Wysokie podatki to nie socjalizm

Istnieje wiele nieporozumień dotyczących socjalizmu, jednym z nich jest niesamowicie powszechny pogląd, że socjalizm to ekstremalnie wysokie podatki. Tak naprawdę jednak socjalizm nie oznacza wcale wysokich podatków.

Socjaliści chcą uspołecznienia pracy i stopniowej eliminacji systemu kapitalistycznego. W takim świecie nie będzie potrzeby zbierania podatków od kapitału, bo nie będzie już kapitału.

Jeśli trzeba będzie wybudować domy dla bezdomnych, to kolektyw podejmie taką decyzję i zostanie to zrobione. Jeśli trzeba będzie ratować planetę, to nie będziemy modlili się o cud, czy o zielone nawrócenie koncernów i czekali na darowizny od Bezosa, ale opracujemy stosowne plany i zwyczajnie je zrealizujemy.

Wysokie podatki mogą być narzędziem okresu przejściowego, ale docelowo nie są wcale tożsame z socjalizmem. Na tej samej zasadzie żądania wysokich płac w kapitalizmie nie są wcale walką o socjalizm, czy jakąś docelową, socjalistyczną strategią. Istnieje wiele nieporozumień dotyczących socjalizmu, jednym z nich jest niesamowicie powszechny pogląd, że socjalizm to ekstremalnie wysokie podatki. Tak naprawdę jednak socjalizm nie oznacza wcale wysokich podatków.

Socjaliści chcą uspołecznienia pracy i stopniowej eliminacji systemu kapitalistycznego. W takim świecie nie będzie potrzeby zbierania podatków od kapitału, bo nie będzie już kapitału.

Jeśli trzeba będzie wybudować domy dla bezdomnych, to kolektyw podejmie taką decyzję i zostanie to zrobione. Jeśli trzeba będzie ratować planetę, to nie będziemy modlili się o cud, czy o zielone nawrócenie koncernów i czekali na darowizny od Bezosa, ale opracujemy stosowne plany i zwyczajnie je zrealizujemy.

Wysokie podatki mogą być narzędziem okresu przejściowego, ale docelowo nie są wcale tożsame z socjalizmem. Na tej samej zasadzie żądania wysokich płac w kapitalizmie nie są wcale walką o socjalizm, czy jakąś docelową, socjalistyczną strategią. To sprawa na teraz, doraźna poprawa sytuacji ludzi, którzy są wyzyskiwani i zwyczajnie zasługują – jak każdy – na godne życie.

Pudrowanie trupa kapitalizmu socjalistów niebyt interesuje, bo wiedzą oni, że jeśli ktoś egoistycznie wywalczy sobie lepsze warunki w kraju A, to gdzieś w kraju B ktoś inny zacznie w ich imię umierać pod kapitalistycznym butem.

Walka o socjalizm to walka o kurczenie kapitałocenu.

Minimum programu socjalistycznego w kapitalizmie, to w związku z powyższym walka o zmniejszanie spektrum prywatnej własności.
Dlatego jeśli Krajowy Plan Odbudowy, to nie przez prywatnych firm. Jeżeli lepszy system ochrony zdrowia, to bez kontraktów dla prywatnych jednostek. Jeśli inwestujemy w OZE z budżetu, to niech zajmują się tym publiczne firmy dające dobre warunki pracy dla tych, którzy tracą pracę w górnictwie. Jeśli robimy program wymiany pieców, to niech robi to publiczne przedsiębiorstwo albo spółdzielnia… Itd…

Środki publiczne tylko w podmioty publiczne.

Recepta na receptę

Lewica znów wyszła przed szereg, prezentując katalog proponowanych rozwiązań problemów w polityce socjalnej państwa. Biorąc pod uwagę, że pozostałe ugrupowania polityczne są w głębokiej defensywie, należy chyba docenić ten defensywno-ofensywny manewr. Piszę: defensywno-ofensywny, bo w większości chodzi tu o działania, które mogą, czy też powinny, być podjęte już teraz.

Szanse na ich podjęcie przez dzisiejszą władzę są natomiast raczej małe albo nawet żadne (chociaż minister Gowin, jakby przypadkiem, już w poniedziałek obiecał pełne oskładkowanie umów zleceń, które ma obowiązywać od przyszłego roku). Część tych postulatów będzie można wdrożyć dopiero po całkowitym odejściu aktualnego rządu, i dla niektórych z nich – na przykład dla propozycji badań pocovidowych czy ochrony lasów – będzie wtedy już za późno.

Przedstawienie przez Lewicę tych doraźnych środków miało, jak sądzę, przede wszystkim podkreślić bezczynność rządu, który czasami niewielkim kosztem mógłby poprawić sytuację. Być może dlatego nie znalazły się wśród tych propozycji tematy, o których wiadomo, że ich realizacja koliduje z celami politycznymi rządzących. Prezentację adresowano głównie do ludzie przekonanych, że są lub byli beneficjentami działań rządu, a zatem ludzi obecnie lub kiedyś mu przychylnych. Złudzenie, że rządowi choć trochę na nich zależy, rzeczywiście warto rozwiać.

Komunikacja partii opozycyjnych z przyszłymi wyborcami jest w ogóle bardzo ważna. Oprócz Lewicy do takich osób puszcza oko jeszcze partia Hołowni, choć zazwyczaj przekazuje subtelne kontury programu raczej niż jego konkrety. Może to chwilowo być skuteczne, bo większość dostrzega w Polsce 2050 to, co chciałaby zobaczyć, a nie to, co faktycznie pod tym płaszczykiem jest skrywane. Radna Wijas ze Szczecina, owszem, widziała w nowym ugrupowaniu coś ciekawego, ale okazało się, że Polska 2050 nie widzi wspólnej przyszłości z radną. Dlatego punkty widzenia trzeba uzgadniać jak najszybciej, by oszczędzić sobie rozczarowań.

Nie mniej ważna jest komunikacja partii politycznych, zwłaszcza opozycyjnych, ze swoimi aktualnymi zwolennikami – tym bardziej że nie można tu liczyć na pośrednictwo mediów, które są albo wrogie, albo niezborne, albo świeżo zatankowane na Orlenie. Wcale nierzadko bywa i tak, że nawet najtwardszy rdzeń wyborców przestaje się orientować, o co jego partii chodzi. A cóż dopiero mają powiedzieć nie tak już gorący wielbiciele czy już ci naprawdę letni!

Wszystkim wyszłoby na zdrowie, a już na pewno na dobre, gdyby partie zaczęły rozmawiać o planach dalej idących reform czy wręcz odbudowy instytucji, z których po rządach PiS‑u zostaną zgliszcza lub nadające się wyłącznie do zniszczenia baraki – z płaskim, oczywiście, dachem.

Warto też rozmawiać o podatkach, tym bardziej że wiedza o nich w społeczeństwie jest znikoma. Pewien napotkany przeze mnie w suchym przestworze internetowego oceanu przedsiębiorca – jak sądzę, indywidualny – zagroził , że on i jego koledzy pozakładają spółki i tyle z jego podatków zobaczymy. Jakże bym chciał, by koleżeństwo spełniło swoje obietnice (groźby?), głównie dla własnego dobra, bo nie ma gorszego sposobu prowadzenia działalności gospodarczej niż działalność jednoosobowa (no, chyba że polega to na oszukiwaniu klientów i urzędu podatkowego; wtedy jest to działalność najlepsza, choć może jednak nie najlepsza). Polacy, niestety, ufają bardziej swoim zdolnościom indywidualnym niż rodakom, przeceniając znacząco zdolności, a lekceważąc współtowarzyszy gospodarczej niedoli. Niechęć Polaków do spółek niemalże dorównuje ich niechęci do spółdzielni.

Warto także rozmawiać o prezydencie – o tym, czy jego urząd jest nam niezbędnie potrzebny, zwłaszcza skoro wybiera się kandydata w głosowaniu powszechnym. Dowodów na poparcie tezy o niskiej przydatności tego urzędu dostarcza aktualny lokator pałacu pod baranami – pardon, pod żyrandolami. W późnym PRL-u krążył po ludziach inteligentnych dowcip, że Piwnica pod Baranami zamierzała się przenieść do Warszawy, ale proponowana lokalizacja nie spodobała się władzom. Dziś w tym budynku funkcjonuje giełda, lokalizacja więc byłaby akuratna, tylko prawdziwych piwnic już nie ma.

Warto rozmawiać o telewizji publicznej – oczywiście nie o tej, która jest, ale o tej, której nigdy nie było. Analizując to na chłodno, najlepsza telewizja publiczna była za prezesury Kwiatkowskiego, choć i wtedy nie była najlepsza. Może zamiast TVP Info nadawać Euronews po polsku? Na pewno nie będzie gorzej, a może nawet będzie nieco taniej.

Warto rozmawiać o polskiej nauce, tylko trzeba robić to szybko, bo za chwilę, już za momencik, tematu (do) rozmowy nam braknie. Gastronomia otwarta, ogródki gotowe, więc do rozmów, Polacy! O Polsce.

O konkordacie nie warto rozmawiać, konkordat trzeba wypowiedzieć.

Robin i Janosik

Ktoś puścił złośliwą plotkę, że uległem jednak demencji starczej, postawiłem przy łóżku figurkę Buddy i prowadzę z nią dyskusję o reinkarnacji. Zaniepokojeni przyjaciele nękają mnie telefonami i pytają, czy to prawda. Uspakajam ich, że na razie to tylko fake news.

Reinkarnacja

Prawdą jest natomiast, że przeżyłem głęboki wstrząs oglądając w telewizorze odnowicielskie zebranie zjednoczonej Prawicy i wysłuchując przemówień inaugurujących kampanię propagandową, poświęconą nowemu „Polskiemu Ładowi”.

Poszukiwacze przykładów reinkarnacji powinni traktować to zebranie, jako „namacalny” dowód jej istnienia. W moich psujących się oczach z mizernym skutkiem ratowanych bezpośrednimi zastrzykami, mgliste postacie przemawiających były łudząco podobne do Robin Hooda i Janosika. Składane suwerenowi obietnice zapowiadały podejmowanie działań, które ci dwaj ludowi bohaterowie z poświęceniem realizowali w XIII i XVIII wieku. Podstawą działań była – i jest obecnie – taka sama myśl przewodnia: zabierać bogatym i rozdawać biednym. Tylko przy okazji tych dobrych uczynków powodować, że ci obdarowani biedni uznają rządzącą prawicę, za jedyną godną poparcia w następnych wyborach.

Mechanizm

Nie czuję się na siłach, aby przeprowadzić analizę tych, bardzo zagmatwanych, obietnic. Wydaje mi się jednak, że nie są one zgodne z podstawami zarządzania państwem, jakich za zamierzchłych czasów uczyli mnie nieżyjący już profesorowie. Za podstawową zasadę uważali oni, że budżet państwa jest zbiornikiem pieniędzy otrzymywanych od obywateli i przedsiębiorstw głównie w formie podatków, a także wpływających z innych źródeł (np. teraz z UE). Rolą państwa jest zagospodarowanie tych pieniędzy w sposób najbardziej efektywny i zarazem taki, aby korzyści z tego tytułu odczuwali wszyscy obywatele. W dyskusjach seminaryjnych podkreślano, że –poza wyjątkami – nie powinno się dążyć do uzyskania tego efektu przez jakiekolwiek rozdawnictwo. Tymi wyjątkami może być – przykładowo – pomoc dla osób niepełnosprawnych i ich rodzin, a także wspomaganie finansowe studentów takich kierunków studiów, na których w danym okresie państwu specjalnie zależy. Obecnie w Polsce na pewno studiów medycznych, ale w innych czasach np. inżynierów budownictwa i architektów.

Unikając rozdawnictwa Państwo powinno natomiast podstawowe strumienie środków finansowych, w uzasadnionych sytuacjach wspieranych przez kredyty, kierować na rozwój takich dziedzin i celów, które podnoszą poziom życia obywateli, dają im godziwie płatną pracę, zwiększają zainteresowanie i dostęp do kultury, dają poczucie bezpieczeństwa. Najprostsze z tych celów są od wielu lat niezmienne i powtarzają się we wszystkich programach. To dynamiczna budowa tanich mieszkań, budowa szpitali tam, gdzie ich brakuje, nowych dróg, ekologicznych elektrowni, ośrodków sportowych, teatrów, bibliotek itd. a także zapewnianie wysokiego poziomu technicznego wyposażenia wojska. Może to być wspomaganie finansowe przedsięwzięć prywatnych i państwowych podmiotów, ale główne strumienie zasilania powinny biec przez samorządy, które powinny być właścicielami zrealizowanych inwestycji. Sprawne wykorzystywanie takiego systemu wymaga wielu szczegółowych rozwiązań i decyzji. Maksymalnie to upraszczam, aby również czytelnicy nieinteresujący się „na co dzień” sposobami zarządzania państwem, mogli sobie wyobrazić ten mechanizm i porównać go z następnym.

Prezenty

Zjednoczona Prawica nie idzie bowiem tą drogą. Doświadczenie z bezpośrednim rozdawnictwem 500 plus, które pozwoliło wygrać wybory i zwiększyło liczbę sympatyków, wytworzyło przekonanie, że trzeba podtrzymywać poparcie właśnie metodami podsycania zadowolenia obywateli z bezpośrednio przekazywanych prezentów. Stąd w „Polskim Ładzie” zapowiedzi zniesienia opodatkowania relatywnie niskich emerytur, podniesienia progów zwolnień od opodatkowania dochodów, enigmatyczne obietnice ogólnego zmniejszenia obciążeń podatkowych. Na tym etapie „ład” przypomina „nieład”, ponieważ nie wyjaśnia, skąd na to – a także na zapowiadane prestiżowe inwestycje w rodzaju rzekomo niezbędnego Centralnego Portu Komunikacyjnego i budowę tanich mieszkań, zdobyć potrzebne środki.

Podwyższanie opodatkowania najbogatszych nie rozwiąże problemu. Być może coś uda się uszczknąć z unijnych środków popandemicznej odbudowy, ale one będą przeznaczone na określone cele i zewnętrznie i wewnętrznie kontrolowane. Jednak to też nie wystarczy i – jak mawiał pewien klasyk – jest realne zagrożenie ze „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”.

Aby osłodzić Suwerenowi niezadowolenie wynikające z niepełnej realizacji „Ładu” zawiera on także wstawki ideologiczne. Jedną z nich jest zapowiedź modernizacji nauczania historii powszechnej i historii Polski. To z reguły wykorzystywana w wielu państwach najprostsza droga indoktrynacji młodzieży. Za przyzwoitą stawkę mógłbym napisać program tego nauczania. Zawsze i we wszystkim byliśmy najlepsi, Zapalony kaganek oświaty nieśliśmy przez Dzikie Pola, Sobieski pod Wiedniem uchronił Europę przed zalewem Turków. W czasie ostatniej wojny ratowaliśmy Żydów i uczyliśmy ich walczyć, Dlatego teraz mają najlepszą armię na Bliskim Wschodzie

Wydaje mi się, że Zjednoczona Prawica cierpi na rozdwojenie jaźni. Jeśli utraci względnie szybko władzę, to nie będzie musiała realizować nowego „Ładu”. Przeciwnie – stanie się on głównym instrumentem ataków na nową władzę, że nie potrafi wykorzystywać tak genialnie opracowanego planu. Jeśli utrzyma się dłużej przy władzy, to gorzej. Po okresie gadulstwa i entuzjastycznych pokrzykiwań przyjdą lata, kiedy będzie już wypadało zamieniać przynajmniej niektóre słowa na czyny, tłumacząc się z opóźnień i zaniechań oraz zadłużając państwo powyżej dopuszczalnej granicy. Ale też nadal czerpiąc profity, tak umiejętnie i bezkarnie ostatnio wyciskane, drogą przejmowania władzy na wszystkich szczeblach.

Chwilami się zastanawiam, czy właśnie nie na tym polega ukryty cel „B” „Polskiego Ładu”?.

Ład czy nieład?

Na pierwszy rzut oka „Polski ład” wygląda w warstwie społecznej i fiskalnej na bardzo postępowy i racjonalny, program tworzony w interesie szerokich grup społecznych.

Szczególnie dobre wrażenie robią proponowana wysokość kwoty wolnej od podatku 30 tys. zł (roczna wysokość płacy minimalnej, szklany sufit dla 65% polskich rent i emerytur), podniesienie progu podatkowego na 120 tys. zł, zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, likwidacja limitów porad i zabiegów lekarzy – specjalistów, gwarancja ze strony Skarbu Państwa do 100 tys. zł na wkład własny przy kredytach zaciąganych na budowę domu czy zakup mieszkania, a także dopłaty do spłaty kredytów mieszkaniowych przez młode rodziny posiadające co najmniej dwójkę dzieci.

Entuzjazm jednak znacznie słabnie, jeśli przeczytamy o wyjęciu składki zdrowotnej z podatku dochodowego i dotrze do naszej świadomości, że 9% na zdrowie od naszego dochodu mamy płacić wszyscy, niezależnie od poziomu naszej zamożności czy kwoty wolnej od podatku, która w praktyce jest redukowana do ok. 8 tys. zł.

Wspaniałomyślność partii rządzącej okazuje się być w znacznym stopniu manipulacją, obliczoną na poklask mniej zorientowanych wyborców, konsumentów programów informacyjnych rządowej telewizji.
Szczególną operację rząd chce wykonać na tzw. klasie średniej, w polskich warunkach – obywatelach, których dochody brutto mieszczą się w przedziale od średniej krajowej do wysokości 10-12 tys. zł.

Oni, tak jak najbogatsi, do tej genialnej operacji mieliby dopłacić, ale rząd w swej dobroci już myśli o ulgach i specjalnych algorytmach, żeby jednak nie stracili.

W tym miejscu przypomina mi się stary, żydowski kawał o wprowadzaniu i wyprowadzaniu kozy. Tylko koza już cuchnie, a nad ulgą podatkową dopiero mają pracować.

Pozatem system podatkowy powinien być prosty i przejrzysty, a nie wymagający angażowania doradców podatkowych w prozaicznych sytuacjach.

Przedmiotem największej, udawanej troski rządu stali się tzw. samozatrudnieni. Rząd w tym planie zachęca ich do przejścia na etat, faktycznie likwidując liniowy 19% podatek, dokładając ekstra 9% składki zdrowotnej, a więc podnosząc realnie stawkę na 28% (pozdrawiam serdecznie Leszka Millera, którego rząd obniżył podatek dochodowy do 19%).

Ale rząd nie rozmawiał jeszcze z przedsiębiorcami, którzy swego czasu większość z tych „samozatrudnionych” z etatu wypchnęli, aby zechcieli ich na etaty ponownie przyjąć. Chyba, że rząd ich zatrudni u siebie lub na Orlenie…

Ponadto dla części z nich, nawet przy nowych obciążeniach, status jednoosobowego przedsiębiorcy nadal będzie mimo wszystko bardziej atrakcyjny niż sztywny etat.

Podobnie PiS traktuje samorządy; planując kolejny spadek ich dochodów własnych, zapowiada rekompensaty wg nowych algorytmów.
Moje wątpliwości budzi także zapowiedź skasowania formalności przy budowie domu do 70 m2 z płaskim dachem.

Czy to znaczy, że budować będzie można byle gdzie i byle jak?! Już obecnie Polska ze swoim nieładem architektonicznym bardzo niekorzystnie odróżnia się od swoich zachodnich czy południowych sąsiadów.
A lansowanie płaskich dachów w polskich warunkach klimatycznych świadczy, moim zdaniem, o tym, że w rządzie uwierzyli jednak w globalne ocieplenie. Tylko, że my nadal nie mieszkamy we Włoszech czy w Grecji albo Egipcie tylko w Polsce, drogie Panie, drodzy Panowie! Proszę wyjrzeć za okno!

Diabeł tkwi w szczegółach, więc ponowną analizę trzeba będzie przeprowadzić, gdy pojawią się projekty ustaw związane z „Polskim Ładem”.

Każde rozwiązanie trzeba przedyskutować oddzielnie, bo w pakiecie znajdują się rozwiązania słuszne i potrzebne jak i manipulacje i niepotrzebne komplikacje.

Wspierając progresywność podatkową nie można się godzić na komplikowanie systemu podatkowego i zabijanie raczkującej aktywności gospodarczej.

Wspierając zwiększenie nakładów na służbę zdrowia, Fundusz Modernizacji Szpitali i Fundusz Medyczny nie można się zgodzić na dalszą centralizację systemu i odbieranie szpitali samorządom.

Wspierając budownictwo społeczne nie możemy ulegać presji deweloperów, trzeba budować przede wszystkim tanie mieszkania na wynajem, inaczej problemu mieszkaniowego w krótkim czasie rozwiązać się nie da.

Obniżając obciążenia podatkowe najniżej zarabiających nie można się zgadzać na dalszy spadek dochodów samorządu terytorialnego, najbliższego spraw codziennych obywateli.

O gospodarce i inwestycjach w Polskim Ładzie napiszę następnym razem.

O polityce fiskalnej

Polityka fiskalna w swojej istocie jest jedną z najważniejszych (obok polityki monetarnej i polityki kursu walutowego) narzędzi wpływających na procesy makroekonomiczne.

Polityka fiskalna jest procesem kształtującym wydatki publiczne oraz podatki w celu zapewnienia tendencji wzrostowej gospodarki, wpływania na zatrudnienie, niwelowanie nierówności ekonomicznych oraz łagodzenia cyklu koniunkturalnego. Do automatycznych stabilizatorów koniunktury zaliczamy progresywne opodatkowanie dochodów i system transferów socjalnych, do aktywnej – działania państwa takie jak: roboty publiczne, inwestycje, transfery socjalne i prowadzenie polityki pełnego zatrudnienia (lub niwelowania bezrobocia). Sama polityka monetarna nie wpływa znacząco na konsekwencje kryzysu, choć potrafi niwelować skutki recesji przez np. luzowanie ilościowe. Polega ono na zwiększaniu podaży pieniądza w obiegu za pomocą obniżki stóp procentowych, co zwiększy chęć jednostek do zaciągania kredytów. W rezultacie spadku stóp procentowych więcej pieniędzy, ceteris paribus, wchłonie preferencja płynności wynikająca z motywu transakcyjnego. Nie stworzy to jednak presji inflacyjnej, o podaży pieniądza decydują banki komercyjne. Bank Centralny jedynie zwiększa kapitał płynnościowy bankom komercyjnym. Tylko pieniądz wydany może spowodować presję inflacyjną. Spadek stopy procentowej przyczynia się do wzrostu dochodu społecznego, ilość pieniędzy w obiegu zwiększy się proporcjonalnie ze wzrostem dochodu. Jednak polityka fiskalna w sposób bezpośredni potrafi wpłynąć na sytuację gospodarczą, co tłumaczy nam podstawową rzecz – wahania polityki fiskalnej są zdecydowanie większe od wahań stóp procentowych. Jeżeli dochody zachęcają jednostkę do oszczędzania, to ma tu znaczenie polityka fiskalna. Podatek dochodowy powinien szczególnie obejmować zyski inne niż z pracy, np. zyski od kapitału, podatek spadkowy itd. Wzrost skłonności do konsumpcji wynika z silnej polityki fiskalnej niwelującej nierównomierny podział dochodu.

Jaka jest korelacja popytu efektywnego i polityki fiskalnej?

Popyt efektywny jest wyznaczony przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny. Przy danych warunkach podaży odpowiada on poziomowi zatrudnienia, przy którym zysk przedsiębiorstw osiąga maksimum. Wysokość popytu efektywnego wynika ze skłonności do konsumpcji i stopy nowych inwestycji, które łącznie decydują o wielkości zatrudnienia, a ta wyznacza poziom płac realnych. Jeżeli skłonność do konsumpcji i inwestycje nie stwarzają dostatecznego popytu efektywnego, to faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od podaży siły roboczej przy bieżącej płacy realnej. Aby wpłynąć na popyt efektywny, należy wpłynąć na skłonność do konsumpcji i dochód rozporządzalny, czego najlepszym narzędziem będzie polityka fiskalna. Poprzez zwiększenie dochodu rozporządzalnego jednostek zwiększamy konsumpcję, która powoduje wzrost skłonności do konsumpcji. Dochód realny zależy całkowicie od przewidywania przyszłego popytu efektywnego w zestawieniu z przyszłymi warunkami podaży, jeżeli oszczędzanie nie przyczynia się do poprawy przewidywanej dochodowości – nie przyczyni się do zwiększenia inwestycji. Celem aktywnej polityki fiskalnej ma być zwiększenie dochodu rozporządzalnego jednostek, aby poprawić stan popytu efektywnego, dlatego należy „pompować” pieniądze, czyli łagodzić popyt na pieniądz społeczeństw o największej skłonności do konsumpcji. Społeczeństwa zamożne stanowią grupę ludzi o największej skłonności do oszczędzania – osłabiając potencjał produkcyjny. Społeczeństwa zamożniejsze są na ogół bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo jest skłonne do konsumpcji większej części swej produkcji i do pełnego zatrudnienia wystarczą niewielkie inwestycje. Społeczeństwo zamożniejsze musi szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie zamożnej części społeczeństwa szło w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Państwo realizując politykę stabilnego budżetu, osłabiania polityki fiskalnej (co szczególnie jest błędem na czas kryzysu, kiedy jest jawna potrzeba zachowania płynności obiegu okrężnego nawet kosztem rosnącego deficytu) musi doprowadzić do rosnących nierówności ekonomicznych, co wpłynie negatywnie na popyt efektywny. Bieżącego popytu na konsumpcję nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości – oszczędzanie tłumi działalność związaną z bieżącą konsumpcją nie ożywiając produkcji dla celów przyszłej konsumpcji.

Przy prowadzeniu aktywnej polityki fiskalnej nie grozi presja inflacyjna, jeżeli państwo wykorzystuje odpowiednie mechanizmy jak: progresja podatkowa (która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku), kontrola cen i oczywiście wykorzystywanie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego, przez co luka inflacyjna nie może się pojawić ze względu na domykanie luki popytowej. W przypadku wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do sytuacji pełnego zatrudnienia, natomiast hamowanie popytu efektywnego przez prowadzenie polityki zrównoważonego budżetu musi doprowadzić do hamowania zatrudnienia, a w efekcie spadku produkcji.

Model IS-LM

Efekty polityki fiskalnej można przedstawić za pomocą modelu IS-LM (Ekspansywna/restrykcyjna polityka fiskalna/monetarna), która jest przedstawiona na wykresie dwóch osi; poziomej – Y, czyli dochodu lub PKB, pionowej – i, czyli stopy procentowej. Sam model ma za zadanie opisywać różne kombinacje dochodu i stopy procentowej. IS (Investment/Saving equilibrium) opisuje krótkoterminową równowagę na rynku dóbr, natomiast LM stanowi preferencję płynności i podaż pieniądza (Liquidity/Money supply) oraz opisuję sytuację, gdy Bank Centralny prowadzi stały cel monetarny. Model IS-LM pokazuje nam, że najefektywniejszą taktyką jest jednoczesne prowadzenie ekspansji fiskalnej i monetarnej, które prowadzą do zwiększenia popytu globalnego a w efekcie wzrostu dochodu realnego, co wynika ze wzrostu wydatków rządowych. Politykę taką można przedstawić na wykresie, gdy krzywa LM przesuwa się w prawo i styka z IS2 (w punkcie wysuniętym najdalej na osi dochodu). Przesunięcie krzywej IS jest wynikiem ekspansywnej polityki fiskalnej, natomiast przesunięcie LM wynika z ekspansywnej polityki monetarnej.

Ekspansja fiskalna musi mieć konsekwencje w deficycie: on pozwala przeciwdziałać krótkookresowym spadkom aktywności gospodarczej. Dodatkowe wydatki po przekroczeniu równowagi budżetowej pozwalają na pozytywne efekty mnożnikowe, które przekładają się na wzrost zatrudnienia i produkcji. Spłata długu będzie możliwa dzięki wzrostowi PKB w długim okresie. Aby dokładnie zobrazować, od czego zależy dochód globalny, a właściwie PKB należy podać wzór: Y = C + I + G, w przypadku gospodarki otwartej musimy dodać do wzoru „X”, czyli eksport netto. Podsumowując, mamy wzór Y = C (konsumpcja) + I (inwestycje) + G (wydatki państwa) + X (eksport netto). W kwestii „terms of trade”, który jest wskaźnikiem pokazującym zmiany siły nabywczej eksportu i importu danego państwa, za pomocą polityki fiskalnej możemy zwiększać dochód pracowników nominalnie, co będzie miało korzystny wpływ na „terms of trade” (TT=IeIi, gdzie Ie – wskaźnik cen eksportu, Ii – wskaźnik cen importu), ze względu na wzrost wskaźnika cen eksportu. Tutaj należy się odwołać do ujemnej korelacji płacy realnej i zatrudnienia. Kiedy płace nominalne rosną – rośnie zatrudnienie, a tym samym produkcja.

Deficyt nie taki straszny

Ostatnimi czasy wiele słyszy się o deficycie, najczęściej w złym świetle. Traktuje się to zjawisko jako coś złego, jednak zapomina się jak istotną rolę gra deficyt w gospodarkach państw i makroekonomii. Czy należy się bać?

Deficyt – nie taki diabeł straszny jak go malują.

Sektor prywatny ma to do siebie, że nie potrafi w pełni wykorzystać potencjalnej produkcji, dlatego państwo poprzez środki z deficytu może wpływać na zagregowany popyt, który wpływa na zatrudnienie, produkcję i inwestycje. W momencie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego państwo podnosi produkcję, wydając środki z deficytu na zwiększanie popytu efektywnego. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny, przy danych warunkach podaży odpowiada poziomowi zatrudnienia, przy którym przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku. Wielkość popytu efektywnego wyznaczają łącznie skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które razem decydują o wielkości zatrudnienia. W przypadku gdy popyt efektywny nie będzie dostatecznie wielki, faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy określonej bieżącej płacy realnej. Jeżeli dany rząd oficjalnie deklaruje politykę pełnego zatrudnienia lub po prostu niwelowania bezrobocia, musi mieć świadomość, że niedostatecznie silny popyt efektywny będzie hamował wzrost zatrudnienia, co w efekcie przełoży się na zatrzymywanie produkcji. Jednak wracając do tytułu tekstu, w jaki sposób deficyt może wpływać na dochód państwa? Przede wszystkim jak wykazaliśmy, dzięki deficytowi państwo może wpływać na krańcową skłonność do konsumpcji, która jest najwyższa w mniej zamożnych społeczeństwach (o wpływie oszczędności na produkcję odniosę się później). Zatrudnienie pełni funkcję konsumpcji i przewidywanych inwestycji, konsumpcja jest natomiast funkcją dochodu netto, która jest sumą konsumpcji i inwestycji netto. W przypadku spadku dochodu netto należy szukać przyczyny w spadku zatrudnienia. Gdybyśmy jako państwo wykorzystywali środki do umarzania długu, doprowadzilibyśmy do tłumienia potencjału produkcyjnego przez spadek skłonności do konsumpcji, co w efekcie przełożyłoby się na spadek popytu efektywnego. W momencie wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Przykład wpływu deficytu USA na spadek zapadalności jest dobrym zobrazowaniem, do czego tutaj dążymy:

Jak widać na powyższym wykresie, deficyt przyczynił się w szczególny sposób do spadku wskaźnika zapadalności. Deficyt przy prowadzeniu odpowiedniej polityki, tj. polityki pełnego zatrudnienia i pobudzania zagregowanego popytu może doprowadzić do stabilności gospodarczej a w długim okresie, przy lepszej koniunkturze spłacić dług. Bo czym innym jest długi okres jak nie sumą krótkich okresów. Tutaj też warto podkreślić oczywisty fakt, że długu publicznego w przeciwieństwie do długu prywatnego nie trzeba spłacać, a przynajmniej nie spłaca się go na tej samej zasadzie.

Oszczędzanie w czasie kryzysu. Czy to dobry pomysł?

Jak doskonale wiemy bieżącego popytu na konsumpcję, nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości. Kiedy skłonność do oszczędzania w społeczeństwie rośnie, prowadzi to do tłumienia działalności związanej z bieżącą konsumpcją, nie ożywiając produkcji dla przyszłej konsumpcji – popyt konsumpcyjny się zmniejsza. Jedynie konsumpcja obecna pozwala na przewidywania konsumpcji przyszłej, a skoro bieżąca konsumpcja zostaje zahamowana przez akt oszczędzania, konsekwencją musi być spadek przewidywanej dochodowości. Rezultatem oszczędności jest niekorzystne odbijanie się na cenach, w momencie braku polityki niwelującej bezrobocie, lepkość cen (opóźnione dostosowanie się cen do sił popytu i podaży) jest pogłębiana przez spadek zatrudnienia. Nie trudno sobie wyobrazić tragicznych dla gospodarki konsekwencji rządu, który postulowałby „budżet bez deficytu” (lub gorzej, nie tylko dla gospodarki, ale naszego społeczeństwa odwołując się do słów Alexisa de Tocqueville „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”). Podsumowując, oszczędzanie i stan zatrudnienia znajdują się w ujemnej korelacji – oszczędności wymuszają wycofanie zatrudnienia na konsumpcję bieżącą.

Kwestia inwestycji.

W przypadku wprowadzania stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do wzrostu cen (bez względu na krańcową skłonność do konsumpcji) i wtedy faktycznie dojdziemy do zjawiska inflacji, jednak zanim to się stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego (jednak w celu zapobiegania wysokiej inflacji, państwo ma obowiązek użyć takich mechanizmów jak progresja podatkowa, która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku przy ekspansywnej polityce fiskalnej, mechanizmy kontroli cen oraz wypełnianie luki inflacyjnej przez zamykanie luki popytowej – wykorzystywanie w pełni potencjału produkcyjnego). Gdy krańcowa skłonność do konsumpcji jest niewiele mniejsza od jedności, małe wahania inwestycji wywołują znaczne wahania zatrudnienia, natomiast słaby wzrost inwestycji wywoła pełne zatrudnienie. Tutaj warto sobie podkreślić, że zamożne społeczeństwa są bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo będzie skłonne do znacznie większej konsumpcji swej części produkcji, co w efekcie daje nam prosty wniosek, że niewielkie inwestycje wystarczą do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. W przypadku bogatej społeczności należy szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie bogatszych mogło iść w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Kwestia płac i cen

Jak doskonale wiemy stan zatrudnienia i płace realne znajdują się w ujemnej korelacji. Kiedy płace nominalne spadają, konsekwencją jest spadek zatrudnienia. W przypadku prowadzenia polityki wysokich stóp procentowych i ograniczonej polityki fiskalnej (a wszystko celem „budżetu bez deficytu” postulowanego przez liberałów) doprowadzi to do obniżki płac nominalnych, czego skutkiem będą: obniżka cen, która doprowadzi do spadku dochodu realnego oraz dochód pracowników zostanie przesunięty do innych uczestników produkcji, co zmniejszy skłonność do konsumpcji. Za pomocą polityki fiskalnej i progresji podatkowej możemy zmniejszać nierówności ekonomiczne, które doprowadzą do zwiększenia dochodu rozporządzalnego mniej zamożnych społeczeństw, co w efekcie przełoży się pobudzenie globalnego popytu przez zwiększenie konsumpcji. Jednak kwestia płac to nie wszystko, celem utrzymania stabilności gospodarczej jest prowadzenie polityki sztywnych płac nominalnych i giętkiej polityki pieniężnej. Rezultatem takiego układu jest duża stabilność cen, poziom cen w krótkim okresie będzie się zmieniał o tyle, o ile zmiana stanu zatrudnienia będzie miała wpływ na krańcowe koszty bieżące. W długim okresie ceny oczywiście będą zmieniały się wraz ze zmianami kosztu produkcji.

Pełne zatrudnienie – teraz!

Słuszność prowadzenia polityki pełnego zatrudnienia nie wynika jedynie z aspektów polityczno-społecznych… każdy socjaldemokratyczny rząd, który ma na względzie dobro pracowników, będzie dążył do stanu pełnego zatrudnienia, stanu, kiedy globalna podaż pracy równa się globalnemu popytowi przy bieżących stawkach płac. Jednak ten tekst dotyczyć będzie analizy makroekonomicznej.

Na początku zaznaczmy, że termin „pełne zatrudnienie” jest umowny – świadomie musimy pominąć bezrobocie frykcyjne i dobrowolne, natomiast moment zrównania płacy realnej i krańcowej przykrości pracy redukuje bezrobocie „niedobrowolne”. Stan zatrudnienia w gospodarkach rynkowych jest zależny od przychodu, którego oczekują przedsiębiorcy z produkcji. Przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku w przypadku zrównania przychodu z zatrudnienia robotników i zagregowanej podaży produkcji.

Silny popyt efektywny = wzrost zatrudnienia

Mając świadomość, od czego zależy zatrudnienie, postawmy sobie pojęcie popytu efektywnego, który jest punktem przecięcia łącznego popytu i podaży. Siła popytu efektywnego wynika z sumy skłonności do konsumpcji i stopy nowych inwestycji, które decydują o wielkości zatrudnienia. Jeżeli skłonność do konsumpcji i inwestycje nie stworzą dostatecznie silnego popytu efektywnego, to faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy bieżącej płacy realnej. W przypadku słabego popytu efektywnego wzrost zatrudnienia może i na pewno będzie hamowany jeszcze przed osiągnięciem stanu pełnego zatrudnienia. Niewystarczający popyt efektywny będzie przeszkodą w zwiększaniu produkcji, nawet gdyby krańcowa wydajność pracy przewyższała jej krańcową przykrość.

Popyt tworzy podaż, czyli jak Jean-Baptiste Say się mylił…

Gdy już mówimy o popycie efektywnym, który jest kluczową kwestią przy określaniu stanu zatrudnienia, to musimy sobie podkreślić, że sztandarowy paradygmat liberałów o podaży tworzącej popyt jest błędna. Dlaczego? Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny. Przy określonych warunkach podaży odpowiada on poziomowi zatrudnienia, przy którym zysk przedsiębiorcy osiąga maksimum. Liberałowie z kolei wierzą, że zagregowana cena podaży równa się z zagregowaną ceną popytu w dowolnym punkcie złączenia w nieskończonym szeregu wartości. W wizji zwolenników klasycznej szkoły ekonomii konkurencja między przedsiębiorstwami zawsze prowadziłaby do zwiększenia zatrudnienia aż do punktu, w którym podaż produkcji przestaje być elastyczna, czyli punktu, w którym dalszemu wzrostowi popytu efektywnego nie towarzyszy wzrost produkcji. W przypadku kiedy zagregowana cena podaży jest mniejsza od przychodu, przedsiębiorstwa są zmuszone do zwiększania stanu zatrudnienia.

Aby udowodnić, dlaczego musimy dążyć do stanu pełnego zatrudnienia, powinniśmy podkreślić jak ważną rolę odgrywa tutaj globalny popyt i pojęcie skłonności do konsumpcji. Zagregowany dochód realny rośnie w przypadku rosnącego zagregowanego popytu, który wynika ze wzrostu konsumpcji. Wzrost konsumpcji wynika ze zwiększonego dochodu rozporządzalnego, który można pobudzać na kilka sposobów; przy pomocy polityki fiskalnej, polityki monetarnej i progresji podatkowej.

Narzędzie nr. 1 – progresja podatkowa!

Zacznijmy od ostatniego, progresja podatkowa jest narzędziem, który łagodzi problem rozwarstwienia społecznego. Im większe rozwarstwienie społeczne ze względu na zarobki, tym słabszy jest popyt wewnętrzny. W przypadku zamożnych społeczeństw rozpięcie między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną jest ogromne. Mniej zamożne społeczeństwa jest bardziej skłonne do konsumpcji znacznej części stworzonej przez siebie produkcji, tak że do osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia wystarczą niewielkie inwestycje. W przypadku niskich zarobków obywateli popyt wewnętrzny sprawia, że maleje produkcja, gdyż wytworzone dobra nie znajdują konsumenta. Progresja podatkowa sprzyja również zwiększeniu efektywności alokacyjnej dochodu, co jest wynikiem malejącej użyteczności krańcowej pieniądza. Takie zjawisko prowadzi do pompowania bańki na określonych rynkach, w takim wypadku prawo podatkowe, które wyrównywałoby różnice w dochodach, poprawia efektywność alokacji kapitału i przekłada się na większe bezpieczeństwo ekonomiczne wszystkich obywateli.

Narzędzie nr 2. – polityka monetarna i Bank Centralny!

W kwestii polityki monetarnej trzeba podkreślić niewyobrażalnie istotną rolę Banku Centralnego, który do zwiększenia popytu globalnego, zwiększa dochód społeczny za pomocą obniżki stóp procentowych. W przypadku gdy mierzymy popyt na pieniądz, wzrost zatrudnienia wraz ze spadkiem stóp procentowych prowadzi do podwyżki płac, do zwiększenia nominalnej wartości jednostki płac. Tutaj należy podkreślić bardzo ważny mechanizm makroekonomiczny: Wzrost płacy nominalnej jest ekwiwalentny ze spadkiem płacy realnej i wzrostem zatrudnienia. Przy stanie zatrudnienia i wysokości płacy realnej zachodzi ujemna korelacja.

Narzędzie nr 3. – Polityka fiskalna!

Teraz możliwie najważniejsza kwestia – polityka fiskalna. Jeżeli dochody zachęcają jednostkę do oszczędzania (które mogą rosnąć jedynie w przypadku rosnącego zatrudnienia. W innym wypadku prowadzi to do spadku produkcji. Kwestia jest tutaj inwestycji, posłużmy się prostą zależnością. Dochód realny = wartość produkcji = konsumpcja + inwestycje, oszczędności = dochód – konsumpcja, oszczędności = inwestycje), to ma tu znaczenie w.w polityka fiskalna. Wahania polityki fiskalnej są większe od wahań stóp procentowych. Wzrost skłonności do konsumpcji wynika z silnej polityki fiskalnej niwelującej nierównomierny podział dochodu. Jak wcześniej wykazałem, wzrost skłonności konsumpcji w mechanizmie zwiększania realnego dochodu odgrywa kluczową rolę.

Wpływ cen na zatrudnienie.

Na sam koniec poruszmy kwestię cen i ich wpływu na zatrudnienie. Do tego celu posłużę się cenami artykułów konsumpcji podstawowej (chodzi tu o codzienną konsumpcję przez jednostki, które dokonują transakcji codziennie). W przypadku wzrostu cen takiej konsumpcji w porównaniu z płacą nominalną łączna podaż siły pracowniczej gotowej do podjęcia pracy za wynagrodzenie według bieżących stawek płac nominalnych, jak i łączny popyt na nią przy tych stawkach były większe od istniejącego poziomu zatrudnienia.

Klęska wolnego rynku

Globalny kryzys spowodowany COVID-19, który dotknął gospodarki wszystkich państw, obalił podstawowy mit zwolenników liberalnej szkoły ekonomii o niezawodności samoregulującego się rynku.

Należy podkreślić, że państwo może i musi prowadzić szeroką politykę fiskalną, nawet kosztem deficytu w celu pobudzania popytu zagregowanego (przesuwania go w prawo), aby utrzymywać okrężny obieg gospodarki w trakcie kryzysu i łatwiejszego wychodzenia z niego. Pobudzanie popytu agregatowego zgodnie z klasyczną szkołą keynesowską musi polegać na zwiększaniu wydatków publicznych, obniżce stóp procentowych, tworzeniu miejsc pracy w celu zmniejszania stopy bezrobocia i zwiększaniu emisji obligacji skarbowych.

Czym właściwie jest deficyt?

Należy najpierw odkłamać bzdurę, której liberalne rządy trzymają się od lat – utrzymywanie budżetu bez deficytu.

Po pierwsze, szkoła Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory, MMT), która zyskuje na popularności dzięki takim ekonomistkom jak Stephanie Kelton i Pavlina R. Tcherneva, mówi jasno, że deficyt nie jest problemem a ze zrównoważonego budżetu państwo nie stworzy nowych miejsc pracy (wzrost bezrobocia jest pogłębianiem problemu lepkości cen, które polegają na opóźnionym dostosowaniu się cen do sił popytu i podaży), nie zapewni bezpieczeństwa socjalno-finansowego i nie pobudzi zagregowanego popytu, gdy nie podejmie się zwiększania wydatków publicznych, które są kluczowe dla wzrostu PKB. Po drugie, żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego. Czasy pieniądza opartego o kruszec są za nami i powrót takiego pieniądza zabiłby efektywność gospodarczą, ale także doprowadziłyby do deflacji, zjawiska drogich kredytów, zwiększonych kosztów eksportu i spadku produkcji (spadek cen powoduje spadek produkcji).

Pieniądz fiducjarny, jak sama nazwa wskazuje, w swojej istocie jest oparty o zaufanie. Państwo ma monopol na pieniądz i nie ma prawa wykręcać się brakiem środków na finansowanie konkretnych operacji gospodarczych. Dług publiczny i dług prywatny to całkowicie dwie inne kwestie; gospodarka państwa nie działa jak firma, państwo ma moc fiskalną, jakiej przedsiębiorstwa nie mają. Deficyty dostarczają pieniądz do gospodarki – złotówka za złotówkę, dlatego nie mogą „okradać” sektora prywatnego. Jednak szkoła MMT nie proponuje nieograniczonego deficytu, nie chodzi o ciągłe bilansowanie budżetu i wprowadzanie gospodarki w marazm, a o pobudzanie jej efektywności przy polityce pełnego zatrudnienia przy stabilności cen. Trend deficytów przy pełnym zatrudnieniu jest malejący nawet w przypadku szerokiej polityki fiskalnej. Dlaczego? Sektor prywatny zawsze korzystnie reaguje w przypadku niskiej stopy bezrobocia oraz pojawia się delewarowanie; rosną wydatki i inwestycje, o których wcześniej wspomniałem, są korzystne przy polityce pobudzania zagregowanego popytu, dla wyższych wpływów z podatków a co za tym idzie wyższego PKB. Konkluzja jest oczywista: polityka sztucznego tworzenia stabilnego budżetu jest zabójcza dla potencjału gospodarki.

Co ze strefą Euro?

Z punktu widzenia socjaldemokraty i zwolennika suwerennej polityki monetarnej, euro w Polsce jest projektem na tyle długookresowym i egzogenicznym (ma bardziej aspekt polityczny niż ekonomiczny), że nie warto na tę chwilę brać go pod uwagę. W przypadku zmiany waluty na euro Bank Centralny Polski zostaje ograniczony, co w efekcie musi przyczynić się do osłabienia polityki monetarnej Polski. Bank Centralny Polski nie może w takiej sytuacji szybko reagować np. na fluktuację, nie może samodzielnie ustalić konkretnych stóp procentowych dla danej fazy koniunkturalnej kraju, a także konsekwencją jest osłabienie polityki fiskalnej. Z technicznego punktu widzenia kraj, który emituje i kontroluje własną walutę, nie może zbankrutować. Państwo w przypadku posiadania suwerennej waluty może prowadzić odpowiednie wydatki publiczne w sposób elastyczny. Polski Bank Centralny w czasie kryzysu (i nie tylko, ale w fazie kryzysu powinien mieć obowiązek) wykupuje obligacje skarbu państwa, mimo teoretycznego zakazu monetyzacji długu. Z praktycznego punktu widzenia Banki Centralne zakupują dług państwa w sposób pośredni – odkupując od banków komercyjnych. Powodem tego jest formalny zakaz zakupu długu państwa przez Bank Centralny w sposób bezpośredni. Najlepszym przykładem takiej praktyki jest Japonia. W skrócie rząd uzyskuje środki przez ich kreację w Banku Centralnym w sposób pośredni – z pomocą banków komercyjnych na zasadzie rynkowej. W przypadku braku suwerennej polityki monetarnej Bank Centralny traci kontrolę nad funkcjonującą walutą.

Dlaczego obniżamy stopy procentowe?

Skoro była mowa o stopach procentowych, warto zastanowić się, dlaczego Banki Centralne mają obowiązek obniżania stóp procentowych na czas kryzysu.

Stopa procentrowa jest ceną pieniądza, która warunkuje cenę, jaką banki sprzedają pieniądze na kredyt oraz po jakiej cenie oddaje się je w depozyt bankom. Celem odpowiedzialnej polityki monetarnej i zadaniem Banku Centralnego powinno być zapewnienie stabilności polskiej waluty. Skupmy się jednak nad obecnym (specyficznym) kryzysem i dlaczego w odpowiedzi poprawnym jest ustalanie niskich stóp procentowych (aktualna główna stopa procentowa wynosi 0,1 proc.). Kapitał portfelowy, czyli kapitał krótkoterminowy jest lokowany w rządowych papierach wartościowych, w celu zwiększenia ich ceny obniża się stopy procentowe, aby banki wykupywały je po wyższych i atrakcyjniejszych dla państwa cenach. W celu prowadzenia ekspansywnej polityki monetarnej (która jest kluczowa przy zjawisku stagflacji, czyli zjawiska wzrostu cen i spadku produkcji) udostępnia się kapitał coraz większej ilości osób, co za tym idzie – zwiększa się podaż pieniądza. W takim przypadku Bank Centralny tworzy atrakcyjne warunki kredytowe, tak żeby zachęcały ludzi do ich zaciągania – obniżka stóp procentowych.

Oczywiście nie jest to korzystne dla banków komercyjnych, ale te sobie poradzą (a jeśli nie, to… Volenti non fit iniuria), stawką jest ujarzmienie kryzysu i zapewnienie dobrobytu ludziom; ułatwienie zakupu mieszkania i mniejszych kosztów z tytułu kredytu. W przypadku liberalnego systemu gospodarczego oczywiście deweloperzy będą zwiększać ceny nieruchomości (co wynika ze zwiększonego popytu na zakup nieruchomości), dlatego niezbędna jest interwencja państwa w celu kontroli i regulowania cen. Oczywiści stopy procentowe nie mogą być stale utrzymywane na jednym, niskim poziomie, można je lekko podwyższać w czasie koniunktury w celu zapobiegnięcia zjawiska pękniętej bańki spekulacyjnej, lecz nie może ona być na tyle podwyższona, by pobudzony zagregowany popyt drastycznie malał. Inflacja jest całkowicie zrozumiałą konsekwencją takiej polityki, ale problem inflacji spowodowanej zwiększoną podażą pieniądza i niskimi stopami procentowymi rozwiązuje się progresją podatkową, która wypompowuje pieniądze z rynku, powodując efektywniejsze ulokowanie kapitału, a także zwiększa krańcową skłonność do konsumpcji. Większa stawka podatkowa dla zamożnej jednostki powoduje większy dochód rozporządzalny, czego następstwem jest zwiększona konsumpcja. Progresja podatkowa daje szersze możliwości fiskalne państwa, które pomogą mniej zamożnym pobudzić zagregowany popyt wewnętrzny, a co za tym idzie zwiększyć efektywność gospodarki danego państwa.