Historia maleńka taka… Meandry rzeki Moskwy

Wszystko zaczyna się banalnie. W pewnym wielkim kraju głośny opozycjonista wraz ze swymi fanami, choć głównie – fankami, pokonując samolotem rejsowym bezbrzeżne obszary swego państwa przeżywa ostry kryzys zdrowotny. Pilot reaguje błyskawicznie na stan pasażera. Następuje międzylądowanie, chory opozycjonista trafia do szpitala. Lokalny zespół medyczny boryka się z trudnościami w ustabilizowaniu pacjenta. Zaczyna funkcjonować fama, głosząca jego intencjonalne otrucie.

Wówczas małżonaka opozycjonisty zwraca się do głowy państwa, aby zezwolił na szybki transport męża do znanej kliniki w stolicy wiodącego kraju Zachodniej Europy. Zgoda przychodzi natychmiast. Media informują, że idol opozycji padł ofiarą gazu bojowego, który jednak, jak to już miało miejsce zawiódł, to jest na przkór zbrodniczym intencjom zamachowców, nie zlikwidował ofiary. Informacje eksponują też stwierdzenie, tu już mniej zgodne z faktami, że tylko ojczyzna potraktowanego owym środkiem, jest jego dysponentem…
Tysiące kilometrów od miejsca zdarzenia i hospitalizacji opozycjonisty, przywódca tej ojczyzny rządzi nią w otoczeniu nie tylko dyspozycyjnych urzędników, ale też dwóch klanów, których eksponenci z apetytem spoglądają na tron, na którym z chęcią zastąpiliby swego wiloletniego suwerena. Jedna grupa to „siłowicy“, reprezentanci struktur umownie zwanych mudurowymi, druga – to oligarchowie, wykazujący się długimi zbiorami cyfr na kontach bankowych, ale też innymi dobrami materialnymi.
Suweren stara się o odzyskanie dla swego kraju pozycji supermocarstwa. Prawda, że nie zawsze zbyt delikatnymi metodami, ale w żadnej polityce mocarstwowej takie nie występują. Na dodatek, rozpychający się łokciami organizm państwowy wkracza w nieunikniony sposób w sfery wpływów sobie podobnych, za co naród chłostany jest niewybrednymi sankcjami. W głowach niektórych przedstawicieli jednego z klanów rośnie zarodek pytania: a co by było, gdyby tak odsunąć suwerena nieco na bok?
W międzyczasie, nad wyraz skutecznie leczony bohater opozycji zamierza powrócić na ojczyzny łono. Przez pół roku przecież zdołał wydobrzeć.
Jego ludzie w onej ojczyznie nie próżnują. Walcząc z korupcją, docierają do informacji o domniemanej, bizantyjskiej w formie i treści, olbrzymiej, luksusowej posiadłości autorytarnego przywódcy. Szefowa tej antykorupcyjnej instytucji, związanej z naszym bohaterem „przebywa w nieujawnionej lokalizacji poza granicami swego państwa“. I tu zaczyna się cykl wydarzeń, które graniczą z cudem.
Do autorów tego, co pózniej stanie się filmem o konsumpcyjnym rozpasaniu głowy państwa, anonimowo docierają dokładne plany i zdjęcia wspomnianej rezydencji. Ponoć rozciąga się nad nią strefa zakazu lotów, ale dron filmowców dzielnie ją pokonuje, realizując dodatkowe, ciekawe ujęcia obiektu z lotu ptaka.
Równolegle inna ekipa opozycyjna, z pomocą portalu śledczego z wyspiarskiego państwa Zachodniej Europy, organizacji mającej związki ze służbami specjalnymi, ogrywa, jak żółtodziobów, wytrawnych przeciwników z kontrwywiadu rządzonego przez pazernego suwerena kraju.
Bez żadnych haseł kontrolnych, bez umówionych kodów i kryptonimów otwierających im usta w praktyce przyznają się, że to oni są u zródeł nieudanego zamachu na opozycjonistę i z czyjego (łatwo się domyślić) rozkazu próbowali go zlikwidować.
Internet huczy od powielanej i rozdętej jak balon chmury informacji. Dzielnym przedstawicielom antykorupcyjnej fundacji udaje się na dodatek zgubić, zachowującą się jak pijane dzieci we mgle, obserwację niby wszechmocnych służb swego kraju, wymykając się jej, co umożliwia im sporządzenie dodatkowego materiału fotograficznego.
Dwadzieścia cztery godziny po powrocie opozycjonisty do kraju i jego zatrzymaniu w areszcie tymczasowym, uzasadnianym wykroczeniami administracyjno-finansowymi, wybucha przysłowiowa „bomba“. Film o wspomnianej rezydencji zapełnia sieć internetową i telewizje wielu krajów. Służby licznych państw w tym jednego zza Atlantyku, podłączają się do akcji, publikując trasy przemarszów, podczas których „gniew ludu“ powinien tłumnie zapełnić ulice.
Wprawdzie idol opozycji ma poglądy na różne międzynarodowe, twarde poczynania swego kraju, dziwnie podobne do suwerena, ale to nie istotne. Trzeba ukarać tego ostatniego. Do zgiełku informacyjnego dołącza zbiegły oligarcha, który kiedyś nie chciał się podzielić z władzą swym majątkiem, grabieżczo przecież, dzięki kleptokratycznemu przyzwoleniu tej władzy uzyskanego, a teraz jest zagranicznym dyrygentem „demokratycznego chóru“ w kraju swego pochodzenia.
A suweren cóż?… Wie, że mit zmarłego bohatera jest znacznie bardziej niebezpieczny niż żywy opozycjonista, dlatego dał zielone światło na jego leczenie zagraniczne. Wie też, że nie wszystkiemu winne są obce służby i on sam osobiście też nie, że niebezpieczne pęknięcie powstało w jego najbliższym otoczeniu, co tłumaczy zarówno przebieg incydentu jak i świetne efekty nagłaśnianego globalnie opozycyjnego działania w sferze medialno-filmowej. Wie, iż oświadczeń jego przybocznego z klanu oligarchów finansowych, że to właśnie tego miliardera własnością jest opisywana rezydencja, nikt nie weźmie za dobrą monetę.
Ale jeszcze się pozbiera, odnowi kontrolę nad społeczeństwem i klanami, mimo wszelkie usiłowania „fundacji walczącej z korupcją“, która „uzyskała“ status zagranicznego agenta na terenie swego kraju. Bohatera opozycji, po zgodnym z paragrafami procesie, umieści wprawdzie w więzieniu lub w obozie resocjalizacyjnym, ale dobrze zabezpieczonym przez absolutnie wiernych mu ludzi, tak aby skazańca przypadkiem nie spotkał jakikolwiek zagrażający życiu wypadek. A pózniej, po ustabilizowaniu sytuacji, z tego miejsca odosobnienia wypuści, bo żywy, kontrolowany opozycjonista na wolności może też być bardzo przydatny w sprawowaniu władzy. Wielu teraz rozdzierających szaty w związku ze sprawą jego aresztowania i rozdmuchujących wydarzenie, zdaje się tego nie rozumieć lub raczej nie chce pojąć, gdyż jest im to wygodne z przyczyn politycznych, bowiem trudno uwierzyć w to, aby byli aż tak naiwni…

Sushi con carne

Donald Trump nim poszedł w cholerę, pokazał że facecjonistą jest. Proklamował 22 stycznia Narodowym Dniem Świętości Życia Ludzkiego. „Każde ludzkie życie jest darem dla świata. Każdy człowiek, urodzony czy nienarodzony, młody czy stary, zdrowy czy chory, jest stworzony na święty obraz Boga. Wszechmocny Stwórca daje każdemu człowiekowi wyjątkowe talenty, piękne sny i wspaniały cel. W Narodowym Dniu Świętości Ludzkiego Życia świętujemy cud ludzkiej egzystencji i odnawiamy nasze postanowienie budowania kultury życia, w której każdy człowiek w każdym wieku jest chroniony, ceniony i kochany” – dowcipkował e prezydenckiej proklamacji. Żeby spointować ją rozśmieszającym cały świat stwierdzeniem , że od pierwszego dnia urzędowania podejmował „historyczne działania mające na celu ochronę życia niewinnych ludzi w kraju i za granicą”.
Dlaczego to śmieszne jest?. A kto był prezydentem USA w 2019 roku lat 70. poprzedniego wieku. Drugi najtragiczniejszy wynik zanotowano w 2006 roku – wówczas masowych morderstw zanotowano 38.
211 zabitych w tych zabójstwach osób, nie jest jednak rekordową liczbą. Najwięcej, 224 ofiar, zanotowano w 2017 roku, głównie dzięki zamachowi w Las Vegas, gdy doszło do najtragiczniejszej we współczesnej historii USA strzelaniny. Wtedy w Białym Domu też przecież był Trump obrońca życia.
W minionym roku , czyli za prezydentury Trumpa, nawet Nowym Jorku, gdzie obowiązywał wiele miesięcy lockdown, też znacznie wzrosła przemoc. Odnotowano tam 462 zabójstw w porównaniu z 319 w roku 2019, co oznacza wzrost o 44.8 proc. Poprzednio najwięcej ludzi zginęło w Nowym Jorku w 2011 roku. Śmierć poniosło wówczas 515 osób.
W 2017 roku Stany Zjednoczone pobiły też rekord w śmiertelności z użyciem broni palnej. Niemal 40 tys. osób zginęło tam wtedy z powodu zabójstw na skutek strzału, jak i samobójstw. To najgorszy wynik od ponad 20 lat. Dało to również wynik 12 takich zgonów na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w 2010 roku współczynnik ten wynosił 10,1.
O tym, że z USA jest coś mocno nie tak świadczą wyniki z innych krajów. Choćby 0,2 osoby zabitej ze spluwy na 100 tys. mieszkańców w Japonii, 0,3 w Wielkiej Brytanii i 0,9 w Niemczech. Nawet w Kanadzie współczynnik ten wynosi 2,1.

Przejrzenie polskich serwisów z informacjami ze świata jest pouczające. Świat według polskich szacownych agencji i portali to Unia Europejska, po starej znajomości Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Czasem pojawi się Rosja, a to głównie po to, żeby przywalić Putinowi – choćby Nawalnym. Równie nieczęsto (jeśli akurat nie ma jakiegoś zamachu w Izraelu), pojawia się Bliski Wschód. Od wielkiego dzwonu mignie gdzieś nius o Chinach. Indonezja istnieje tylko jak gdzieś zaginie jej samolot.
W świecie według naszych mediów nie ma Ameryki Południowej, nie ma też Afryki, Australii z Oceanią, a Azja występuje bez Indochin, Indii i Japonii. Mały ten nasz świat się zrobił? Czy może żadnej redakcji nie stać na wypuszczenie dziennikarzy choćby tam, gdzie masowo (nawet w porze pandemii) docierają turyści. Dlatego dziś jak ktoś chce się czegoś ciekawego dowiedzieć o świecie to zostają mu niszowe portale i pełen fotek z podróży Facebook.
Gdyby zaś kogoś interesowało to, co interesuje polskich dziennikarzy poza plotkami z Waszyngtonu, opowieści z Unii i koronawirusa światowego, to wyjdzie, że nic. Wojna w Afryce Środkowej nie istnieje, Wojna w Rogu Afryki też nie. Ciągłe zadymy w niemal każdym zakątku Ameryki Łacińskiej również nikogo nie ruszają, w przeciwieństwie do śmierci Maradony.
Nie dziwmy się zatem, że niemające pojęcia o istnieniu świata innego niż mediach społeczeństwo, nie jest w stanie zauważyć, że to co zaproponował Polsce liberalizm przeniosło nas wprost do struktury społecznej panującej w Ameryce Południowej. Ta zaś charakteryzuje się tym, że demokrację zmienia już to na rządy populistów, już to na jakąś inną juntę.

Od wielu lat mnóstwo polityków chce wmówić ludziom, że Władimir Putin to idiota. Bo tylko idiota każe zabijać swoich przeciwników, po to, żeby wszyscy wiedzieli, że to on stał za morderstwami. Annę Politkowską w Rosji znała garstka ludzi. Dziennikarka nie miała zatem najmniejszych szans, by stać się dal Putina, kimś kogo trzeba się było pozbyć. A jednak ją zabito. Litwinienko naopowiadał po wyjeździe z Rosji wszystko co mógł. Miał na to dużo czasu, tak samo jak wielu innych pracowników rosyjskich służb, którzy przenieśli się na Zachód i tam żyją z opisywania tego co chcą czytać i słuchać miłośnicy wolności i demokracji. Ale to Liwinienkę potraktowano polonem i to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli, że to robota FSB. Po ataku Nowiczokiem” na kolejnego byłego agenta i jego rodzinę w Zjednoczonym Królestwie, kto chciał mógł dowiedzieć się, co to ten Nowiczok oraz to, że występuje on jedynie w Rosji i służy do zabijania ludzi niewygodnych dla Kremla.
Skoro jednak atak w Anglii nikogo nie zabił, a środek bojowy został zdekonspirowany, to dlaczego właśnie jego użyto do otrucia Aleksieja Nawalnego? Wytłumaczenie serwowane przez media mówi, że dlatego, że Putin boi się Nawalnego i postanowił do wyeliminować. I pewnie dlatego za Nawalnym jeździła od lat ta sama szpiegująca go na rzecz Kremla ekipa, której skład otoczenie Nawalnego dobrze znało. Potem zaś ktoś z dzielnych zabójców od Putina wykonał jego rozkaz i wlał Nowiczoka do butelki.
Zapewne dlatego, że rosyjskie służby nie mają pojęcia jak kogoś zabić, żeby nie został żaden ślad, że to zbrodnia a nie wypadek. Władimir Putin rządzi zatem strukturami zatrudniającymi kretynów, którzy nie mają pojęcia o mokrej robocie. Taka opinia przylgnęła do rosyjskich służb za sprawą mediów. Opinia ta oczywiście ma w sobie i to, że przełożonym takich kretynów nieudaczników, musi być jeszcze większy kretyn. Putin znaczy.
Nikt nie lubi być nazywany kretynem i idiotą. Putin też nie. I właśnie za to, a nie za wydumane poparcie społeczne dla Nawalnego ma do opozycjonisty pretensje. Dlatego zapuszkował go tuż po przylocie z Niemiec. Ale zamiast zesłać go na białe niedźwiedzie, Putin pozwala Nawalnemu nawet w pierdlu nie rozstawać się z komórką, dzięki której Nawalny jakby nie siedział.
Sushi prosi zatem, żeby ktoś wreszcie powiedział o co w tym wszystkim chodzi.