Władza czyści kamienice

Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.

„Mieszkanie plus” zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie, i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych, czy łazienkowych. I w jednym i w drugim przypadku zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70-80 proc. tego czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje, albo straci pracę, i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania. Na bruk, bez żadnej możliwości wyszukiwania takiej osobie lokali zastępczych.

Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej, wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie, PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60 proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90 proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł. 

Mieszkasz, to pokazuj

Najlepsze jednak przed nami. Od 21 kwietnia 2019 r. obowiązuje prawo klepnięte bez rozgłosu rok wcześniej. A ono mówi, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych, mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.

Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdemu, komu przyznają mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie 3 miesiące. I jakby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej). 

A nie daj Boże, żeby taka 4-osobowa rodzina z mieszkania komunalnego, dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu. 

Kara za podwyżkę zarobków

Miesięczny czynsz w wysokości 40 zł/metr kw. może być oczywiście wyższy. Tyle bowiem wychodzi za mieszkanie wycenione na 6 tys. zł za metr. Czyli w przypadku Warszawy za jakieś stołeczne peryferia. W centrum, wartość odtworzeniowa spokojnie mogłaby wynosić i 8-9 tys zł. I wtedy ktoś mieszkający w kamienicy w Śródmieściu, za 60 metrowe mieszkanie, za które teraz płaci niecałe 450 zł, musiałby wykładać 3 600 zł czynszu miesiąc w miesiąc. Wystarczyłoby, żeby taki lokator samorządowego mieszkania, będący posiadaczem jednego dziecka, zarabiał wraz małżonką 4000 zł na rękę. Bo warszawskie przepisy komunalne określają, że limit przychodów lokatora w wieloosobowym gospodarstwie to 1330 zł na osobę. Gdy więc mąż i żona dostają na konto po 2 tysiące, to od kwietnia będą jako krezusi płacili za komunalną chałupę znacznie więcej niż takie samo mieszkanko wynajęte prywatnie. 

A gdy nie będą chcieli płacić, to właściwe służby będą miały obowiązek wywalenia ich na zbitą twarz.

Nie musi tak jednak być, bo pisowska ustawa jest ludzka. I nie nakazuje, ale pozwala, gminom skorzystać z opcji niepodnoszenia czynszu do maksimum, ale np. do wysokości, w której zmieści się to, co lokator zarabia powyżej limitu. Czyli, jak mąż czy żona dostaną w pracy podwyżkę, o 300-400 zł miesięcznie, to mają tę kasę przelać na konta samorządu, bo o tyle wzrośnie im czynsz. To oczywiście nader motywujące dla każdego… 

W związku z czym pomysły te jeszcze bardziej nakręcą rozwinięty przez „500 plus” system płacenia pod stołem.

Kierunek przedmieście

Pocieszeniem dla większości ludzi mieszkających w lokalach komunalnych jest to, że nowe przepisy będą obowiązywać tylko osoby, które podpiszą umowę najmu po 20 kwietnia. Tyle, że w ustawie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmusić do tego osoby mające od lat najem na czas nieokreślony. Jak urząd zagnie parol na jakąś nieruchomość, to przecież znajdzie setki powodów aby przenieść „starych” lokatorów no nowych lokali. A wtedy będzie potrzebna nowa, restrykcyjna finansowo umowa nakazująca płacić horrendalne stawki. Budynki trzeba wszak rewitalizować i dokonywać kapitalnych remontów w obawie przed katastrofa budowlaną. 

Przepis o niedziałaniu prawa wstecz spowodował, że do urzędów biegają wszyscy, którzy mieli dotąd umowy na czas określony. Sądzą, że jak zdążą przed kwietniem stać się posiadaczami umów na wynajem bezterminowy, to im się upiecze. Sęk w tym, że urzędnicy też to wiedzą i albo sprawy przeciągają poza 20 kwietnia, albo wydają decyzje odmowne.  

Jaki będzie efekt opieki państwa PiS nad setkami tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych łatwo przewidzieć. Oberwą, jak zwykle, najbiedniejsi, którzy, nie mogąc zakombinować z pracodawcą przy zarobkach, będą musieli wynieść się z horrendalnie drogich mieszkań komunalnych i zamieszkując na obrzeżach wielkich miast, płacić na wolnym rynku nawet połowę tego, co zarabiają. Choć i tak mniej niż za mieszkanie komunalne.

Jak stracić na dopłacie

Ale, ale. Przecież od stycznia weszły przepisy pisowskiej ustawy „o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania”. To się nazywa „Mieszkanie na start” i polegać ma na tym, że dopłaty do czynszu pomogą Polakom w obniżeniu kosztów życia. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju „program dopłat do czynszów jest kierowany do ludzi, których nie stać na wynajem czy zakup mieszkania na rynku komercyjnym, a ich dochody są zbyt wysokie, by mogli ubiegać się o mieszkania komunalne”. Tacy ludzie przez 15 lat będą mogli dostawać dopłaty do czynszu. W przypadku 4-osobowych rodzin dotacja może wynieść nawet od 300 do 560 zł miesięcznie. W tym roku na ten cel państwo wyłoży 200 mln zł. I odtąd co rok będzie wydawało o kolejne 200 mln zł więcej, by w 2034 osiągnąć 3,2 mld zł i przestać rosnąć. 

O dotację do czynszu może się starać tak singiel jak i rodzina. Tyle, że osoba pojedyncza nie może zarabiać więcej niż 2600 zł brutto. A dochody czteroosobowej rodziny winny być niższe od 6 400 zł.

I na tym koniec dobrych wiadomości. Dopłaty będą przyznawane osobom wynajmującym mieszkania wyłącznie w nowym budownictwie i tylko po zawarciu stosownej umowy z gminą. Czyli nie będą przyznawane tym, którzy wynajmują używane mieszkanie od osób prywatnych.

Jest zatem tak, że dopłaty są dla limitów znacznie wyższych niż te ustalane dla mieszkań komunalnych przez gminy. A ponieważ wejdą do dochodu lokatorów, to zostaną zeżarte przez podwyżkę czynszu. Dokona się zatem transfer z kasy państwa na konto samorządów. Co samo w sobie, jest może idiotyczne, ale nie złe. 

A, że wywaleni w mieszkań komunalnych nic z tego nie będą mieli? No cóż… Kazał im ktoś zarabiać więcej niż najniższa krajowa?

PiS, zamiast opowiadać jak robi dobrze ludziom z problemami mieszkaniowymi, mógłby zrobić coś konkretnego. I to dla milionów Polaków. Znieść, albo choć obniżyć podatki od wynajmowanych mieszkań. Dziś wynajmujący płaci właścicielowi mieszkania za jego podatek. A ten wynosi 18 lub 32 proc, w zależności od przychodów posesjonata, gdy ten chce opodatkować się według „normalnych” zasad, czyli z odliczaniem kosztów. Albo 8,5 proc. podatku zryczałtowanego, gdy właściciel jest leniwy.  

Oczywiście podatki takie płaci – zdaniem ekspertów – najwyżej co dziesiąty wynajmujący. Co nie przeszkadza większości z nich wliczać go w koszt najmu. Gdyby zatem podatek taki znieść, to budżet nawet by tego nie poczuł. A gdyby wprowadzić tylko ryczałt w wysokości 1 proc., to mogłoby się okazać, że dochody państwa będą większe niż dziś. Płacenie paru złotych miesięcznie nie byłoby problemem dla właścicieli, a powodowałoby, że mogliby bez strachu przed fiskusem rejestrować taki najem. I spaliby spokojnie, że lokatorzy – świadomi, że trzymają w szachu niepłacącego podatków właściciela – nie sprzedadzą wyposażenia lokalu. I to w poczuciu zupełnej bezkarności. Bo jak można ścigać kogoś, kto formalnie lokatorem nie był? 

Na tej operacji skorzystaliby i lokatorzy. Może nie 30 proc., jak w mitycznym „Mieszkaniu plus”, ale co dziesiątą złotówkę, by zaoszczędzili.

Witajcie w kleptopii

Państwo PiS jest zaprzęgnięte do tego, aby tworzyć fortuny swoich własnych nowobogackich, dobieranych wg amerytokratycznych, lojalnościowo-partyjnych kryteriów – mówi Radosław Markowski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: We wstępie Nowego Ładu czytamy: „zmiana, którą przyniosły rządy PiS, okazała się rzeczywistym renesansem państwa bliskiego obywatelom”. Co to za renesans i czego?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Literalnie renesans jako odrodzenie – to jedyne, jakie widzę, to odrodzenie PRL w sensie bolszewizmu z maniakalną wizją państwa zawłaszczającą sferę obywatelską i samorządową. Dziś państwo trzeba rozpatrywać przez pryzmat tego, jak jest oceniane przez świat, a tu nie ma rankingu, w którym nasza pozycja poprawiłaby się. Zarówno te mówiące o jakości demokracji, praworządności, ale także rankingi biznesowe, dotyczące robienia interesów. We wszystkim Polska zjechała z najlepszych miejsc wśród młodych demokracji na miejsce z dołu rangowanych krajów. Renesans polega także na tym, że przemieszczamy się w szybkich krokach na wschód lub, jak inni wolą, do Azji.

Na marginesie przyznam, że bawią mnie Polacy zmobilizowani do obrony praw Białorusinów, co w normalnych warunkach miałoby sens, gdy na własnym podwórku mają podobny problem. Oczywiście jeszcze nie taki, jak na Białorusi, ale zmierzamy ku temu. Tam też pierwsze wybory były demokratyczne, potem bardzo długo w wyborach obywatele popierali większościowo Łukaszenkę. Dziś pewnie jest inaczej, ale tego nie wiemy, bo nie mamy dostępu do rzetelnych badań. Ale sąsiedni reżim dokładnie w tym samym pokładał nadzieję przez dwa dziesięciolecia – wybory zrównywał z demokracją, tak jak w piątkowym wystąpieniu Ziobro. Dla autokratów i aspirujących do takowych bowiem wiedza o tym, że wybory są koniecznym, ale absolutnie niewystarczającym elementem, by uznać kraj za demokratyczny, jest niedostępna. Nie doczytali, jak wielu innych rzeczy…

Renesans dostrzegam także w długości życia, która od kilku lat wyraźnie się skraca i jest to pierwszy przypadek od wielu dziesięcioleci. To jest prawdziwa ocena rządów PiS, a nie niskie bezrobocie.

Wracamy zatem pomału także w wymiarze medycznym do lat poprzednich. Przypominam, że między latami 2016 a 2019, a więc przed pandemią, inaczej niż do roku 2015, zmarło o 30 tysięcy Polaków więcej niż w okresach wcześniejszych, a w samym roku 2020 dodatkowo, ponadnormatywnie 67 tysięcy i tylko część z nich to wynik Covid. To śmierci ze względu na złe zarządzanie służbą zdrowia.

To idźmy dalej, Nowy Ład przedstawiany jest jako polska droga do sukcesu. Na razie głównie mówi się o podatkach – komu się poprawi, a kto zapłaci więcej. A pan na co zwróciłby uwagę?

Ten dokument powstały w 21 roku drugiego tysiąclecia jest tak archaiczny, że przynależy do międzywojnia XX wieku.

Zresztą Nowy Ład niczym New Deal Roosevelta ma fundamenty myślenia o społeczeństwie i skomplikowanym organizmie, jakim jest państwo, nie tylko staroświeckie, ale selektywnie nietrafnie dobrane. To myślenie, że należy się bogacić, produkować coraz więcej, opodatkowywać, transferować od bogatych do biednych, do tego to wszystko zostało zakropione nacjonalizmem.

Zatem jak powinno planować się nowoczesne państwo?

Po pierwsze nastała epoka antropocenu. W tym roku międzynarodowe towarzystwo geologiczne zdecyduje, po dwóch dekadach debatowania, aby do tzw. kalendarza naszej planety wprowadzić oficjalnie epokę człowieka, który wpływa geologicznie na planetę. W Nowym Ładzie nie ma niczego, co wskazywałoby, że autorzy tego pomysłu w ogóle wiedzą o tym fakcie i jego konsekwencjach.

Pierwszy przykład z brzegu – z elementów dotyczących przyrody i środowiska jest tylko o wiatrakach na morzu i elektrowni atomowej, a nie ma tam nic o tym, jak zrewolucjonizowała swoje myślenie o przyszłości Unia Europejska.

Ma pan na myśli zielony ład?

W całym myśleniu UE widać odejście od tego, aby zajmować się głównie tymi dotychczas dominującymi spryciarskimi politycznymi sztuczkami korzystania z różnych funduszy, technicznymi sprawami, jak transferować z rejonów zamożniejszych do uboższych. W UE dominuje dziś wątpliwość, czy logika ekstensywnego rozwoju ma przyszłość, ta wątpliwość skłania ku refleksji i namysłu, jak kształtować przyszłość. Dzisiaj w UE prym wiedzie myśl, że należy odtworzyć koncepcję Bauhausu, a więc by myśl humanistyczna i społeczna współgrała z naukami ścisłymi, a technologie i cywilizacyjny postęp był zharmonizowany ze sztuką tak użytkową, jak tą wielką.

Powód jest prosty: negatywne skutki uboczne nowoczesności są znacznie większe niż chcieliśmy dostrzegać i trwałe. Homo sapiens chce obsesyjnie produkować i konsumować coraz więcej. By te obsesje realizować, musimy coraz więcej wykopywać z ziemi i więcej przetwarzać. Przyroda słabo sobie radzi z wytwarzaniem nowych minerałów i zajmuje jej to tysiące lat, a człowiek robi to bardzo skutecznie. Mało kto wie, ale my wytworzyliśmy już 500 mln ton aluminium, to ekwiwalent folii kuchennej, którą można by – jeśli komuś podoba się ta idea – pokryć całe Chiny i cześć Gobi w Mongolii.

Ekonomiści, ci bardziej odważni, już mówią, że ekonomia XXI wieku powinna być subdyscypliną ekologii, a przynajmniej musi być ekologicznie wrażliwa. Rynek dobrze sobie poradził z tym, aby oszczędzać czy maksymalizować użyteczność środków, potrafi produkować to, co jest potrzebne, ale kompletnie się pomylił co do rzeczywistych kosztów produkcji. Dzisiaj zmiany naszej ludzkiej działalności widoczne są już w skałach i przyrodzie najbardziej nieożywionej. To są dzisiejsze dylematy i wstyd, że rząd kraju UE wyprodukował niedorzeczny dokument, w którym nie ma o tym ani jednego słowa.

Wielkim problemem, z którym lada chwila będzie się musiała mierzyć Polska, jest biotechnologia, automatyzacja i robotyzacja, która wyrzuca ludzi na bruk. Polska jest krajem odtwórczym, jest manufakturą innowacyjnego wielkiego sąsiada. O tym też ani słowa. Nie ma też tego, co jest przyczyną, oprócz zapaści ze względów politycznych służby zdrowia – że w Polsce znajduje się ponad 30 na 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Europy. Podsumowując, to archaiczny dokument mijający się z rzeczywistością.

Czy to plan odbudowy, czy plan wyborczy?

To jest program wyborczy. Skupmy się np. na zdrowiu. Czytamy w tym „dokumencie”, że w 2023 6 proc., a w 2027 ma być 7 proc. nakładów na służbę zdrowia. Tylko same fundusze są mniej ważne niż to, jak jest ona zorganizowana. Jeśli ktoś poważnie chce reformować służbę zdrowia, to powinien nastawić się na konsensus ze wszystkimi partiami politycznymi. Aby poznać efekty reformy służby zdrowia, muszą minąć przynajmniej 4 cykle wyborcze, czyli 16-20 lat. Dopiero wówczas zobaczyć można realne efekty jakiejkolwiek reformy. Jeżeli ma się strukturalną niezdolność do rozmowy z opozycją, to wprowadzanie jakiejkolwiek zmiany, i to jeszcze w 2027 roku, jest kpiną.

Z badań prowadzonych pod koniec lat 60. i 70. w USA nt. tego, jak funkcjonuje służba zdrowia, wynika, że np. „przefinansowanie” medycyny bywa tak samo złe jak niedofinansowanie. Np. tam, gdzie za dużo pustych łóżek szpitalnych na oddziałach chirurgicznych, gdzie pracują młodzi ambitni chirurdzy pałający chęcią doktoryzowania się, są w stanie każdego położyć i zoperować, by mieć przypadki do swojej pracy naukowej… etc., etc.

Widzieliśmy ten problem podczas pandemii, kiedy szpitale tymczasowe mimo najnowszego sprzętu stały puste.

Bo trzeba wiedzieć, gdzie inwestować i w co, bo zawód medyczny też ma swoje interesy i interesiki. To musi być dobrze pomyślany system z monitoringiem publicznym.

Wracając do Nowego Ładu, oczywiście PiS zaplanował przy okazji owego „reformatorstwa” kilka nowych instytucji, które zostaną natychmiast obsadzone przez PiS-owskich kleptokratów.

Pojawia się też w tym dokumencie magiczne słówko cyfryzacja, ale nie ma nic o tym, że za chwilę lekarz pierwszego kontaktu stanie się zbędny, bo big data z oprogramowaniem go łatwo zastąpi. Pokazała to pandemia, gdy wielu lekarzy abdykowało i „leczyło” nas przez telefon. Taki lekarz zagląda w gardło, patrzy w oko, analizuje skład krwi, mierzy ciśnienie. Za chwilę medyczne big data – oparte na miliardach przypadków – porówna dane zebrane przez komputer, nasze parametry zdrowotne i postawi diagnozę, co nam dolega, znacznie trafniej. Oczywiście komputer nie zastąpi lekarza chirurga i nie przeprowadzi operacji na mózgu czy sercu. Tak samo potrzebna będzie pielęgniarko-opiekunka dla starzejącej się populacji, bo ten humanistyczny czynnik nie może być zastąpiony przez komputer. O tym, jak struktura profesji medycznej będzie się zmieniać, nie ma jednego zdania.

Czyli piękna wizja szczęśliwego, bogatego państwa, tylko rozumiem, że szkopuł tkwi w szczegółach…

Najpiękniejszą konstytucją zatroskaną o los człowieka była sowiecka konstytucja z 1936 roku. Papier wszystko wytrzyma. Podobnie zresztą w kwestii podatków. Wszyscy mądrzy, których czytałem, nie wiedzą, o co w tym chodzi, bo z jednej strony wiemy, że bogaci mają więcej płacić, że seniorzy mają mieć zerowy PIT, gdy pracują.

Paradoksalnie, PiS teraz sam musi szukać wyjścia z problemu, bo – kierowany ideologiczną pasją – skrócił wiek emerytalny. Niemcy i kilka innych krajów w ostatnim okresie wydłużyły wiek emerytalny o 2 lata, ale najwyraźniej Niemcy są jeszcze krajem na dorobku i nie mogą sobie pozwolić na to, w przeciwieństwie do takiego mocarstwa jak Polska.

Wracając do ekonomistów, oni mówią, że z owego „ładu” wychodzi im 60 mld deficytu. Skąd wziąć na to pieniądze? Najprostsze rozwiązanie to dodrukowanie, ale już mamy znaczną i rosnącą inflację. Coraz więcej ekspertów przestrzega, że to może się źle skończyć, a coraz więcej z nas ucieka z oszczędnościami i inwestycjami za granicę.

Kolejna sprawa – skąd ta nagła chęć do rozliczeń w gotówce, skoro świat idzie w przeciwnym kierunku, stawia na płacenie telefonem, zegarkiem, a kiedyś pewnie chipem? Kraj nasz, rządzony przez PiS, należy nazywać kleptopią; jest to państwo zaprzęgnięte do tego, aby tworzyć fortuny własnych nowobogackich, dobieranych wg amerytokratycznych, lojalnościowo-partyjnych kryteriów. W prowadzonym w maju br. przez Centrum Studiów nad Demokracją badaniu na pytanie o to, „czy – ogólnie rzecz ujmując – obecna władza w kraju działa na rzecz wybranych uprzywilejowanych grup i »swoich ludzi«, czy też jej działania są nakierowane na dobro wspólne – wszystkich obywateli?” ¼ nie ma zdania, 61 proc. odpowiada, że działa na rzecz wybranych grup i „swoich ludzi”, a zaledwie 16 proc., że dla dobra wspólnego i wszystkich obywateli. Jak do tego dodamy „wzorotwórcze” patologiczne działania Kościoła katolickiego – to mamy całość obrazu.

Ta instytucja pod rządami obecnej władzy grabi dobro publiczne (rzecz jasna częściowo zwraca po dumpingowych cenach swym politycznym dobroczyńcom)… Krótko: nacisk na gotówkowe transakcje pewnie pojawił się, gdyż trzeba ów kleptokratyczny proceder usunąć ze sfery elektronicznej, której dokumentacja stanowiłaby w przyszłości podstawą prawnych dochodzeń.

W Nowym Ładzie nie zabrakło też rozdziału o nauce, tej reformie twarz daje minister Czarnek. Jak ocenia pan te zmiany?

Innego słowa niż sabotaż polskiej nauki nie można w tym kontekście użyć. Ta szkółka Ordo Iuris z postaciami, o których świat nigdy nie słyszał, to wciskanie do nauki szkolnej historii, religii i ideologicznej papki, a wypychanie matematyki, biologii i wszystkiego, co na Zachodzie nazywa się earth sciences, czyli nauki o Ziemi jako interdyscyplinarnej nauki, aby już od przedszkola młodzi dowiadywali się, jak funkcjonuje nasza planeta i cały świat ożywiony. Dzięki Czarnkowi w przykościelnych pisemkach będzie się produkować nowa elita naukowa Polski, której dorobek jest niepublikowalny w żadnym średniej nawet rangi czasopiśmie naukowym obiegu międzynarodowego.

Z polską nauką i tak nie jest dobrze i bardzo potrzebna była reforma chociażby w naukach społecznych, jak politologia, gdzie polski dorobek wygląda mniej niż skromnie. Popieram to, co robi i mówi o polskiej politologii np. prof. Maciej Górecki, absolwent dobrych zachodnich uczelni, który pokazuje na danych obiektywnych, że polska odmiana tej dyscypliny jest kompletnie światu nieznana. Prof. Górecki zaproponował – moim zdaniem trafną – tezę o paralelnej nauce i pokazuje krok po kroku różnym wydziałom politologii w Polsce, że uprawiają coś, co jest bardziej beletrystyką na tematy społeczne i polityczne, niż nauką właściwą, gdzie trzeba testować hipotezy, udowadniać je, pokazywać przyczynowość, a nie lejącą się papkę opisującą to, co niektórzy po prostu sądzą. Najważniejszym kryterium oceny dorobku naukowego są publikacje w peer review journals, czyli w światowych czasopismach naukowych czy książkach prestiżowych wydawnictw, takich jak Oxford czy Cambridge. Jeśli wiele wydziałów najważniejszych polskich uniwersytetów i ich pracownicy mają zbliżony do zerowego dorobek w swojej dyscyplinie, to jest powód do zmartwienia, a i zasadne pytanie, czy na taką paralelną naukę warto wydawać publiczne pieniądze.

Na koniec szczypta optymizmu; z jednej strony przybywają do Polski ci, którzy kończyli dobre zachodnie uczelnie, i to oni niebawem stanowić będą o jakości nauk np. politologicznych w Polsce, a z drugiej warto przeanalizować, jak to się dzieje, że np. najlepsze instytuty psychologii czy nauk społecznych znajdują się na prywatnym uniwersytecie, a nie na państwowych. To ostatnie warte głębszej refleksji.

Po co uczyć, skoro władza wie wszystko najlepiej?

No właśnie dlatego… by np. masowo wciskane nam kity propagandowe pana Morawieckiego o milionie samochodów elektrycznych zostały potraktowane jako żart, na dodatek nieprzyzwoity. W normalnie potrafiącym matematycznie myśleć społeczeństwie padłoby w tej sprawie szereg kompromitujących autora pytań, w tym pytanie, skąd prąd w kraju, gdzie ponad 70 proc. pochodzi ze spalania węgla. Co z tego, że Kowalski jeździ elektrycznym samochodem, jeżeli aby jeździł, trzeba gdzie indziej zanieczyszczać środowisko spalając węgiel? Tego związku nikt nie zauważa.

Warto spojrzeć tu na Węgry. Orbánowi od 2010 roku udało się wyrzucić ze swojego kraju więcej Węgrów niż wyjechało po 1956 roku. Na dodatek Orbán ma ustawowo najniższy poziom skolaryzacji w UE, bo jemu są potrzebni ludzie z wykształceniem zawodowym do niemieckich taśm montażowych, aby składać samochody. Ci po uniwersytetach myślą, analizują, więc to kłopot. Dlatego nawet papież Franciszek nie chce mu podać ręki i uważa pokazywanie się w jego towarzystwie za niestosowne. Ma spędzić 3 godziny na Węgrzech i 3 dni na Słowacji, kraju rządzonym przez liberalną panią prezydent.

Czy to oznacza, że dobrze już było?

Na pewno też będzie, tylko pytanie, czy musimy przechodzić przez to wszystko i jak długo. Przyznam, że w ostatnich dwóch latach przestałem zajmować się krytyką samego PiS-u i tego, co robi, bo każda władza testuje społeczeństwo na wytrzymałość. Jeśli widzi, że społeczeństwo nie reaguje, to idzie krok dalej. Jak w czasie pandemii szumowiny różnej maści na stanowiskach ministerialnych robiły lewe interesy na maskach i respiratorach, nic się nie stało, bo społeczeństwo nie ma w sobie dociekliwości. Tak samo jak nie jest dla nich ciekawe, jak pani Morawiecka zarobiła 40 mln zł albo ile codziennie zagrabia dla siebie z majątku publicznego polski Kościół.

Dlaczego ludziom to nie przeszkadza, bo przecież muszą to widzieć?

Znakomite amerykańskie badania Cresseya sprzed pół wieku szukały odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że Amerykanie pytani o największy problem społeczny kraju wymieniali narkomanię, alkoholizm, prostytucję, a nie wymieniali czegoś, co było monstrualnie większym problemem, jak zorganizowana przestępczość.

Okazało się, że to mieszanka trzech rzeczy. Po pierwsze, że media działają tak, że nie do końca widać tą mafijną działalność, a nawet jeśli, to jest to tak wplecione w fabularne produkcje, że nie wiadomo, kiedy to jest fikcja, a kiedy nie. Cytowano nawet sprawozdania z prawdziwych przesłuchań w Kongresie, kiedy dziennikarze używali przezwisk typu „Trzypalcy Joe” zamiast posługiwać się imieniem i nazwiskiem. Po drugie mafia pełniła ważne funkcje społeczne, to była samoorganizacja przeciwko czemuś i zapewniała byt wielu ludziom. W końcu znakomici prawnicy, własna prokuratura, sędziowie. To wypisz, wymaluj Banaś, który otwartym tekstem mówi, że było przestępstwo, ale prokuratura nie działa. Mało tego, głośno mówi, że nie kiwnie palcem. Wyraźnie te „dary Kaczyńskiego” w postaci 100 złotych za coś tam, 300 za coś innego działają. Maluczcy dostają stówkę, by wielcy mogli budować fortuny z naszego publicznego dobra.

Dziwi mnie też pasywność opozycyjnych partii. Jeżdżę dużo po Polsce i widzę, że PiS stawia wszędzie tabliczki, że te 500 metrów asfaltu to zasługa rządu. Dziwię się PSL, że nie przygotował jeszcze naklejek na te PiS-owskie tabliczki, aby wprowadzić poprawkę, że to wszystko nie rząd, tylko z naszych obywatelskich podatków, my obywatele się na to składamy. Na razie spora część społeczeństwa to „łyka”, ciekawe jak długo.

A pan jak przewiduje?

Tego nie wiem, ale sądzę, że Nowy Ład to pierwszy krok do wyborów, bo za chwilę się okaże, że ta dykta i farba się wali. Proszę zauważyć, że epatuje się nas informacją, że mamy jedno z najniższych poziomów bezrobocia. To prawda, tylko że jednocześnie mamy jedno z niższych poziomów zatrudnienia w UE. Jak się ma wiek emerytalny na tak niskim poziomie, to trudno o wysokie bezrobocie.

Cały ten Nowy Ład i to, co robi PiS, to przerażające tarzanie się w przeszłości. To duchy międzywojnia, elementów bolszewizmu… Tam nie ma pomysłu na przyszłość. To spryciarstwo polityczne bez politycznej mądrości.

Niestety, tu odpowiedzialna jest ta część społeczeństwa, która ma świadomość i dąsa się na jedną czy drugą partię opozycyjną, że nie są tak doskonałe jakby chcieli i właśnie na tym wygrywa PiS.

Warto popatrzeć tu na Węgry, gdzie od 2010 roku Orbán hołubił i pielęgnował opozycję i gdy tylko socjaliści spadali poniżej pewnego poziomu, to im pomagał, bo na ich tle mógł budować swój wizerunek. Może i u nas czas na nowe otwarcie, aby ludzie nie mieli grymasu, kiedy muszą głosować na opozycję, ale ostatnia innowacyjność lewicy nie pomaga. Zresztą widać to w badaniach – gdy podzieliliśmy próbę na pół i jednych respondentów pytaliśmy o ocenę, czy dobrze się stało, że uchwalony został budżet UE w parlamencie, a do pytania drugich dodawaliśmy, że to dzięki temu, że lewica dogadała się z PiS. Przy drugim wariancie poparcie było o kilkanaście punktów procentowych niższe.

Konkludując, rozpoczęła się kampania wyborcza, ten „ład” jest papką partyjno-propagandową. To, co dziwi, to bezkrytyczna ochota ekspertów i dziennikarzy, by poważnie o niej dyskutować. Premier zamiast zajmować się poważnymi sprawami (np. konflikt z Czechami) rozpoczął kampanijny objazd Polski, a telewizje, łącznie z niezależnymi, ochoczo transmitują tę propagandę, w tym lawinowe kłamstwa o procedurach i celach Unii Europejskiej.

Nic to, że niemal codziennie przeciw Polsce uruchamiane są międzynarodowe procedury prawne (Turów, za nieprzestrzeganie przepisów dotyczących zamówień publicznych, za niedopuszczanie obywateli państw UE do wyborów lokalnych i europejskich etc., etc. – to tylko z ostatniego tygodnia dane). Za dramatyczne obniżenie prestiżu Polski na arenie międzynarodowej (znów tylko z ostatniego tygodnia – opinie Obamy i Bidena) przyjdzie nam wszystkim zapłacić.

Wysokie podatki to nie socjalizm

Istnieje wiele nieporozumień dotyczących socjalizmu, jednym z nich jest niesamowicie powszechny pogląd, że socjalizm to ekstremalnie wysokie podatki. Tak naprawdę jednak socjalizm nie oznacza wcale wysokich podatków.

Socjaliści chcą uspołecznienia pracy i stopniowej eliminacji systemu kapitalistycznego. W takim świecie nie będzie potrzeby zbierania podatków od kapitału, bo nie będzie już kapitału.

Jeśli trzeba będzie wybudować domy dla bezdomnych, to kolektyw podejmie taką decyzję i zostanie to zrobione. Jeśli trzeba będzie ratować planetę, to nie będziemy modlili się o cud, czy o zielone nawrócenie koncernów i czekali na darowizny od Bezosa, ale opracujemy stosowne plany i zwyczajnie je zrealizujemy.

Wysokie podatki mogą być narzędziem okresu przejściowego, ale docelowo nie są wcale tożsame z socjalizmem. Na tej samej zasadzie żądania wysokich płac w kapitalizmie nie są wcale walką o socjalizm, czy jakąś docelową, socjalistyczną strategią. Istnieje wiele nieporozumień dotyczących socjalizmu, jednym z nich jest niesamowicie powszechny pogląd, że socjalizm to ekstremalnie wysokie podatki. Tak naprawdę jednak socjalizm nie oznacza wcale wysokich podatków.

Socjaliści chcą uspołecznienia pracy i stopniowej eliminacji systemu kapitalistycznego. W takim świecie nie będzie potrzeby zbierania podatków od kapitału, bo nie będzie już kapitału.

Jeśli trzeba będzie wybudować domy dla bezdomnych, to kolektyw podejmie taką decyzję i zostanie to zrobione. Jeśli trzeba będzie ratować planetę, to nie będziemy modlili się o cud, czy o zielone nawrócenie koncernów i czekali na darowizny od Bezosa, ale opracujemy stosowne plany i zwyczajnie je zrealizujemy.

Wysokie podatki mogą być narzędziem okresu przejściowego, ale docelowo nie są wcale tożsame z socjalizmem. Na tej samej zasadzie żądania wysokich płac w kapitalizmie nie są wcale walką o socjalizm, czy jakąś docelową, socjalistyczną strategią. To sprawa na teraz, doraźna poprawa sytuacji ludzi, którzy są wyzyskiwani i zwyczajnie zasługują – jak każdy – na godne życie.

Pudrowanie trupa kapitalizmu socjalistów niebyt interesuje, bo wiedzą oni, że jeśli ktoś egoistycznie wywalczy sobie lepsze warunki w kraju A, to gdzieś w kraju B ktoś inny zacznie w ich imię umierać pod kapitalistycznym butem.

Walka o socjalizm to walka o kurczenie kapitałocenu.

Minimum programu socjalistycznego w kapitalizmie, to w związku z powyższym walka o zmniejszanie spektrum prywatnej własności.
Dlatego jeśli Krajowy Plan Odbudowy, to nie przez prywatnych firm. Jeżeli lepszy system ochrony zdrowia, to bez kontraktów dla prywatnych jednostek. Jeśli inwestujemy w OZE z budżetu, to niech zajmują się tym publiczne firmy dające dobre warunki pracy dla tych, którzy tracą pracę w górnictwie. Jeśli robimy program wymiany pieców, to niech robi to publiczne przedsiębiorstwo albo spółdzielnia… Itd…

Środki publiczne tylko w podmioty publiczne.

Recepta na receptę

Lewica znów wyszła przed szereg, prezentując katalog proponowanych rozwiązań problemów w polityce socjalnej państwa. Biorąc pod uwagę, że pozostałe ugrupowania polityczne są w głębokiej defensywie, należy chyba docenić ten defensywno-ofensywny manewr. Piszę: defensywno-ofensywny, bo w większości chodzi tu o działania, które mogą, czy też powinny, być podjęte już teraz.

Szanse na ich podjęcie przez dzisiejszą władzę są natomiast raczej małe albo nawet żadne (chociaż minister Gowin, jakby przypadkiem, już w poniedziałek obiecał pełne oskładkowanie umów zleceń, które ma obowiązywać od przyszłego roku). Część tych postulatów będzie można wdrożyć dopiero po całkowitym odejściu aktualnego rządu, i dla niektórych z nich – na przykład dla propozycji badań pocovidowych czy ochrony lasów – będzie wtedy już za późno.

Przedstawienie przez Lewicę tych doraźnych środków miało, jak sądzę, przede wszystkim podkreślić bezczynność rządu, który czasami niewielkim kosztem mógłby poprawić sytuację. Być może dlatego nie znalazły się wśród tych propozycji tematy, o których wiadomo, że ich realizacja koliduje z celami politycznymi rządzących. Prezentację adresowano głównie do ludzie przekonanych, że są lub byli beneficjentami działań rządu, a zatem ludzi obecnie lub kiedyś mu przychylnych. Złudzenie, że rządowi choć trochę na nich zależy, rzeczywiście warto rozwiać.

Komunikacja partii opozycyjnych z przyszłymi wyborcami jest w ogóle bardzo ważna. Oprócz Lewicy do takich osób puszcza oko jeszcze partia Hołowni, choć zazwyczaj przekazuje subtelne kontury programu raczej niż jego konkrety. Może to chwilowo być skuteczne, bo większość dostrzega w Polsce 2050 to, co chciałaby zobaczyć, a nie to, co faktycznie pod tym płaszczykiem jest skrywane. Radna Wijas ze Szczecina, owszem, widziała w nowym ugrupowaniu coś ciekawego, ale okazało się, że Polska 2050 nie widzi wspólnej przyszłości z radną. Dlatego punkty widzenia trzeba uzgadniać jak najszybciej, by oszczędzić sobie rozczarowań.

Nie mniej ważna jest komunikacja partii politycznych, zwłaszcza opozycyjnych, ze swoimi aktualnymi zwolennikami – tym bardziej że nie można tu liczyć na pośrednictwo mediów, które są albo wrogie, albo niezborne, albo świeżo zatankowane na Orlenie. Wcale nierzadko bywa i tak, że nawet najtwardszy rdzeń wyborców przestaje się orientować, o co jego partii chodzi. A cóż dopiero mają powiedzieć nie tak już gorący wielbiciele czy już ci naprawdę letni!

Wszystkim wyszłoby na zdrowie, a już na pewno na dobre, gdyby partie zaczęły rozmawiać o planach dalej idących reform czy wręcz odbudowy instytucji, z których po rządach PiS‑u zostaną zgliszcza lub nadające się wyłącznie do zniszczenia baraki – z płaskim, oczywiście, dachem.

Warto też rozmawiać o podatkach, tym bardziej że wiedza o nich w społeczeństwie jest znikoma. Pewien napotkany przeze mnie w suchym przestworze internetowego oceanu przedsiębiorca – jak sądzę, indywidualny – zagroził , że on i jego koledzy pozakładają spółki i tyle z jego podatków zobaczymy. Jakże bym chciał, by koleżeństwo spełniło swoje obietnice (groźby?), głównie dla własnego dobra, bo nie ma gorszego sposobu prowadzenia działalności gospodarczej niż działalność jednoosobowa (no, chyba że polega to na oszukiwaniu klientów i urzędu podatkowego; wtedy jest to działalność najlepsza, choć może jednak nie najlepsza). Polacy, niestety, ufają bardziej swoim zdolnościom indywidualnym niż rodakom, przeceniając znacząco zdolności, a lekceważąc współtowarzyszy gospodarczej niedoli. Niechęć Polaków do spółek niemalże dorównuje ich niechęci do spółdzielni.

Warto także rozmawiać o prezydencie – o tym, czy jego urząd jest nam niezbędnie potrzebny, zwłaszcza skoro wybiera się kandydata w głosowaniu powszechnym. Dowodów na poparcie tezy o niskiej przydatności tego urzędu dostarcza aktualny lokator pałacu pod baranami – pardon, pod żyrandolami. W późnym PRL-u krążył po ludziach inteligentnych dowcip, że Piwnica pod Baranami zamierzała się przenieść do Warszawy, ale proponowana lokalizacja nie spodobała się władzom. Dziś w tym budynku funkcjonuje giełda, lokalizacja więc byłaby akuratna, tylko prawdziwych piwnic już nie ma.

Warto rozmawiać o telewizji publicznej – oczywiście nie o tej, która jest, ale o tej, której nigdy nie było. Analizując to na chłodno, najlepsza telewizja publiczna była za prezesury Kwiatkowskiego, choć i wtedy nie była najlepsza. Może zamiast TVP Info nadawać Euronews po polsku? Na pewno nie będzie gorzej, a może nawet będzie nieco taniej.

Warto rozmawiać o polskiej nauce, tylko trzeba robić to szybko, bo za chwilę, już za momencik, tematu (do) rozmowy nam braknie. Gastronomia otwarta, ogródki gotowe, więc do rozmów, Polacy! O Polsce.

O konkordacie nie warto rozmawiać, konkordat trzeba wypowiedzieć.

Robin i Janosik

Ktoś puścił złośliwą plotkę, że uległem jednak demencji starczej, postawiłem przy łóżku figurkę Buddy i prowadzę z nią dyskusję o reinkarnacji. Zaniepokojeni przyjaciele nękają mnie telefonami i pytają, czy to prawda. Uspakajam ich, że na razie to tylko fake news.

Reinkarnacja

Prawdą jest natomiast, że przeżyłem głęboki wstrząs oglądając w telewizorze odnowicielskie zebranie zjednoczonej Prawicy i wysłuchując przemówień inaugurujących kampanię propagandową, poświęconą nowemu „Polskiemu Ładowi”.

Poszukiwacze przykładów reinkarnacji powinni traktować to zebranie, jako „namacalny” dowód jej istnienia. W moich psujących się oczach z mizernym skutkiem ratowanych bezpośrednimi zastrzykami, mgliste postacie przemawiających były łudząco podobne do Robin Hooda i Janosika. Składane suwerenowi obietnice zapowiadały podejmowanie działań, które ci dwaj ludowi bohaterowie z poświęceniem realizowali w XIII i XVIII wieku. Podstawą działań była – i jest obecnie – taka sama myśl przewodnia: zabierać bogatym i rozdawać biednym. Tylko przy okazji tych dobrych uczynków powodować, że ci obdarowani biedni uznają rządzącą prawicę, za jedyną godną poparcia w następnych wyborach.

Mechanizm

Nie czuję się na siłach, aby przeprowadzić analizę tych, bardzo zagmatwanych, obietnic. Wydaje mi się jednak, że nie są one zgodne z podstawami zarządzania państwem, jakich za zamierzchłych czasów uczyli mnie nieżyjący już profesorowie. Za podstawową zasadę uważali oni, że budżet państwa jest zbiornikiem pieniędzy otrzymywanych od obywateli i przedsiębiorstw głównie w formie podatków, a także wpływających z innych źródeł (np. teraz z UE). Rolą państwa jest zagospodarowanie tych pieniędzy w sposób najbardziej efektywny i zarazem taki, aby korzyści z tego tytułu odczuwali wszyscy obywatele. W dyskusjach seminaryjnych podkreślano, że –poza wyjątkami – nie powinno się dążyć do uzyskania tego efektu przez jakiekolwiek rozdawnictwo. Tymi wyjątkami może być – przykładowo – pomoc dla osób niepełnosprawnych i ich rodzin, a także wspomaganie finansowe studentów takich kierunków studiów, na których w danym okresie państwu specjalnie zależy. Obecnie w Polsce na pewno studiów medycznych, ale w innych czasach np. inżynierów budownictwa i architektów.

Unikając rozdawnictwa Państwo powinno natomiast podstawowe strumienie środków finansowych, w uzasadnionych sytuacjach wspieranych przez kredyty, kierować na rozwój takich dziedzin i celów, które podnoszą poziom życia obywateli, dają im godziwie płatną pracę, zwiększają zainteresowanie i dostęp do kultury, dają poczucie bezpieczeństwa. Najprostsze z tych celów są od wielu lat niezmienne i powtarzają się we wszystkich programach. To dynamiczna budowa tanich mieszkań, budowa szpitali tam, gdzie ich brakuje, nowych dróg, ekologicznych elektrowni, ośrodków sportowych, teatrów, bibliotek itd. a także zapewnianie wysokiego poziomu technicznego wyposażenia wojska. Może to być wspomaganie finansowe przedsięwzięć prywatnych i państwowych podmiotów, ale główne strumienie zasilania powinny biec przez samorządy, które powinny być właścicielami zrealizowanych inwestycji. Sprawne wykorzystywanie takiego systemu wymaga wielu szczegółowych rozwiązań i decyzji. Maksymalnie to upraszczam, aby również czytelnicy nieinteresujący się „na co dzień” sposobami zarządzania państwem, mogli sobie wyobrazić ten mechanizm i porównać go z następnym.

Prezenty

Zjednoczona Prawica nie idzie bowiem tą drogą. Doświadczenie z bezpośrednim rozdawnictwem 500 plus, które pozwoliło wygrać wybory i zwiększyło liczbę sympatyków, wytworzyło przekonanie, że trzeba podtrzymywać poparcie właśnie metodami podsycania zadowolenia obywateli z bezpośrednio przekazywanych prezentów. Stąd w „Polskim Ładzie” zapowiedzi zniesienia opodatkowania relatywnie niskich emerytur, podniesienia progów zwolnień od opodatkowania dochodów, enigmatyczne obietnice ogólnego zmniejszenia obciążeń podatkowych. Na tym etapie „ład” przypomina „nieład”, ponieważ nie wyjaśnia, skąd na to – a także na zapowiadane prestiżowe inwestycje w rodzaju rzekomo niezbędnego Centralnego Portu Komunikacyjnego i budowę tanich mieszkań, zdobyć potrzebne środki.

Podwyższanie opodatkowania najbogatszych nie rozwiąże problemu. Być może coś uda się uszczknąć z unijnych środków popandemicznej odbudowy, ale one będą przeznaczone na określone cele i zewnętrznie i wewnętrznie kontrolowane. Jednak to też nie wystarczy i – jak mawiał pewien klasyk – jest realne zagrożenie ze „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”.

Aby osłodzić Suwerenowi niezadowolenie wynikające z niepełnej realizacji „Ładu” zawiera on także wstawki ideologiczne. Jedną z nich jest zapowiedź modernizacji nauczania historii powszechnej i historii Polski. To z reguły wykorzystywana w wielu państwach najprostsza droga indoktrynacji młodzieży. Za przyzwoitą stawkę mógłbym napisać program tego nauczania. Zawsze i we wszystkim byliśmy najlepsi, Zapalony kaganek oświaty nieśliśmy przez Dzikie Pola, Sobieski pod Wiedniem uchronił Europę przed zalewem Turków. W czasie ostatniej wojny ratowaliśmy Żydów i uczyliśmy ich walczyć, Dlatego teraz mają najlepszą armię na Bliskim Wschodzie

Wydaje mi się, że Zjednoczona Prawica cierpi na rozdwojenie jaźni. Jeśli utraci względnie szybko władzę, to nie będzie musiała realizować nowego „Ładu”. Przeciwnie – stanie się on głównym instrumentem ataków na nową władzę, że nie potrafi wykorzystywać tak genialnie opracowanego planu. Jeśli utrzyma się dłużej przy władzy, to gorzej. Po okresie gadulstwa i entuzjastycznych pokrzykiwań przyjdą lata, kiedy będzie już wypadało zamieniać przynajmniej niektóre słowa na czyny, tłumacząc się z opóźnień i zaniechań oraz zadłużając państwo powyżej dopuszczalnej granicy. Ale też nadal czerpiąc profity, tak umiejętnie i bezkarnie ostatnio wyciskane, drogą przejmowania władzy na wszystkich szczeblach.

Chwilami się zastanawiam, czy właśnie nie na tym polega ukryty cel „B” „Polskiego Ładu”?.

Ład czy nieład?

Na pierwszy rzut oka „Polski ład” wygląda w warstwie społecznej i fiskalnej na bardzo postępowy i racjonalny, program tworzony w interesie szerokich grup społecznych.

Szczególnie dobre wrażenie robią proponowana wysokość kwoty wolnej od podatku 30 tys. zł (roczna wysokość płacy minimalnej, szklany sufit dla 65% polskich rent i emerytur), podniesienie progu podatkowego na 120 tys. zł, zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, likwidacja limitów porad i zabiegów lekarzy – specjalistów, gwarancja ze strony Skarbu Państwa do 100 tys. zł na wkład własny przy kredytach zaciąganych na budowę domu czy zakup mieszkania, a także dopłaty do spłaty kredytów mieszkaniowych przez młode rodziny posiadające co najmniej dwójkę dzieci.

Entuzjazm jednak znacznie słabnie, jeśli przeczytamy o wyjęciu składki zdrowotnej z podatku dochodowego i dotrze do naszej świadomości, że 9% na zdrowie od naszego dochodu mamy płacić wszyscy, niezależnie od poziomu naszej zamożności czy kwoty wolnej od podatku, która w praktyce jest redukowana do ok. 8 tys. zł.

Wspaniałomyślność partii rządzącej okazuje się być w znacznym stopniu manipulacją, obliczoną na poklask mniej zorientowanych wyborców, konsumentów programów informacyjnych rządowej telewizji.
Szczególną operację rząd chce wykonać na tzw. klasie średniej, w polskich warunkach – obywatelach, których dochody brutto mieszczą się w przedziale od średniej krajowej do wysokości 10-12 tys. zł.

Oni, tak jak najbogatsi, do tej genialnej operacji mieliby dopłacić, ale rząd w swej dobroci już myśli o ulgach i specjalnych algorytmach, żeby jednak nie stracili.

W tym miejscu przypomina mi się stary, żydowski kawał o wprowadzaniu i wyprowadzaniu kozy. Tylko koza już cuchnie, a nad ulgą podatkową dopiero mają pracować.

Pozatem system podatkowy powinien być prosty i przejrzysty, a nie wymagający angażowania doradców podatkowych w prozaicznych sytuacjach.

Przedmiotem największej, udawanej troski rządu stali się tzw. samozatrudnieni. Rząd w tym planie zachęca ich do przejścia na etat, faktycznie likwidując liniowy 19% podatek, dokładając ekstra 9% składki zdrowotnej, a więc podnosząc realnie stawkę na 28% (pozdrawiam serdecznie Leszka Millera, którego rząd obniżył podatek dochodowy do 19%).

Ale rząd nie rozmawiał jeszcze z przedsiębiorcami, którzy swego czasu większość z tych „samozatrudnionych” z etatu wypchnęli, aby zechcieli ich na etaty ponownie przyjąć. Chyba, że rząd ich zatrudni u siebie lub na Orlenie…

Ponadto dla części z nich, nawet przy nowych obciążeniach, status jednoosobowego przedsiębiorcy nadal będzie mimo wszystko bardziej atrakcyjny niż sztywny etat.

Podobnie PiS traktuje samorządy; planując kolejny spadek ich dochodów własnych, zapowiada rekompensaty wg nowych algorytmów.
Moje wątpliwości budzi także zapowiedź skasowania formalności przy budowie domu do 70 m2 z płaskim dachem.

Czy to znaczy, że budować będzie można byle gdzie i byle jak?! Już obecnie Polska ze swoim nieładem architektonicznym bardzo niekorzystnie odróżnia się od swoich zachodnich czy południowych sąsiadów.
A lansowanie płaskich dachów w polskich warunkach klimatycznych świadczy, moim zdaniem, o tym, że w rządzie uwierzyli jednak w globalne ocieplenie. Tylko, że my nadal nie mieszkamy we Włoszech czy w Grecji albo Egipcie tylko w Polsce, drogie Panie, drodzy Panowie! Proszę wyjrzeć za okno!

Diabeł tkwi w szczegółach, więc ponowną analizę trzeba będzie przeprowadzić, gdy pojawią się projekty ustaw związane z „Polskim Ładem”.

Każde rozwiązanie trzeba przedyskutować oddzielnie, bo w pakiecie znajdują się rozwiązania słuszne i potrzebne jak i manipulacje i niepotrzebne komplikacje.

Wspierając progresywność podatkową nie można się godzić na komplikowanie systemu podatkowego i zabijanie raczkującej aktywności gospodarczej.

Wspierając zwiększenie nakładów na służbę zdrowia, Fundusz Modernizacji Szpitali i Fundusz Medyczny nie można się zgodzić na dalszą centralizację systemu i odbieranie szpitali samorządom.

Wspierając budownictwo społeczne nie możemy ulegać presji deweloperów, trzeba budować przede wszystkim tanie mieszkania na wynajem, inaczej problemu mieszkaniowego w krótkim czasie rozwiązać się nie da.

Obniżając obciążenia podatkowe najniżej zarabiających nie można się zgadzać na dalszy spadek dochodów samorządu terytorialnego, najbliższego spraw codziennych obywateli.

O gospodarce i inwestycjach w Polskim Ładzie napiszę następnym razem.

O polityce fiskalnej

Polityka fiskalna w swojej istocie jest jedną z najważniejszych (obok polityki monetarnej i polityki kursu walutowego) narzędzi wpływających na procesy makroekonomiczne.

Polityka fiskalna jest procesem kształtującym wydatki publiczne oraz podatki w celu zapewnienia tendencji wzrostowej gospodarki, wpływania na zatrudnienie, niwelowanie nierówności ekonomicznych oraz łagodzenia cyklu koniunkturalnego. Do automatycznych stabilizatorów koniunktury zaliczamy progresywne opodatkowanie dochodów i system transferów socjalnych, do aktywnej – działania państwa takie jak: roboty publiczne, inwestycje, transfery socjalne i prowadzenie polityki pełnego zatrudnienia (lub niwelowania bezrobocia). Sama polityka monetarna nie wpływa znacząco na konsekwencje kryzysu, choć potrafi niwelować skutki recesji przez np. luzowanie ilościowe. Polega ono na zwiększaniu podaży pieniądza w obiegu za pomocą obniżki stóp procentowych, co zwiększy chęć jednostek do zaciągania kredytów. W rezultacie spadku stóp procentowych więcej pieniędzy, ceteris paribus, wchłonie preferencja płynności wynikająca z motywu transakcyjnego. Nie stworzy to jednak presji inflacyjnej, o podaży pieniądza decydują banki komercyjne. Bank Centralny jedynie zwiększa kapitał płynnościowy bankom komercyjnym. Tylko pieniądz wydany może spowodować presję inflacyjną. Spadek stopy procentowej przyczynia się do wzrostu dochodu społecznego, ilość pieniędzy w obiegu zwiększy się proporcjonalnie ze wzrostem dochodu. Jednak polityka fiskalna w sposób bezpośredni potrafi wpłynąć na sytuację gospodarczą, co tłumaczy nam podstawową rzecz – wahania polityki fiskalnej są zdecydowanie większe od wahań stóp procentowych. Jeżeli dochody zachęcają jednostkę do oszczędzania, to ma tu znaczenie polityka fiskalna. Podatek dochodowy powinien szczególnie obejmować zyski inne niż z pracy, np. zyski od kapitału, podatek spadkowy itd. Wzrost skłonności do konsumpcji wynika z silnej polityki fiskalnej niwelującej nierównomierny podział dochodu.

Jaka jest korelacja popytu efektywnego i polityki fiskalnej?

Popyt efektywny jest wyznaczony przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny. Przy danych warunkach podaży odpowiada on poziomowi zatrudnienia, przy którym zysk przedsiębiorstw osiąga maksimum. Wysokość popytu efektywnego wynika ze skłonności do konsumpcji i stopy nowych inwestycji, które łącznie decydują o wielkości zatrudnienia, a ta wyznacza poziom płac realnych. Jeżeli skłonność do konsumpcji i inwestycje nie stwarzają dostatecznego popytu efektywnego, to faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od podaży siły roboczej przy bieżącej płacy realnej. Aby wpłynąć na popyt efektywny, należy wpłynąć na skłonność do konsumpcji i dochód rozporządzalny, czego najlepszym narzędziem będzie polityka fiskalna. Poprzez zwiększenie dochodu rozporządzalnego jednostek zwiększamy konsumpcję, która powoduje wzrost skłonności do konsumpcji. Dochód realny zależy całkowicie od przewidywania przyszłego popytu efektywnego w zestawieniu z przyszłymi warunkami podaży, jeżeli oszczędzanie nie przyczynia się do poprawy przewidywanej dochodowości – nie przyczyni się do zwiększenia inwestycji. Celem aktywnej polityki fiskalnej ma być zwiększenie dochodu rozporządzalnego jednostek, aby poprawić stan popytu efektywnego, dlatego należy „pompować” pieniądze, czyli łagodzić popyt na pieniądz społeczeństw o największej skłonności do konsumpcji. Społeczeństwa zamożne stanowią grupę ludzi o największej skłonności do oszczędzania – osłabiając potencjał produkcyjny. Społeczeństwa zamożniejsze są na ogół bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo jest skłonne do konsumpcji większej części swej produkcji i do pełnego zatrudnienia wystarczą niewielkie inwestycje. Społeczeństwo zamożniejsze musi szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie zamożnej części społeczeństwa szło w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Państwo realizując politykę stabilnego budżetu, osłabiania polityki fiskalnej (co szczególnie jest błędem na czas kryzysu, kiedy jest jawna potrzeba zachowania płynności obiegu okrężnego nawet kosztem rosnącego deficytu) musi doprowadzić do rosnących nierówności ekonomicznych, co wpłynie negatywnie na popyt efektywny. Bieżącego popytu na konsumpcję nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości – oszczędzanie tłumi działalność związaną z bieżącą konsumpcją nie ożywiając produkcji dla celów przyszłej konsumpcji.

Przy prowadzeniu aktywnej polityki fiskalnej nie grozi presja inflacyjna, jeżeli państwo wykorzystuje odpowiednie mechanizmy jak: progresja podatkowa (która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku), kontrola cen i oczywiście wykorzystywanie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego, przez co luka inflacyjna nie może się pojawić ze względu na domykanie luki popytowej. W przypadku wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do sytuacji pełnego zatrudnienia, natomiast hamowanie popytu efektywnego przez prowadzenie polityki zrównoważonego budżetu musi doprowadzić do hamowania zatrudnienia, a w efekcie spadku produkcji.

Model IS-LM

Efekty polityki fiskalnej można przedstawić za pomocą modelu IS-LM (Ekspansywna/restrykcyjna polityka fiskalna/monetarna), która jest przedstawiona na wykresie dwóch osi; poziomej – Y, czyli dochodu lub PKB, pionowej – i, czyli stopy procentowej. Sam model ma za zadanie opisywać różne kombinacje dochodu i stopy procentowej. IS (Investment/Saving equilibrium) opisuje krótkoterminową równowagę na rynku dóbr, natomiast LM stanowi preferencję płynności i podaż pieniądza (Liquidity/Money supply) oraz opisuję sytuację, gdy Bank Centralny prowadzi stały cel monetarny. Model IS-LM pokazuje nam, że najefektywniejszą taktyką jest jednoczesne prowadzenie ekspansji fiskalnej i monetarnej, które prowadzą do zwiększenia popytu globalnego a w efekcie wzrostu dochodu realnego, co wynika ze wzrostu wydatków rządowych. Politykę taką można przedstawić na wykresie, gdy krzywa LM przesuwa się w prawo i styka z IS2 (w punkcie wysuniętym najdalej na osi dochodu). Przesunięcie krzywej IS jest wynikiem ekspansywnej polityki fiskalnej, natomiast przesunięcie LM wynika z ekspansywnej polityki monetarnej.

Ekspansja fiskalna musi mieć konsekwencje w deficycie: on pozwala przeciwdziałać krótkookresowym spadkom aktywności gospodarczej. Dodatkowe wydatki po przekroczeniu równowagi budżetowej pozwalają na pozytywne efekty mnożnikowe, które przekładają się na wzrost zatrudnienia i produkcji. Spłata długu będzie możliwa dzięki wzrostowi PKB w długim okresie. Aby dokładnie zobrazować, od czego zależy dochód globalny, a właściwie PKB należy podać wzór: Y = C + I + G, w przypadku gospodarki otwartej musimy dodać do wzoru „X”, czyli eksport netto. Podsumowując, mamy wzór Y = C (konsumpcja) + I (inwestycje) + G (wydatki państwa) + X (eksport netto). W kwestii „terms of trade”, który jest wskaźnikiem pokazującym zmiany siły nabywczej eksportu i importu danego państwa, za pomocą polityki fiskalnej możemy zwiększać dochód pracowników nominalnie, co będzie miało korzystny wpływ na „terms of trade” (TT=IeIi, gdzie Ie – wskaźnik cen eksportu, Ii – wskaźnik cen importu), ze względu na wzrost wskaźnika cen eksportu. Tutaj należy się odwołać do ujemnej korelacji płacy realnej i zatrudnienia. Kiedy płace nominalne rosną – rośnie zatrudnienie, a tym samym produkcja.

Deficyt nie taki straszny

Ostatnimi czasy wiele słyszy się o deficycie, najczęściej w złym świetle. Traktuje się to zjawisko jako coś złego, jednak zapomina się jak istotną rolę gra deficyt w gospodarkach państw i makroekonomii. Czy należy się bać?

Deficyt – nie taki diabeł straszny jak go malują.

Sektor prywatny ma to do siebie, że nie potrafi w pełni wykorzystać potencjalnej produkcji, dlatego państwo poprzez środki z deficytu może wpływać na zagregowany popyt, który wpływa na zatrudnienie, produkcję i inwestycje. W momencie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego państwo podnosi produkcję, wydając środki z deficytu na zwiększanie popytu efektywnego. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny, przy danych warunkach podaży odpowiada poziomowi zatrudnienia, przy którym przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku. Wielkość popytu efektywnego wyznaczają łącznie skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które razem decydują o wielkości zatrudnienia. W przypadku gdy popyt efektywny nie będzie dostatecznie wielki, faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy określonej bieżącej płacy realnej. Jeżeli dany rząd oficjalnie deklaruje politykę pełnego zatrudnienia lub po prostu niwelowania bezrobocia, musi mieć świadomość, że niedostatecznie silny popyt efektywny będzie hamował wzrost zatrudnienia, co w efekcie przełoży się na zatrzymywanie produkcji. Jednak wracając do tytułu tekstu, w jaki sposób deficyt może wpływać na dochód państwa? Przede wszystkim jak wykazaliśmy, dzięki deficytowi państwo może wpływać na krańcową skłonność do konsumpcji, która jest najwyższa w mniej zamożnych społeczeństwach (o wpływie oszczędności na produkcję odniosę się później). Zatrudnienie pełni funkcję konsumpcji i przewidywanych inwestycji, konsumpcja jest natomiast funkcją dochodu netto, która jest sumą konsumpcji i inwestycji netto. W przypadku spadku dochodu netto należy szukać przyczyny w spadku zatrudnienia. Gdybyśmy jako państwo wykorzystywali środki do umarzania długu, doprowadzilibyśmy do tłumienia potencjału produkcyjnego przez spadek skłonności do konsumpcji, co w efekcie przełożyłoby się na spadek popytu efektywnego. W momencie wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Przykład wpływu deficytu USA na spadek zapadalności jest dobrym zobrazowaniem, do czego tutaj dążymy:

Jak widać na powyższym wykresie, deficyt przyczynił się w szczególny sposób do spadku wskaźnika zapadalności. Deficyt przy prowadzeniu odpowiedniej polityki, tj. polityki pełnego zatrudnienia i pobudzania zagregowanego popytu może doprowadzić do stabilności gospodarczej a w długim okresie, przy lepszej koniunkturze spłacić dług. Bo czym innym jest długi okres jak nie sumą krótkich okresów. Tutaj też warto podkreślić oczywisty fakt, że długu publicznego w przeciwieństwie do długu prywatnego nie trzeba spłacać, a przynajmniej nie spłaca się go na tej samej zasadzie.

Oszczędzanie w czasie kryzysu. Czy to dobry pomysł?

Jak doskonale wiemy bieżącego popytu na konsumpcję, nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości. Kiedy skłonność do oszczędzania w społeczeństwie rośnie, prowadzi to do tłumienia działalności związanej z bieżącą konsumpcją, nie ożywiając produkcji dla przyszłej konsumpcji – popyt konsumpcyjny się zmniejsza. Jedynie konsumpcja obecna pozwala na przewidywania konsumpcji przyszłej, a skoro bieżąca konsumpcja zostaje zahamowana przez akt oszczędzania, konsekwencją musi być spadek przewidywanej dochodowości. Rezultatem oszczędności jest niekorzystne odbijanie się na cenach, w momencie braku polityki niwelującej bezrobocie, lepkość cen (opóźnione dostosowanie się cen do sił popytu i podaży) jest pogłębiana przez spadek zatrudnienia. Nie trudno sobie wyobrazić tragicznych dla gospodarki konsekwencji rządu, który postulowałby „budżet bez deficytu” (lub gorzej, nie tylko dla gospodarki, ale naszego społeczeństwa odwołując się do słów Alexisa de Tocqueville „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”). Podsumowując, oszczędzanie i stan zatrudnienia znajdują się w ujemnej korelacji – oszczędności wymuszają wycofanie zatrudnienia na konsumpcję bieżącą.

Kwestia inwestycji.

W przypadku wprowadzania stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do wzrostu cen (bez względu na krańcową skłonność do konsumpcji) i wtedy faktycznie dojdziemy do zjawiska inflacji, jednak zanim to się stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego (jednak w celu zapobiegania wysokiej inflacji, państwo ma obowiązek użyć takich mechanizmów jak progresja podatkowa, która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku przy ekspansywnej polityce fiskalnej, mechanizmy kontroli cen oraz wypełnianie luki inflacyjnej przez zamykanie luki popytowej – wykorzystywanie w pełni potencjału produkcyjnego). Gdy krańcowa skłonność do konsumpcji jest niewiele mniejsza od jedności, małe wahania inwestycji wywołują znaczne wahania zatrudnienia, natomiast słaby wzrost inwestycji wywoła pełne zatrudnienie. Tutaj warto sobie podkreślić, że zamożne społeczeństwa są bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo będzie skłonne do znacznie większej konsumpcji swej części produkcji, co w efekcie daje nam prosty wniosek, że niewielkie inwestycje wystarczą do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. W przypadku bogatej społeczności należy szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie bogatszych mogło iść w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Kwestia płac i cen

Jak doskonale wiemy stan zatrudnienia i płace realne znajdują się w ujemnej korelacji. Kiedy płace nominalne spadają, konsekwencją jest spadek zatrudnienia. W przypadku prowadzenia polityki wysokich stóp procentowych i ograniczonej polityki fiskalnej (a wszystko celem „budżetu bez deficytu” postulowanego przez liberałów) doprowadzi to do obniżki płac nominalnych, czego skutkiem będą: obniżka cen, która doprowadzi do spadku dochodu realnego oraz dochód pracowników zostanie przesunięty do innych uczestników produkcji, co zmniejszy skłonność do konsumpcji. Za pomocą polityki fiskalnej i progresji podatkowej możemy zmniejszać nierówności ekonomiczne, które doprowadzą do zwiększenia dochodu rozporządzalnego mniej zamożnych społeczeństw, co w efekcie przełoży się pobudzenie globalnego popytu przez zwiększenie konsumpcji. Jednak kwestia płac to nie wszystko, celem utrzymania stabilności gospodarczej jest prowadzenie polityki sztywnych płac nominalnych i giętkiej polityki pieniężnej. Rezultatem takiego układu jest duża stabilność cen, poziom cen w krótkim okresie będzie się zmieniał o tyle, o ile zmiana stanu zatrudnienia będzie miała wpływ na krańcowe koszty bieżące. W długim okresie ceny oczywiście będą zmieniały się wraz ze zmianami kosztu produkcji.

Pełne zatrudnienie – teraz!

Słuszność prowadzenia polityki pełnego zatrudnienia nie wynika jedynie z aspektów polityczno-społecznych… każdy socjaldemokratyczny rząd, który ma na względzie dobro pracowników, będzie dążył do stanu pełnego zatrudnienia, stanu, kiedy globalna podaż pracy równa się globalnemu popytowi przy bieżących stawkach płac. Jednak ten tekst dotyczyć będzie analizy makroekonomicznej.

Na początku zaznaczmy, że termin „pełne zatrudnienie” jest umowny – świadomie musimy pominąć bezrobocie frykcyjne i dobrowolne, natomiast moment zrównania płacy realnej i krańcowej przykrości pracy redukuje bezrobocie „niedobrowolne”. Stan zatrudnienia w gospodarkach rynkowych jest zależny od przychodu, którego oczekują przedsiębiorcy z produkcji. Przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku w przypadku zrównania przychodu z zatrudnienia robotników i zagregowanej podaży produkcji.

Silny popyt efektywny = wzrost zatrudnienia

Mając świadomość, od czego zależy zatrudnienie, postawmy sobie pojęcie popytu efektywnego, który jest punktem przecięcia łącznego popytu i podaży. Siła popytu efektywnego wynika z sumy skłonności do konsumpcji i stopy nowych inwestycji, które decydują o wielkości zatrudnienia. Jeżeli skłonność do konsumpcji i inwestycje nie stworzą dostatecznie silnego popytu efektywnego, to faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy bieżącej płacy realnej. W przypadku słabego popytu efektywnego wzrost zatrudnienia może i na pewno będzie hamowany jeszcze przed osiągnięciem stanu pełnego zatrudnienia. Niewystarczający popyt efektywny będzie przeszkodą w zwiększaniu produkcji, nawet gdyby krańcowa wydajność pracy przewyższała jej krańcową przykrość.

Popyt tworzy podaż, czyli jak Jean-Baptiste Say się mylił…

Gdy już mówimy o popycie efektywnym, który jest kluczową kwestią przy określaniu stanu zatrudnienia, to musimy sobie podkreślić, że sztandarowy paradygmat liberałów o podaży tworzącej popyt jest błędna. Dlaczego? Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny. Przy określonych warunkach podaży odpowiada on poziomowi zatrudnienia, przy którym zysk przedsiębiorcy osiąga maksimum. Liberałowie z kolei wierzą, że zagregowana cena podaży równa się z zagregowaną ceną popytu w dowolnym punkcie złączenia w nieskończonym szeregu wartości. W wizji zwolenników klasycznej szkoły ekonomii konkurencja między przedsiębiorstwami zawsze prowadziłaby do zwiększenia zatrudnienia aż do punktu, w którym podaż produkcji przestaje być elastyczna, czyli punktu, w którym dalszemu wzrostowi popytu efektywnego nie towarzyszy wzrost produkcji. W przypadku kiedy zagregowana cena podaży jest mniejsza od przychodu, przedsiębiorstwa są zmuszone do zwiększania stanu zatrudnienia.

Aby udowodnić, dlaczego musimy dążyć do stanu pełnego zatrudnienia, powinniśmy podkreślić jak ważną rolę odgrywa tutaj globalny popyt i pojęcie skłonności do konsumpcji. Zagregowany dochód realny rośnie w przypadku rosnącego zagregowanego popytu, który wynika ze wzrostu konsumpcji. Wzrost konsumpcji wynika ze zwiększonego dochodu rozporządzalnego, który można pobudzać na kilka sposobów; przy pomocy polityki fiskalnej, polityki monetarnej i progresji podatkowej.

Narzędzie nr. 1 – progresja podatkowa!

Zacznijmy od ostatniego, progresja podatkowa jest narzędziem, który łagodzi problem rozwarstwienia społecznego. Im większe rozwarstwienie społeczne ze względu na zarobki, tym słabszy jest popyt wewnętrzny. W przypadku zamożnych społeczeństw rozpięcie między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną jest ogromne. Mniej zamożne społeczeństwa jest bardziej skłonne do konsumpcji znacznej części stworzonej przez siebie produkcji, tak że do osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia wystarczą niewielkie inwestycje. W przypadku niskich zarobków obywateli popyt wewnętrzny sprawia, że maleje produkcja, gdyż wytworzone dobra nie znajdują konsumenta. Progresja podatkowa sprzyja również zwiększeniu efektywności alokacyjnej dochodu, co jest wynikiem malejącej użyteczności krańcowej pieniądza. Takie zjawisko prowadzi do pompowania bańki na określonych rynkach, w takim wypadku prawo podatkowe, które wyrównywałoby różnice w dochodach, poprawia efektywność alokacji kapitału i przekłada się na większe bezpieczeństwo ekonomiczne wszystkich obywateli.

Narzędzie nr 2. – polityka monetarna i Bank Centralny!

W kwestii polityki monetarnej trzeba podkreślić niewyobrażalnie istotną rolę Banku Centralnego, który do zwiększenia popytu globalnego, zwiększa dochód społeczny za pomocą obniżki stóp procentowych. W przypadku gdy mierzymy popyt na pieniądz, wzrost zatrudnienia wraz ze spadkiem stóp procentowych prowadzi do podwyżki płac, do zwiększenia nominalnej wartości jednostki płac. Tutaj należy podkreślić bardzo ważny mechanizm makroekonomiczny: Wzrost płacy nominalnej jest ekwiwalentny ze spadkiem płacy realnej i wzrostem zatrudnienia. Przy stanie zatrudnienia i wysokości płacy realnej zachodzi ujemna korelacja.

Narzędzie nr 3. – Polityka fiskalna!

Teraz możliwie najważniejsza kwestia – polityka fiskalna. Jeżeli dochody zachęcają jednostkę do oszczędzania (które mogą rosnąć jedynie w przypadku rosnącego zatrudnienia. W innym wypadku prowadzi to do spadku produkcji. Kwestia jest tutaj inwestycji, posłużmy się prostą zależnością. Dochód realny = wartość produkcji = konsumpcja + inwestycje, oszczędności = dochód – konsumpcja, oszczędności = inwestycje), to ma tu znaczenie w.w polityka fiskalna. Wahania polityki fiskalnej są większe od wahań stóp procentowych. Wzrost skłonności do konsumpcji wynika z silnej polityki fiskalnej niwelującej nierównomierny podział dochodu. Jak wcześniej wykazałem, wzrost skłonności konsumpcji w mechanizmie zwiększania realnego dochodu odgrywa kluczową rolę.

Wpływ cen na zatrudnienie.

Na sam koniec poruszmy kwestię cen i ich wpływu na zatrudnienie. Do tego celu posłużę się cenami artykułów konsumpcji podstawowej (chodzi tu o codzienną konsumpcję przez jednostki, które dokonują transakcji codziennie). W przypadku wzrostu cen takiej konsumpcji w porównaniu z płacą nominalną łączna podaż siły pracowniczej gotowej do podjęcia pracy za wynagrodzenie według bieżących stawek płac nominalnych, jak i łączny popyt na nią przy tych stawkach były większe od istniejącego poziomu zatrudnienia.

Klęska wolnego rynku

Globalny kryzys spowodowany COVID-19, który dotknął gospodarki wszystkich państw, obalił podstawowy mit zwolenników liberalnej szkoły ekonomii o niezawodności samoregulującego się rynku.

Należy podkreślić, że państwo może i musi prowadzić szeroką politykę fiskalną, nawet kosztem deficytu w celu pobudzania popytu zagregowanego (przesuwania go w prawo), aby utrzymywać okrężny obieg gospodarki w trakcie kryzysu i łatwiejszego wychodzenia z niego. Pobudzanie popytu agregatowego zgodnie z klasyczną szkołą keynesowską musi polegać na zwiększaniu wydatków publicznych, obniżce stóp procentowych, tworzeniu miejsc pracy w celu zmniejszania stopy bezrobocia i zwiększaniu emisji obligacji skarbowych.

Czym właściwie jest deficyt?

Należy najpierw odkłamać bzdurę, której liberalne rządy trzymają się od lat – utrzymywanie budżetu bez deficytu.

Po pierwsze, szkoła Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory, MMT), która zyskuje na popularności dzięki takim ekonomistkom jak Stephanie Kelton i Pavlina R. Tcherneva, mówi jasno, że deficyt nie jest problemem a ze zrównoważonego budżetu państwo nie stworzy nowych miejsc pracy (wzrost bezrobocia jest pogłębianiem problemu lepkości cen, które polegają na opóźnionym dostosowaniu się cen do sił popytu i podaży), nie zapewni bezpieczeństwa socjalno-finansowego i nie pobudzi zagregowanego popytu, gdy nie podejmie się zwiększania wydatków publicznych, które są kluczowe dla wzrostu PKB. Po drugie, żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego. Czasy pieniądza opartego o kruszec są za nami i powrót takiego pieniądza zabiłby efektywność gospodarczą, ale także doprowadziłyby do deflacji, zjawiska drogich kredytów, zwiększonych kosztów eksportu i spadku produkcji (spadek cen powoduje spadek produkcji).

Pieniądz fiducjarny, jak sama nazwa wskazuje, w swojej istocie jest oparty o zaufanie. Państwo ma monopol na pieniądz i nie ma prawa wykręcać się brakiem środków na finansowanie konkretnych operacji gospodarczych. Dług publiczny i dług prywatny to całkowicie dwie inne kwestie; gospodarka państwa nie działa jak firma, państwo ma moc fiskalną, jakiej przedsiębiorstwa nie mają. Deficyty dostarczają pieniądz do gospodarki – złotówka za złotówkę, dlatego nie mogą „okradać” sektora prywatnego. Jednak szkoła MMT nie proponuje nieograniczonego deficytu, nie chodzi o ciągłe bilansowanie budżetu i wprowadzanie gospodarki w marazm, a o pobudzanie jej efektywności przy polityce pełnego zatrudnienia przy stabilności cen. Trend deficytów przy pełnym zatrudnieniu jest malejący nawet w przypadku szerokiej polityki fiskalnej. Dlaczego? Sektor prywatny zawsze korzystnie reaguje w przypadku niskiej stopy bezrobocia oraz pojawia się delewarowanie; rosną wydatki i inwestycje, o których wcześniej wspomniałem, są korzystne przy polityce pobudzania zagregowanego popytu, dla wyższych wpływów z podatków a co za tym idzie wyższego PKB. Konkluzja jest oczywista: polityka sztucznego tworzenia stabilnego budżetu jest zabójcza dla potencjału gospodarki.

Co ze strefą Euro?

Z punktu widzenia socjaldemokraty i zwolennika suwerennej polityki monetarnej, euro w Polsce jest projektem na tyle długookresowym i egzogenicznym (ma bardziej aspekt polityczny niż ekonomiczny), że nie warto na tę chwilę brać go pod uwagę. W przypadku zmiany waluty na euro Bank Centralny Polski zostaje ograniczony, co w efekcie musi przyczynić się do osłabienia polityki monetarnej Polski. Bank Centralny Polski nie może w takiej sytuacji szybko reagować np. na fluktuację, nie może samodzielnie ustalić konkretnych stóp procentowych dla danej fazy koniunkturalnej kraju, a także konsekwencją jest osłabienie polityki fiskalnej. Z technicznego punktu widzenia kraj, który emituje i kontroluje własną walutę, nie może zbankrutować. Państwo w przypadku posiadania suwerennej waluty może prowadzić odpowiednie wydatki publiczne w sposób elastyczny. Polski Bank Centralny w czasie kryzysu (i nie tylko, ale w fazie kryzysu powinien mieć obowiązek) wykupuje obligacje skarbu państwa, mimo teoretycznego zakazu monetyzacji długu. Z praktycznego punktu widzenia Banki Centralne zakupują dług państwa w sposób pośredni – odkupując od banków komercyjnych. Powodem tego jest formalny zakaz zakupu długu państwa przez Bank Centralny w sposób bezpośredni. Najlepszym przykładem takiej praktyki jest Japonia. W skrócie rząd uzyskuje środki przez ich kreację w Banku Centralnym w sposób pośredni – z pomocą banków komercyjnych na zasadzie rynkowej. W przypadku braku suwerennej polityki monetarnej Bank Centralny traci kontrolę nad funkcjonującą walutą.

Dlaczego obniżamy stopy procentowe?

Skoro była mowa o stopach procentowych, warto zastanowić się, dlaczego Banki Centralne mają obowiązek obniżania stóp procentowych na czas kryzysu.

Stopa procentrowa jest ceną pieniądza, która warunkuje cenę, jaką banki sprzedają pieniądze na kredyt oraz po jakiej cenie oddaje się je w depozyt bankom. Celem odpowiedzialnej polityki monetarnej i zadaniem Banku Centralnego powinno być zapewnienie stabilności polskiej waluty. Skupmy się jednak nad obecnym (specyficznym) kryzysem i dlaczego w odpowiedzi poprawnym jest ustalanie niskich stóp procentowych (aktualna główna stopa procentowa wynosi 0,1 proc.). Kapitał portfelowy, czyli kapitał krótkoterminowy jest lokowany w rządowych papierach wartościowych, w celu zwiększenia ich ceny obniża się stopy procentowe, aby banki wykupywały je po wyższych i atrakcyjniejszych dla państwa cenach. W celu prowadzenia ekspansywnej polityki monetarnej (która jest kluczowa przy zjawisku stagflacji, czyli zjawiska wzrostu cen i spadku produkcji) udostępnia się kapitał coraz większej ilości osób, co za tym idzie – zwiększa się podaż pieniądza. W takim przypadku Bank Centralny tworzy atrakcyjne warunki kredytowe, tak żeby zachęcały ludzi do ich zaciągania – obniżka stóp procentowych.

Oczywiście nie jest to korzystne dla banków komercyjnych, ale te sobie poradzą (a jeśli nie, to… Volenti non fit iniuria), stawką jest ujarzmienie kryzysu i zapewnienie dobrobytu ludziom; ułatwienie zakupu mieszkania i mniejszych kosztów z tytułu kredytu. W przypadku liberalnego systemu gospodarczego oczywiście deweloperzy będą zwiększać ceny nieruchomości (co wynika ze zwiększonego popytu na zakup nieruchomości), dlatego niezbędna jest interwencja państwa w celu kontroli i regulowania cen. Oczywiści stopy procentowe nie mogą być stale utrzymywane na jednym, niskim poziomie, można je lekko podwyższać w czasie koniunktury w celu zapobiegnięcia zjawiska pękniętej bańki spekulacyjnej, lecz nie może ona być na tyle podwyższona, by pobudzony zagregowany popyt drastycznie malał. Inflacja jest całkowicie zrozumiałą konsekwencją takiej polityki, ale problem inflacji spowodowanej zwiększoną podażą pieniądza i niskimi stopami procentowymi rozwiązuje się progresją podatkową, która wypompowuje pieniądze z rynku, powodując efektywniejsze ulokowanie kapitału, a także zwiększa krańcową skłonność do konsumpcji. Większa stawka podatkowa dla zamożnej jednostki powoduje większy dochód rozporządzalny, czego następstwem jest zwiększona konsumpcja. Progresja podatkowa daje szersze możliwości fiskalne państwa, które pomogą mniej zamożnym pobudzić zagregowany popyt wewnętrzny, a co za tym idzie zwiększyć efektywność gospodarki danego państwa.