Pogranicze dobrego smaku Uwaga, dla wielu osób ten tekst może być zbyt drastyczny!

Następstwa pewnej filmowej koprodukcji polsko-białoruskiej są równie bezsensowne, jak to, na co wpadli bohaterowie poniższej opowiastki. A sprowadzają się do tego, że Mateusz Morawiecki próbuje walczyć z czymś, co nawet nie ma swojej definicji w polskim prawie.
– Musimy znaleźć odpowiednie mechanizmy, które będą blokowały dostęp do treści porno – zapowiedział pan premier. I, jak to on, nie podał nic, co wyglądałoby na konkret.

Gala nie miała szczęścia do chłopów. Ani na Białorusi, ani nawet po drugiej stronie granicy, gdzie od lat mieszkała. Krawiectwo nie dawało tyle, żeby czwórka jej pozostałości po facetach, mogła żyć tak dostatnio jak ich rówieśnicy. No i szybko zbliżała się Gali 40-tka.

One i oni

Północ Lubelszczyzny nie okazała się Klondike. Ani zleceń, ani chłopów z forsą. No i na dodatek jeszcze przypałętał się Paweł. W opinii znajomych młody pijus, co jakiś czas poprawiający sobie humor i fantazję dragami. Jakoś jej to nie przeszkadzało, więc przez parę miesięcy koleś mógł koić zmysły Gali pomysłami łóżkowymi i gorzałą. A że przy okazji zagnieżdżał się w Natalii, koleżance Gali – młodszej od niej o 7 wiosen?
Gala nie była egoistką, a Natalia jako Białorusinka miała u niej specjalne względy. Nie wspominając o tym, że to się nie wymydla.
Taki stan rzeczy zmienił się, gdy w pościeli Gali pojawił się 26-letni Michał. Pił w miarę. Nie ćpał. No i miał passata.
Paweł poszedł w odstawkę. I mu się to nie spodobało. Nie dość, że stracił swoje zasadnicze pogotowie seksualne, to w geście solidarności z sypiania z nim zrezygnowała nawet Natalia.
Ale Paweł się nie poddawał. Dzwonił, esemesował i próbował się umawiać. A nawet wpadł do Gali po niezbędną mu pożyczkę. Gala dała mu 8 stów. W zamian za obietnicę, że odda za tydzień. Do Natalii Paweł też zajrzał, ale ponieważ miała tylko stówę, to musiał się zadowolić i tym.
Teraz miał kobiety w ręku. Zgodnie z przewidywaniami, po tygodniu to one zaczęły za nim wydzwaniać. No to stawiał się na spotkania i obiecując, że jak panie zrobią to i owo. A właściwie tylko owo, to hajs dostaną szybciej.
Szmalu nie było, a seks za darmo nie uchodzi nawet Białorusinkom. Kobiety się zeźliły i umyśliły, że nie dość, że kasę odzyskają, to na dodatek zrobią z Pawła gwiazdę internetu dla dorosłych.
Swoją genialną koncepcją Gala podzieliła się z Michałem. Ten wpadł w zachwyt, bo oprócz roli aktorskiej przypaść miało mu bycie reżyserem i operatorem. Zmodyfikował jedynie biznesplan obu pań. Wymyślił, że zamiast szukać nabywcy pornola w sieci, lepiej będzie go sprzedać gwieździe filmu, czyli Pawłowi. Obczytał się bowiem w mądrych książkach gdzie stoi, że zgwałcony przez babę chłop zrobi wszystko, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

Bagażnik doświadczeń

Okolice Międzyrzeca Podlaskiego to nie Bahamy. Szczególnie w grudniu. Dlatego plan zdjęciowy ekipa umyśliła sobie w pierwszym napotkanym lesie.
Prace nad pornoprodukcją ruszyły 16 grudnia 2017 roku. Natalia wyciągnęła przyszłą gwiazdę z mieszkania. Na zewnątrz Michał przeprowadził z Pawłem szybkie negocjacje. Niewerbalne zresztą. Najpierw kilka razy kopnął Pawła w twarz, a potem poprawił kijem bejsbolowym.
Kaptowanie odtwórcy głównej roli zakończyło się dlań w bagażniku passata. Ponieważ dla Natalii nie przewidziano w scenariuszu nawet epizodu, to rola panny dobiegła końca i mogła sobie pójść w cholerę
Michał z Galą ruszyli na wschód. Skonstatowali jednak, że pasażer bagażnika, jest szczęśliwym posiadaczem telefonu komórkowego. I gdyby go wykorzystał, to z pornola byłyby nici.
Szybki postój w lesie koło Sitna zaowocował odebraniem komórki, paroma kopami i skrępowaniem Pawła taśmą.
W trakcie tego Paweł przekonywał filmowców, że ich pomysł nie jest dobry. I że on – Paweł, jak tylko go wypuszczą, to przyniesie w zębach więcej kasy niż dziewczynom wisiał.
Michał na takie plewy wziąć się nie dał, po czym zakleił Pawłowi również i usta, trzasnął bagażnikiem i znów ruszył. Tym razem do zalesienia występującego koło miejscowości Dołha. Czyli na plan filmowy.

Wibracje sławy

Tam Michał zajął się uczeniem gwiazdy roli. Wbijając mu ją do głowy kolejnymi kopniakami.
Po czym wziął się za kamerę czyli smartfona i jął kręcić.
Fabuła była prosta. Do związanego faceta podchodzi Gala. Odkleja mu taśmę z ust i wykorzystując wibrator usiłuje zrobić z Pawłem to, co on wiedziony internetem robił z nią niejednokrotnie. A rzecz nosi nazwę „głębokie gardło” i polega na włożeniu cylindrycznego kształtu w usta, na tyle głęboko, by sprzęt znalazł się za migdałami.
Pawłowi ta sztuka nie wychodziła. Krztusił się i zapluwał, a poza tym wszechobecna w ujęciu krew nie spodobała się reżyserowi. Tak samo jak to, że Paweł mając sposobność, używał ust do wypowiadania słów nader niemiłych Gali. A w języku polskim uchodzących za wulgarne.
Michał wiedziony raz to chęcią obrony czci niewieściej, raz tym, że na planie ma być jak on chce, musiał Pawłowi pewne rzeczy wyperswadować. I znów użył do tego nóg.
Stąd w ujęciu drugim, zajęto się innym elementem Pawłowej anatomii. Gala zręcznie rozpięła mu spodnie, ściągnęła na żądaną przez operatora wysokość, po czym odwróciła aktora i zajęła się energicznym wprowadzeniem wibratora do jego odbytu.
Oczywiście pomysł na tę scenę też nie był obcy, ani jej ani Pawłowi, bo wszak od wielu miesięcy do takiej formy wspólnego spędzania czasu Paweł Galę przyzwyczaił. Tyle, że to jej anus grał wtedy rolę główną.
Gala kilka minut pracowała nad pupą Pawła, a on miast czuć się jak Maria Schneider w „ostatnim tangu w Paryżu”, jęczał. Bynajmniej nie z rozkoszy, ale dlatego, że plastik made in China rozrywał mu kiszkę stolcową.
I znowu ujęcie zakończyło się, gdy kamera zaczęła utrwalać nie tylko zbliżenie odbytu i wibratora, ale i – wcale nie sztuczną – krew.

Prawa autorskie

W tym momencie Gala się zsumitowała. I pognała do auta. Wróciła i zamachała nad leżącą gwiazdą przygotowanym wcześniej oświadczeniem, w którym Paweł zgadzał się na publikację swojego wizerunku występującego w nagrywanej produkcji, w internecie.
Paweł jednak był już niekumaty. Nie wspominając, że ręką nie władnął. Realizatorzy uznali zatem, że pora na kolejną scenę.
Gala zsunęła własne spodnie i majtki stwierdzając do kamery, że da się Pawłowi napić. Po czym kucnęła nad jego twarzą i zrobiła to, co tak przecież lubił, a co w języku pornografii nosi nazwę pissingu – nasikała mu na twarz.
Na tym kręcenie pornola się skończyło. Realizatorzy mając w ręku materiał zdjęciowy ruszyli go montować. Zapominając zupełnie o leżącej w grudniowym lesie, związanej taśmą gwieździe.
Na jej zwłoki natknęli się nazajutrz spacerowicze. I dlatego biegli mogli potem napisać, że facet nie zamarzł, bo przyczyną śmierci 32-latka były uszkodzenia mózgu „w postaci krwawych wylewów jak też krwiaków, powstałe w wyniku bicia po głowie twardym i tępym narzędziem”. Oczywiście uwagę patologów przykuł też anus ofiary. Napisali więc, że „ofiarę zgwałcono twardym narzędziem, wkładając je mężczyźnie do odbytu. Spowodowało to jego pęknięcie”.
Filmowcy i Natalia siedzieli już trzy dni po zdjęciach. Zostawili tyle śladów, że policja życzyłaby sobie, by każdy zabójca był aż takim kretynem.
Niekarane wcześniej towarzystwo, kibluje od dwóch lat, a teraz dowiedziało się od sądu, że w przypadku Gali i Michała ten stan potrwa jeszcze 23 lata. Zaś Natalii – trzy.
Gażę Pawła sąd wycenił na 80 tys. zł. Niedoszli filmowcy mają ją wypłacić spadkobiercom niedoszłego gwiazdora.

Elity PiS zaniemówiły. Ze wstydu?

Kalesony Pietrzaka

Co się w tej naszej Polsce porobiło. Pan prezes Kaczyński wygrał wybory. I milczy.
O jego nowych wspaniałych, uszczęśliwiających Naród „piątkach”, „siódemkach”, czy „jedenastkach” w mediach „Dobrej Zmiany” już nie słyszymy.
Milczy pan premier Morawiecki, chociaż nieraz już dowiódł, że co jak co, ale „gadane” to on ma. A teraz żadnych zapowiedzi kolejnych, iście herkulesowych prac jego ministrów już nie słyszymy.Żadna nowa, kolejna wizja budowy przedwojennej „Luxtorpedy” już nie pada.
Jak żyć panie premierze, kiedy pan milczy?
Milczy też pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek. Dzielna, jeszcze niedawno aktywna husarka „Dobrej Zmiany”. Teraz okopała się w szańcu na Wiejskiej. Nie wychyla się ani na chwilę.
Milczy jeszcze niedawno wielce wymowny pan marszałek Stanisław Karczewski. Ale kiedy już przestał być panem marszałkiem, to tak jakby mowę mu odebrało. Zresztą nie tylko mowę stracił. Okazuje się, że ten polityk i lekarz, który jeszcze niedawno wielce pouczał młodych strajkujących lekarzy, ratowników medycznych i rehabilitantów, że służba zdrowia to misja i czasem trzeba też „pracować dla idei”, w tym samym czasie bezprawnie zagarniał setki tysięcy złotych rocznie dzięki „dyżurom” w bliskim mu szpitalu. Być może też „dyżurom” fikcyjnym, odpracowanym dzięki złodziejskiej księgowości.
Milczy wymownie pan prokurator i minister sprawiedliwości w jednej osobie pana posła Zbigniewa Ziobry. Sumienie moralne Prawa i Sprawiedliwości.
Milczy pan minister spraw wewnętrznych i nadzorca służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jeszcze niedawno stawiany za wzorzec rycerza „Dobrej Zmiany”. Prawy i uczciwy. Bat na aferzystów, zwłaszcza tych z liberalnej PO. Taki „Dzierżyński” pana prezesa Kaczyńskiego.

Nie chce za to milczeć pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. Jeszcze niedawno „złoty chłopak PiS”. Prezentowany w mediach narodowo- katolickich jako wzór do naśladowania dla patriotycznej młodzieży. Szczery antykomunista od urodzenia. Towarzysz broni pana Mariusza Kamińskiego z czasów konspiracji. Niezłomny pro państwowiec tropiący „mafie VAT-owskie”. Człowiek z kryształu, jak rzekł pan Marszałek Karczewski.

Miś Ziobry i Jakiego

Pan prezes Banaś przestał milczeć, bo zapewne zrozumiał, że w tym mafijno podobnym układzie politycznym stworzonym przez prominentów PiS, jedynie sypanie, oskarżanie politycznych konkurentów może zapewnić bezpieczeństwo Banasiowi i jego rodzinie.
I pewnie dlatego dowiedzieliśmy się, że inne „złote dziecko” PiS, jak były wiceminister sprawiedliwości, obecny euro deputowany z listy PiS, pan Patryk Jaki nadzorował ministerialny pogram organizowaniu pracy dla więźniów.
Program przepięknie prezentowany w mediach narodowo- katolickich. A w rzeczywistości, zapewne kolejny „Miś”. Czyli rozbuchany, wielce kosztowny i bezsensowny ekonomicznie projekt.
Drogi, bo wtedy z gigantycznego budżetu łatwiej można „wyprowadzić”, „zoptymalizować”, czyli zwyczajnie ukraść publiczne pieniądze. Pieniądze wszystkich podatników, czyli nasze.
Przed ostatnimi wyborami w kręgach dziennikarzy, komentatorów politycznych i kandydujących do parlamentu polityków krążyła, zaczerpnięta ponoć z polskich bazarków, przepowiednia. PiS miał znowu wygrać wybory, bo polski lud, wcale nie taki ciemny i głupi, uznał, że chociaż elity „Dobrej Zmiany” kradną jak te poprzednie z koalicji PO- PSL, to jednak tym razem elity pana prezesa Kaczyńskiego nie zapominają o potrzebach ludu.
Nawet jeśli zagarniają dla siebie, ale też „dzielą się” z ludem przyrastającym bogactwem Polski. Wypłacają 500+, trzynaste emerytury, obiecują podwyżki.
Słuchając przekazów i zawiadomień pana prezesa Najwyższej Izby Kontroli można odnieść wrażenie, że elity PiS, te „złote dzieci” pana prezesa Kaczyńskiego, uwierzyły w taką przepowiednie.
Uznały, że można bezkarnie kraść, tylko trzeba jakąś działkę ludowi odpalić. I wtedy nasycony programem 500+ dobry lud złodziejstwo elitom wybaczy.
Można odnieść takie wrażenie na poważnie, bo nagle wszyscy liderzy „Dobrej Zmiany” zamilkli w tej sprawie. Milczy pan prezes Kaczyński. Milczy jego pan premier, pani Marszałek Sejmu RP. Nawet pan wicemarszałek Terlecki, uważany za wiernego psa politycznego pana prezesa, ani nie warknie na pana prezesa Banasia.
Milczą też bojowi, żarliwi niedawno narodowo-katoliccy publicyści. Bracia Karnowscy. Rodzina Wildsteinów. Piotr Semka. Milczy nawet pierwszy zagończyk prawicy Rafał Ziemkiewicz.
W licznych, wysokonakładowych narodowo- katolickich mediach nie dyskutuje się o aferach ujawnianych przez pana prezesa NIK Mariana Banasia.
Oczywiście, gdyby podobne afery dotyczyły polityków opozycji, to zagościłyby od razu i na czołówkach tychże mediów.
A tak obcując dziś z nimi można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem Polski i Polaków jest nadal nie zrealizowany projekt monumentalnego pomnika Bitwy Warszawskiej z roku 1920.
Pomnik, lansowany przez byłego „komunistę”, wielce zasłużonego kabareciarza Jana Pietrzaka, ma mieć formę wielkiego Łuku Triumfalnego. Stojącego na obu brzegach Wisły, w wersji monumentalnej. Albo na Placu na Rozdrożu, w wersji minimalnej.
Czy stać nas duży Łuk czy mniejszy? O to spierają się teraz elity PiS.
Niestety zaprezentowany projekt pomnika, jest wielce szkaradny, jak wszystkie inne pomniki postawione przez elity „Dobrej Zmiany”. Jak żywo przypomina wojskowe kalesony. Takie jakie nosił mój tatuś w czasie przegranej kampanii wrześniowej w 1939 roku.
Słuchając informacji pana prezesa Banasia o złodziejskich projektach nadzorowanych rzekomo przez ministrów sprawiedliwości można przyjąć, że ten monumentalny Łuk będzie kolejnym misiem elit „Dobrej Zmiany”.
Bo przecież im większe i droższe te triumfalne kalesony będą, tym więcej będzie można przy okazji tak monumentalnej inwestycji ukraść. I większe działki wyborczemu ludowi odpalić.
Taka to ta „Dobra Zmiana” jest.

Betonowy Marian

Betonowy Marian, którego nawet molibdenowy Mateusz nie tyka, akrobatyczny Daniel nie zwiedzie, a tytanowy Janusz odbija się od niego jak od arabskiej gumy, wywiódł wszystkich w pole. I ja mu w związku z tym bardzo kibicuję. Pokazał, że można postawić się naczelnikowi.

Betonowy Marian to, ma się rozumieć, prezes NIK. Wybrali go posłowie PiS i posłowie PiS namawiali do odejścia. Tylko namawiali, bo zmusić do złożenia urzędu już nie mogli. A pan Marian pokazał im klasycznego „Kozakiewicza”.

Pół Krakowa i ćwierć Mokotowa wiedziało, że pan Marian ma elegancki hotelik na godziny. Tylko rząd nie wiedział, choć do dowiadywania się ma służby specjalne. Ale nawet te służby nie ustrzegły rządu i Marian Banaś, zupełnie lege artis, prezesem NIK-u został. Ale jak nie można Mariana kijem, to może pałką.

PiS próbuje w tym momencie uprawdopodobnić w mediach rządowych dyskurs, jakoby jedynym wyjściem z tego potrzasku jest zmiana konstytucji. No bo to przecież taka prosta i oczywista sprawa, że można sobie zmienić konstytucję jak się chce i kiedy się chce. To tak, jakby w meczu Polska-Hiszpania, na najbliższym Euro, kiedy przegrywalibyśmy trzema bramkami, na boisko wkroczyć miał szef PZPN – i oświadczyć, że bardzo przeprasza polskich kibiców, ale zaraz po pierwszym golu zwrócił się do prezesa hiszpańskiej federacji, aby wspólnie zaapelować do FIFA o zmianę przepisów, w myśl których w spotkaniu międzypaństwowym w drużynie wyżej rozstawionej nie mógł grać bramkarz oraz napastnik, ale, nie wiedzieć czemu, Hiszpanie się nie zgodzili.
W związku z niesubordynacją pana Mariana, rząd wysyła przeciw niemu ABW, która ma zablokować mu na czas kontroli dostęp do informacji niejawnych. Innymi słowy, stara się rząd za pomocą dostępnego mu aparatu represji, maksymalnie utrudnić Banasiowi życie oraz wykonywanie obowiązków. To, że chcą mu napsuć krwi specjalnie mnie nie dziwi, bo nikt pod karabinem nie trzymał, kiedy pan Marian godził się objąć tekę prezesa NIK-u , a wcześniej ministra finansów. Gorzej, że robi to PiS kosztem państwa. Bo umówmy się, Marian jest, taki jest, ale coś tam jednak potrafi. Jeśli już przyszło nam przegrać z nim w klinczu, bo, jak widać, po prośbie ustąpić nie chce, należałoby zacząć ograniczać się do szorstkiej przyjaźni i uświadomionej konieczności; jest sobie Marian Banaś prezesem NIK-u, i na najbliższe lata, prezesem być musi. Pokazał już bowiem poprzedni prezes NIK, że nawet z zarzutami prokuratorskimi, można kierować Izbą pełną kadencję. Daliśmy ciała. Nie posłuchaliśmy ostrzeżeń. Mamy za swoje. Ale nawet przy takim rozwoju wypadków, i nam (rządowi) i jemu (Banasiowi) idzie o to samo. O Polskę. On ma kontrolować jak najlepiej, a my jak najlepiej rządzić, więc w najlepiej pojętym interesie Polski i Polaków, powinniśmy ze sobą współpracować, a nie drzeć koty… albo jak pies z kotem żyć. Tyle w teorii. W sprawie Banasia zastanawia mnie jeszcze jedno. Jak sobie z traumą po betonowym Marianie radzi molibdenowy Mateusz. Do państwowych zaszczytów wywiódł go, mimo że sam Marian Banaś ma bogato zapisaną kartę opozycyjną, premier Morawiecki. To u niego Banaś był ministrem finansów, a wcześniej szefem skarbówki. To w końcu Morawiecki dał mu zielone światło na objęcie prezesury NIK-u. W środowisku PiS-u teka szefa NIK-u to nie byle jaka teka. Wiadomo kto ongiś ją nosił i trampoliną do czego się stała. A tu taka potwarz. Podobno prezes Jarosław nie posiadał się ze wściekłości, kiedy pan Marian w swoim orędziu, z zaciętą miną, powoływał się na spuściznę św. pamięci prezydenta; że on też chce być taki i że się nie da zaszczuć. Głos miał pewny, brew zmarszczoną, gniew w oczach. Brakowało tylko okularów.

Poczucie humoru premiera Morawieckiego

Dobrze jest wiedzieć, że najważniejsi urzędnicy naszego państwa nie są nadętymi sztywniakami, którzy otuleni w swoje przywileje spoglądają na szarych obywateli wyniośle z góry, tylko potrafią się zaśmiać,
zażartować i w ogóle mają poczucie humoru.

Bo to właśnie prawicowe media zachłystują się zachwytem: oto pan premier Mateusz Morawiecki zaproponował opozycji współpracę i życzliwość.
Słowa premiera padły nazajutrz, kiedy całkiem niedwuznacznie zagroził sędziom, protestującym przeciwko naruszaniu prawa przez „dobrą zmianę”. I na dodatek powiedział to ten sam człowiek, dla którego manifestowanie szacunku dla hitlerowskich kolaborantów oraz oszczędne gospodarowanie prawda jest chlebem powszednim.
O współpracy i wyciąganiu ręki powiedział podwładny faceta, który na konwencji PiS był uprzejmy powiedzieć całkiem jednoznacznie, że każdy „to podnosi rękę na Kościół, chce go zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę”, wywołując u słuchaczy uzasadnioną analogię z Józefem Cyrankiewiczem, który swego czasu mówił o odrąbaniu ręki podniesionej na Polskę. Kaczyński mówił też o „zdradzieckich mordach”, pamiętacie.
Przymilał się do opozycji kolega innego gościa, który parę dni temu również całkiem jednoznacznie i po chamsku wyrażał żal, że dziś nie są czasy i warunki wojny domowej w Polsce z czasów powojennych, kiedy ludzi wyznających lewicowe poglądy po prostu mordowano.
Morawiecki powołał się w swojej wypowiedzi na prezydenta Andrzeja Dudę i jego wystąpienie w Sejmie, w którym kurtuazyjnie wspominał o możliwości współpracy polskiej klasy politycznej: „Chciałbym, żebyście państwo teraz, na rozpoczęcie tej kadencji, na początek podali sobie rękę. Po prostu, tak zwyczajnie, jak ci, którzy spotykają się po to, żeby toczyć debatę o bardzo ważnych sprawach i umieją usiąść i spokojnie dyskutować, po to, żeby się spotkać i rozejść w pokoju i w przyjaźni. Mimo wszystkich różnic i podziałów”, mówił wtedy Duda, co część polityków odebrała, raczej słusznie, jako nie wezwanie do obniżenia temperatury sporów, a jako rozpoczęcie własnej kampanii wyborczej przez urzędującego prezydenta.
Morawiecki swoje wezwanie uzasadniał koniecznością współpracy w imię „demokratycznej ojczyzny”, żartowniś. Nie pamięta o regularnym deptaniu Konstytucji przez jego rodzime ugrupowanie, zastraszaniu sędziów, wykluczaniu z życia społecznego całych grup zawodowych, promowaniu ugrupowań rasistowskich i ksenofobicznych?
I będąc tego wszystkiego świadomym ma czelność proponować współpracę i „wyciąganie ręki”???
Jest jednak tego zaskakującego zachowania wytłumaczenie. To po prostu taki żarcik pana premiera. Przedni suchar, milordzie. Przypomnijcie mi o nim, żebym mógł się zaśmiać w wolnej chwili. Premier Mateusz Morawiecki otrzymuje ode mnie tytuł Honorowego Żartownisia Roku.

Pracownika nie było

W swoim expose Mateusz Morawiecki nie powiedział nic o prawach pracowniczych i ich łamaniu.

Nie wspomniał o niepłaceniu pensji na czas, nic nie było o niestabilności zatrudnienia, o rosnącej skali samozatrudnienia i coraz częstszym omijaniu umowy na etat. Nie było mowy o przepracowaniu i zbyt długim czasie pracy setek tysięcy Polaków i Polek, omijaniu przepisów BHP przez wiele firm i gigantycznej skali wypadków przy pracy. Premier nie wspomniał ani słowem o Państwowej Inspekcji Pracy, nie mówił o sądach pracy, nie przedstawił rozwiązań na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pracy.
W expose nie było nic o biednych pracujących, o niskich płacach, o omijaniu na masową skalę płacy minimalnej, o niskich płacach w sferze budżetowej i samorządowej.
W wystąpieniu szefa rządu nie pojawiło się ani jedno zdanie o patologiach w spółkach skarbu państwa, o kolesiostwie, nepotyzmie, zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach ludzi partii i zwalnianiu wysokiej klasy ekspertów.
Szefa rządu nie zainteresowała rola związków zawodowych, którym nie poświęcił ani jednego zdania. Nie było nic o ich lekceważeniu i zastraszaniu, o mobbingu działaczy związkowych. Znacznie więcej było o prawach i interesach przedsiębiorców, szczególnie tych drobnych, u których nie ma żadnych organizacji związkowych.
Morawiecki nie zainteresował się nierównościami płacowymi w obrębie zakładu pracy, branży i całej gospodarki, a zapowiedzi zmian w systemie podatkowym dotyczyły jedynie kolejnych ulg i zwolnień dla firm. Nie było też nic o potrzebie solidarności w systemie emerytalnym, a jedynie konieczność zabezpieczenia i wzmocnienia jego komercyjnego filaru.
Mateusz Morawiecki nie mówił nic o tworzeniu nowych miejsc pracy, nie przedstawił żadnej strategii rozwoju poszczególnych branż, nie zaproponował wzrostu wydatków na sektory rynku pracy związane z edukacją, opieką zdrowotną czy opieką.
Kluczowym słowem w expose Mateusza Morawieckiego było pojęcie „normalności”. Najwyraźniej „normalność” dla PiS-owskiej władzy nie obejmuje troski o prawa pracownicze.

Polska tak nie wygląda panie premierze

Miażdżące czteroletnią propagandę obozy władzy, wygłoszone 19 listopada w Sejmie, kontrexpose Adriana Zandberga.

Przysłuchiwałem się uważnie wystąpieniu pana premiera Morawieckiego. Usłyszałem wiele słów pięknych, a nawet kilka słów słusznych. Pan premier mówił o dobrobycie i o nowoczesności. Mówił Pan pięknie, panie premierze. I byłbym nawet uwierzył, że będzie Pan budować nowoczesne państwo dobrobytu, gdyby nie jeden mały problem. Pan już rządził panie premierze i to kilka lat. Najpierw z tylnego krzesła, jako minister tego i owego, a później, odkąd pozbył się pan Beaty Szydło, jako premier. Nie może się pan odciąć od swojego poprzednika, zacząć wszystkiego od nowa. Dlatego bardziej niż Pańskie dzisiejsze obietnice interesują mnie to jakim był pan premierem do tej pory. A bilans pana rządów jest inny niż ta ulotka wyborcza, którą Pan odczytał.

Państwo dobrobytu?

Powtarzał Pan dziś, jak mantrę „państwo dobrobytu”. Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja. To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog. Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy.
Polska tak nie wygląda, Panie premierze.
Płacicie grosze pracownikom budżetówki. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Od lat nie podnieśliście pensji zwykłym urzędnikom. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo stało się najgorszym w kraju pracodawcą. Pod waszymi rządami nadal kwitną śmieciówki, nadal jest łamane na masową skalę prawo pracy. Mieliście cztery lata, żeby to zmienić. To nie było kosztowne. A jednak tego nie zrobiliście. Dużo Pan mówił o dialogu. A dialog z pracownikami od lat praktycznie nie działa. Traktujecie związki zawodowe, które reprezentują pracowników, jak wroga. Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt.
Mieszkania? Pana przechwałki brzmią tu jak absurdalny żart. Bo Mieszkanie Plus to wasza kompromitacja. Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy. Zamiast powołać publiczny podmiot odpowiedzialny za budowę mieszkań na każdą kieszeń, opowiadaliście bajki, że problem mieszkaniowy rozwiążą prywatni deweloperzy. A to po prostu była nieprawda.
Z jednym ma Pan rację – deweloperski interes się kręci. Tylko ceny za te mieszkania są astronomicznie wysokie. W 2019 roku, w środku Europy prawie połowa młodych ludzi musi gnieździć się z rodzicami, bo nie stać na to, żeby zamieszkać na swoim. I to jest podsumowanie waszych osiągnięć. To klęska! Na domiar złego uderzyliście w prawa lokatorów. Przy okazji Mieszkania Plus bezdusznie ułatwiliście eksmisje. I nie dotrzymaliście słowa w sprawie reprywatyzacji. Miała być ustawa, która ją zatrzyma. Lokatorzy na nią liczyli. A wy ich zawiedliście.

Malowane szpitale

Mówił pan o zdrowiu. Usłyszeliśmy, że będzie Pan malować ściany w szpitalach, żeby było w nich ładnie. Fajnie, tylko kto w tych pięknie odnowionych szpitalach będzie leczyć? To jest prawdziwy problem polskiego systemu ochrony zdrowia. Może pan przypomni, Panie premierze, swoje własne obietnice? Obiecaliście lekarzom-rezydentom, że podniesiecie wydatki do europejskiego minimum, do 6 proc. PKB. Uwierzyli wam i przerwali protest. I co się okazało? Oszukaliście ich. Zrobiliście to przy pomocy księgowych sztuczek, w których jest Pan – przyznaję – bardzo sprawny. Tylko to oszustwo ma bardzo krótkie nogi. Strajk może i wygasł, ale kolejki do lekarzy-specjalistów rosną. System kształcenia młodych lekarzy leży. Dramatycznie brakuje pielęgniarek. Znikają kolejne oddziały szpitalne. Ratownicy medyczni odchodzą z pracy. Państwo się sypie. A pan, z uśmiechem na twarzy mówi nam tu dziś, że wszystko idzie ku dobremu!
Otóż nie idzie. I żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa. W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście.
A jak potraktowaliście osoby słabsze? Dziś padło parę ładnych słów. Ale w nocy mamy głosować ustawę, która okradnie fundusz dla osób niepełnosprawnościami. Po co? Bo chce Pan na siłę, sztucznie równoważyć budżet. Tego wcale nie trzeba tego robić, ale postanowił Pan, Panie premierze, podlizać się finansjerze. Za tę księgową sztuczkę, każe Pan zapłacić niepełnosprawnym dzieciakom. Taki jest ten wasz PiS-owski dobrobyt. Pogratulować.

Gdzie te podatki?

Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście.
Polski budżet utrzymują pracownicy i mali, polscy przedsiębiorcy. Pod waszymi rządami wielkie amerykańskie czy niemieckie firmy nadal nie płacą podatku dochodowego. Mamy olbrzymią dziurę w CIT, w podatku korporacyjnym. Specjaliści alarmują, że z naszej gospodarki ciągle wycieka rzeka pieniędzy. Te pieniądze, których potrzeba na szpitale, na szkoły, na podwyżki dla nauczycieli – one tam właśnie są. Ale wy boicie się po nie sięgnąć.
Czasy idą cięższe. Gospodarka zwalnia. To nie jest tragedia, w gospodarce rynkowej cykl koniunkturalny to norma. Ale w Pana wystąpieniu nie usłyszałem jednak ani słowa, jak chcecie przygotować Polskę na spowolnienie? Jak zabezpieczy Pan 500+? Co z zasiłkami, jeśli wzrosłoby bezrobocie? Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji? Znowu zrzucicie koszty na pracowników, na gospodarstwa domowe? To są pytania, na które Polacy powinni poznać odpowiedź.
Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna.
Słyszymy teraz, że chcecie wydać grube miliardy złotych na F-35. Na samoloty, których wartość dla polskiej armii jest wątpliwa. Dla polskiego bezpieczeństwa potrzebne są inne inwestycje, których nie będzie – bo F-35 mają pochłonąć olbrzymie pieniądze. Lewica uważa, że to błąd. Lewica uważa, że powinniśmy wypełniać zobowiązania traktatowe. Ale nie poprzemy waszych pomysłów, żeby wydawać na zbrojenia jeszcze więcej. Niektórym w PiSie marzy się wydawanie 3 proc., a może 4 proc. PKB. My odpowiadamy: nie! Te pieniądze są potrzebne na szpitale i na szkoły. Na porządne funkcjonowanie polskiego państwa.
Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy. Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów. My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom.

Klimat

Jest wreszcie sprawa, o której nie można milczeć. Grozi nam wszystkim katastrofa klimatyczna. Mam dwójkę dzieci. Wiem, że pan też ma dzieci. I, szczerze mówiąc, dziwię się Panu. Bo postępuje Pan nieodpowiedzialnie, tak jakby w ogóle pan nie myślał o ich przyszłości. Jeśli nie powstrzymamy zmian klimatu, setki milionów ludzi uciekną z miejsc, w których będzie zbyt gorąco, żeby żyć. To będzie kryzys migracyjny, jakiego świat nie widział. Mamy już przedsmak tego, co nas czeka. Co roku dłuższa susza, coraz droższa żywność, problemy z wodą, które dotykają latem kolejne miasta w Polsce. A to dopiero początek. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci żyły w normalnym, bezpiecznym świecie, musimy działać. Musimy unowocześnić naszą gospodarkę tak, żeby nie niszczyła środowiska. Nowe, zielona gospodarka, innowacyjne technologie nie powstaną same. Musimy przeznaczyć na to budżetowe pieniądze. Takie inwestycje bylibyśmy gotowi poprzeć. Oczekiwałem w Pańskim wystąpieniu konkretów. Ale, jak to zwykle u Pana, żadnych konkretów nie było.
Zamiast konkretów, ogrywa Pan temat kryzysu klimatycznego tanimi PR-owymi gestami. Powołanie fasadowego ministra od klimatu, bez realnych kompetencji, niczego nie zmieni. Nie zazdroszczę panu ministrowi Kurtyce. Jego zadaniem będzie jeździć po świecie, ładnie się uśmiechać i przekonywać, że jest super. A w praktyce otwieracie kolejne kopalnie, topicie miliardy złotych w elektrownię węglową. Importujecie na masową skalę węgiel z Rosji. Wasza strategia energetyczna da się zamknąć w trzech słowach: “jeszcze więcej węgla”. Niszczycie świat, w którym będą żyły nasze dzieci. I to jest po prostu skrajnie nieodpowiedzialne.
O korupcji, arogancji waszej władzy, o łamaniu zasad praworządności padło wiele słów. Słusznych, więc nie będę ich powtarzać. Powiem tylko, że za czyny ponosi się odpowiedzialność. I tę odpowiedzialność po prostu poniesiecie.

Konstytucję traktuje się poważnie

W nowoczesnym państwie dobrobytu Konstytucję traktuje się poważnie. Całą polską konstytucję. Wierzę, że Polska może stać się demokratycznym państwem prawnym, realizującym zasadę sprawiedliwości społecznej. Ale nie wierzę, panie premierze, że dokona tego pański rząd. Żeby tak się stało, władzę musi objąć demokratyczna lewica.
My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić.

Moralny skandal

Zdrowie – 7,2 proc. Produktu Krajowego Brutto, leki za 5 zł.
W tej kadencji Lewica przedstawi ustawę, która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2 proc. produktu krajowego brutto. Bez ściemniania, bez oszukiwania. To są pieniądze, których potrzeba, żeby skrócić kolejki, podnieść płace pielęgniarkom, rezydentom, ratownikom medycznym, wszystkim tym, którzy walczą o zdrowie pacjentów. Zaproponujemy też ustawę, która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych. Wszystko policzone, wszystko dobrze przemyślane. Bo to jest moralny skandal, że w Polsce osoby uboższe rezygnują z leczenia. Że biedni żyją o kilkanaście lat krócej niż bogaci, bo nie stać ich na wykupywanie nowoczesnych leków. Z tym trzeba skończyć, bo to jest hańba dla Polski. Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo.
Praca – likwidacja śmieciówek, reforma PiP, minimalna płaca w budżetówce 3500, powiązanie minimalnej ze średnią
Damy też Panu szansę na serio zająć się problemami polskich pracowników.
Panie Morawiecki – Polska to nie Pan. Ale też nie ja. Ani nawet nie te 460 osób na tej sali. Polska to zmęczony ratownik medyczny, który jedzie do wypadku, żeby ocalić czyjeś życie. Polska to dyżurująca w nocy pielęgniarka. Polska to nauczyciel, zdzierający głos w przeładowanej klasie. To policjant czy strażak, ryzykujący życie, żeby chronić nas wszystkich. Ale też urzędnik, pracownik służby cywilnej, pracownik socjalny. Bez nich, bez ich pracy, bez ich wiedzy państwo nie mogłoby działać. Za tę pracę należy się szacunek i porządne wynagrodzenie.

Jeśli pracujesz w budżetówce

Dlatego Lewica zgłosi projekt podwyższenia płac w całej budżetówce. Prosta zasada: jeśli pracujesz w budżetówce, to nie możesz zarabiać mniej niż 3,5 tys. Pracy dla państwa trzeba przywrócić godność i właściwy status. Trzeba doprowadzić do tego, że pracę w szkole, w urzędzie, w szpitalu wybierali najlepsi. Nauczycielka, która uczy nasze dzieci, nie powinna się zastanawiać, czy ma za co kupić buty. Pielęgniarka, która dba o chorych, nie powinna być przemęczona. Urzędnik nie powinien myśleć o tym, gdzie dorobić, żeby wystarczyło do pierwszego. I do tego doprowadzimy.
Mówił Pan dziś, że luka płacowa między kobietami a mężczyznami w Polsce jest prawie najniższa w Europie. Nie wspomniał pan o tym, że tę lukę wyrównuje budżetówka. Bo każdy i każda zarabia w niej tak samo źle. Ale w sektorze prywatnym nierówności są duże. Nic z tym nie zrobiliście. Lewica ma propozycję, jak to rozwiązać – to zwiększenie kompetencji inspekcji pracy, Certyfikat Sprawiedliwych Płac. Położymy ten projekt na stole. Skoro równość kobiet i mężczyzn stała się dla pana ważna, to oczekuję, że go poprzecie.

Wyplenić śmieciówki

Weźmiemy się też za to, na co się nie odważyliście: likwidację śmieciówek i zagwarantowanie wszystkim polskim pracownikom równych praw. Damy Państwowej Inspekcji Pracy realne narzędzia, żeby wyplenić tę patologię. I będziemy z ciekawością patrzeć, czy PiS zagłosuje za, czy przeciwko tym rozwiązaniom.
Wreszcie sprawa ważna – minimalnych wynagrodzeń. Ich wysokość nie może zależeć od widzimisię pańskiego pryncypała, prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Płaca minimalna powinna rosnąć nie dlatego, że pan premier łaskawie się na to zgodzi, tylko wraz z gospodarką. Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem. To odpowiedzialny mechanizm, dzięki któremu płace pójdą w górę. Wszystkie płace. Bo tu nie chodzi tylko o płacę minimalną. Za wiedzę, za poświęcenie i ciężką pracę trzeba porządnie płacić.
Skoro z takim zapałem mówił pan, panie premierze, o nowoczesnym państwie dobrobytu, to liczę, że poprze pan propozycje lewicy. Inaczej byłby pan hipokrytą.

Milion aut elektrycznych?

Gospodarka, innowacyjność, rozwój, nauka – 2 proc. pkb, program Kopernik.
Słuchałem tego, co mówił pan o gospodarce i miałem wrażenie, że już to kiedyś słyszałem. Te zapowiedzi, że zerwie pan z neoliberalizmem. Że państwo, jak w książkach Mariany Mazzucato, będzie aktywne i przedsiębiorcze. Muszę przyznać, że kilka lat temu budziło to sympatię. Ale dziś, Panie premierze, Pan jest po prostu niewiarygodny. Miały być inwestycje publiczne – inwestycji nie ma. Poziom inwestycji jest nędzny. Miały być wysokie nakłady na badania i rozwój – jest nędzne 1.2 proc. PKB. W Polsce nie powstał ani jeden z miliona obiecanych samochodów elektrycznych. Dziś usłyszeliśmy, że nowoczesność i ekologia polega na tym, że ktoś starego golfa przerobi na gaz. Tyle zostało z Pana wielkich planów.

Specjalna Strefa Montowni

Za to dopłaca ciągle pan miliony z publicznych pieniędzy na budowę niemieckich i amerykańskich montowni. Polska dalej jest montownią Europy i kopalnią taniej siły roboczej, której według Pańskich dzisiejszych słów w Polsce już nie ma. Zyski, jak zwykle, zgarnia ktoś inny. Zrobił Pan z całej polski Specjalną Strefę Ekonomiczną. Parę lat temu, w swoim expose, mówił Pan, że chce skończyć z rozwojem zależnym. To, co Pan robi, to jest właśnie rozwój zależny. Zwalniacie z podatków wielkie amerykańskie korporacje, gdy ambasada USA tupnie nogą, a sięgacie po pieniądze osób z niepełnosprawnością. Jesteście tchórzami.

Twarz bankstera

W tym Sejmie Lewica złoży projekt podatku od cyfrowych gigantów. Tak, ten sam, z którego się wycofaliście. Bo naprawdę nie ma powodu żeby polskie małe firmy podatki płaciły, a Google, Amazon czy Facebook były traktowane jak święte krowy.
I jeszcze jedna sprawa – Pańska propozycja, żeby wpisać plany kapitałowe do Konstytucji. Tutaj pokazał pan swoją prawdziwą twarz – premiera-bankstera. Plany kapitałowe to jest system, w którym biedni dopłacają do bogatych. To kolejny skok na publiczną kasę, w interesie banków. Pisze o tym choćby pani profesor Leokadia Oręziak. Lewica nie zgodzi się na pewno na wpisanie tego patologicznego rozwiązania do Konstytucji.

Normalność państwa wyznaniowego

Powtórzył Pan kilkadziesiąt razy słowo “normalność” i odmienił Pan je chyba przez wszystkie możliwe przypadki. A czy jest normalne, że Pański kolega, Pan Macierewicz, marzy o katolickim państwie wyznaniowym, w którym jest jeden prezes, jedno wyznanie, jedna ideologia? Wy nie chcecie tego widzieć, ale jest też inna Polska. Polska różnorodna. I mieszkają w niej katolicy, prawosławni, ewangelicy, Żydzi, muzułmanie i ateiści. Wbrew temu, co gadacie, każda i każde z nich jest w Polsce “u siebie”. Bo to jest ich dom.
Parę dni temu rozmawiałem z moim przyjaciółmi z Hajnówki. Są prawosławni i ze zgrozą patrzą, jak rząd czci ludzi, którzy mordowali jego dziadków. Powiedzieli mi coś, które zapadły mi w pamięć: “Polska nas nie chce”. Chce powiedzieć jasno i wyraźnie: Polska nie jest własnością PiS-u, Polska nie jest własnością prawicowych fanatyków. Ta duszna atmosfera, którą rządy PiS roztoczyły nad naszym krajem, zniknie w ślad za tym, jak stracą władzę.
To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa. Ale mnie to nie dziwi. Widać szczególnie było to w 2016 roku, kiedy chcieliście przepchnąć barbarzyńskie prawo aborcyjne. Wiemy, że i w tej kadencji będziecie tańczyć, jak Episkopat wam zagra. Słychać już, że chcecie zabronić zgwałconej dziewczynie przerwać ciążę. Lewica na to nie pozwoli, bo Lewica od zawsze stoi i stać będzie po stronie praw kobiet. My nie będziemy tutaj kluczyć ani wyjmować kart do głosowania. Po prostu złożymy ustawę, która złagodzi to nieludzkie prawo!

Kraj bez strażników moralności

Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny. Nie chcą, by ktokolwiek mówił im, w co mają wierzyć. Nie chcą, by politycy bawili się w strażników moralności. Chcą wiedzieć, że mają coś do powiedzenia – o tym, jak wygląda nasze państwo, jak działa ich zakład pracy czy ich samorząd. Chcą też wiedzieć, że mogą podejmować ryzyko i popełniać błędy, bo państwo nie zostawi ich samych sobie w trudnych życiowych momentach.
Wy tej wolności ani nie pragniecie, ani nie szanujecie. Tak było przez ostatnie lata Pańskich rządów udowodniliście to aż za dobrze. Lewica chce Polski solidarnej, świeckiej i wolnej. Bo tylko w takiej Polsce wszyscy czują się bezpiecznie. Tylko w takiej Polsce wszyscy są wolni. I tylko taka Polska będzie wygodnym domem. Dla wszystkich.

PiS bez pomysłu, opozycja zahipnotyzowana

Hat-trick Kaczyńskiego zdominował debatę programową i całą kampanię wyborczą. Propozycje programowe Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące m.in. wzrostu płacy minimalnej, od kilku dni są nieustannie komentowane przez polityków opozycyjnych i dziennikarzy.

Koalicja Obywatelska straszy, że jeżeli propozycje partii rządzącej zostaną zrealizowane, Polsce zagrozi recesja i katastrofa rodzimej przedsiębiorczości, a czołowi politycy lewicy twierdzą, że w swoich pomysłach gospodarczych PiS wzorował się na jej pomysłach przedstawionych kilka dni wcześniej. Niektórzy komentatorzy powtarzają dziwną tezę, zgodnie z którą PiS jest najbardziej lewicową partią w Polsce. Środowisko Leszka Balcerowicza, tradycyjnie już, uznało PiS za partię socjalistyczną.

Wszystkie te podejścia zdumiewają – przede wszystkim tym, że traktują propozycje prezesa jako całościową wizję społeczno-ekonomiczną.

Tymczasem pomysły PiS-u na wybory są po prostu słabe, mało rozwojowe, a z jakkolwiek pojmowaną lewicowością nie mają nic wspólnego. Trudno wręcz zrozumieć, dlaczego lewica nie korzysta z okazji, aby pokazać pomysły PiS-u jako dowód jego słabości.
Propozycje partii rządzącej to każdorazowo świadczenia pieniężne dobrane pod konkretny elektorat. W przyjmowanych rozwiązaniach nigdy nie chodzi o rozwiązanie ważnego społecznie problemu czy poprawę jakości życia społeczeństwa, tylko efektowny (i zazwyczaj nieefektywny) transfer pieniężny, który krótkoterminowo zostanie doceniony przez jego odbiorców. Jednocześnie PiS powiela neoliberalny dogmat o tym, że państwo nie jest w stanie rozwiązywać kluczowych problemów społecznych i dlatego nie ma sensu rozwijać usług publicznych. Zgodnie z tym dogmatem PiS nie dba o państwową służbę zdrowia, niszczy szkolnictwo, lekceważy pomoc socjalną, nie zajmuje się ekologią czy transportem publicznym, nie interesuje się opieką żłobkową i przedszkolną, ani tym bardziej opieką senioralną. Wybrane grupy mają otrzymać nieco pieniędzy i zorganizować sobie usługi zdrowotne, edukacyjne czy transportowe na własną rękę.
Na tym właśnie polega program Rodzina 500+ – państwo ściąga od obywateli podatki, a następnie przekazuje je gospodarstwom domowym z dziećmi. Dokładnie o to samo chodzi w świadczeniu Wyprawka+. Wszyscy składamy się z podatków, aby przelać pieniądze grupie wskazanej przez partię rządzącą. Za rządów PiS podatki wciąż są bardzo mało progresywne, więc na flagowy program rządu składa się ogół obywateli, a w świadczeniu Rodzina 500+ nie ma już kryterium dochodowego nawet na pierwsze dziecko, więc środki również otrzymują biedni i bogaci, tyle że z dziećmi. W ostatecznym rozrachunku pieniądz krąży, nie zmniejszając nierówności społecznych, ani nie rozwiązując żadnego ważnego problemu. Gdyby chodziło o dobro dzieci, PiS na przykład wprowadziłby do szkół nieodpłatne pełnowartościowe posiłki dla wszystkich uczniów, ale z tego rozwiązania zrezygnowano. Znacznym ułatwieniem dla dzieci i ich rodziców byłaby też pełna refundacja kosztów podręczników, ale to program, który rozpoczął rząd PO-PSL, a PiS uznał, że nie ma sensu go rozszerzać.

Program Rodzina 500+ nie rozwiązuje też problemu ubóstwa, które radykalnie wzrosło w 2018 r.

Eksperci od wielu miesięcy zwracają uwagę, że bezwzględna bieda mogłaby być ograniczona znacznie bardziej i za mniejsze środki niż poprzez 500+, ale rząd nie chce nawet o tym słyszeć. Dlatego świadczenia z pomocy społecznej pozostają na skromnym poziomie przy niskich kryteriach dochodowych. Na ograniczenie ubóstwa duży wpływ miałoby zwiększenie dostępności leków i obniżki cen transportu na terenach wiejskich, ale to również kwestie zbyt skomplikowane i trudne do przekazania w kampanii wyborczej, więc rząd bardzo niewiele robi na tych obszarach. Jest 500+ i 300+, więc obywatele mają być zachwyceni. A gdy ktoś protestuje, to się go straszy złymi liberałami, którzy przyjdą i zakręcą kurek z pieniędzmi. Niestety opozycja nie korzysta z okazji, aby na tym polu nakreślić alternatywę wobec polityki rządu. Wciąż słyszymy, że świadczenia rządu są świetnymi rozwiązaniami, które co najwyżej zostaną rozwinięte o nowe propozycje. Skąd na nie wziąć pieniądze, już się nie dowiadujemy. Najwyraźniej i lewica, i liberałowie dali się zaszantażować polityce społecznej władzy i uznali, że inna polityka nie jest możliwa.
Tak właśnie wygląda reakcja opozycji na tzw. hat-trick Kaczyńskiego. Już w 2015 r. wiele słyszeliśmy o dobrej zmianie na rynku pracy. Minęły prawie cztery lata i nic takiego nie nastąpiło. Liczba umów niestandardowych utrzymuje się na wysokim poziomie, skala samozatrudnienia wręcz wzrośnie, a PIP wskazuje, że wciąż funkcjonują dziesiątki tysięcy umów zleceń, gdy są spełnione kodeksowe warunki etatu. Jednocześnie w bezpośrednio nadzorowanych przez władzę instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa panuje kolesiostwo, mobbing, dyskryminacja związków zawodowych poza podporządkowaną władzy „Solidarnością”. Na dodatek utrzymują się bardzo niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia czy pracowników socjalnych, a władza co najwyżej arbitralnie podnosi wynagrodzenia wybranym pracownikom i grupom zawodowym. Nie tylko więc nie ma dobrej zmiany na rynku pracy, ale wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia standardów pracy pomimo świetnej koniunktury gospodarczej.
W tym kontekście deklaracja Kaczyńskiego odnośnie skokowego wzrostu płacy minimalnej wygląda na wyabstrahowany pomysł obliczony na wygraną w wyborach parlamentarnych, a nie przemyślane rozwiązanie, dzięki któremu mieliby zyskać pracownicy.
Zresztą wydaje się, że nawet część rządu nie została poinformowana o pomysłach prezesa partii.

Wielu lewicowych komentatorów docenia gest prezesa, twierdząc, że pokazuje on odwagę i wrażliwość PiS-u na tle partii opozycyjnych. Niektórzy wręcz żałują, że nikomu nie udało się przelicytować pomysłu partii rządzącej. Tymczasem propozycję nagłego wzrostu płacy minimalnej bez zmiany innych wskaźników społeczno-ekonomicznej trudno jednoznacznie ocenić.

Oczywiście płacę minimalną warto szybko podnosić, ale powinna to być część całościowych działań na rzecz świata pracy. Warto pamiętać, że w krajach socjaldemokratycznych głównym mechanizmem poprawy sytuacji pracowników są układy zbiorowe, których w Polsce prawie w ogóle nie ma. Są też silne związki zawodowe, które PiS całkowicie lekceważy, mając jedynie podporządkowaną sobie „Solidarność”. Ważnym elementem stymulowania wzrostu płac są też podwyżki w sferze budżetowej i samorządowej. Tymczasem na tym obszarze rząd robi bardzo niewiele i bez zmiany strategii, a przy zachowaniu deklaracji o wzroście płacy minimalnej, za 3-4 lata być może nawet połowa pracowników będzie zarabiać minimalne wynagrodzenie. Zresztą GUS pokazuje, że już teraz rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną.
Rośnie też odsetek samozatrudnionych i rząd nie wprowadza żadnych ustawowych mechanizmów na rzecz ograniczenia umów niestandardowych. W praktyce daje to możliwości omijania płacy minimalnej na masową skalę, co zresztą już teraz ma miejsce. Warto więc podnosić płacę minimalną, ale tak, aby pomagała ona ludziom pracy. Czy w wersji PiS-owskiej skutki będą wyłącznie pozytywne – można mieć wątpliwości, a w każdym razie partia rządząca nie zadbała, aby pokazać, że wzrost płacy minimalnej jest częścią szerszego planu. Nie jest też jasne, dlaczego płaca minimalna ma wynosić w 2021 r. 3000 zł brutto, a w 2024 r. 4000 zł. Czy dlatego, że takie kwoty efektownie wyglądają? A jeżeli w 2022 r. przyjdzie recesja i średnia płaca stanie w miejscu, to co wtedy zrobi prezes? Znacznie lepszym rozwiązaniem rekomendowanym przez Lewicę, Koalicję Obywatelską i związki zawodowe jest powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem albo z medianą.

Można pomyśleć nad takim mechanizmem też w obrębie poszczególnych branż, ale musi tu być jakaś odpowiedzialna myśl, a nie tylko plan na wygranie wyborów.

Jeszcze mizerniejsza i krótkofalowa jest propozycja wypłaty trzynastek i czternastek dla emerytów. Emerytury w Polsce są coraz niższe, szczególnie kobiet, ale jednorazowy prezent z okazji wyborów nie ma nic wspólnego z odpowiedzialną polityką senioralną. PiS nawet nie próbuje rozwijać całościowej polityki senioralnej, nie ma żadnego pomysłu na służbę zdrowia, nie wspiera osób z niepełnosprawnościami, nie podejmuje działań na rzecz aktywizacji zawodowej osób starszych ani nie ma pomysłu, jak systemowo podnieść emerytury. Jedyny pomysł to efektowne i mało efektywne rzucenie jednorazowego dodatku, który przy gorszej koniunkturze można będzie zlikwidować. Takie podejście nie rozwiązuje żadnego problemu, ani nie daje szansy na trwałą poprawę jakości życia seniorów. To obietnica sformułowana tylko po to, aby PiS wygrał wybory.
Co na to opozycja? Nikt nawet nie krytykuje takiej metody radzenia sobie z problemami społecznymi, a opozycja jednym chórem woła, że żadnego PiS-owskiego świadczenia nie zniesie. Skoro tak, to trudno dociec, z jakich środków Schetyna, Kidawa-Błońska, Czarzasty czy Zandberg zrealizują swoje własne obietnice – zresztą znacznie sensowniejsze niż trzynastki i czternastki Kaczyńskiego. Ale jeżeli lewica i liberałowie chcą utrzymać wszystkie świadczenia wprowadzone przez PiS, to bez radykalnego podniesienia podatków nie znajdą środków na realizację swoich programów.

Ostatni pomysł z hat-tricku Kaczyńskiego o znacznie wyższych opłatach dla rolników to już czysty wyborczy populizm, nie mający związku z rzeczywistością, gdyż poziom dopłat będzie zależny od decyzji całej Unii Europejskiej, a nie woli prezesa. A w Unii mało kto interesuje się hat-trickiem Kaczyńskiego czy piątką Morawieckiego. 500

Wirtualne inwestycje Morawieckiego

PiS nie potrafi zrealizować nawet swoich, najgłupszych obietnic.

Morawiecki zanim został premierem, był wicepremierem. Specjalizował wtedy w opowiadaniu bajek. Choćby tej o „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Dzięki niej mieliśmy, za 2 biliony złotych, w ciągu paru lat przegonić Niemcy. No i mieć „Luxtorpedę 2.0”.
Potem było o milionie polskich samochodów na prąd. Był chrzest stępki w nieistniejącej stoczni. No i mrzonki o kolejach wielkich prędkości. Nie brakło bajań o rowerowych autostradach i innowacyjności polskiej myśli technicznej.

Kto da więcej niż ja

Po tym jak Morawiecki został premierem nic się nie zmieniło. Ba pojawił się nawet nowy zestaw bajań, określany przez miłą Morawieckiemu część mediów jako „piątka Morawieckiego”. Acz gwoli sprawiedliwości jedną z obietnic zrealizował. Rodzice uczniów dostali po 300 zł na wyprawkę szkolną.
Dlaczego akurat to się udało? Bo nie wymagało fachowców, logistyki, negocjacji, procedur i tego wszystkiego, co składa się na zrealizowanie czegokolwiek, co nie jest prostym rozsyłaniem pieniędzy.
Każde działanie PiS zakładające stworzenie czegoś materialnego, zawodzi. Najlepszym przykładem jest klęska „Mieszkania plus” opisywana tyle razy, że nie ma sensu powtarzać tego po raz enty.
Dokładnie tak samo wygląda realizacja innych „rewolucjonizujących życie Polaków” inwestycji PiS.

Mierzeja

Przekopanie Mierzei Wiślanej to oczko w głowie PiS. Trują o tym od lat. Natomiast od chwili, gdy objęli władzę, na plaży pojawili się już chyba wszyscy prominentni politycy tej partii wbijający palik, czy wykopujący łopatą piasek.
Od dłuższego czasu obowiązuje narracja według której przekop ma być gotowy w 2022 r. I kosztować 880 mln zł. Aby się to udało powinien być realizowany harmonogram. Ten zakładał, że decyzja środowiskowa powinna być wydana w pierwszym półroczu 2018 r. Tymczasem Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podpisał ją 5 grudnia 2018 r. To na jej podstawie zrobiono na Mierzei jedną jedyną konkretną rzecz – wykoszono pas lasu.
Kolejnym etapem przekopywania się miało być uruchomienie przetargu w drugim półroczu tamtego roku. No i uruchomiono. Nawet 3 razy. Efekt jest taki, że za chwilę skończy się połowa tego roku, a wykonawcy nie ma. Za parę dni ma dojść do kolejnego otwarcia kopert z ofertami. I pewnie znów się nie uda. Niezadowoleni z rozstrzygnięć pewnie znów procedurę przetargową oprotestują twierdząc, że jest niejasna i utrudniaj uczciwą konkurencję. Po czym ogłosi się piąty przetarg.
Istnieje też możliwość, że do przetargu nie stanie żadna firma. Wydumane przez PiS 880 mln zł, to bowiem stanowczo za mało. Przecież – państwowy przecież – Urząd Morski w Gdyni wyliczył koszt przekopu i drogi wodnej na 1,3 mld. zł. Zaznaczając przy tym, że ta kwota nie uwzględnia budowy kanału bocznego do planowanej wyspy powstałej z toru wodnego na Zalewie Wiślanym.
Gdyby jednak podliczyć to wszystko do kupy, to wyszłoby, że 2 miliardy zł na budowę przekopu, wyspy i toru wodnego nie wystarczą. Nie wspominając o setkach milionów niezbędnych do zbudowania zupełnie nowego portu w Elblągu.
O bezsensie całego przedsięwzięcia i tak najlepiej świadczy wyliczenie mówiące, że gdyby port w Elblągu przeładowywał 10 razy tyle co teraz, a stawka przeładunkowa wzrosłaby w nim dwukrotnie, to nawet przy kosztach rzędu 880 mln zł, inwestycja zwróciłaby się po 450 latach. Tymczasem koszty te będą niemal trzykroć większe. I to tylko po to, żeby wozić towary morzem do Gdańska, gdy przejazd tam ciężarówką z Elbląga zajmuje niecałą godzinę.
Co prawda Jarosław Sellin 2 lata temu zapowiadał, że przekop sam się sfinansuje. Bo pod piaskiem na Mierzei jest w cholerę bursztynu. Takiego wartego prawie miliard złotych.
Urząd Morski w Gdyni wydał na badania geologiczne 400 tys. zł. Wyszło z nich, że bursztyn owszem jest, ale do pozyskania nadaje się jedynie taki za pół mln zł. Zaś pozyskiwanie to będzie kosztowało 385 tysięcy.
Jeśli to wszystko dodać, to wychodzi, że bursztyn z Mierzei nie umniejszy kosztów, a wręcz przeciwnie. Będzie kosztował polskiego podatnika prawie 300 tys zł dodatkowo.
W tym ekonomicznym kontekście, robienie PiS zarzutu, z nieprzekopywania Mierzei, byłoby bez sensu. Należy zatem trzymać kciuki, za to, żeby ogłoszono przetarg piąty, szósty, siódmy…. I liczyć, że w międzyczasie na miejscu wycinki lasu wyrosną nowe drzewa.

Budujemy mosty

„Polska jest podzielona przez piękne polskie rzeki (…), ale one często (…) jednocześnie powodują pewien rozziew, pewien rozdźwięk między poszczególnymi regionami. Jest co najmniej osiem, dziesięć mostów, których bardzo brakuje” – opowiadał 2 lata temu w Przysusze Morawiecki.
Rok temu z 9 liczba mostów skoczyła do 22. Nazwano to rządowym projektem „Mosty dla regionów” i zadeklarowano na ich zbudowanie 2,3 mld zł.
Euforia w wielu nadrzecznych miejscowościach w Polsce zgasła gdy okazało się, że „samorządy będą mogły otrzymać dofinansowanie na pokrycie aż 80 proc. wydatków kwalifikowalnych danej inwestycji. Pozostałe 20 proc. wartości zadania to wymagany wkład własny, który jednostki samorządu terytorialnego muszą zapewnić w swoim budżecie”.
Samorządy skalkulowały, że gdyby most kosztował 200-300 mln zł, to gmina musiałaby znaleźć na jego budowę 40-60 mln zł. Ale to jeszcze i tak nic, bo według programu rządowego drogi dojazdowe do takiej przeprawy musiałaby wybudować gmina. I to w 100 proc. na własny koszt. Ten zaś to, kolejne 30 mln zł.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że cena mostów w rządowym programie przewyższałaby to, co jest dla gmin niezbędne. Nowe most miałyby mieć paramerty spełniające standardy wojskowe. Czyli musiałyby udźwignąć kolumnę czołgów i mieć konstrukcję, która nie zawaliłaby się od bomby.
Mimo wszystko chętni do budowy mostów się znaleźli. Do Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wpłynęło 75 wniosków. Na ich przygotowanie poszło już z publicznych pieniędzy ponad 86 mln zł. Ale dzięki temu wiadomo, że gdyby miały być budowane wszystkie przeprawy, to rząd musiałby wysupłać nie 2,3 mld zł, ale grubo ponad 4 miliardy.
Kiedy miałyby być rozpatrzone wnioski nikt nie wie. Mówi się o lipcu. Potem będą znane procedury czyli decyzje środowiskowe i oczywiście przetargi. Te skończą się tak jak wszystkie związane z budowlanką. Brakiem chętnych za takie jak w budżecie inwestycji, pieniądze.
A potem wszyscy o rządowym programie zapomną.
Jedynymi wygranymi zostaną Kazimierz Dolny i Janowiec. Bo to te miasta wspominał w przemówieniu Morawiecki, jako przykładach miejsc, które jego program ma połączyć mostami. Oba bowiem miasta, po przeczytaniu zasad koncepcji rządu, nawet złotówki nie poświęciły by starać się w nim uczestniczyć.

Hub

Powstanie gigantycznego lotniska Morawiecki też ogłosił w 2017 roku w Przysusze. Podał nawet termin od kiedy ma zacząć przyjmować i odprawiać samoloty. Znaczy rok 2027.
Centralny Port Komunikacyjny umyślono umieścić 40 km na zachód od Warszawy. Założono, ze ma od mieć przepustowość kilku lotnisk Chopina, czyli 100 mln pasażerów rocznie.
Kosztorys opiewał na 35 mld zł. Z tego 16-19 mld zł miał kosztować sam port lotniczy, 8-9 mld zł nowa linia kolejowa Warszawa-Łódź oraz łącznik do Centralnej Magistrali Kolejowej, natomiast pozostałe 7 mld zł miały pochłonąć inwestycje drogowe. Parę miesięcy temu podano, że do tego należy doliczyć jeszcze 40 mld zł, bo trzeba wyremontować bądź wybudować 1300 km linii kolejowych.
Prace ruszyły z kopyta. Przez 2 lata udało się nawet rządowi przeprowadzić przez Sejm specjalną ustawę w sprawie hubu lotniczo-samochodowo-kolejowego.
Lokalnym samorządowcom też się udało. Przeprowadzili w gminie Baranów, gdzie ma powstać „komunikacyjne serce Polski”, referendum. I okazało się, że „nie” dla CPK powiedziało niemal 83 proc. głosujących. Nie dotarł do nich argument rządu, że położenie geograficzne Baranowa sprzyja inwestycji. Wszak miejscowość jest usytuowana „na przecięciu tras między najważniejszymi metropoliami takimi, jak Los Angeles – Tel Awiw, Wiedeń – Tokio, Szanghaj – Paryż czy Nowy York – Teheran. Centralny Port Komunikacyjny dzięki swojemu położeniu będzie mógł oferować wygodne połączenia na Daleki Wschód i do Ameryki Północnej”.
Dla rządu wynik referendum nie znaczył nic. CPK miało bowiem swoje własne harmonogramy. I właśnie okazuje się, że one biorą w łeb. Do końca roku założono bowiem, że cała potrzebna pod lotnisko ziemia będzie w rękach spółki CPK. To zaś oznacza, że co się uda wykupić po dobroci, państwo powinno wykupić, a z reszty – właścicieli wywłaszczyć.
Tymczasem nie kupiono nawet morgi. Zarząd CPK tłumaczy się teraz, że „żeby przystąpić do negocjacji dotyczących pozyskiwania nieruchomości, musimy znać bardzo precyzyjnie obszar inwestycji, co stanie się po opracowaniu planu generalnego CPK”. Dzięki czemu wiemy, że coś co ma hulać już za 8 lat, nie ma nawet sensownego planu. I mieć nie będzie, bo „w tym roku spółka planuje zlecić przygotowanie planu generalnego”. To zaś z kolei oznacza, że żaden wykup ziemi nie ruszy.
W lutym miała rozpocząć dyskusje o wykupie rada społeczna złożona z delegatów 3 gmin na terenie których powstać ma inwestycja. Do dziś dwie z nich jeszcze nikogo nawet nie delegowały. Co wcale nie jest dziwne, bo przeznaczone pod lotnisko ziemie są urodzajne nadzwyczaj i miejscowi na ich sprzedaż się nie godzą.
To wszystko jednak nie przeszkadzało przedstawicielom rządu popisywać się podczas Europejskiego Kongresu Ekonomicznego w Katowicach wizualizacją hubu. Demonstrowano na prawo i lewo jako pewnik, zrobione na komputerze obrazki.
Doszło do obciachu, po którym wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild musiał się tłumaczyć, że zaprezentowana wizualizacja to jedynie wstępny szkic, który może ulec zmianie.
Jeszcze śmieszniej było kilka dni temu na Forum Ekonomicznym w Krynicy.
– Spółka Centralny Port Komunikacyjny zbiera uwagi do założeń koncepcyjnych Portu Lotniczego Solidarność – powiedział Mikołaj Wild.
Czyli robi coś, co powinno być przeprowadzone przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji.
Obok Baranowa, w Wiskitkach, jeszcze 10 lat temu stały w polu ruiny wiaduktów z budowanej tam za Gierka autostrady z zachodu Europy na olimpiadę w Moskwie. Dróg do tych wiaduktów nigdy nie wybudowano. Dokładnie to samo spotka – zdaniem miejscowych – pisowskie megalotnisko.

Bigos tygodniowy

Przed laty popularna była seria dowcipów o „szczytach”: głupoty, szybkości, powolności, refleksu, gapiostwa. N.p. szczytem bezczelności było wypróżnienie się na cudzą wycieraczkę, zapukanie do drzwi i zażądanie papieru toaletowego. Wygląda jednak na to, że rekord ten może zostać pobity przez PSL i PO. To pierwsze podobno ma nie godzić się na wejście do koalicji w której będzie SLD, czyli przebrzydli postkomuniści, ci sami, z którymi PSL współrządziło dwie kadencje, ale wtedy jakoś ich partner nie brzydził. Z kolei w PO pojawił się podobno koncept, by na listy koalicji nie dopuścić tych działaczy SLD, którzy należeli do PZPR. A jeszcze niedawno Miller i Cimoszewicz im nie przeszkadzali, choć byli kimś więcej niż szeregowymi członkami tejże. Okazuje się, że po 1989 roku mogły powstać dziesiątki lichych partii i partyjek, przez które przewinęły się setki rozmaitych marnych osób, kombinatorów, aferzystów, obłudników, głupców, fanatyków. Ale to nic. Odrażająca, brudna i zła jest oczywiście tylko jedna historyczna partia, nie istniejąca od prawie trzydziestu lat. Jeśli wspomniane pogłoski się potwierdzą to rekord bezczelności i absurdu z wycieraczką i papierem toaletowym zostanie pobity o kilka długości.

PiS odbyło trzydniowy wiec w Katowicach. Programowy. Jednak żadnej kolejnej obietnicy „do kieszeni” nie ogłoszono, bo widocznie mieszek nawet im opustoszał. W zamian, Młody Morawiecki obiecywał świetlaną przyszłość i pół miliona nowych drzew do końca roku. Obliczono, że aby to wykonać, trzeba by sadzić kilkaset drzewek na sekundę. Nie po raz pierwszy dało się zauważyć, że MM jest jednak mocno „wyjebany w kosmos”, jak mawiała – do niedawna, a może jeszcze mawia – młodzież.
PiS przypuścił ostry atak na niepokornych prokuratorów: Mariusza Krasonia, Dariusza Mazura i Łukasza Bilińskiego. W stosunku do tego pierwszego Ziobro i Święczkowski zastosowali represję w postaci odległej zsyłki w tempie instant. Za chwilę uderzą w sędziów. Z braku chleba, czyli kasy do dalszego rozdawania, będą przedwyborcze igrzyska pod hasłem walki z „nadzwyczajną kastą” .

Westerplatte wzięte. Po upływie 80 lat, po generale Eberhardtcie, zdobyli je szturmem ludzie cywila Kaczyńskiego. Jednak w lepszym stylu i tempie niż Niemiec. Wtedy bowiem Westerplatte broniło się siedem dni. Tym razem obrona trwała tyle, ile głosowanie w Sejmie, czyli kilka chwil.

Jak stare prześcieradło – czyli w swoim stylu – wydarła się Beata Szydło na Bartosza Arłukowicza za rzekomy pogardliwy rechot w stosunku do prostego człowieka z Węgrowa. Szydło podobno była w dzieciństwie tzw. chłopczarą, czyli szlajała się z chłopakami po podwórkach upodobniona do nich także krótkimi włosami. Widocznie jednak łaziła z chłopakami za mało, bo nie zauważyła że pomiędzy kumplami zdarza się takie wzajemne robienie z siebie jaj i rechotów. Toteż pan Andrzej z Węgrowa (dla Arłukowicza Andrzej) pojawił się po tych wrzaskach przed kamerą razem z Arłukowiczem i zapewnił, że nie tylko się nie obraził, ale też nie jest obrażonym wyborcą PiS.

Rozumiem irytację Wincentego Elsnera na przedłużające się „czekanie w przedpokoju Schetyny”, rozważającego czy wybrać do tanga SLD czy jednak PSL. Z drugiej jednak strony pojawia się coraz więcej głosów opartych na wyliczeniach, że nie byłoby źle, a może nawet lepiej dla wyniku wyborczego opozycji, gdyby zamiast jednego bloku przeciw PiS, powstał też drugi blok lewicowy.
„Waszym psim obowiązkiem jest tolerowanie wyśmiewania się z was. (…) Wbijcie to sobie do waszych zamordystycznych głów: nikogo nie interesuje, że czujecie się obrażani” – napisał publicysta Jakub Wencel do katolików obrażonych drwinami z mszy i Bożego Ciała. Podpisuję się pod tym. Jestem za prawem do nieograniczonych drwin, a innym przyznaje prawo do nieskrępowanego ze mnie jako ateisty.

Medioznawczyni Anna Karp, zwolenniczka PiS i ekspertka obecnej KRRiT stwierdziła, że trudno sobie nawet wyobrazić co by było, jaką skalę miałoby miejsce obrażanie religii katolickiej, gdyby PO nadal rządziła. Otóż nic by nie było. Panowałaby atmosfera znużenia, „ciamciaramcia” i nikt by nie był do takich drwin stymulowany. To dopiero przyjście do władzy PiS i jego ekstremalne wspieranie Kościoła kat. (z wyjątkiem niebezpiecznej kwestii aborcyjnej) sprowokowało tak silne antyklerykalne nastroje wśród szerokich kręgów młodego pokolenia. Miał rację Jarosław Marek Rymkiewicz, że Jarosław Kaczyński popchnął historię do przodu „gryząc żubra w dupę”.

Z frontu na Westerplatte: ktoś sobie zakpinkował, że PiS zrekonstruuje (skorupę) pancernika Schleswig-Holstein i ustawi go naprzeciw półwyspu, by pokazać jaka góra stali runęła na garstkę biednych Polaków. I okazało się, że w PiS to podchwycili i niektórzy poważnie taką rekonstrukcję i ekspozycję rozważają. Mnie by się to nawet podobało, tak jak jestem za rekonstrukcją Pałacu Saskiego. Argumenty mam na to dwa. Po pierwsze, Polska straciła w przeszłości dużo cennej substancji historycznej i lepsze rekonstrukcje (jak warszawska Starówka) niż pustki. Po drugie, ze Schleswigiem-Holsteinem zrobiłbym sobie słitfocię.
Aferka z terminem wyborów jesiennych. Młody Morawiecki wygadał się z terminem 13 października, na co obraził się Duduś, bo to przecież prezydent ogłasza termin wyborów. Wyszło więc na to, że znów nic od niego nie zależy. Wiedzą to „wszyscy” więc powinien wiedzieć i on, a też powinien się do tego przyzwyczaić. Ale Duduś ma niedojrzałą, infantylną osobowość katolickiego maminsynka (mówię to jako psycholog kliniczny z pierwszego wykształcenia) i jak to dziecko potrzebuje być utrzymywanym w fikcji. A że po raz kolejny pozbawiono go iluzji, więc wziął i się obraził.

Jakubowska Aleksandra („i czasopisma”), która sobie zrobiła zawód z oszalałej nienawiści do eks-kolegów z SLD, już pełną parę bryluje w prawackich mediach. Prowadzi swój program w jakiejś ich telewizyjce, a w nowym programie Rachonia Michała („Idziemy dalej” – ten zawsze umie spaść na cztery łapy) w TVPiS dyskutowała obok karka narodowego Kowalskiego Mariana z Lublina.

Zapaść postkomunistyczna

Pan premier Morawiecki, w krótkiej wypowiedzi dla mediów, określił minioną epokę – jak mniemam do 1989 do 2016 roku- okresem zapaści postkomunistycznej. Czyli wszystko co się w tej epoce działo prawie zepchnęło kraj do przepaści. Jak wiadomo wg PiS tamte czasy były epoką grabieży majątku narodowego, uwłaszczania się nomenklatury i liberałów, którzy za nic mieli dobro ludu.
Idąc tym tokiem myślenia to premier Morawiecki jest jednym z największych beneficjentów tamtej epoki. Kościół w tamtych czasach bardzo wydatnie przyczynił się do owej grabieży. Za darmo od skarbu państwa otrzymał kilkaset tysięcy hektarów ziemi i tysiące obiektów. Ziemi kościół błyskawicznie się pozbywał. Sprzedawał ją po niewysokich cenach, bo wtedy niepotrzebna była zgoda Watykanu, a i proboszczowie jak wiadomo mają pojemne kieszenie w sutannach i nie tylko duchem świętym żyją. Korzystali na tym rożni spekulanci. Dokumentacja po takich transakcjach jest bardzo skromna i często gdzieś tam zaginęła. Na takiej państwowej, a chwilowo kościelnej ziemi, wzbogacił się premier Morawiecki. Teraz za nic nie chce pokazać ile ta ziemia jest warta i co tam jeszcze dodatkowo na małżonkę przepisał. Wcześniej małżeństwo dokonało rozdzielenia majątku, co w katolickim kraju pachnie libertynizmem.
I dalej. Według PiS zagraniczni kapitaliści to krwiopijcy wyprowadzający zysk za granicę i pozostawiający Polakom ochłapy. W epoce zapaści postkomunistycznej premier Morawiecki w pełnym oddaniem służył owym zagranicznym krwiopijcom. Był prezesem zagranicznego banku. Za ową jurgieltniczą służbę otrzymał bardzo sowite wynagrodzenie. Według opinii PiS można uznać te pieniądze za współczesne srebrniki. Rocznie zarabiał miliony złotych gdy lud musiał zadowalać się skromnymi tysiącami lub szukać szczęścia za granicą. Zgromadził za tą służbę wiele milionów złotych. Po dwakroć więc jest premier superbeneficjentem tamtej postkomunistycznej zapaści. Jeżeli więc uważa, że był to okres grabieży i łupienia Polski to jest on (premier) jednym z liderów owego łupienia.
Przypuszczam, że premier chlapnął taką głupotę nim pomyślał.