Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55 proc. głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie.

 

Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą. Nie wierzy w globalne ocieplenie; finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.
Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja. Fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

 

Tropikalny faszyzm

Na pierwszy rzut oka, przeszkodę dla najbardziej ekstremalnych pomysłów Bolsonaro powinno stanowić to, że na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii (liczba partii politycznych w Kongresie Narodowym sięga trzydziestki) każde posunięcie legislacyjne wymaga długotrwałego budowania koalicji ugrupowań gotowych je poprzeć. Nie musi to być przeszkoda wystarczająca. Bolsonaro otwarcie mówił, że Kongres „nic nie robi” i dlatego natychmiast rozwiązałby go albo zawiesił. Trzon elity wojskowej, której pozycji i przywilejów (w tym wolności od odpowiedzialności karnej za zbrodnie w latach dyktatury) nikt nie ważył się przez trzydzieści lat ruszyć, jest mu przychylny i zapewne gotów na jego wezwanie. Jego wiceprezydentem będzie emerytowany generał Hamilton Mourão. Jego administrację zaludnią najpewniej liczni wojskowi, żeby skompensować kadrową słabość jego własnej partii politycznej. Przewodzona przez niego Partia Socjalno-Liberalna (PSL; nazwy większości brazylijskich partii politycznych nie mają nic wspólnego z ich realnym programem i profilem politycznym) przed tymi wyborami była zupełnie marginalnym ugrupowaniem i nie dysponuje doświadczonymi kadrami zdolnymi administrować dwustumilionowym krajem.
Od lutego bieżącego roku przejmowanie kontroli wojsko testuje już w Rio de Janeiro, za sprawą zaprowadzonego tam decyzją prezydenta Michela Temera de facto stanu wyjątkowego. W noc powyborczą na ulice leżącego nieopodal Rio de Janeiro miasta Niteroi wyjechało wojsko, by głośno świętować zwycięstwo swojego faworyta. Dzienniki “Estadão” i “Folha de São” podały, że w dniach bezpośrednio poprzedzających drugą turę wyborów 20 uniwersytetów zostało „najechanych” przez oddziały policji wojskowej, bo odbywały się tam spotkania i debaty na temat faszyzmu.
Bolsonaro jest zwolennikiem wolnego dostępu do broni i nieograniczonego prawa policji do jej użycia – w kraju o już najwyższych na świecie statystykach mordów policyjnych. Jest otwartym rasistą, mizoginem i „dumnym homofobem”. Indiańskie ruchy społeczne chce ogłosić organizacjami terrorystycznymi. Skandalicznych komentarzy o gwałcie używa jak najzwyklejszej figury retorycznej, by upokorzyć swoje polityczne oponentki. Kiedy głosował za impeachmentem pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Brazylii, swój głos zadedykował w kabotyńskim geście Carlosowi Brilhante Ustrze, który nadzorował tortury więźniów politycznych w okresie wojskowej dyktatury i był odpowiedzialny także za tortury młodej marksistki, córki bułgarskiego imigranta, Dilmy Rousseff. Jest otwartym zwolennikiem i jawnym obrońcą reżimu wojskowego z lat 1964-1985 – jeżeli ma mu coś za złe, to to, że zbyt wiele jego ofiar wychodziło z tortur żywych, że nie wymordował dość komuchów, lewaków i bandytów, co on by chętnie zrobił. Dlatego, jak dojdzie do władzy, to „przeprowadzi taką czystkę, jakiej jeszcze w Brazylii nie było”.
Czy naprawdę ponad połowa brazylijskiego społeczeństwa tak szybko skręciła tak mocno w prawo, że podziela te poglądy? W Brazylii jest obowiązek wyborczy, ale miliony ludzi i tak nie głosowały lub oddały głosy nieważne, zwiększając szanse na zwycięstwo Bolsonaro. Nie mam jeszcze dowodów statystycznych, ale na podstawie lektury politycznych deklaracji licznych znajomych paulistanos i cariocas obstawiam, że decydującą rolę w tym gronie odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką „estetyczną” postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne „rynki światowe”, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię.
Za wcześnie na definitywne konstatacje na temat składu i motywacji elektoratu Bolsonaro, ale różne badania już prowadzono i na razie wynika z nich, że twardy rdzeń jego wyborców to faktycznie konserwatywna, rasistowska i religijna prawica. Niemniej w kraju, którego ponad połowa mieszkańców deklaruje swoje afrykańskie pochodzenie, to za mało, żeby samo dało mu aż taką przewagę nad namaszczonym przez uwięzionego byłego prezydenta Lulę, najpopularniejszego polityka w historii kraju, kandydatem PT Fernando Haddadem. Wygląda na to, że był to wyjątkowo eklektyczny miszmasz wyborców, z których wielu głosowało na niego pomimo jego ekstremalnych poglądów. Tłumaczyli sobie, że „przecież on tylko tak mówi”, że to takie ekscentryczne poczucie humoru, albo że inne sprawy (walka z korupcją i przestępczością) są ważniejsze.
W zalewie przedwyborczych informacji, w tym także fałszywych informacji rozpowszechnianych przez kampanię Bolsonaro na przemysłową skalę za pośrednictwem WhatsApp, wielu reagowało ograniczaniem się do rejestrowania tylko tych, które im pasowały do już podjętego postanowienia, i ignorowaniem reszty. W przypadku tego polityka było to tym łatwiejsze, że Bolsonaro przypomina Donalda Trumpa. Jak? Mówi byle co, a głosuje jeszcze inaczej; nie zależy mu na budowaniu wrażenia, że ma jakąś spójną wizję świata, potrafi sobie przeczyć w odstępie kilku dni, kierując się raczej pragnieniem wstrzelenia się w nastrój tej publiczności, do której się akurat zwraca, i wywołania silnej, emocjonalnej reakcji. Tylko głosowaniem pomimo można wytłumaczyć tak dziwaczne fenomeny, jak oddający głosy na Bolsonaro czarni favelados, czy wyborcy LGBT. Prawie 30 proc. tych ostatnich zignorowało jego wypowiedzi, że wolałby, żeby jego syn zginął w wypadku niż był gejem, albo że gdyby zobaczył męsko-męską parę na ulicy, to by im obu dał po mordach, a także to, że zamierza zalegalizować terapie „leczenia z homoseksualizmu”.
Pisarka, którą poznałem w Belo Horizonte, była przez ostatnie tygodnie autentycznie załamana. Powiedziała mi, że z całej jej rodziny tylko ona i jej najmłodszy brat zagłosowali na Haddada – cała reszta, po ciotki i kuzynów, na Bolsonaro. Nie potrafiła tego ogarnąć; oni nie podzielają jego poglądów, tylko puszczają je mimo uszu, wierzą, że jakimś cudem przyniesie on oczyszczenie brazylijskiej polityki „z tej całej korupcji”. Inny znany mi przypadek: znajomy znajomej, z którą imprezowałem w São Paulo, czarny biseksualny dwudziestoparolatek z Rio utrzymujący się m. in. ze świadczenia usług seksualnych mężczyznom (nie wiem, czy do dzisiaj). Wszystko to razem wzięte ustawia go przecież na celowniku Bolsonaro z kilku stron jednocześnie – a jednak przywitał jego zwycięstwo radosnym statusem na Facebooku jako początek nowej, lepszej ery, z odwołaniem do Boga.
To była jedna z najbardziej irracjonalnych, paradoksalnych, chyba nawet absurdalnych kampanii wyborczych naszych czasów. Ogromna część ponad dwustumilionowego narodu postanowiła w akcie zbiorowego szaleństwa strzelać sobie w kolano i widzieć w tym nadzieję.

 

Jak to się stało?

Jak to się stało, że PT, partia, która przez kilkanaście lat u władzy, zwłaszcza w okresie rządów Luli da Silvy, podźwignęła z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi i zlikwidowała w kraju głód, przegrała z takim politykiem jak Bolsonaro?
Najbardziej bezpośrednią przyczyną jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec niej systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten „prezent” przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości.
Ale to by znaczyło, że utrata jednego najbardziej charyzmatycznego polityka (i pomimo wszystkich popełnionych błędów, największego prezydenta w historii Brazylii) wystarczyła, żeby zneutralizować PT i sprawić, by tak doświadczona partia przegrała z takim ignorantem i pajacem jak Bolsonaro, który w Kongresie Narodowym ślizgał się, co kilka lat zmieniając jedną małą partyjkę na inną. To też domaga się więc głębszego wyjaśnienia. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborców amerykańskich w 2016, nawet po eliminacji Luli, Brazylijczycy nie byli zmuszeni wybierać mniejszego zła spomiędzy dwójki równie amoralnych kandydatów. Haddad był dobrą propozycją, miał program i doświadczenie polityczne (był ministrem edukacji, który milionom dzieci biedoty otworzył drzwi do wyższego wykształcenia i awansu społecznego, a potem burmistrzem São Paulo, największego miasta Półkuli Południowej). To, że na swoją wiceprezydentkę wystawił Manuelę d’Avila z Komunistycznej Partii Brazylii, oznaczało zwrot PT w lewo (a tym, co robotniczych wyborców w ostatnich latach stopniowo zniechęcało do PT, były jej ustępstwa na rzecz neoliberalnego centrum paraliżujące w szczególności obydwie administracje Dilmy Rousseff). Dlaczego więc przegrał?

 

Antipetismo i macki Waszyngtonu

Powody bezpośrednie to wszystko to, co się działo w brazylijskiej polityce w okresie od pierwszych prób wysadzenia z urzędu prezydenckiego Dilmy Rousseff w jej drugiej kadencji. Próby te zwieńczył w 2016 impeachment, który – ze względu na jego śmieszne podstawy prawne (nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego) – należy rozumieć jako parlamentarny zamach stanu. Mówiąc wprost – przeprowadzony przez oligarchów we współpracy z CIA i/lub amerykańskim Departamentem Stanu. Wydarzył się on niedługo po tym, gdy w podobny sposób prawica obaliła prezydenta Lugo w Paragwaju.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli.
Dlatego, choć za wcześnie na niezbite dowody, bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nie węszyli w niespodziewanym wywindowaniu Bolsonaro palców CIA i Departamentu Stanu, tym bardziej, że nie byłby to pierwszy raz z ich strony. Tak jak w latach 60., Waszyngton wolałby w pałacach Brasilii faszystę niż powrót lewicy, nawet łagodnej socjaldemokracji. Pierwszym miejscem, gdzie należy szukać, jest rozmach i skuteczność kampanii wymierzonych w PT fałszywych wiadomości (w rodzaju, że Haddad jako minister edukacji wydawał podręczniki „promujące homoseksualizm wśród młodzieży”) rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, w szczególności przez WhatsApp.
Ta kampanii oszczerstw mogła się powieść dlatego, że od czasu drugiego wyborczego zwycięstwa Rousseff w 2014 wszystkie wielkie media głównego nurtu (w Brazylii skupione w rękach kilku oligarchicznych rodzin i dlatego prawoskrętne, telewizji publicznej w europejskim sensie tego słowa nie ma) przygotowywały grunt, łącząc się zwartym szeregiem w wielkich kampaniach zniechęcania do PT i obarczania jej winą za wszystko, co się złego w kraju dzieje, z korupcją na czele. Tak, PT umaczała się w korupcji, ale ani nie bardziej, ani też nie dłużej niż partie, które w establiszmencie Brazylii funkcjonowały od dużo dłuższego czasu i na endemicznej w tym kraju korupcji pasły się od dawna. Na podstawie brazylijskiej telewizji można natomiast było odnieść wrażenie, że PT wręcz wymyśliła korupcję. Kampania zmasowanego zniechęcania do PT wytworzyła coś na kształt światopoglądu, który dorobił się swojego własnego „izmu”: antipetismo, od anti-PT. Oznacza on postawę „wszystko, byle nie PT” i „co złego to PT”.

 

Farbowany outsider

Jednocześnie wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), z impeachmentem Dilmy Rousseff odpalonym przy jego okazji, choć bez dowodów korupcji po stronie samej Rousseff, rozpętało piekło, które wydostało się spod kontroli wszystkich, którzy początkowo używali go, żeby odsunąć od władzy PT. Z ponad trzema setkami podejrzanych i oskarżonych, rykoszety pozbierały głowy nawet tych, którzy początkowo grali pierwsze skrzypce w politycznej instrumentalizacji afery przeciwko PT. Rezultatem była daleko posunięta delegitymizacja całej brazylijskiej sceny politycznej. Stąd w wyborach do Kongresu Narodowego, które odbyły się wraz z pierwszą turą prezydenckich, takie zdziesiątkowanie kilku tradycyjnych partii establiszmentowych.
Wielka delegitymizacja całej klasy politycznej wywołała pragnienie jej gruntownej wymiany nowymi lub przynajmniej marginalnymi do tej pory twarzami, oczyszczenia tej stajni Augiasza przez wpuszczenie na scenę outsiderów. Bolsonaro nie jest żadnym outsiderem – od trzech dekad jest zawodowym politykiem, od 1991 deputowanym ze stanu Rio de Janeiro do Kongresu Narodowego. W oligarchicznym systemie politycznym, w którym kampanie wyborcze pochłaniają takie pieniądze, że tylko w Stanach Zjednoczonych kosztuje to więcej, przebicie się na poziom ogólnokrajowej polityki wymaga takich środków, że jest praktycznie niemożliwe dla prawdziwych outsiderów. Bolsonaro stał się więc „outsiderem z braku laku”, pod nieobecność prawdziwych. Za „outsideryzm” robiło to, że jak dotąd nic mu się w zasadzie nie udawało. Ani w wojsku, które opuścił bez osiągnięć w stopniu kapitana, ani w polityce, w której tylko wykrzykiwał swoje bluzgi jako deputowany marginalnych partii.
Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat, no i bieżącego roku w szczególności, przybrały taki, a nie inny obrót dlatego, że eksplodowały w nich napięcia i rozczarowania całego okresu liberalnej demokracji po oddaniu władzy przez wojskowych w 1985, a także kilkunastu lat rządów PT, która przeprowadziła jedynie „rewolucję na pół gwizdka” i za bardzo wpasowała się w obowiązujące w brazylijskiej polityce „reguły gry”. Jest coś symbolicznego w tym, że Bolsonaro zawodową karierę polityczną rozpoczął równo trzydzieści lat temu, w 1988, roku uchwalenia obecnej, liberalnej, demokratycznej konstytucji Brazylii. Został wtedy radnym miejskim w Rio de Janeiro.

 

Kościół, oligarchowie, kaznodzieje i wojskowi

Jak możemy bardziej szczegółowo poczytać w książce Michaela Löwy’ego War of Gods, w latach 60. i 70. XX w. Brazylia była tym wyjątkowym miejscem (drugi był maleńki Salwador), w którym teologia wyzwolenia osiągnęła pozycję jeżeli nie dominującego, to co najmniej mainstreamowego nurtu w Kościele katolickim, nawet w episkopacie. Zradykalizowane segmenty Kościoła udzielały pomocy prześladowanym działaczom lewicowym, między innymi założycielom Partii Pracowników. Kiedy na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II, wytępienie teologii wyzwolenia okazało się jedną z jego większych obsesji. Jednak zrekonstruowany na konserwatywny sposób brazylijski Kościół katolicki nie zdołał skutecznie wypełnić sobą społecznej próżni pozostawionej po tamtej radykalnej tradycji. Ofiary brazylijskich stosunków własności, ludzie sfrustrowani i rozgoryczeni przemocą ekonomiczną kształtującą ich życie w kraju o jednych z największych nierówności na świecie, stali się łatwym łupem protestanckich sekt pochodzenia północnoamerykańskiego, które rozmnożyły się w Brazylii na potęgę. I choć są być może jeszcze bardziej konserwatywne niż Kościół katolicki, to posługują się charyzmatycznymi technikami duszpasterskimi, które w porównaniu ze skostniałym i wrośniętym w strukturę klasową Kościołem rzymskim sprawiają powierzchowne wrażenie czegoś radykalnie innego. W 2018 sekty te stanowiły rdzeń oddolnego aktywizmu kampanii Bolsonaro. Wbrew fantazjom wielu na polskiej lewicy, w protestantyzmie nie ma nic z natury lepszego od katolicyzmu.
Liberalna konstytucja z 1988 roku pogrzebała szanse na jakąkolwiek przebudowę stosunków własności w Brazylii, a pomysły reformy rolnej przecież w latach 80. rozważano. Oligarchia – wielka, latyfundialna własność ziemska, finansjera, przemysłowcy, kapitał medialny – garstka nieprzyzwoicie bogatych rodzin, które gromadziły zasoby kraju odgradzając od dostępu do nich większość społeczeństwa jeszcze od czasów, kiedy harowali na nich niewolnicy, a na koniec pomnożyła je w okresie dyktatury (jak właściciele koncernu medialnego Globo), mogła spać spokojnie.
Warto tu jeszcze zaznaczyć, że w Brazylii wojsko zdołało wyjść z okresu dyktatury ze znacznie lepszą twarzą niż w Chile czy Argentynie. W Brazylii pogląd, że „mimo wszystko, w ogólnym rozrachunku, dyktatura okazała się sukcesem”, przynajmniej gospodarczym (wojskowi przejęli władzę w warunkach galopującej inflacji), jest znacznie powszechniejszy, zwłaszcza wśród klasy średniej. Poza sferą ambitnej produkcji kulturalnej w rodzaju niszowych filmów, PT nie rzuciła wystarczającego systematycznego wyzwania tej narracji.

 

Problem biedy, problem bogactwa

Problem z rządami PT i wizją Luli, gdy po wielu wyborczych podejściach w 2002 wygrał w końcu wyścig prezydencki i w styczniu 2003 objął urząd jako pierwszy brazylijski prezydent z klasy robotniczej, polega na tym, że obudził nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni.
Nie można go za to wszystko zbyt łatwo winić – być może nie był dość silny, by iść z nimi wszystkimi na wojnę i chciał zrobić tyle, ile się da. A wojskowi? – biorąc pod uwagę historię amerykańskich interwencji na kontynencie, Lula doskonale wiedział, że bez silnej armii, choć trochę do niego przywiązanej, jego projekt upadnie (nawet tak pokorny wobec Waszyngtonu, neoliberalny prezydent jak Fernando Henrique Cardoso zakładał możliwość, że „antynarkotykowy” Plan Colombia może być przez Pentagon użyty jako platforma ewentualnego ataku na Brazylię od strony Amazonii; tym bardziej musiał się z tym liczyć rząd lewicowy).
Fakty pozostają jednak faktami, zwłaszcza, gdy jest już pozamiatane. Oligarchia nie utraciła nic ze swojej władzy i tak długo, jak długo sama też czerpała z rządów PT wystarczające korzyści – za sprawą rządowych kontraktów infrastrukturalnych, za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego napędzanego podnoszeniem płacy minimalnej, spadkiem bezrobocia, transferami społecznymi (z programem Bolsa Familia na czele) – tak długo była w stanie je tolerować. Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku.
Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować, a sama co najwyżej zaadaptowała się do praktyk obowiązujących w brazylijskiej klasie politycznej od dawna, i to nie zawsze w złych intencjach.
Nie zawsze w złych intencjach, bo jest co najmniej prawdopodobne, że jedną z najważniejszych reform pierwszej kadencji Luli, program Bolsa Familia, udało się przepchnąć przez Kongres za pomocą mechanizmu, który odpalił pierwszy wielki skandal korupcyjny epoki rządów PT, znany pod nazwą mensalão. Słowo to oznacza wypłacaną co miesiąc sumę pieniędzy – pierwsza administracja Luli (udziału samego Luli w tym procederze nie udowodniono) kupowała głosy szeregu deputowanych formalnie opozycyjnych w zamian za regularne, wypłacane „na lewo”, dodatkowe wynagrodzenie przychodzące z dziwnych źródeł.
Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.
Wielkomiejska klasa średnia, z wyjątkiem może środowisk kultury i akademii, w większości nigdy nie kochała PT – albo ją tolerowała, albo hodowała w sobie głęboki resentyment. Nie chodzi nawet o to, że dosłownie płaciła ona za reformy PT, która nie ważyła się uderzyć w najbogatszych. Dochody brazylijskiej klasy średniej pozostawały wysokie (znajomy psychoanalityk powiedział mi w 2014, że w São Paulo zarabia dobrych kilka razy więcej, niż by zarabiał w Londynie; młody francuski akademik pracujący w Recife powiedział mi, że w Paryżu nigdy by sobie z tej pracy nie mógł pozwolić na taki poziom życia). Chodziło bardziej o to, że w warunkach rosnącej co roku płacy minimalnej i niskiego bezrobocia, coraz więcej musieli płacić za gosposię, opiekunkę do dzieci, ogrodnika, itp. – usługi, do których „oczywistości” byli od zawsze przyzwyczajeni.

 

Język walki klas, język moralizatorski

Ważnym składnikiem polityki wkupywania się w łaski oligarchii była całkowita rezygnacja PT z samego języka klasowej konfrontacji, z klasowych kategorii opisu problemów społecznych – w obawie, że już samo to mogłoby rozwścieczyć garstkę najbogatszych. Brazylijczycy żyli więc od dawna w rzeczywistości, której niemal nikt nie tłumaczył im w kategoriach klasowych interesów. Dodajmy do tego scenę polityczną, która jest mętną zupą dziesiątek partii politycznych o wyssanych z palca, pozbawionych znaczenia nazwach, Miliony Brazylijczyków straciły lub nigdy nie otrzymały konceptualnych współrzędnych pozwalających na elementarne odróżnianie lewicy od prawicy, polityki postępowej od zachowawczej czy reakcyjnej, rozpoznawanie interesów, jakim dana polityka służy, odróżnianie tych interesów. Pod nieobecność takich kategorii funkcję opisu problemów społecznych przejął język moralizatorski, język zła i walki z nim.
Korupcja i przemoc miejska (liczba morderstw i zabójstw przekroczyła 60 tys. rocznie, to więcej ludzi niż ginie w Syrii), główne magnesy kampanii Bolsonaro, to problemy polityczne. Oba wynikają z brazylijskich stosunków klasowych. Korupcja – bo przy brazylijskich nierównościach bogactwa są skoncentrowane w tak niewielu rękach, a odległości pomiędzy poszczególnymi szczeblami struktury klasowej są tak rozstrzelone, że trudno do czegoś dojść, coś osiągnąć. Uczciwą pracą, pozostają więc: wymiana przysług i prezentów oraz materialne akty łaski ze strony najsilniejszych. Przemoc – bo dla mężczyzn u dołu drabiny społecznej, wykluczonych z dostępu do bogactwa, walka o przetrwanie i zachowanie godności to często walka na śmierć i życie. Bo frustracji i gniewu wynikających z krzyczącej niesprawiedliwości nierówności, których przejawy widoczne są na każdym kroku gołym okiem, wielu nie potrafi opanować. Znaczący fakt: w czasie rządów Luli, gdy 35 milionów ludzi wychodziło z biedy, przestępczość wymiernie spadła.
Unikając ruszenia nierówności, ujmowania ich w klasowych kategoriach, PT skazało wynikające z nich problemy korupcji i przemocy na opis wyłącznie moralizatorski. Oddając politykę moralizowaniu, oddano ją irracjonalnym kaznodziejom – to ich naturalny język i nikt ich w nim nie przegada. Takim kaznodziejom, jak liderzy protestanckich sekt, które stanowiły trzon oddolnej części kampanii Bolsonaro. Jairowi Bolsonaro sprzyjało w tych okolicznościach nawet jego drugie imię: Messias, czyli Mesjasz.

A fuj!

Z wielkim zadęciem PiS i Pan Prezydent, a szczególnie Pan Prezydent, planowali wielkie uroczystości z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Uroczystości miały być tak znakomite, że pamiętano by o nich przez następne 100 lat. Z prawicowym zadęciem zapowiadano tę wielką fetę przez, bez mała, dwa lata.
Niestety, owo zadęcie przerodziło się we wzdęcie. Wzdęcie powstaje z pomieszania różnych pokarmów. W tym przypadku nawrzucano do jednego wora wiele nierealnych planów i powstało wzdęcie. Efektem wzdęcia są gazy lub puszczenie wiatrów (na jedno wychodzi). Puszczenie wiatrów nie jest przyjemne. Dlatego też Pan Prezydent postanowił nie brać udziału w patriotycznym pochodzie. Być może ze względu na tę, nieprzyjemną atmosferę. Goście zagraniczni wyczuli pismo nosem i odmówili udziału w uroczystościach. PiS także nie chce maszerować w tej dusznej atmosferze.

Prawicowo-nacjonalistyczno-faszystowski zaduch nie przeszkadza wyznawcom tych teorii. Oni będą maszerować. Dołączą do nich ich koledzy z zagranicy. Oni także lubią takie klimaty. Specyficzna atmosfera będzie potęgowana wybuchami rac i ochrypłymi okrzykami, chwalącymi białą rasę. Nic dziwnego, że taki zaduch nie będzie służyć nie tylko Panu prezydentowi, a nawet PiS-owi.

Cienka granica między zadęciem, a wzdęciem została przekroczona. Wiatr historii rozwieje ten fetor. To nacjonalistyczne wzdęcie miało także miły akcent w wyborach samorządowych. Grupy nacjonalistów i faszystów wstawiły tym razem mniej list do wyborów i listy te uzyskały wyjątkowo marne poparcie. Bo generalnie fetoru spowodowanego niezdrowym, nacjonalistycznym wzdęciem zdecydowana większość obywateli nie lubi. Zatem więcej nacjonalistycznych wzdęć na prawicy, a atmosfera w kraju w końcu się w oczyści.

Zmiana na Łotwie?

Zmęczenie i rozczarowanie rządami centroprawicowej koalicji zademonstrowali głosujący w wyborach parlamentarnych na Łotwie. Zwyciężyła w nich partia z socjaldemokratycznym, głoszącym porozumienie ponad podziałami etnicznymi programem. Na dalszych miejscach – sami nowi, „alternatywni” gracze.

 

Podobnie jak cztery lata temu, pierwsze miejsce z poparciem niecałych 20 proc. (według wstępnych wyników) zajęła Zgoda – partia socjaldemokratyczna, akcentująca również potrzebę wygaszenia sporów na tle etnicznym i pełnego włączenia 25-procentowej mniejszości rosyjskojęzycznej w życie polityczne kraju, postulująca utrzymywanie członkostwa w NATO i UE przy zachowaniu możliwie dobrych relacji z Rosją. Po poprzednich wyborach Zgoda nie tworzyła rządu, gdyż nie zdołała pozyskać koalicjanta – partie łotewskiej prawicy zgodnie odrzucały dotąd współpracę z formacją, której stosunek do Rosji nie był odpowiednio negatywny.

Dla odmiany żadna z formacji tworzących do tej pory rząd nie odnotowała sukcesu. Partia premiera Marisa Kučinskisa, Związek Zielonych i Farmerów (liberalno-konserwatywny z akcentami ekologicznymi) straciła, według wstępnych szacunków, ponad połowę mandatów (miała 21, dostanie 11). Również liberalno-konserwatywna Jedność (z dodatkiem narodowym) uratowała 8 mandatów z posiadanych 23. Najlepiej obronili się nacjonaliści – Sojusz Narodowy, który w ostatnich latach do tradycyjnych haseł antykomunistycznych i antyrosyjskich dołożył retorykę antyimigracyjną, miał 16 mandatów, zachowa 13.

Zgodę i rządzące do tej pory „tradycyjne” partie przedzieliły trzy nowe formacje. Nieoczekiwany sukces odniosła eklektyczna Nowa Partia Konserwatywna, kierowana przez niegdysiejszego nacjonalistycznego ministra sprawiedliwości Jānisa Bordānsa, który kusił mieszanką haseł socjalnych (podwyżka kwot wolnych od podatku oraz podniesienie płacy minimalnej z 430 do 500 euro), neoliberalnych (poprawa warunków dla biznesu), narodowych (całkowity prymat języka łotewskiego w życiu społecznym) i zawsze dobrze brzmiącą walką z korupcją.

Łotewskie wybory pokazały więc – wbrew alarmistycznym komentarzom zachodniej prasy – nie wzrost rosyjskich wpływów, a potężne rozczarowanie ekonomiczną stagnacją i złą sytuacją społeczną w państwie. Jednoznacznie prorosyjski, gospodarczo lewicujący Łotewski Związek Rosjan nie przekroczył progu wyborczego mimo sporej aktywności w ostatnim roku i organizacji szeregu ulicznych protestów przeciwko reformie edukacji niemal całkowicie eliminującej z oświaty języki mniejszości.

Głos lewicy

Warszawa wolna od nacjonalizmu, faszyzmu i chuliganerii

– Spotkaliśmy się w tym miejscu, ponieważ pracuje tu znakomity urzędnik miasta, a ten urzędnik to pani dyrektor Ewa Gawor. Pragnę zadeklarować, iż zawsze będę bronił rzetelnie wykonujących swoje obowiązki urzędników miasta – powiedział Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej przed urzędem miasta stołecznego Warszawy, podczas której wystąpił w obronie urzędniczki stołecznego ratusza, która rozwiązała marsz środowisk narodowych. – Nie boję się faszystów, nie boję chuliganów, nie boję się narodowców i innych ekstremistów. Uważam, że Warszawa powinna być wolna od faszyzmu, a także od innych sił, które przynoszą nam wstyd na arenie międzynarodowej. I to jest moja pierwsza obietnica wyborcza: Warszawa wolna od sił skrajnie nacjonalistycznych, faszyzmu i chuliganerii – oświadczył kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy 13 sierpnia 2018 r.
– Pragnę podkreślić, iż to co robi pani Ewa Gawor jest doceniane od wielu, wielu lat i jest to znakomita ekspertka i dzięki niej, my warszawiacy cieszymy się bezpieczeństwem na różnego rodzaju demonstracjach, pikietach i marszach – podkreślił Rozenek.
Polityk SLD ocenił, iż „nie może być tak, że PiS-owski urzędnik z IPN-u zaczyna lustrację tylko dlatego, że dyrektor Gawor dobrze wykonała swoją pracę”. – Dość tego grania teczkami, dość wyciągania z IPN-u haków. Od dawna o tym mówimy – IPN jest instytucja do likwidacji – stwierdził.
– PiS od dawna stosuje odpowiedzialność zbiorową, czepiając się ludzi, że w PRL-u coś robili. Ludzie, którzy pracowali i służyli w PRL-u, tak jak pani Gawor, zasłużyli na szacunek, ponieważ nie robili niczego złego a wręcz przeciwnie służyli Polsce – podsumował Rozenek.
– Pani Ewa Gawor została zlustrowana przez IPN za to, że była, jak ją określano, funkcjonariuszem służb bezpieczeństwa Polski w okresie Polski Ludowej. Pracowała w departamencie PESEL, w ten departament również funkcjonuje w III Rzeczpospolitej i taki departament jest niezbędny w każdym systemie państwowym – poinformował podczas konferencji prasowej Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych. – W departamencie PESEL kiedyś wykonywano te same czynności, które wykonuje się dzisiaj – dodał.
– To co bulwersuje nas, jako środowisko mundurowe to działalność IPN-u swoistej policji politycznej. Nie zrobisz coś po naszej myśli to natychmiast zostaniesz przez nas zaatakowany – tak działa ta instytucja – ocenił Czarnecki. – Pani Ewa Gawor, którą osobiście znam, podjęła decyzję w stosunku do rozwiązania marszu narodowców w oparciu o dokumenty znane wszystkim – stwierdził.
– Mam prawo o tym mówić, ponieważ przez kilka lat byłem delegatem Polskiego Związku Piłki Nożnej, wiem, że dzisiejsi policjanci byli doskonale szkoleni na temat symboli i znaków, które są niedopuszczalne w przestrzeni publicznej. Takim przykładem jest liczba 88, przeciętnemu odbiorcy nic to nie mówi, ale dla osób rozumiejących ten przekaz to jest to HH. Dla mnie osobiście zwrot „heil Hitler” jest rzeczą niedopuszczalną – podsumował. – A takie symbole są funkcjonują na marszach narodowców – dodał.
Prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych oznajmił, iż jest mu przykro, iż jego młodsi koledzy policjanci, którzy zabezpieczają tego typu imprezy zapominają o wiedzy na temat tego typu symboliki. – Gwarantuje państwu, że wiedzą co jest zabronione – dodał.
– My jako Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych również będziemy się stać murem za wszystkimi ludźmi, za wszystkim byłymi funkcjonariuszami, którzy dobrze wykonywali swoje obowiązki bez względu na ustrój panujący w Polsce. Jest rzeczą haniebną, że przedstawiciel władzy posuwa się do rzeczy tak niskich, jak atak na człowieka tylko dlatego, że rzetelnie wykonuje swoje obowiązki. Jest to niedopuszczalne – oświadczył Zdzisław Czarnecki.

Źródło: sld.org.pl

O nacjonalizmie

Adam Uziembło to jeden z najwybitniejszych działaczy ruchu socjalistycznego w Polsce. Przeszedł cały szlak swojego pokolenia – od ruchu socjalistycznego w carskiej Rosji i austro-węgierskiej Galicji do PPS  w wolnej II Rzeczpospolitej. W PRL Adam Uziembło został skazany na zapomnienie. Rażąco niesłusznie. Dzięki uprzejmości portalu daszyński2018 publikujemy jeden spośród jego tekstów, które ukazały się w latach 30.

 

Nic może tak jaskrawo nie ilustruje braku dojrzałości społecznej w Polsce, jak stosunek do spraw Kościoła. Naród w większości swej katolicki nie wydał ani głębszego ruchu katolickiego, ani poważniejszych myślicieli katolickich o sławie światowej, ani też nigdy nie umiał stanąć z określonymi postulatami wobec samej organizacji kościelnej. I oto dziś obserwujemy istotnie smutne skutki tych zaniedbań. Kościół, chlubiący się słusznie swą powszechnością, ten Kościół, co trwa ponad zgiełkiem swarów ludzi i narodów – w Polsce staje się rzecznikiem najdziwniejszej ekskluzywności. Stronnictwo chrześcijańskie, kierunek chrześcijański mieści w sobie antysemityzm, nacjonalizm, eksterminację względem każdej mniejszości, czyli wszystko to, co potępia każda litera Ewangelii. Spróbujmy zestawić fakty. Przeciwko pierwszemu Marszałkowi Polski instygowała1 stale większość księży katolickich. Do demonstracji przeciwko śp. Narutowiczowi podniecali między inymi księża. Po rozstrzelaniu mordercy Prezydenta prawie w każdej parafii odbyły.
się nabożeństwa żałobne – nierzadko w sposób niezmiernie uroczysty, zawsze w sposób demonstracyjny. Odprawiania mszy świętej z okazji uroczystości państwowej zakazuje biskup kielecki. Ambony w Poznańskiem i na Pomorzu oraz w wielu miejscowościach reszty Polski, służą do wyklinania „Strzelca”, organizacji popieranej przez władze państwowe.
Propaganda kleru kieruje się przeciw tolerancji zagwarantowanej w konstytucji. To dziś i co dzień. Nie mówimy już o tym, co się dzieje w czasach wyborów.
Fakty, które przytaczamy, mówią wyraźnie, że część kleru katolickiego w sposób zdecydowany walczy z Państwem, jako takim. Inna część walczy z poręczeniami konstytucji i z etycznymi nakazami religii – cała zaś organizacja kościelna nie liczy się ani z wymogami życia współczesnego, ani z potrzebami Rzeczpospolitej.
Jeszcze kilka kroków na tej drodze, a Państwo i Kościół staną we wrogich sobie obozach. Jeszcze kilka kroków, a państwo będzie musiało przyjąć wyzwanie, rzucane mu systematycznie ze strony kleru i podjąć walkę. Z tego trzeba sobie zdać sprawę. Grozę tej sytuacji musimy sobie dobrze uprzytomnić – a myśleć o niej muszą zwłaszcza katolicy, a przede wszystkim zwierzchnie władze kościelne.
W ostatnich dniach w stolicy zaszedł fakt niesłychany: ksiądz z ambony nakazał wiernym rozprawiać się z ks. Hodurem.
Wierni poszli i rozprawili się krwawo. Czy istnieje na świecie państwo cywilizowane, które może znosić coś podobnego? Czy istnieje urząd prokuratorski, który może sobie pozwolić nie wszcząć postępowania karnego przeciw tego rodzaju burzycielowi porządku, podżegaczowi do gwałtów? Czy z drugiej strony kryminalne karanie księży za to, co czynią na ambonie, podczas wykonywania obowiązków kapłańskich, jest rzeczą pożądaną ze stanowiska katolickiego, jeśli władze kościelne biernością swą aprobują te wystąpienia?
I tu powstaje jeden postulat. Konkordat, istniejący pomiędzy Państwem a Kościołem, nie może być martwą literą. Jeżeli Rzeczpospolita wkłada maksimum dobrej woli w jego wykonanie, to musi żądać tej samej dobrej woli ze strony hierarchii kościelnej. Władze kościelne muszą pouczać księży stale, że są oni obywatelami państwa, którym nie wolno łamać jego ustaw zasadniczych, którym nie wolno podrywać autorytetu jego władz, którzy winni są zachować względem tych władz lojalność. Ale niestety, stawiając tego rodzaju żądania, musimy sobie powiedzieć, że wykonanie go nie jest w mocy hierarchii katolickiej.
Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że Kościół rzymski, pomimo wszystkich pozorów, jest instytucją bardzo mocną zanarchizowaną. Uderza to nawet w dziedzinie zagadnień dogmatycznych. Co parafia to inny stosunek do postu, do teozofii, spirytyzmu, okultyzmu. Co kaznodzieja – to inne określenie spraw różnowierstwa i tolerancji, zdobyczy wiedzy, teorii ewolucji. Inaczej się stawia zagadnienia w Warszawie, inaczej na Śląsku lub w Poznańskiem. Gorzej jest ze sprawami życiowymi.
Próżno stolica apostolska zakazała duchowieństwu angażowanie się zbytnio w walki partyjne.
Dwaj arcybiskupi bez jej pozwolenia kandydowali do ciał ustawodawczych i groźba kary dopiero zmusiła ich ustąpić.
W sprawie unii na wschodzie zwalczają się dwa stronnictwa duchowieństwa. Cóż stąd, że Rzym ją popiera – zwolennicy Rzymu potępieni są przez księży katolickich. Episkopat polski wezwał proboszczów do zaniechania manifestacji żałobnych ku czci Niewiadomskiego – manifestacje te do dziś trwają. Papież potępia antysemityzm – księża go głoszą. Prymas potępia rozwody – konsystorze zawalone są sprawami o „unieważnienie” małżeństw i unieważniają je wciąż na dużą skalę – masowo.
To tylko przykłady tej demoralizacji i dezorganizacji, jaka wkradła się w szeregi duchowieństwa katolickiego, dezorganizacji, z którą musimy się liczyć i która nie pozwala nam polegać na konkordacie, która zmusza do rozciągnięcia nad duchowieństwem znacznie ściślejszej niż dotąd kontroli. Do kontroli tej, oczywiście, powołane być muszą sądy, które nie będą mogły cierpieć nadal bezwzględnej swobody i swawoli kaznodziejskiej, jak nie cierpią swawoli wiecowej.
Płytki nad wszelki wyraz jest stosunek społeczeństwa polskiego do religii. W Polsce nieomal nie ma bezwyznaniowców – ale też prawie nie ma i stuprocentowych katolików.
Bezwyznaniowcy przyznają się do swych przekonań jedynie w ciasnym kółku. Jeżeli wystąpią otwarcie, to jednoprocentowi katolicy, nie zadając sobie trudu dyskusji, obrzucą ich zgniłymi jajami. Komunista na wiecu pokazuje szkaplerz; socjalista opiera wywód marksowski na Piśmie Świętym. Nikt otwarcie z Kościołem ani z religią walczyć nie ma odwagi – ale też nikt otwarcie Kościoła nie broni tak długo, jak długo nie zachodzi po temu potrzeba polityczna.
Jest rzeczą niezmiernie charakterystyczną, że kler katolicki, owa największa, najstarsza organizacja, od czasu zmartwychwstania Polski, nie wystąpił samodzielnie z własną myślą, z własną ideologią. Nigdy sam od siebie nie rzucił wielkiego hasła, pod którym skupiłyby się masy. Nikłe próby, podjęte na dwóch ostatnich zjazdach, pozostały tylko próbami.
Duchowieństwo nasze zawsze szło na pasku czyimś, i to przeważnie na pasku ludzi nic nie mających wspólnego z katolicyzmem. Nietrudno by było tu udowodnić, że stronnictwo pana Dmowskiego, pomimo wszystkich pozorów, jest na wskroś libertyńskie. Dość przejrzeć pisma jej czołowego publicysty, aby się przekonać o tym zupełnie dowodnie. Na każdym kroku podkreśla endecja wyższość względów politycznych nad etycznymi, na każdym kroku podnosiła warunkowość swego przymierza z Rzymem. A pomimo to gros kleru katolickiego właśnie w tym obozie się znalazło. Czy nie najlepszy to dowód jego wykolejenia? Czy nie najlepszy to dowód, że w samej psychice kapłanów brak dziś świadomości katolickiej, że ta świadomość nie stanowi bynajmniej kamienia węgielnego ich światopoglądu. Wkraczamy tu w zagadnienie nie tylko organizacyjno-hierarchiczne, ale w zagadnienie daleko głębsze – bo już czysto religijne, dochodzimy do dekadencji wiary w środowisku, gdzie wiara ta musi mieć swoją ostoję.
I tu stajemy wobec sprawy niezmiernie poważnej, którą już nie państwo, ale społeczność polska musi w swym sumieniu przetrawić. Czy religia jest czynnikiem twórczym, czy jest dobrem, którego pilnować i strzec należy, czy jest czymś zgoła obojętnym, czego wzrost, rozwój lub upadek pozostaje bez najmniejszego wpływu na rozwój życia.
Ze stanowiska najdalej posuniętego nawet indyferentyzmu religijnego, musimy uznać ogromny, doniosły wpływ wiary na nasze życie i dlatego w interesie narodu, w interesie człowieczeństwa leży jej nieskrępowany rozwój. Otóż twierdzimy, że rozwój ten możliwy jest dopiero wtedy, gdy nie zaciemniają go polityczne zależności, gdy przestaje on mieć cele świeckie i ziszcza jedynie czysto duchowe.
„Oddajcie Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie” – to najjaśniejsze i najwyższe przykazanie w tej dziedzinie. Ecclesia militans4 nie w zbroi Krzyżaka się jawi, lecz z duchową archanioła bronią. W interesie religii jest zatem oddzielenie Kościoła od Państwa. W interesie Państwa leży oddzielenie Kościoła od Państwa. Wynika to zarówno z zasady.
Zygmuntowskiej, iż władza polityczna nie może stawać w roli sędziego sumienia, jak i z ewangelicznej zasady: Królestwo Moje nie z tego świata.
Walcząc o ten postulat, walczy się równocześnie z anarchią kościelną, o której mówiliśmy poprzednio. Kościół pozostawiony samemu sobie będzie musiał pogłębiać swą ideologię, spoić się wewnętrznie – a wtedy odrzuci to wszystko, co w nim dziś warcholi, odpędzi tych, co stanowisko kapłańskie traktują jedynie jako szczebel w karierze politycznej – wzmocni karność i dyscyplinę i pocznie wypełniać swe właściwe zadanie.
Że twierdzenie nasze jest słuszne, świadczą ostatnie wypadki, świadczy rozwój innych wyznań. Może indyferentysta z lekceważeniem wzruszać ramionami, patrząc na rozrost sekciarstwa w Polsce – ale dla katolika jest to poważne ostrzeżenie. Z miesiąca na miesiąc wypadki odstępstwa są coraz liczniejsze. Kościół narodowy, mariawici, baptyści, badacze
Pisma Świętego czynią coraz większe zdobycze, przenikają do wsi i miast, zdobywają posłuch. Ewangelicy wzmagają swój stan posiadania coraz bardziej. A powodzenie ich tłumaczy się przede wszystkim tym, że są wolni i niezależni, że broni ich jedno tylko – ich własna wiara.

Chorwacja brunatnieje

Opublikowano raport Komisji Rady Europy przeciwko Rasizmowi i Nietolerancji. Wynika z niego, że w Chorwacji w ostatnim czasie drastycznie wzrosła ilość napaści na tle rasistowskim i ksenofobicznym, a ma to związek ze wzrostem popularności skrajnie nacjonalistycznych ruchów gloryfikujących Ustaszy.

Autorzy raportu zauważyli, że ataki skrajnie prawicowych grup skierowane są głównie przeciwko Romom, uchodźcom oraz – coraz częściej – wobec serbskiej mniejszości.
Odnotowano, że głównym prowodyrem konfliktów i podżegaczem do ataków na mniejszości jest Chorwacka Partia Prawa (skrajnie konserwatywne, nacjonalistyczne ugrupowanie, obecnie poza parlamentem), której politycy pochwalają chuligańskie incydenty. Na budynkach serbskich instytucji oraz na domach, gdzie mieszkają Serbowie, często bandy nacjonalistów malują symbole ustaszowskie i faszystowskie. Fotografują się w mundurach i z symboliką odwołującą się do reżimu Ustaszy. To przedstawiciele tej partii wysłali list z pogróżkami do dyrektora muzeum w niegdysiejszym obozie koncentracyjnym w Jasenovcu, miejscu kaźni głównie Serbów i Romów. List zakończony był zwrotem zakazanym oficjalnie w Chorwacji: „Za dom – spremni” (jest to odpowiednik „Sieg Heil”).
Według Rady Europy takie incydenty są lekceważone i zazwyczaj traktowane pobłażliwie, jak wykroczenia. W większości służbom nie chce się namierzać sprawców.
Tymczasem przedstawiciele chorwackiego rządu ramię w ramię z grupkami nacjonalistów wzięli udział w obchodach tzw. masakry w Bleiburgu w Austrii w dniach 12-13 maja. Upamiętniali tam zbrodniarzy z faszystowskiego ruchu Ustaszów (rządzącego Chorwacją w latach 1941-45), którzy po upadku III Rzeszy zostali wydani w ręce komunistów i zgładzeni. W Bleiburgu z rąk żołnierzy Ludowej Armii Jugosławii (przy udziale sił brytyjskich) życie miało stracić od kilku do kilkudziesięciu tysięcy przedstawicieli reżimu. Na świecie obecność przedstawicieli chorwackiego rządu w Bleiburgu odebrano jako gloryfikację faszyzmu. W dodatku mszę świętą zgodzili się odprawić tam chorwaccy katoliccy duchowni z Karyntii.