Ceny rosną, wartość naszych oszczędności spada

W bieżącym roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach.

Inflacja w lutym 2021 r. wzrosła o 2,4 proc. w ujęciu rok do roku, i było to nieco mniej (o 0,2 punktu procentowego) niż w styczniu bieżącego roku. Dynamika zmian cen w pierwszych dwóch miesiącach roku także była nieco mniejsza niż w analogicznym okresie 2020 r. Jednak dynamika cen usług wynosi już aż 7 proc., co jest z pewnością odczuwalne przez konsumentów.
W stosunku do stycznia 2021 r. ceny towarów i usług wzrosły w lutym o 0,5 proc. W tym miesiącu w porównaniu ze styczniem, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) miały wyższe ceny w zakresie transportu oraz żywności, które podwyższyły CPI odpowiednio o 0,16 p.p. i 0,11 p.p. Coroczna zmiana wag wskaźnika CPI spowodowała bardzo wyraźny wzrost udziału cen żywności, co jeszcze bardziej zwiększa znaczenie tych kategorii cen, na którą wpływ ma wiele czynników niezależnych bezpośrednio od banku centralnego.
Zbliżamy się do okresu, kiedy dynamika inflacji będzie przekraczała 3 proc., co z punktu widzenia banku centralnego powinno spowodować prowadzenie polityki pieniężnej, która będzie sprzyjała ograniczaniu nadmiernych oczekiwań inflacyjnych – zwraca uwagę Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Analizy wskaźników inflacji w dłuższym okresie nie ułatwiają dokonywane każdego roku aktualizacje systemu wag stosowanego w obliczeniach wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Przypomnijmy, że nowe wagi wynikają z przeprowadzanych badań budżetów gospodarstw domowych i oparte są na strukturze wydatków gospodarstw domowych na zakup towarów i usług konsumpcyjnych z roku poprzedzającego badany rok.
Nowy system wag uwzględnia zmiany w strukturze konsumpcji wywołane pandemią COVID-19. W efekcie, w porównaniu z 2020 r. najwyraźniej, bo aż o 2,53 p.p. wzrósł udział wydatków na żywność i napoje bezalkoholowe oraz o 0,7 p.p. udział wydatków związanych z użytkowaniem mieszkania. Najwyraźniej obniżył się udział wydatków w zakresie restauracji i hoteli (o -1,56 p.p.), transportu (-1,01 p.p.), rekreacji i kultury (-0,84 p.p.). Zastosowanie nowych wag spowodowało, że w styczniu 2021 r. w stosunku do stycznia ubiegłego roku inflacja wzrosła o 2,6 proc., wobec wstępnie szacowanego wzrostu o 2,7 proc.
Najnowsze dane o inflacji powinny skłaniać do zastanowienia się nad przyszłą ścieżką zmian cen. Procesy inflacyjne w okresie pandemii przebiegają inaczej niż w przypadku typowych sytuacji recesyjnych – zauważa TEP.
Wbrew oczekiwaniom, które pojawiły się powszechnie po rozpoczęciu pandemii w ubiegłym roku, w Polsce nie mamy do czynienia z dłuższym okresem deflacyjnym. Inflacja po dwóch pierwszych miesiącach jest o 1,1 p.p. powyżej projekcji Narodowego Banku Polskiego z lipca ubiegłego roku. Pamiętajmy, że w styczniu i lutym 2020 roku mieliśmy wyraźniejsze, miesięczne wzrosty cen, natomiast od marca do maja ubiegłego roku dynamika cen spowalniała.
W 2021 roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach. W projekcji NBP dynamika inflacji w drugim kwartale ma wynieść 3,4 proc. Mając to na uwadze, wkrótce możemy znaleźć się w strefie dyskomfortu wynikającego z rosnącego ryzyka wzrostu dynamiki inflacji do wartości, które wywołują zaniepokojenie konsumentów i podwyższenie oczekiwań inflacyjnych.
Z punktu widzenia osób oszczędzających, rosnąca inflacja może być coraz większym problemem, skoro ujemne realne stopy procentowe powodują spadek siły nabywczej oszczędności niezabezpieczonych przed inflacją. Natomiast z punktu widzenia banku centralnego dzisiejsza dynamika inflacji nie stanowi problemu, ale wkrótce może to ulec zmianie, gdyż w otoczeniu międzynarodowym pojawiają się coraz wyraźniejsze oczekiwania wzrostu cen (m.in. wzrost oczekiwań inflacyjnych w Stanach Zjednoczonych).
Z tego powodu wymagana jest szczególna ostrożność w formułowaniu przez bank centralny kierunków przyszłych działań. Powinny one być skoncentrowane przede wszystkim na ograniczaniu oczekiwań inflacyjnych oraz odpowiednio wczesnej reakcji w sytuacji ryzyka zbyt wysokiej dynamiki cen w przyszłości.

Przede wszystkim nie stracić

Przy odkładaniu pieniędzy Polacy odznaczają się cennymi cechami; niechęcią do ryzyka i wybieraniem bezpiecznych metod powiększania majątku. To zrozumiałe po dekadach wojen i różnych zaburzeń, gdy traciło się wszystko.

Wedle stanu na połowę bieżącego roku oszczędności Polaków osiągnęły wartość 1,7 biliona złotych. To prawie dwa razy więcej niż dekadę temu. Za oszczędności uważa się gotówkę, akcje, obligacje, depozyty bankowe, fundusze inwestycyjne, polisy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym oraz środki z otwartych funduszy emerytalnych.
Oszczędza, lub próbuje to robić, 63 proc. Polaków, z tego 53 proc. regularnie, co miesiąc. W ciągu ostatniego dziesięciolecia wzrósł dochód rozporządzalny gospodarstw domowych (jest to suma bieżących dochodów gospodarstwa domowego pomniejszona o podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne). Wśród osób, które posiadają oszczędności, prawie połowa (46 proc.) odkłada powyżej 10 proc. miesięcznego wynagrodzenia.
Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2019 r. wydatki stanowiły 68,8 proc. naszych dochodów, podczas gdy 10 lat temu, o niemal 20 punktów procentowych więcej. W obecnym, pandemicznym roku ta proporcja zapewne się pogorszyła.
Jak wynika z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu tego roku przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska, posiadanie oszczędności deklarują najczęściej osoby w wieku 40-49 lat (71 proc. oszczędzających z osób w tym przedziale wiekowym). Najtrudniej odłożyć́ cokolwiek gospodarstwom 1-osobowym – oszczędności posiada 56 proc. Relatywnie najłatwiej: gospodarstwom 4-osobowym (71 proc. z nich zadeklarowało posiadanie oszczędności.
Oczywiście im wyższy dochód gospodarstwa domowego, tym częściej ma ono oszczędności – posiada je tylko 29 proc. gospodarstw domowych z dochodem netto do 2 tys. zł oraz około 80 proc. gospodarstw z dochodami przekraczającymi 8 tys. zł netto miesięcznie.
– Polacy stopniowo budują swój majątek i szukają sposobów na jego pomnażanie. Odkładamy stosunkowo niewielką część dochodu w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, ale coraz więcej z nas deklaruje, że oszczędza. W 2019 roku, po raz pierwszy od 20 lat, więcej niż połowa osób badanych zadeklarowała, że odkłada część pieniędzy – mówi Monika Szlosek z Santander Bank Polska.
Najwięcej badanych rodzin, nieco ponad jedna czwarta, zadeklarowała, że ma zgromadzone oszczędności o równowartości dochodów z dwóch – trzech miesięcy. W oszczędzaniu Polacy unikają ryzyka i pomimo rekordowo niskich stóp procentowych łączna wartość depozytów sięga prawie 1 biliona złotych (969 mld zł).
Na koniec ubiegłego roku depozyty stanowiły aż 72 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych w Polsce, podczas gdy średnia europejska wynosiła 37 proc. Wyższy udział lokat mieli jedynie mieszkańcy Grecji i Cypru. Z kolei w funduszach, w tym emerytalnych oraz akcjach, Polacy posiadali w 2019 roku 28 proc. swoich aktywów, podczas gdy średnia europejska wynosi ponad dwukrotnie więcej – 63 proc.
– Największą motywacją do oszczędzania jest „niepewność jutra”. Rzadziej odkładamy na jasno sprecyzowane cele, a w finansowe DNA mamy wpisaną niechęć do ryzyka. Polacy na tle mieszkańców Europy Zachodniej są bardziej ostrożni i mniej chętnie akceptują jakiekolwiek ryzyko inwestycyjne. Świadczy o tym dużo wyższy udział lokat oraz niższy udział akcji i jednostek funduszy w posiadanych aktywach, w porównaniu z innymi nacjami. W krajach Europy Zachodniej udział innych niż depozyty aktywów finansowych jest mocno zróżnicowany, co zależy przede wszystkim od rozwoju rynku funduszy emerytalnych. W Wielkiej Brytanii i Niderlandach aktywa w nich zgromadzone stanowią ponad 50 procent oszczędności mieszkańców. W Skandynawii akcje ma średnio kilkanaście procent społeczeństwa Większość naszych oszczędności utrzymywana jest w bankach (aż ok. 59 proc. ) oraz w gotówce, czyli najniżej oprocentowanych, ale i najbezpieczniejszych formach oszczędzania. Wysoki udział depozytów jest charakterystyczny dla krajów byłego bloku wschodniego – dodaje Monika Szlosek.
W wyniku pandemii koronawirusa w systemie pozabankowym zwiększyła się ilość gotówki, a także nastąpił odpływ z lokat bankowych na nieoprocentowane rachunki bieżące. Suma gotówki w obiegu na koniec czerwca osiągnęła poziom 283 miliardów złotych, a łącznie depozyty i gotówka wynoszą 1,2 biliona złotych. W drugim kwartale 2020 roku ilość gotówki w obiegu wzrosła o 30 miliardów złotych, a suma środków na nieoprocentowanych rachunkach powiększyła się o 72 miliardy.
Rekordowo niskie stopy procentowe sprawiają, że Polacy zaczynają rozglądać się za alternatywami dla depozytów. Badanie wskazuje, że 22 proc. osób posiadających oszczędności rozważa inwestycje w nieruchomości, które traktowane są jako swoista forma lokaty (oczywiście tylko przez zamożniejszych, których stać na zakup takiej nieruchomości). 11 proc. myśli o inwestycji w złoto lub inne kruszce. 7 proc. badanych przygląda się możliwościom zainwestowania w fundusze inwestycyjne, a 6 proc. w akcje na giełdzie. Generalnie, zdaniem Polaków, jeśli lokować swoje oszczędności, to bezpiecznie. Zazwyczaj wolimy nisko oprocentowaną lokatę niż instrumenty obarczone jakimkolwiek ryzykiem, jak akcje czy fundusze inwestycyjne.
Najbardziej zyskownymi inwestycjami są, zdaniem Polaków, niezmiennie nieruchomości. Aż 65 proc. badanych uważa, że mogą one przynieść wysokie zyski. Grupą najsilniej przekonaną o dużych zyskach z takiej inwestycji są osoby w wieku 40 – 49 lat.
Na kolejnych miejscach pod względem potencjalnie wysokiej stopy zwrotu znalazły się inne aktywa materialne, jak złoto, diamenty i dzieła sztuki. Za zyskowne lub bardzo zyskowne uznała je około połowa respondentów. Znacznie mniej osób uznaje za zyskowne inwestycje w waluty (27 proc.), kryptowaluty (21 proc.), oraz inwestycje na giełdzie (20 proc.).
W przypadku ostatniej kategorii uwagę zwraca fakt, że przekonanie o zyskowności inwestowania w akcje z wiekiem maleje. Za najbardziej zyskowne uważają je badani w wieku 18 – 29 lat (około 30 proc. z nich), a za najmniej – w wieku powyżej 70 lat (tylko 6 proc. badanych). Także inwestowanie w kryptowaluty jest szczególnie dobrze postrzegane wśród osób w wieku 18-29 lat. Aż 79 proc. z nich uznało je za inwestycję z dużym potencjałem zysku.

Bieda atakuje Polaków

Nieudolność rządu PiS w zwalczaniu pandemii wpędza mieszkańców naszego kraju nie tylko do grobu, ale także i w nędzę.
Nie jest dobrze z oszczędnościami Polaków. Po prostu, są one zbyt niskie albo zgoła żadne. Aż 56 proc. rodaków oświadcza, że nie ma w ogóle oszczędności, bądź ma, ale tak skromne, że nie zapewniające im żadnego poczucia bezpieczeństwa życiowego. Trudno się temu dziwić, bo co jak co, ale bezpieczeństwo życiowe to wyjątkowo deficytowy towar w Polsce pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości.
Mówiąc bardziej konkretnie, 19 proc. Polaków nie posiada żadnych oszczędności, zaś 37 proc. jakieś zgromadziło, ale znikome i nie dające poczucia bezpieczeństwa.
Wyniki te pochodzą z badania zatytułowanego „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu tego roku. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska, we współpracy z firmą Analizy Online. Badanie zostało przeprowadzone w dość szczególnym momencie: niedługo po wakacjach, gdy polska gospodarka była jeszcze „odmrożona”, a pandemia dopiero szykowała się do jesiennego skoku na nasz nieprzygotowany kraj. Ponadto, przechwałki rządu PiS o tym, jak jesteśmy świetnie przygotowani do jej odparcia, nieco poprawiały nastroje rodaków, nie mających przecież pojęcia o skali zbrodniczych wręcz zaniedbań obecnej ekipy. W tej sytuacji o optymizm było nieco łatwiej niż na przykład w maju.
Spośród tych 56 proc. Polaków bez żadnych oszczędności, bądź z tak znikomymi, że nie zapewniającymi żadnego bezpieczeństwa, jedna trzecia oświadcza, że jeszcze przed pandemią miała oszczędności. Jednak w czasie kilku miesięcy trwania pandemii stopniały one do zera. Ten smutny wynik pokazuje, jak szybko pogarsza się sytuacja majątkowa mieszkańców naszego kraju.
Tylko 43 proc. Polek i Polaków deklaruje, że czuje się bezpiecznie z posiadanymi oszczędnościami. Ile udało się odłożyć osobom, które deklarują, że mają jakieś oszczędności? Otóż, z badania instytutu IBRIS wynika, że czterech na dziesięciu badanych posiada takie, które przewyższające ich sześciomiesięczne dochody. To jest poziom, który zwykle uznaje się za poduszkę finansową, mogącą dawać poczucie finansowego bezpieczeństwa (z tym, że „mogącą dawać” nie oznacza tego samego co „gwarantującą”).
Natomiast 26 proc. badanych ma odłożone pieniądze, które odpowiadają równowartości dwu lub trzymiesięcznych przychodów gospodarstwa domowego. W warunkach nasilającego się w Polsce pandemicznego kryzysu gospodarczego, tak skromne oszczędności nie gwarantują minimum stabilności.
Czy pieniądze dają poczucie bezpieczeństwa? Oczywiście, że dają.
– Przyjmuje się, że poduszka finansowa zapewniająca poczucie bezpieczeństwa, powinna wynosić równowartość co najmniej sześciokrotności miesięcznych dochodów lub w innym ujęciu stałych, miesięcznych wydatków. Z naszych badań wynika natomiast, że próg, po przekroczeniu którego wszyscy badani czują się zabezpieczeni finansowo to równowartość 8 miesięcznych pensji – wyjaśnia Monika Szlosek z Santander Banku Polska.
Taką poduszkę finansową czyli minimum 6 – krotność miesięcznego wynagrodzenia, ma pod głową zaledwie co czwarty Polak lub Polka (24 proc.) W grupie osób, które zgromadziły jakiekolwiek oszczędności odsetek ten wynosi zaś 39 proc.
Ta sytuacja sprawia, że ludzie z największym poczuciem bezpieczeństwa finansowego to dziś w Polsce generalnie emeryci, którzy mają wprawdzie skromne bo skromne, ale jednak stałe dochody. Przynajmniej na razie stałe, bo nie wiadomo, czy rząd PiS, łatając dziury, nie sięgnie po pieniądze seniorów. – Badania jasno wskazują, że wysokość oszczędności mierzona wielokrotnością wynagrodzeń rośnie wraz z dochodami. Osoby zarabiające do 2 000 zł najczęściej deklarują, że odłożyły 6 – 7 miesięcznych pensji, podczas gdy badani zarabiający minimum 4 000 zł miesięczne najczęściej odpowiadali, że mają oszczędzoną ponad 12 – krotność wynagrodzenia – dopowiada Monika Szlosek.
Na wysokość oszczędności ma wpływ także liczba osób, będących w jednym gospodarstwie domowym. Najczęściej posiadanie odłożonych pieniędzy deklarują rodziny czteroosobowe (53 proc.), natomiast trudno jest je odłożyć gospodarstwom jednoosobowym, w których koszty stałe nie rozkładają się na więcej zarabiających członków rodziny.
Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że najwyższe kwoty oszczędności deklarują gospodarstwa jedno lub dwuosobowe. Badania wskazują, że w ponad 42 proc. z nich odłożone pieniądze przekraczają sześciokrotność miesięcznego wynagrodzenia. Najniższe oszczędności posiadają, co zrozumiałe, gospodarstwa z większą liczbą dzieci, co najmniej pięcioosobowe – w prawie co czwartym z nich, wysokość odłożonych pieniędzy to równowartość pensji z zaledwie jednego miesiąca.
Wysokość posiadanych oszczędności Polaków generalnie rośnie wraz z wiekiem. Podczas gdy w grupie młodych dorosłych (18 – 29 lat) posiadanie zasobów w wysokości minimum 12 -krotności miesięcznego wynagrodzenia deklaruje mniej niż jeden na 10 badanych (7 proc.), to w grupie osób od 50 do 69 lat jest ich już prawie trzykrotnie więcej. Tu pozytywny wpływ na wzrost oszczędności zaczyna już wywierać emerytura.
Trudno jednak o dobre perspektywy życiowe dla mieszkańców kraju, w którym grupa mająca największe poczucie bezpieczeństwa finansowego to emeryci.

Niezbyt szczerze o kasie

O pieniądzach kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami, niż mężczyźni z kobietami. Czyżby pokazywało to, komu na czym bardziej zależy?
Wbrew dość powszechnym opiniom, Polacy w zdecydowanej większości deklarują, że pieniądze są dla nich naturalnym tematem rozmowy. Jednak nie do końca. Jeśli spojrzy się bardziej wnikliwie, można się dowiedzieć, że co piąty z nas uważa rozmowę o finansach za źródło konfliktów, a co czwarty woli szukać informacji na ten temat w internecie, niż wśród najbliższych. Tak wynika z badań ING.
Owszem, o pieniądzach rozmawiamy, ale ostrożnie. Pomimo deklarowania otwartości do rozmów, przyznajemy się też do konfliktów wynikających z dyskusji o pieniądzach (doświadcza ich19 proc. pytanych). Powodem takiego stanu rzeczy może być to, jak duże znaczenie mają dla nas pieniądze. To wszak środek służący realizacji naszych potrzeb, czy życiowemu zabezpieczeniu, który – jak wierzymy – daje nam szczęście. Prawie 80 proc. Polaków przyznaje, że oszczędności są bardzo ważne dla nich i ich rodzin. Zapewne jest to pogląd tak powszechny, gdyż nasze oszczędności są nikłe – a wiadomo, że najbardziej ceni się to, czego się nie ma.
Pieniądze nie są łatwym tematem ani dla singli, ani dla par – 16 proc. z nas nie lubi rozmawiać z drugą połówką na ten temat. Kończy się bowiem zwykle na wyrzutach, kto za mało zarabia i dlaczego. Z badania ING wynika również, że 75 proc. kobiet deklaruje, że podejmowało ten temat z partnerem w ciągu ostatniego tygodnia, ale twierdząco na to samo pytanie odpowiada jedynie 62 proc. To się zgadza, bo kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami o kasie, niż odwrotnie – więc niekiedy mówią na ten temat, choć nie są słuchane. Mamy zatem do czynienia z różnicami zdań, które wpływają również na nasze bliskie relacje.
„W rozmowie o pieniądzach powinniśmy nie tylko przedstawić swoje zdanie, ale również zobaczyć, co sprawia nam trudność w tej komunikacji. Kiedy już dowiemy się, czy wstydzimy się, czy może mamy odmienne zdanie, dużo łatwiej będzie nam dojść do kompromisu. Rozmowa jest dla nas naturalna, ale już jej jakość może być różna. A właśnie dbając o jakość komunikacji, bardzo wpływamy na nasze relacje, bo faktycznie przekazujemy to, co mamy w sobie. Aby nauczyć się rozmawiania o pieniądzach, trzeba spojrzeć na nie z innej perspektywy – tej drugiej strony, czyli naszego rozmówcy. To zupełnie naturalne, że jedno z nas może mieć podejście bardziej instrumentalne, a drugie bardziej emocjonalne. Im więcej będziemy mówić i argumentować, tym lepiej się zrozumiemy i nie będziemy utożsamiać rozmowy o finansach z konfliktem” – taką, dość oczywistą opinię prezentuje Maria Rotkiel, psycholożka rodzinna.
Efektywna i szczera komunikacja w tym ważnym temacie, jakim są pieniądze, jest oczywiście możliwa. Aż 74 proc. proc. badanych przyznających się do bycia w szczęśliwym związku, zadeklarowało, że rozmawiało o pieniądzach w ostatnim tygodniu. Być może to droga do zdrowej i szczęśliwej relacji.

Budżetówka zapłaci za kryzys

Pracownicy sfery budżetowej niejako tradycyjnie dostają po kieszeni, kiedy tylko gospodarka zaczyna buksować. Rząd składa ich w ofierze.

Kiedy trwała kampania wyborcza, politycy na wszelkie sposoby dopieszczali pracowników budżetowych, obiecując dodatkowe pieniądze, podwyżki i różne dodatki. Teraz nic z tego nie stało. Podczas zaciskania pasa oni pierwsi padną ofiarą oszczędności.

Zamrożeni

W planie budżetowym na 2021 rok rząd założył, że pół miliona osób, zatrudnionych w budżetówce, której płaci centralny aparat państwa, będzie miało zamrożone płace. Oczywiście w założeniu tylko przez rok, ale pamięć podpowiada, że co się tyczy zamrażania płac tej grupie zawodowej, rządy wprowadzają te rozwiązania łatwo, ale rezygnują z nich dużo trudniej. Wystarczy przypomnieć, że poprzednie zamrożenie ciągnęło się przez wiele lat, od 2011 roku, choć sytuacja gospodarcza w tym okresie była, według oficjalnych danych, znakomita. „Zielona wyspa” nie dotyczyła pracowników, bez których żadne państwo nie jest w stanie funkcjonować poprawnie.

OPZZ już krytycznie oceniło tę propozycję, wskazując, że pomysły oszczędzania rząd wprowadza dość wybiórczo: zamraża płace budżetówki, wycofuje się z wcześniejszych deklaracji radykalnego podnoszenia płacy minimalnej, a jednocześnie nie rezygnuje z innych pomysłów wiążących się z wydatkami z budżetu, jak np. dodatkowe wypłaty dla emerytów.

Tylko koszty

Minister finansów cynicznie i jasno usprawiedliwił taką decyzję, mówiąc, że administracja to dla gospodarki tylko koszty, nie ma więc sensu zwiększanie na nią wydatków, bo to nie przekłada się na polepszanie sytuacji gospodarki.

Wspomniane zamrożenie obejmie nauczycieli zatrudnionych w szkołach i placówkach prowadzonych przez organy administracji rządowej, urzędników państwowych, prokuratorów, sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości, żołnierzy, celników i policjantów. To, jak twierdzi wiceminister finansów, Sebastian Skuza, cytowany przez TVN24, około 557 tysięcy etatów.

Istnieje także poważne zagrożenie, że w celu ratowania funduszu płac, przez administrację państwową przetoczy się fala zwolnień. Premier kilka razy zresztą sugerował taki scenariusz, zupełnie jakby zamierzał przygotować pracowników na fatalny dla nich scenariusz.

Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Brzemię świątecznych zakupów

Na prezenty i inne przyjemności wydajemy coraz więcej, ale większość z nas potrafi zachować dyscyplinę finansową.

Święta zbliżają się wielkimi krokami i już w drugiej połowie listopada w większości sklepów możemy spotkać półki ze świątecznymi stroikami, a galerie handlowe zaczynają świecić kolorowymi światełkami. Co więc zrobić, aby nasz portfel przed świętami nie zaczął świecić pustkami?
W ubiegłym roku Polacy na zakupy świąteczne wydali 272 euro (równowartość 1168 zł). Jest to zaledwie o 64 zł więcej, niż w 2017 roku (257 euro, czyli 1104 zł).
Wydaje się, że jak na czas generalnie rosnącej konsumpcji krajowej jest to przyrost niewielki, wystawiający niezłe świadectwo roztropności finansowej rodaków. Spośród tych deklarowanych 1168 zł wydawaliśmy: na prezenty – 532 zł, na artykuły spożywcze – 511 zł, a na spotkania towarzyskie 125 zł – wynika z zeszłorocznego badania firmy Deloitte.
Inna sprawa, że jak pokazuje badanie, Polacy spośród mieszkańców państw europejskich są szczególnie skłonni aby przekraczać założony budżet na wydatki świąteczne. 53 proc. badanych deklaruje, że zapewne przekroczy go o ponad 200 zł, podczas gdy średnia „przekroczenia” dla Europy to 32 zł.

Ostrożnie z pożyczkami

Nasze wydatki na prezenty świąteczne rosną w tempie nieco ponad 3 proc. rocznie, ale w internecie znacznie szybciej – na prezenty kupowane online wydajemy już o prawie 9 proc. więcej rok do roku. W przypadku wielu rodzin wpływ na to mogą mieć środki z rządowego programu Rodzina 500 plus.
Na rosnące zakupy wpływ może mieć oczywiście większa zasobność naszych portfeli, ale także i, zauważalny przez Polaków wzrost cen. Z jednej strony nominalnie mamy zatem więcej, ale jest to skutecznie „zjadane” zwłaszcza przez część wydatków związanych właśnie z żywnością, czy rozmaitymi usługami.
Wszystkie badania pokazują, że większość Polaków sfinansuje tegoroczne święta z pensji lub oszczędności.
Mimo szaleńczego wręcz nasilenia reklam różnych pożyczek i kredytów konsumpcyjnych, zaledwie co dwunasty z nas zamierza zaciągnąć kredyt lub pożyczkę, albo przesunie płatność rachunków.
Dobrze już rozumiemy, że przedświątecznych pożyczek należy unikać jak ognia. Co piąty z grona tych, którzy zamierzają wspomagać się pożyczkami bądź kredytami, przeczuwa niestety, że popadnie w finansowe kłopoty z powodu bożonarodzeniowych wydatków.

Nie wierzcie promocjom

Nie jest tajemnicą, że przed świętami produkty w sklepach drożeją. Kłamliwe są wszelkie reklamy mówiące o promocjach świątecznych czy nadzwyczajnych obniżkach. Również i listopadowe wyprzedaże to w dużej mierze lipa, bo ceny tylko sporadycznie bywają niższe. Warto więc pamiętać o dyscyplinie finansowej, a najlepiej przygotować wcześniej plan, którego będziemy się trzymać podczas robienia zakupów.
Dużą część świątecznych wydatków pochłaniają prezenty, a zatem teoretycznie możnaby je kupić wcześniej. Można też trafić na rozmaite akcje rabatowe oraz skorzystać z ofert klubów zakupowych, które niekiedy pozwolą na złapanie okazji. Niekiedy zdarzają się także wyprzedaże garażowe rzeczy używanych, które przywędrowały do nas ze Stanów Zjednoczonych i stopniowo zaczynają zyskiwać popularność.
Można w ten sposób „przewietrzyć szafy” oraz zarobić na rzeczach, które nam się już nie przydadzą – a z drugiej strony jest to szansa na upolowanie fajnego prezentu, np. na targach vintage (to taka bardziej elegancka nazwa targów staroci czy pchlich targów), gdzie czasem da się znaleźć interesujące bibeloty, książki, czy biżuterię. Oczywiście im bliżej świat, tym o to trudniej.

Warto mieć poduszkę

Najlepszą rzeczą jaką możemy zrobić przed świętami jest przygotowanie poduszki finansowej – tak aby mogła zamortyzować ona upadek naszych finansów wywołany nadchodzącymi wydatkami.
Czyli, trzebaby wcześniej trochę zaoszczędzić. Problem w tym, że większość Polaków ciągle nie bardzo ma co zaoszczędzić. Gdy zaś już cokolwiek zaoszczędzą, to ich pieniądze są systematycznie konsumowane przez rosnącą inflację. Oszczędności mogą też zostać zrujnowane przez nieprzewidziane kłopoty: wydatki nieplanowane, związane z pogorszeniem stanu zdrowia bądź jakąś sytuacją kryzysową.
Generalnie oszczędności Polaków wynikają przede wszystkim z ograniczenia bieżących wydatków, nie zaś z lepszego gospodarowania pieniędzmi czy pojawieniem się nadwyżek w portfelu.
Według raportu GfK Polonia, Polacy stopniowo oszczędzają coraz więcej, jednak wciąż pozostają w tyle za sąsiadami. Skumulowane oszczędności polskich gospodarstw domowych w Polsce wynoszą 2,2 proc. produktu krajowego brutto, natomiast w Niemczech wartość ta wynosi ponad 11 proc. PKB.
Większość z nas odkłada kwoty, wynoszące średnio pomiędzy 100 a 250 złotych miesięcznie. Aby święta nie były dla nas zaskoczeniem warto więc już wcześniej przeznaczać na ten cel choć część miesięcznych oszczędności.
Dyscypliny finansowej nie nauczymy się z dnia na dzień, ale możemy przyjrzeć się swoim wydatkom i zanotować, ile pochłaniają Święta Bożego Narodzenia – a potem wrócić do tego rozliczenia za rok, gdy zaczniemy myśleć o wydatkach na święta 2020 r.

Więcej zarabiamy, bardziej się zadłużamy

Pomimo stopniowego wzrostu średniego poziomu dochodów Polaków, prywatne oszczędności obywateli rosną powoli.

Rosnące ceny żywności, mieszkań i paliw to największe zmartwienie Europejczyków. Nasz kraj nie jest niestety zieloną wyspą cenową.
W Polsce ​wywóz śmieci jest już o 27 proc. droższy niż przed rokiem, za wycieczki turystyczne płacimy już o 6,8 proc. więcej, usługi transportowe, lekarskie oraz fryzjerskie i kosmetyczne to średnio wzrost o 5,7 proc. (przy inflacji na poziomie 2,9 proc.) – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Jak więc oszczędzać więcej w czasach, gdzie galopująca drożyzna zjada portfele Polaków?
Stopa oszczędności w Polsce w ostatnich latach wahała się w okolicach 2 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosiła ok. 5-6 proc., a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10 proc.
Z badanych przez Europejski Urząd Statystyczny państw, tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy (5,16 proc.) i Finowie (6,16 proc.).
Jednak w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba naszych rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty. Towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w poważne długi (choć sama wartość naszego zadłużenia nieco rośnie). Jest to związane ze wzrostem średniego wynagrodzenia brutto, które w 2019 r. przekroczyło 5 tys. zł – i tylko w ciągu ostatnich 10 lat wzrosło ono o ok. 60 proc., choć trzeba pamiętać, że ponad dwie trzecie Polaków zarabia mniej niż owa średnia.
Z badania „Nawyki finansowe Polaków, czyli na czym lubimy oszczędzać” zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Quality Watch wynika, że ponad 50 proc. mieszkańców Polski w ramach oszczędności kupuje głównie na promocjach. Bezpłatne parkowanie to sposób na oszczędzanie dla 40 proc. Polaków (choć oczywiście każdy, kto tylko może, stara się parkować bezpłatnie), a powstrzymywanie się od zostawiania napiwków deklaruje 35 proc. (naturalnie tylko z tej niewielkiej grupy, która chodzi do rozmaitych lokali). Około 63 proc. Polaków deklaruje, że posiada oszczędności, a ich wysokość jest zwykle mniejsza niż półroczne dochody.
41 proc. respondentów odpowiedziało, że pieniądze odkłada „na wszelki wypadek/na zapas”. Okazuje się, że dla ponad połowy z nas główną zaletą oszczędzania jest większe poczucie bezpieczeństwa.
Znacznie mniej osób wskazywało na inne cele. Warto zauważyć, że udział składki ubezpieczeń na życie w wydatkach polskich konsumentów zanotował spadek, szczególnie gdy porówna się to z kilkudziesięcioprocentowym wzrostem średniego poziomu wynagrodzeń.
Zapewne wynika to z tego, że polskie społeczeństwo coraz bardziej się starzeje, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe nie chcą ubezpieczać ludzi starszych od następstw chorób i nieszczęśliwych wypadków. Ci natomiast nie są specjalnie zainteresowani ubezpieczaniem się tylko na wypadek własnej śmierci, rozumiejąc, że żaden z tego dla nich pożytek.

Więcej bezpieczeństwa finansowego

Mniej troszczymy się o teraźniejszość, ale bardziej boimy się przyszłości.

Poczucie bezpieczeństwa finansowego ma 64% Polaków, czyli o 12% więcej niż w ubiegłym roku.
Po raz kolejny, najwyższy poziom poczucia bezpieczeństwa wykazali ludzie najzamożniejsi – mieszkańcy dużych miast (68% w roku 2019, czyli 5 % więcej niż w ubiegłym) oraz osoby z wyższym wykształceniem (62% w roku 2019, również o 5% więcej niż w ubiegłym).
Polacy czują się obecnie bezpiecznie finansowo – jednak równocześnie coraz bardziej obawiają się o finansową przyszłość. Takie obawy deklaruje już 56% z nas, czyli 15% więcej niż w ubiegłym roku.
Wbrew pozorom rosnąca obawa o finansową przyszłość może być dobrym przejawem. Może ona oznaczać, że lepiej rozumiemy zagadnienia finansowe i zatroszczymy się skuteczniej o stałe przychody w przyszłości.
79% Polaków rozmawia z rodziną i znajomymi na temat pieniędzy. Natomiast 55% polskich gospodarstw domowych posiada oszczędności. Tak więc, częściej rozmawiamy o pieniądzach i częściej oszczędzamy na przyszłość, co oznacza, że zamiast myśleć „jakoś to będzie”, dokonujemy bardziej świadomych wyborów finansowych.
Generalnie, ufamy, że produkty oferowane przez banki są bezpieczne. O bezpieczeństwo swoich środków ulokowanych w banku nie martwi się 81% Polaków. Największe zaufanie mamy do rachunków bankowych i kont oszczędnościowych (84% opinii, że są bezpieczne) oraz lokat (76%).