Nasze elektromobilne mrzonki

Przed Polską i Polakami są wspaniałe perspektywy wzrostu liczby samochodów elektrycznych. Podobno już co czwarty rodak planuje zakup takiego auta. Kudy do nas bogatym nacjom zachodnioeuropejskim.
Z danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że na koniec czerwca 2020 roku po polskich drogach jeździło 12 271 aut elektrycznych. W pierwszym półroczu tego roku przybyło ich 3 275 sztuk, o 65 proc. więcej niż w takim samym okresie 2019 roku.
Mimo pandemii COVID-19, liczba rejestracji samochodów elektrycznych w Polsce wzrosła, podczas gdy sprzedaż aut osobowych z tradycyjnymi napędami odnotowała dwucyfrowe spadki rok do roku. Daleko nam jednak do europejskich liderów. Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA), tylko w 2019 r. w Niemczech zarejestrowano 63,5 tys. nowych pojazdów napędzanych bateriami, w Holandii – ponad 62 tys., a we Francji niemal 43 tys.
Tym niemniej, jak informuje Europejski Fundusz Leasingowy, powołując się na raport Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych, już 7 proc. Polaków jeździ hybrydami, a 1 proc. samochodami elektrycznymi. To niezwykle optymistyczne szacunki, które oznaczają, że aż około 200 tys. rodaków posiada auta elektryczne. Rewelacyjny wynik – tylko, że nie ma nic wspólnego z wspomnianą, rzeczywistą liczbą zarejestrowanych w Polsce około 12 tys. pojazdów elektrycznych, z których spora część to elektrobusy i auta dostawcze.
Ponadto, ów piękny obraz rzesz Polaków, korzystających z aut elektrycznych i planujących ich dalsze zakupy, jest nieco zakłócony poprzez bardzo wysoki import używanych, kopcących samochodów, których pozbywają się mieszkańcy państw zachodnich.
Przed Polską są wszakże wspaniałe perspektywy, bo jak podaje tzw. Barometr Nowej Mobilności 2019/2020 przygotowany przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, jesteśmy ogromnie zainteresowani dalszym nabywaniem samochodów elektrycznych. Aż 25 proc. Polaków ma rozważać zakup pojazdu z napędem elektrycznym w przyszłości. Jeszcze więcej, bo 34 proc. myśli o napędzie hybrydowym. Te dane stawiają Polaków w ścisłej czołówce narodów, pragnących zafundować sobie ekologiczne środki transportu.
Co więcej, ci indywidualni, polscy klienci, mimo, że są w skali Europy relatywnie wciąż niezamożni i nękani przez kryzys gospodarczy, wykazują ponoć więcej entuzjazmu w stosunku do aut ekologicznych niż nasze małe i średnie firmy. Jak wskazuje raport Europejskiego Funduszu Leasingowego na temat „zielonej energii”, tylko 1 proc. flot firmowych to samochody hybrydowe, a napędy elektryczne jeszcze czekają na swoje pięć minut. Ponadto, z badania EFL wynika, że firmy małe i średnie planując kolejne zakupy samochodowe rzadko rozważają uzupełnienie swoich flot o ekopojazdy. Tylko 6 proc. planuje kupno hybrydy, a 0 proc. – elektromobili. Ale jedocześnie EFL podaje, że 5 proc. małych firm posiada auta elektryczne. Trudno nie zauważyć tu sprzeczności. – Rozwój elektromobilności jest priorytetem praktycznie w każdym punkcie na mapie świata. Jak widać ze zrealizowanych badań, zarówno indywidualni Polacy jak i firmy wykazują się coraz większą świadomością ekologiczną i ekonomiczną. Jednak firmy z małymi flotami boją się eksperymentów z autami elektrycznymi, bo jest to narzędzie pracy, które nie może zawieść – komentuje Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.
Warto tu dodać, że świadomość ekologiczna jest w tym przypadku całkowicie sprzeczna ze świadomością ekonomiczną. Ta pierwsza może zachęcać do nabywania samochodów elektrycznych, podczas gdy ta druga mówi: broń Boże!. Oczywiste jest też, że klienci indywidualni w Polsce jeszcze bardziej niż firmy boją się eksperymentów z autami elektrycznymi. A i same firmy oczekują większych dopłat i benefitów związanych z nabywaniem pojazdów elektrycznych, bo inaczej to im się po prostu nie kalkuluje. Na polskim rynku jest już dostępnych kilka modeli aut elektrycznych. Nie są to oczywiście auta polskiej produkcji, których nie ma i nie będzie. Ponadto, ich ceny są znacznie wyższe, niż ich odpowiedników z tradycyjnymi napędami. Dla przykładu katalogowa cena jednego z modeli wynosi ok. 120 tys. PLN brutto, podczas gdy zbliżony model z silnikiem benzynowym kosztuje ok. 70 tys. PLN brutto. Czyli model elektryczny jest droższy aż o 75 proc.
Z badania EFL wynika, że Polacy oczekują znacznie mniejszej różnicy cenowej. Właściciele małych i średnich firm najczęściej byliby w stanie zaakceptować́ cenę o 25-30 proc. wyższą za samochód elektryczny w porównaniu do tradycyjnego napędu (82 proc. odpowiedzi).
Natomiast wśród indywidualnych klientów, co trzeci byłby w stanie zapłacić cenę wyższą o 20 proc. w porównaniu do ceny auta z tradycyjnym napędem, od 21 do 40 proc. – 36 proc. respondentów, a od 41 do 60 proc. – 14 proc.
„Widać zatem, że Polacy są skłonni zapłacić nieco więcej za ekotechnologię niż przedsiębiorcy” – wnioskuje EFL. Tyle, że z tym sondażem jest tak jak z badaniami, prowadzonymi w Polsce w latach pięćdziesiątych, mającymi pokazać, jaką część swych majątków górale oddaliby na rzecz rolniczych spółdzielni produkcyjnych. Reprezentatywna była tu odpowiedź jednego z górali, który obiecał, że chętnie przekaże dla spółdzielni swe konie i woły. A owce? – zapytano. A owce, nie! – odpowiedział. Dlaczego nie dacie owiec? – padło kolejne pytanie. Bo owce ja mam – odparł gazda.
Tak więc, Polacy może i byliby skłonni do wydawania większych pieniędzy na zakup elektropojazdów niż przedsiębiorstwa – ale na pewno nie chcieliby wydawać na to swoich własnych pieniędzy.