Krystyna Konarska (1941-2021)

W Niemczech zmarła Krystyna Konarska. Urodziła się 8 marca 1941 roku w Berlinie. Do Polski przyjechała jako nastolatka i zamieszkała w Opolu, by po pewnym czasie spróbować, z powodzeniem, kariery piosenkarskiej.

W 1962 r. została laureatką konkursu zorganizowanego przez opolską rozgłośnię radiową. Kilka razy wystąpiła na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Odbyła trasy koncertowe po ZSRR, Węgrzech i Jugosławii. Zagrała jedną z głównych ról w polskim filmie „Pingwin” w reżyserii Jerzego Stefana Stawińskiego (1964), u boku m.in. Zbigniewa Cybulskiego i Andrzeja Kozaka. W sportowej komedii „Święta wojna” (1965) Juliana Dziedziny pojawia się jako piosenkarka śpiewająca piosenkę w lokalu gastronomicznym. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych wyjechała z Polski i zamieszkała w Paryżu.
Według niektórych źródeł mieszkała także w USA, a w końcu zamieszkała w Niemczech. Według niektórych informacji, przez pewien czas prowadziła w Niemieckiej Republice Demokratycznej cykl audycji telewizyjnych – „Krystyna Konarska przedstawia”. Wystąpiła też w kilku filmach telewizyjnych produkcji NRD. Nagrała kilka przebojów, takich jak „A jednak do pary”, „Boję się twojej miłości”, „Przyjdzie po mnie ktoś” czy „Ktoś inny”. Wykonywała też przebój tych czasów, piosenkę „Zakochani są wśród nas”, ale ten utwór kojarzony jest na ogół także z inną gwiazdą polskiej piosenki, Heleną Majdaniec. Powyższe informacje można znaleźć w internecie, ale nie wszystkie się ze sobą pokrywają (n.p. niektóre źródła podają że zmarła nie w Berlinie, lecz w Rinteln, a poza tym nie do końca jasne i spójne są niektóre inne szczegóły jej biografii, więc Konarska pozostanie do pewnego stopnia postacią tajemniczą).
Media nie podały też dokładnej daty jej zgonu. Są to jednak detale drugorzędne, natomiast na pewno trzeba odnotować fakt odejścia artystki, która wprawdzie na krótko, ale wyraziście zapisała się jako postać w polskiej kulturze popularnej.

Chińska piosenka “Yi Jian Mei” po 30 latach zdobywa popularność na świecie

Xue hua piao piao, bei feng xiao xiao – czyli Pada śnieg, wieje wiatr, tak brzmi tekst piosenki „Yi Jian Mei” („Jeden kwiat śliwy”) śpiewany 30 lat temu przez piosenkarza Fei Yuqinga z Tajwanu. Teraz znów stała się ona popularna, także za granicą.

Piosenka „Yi Jian Mei” zdobyła najwyższą pozycję na liście przebojów w Norwegii, drugą w Szwecji, a także drugie miejsce w Finlandii na platformie muzycznej Spotify „Crazy Biography List”. Znalazła się także w Top 50 na listach muzycznych w wielu krajach. Na TikToku można obserwować jak wielu cudzoziemców samych śpiewa tę piosenkę, nawet jeśli ich wymowa słów po chińsku nie jest doskonała.
W listopadzie 2019 roku piosenkarz Fei Yuqing, który jako pierwszy wykonywał ten utwór trzy dekady temu oficjalnie ogłosił wycofanie się z branży rozrywkowej. Skąd zatem dzisiejszy sukces tej piosenki?
Tekst „xue hua piao piao, bei feng xiao xiao” jest bardzo chwytliwy, podobnie jak melodia. Utwór ma kojący rytm, a wymowa słów jest stosunkowa łatwa nawet dla kogoś kto nie zna języka chińskiego. Choć obcokrajowcy mogą nie rozumieć dobrze znaczenie tekstu, to wrażliwi słuchacze mogą odczuć smutek, samotność czy rozpacz. Kiedy brakuje Tobie pieniędzy na koniec miesiąca, można śpiewać xue hua piao piao bei feng xiao xiao, kiedy zerwie z Tobą ukochany, możesz zaśpiewać xue hua piao piao bei feng xiao xiao, kiedy dowiadujesz, że Twój idol ma dziewczynę, też może zaśpiewać xue hua piao piao bei feng xiao xiao.
Tekst piosenki doskonale wpisuje się w czas gorącego lata. I śnieg i wiatr, mogą ostudzić emocje wielu ludzi. Dobie epidemii wszyscy tęsknią za pokojem i spokojem. W obliczu obecnej sytuacji wielu może poczuć się bezradnie. Piosenka może przynieść im pocieszenie i być dobrą wróżbą na przyszłość.
Tworzenie własnych nagrań jest teraz bardzo popularne w mediach społecznościowych, zwłaszcza wśród młodych użytkowników sieci. Dzięki wielu platformom, w tym chińskiej aplikacji TikTok, ludzie mogą wykazać się kreatywnością i wyobraźnią, a jednocześnie podzielić się z innych. Jedną z osób, która wykonuje utwór „Yi Jian Mei” jest Aiqin Zhang, jego styl jest bardzo charakterystyczny, zarówno jeśli chodzi o fryzurę, głos i samo wykonanie utworu. Jego styl określany jako „Chinese Eggman” jest inspiracją dla wielu cudzoziemców, którzy chcą naśladować w śpiewaniu piosenki.
Warto przypominać, że niedawno raport opublikowany przez amerykańską firmę badawczą Sensor Tower pokazuje, że TikTok osiągnął 626 milionów pobrań na całym świecie w pierwszej połowie 2020 roku, zajmując pierwsze miejsce na liście aplikacji innych niż gry.
Za sukcesem piosenki stoi także niepowtarzalny urok osobisty piosenkarza. Fei Yuqing urodził się 17 lipca 1955 roku na Tajwanie. Był on znanym artystą i gospodarzem programów rozrywkowych. Jego głos delikatny, elegancki, czysty. Jest on bardzo rozpoznawalny. Mówi się o nim, jako o „rzadkim wiecznie zielonym drzewie w chińskim śpiewie”. Od swojego debiutu w 1973 roku otrzymał wiele nagród, a w 2009 zdobył super „Lifetime Achievement Award”. Z entuzjazmem bierze udział w akcjach charytatywnych, wielokrotnie przekazywał darowizny dla osób z obszarów dotkniętych klęską żywiołową. W programach rozrywkowych, których był gospodarzem, Fei Yuqing wykazywał się dużym poczuciem humoru. Jest także zdobywcą wielu nagród branżowych.
Muzyka może przekraczać bariery językowe, a Internet pozwala kulturze docierać do wielu odbiorców na całym świecie. Dzięki połączeniu tych dwóch rzeczy możliwa jest wymiany międzykulturowej. Utwór „Yi Jian Mei” dociera bezpośrednio do ludzkich serc, przynosząc radość, ale też odzwierciedlając ich wewnętrzne bóle. Tekst można interpretować, jako próbę przyzwyczajenie się do trudnej sytuacji jaka może nas spotkać. Przynosi to pocieszenie, pozwala zaakceptować nietrwałość i odważnie stawić czoła życiu w epoki po epidemii. Można spodziewać się, że ta chińska piosenka sprawi, że cudzoziemcy zaczną interesować także kulturą Chin.
Prawdziwe złoto nie boi się ognia, bo złoto zawsze świeci – mówi chińskie przysłowie. Kultura chińska posiada długą historię i niezliczone skarby kulturowe. Miejmy nadzieję, że w przyszłości więcej ludzi będzie chciało poznać Chiny, zarówno w stylu popkultury, jak i klasycznych dzieł.

Nie jestem jakoś specjalnie oblatany

– Teraz nie wiem dokładnie, czym jest Teatr Telewizji. Wcześniej był jednak bliski teatrowi żywemu, np. w scenografii, czy grze aktorskiej. Dzisiaj nie wiem – z Bartłomiejem Kotschedoffem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Nazwisko Kotschedoff brzmi niecodziennie, a nawet intrygująco. Ma brzmienie rosyjskie, a zapis jakby do transkrypcji na użytek świata anglofońskiego czy łacińskiego, więc nie odmówię sobie pytania o Pana rodzinne genealogie…
Pytano mnie już w okresie, gdy chodziłem do podstawówki. I dziś prawie każdy się mnie o to pyta. Mój wujek był historykiem na Uniwersytecie Jagiellońskim i gdy budował drzewo genealogiczne natknął się na wzmiankę z XIV wieku o tym nazwisku. Pochodziło z kręgu Zakonu Kawalerów Mieczowych osiadłego w Kurlandii. Potem część rodu osiadła w Niemczech, a część w Polsce i ja zapewne z tej pochodzę.
Urodził się Pan w Stargardzie Szczecińskim, a po maturze zdecydował się Pan na studia w krakowskiej szkole teatralnej. Skąd ta motywacja?
Przez pewien czas mieszkałem we Włoszech i zastanawiałem się, czy nie pójść tam do szkoły aktorskiej w Mediolanie. Jednak przez cały czas Kraków mnie ciągnął. Samo miasto psychodelicznie na mnie działało. Byłem zafascynowany niektórymi aktorami, którzy skończyli krakowską szkołę. Za pierwszym razem zdałem egzamin do szkoły teatralnej, ale nie zadałem matury. Za drugim razem udało się. Krzysztof Globisz dopytywał się: „No, panie Kotschedoff zdał Pan tę maturę, czy nie?”. Po informacji, że zdałem, powitał mnie w progach PWST i tam am już zostałem. I dobrze się stało, bo chciałem pracować z Janem Peszkiem i to mi się udało.
Jak wspomina Pan Kraków i atmosferę tam panującą?
Dla mnie Kraków jest super miejscem. Tam się dobrze dojrzewa przez okres studiów, ale potem z tym, co w człowieku dojrzało, trzeba wydostać się z Krakowa tam miejsca, gdzie się więcej dzieje. Kraków żyje w zwolnionym rytmie. Z kolegami śmialiśmy, że Kraków, to kuchnia z babcinym kredensem – ciepło, przytulnie, wygodnie, ale raczej człowiek nie pozwoli sobie na jakieś ekscesy, czy odważniejsze kroki. To miejsce trochę malaryczne i duszne, ale ja uwielbiam tam wracać.
Jakie Pan ma doświadczenia w pracy w innych miastach?
Nie jestem jakoś specjalnie oblatany. Najwięcej pracowałem w Katowicach ze studentami „filmówki” i trochę w Łodzi. Teraz jestem w Warszawie. Jestem bardzo miło zaskoczony Warszawą, bo dużo tu się się dzieje, jest bardzo dużo ludzi aktywnych, którzy chcą coś robić i często wiedzą, co chcą robić. To jest bardzo motywujące do działania. Polubiłem Warszawę, bo tutaj są ludzie, z którymi można zrealizować swoje plany.
No i w Warszawie zadebiutował Pan w Teatrze, zaangażowany do „Skutków ubocznych” Petra Zelenki w reżyserii Leszka Dawida. Mam do tego spektaklu sentyment, bo wystąpiłem w nim jako statysta-przebieraniec w scenie z Krzysztofem Stroińskim, który dokonuje fotograficznego castingu do roli „Hitlera”. Jak wspomina Pan tę realizację w murach dawnego Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej?
Dostałem maila z informacją, że są zdjęcia próbne i przyszedłem na nie. Nie wiem, ilu było zaproszonych, ale mnie wybrano. Jeszcze przed zdjęciami próbnymi dowiedziałem się, kto będzie moim partnerem na planie. Okazało się, że Magda Czerwińska. Umówiliśmy się wcześniej, żeby zrobić próby z tekstem. Od początku wiedziałem, że to będzie super z Magdą zagrać. Bardzo mi pomogła i jestem jej wdzięczny.
Zagrał Pan postać Pawła. Jaką funkcję pełni w tym spektaklu?
Paweł jest młodym kreatywnym człowiekiem, który zajmuje się reklamą. Jest to najmłodsza postać. To jest człowiek, który wyrabia w sobie jakieś ideały. Jego romantyczna wizja zderza się z rzeczywistością, która jest kanciasta. Paweł ma w sobie jakąś naiwność, taką która zaczyna się wytrącać w trakcie rozwijania się fabuły. Interesujący jest właśnie proces degradacji jego naiwności. Paweł na pewno nie używa żadnej fasady.
Jak Pan ocenia tekst Petra Zelenki?
Jeśli chodzi o to jak ten tekst jest napisany, to mi się nie podobał. Podoba mi się temat. Ale na przykład dialogi były dość syntetyczne i trochę niekonsekwentne. Reżyser Leszek Dawid jakoś to zgrabniej przeprowadził. My to też inaczej graliśmy, bo Leszek stawiał bardziej na filmowe granie niż teatralne. Nie było to łatwe do pogodzenia. Jest tam świetne poczucie humoru, a postacie są tak narysowane, że czuć ich tragizm. Sztuka podejmuje ważne tematy.
To Pana debiut w Teatrze Telewizji. Jak Pan to konfrontował ze swoim wyobrażeniem?
Ja się wychowywałem na Teatrze Telewizji. Dla mnie to było coś totalnie fascynującego. Obserwowałem jak ten Teatr Telewizji się stopniowo zmieniał. Trochę byłem tu zaskoczony. Powiem szczerze, że teraz nie wiem dokładnie, czym jest Teatr Telewizji. Wcześniej był jednak bliski teatrowi żywemu, np. w scenografii, czy grze aktorskiej. Dzisiaj nie wiem. Te „Skutki uboczne” były bardzo bliskie filmu. Chociaż np. wnętrza nie były wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, ale jakimś abstrakcyjnym komentarzem tej przestrzeni.
W szkole aktorskiej spotykał się Pan z takimi aktorami jak Krzysztof Globisz, czy Jan Peszek. W „Skutkach ubocznych” zetknął się Pan z Krzysztofem Stroińskim i Adamem Ferencym…
Była jeszcze Anna Radwan. Wszyscy byli świetni. Ja byłem tam najmłodszy. Z Adamem Ferencym mieliśmy tylko jedną scenę, gdzie mówię jedno zdanie. Z panem Krzysztofem miałem więcej scen. Grą aktorską Krzysztofa Stroińskiego inspirowałem się od dawna. Moja mama byłą pochłonięta serialem „Daleko od szosy”. Ja do dzisiaj pamiętam ten serial, bo on u mnie w domu był oglądany systematycznie. Przy spotkaniu z panem Krzysztofem czułem tremę. To miało wpływ na moją pracę, ale też mieściło się w postaci, bo Jerzy Czejka, którego pan Krzysztof gra, jest idolem dla Pawła, czyli postaci granej przeze mnie. Pan Krzysztof to jest kosmos ­– sposób jego pracy, jego wejście w analizę postaci, w każde słowo. To jest zawodowy aktor i człowiek z pasją. Jest do tego człowiekiem niesamowicie uprzejmym i pomocnym.
Dziękuję za rozmowę.

Bartłomiej Kotschedoff – ur. 11.04. 1987 r. w Stargardzie Szczecińskim. Absolwent PWST w Krakowie (2014). W 2013 roku nagrodzony za rolę Heinera w spektaklu „Pływalnia” na 31. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Grał w serialach „Szpilki na Giewoncie”, „Na dobre i na złe”, „Julia”. W 2014 roku zagrał w filmie fabularnym, „Harcor disco”. Role teatralne, m.in. w „Na srebrnym Globie” Jerzego Żuławskiego, reż. K. Skonieczny (2011), „Ślub” Witolda Gombrowicza, reż. Ł. Korczak (2011), „Miarka za miarkę” Williama Szekspira (2011).

Zegarmistrz światła purpurowy

– „Zegarmistrz”, to metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania – z Tadeuszem Woźniakiem, piosenkarzem i kompozytorem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Był już właściwie wakacyjny czerwiec 1972, tradycyjnie Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu i oto na scenę wchodzi młody człowiek z burzą kręconych włosów, trochę a la Jimmy Hendrix, z gitarą i brawurowo wykonuje dramatycznego „Zegarmistrza światła”…

Miałem 25 lat i byłem właściwie jeszcze dzieciakiem, daleki od refleksji o końcu życia a tu temat o takim kalibrze – śmierć. Wbrew pozorom młodzi ludzie chętnie podejmują tematy ostateczne i tonacje dramatyczne. Nie muszą tego rozumieć. Wystarczy im odpowiadający emocjonalnie ton.

Ten „Zegarmistrz” stał się dla Pana dźwignią do popularności. Niezależnie od Pana późniejszych dokonań, dla wielu widzów i słuchaczy zostanie Pan przede wszystkim wykonawcą tego arcyprzeboju opolskiego…

Pewnie tak. „Zegarmistrz”, to metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania, ale mimo to udało mi się osiągnąć spontaniczną powagę w wykonaniu. Wiem, że utworu tego lubią słuchać i chętnie wykonują młodzi ludzie.

Spodziewał się Pan takiego sukcesu i nagrody? Reżyser tamtego festiwalu Janusz Rzeszewski wyreżyserował Pana występ niemal jak widowisko rapsodyczne, z wyłaniającymi się w tle Alibabkami…

Tak, zasługa Rzeszewskiego dla wyeksponowania w Opolu tego utworu była duża, ale już wcześniej było wiadomo, że nie przejdzie on bez echa, ponieważ był chętnie i z powodzeniem puszczany w radiu.

Niektórzy utyskiwali, że tekst Bohdana Chorążuka jest dziwaczny, niezrozumiały, nawet mówiono o „mętniactwie”, o kiczu…

Nie zgadzam się. Wtedy panowało przyzwyczajenie do tekstów bardzo prostych, przaśnych, o dosłownych treściach. Na pewno tekst Chorążuka jest wieloznaczny i otwarty jak poezja, co zawsze jest jej walorem. Nie wiadomo więc, czy ten „Zegarmistrz” to Bóg, Los czy Przeznaczenie. To metaforyczny utwór o śmierci, ale z akcentami optymizmu w słowach „będę jasny i gotowy”, bez tragizowania. Sam miałem wtedy 25 lat, daleki byłem od refleksji o śmierci, ale mimo to udało mi się osiągnąć spontaniczną powagę w wykonaniu. Wiem, że lubią go i chętnie wykonują młodzi ludzie.

Po tym debiucie zdefiniowano Pana jako reprezentanta piosenki poetyckiej, a także ballady. Identyfikował się Pan z taką kwalifikacją?

Przez pewien czas po moim debiucie big-bitowym odczuwałem potrzebę takiego szufladkowania, ale od bardzo dawna już nie odczuwam. Uważam, że przymiotnik „poetycka” nie jest konieczny. Wystarczy samo słowo „piosenka”. Jeśli śpiewa się tekst wiersza, staje się on zwykłym tekstem piosenki, nawet jeśli to utwór wybitnego poety. Nie każdy wybitny wiersz jest dobry jako tekst do piosenki i odwrotnie, dobry tekst nie zawsze jest dobrym wierszem. Oddzielam poezję od piosenki, bo one są odmiennymi gatunkami. Nie lubię takiego usilnego porządkowania i klasyfikowania zjawisk w kulturze. Piosenka jest dobra albo zła. A co do ballady, to często zdarza się nieporozumienie, polegające na tym, że za balladę uważa się wykonanie jakiegoś utworu przy akompaniamencie gitary, a nie na tym polega ballada. Nie ma też ballady, gdy wykonawcy towarzyszy orkiestra. Gatunek ten polega na tym, że śpiewa się utwór, który opowiada jakąś historię, zazwyczaj tajemniczą, ponurą w nastroju, często o duchach i upiorach. Owszem, mam w repertuarze także ballady, które nagrałem na płytę. Ballada to bardzo stara forma muzyczno-literacka, która z ludowych bajań przeniosła się do wielkiej literatury, że wspomnę Mickiewicza, Goethego czy Schillera. W końcu ballada to też piosenka popularna.

A „Zegarmistrz światła”, to piosenka czy pieśń? Czy inna jeszcze forma muzyczna?

To piosenka popularna, choć adresowana do odbiorców o pewnym właściwym im, może bardziej wysublimowanym typie potrzeb emocjonalnych czy estetycznych. Odbiorców ceniących nie tylko muzykę, melodię, ale także komponentę literacką w piosence. Ja bym nie dzielił włosa na czworo – wszystko, co jest wykonywane muzycznie i wokalnie na festiwalach, a co nie jest operą czy operetką lub ewidentną, zwłaszcza choralną pieśnią, to dla mnie po prostu piosenka popularna, choć przyjmująca zróżnicowane gatunkowo formy.

Zanim dotkniemy czasów po „Zegarmistrzu”, proszę o garść wspomnień. Zaczynał Pan pod pseudonimem Daniel Dan w zespole „Dzicy”. Był Pan też gitarzystą „Niebiesko-Czarnych”…

Daniel Dan i „Dzicy” występowali w Młodzieżowej Giełdzie Piosenki i to było bardzo młodzieńcze przedsięwzięcie. Natomiast co do „Niebiesko-Czarnych”, to chcę przy tej okazji dokonać sprostowania. Nie byłem ich gitarzystą, nie byłem członkiem zespołu, lecz przez rok z nimi występowałem,. Podobnie jak zagrałem okazjonalnie z Czesławem Niemenem, ale też nie byłem członkiem jego ekipy instrumentalnej.

Lubi Pan wspominać dawne czasy?

Nie, nie należę do tych, którzy przywiązują szczególną wagę do wspomnień i lubią się im oddawać samotnie czy podczas spotkań towarzyskich. Nie opowiadam w towarzystwie o swoich dawnych przewagach. Żyję raczej teraźniejszością i przyszłością, tym bardziej, że mam różne plany artystyczne. Tak więc z tego punktu widzenia nie jestem najlepszym rozmówcą.

Zajmuje się Pan m.in. komponowaniem muzyki teatralnej. Skąd wybór tej dziedziny?

Od dawna naturalnie ciążyłem do teatru, lubię tę dziedzinę sztuki i w końcu przytrafiły mi się propozycje komponowania dla sceny.

Na czym polega specyfika komponowania dla teatru?

To kompletnie odrębny proces intelektualny i artystyczny. Nie komponuje się samoistnego, autonomicznego dzieła, lecz coś, co odnosi się semantycznie do innego artystycznego przekazu, jest jego komponentą. Lubię wieloznaczność sztuki teatralnej i dostosowuję do niej wieloznaczność formy muzycznej. Jeśli komponuję fragment do sceny miłosnej, to staram się unikać tautologii, jednoznaczności, dosłowności, charakterystyczny dla przekazu bardzo popularnego.

Nie obca jest Panu także kompozycja muzyki filmowej. Skomponował Pan motyw do popularnego serialu „Plebania”, ale Pana szczególnie wybitnym dokonaniem jest muzyka do zrekonstruowanego filmu Ryszarda Ordyńskiego z 1928 roku, „Pan Tadeusz”, opartego o epos Mickiewicza….

To była wspaniała praca, rzeźbienie w cudownym tworzywie artystycznym. Film, niemy i czarno-biały oczywiście, ale mimo upływu 85 lat od realizacji i premiery, jest wspaniałym widowiskiem artystycznym, choć oczywiście zdecydowanie nie dla publiczności masowej, lecz dla elitarnej, wyrafinowanej. Wiem, że Andrzej Wajda oglądał i był zachwycony, także muzyką…
Rozpoczęliśmy rozmowę od festiwalu piosenki polskiej w Opolu, w którym na jubileuszowym koncercie, z okazji półwiecza festiwalu, wykonał Pan „Zegarmistrza światła”. Czym był i jest dla Pana ten festiwal z perspektywy półwiecza istnienia?
Na pewno najważniejszym w historii muzyki polskiej festiwalem rodzimej piosenki, wielorakim zjawiskiem muzycznym, momentami nawet szerzej niż muzycznym. Dziś jest bardziej poddany presji uniformizującej korporacji muzycznych, kiedyś był bardzo spontanicznym fenomenem, wyrastającym głównie z kultury studenckiej. W pierwszych latach istnienia była to spontaniczna erupcja tego, co kotłowało się pod naskórkiem ówczesnych oficjalnych, młodzieżowych organizacji społecznych. Co tu dużo mówić – Opole to kawał polskiej kultury popularnej, także zwierciadło rozmaitych gustów i mód, nie tylko muzycznych, a bywało, że także aktualnych trendów społeczno-politycznych. Szkoda, że nie przetrwał sierpniowy Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, w Operze Leśnej. Polska publiczność muzyki popularnej przez dziesięciolecia zaczynała wakacje opolskim czerwcem i sopockim sierpniem. I to było wtedy piękne.

Dziękuję za rozmowę.

Tadeusz Woźniak – ur. 6 marca 1947 w Warszawie – wokalista, muzyk, kompozytor. Zadebiutował w roku 1966 pod pseudonimem Daniel Dan w zespole „Dzikusy” podczas I Radiowej Giełdy Piosenki. Jako gitarzysta grał m.in. w Niebiesko-Czarnych, śpiewał z grupą Czterech i z tą grupą dokonał pierwszych nagrań archiwalnych dla 3 programu PR oraz płytowych. Jako kompozytor zadebiutował w 1967 roku, pisząc muzykę do wierszy Juliana Tuwima, Bolesława Leśmiana, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Od 1968 występuje jako solista, śpiewając najczęściej melodyjne ballady własnej kompozycji i akompaniując sobie na gitarze. Komponuje także muzykę teatralną i filmową, tworzy spektakle muzyczne i musicale. Jako wykonawca największe sukcesy odnosił pod koniec lat 60. i w latach 70. Ma w swoim dorobku muzykę do ponad dwieście piosenek, prawie 100 inscenizacji w teatrach dramatycznych, wielu przedstawień telewizyjnych, programów poetyckich i artystycznych oraz filmów animowanych. Muzyka Woźniaka, choć stanowiła integralną część wielu sztuk teatralnych, była też niezależnie nagradzana na festiwalach sztuk teatralnych. Otrzymał nagrodę za muzykę do „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego w reż. R. Kordzińskiego, „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego w reż. A. Witkowskiego, „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa w reż. A. M. Marczewskiego. Jego najpopularniejsze piosenki poza „Zegarmistrzem”, to „Hej, Hanno”, „Smak i zapach pomarańczy”. Odznaczony Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. W 2017 roku wydał książkę „Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką”.

Piosenkarz, jazzman, rajdowiec

Z ANDRZEJEM DĄBROWSKIM z okazji 80 rocznicy jego urodzin rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Andrzej Dąbrowski – ur. 13 kwietnia 1938 w Wilnie – piosenkarz, perkusista, kompozytor, dziennikarz, fotografik, kierowca rajdowy (wicemistrz Polski w rajdach samochodowych w 1957). Absolwent krakowskiego Liceum Muzycznego oraz Wydziału Instrumentalnego Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie. Działalność muzyczną rozpoczął w czasie nauki w szkole średniej w jazzowym trio Wojciecha Karolaka. Jego profesjonalnym debiutem był w 1958 udział w Zaduszkach Jazzowych, gdzie wystąpił jako perkusista w trio Andrzeja Kurylewicza. Z zespołem tym wystąpił także w tym samym roku na I Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Jazzowej Jazz Jamboree ‚58 w Warszawie. Był perkusistą czołowych polskich grup jazzowych, m.in. Andrzeja Kurylewicza, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Krzysztofa Komedy, Jerzego Miliana, Włodzimierza Nahornego, Zbigniewa Namysłowskiego, Krzysztofa Sadowskiego, Andrzeja Trzaskowskiego oraz Michała Urbaniaka. Współpracował też m.in. z Andrzejem Cudzichem, Urszulą Dudziak, Adamem Makowiczem, Jerzym Matuszkiewiczem, Januszem Muniakiem, Tomaszem Stańką i Jarosławem Śmietaną. Towarzyszył wielu gwiazdom światowego jazzu na estradzie i w studiach nagrań, m.in. Josephine Baker, Stan Getz, Don Ellis, Art Farmer, Johnny Griffin, Jon Hendricks, Rolf Kuhn, Bud Powell, Lucky Thompson, Bernt Rosengren. Występował m.in. na Jazz Campingu Kalatówki w latach 1959, 1999, 2001, 2004, 2006 i 2009 i na Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 2007. Jako wokalista jazzowy zadebiutował w roku 1965, jako piosenkarz wykonujący prócz jazzu muzykę pop – w 1970. Śpiewał standardy muzyki światowej, własne kompozycje, a także piosenki napisane przez popularnych kompozytorów muzyki rozrywkowej, jak Wojciech Karolak, Antoni Kopf, Jerzy Milian, Włodzimierz Nahorny, Ryszard Poznakowski, Jan „Ptaszyn” Wróblewski i autorów tekstów jak Andrzej Bianusz, Maria Czubaszek, Jonasz Kofta, Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka. Koncertował w całej Europie, m.in. w Czechosłowacji, Norwegii, RFN, Szwecji, USA, Indiach, ZSRR. W 2013 roku wystąpił na jubileuszowym 50. Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Obdarzony pięknym, aksamitnym, matowym głosem, wylansował takie przeboje piosenkarskie jak „Bywaj nam Mary Ann”, „Zielono mi” (Grand Prix Opole 70), „Do zakochania jeden krok” (Grand Prix Opole i Sopot 72), „Dziewczyny perkusisty”, „Księżyc pies i ja”, A ty się bracie nie denerwuj”, „Przygoda z Marią”, „Szał by night”. Laureat licznych nagród muzycznych i za sukcesy rajdowe. Współpracował z Trójką Polskiego Radia („Trzy kwadranse jazzu”), „Przekrojem”, „Polityką”. 63 razy znalazł się na podium rajdowym. Wykonawca popularnego standardu z czołówki serialu „07 zgłoś się”.

 

Dziennikarze pytają Pana zazwyczaj wyłącznie o jazz, śpiewanie i wyścigi rajdowe, a ja zacznę z innej strony, nigdy nie dotykanej. Urodził się Pan w Wilnie, co jak wiadomo, z różnych powodów, głównie historycznych, niejednokrotnie wiązało się dla urodzonego tam, zwłaszcza w pewnym okresie, ze szczególnymi konsekwencjami. Czym jest dla Pana to miasto?

Trudno mi je określić inaczej niż tylko jako miejsce urodzenia. Urodziłem się tam w 1938 roku i prawie nic nie pamiętam z najwcześniejszego okresu dziecięcego. Urodziłem się w Wilnie, przy ulicy Mickiewicza, ale wkrótce zamieszkaliśmy na wsi, po Wilnem, w Kolonii Wileńskiej. Moja mama była aktorką, grała w teatrze na słynnej wileńskiej Pohulance, z różnymi znanymi ówcześnie aktorami. Bywał tam słynny wtedy męski „Chór Dana” z Mieczysławem Foggiem, który podobno wtedy mnie, oseska, nawet ponosił trochę na rękach. Z czasów Kolonii pamiętam, że mieliśmy psa wilczura, który rozpoznawał warkot motocykla, którym ojciec wracał z pracy.

 

Zatem nie ma Pan sentymentu do Wilna…

Nie, ale rodzice mieli, więc na początku la siedemdziesiątych wykupiłem im wycieczkę do Wilna, autokarem, na trzy dni. Pojechałem z nimi. Mama przeżyła to bardzo mocno. Z trudem odnalazła grób swojej matki na cmentarzu na Rossie. Popłakała się, była w kiepskim nastroju.

 

Kiedy i w jakich okolicznościach opuściliście Wileńszczyznę? W czasie wojny czy już po?

Ściśle biorąc – uciekliśmy. Rodzice wspominali, że kilka zaledwie dni dzieliło nas od momentu, w którym by nas NKWD wywiozło na Syberię. Był to bodaj koniec 1944 roku, więc miałem już sześć lat i trochę pamiętam. Z całym dobytkiem, wagonem towarowym, w ostrą zimę, jechaliśmy bardzo długo. Po drodze słyszałem strzały, pociąg ciągle się zatrzymywał. W końcu dojechaliśmy do Szczawnicy Zdroju, zamieszkaliśmy u jakiejś rodziny, w drewnianym domu. Pamiętam, że w okolicy jeszcze toczyły się walki z Niemcami i kiedy pociski świstały i uderzały w dom, to kładliśmy się na podłodze. Od 1945 roku życie z wolna normalizowało się. Ojciec założył z kolegą linię autobusową Szczawnica-Kraków. Jeździli znalezionym gdzieś starym autobusem. W zimie autobus się popsuł, ojciec naprawiał go długo leżąc pod podwoziem na śniegu i rozchorował się ciężko na serce. Wyleczył się jednak miodem, który obicie czerpał z ula pszczelego naszego gospodarza.

 

Jak Pan się znalazł w Krakowie, gdzie ukończył Pan Liceum Muzyczne i Wyższą Szkołę Muzyczną?

Po prostu uciekliśmy z tej Szczawnicy i zamieszkaliśmy w Krakowie przy ulicy Świętej Teresy, między Łobzowską a Krowoderską. Tam chodziłem do prywatnej podstawówki imienia Kaplińskiej przy ulicy Łobzowskiej, potem do szkoły przy ulicy Szlak, następnie Liceum Muzyczne przy Krowoderskiej róg Basztowej i Wyższa Szkoła Muzyczna.

 

Poszedł Pan do szkół muzycznych, bo muzyka już wtedy była Pana pasją?

Zupełnie nie. Znalazłem się tam z przypadku. Liceum Muzyczne dopiero powstało i miało jeszcze niski nabór, potrzebowało chętnych, więc się zgłosiłem, choć tylko troszkę umiałem grać na fortepianie. Znalazłem się w klasie fortepianu, ale jako leń nie przykładałem się do ćwiczeń. Szybko przerzuciłem się na perkusję, która bardziej odpowiadała mojemu temperamentowi.

 

Rozrabiał Pan w szkole?

Jasne. Dokuczaliśmy niektórym nauczycielom, na przykład rusycystce, obrzucaliśmy się pomidorami. Kiedyś wyrzuciłem przez okno kałamarz, który spadł na przechodzącą akurat ulicą Basztową żonę jakiegoś ważnego urzędnika, więc była afera. Największy mój wyczyn, to zamknięcie profesorów w pokoju nauczycielskim w czasie przerwy. W latach stalinowskich były afery z uczniami o złe zachowania na pochodach 1-majowych i o zdjęcie ze ściany portretu Stalina. Do sąsiedniego Liceum Plastycznego chodził mój kolega, później słynny fotografik Ryszard Horowitz. Były to piękne, wesołe lata, trochę w stylu znanych kiedyś, czarujących wspomnieniowych książek „Wspomnienia niebieskiego mundurka”, „Ze wspomnień samowara” czy „Bezgrzeszne lata”.

 

Czy któryś z profesorów licealnych okazał się dla Pana szczególnie ważny?

Profesor klasy perkusji, Józef Stojko, bardzo dobry muzyk grający w filharmonii. Wpoił we mnie poczucie rytmu, trzymanie się metrum. Spod jego ręki wyszło wielu dobrych perkusistów, choćby Janusz Stefański, mieszkający obecnie w Niemczech. Na pożegnanie szkoły Stojko napisał mi dedykację: „Najzdolniejszemu z klasy perkusji – Andrzejku wytrwaj”. No i wytrwałem przy perkusji pół wieku.

 

Kiedy i jak zaczęła się Pana przygoda z jazzem?

Od współpracy w Andrzejem Kurylewiczem i Wandą Warską w 1959 roku, kiedy pojechaliśmy na festiwal młodzieżowy do Wiednia. Było to pierwsze zetknięcie się z Zachodem, pierwsza coca cola, napój tępiony wtedy w Polsce i na żywo obejrzany koncert Elli Fitzgerald. W Krakowie mieliśmy wtedy dużo pracy. To miasto, z którego pochodzili znani jazzmani, m.in. Matuszkiewicz, Karolak, Kurylewicz, Warska. Było sporo nagrań muzycznych do filmów w łódzkiej szkole filmowej. Kiedy jednak z powodów zawodowych, konieczności jeżdżenia do Pagartu, po paszport i na nagrania do Warszawy, postanowiłem się tam przenieść na stałe i zamieszkałem na MDM.

 

Proszę wspomnieć o początkach romansu automobilowego. Zostać kierowcą rajdowym i jeździć samochodem znanej zachodniej marki w Polsce w latach pięćdziesiątych, to było coś…

Byłem wtedy za młody, żeby to tak odbierać. Jeździłem simką 8, trenowałem w Automobilklubie krakowskim z Sobiesławem Zasadą i kilkoma innymi zawodnikami. Manewry zręcznościowe ćwiczyliśmy pod Kopcem Kościuszki. A ponieważ była to dla mnie fantastyczna zabawa i dobrze mi szło, więc zaczęli wysyłać mnie na zawody mistrzostw Polski jako reprezentanta Automobilklubu. I w 1957 roku na koniec sezonu, jako 19-latek uzbierałem punkty na wicemistrzostwo Polski.

 

Co było dla Pana silniejszym motorem pchającym do automobilizmu: zamiłowanie do aut czy potrzeba adrenaliny?

To drugie. Zamiłowanie do ryzyka, choć aspekt estetyczny też był ważny, uroda modeli aut. Gdy pod koniec lat pięćdziesiątych pojawiła się w Krakowie ogromna limuzyna amerykańska, budziła powszechny podziw, wszyscy oglądali, macali, naciskali na resory, które miękko się bujały.

 

Mój ojciec jeździł w latach sześćdziesiątych, od 1962 roku, autem produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej, garbuskiem „Wartburgiem”, najpierw typem „312 Standard”, potem modelem „De Luxe”…

Pamiętam, pamiętam, fajny samochód, choć dymiący z rury wydechowej i pyrkający jak to dwutakt. Potem „Wartburga” wyposażono w czterotaktowy silnik Volkswagena, nie kopcący i zmieniono kształt na bardziej kanciasty. Jeździłem też Skodami, Tudor i Oktawią. Oj było, było.

 

Jak Pan dziś jeździ?

Latek przybyło, wiec jeżdżę spokojnie i tępię kierowców łamiących przepisy, a już pijanych szczególnie. Tępię też nieszanowanie pieszych na pasach, co na Zachodzie prawie się nie zdarza. Jestem za ostrymi karami dla takich gagatków, przy czym uważam, że finansowych boją się bardziej niż punktów. W moich artykułach na ten temat proponuję 5-10 tysięcy mandatu, byle były egzekwowane.

 

Jak Pan ocenia dzisiejszy jazz i dzisiejszy pop piosenkarski?

Co do jazzu, to wychowywałem się na tradycyjnym i swingowym. Takim, który miał melodię, rytm i 32-taktowy temat. Nigdy mi się nie podobał jazz awangardowy, free jazz, który zresztą pojawił się dawno. Nie lubię „wydziwiasów”. Zawsze ceniłem klasykę jazzu, choćby Stana Getza czy Oscara Petersona

 

A pop?

Piosenka dziś zeszła na psy. Nie ma w niej ładnej melodii i dobrego tekstu. Wykruszyła się generacja dawnych kompozytorów i autorów tekstów, takich jak Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Agnieszka Osiecka, Jerzy Milian, Andrzej Bianusz i inni. Dziś jest natomiast łatwość nagrania płyty i taki też jest skutek, głównie w postaci szybkiego dochodu. Poza tym jestem wychowany na Kabarecie Starszych Panów. Z tego klimatu zrodziła się choćby moja piosenka „Przygoda z Marią”.

 

Mówiliśmy o dwóch Pana wielkich pasjach, muzyce i automobilizmie rajdowym…

W odwrotnym porządku: na pierwszym planie stawiam auta i rajdy.

 

A jednak?

Tak

 

Mówiliśmy zatem o tych dwóch dziedzinach, ale jest Pan także podróżnikiem, artystą fotografikiem, dziennikarzem muzycznym, autorem pisma „Jazz” oraz motoryzacyjnym, swego czasu członkiem redakcji tygodnika „Motor”. A jakie są Pana gusta literackie, filmowe, teatralne?

Czytam mało z powodów zdrowotnych, z powodu choroby wzroku. Lekarze zabronili mi męczyć wzrok. W młodości spowodowałem wybuch i na pewien czas straciłem wzrok. Odzyskałem go po operacjach. Trzy lata spędziłem w szpitalach okulistycznych. Chorowałem na jaskrę, zapalenie twardówki i inne choroby wzroku. Mimo to dziś perfekcyjnie widzę, acz mam dwie sztuczne soczewki. To cud, że w ogóle widzę. Z tego powodu, jeśli chodzi o lektury, pozostałem na etapie „Kubusia Puchatka”.

 

Bardzo dobra lektura.

Też tak uważam.

 

A kino?

Rzadko chodzę. Nie lubię szmiry, która zalewa ekrany. Te ewolucje z koziołkującymi, płonącymi samochodami i spychaniem się na szosie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

 

Widział Pan polski film z 1969 roku, „Czekam w Monte Carlo” Juliana Dziedziny, o duecie polskich rajdowców w wielkim świecie słynnego rajdu, z wspaniałymi mężczyznami w szalejących maszynie, Stanisławem Zaczykiem, Andrzejem Kopiczyńskim i Krzysztofem Chamcem?

Widziałem. A w innym filmie o tematyce rajdowej, „Tulipanie”, „zagrały” moje własne puchary za zwycięstwa rajdowe. A Stanisław Zaczyk był moim sąsiadem w Krakowie. Grał tam też, samego siebie, Sobiesław Zasada, mój przyjaciel, z którym do dziś razem ćwiczymy naszymi autami.

 

Śledzi Pan sporty samochodowe, rajdy, wyścigi?

Namiętnie. Do tego stopnia, że niechętnie wyjeżdżam gdziekolwiek w weekendy, ku niezadowoleniu żony. Kibicuję i przyjaźnię się z Krzysztofem Hołowczycem. Kibicuję też Kubicy i boleję nad jego dramatycznymi perypetiami. To utalentowany kierowca, z niesłychaną żądzą rywalizacji i ryzyka.

 

Ma Pan nieprzeciętnie bogaty życiorys, którym mógłby Pan obdarzyć kilka osób, ale jak dotąd nie napisał Pan pamiętników, ani nie udzielił książkowego wywiadu rzeki. Dlaczego?

Są takie zamysły, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Jest materiał na trzy życiorysy – rajdowca, perkusisty jazzowego i piosenkarza. No i podróżnika, bo bardzo wiele podróżowałem. Mam też duży pakiet listów do rodziców, które pisałem do nich jako chłopak i które jak się okazało, oni zbierali. Jest w nich sporo refleksji o jazzie, o wyjazdach muzycznych, podróżach, spotkaniach z ludźmi. Są w nich też kąśliwe uwagi o niektórych kolegach, którzy niefajnie się zachowywali. Wątpię jednak, żebym w ogóle zdecydował się na napisanie wspomnień.

 

Dziękuję za rozmowę.