.
W trakcie tego Paweł przekonywał filmowców, że ich pomysł nie jest dobry. I że on – Paweł, jak tylko go wypuszczą, to przyniesie w zębach więcej kasy niż dziewczynom wisiał.
Michał na takie plewy wziąć się nie dał, po czym zakleił Pawłowi również i usta, trzasnął bagażnikiem i znów ruszył. Tym razem do zalesienia występującego koło miejscowości Dołha. Czyli na plan filmowy.

Wibracje sławy

Tam Michał zajął się uczeniem gwiazdy roli. Wbijając mu ją do głowy kolejnymi kopniakami.
Po czym wziął się za kamerę czyli smartfona i jął kręcić.
Fabuła była prosta. Do związanego faceta podchodzi Gala. Odkleja mu taśmę z ust i wykorzystując wibrator usiłuje zrobić z Pawłem to, co on wiedziony internetem robił z nią niejednokrotnie. A rzecz nosi nazwę „głębokie gardło” i polega na włożeniu cylindrycznego kształtu w usta, na tyle głęboko, by sprzęt znalazł się za migdałami.
Pawłowi ta sztuka nie wychodziła. Krztusił się i zapluwał, a poza tym wszechobecna w ujęciu krew nie spodobała się reżyserowi. Tak samo jak to, że Paweł mając sposobność, używał ust do wypowiadania słów nader niemiłych Gali. A w języku polskim uchodzących za wulgarne.
Michał wiedziony raz to chęcią obrony czci niewieściej, raz tym, że na planie ma być jak on chce, musiał Pawłowi pewne rzeczy wyperswadować. I znów użył do tego nóg.
Stąd w ujęciu drugim, zajęto się innym elementem Pawłowej anatomii. Gala zręcznie rozpięła mu spodnie, ściągnęła na żądaną przez operatora wysokość, po czym odwróciła aktora i zajęła się energicznym wprowadzeniem wibratora do jego odbytu.
Oczywiście pomysł na tę scenę też nie był obcy, ani jej ani Pawłowi, bo wszak od wielu miesięcy do takiej formy wspólnego spędzania czasu Paweł Galę przyzwyczaił. Tyle, że to jej anus grał wtedy rolę główną.
Gala kilka minut pracowała nad pupą Pawła, a on miast czuć się jak Maria Schneider w „ostatnim tangu w Paryżu”, jęczał. Bynajmniej nie z rozkoszy, ale dlatego, że plastik made in China rozrywał mu kiszkę stolcową.
I znowu ujęcie zakończyło się, gdy kamera zaczęła utrwalać nie tylko zbliżenie odbytu i wibratora, ale i – wcale nie sztuczną – krew.

Prawa autorskie

W tym momencie Gala się zsumitowała. I pognała do auta. Wróciła i zamachała nad leżącą gwiazdą przygotowanym wcześniej oświadczeniem, w którym Paweł zgadzał się na publikację swojego wizerunku występującego w nagrywanej produkcji, w internecie.
Paweł jednak był już niekumaty. Nie wspominając, że ręką nie władnął. Realizatorzy uznali zatem, że pora na kolejną scenę.
Gala zsunęła własne spodnie i majtki stwierdzając do kamery, że da się Pawłowi napić. Po czym kucnęła nad jego twarzą i zrobiła to, co tak przecież lubił, a co w języku pornografii nosi nazwę pissingu – nasikała mu na twarz.
Na tym kręcenie pornola się skończyło. Realizatorzy mając w ręku materiał zdjęciowy ruszyli go montować. Zapominając zupełnie o leżącej w grudniowym lesie, związanej taśmą gwieździe.
Na jej zwłoki natknęli się nazajutrz spacerowicze. I dlatego biegli mogli potem napisać, że facet nie zamarzł, bo przyczyną śmierci 32-latka były uszkodzenia mózgu „w postaci krwawych wylewów jak też krwiaków, powstałe w wyniku bicia po głowie twardym i tępym narzędziem”. Oczywiście uwagę patologów przykuł też anus ofiary. Napisali więc, że „ofiarę zgwałcono twardym narzędziem, wkładając je mężczyźnie do odbytu. Spowodowało to jego pęknięcie”.
Filmowcy i Natalia siedzieli już trzy dni po zdjęciach. Zostawili tyle śladów, że policja życzyłaby sobie, by każdy zabójca był aż takim kretynem.
Niekarane wcześniej towarzystwo, kibluje od dwóch lat, a teraz dowiedziało się od sądu, że w przypadku Gali i Michała ten stan potrwa jeszcze 23 lata. Zaś Natalii – trzy.
Gażę Pawła sąd wycenił na 80 tys. zł. Niedoszli filmowcy mają ją wypłacić spadkobiercom niedoszłego gwiazdora.

Elity PiS zaniemówiły. Ze wstydu?

Kalesony Pietrzaka

Co się w tej naszej Polsce porobiło. Pan prezes Kaczyński wygrał wybory. I milczy.
O jego nowych wspaniałych, uszczęśliwiających Naród „piątkach”, „siódemkach”, czy „jedenastkach” w mediach „Dobrej Zmiany” już nie słyszymy.
Milczy pan premier Morawiecki, chociaż nieraz już dowiódł, że co jak co, ale „gadane” to on ma. A teraz żadnych zapowiedzi kolejnych, iście herkulesowych prac jego ministrów już nie słyszymy.Żadna nowa, kolejna wizja budowy przedwojennej „Luxtorpedy” już nie pada.
Jak żyć panie premierze, kiedy pan milczy?
Milczy też pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek. Dzielna, jeszcze niedawno aktywna husarka „Dobrej Zmiany”. Teraz okopała się w szańcu na Wiejskiej. Nie wychyla się ani na chwilę.
Milczy jeszcze niedawno wielce wymowny pan marszałek Stanisław Karczewski. Ale kiedy już przestał być panem marszałkiem, to tak jakby mowę mu odebrało. Zresztą nie tylko mowę stracił. Okazuje się, że ten polityk i lekarz, który jeszcze niedawno wielce pouczał młodych strajkujących lekarzy, ratowników medycznych i rehabilitantów, że służba zdrowia to misja i czasem trzeba też „pracować dla idei”, w tym samym czasie bezprawnie zagarniał setki tysięcy złotych rocznie dzięki „dyżurom” w bliskim mu szpitalu. Być może też „dyżurom” fikcyjnym, odpracowanym dzięki złodziejskiej księgowości.
Milczy wymownie pan prokurator i minister sprawiedliwości w jednej osobie pana posła Zbigniewa Ziobry. Sumienie moralne Prawa i Sprawiedliwości.
Milczy pan minister spraw wewnętrznych i nadzorca służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jeszcze niedawno stawiany za wzorzec rycerza „Dobrej Zmiany”. Prawy i uczciwy. Bat na aferzystów, zwłaszcza tych z liberalnej PO. Taki „Dzierżyński” pana prezesa Kaczyńskiego.

Nie chce za to milczeć pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. Jeszcze niedawno „złoty chłopak PiS”. Prezentowany w mediach narodowo- katolickich jako wzór do naśladowania dla patriotycznej młodzieży. Szczery antykomunista od urodzenia. Towarzysz broni pana Mariusza Kamińskiego z czasów konspiracji. Niezłomny pro państwowiec tropiący „mafie VAT-owskie”. Człowiek z kryształu, jak rzekł pan Marszałek Karczewski.

Miś Ziobry i Jakiego

Pan prezes Banaś przestał milczeć, bo zapewne zrozumiał, że w tym mafijno podobnym układzie politycznym stworzonym przez prominentów PiS, jedynie sypanie, oskarżanie politycznych konkurentów może zapewnić bezpieczeństwo Banasiowi i jego rodzinie.
I pewnie dlatego dowiedzieliśmy się, że inne „złote dziecko” PiS, jak były wiceminister sprawiedliwości, obecny euro deputowany z listy PiS, pan Patryk Jaki nadzorował ministerialny pogram organizowaniu pracy dla więźniów.
Program przepięknie prezentowany w mediach narodowo- katolickich. A w rzeczywistości, zapewne kolejny „Miś”. Czyli rozbuchany, wielce kosztowny i bezsensowny ekonomicznie projekt.
Drogi, bo wtedy z gigantycznego budżetu łatwiej można „wyprowadzić”, „zoptymalizować”, czyli zwyczajnie ukraść publiczne pieniądze. Pieniądze wszystkich podatników, czyli nasze.
Przed ostatnimi wyborami w kręgach dziennikarzy, komentatorów politycznych i kandydujących do parlamentu polityków krążyła, zaczerpnięta ponoć z polskich bazarków, przepowiednia. PiS miał znowu wygrać wybory, bo polski lud, wcale nie taki ciemny i głupi, uznał, że chociaż elity „Dobrej Zmiany” kradną jak te poprzednie z koalicji PO- PSL, to jednak tym razem elity pana prezesa Kaczyńskiego nie zapominają o potrzebach ludu.
Nawet jeśli zagarniają dla siebie, ale też „dzielą się” z ludem przyrastającym bogactwem Polski. Wypłacają 500+, trzynaste emerytury, obiecują podwyżki.
Słuchając przekazów i zawiadomień pana prezesa Najwyższej Izby Kontroli można odnieść wrażenie, że elity PiS, te „złote dzieci” pana prezesa Kaczyńskiego, uwierzyły w taką przepowiednie.
Uznały, że można bezkarnie kraść, tylko trzeba jakąś działkę ludowi odpalić. I wtedy nasycony programem 500+ dobry lud złodziejstwo elitom wybaczy.
Można odnieść takie wrażenie na poważnie, bo nagle wszyscy liderzy „Dobrej Zmiany” zamilkli w tej sprawie. Milczy pan prezes Kaczyński. Milczy jego pan premier, pani Marszałek Sejmu RP. Nawet pan wicemarszałek Terlecki, uważany za wiernego psa politycznego pana prezesa, ani nie warknie na pana prezesa Banasia.
Milczą też bojowi, żarliwi niedawno narodowo-katoliccy publicyści. Bracia Karnowscy. Rodzina Wildsteinów. Piotr Semka. Milczy nawet pierwszy zagończyk prawicy Rafał Ziemkiewicz.
W licznych, wysokonakładowych narodowo- katolickich mediach nie dyskutuje się o aferach ujawnianych przez pana prezesa NIK Mariana Banasia.
Oczywiście, gdyby podobne afery dotyczyły polityków opozycji, to zagościłyby od razu i na czołówkach tychże mediów.
A tak obcując dziś z nimi można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem Polski i Polaków jest nadal nie zrealizowany projekt monumentalnego pomnika Bitwy Warszawskiej z roku 1920.
Pomnik, lansowany przez byłego „komunistę”, wielce zasłużonego kabareciarza Jana Pietrzaka, ma mieć formę wielkiego Łuku Triumfalnego. Stojącego na obu brzegach Wisły, w wersji monumentalnej. Albo na Placu na Rozdrożu, w wersji minimalnej.
Czy stać nas duży Łuk czy mniejszy? O to spierają się teraz elity PiS.
Niestety zaprezentowany projekt pomnika, jest wielce szkaradny, jak wszystkie inne pomniki postawione przez elity „Dobrej Zmiany”. Jak żywo przypomina wojskowe kalesony. Takie jakie nosił mój tatuś w czasie przegranej kampanii wrześniowej w 1939 roku.
Słuchając informacji pana prezesa Banasia o złodziejskich projektach nadzorowanych rzekomo przez ministrów sprawiedliwości można przyjąć, że ten monumentalny Łuk będzie kolejnym misiem elit „Dobrej Zmiany”.
Bo przecież im większe i droższe te triumfalne kalesony będą, tym więcej będzie można przy okazji tak monumentalnej inwestycji ukraść. I większe działki wyborczemu ludowi odpalić.
Taka to ta „Dobra Zmiana” jest.