PPL ścigają

15 lipca odbyła się pierwsza rozprawa Państwowych Portów Lotniczych w sprawie o naruszenie dóbr osobistych firmy przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli mnie i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: „Pracownicy jak woda w akwarium (strajk.eu)
PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu www.strajk.eu, na którym ukazał się wywiad.
Rozprawa była kompromitacją firmy. 15 lipca zeznawać mieli świadkowie wezwani przez stronę pozywającą. Tymczasem Krzysztof Kasiorek nie przyszedł, bo był na urlopie, PPL wycofał wezwanie byłego szefa Służby Ochrony Lotniska, Roberta Stachurskiego, który kilka tygodni temu bardzo ostro skrytykował politykę firmy (strona pozwana wyraziła wolę, aby Stachurski zeznawał, co będzie miało miejsce na następnym posiedzeniu sądu). Jedynym świadkiem, który zeznawał, był ostatecznie Łukasz Suchecki, zastępca dyrektora Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina i dyrektor biura ochrony, a zarazem pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie nowodworskim. Warto przypomnieć niedawny wywiad, którego Suchecki udzielił Gazecie Nowodworskiej. Przedstawiciel kadry kierowniczej Portu otwarcie agituje w nim za PiS-em.
Przyznanie kierowniczych stanowisk nominatom PiS-u pokazuje, jak wygląda polityka kadrowa firmy państwowej. W tym kontekście nie należy się dziwić, że pozew PPL-u dotyczy między innymi nagłośnienia przez pozwanych zwolnień dyscyplinarnych pracowników ochrony lotniska za to, że nie zareagowali, gdy Rafał Trzaskowski zorganizował konferencję prasową na przystanku autobusowym przy lotnisku. Trudno natomiast pojąć, dlaczego prezes Szpikowski poczuł się dotknięty wyrażeniem opinii, zgodnie z którą PPL jest folwarkiem „dobrej zmiany”.
Kolejna rozprawa sądu odbędzie się 26 września. Liczymy, że do tego czasu minister infrastruktury zdymisjonuje prezesa Mariusza Szpikowskiego, a firma wycofa się z kompromitującego dla niej procesu.

Rusza proces

W poniedziałek, 15 lipca o 9.00 w Sądzie Okręgowym w Warszawie przy Al. Solidarności 127 odbędzie się pierwsza rozprawa sądowa dotycząca rzekomego naruszenia dóbr Państwowych Portów Lotniczych przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli przewodniczącego Piotra Szumlewicza i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: https://strajk.eu/pracownicy-jak-woda-w-akwarium-rozmowa. PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu strajk.eu, na którym ukazał się wywiadu.
PPL w ramach zadośćuczynienia domaga się 20 tys. zł na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt „Na Paluchu” oraz przeprosin przez pięć dni z rzędu w pięciu ogólnopolskich dziennikach na pierwszej stronie. Firma chce też, aby przeprosiny widniały przez dwa tygodnie na portalach pięciu dzienników. PPL w ramach zabezpieczenia pozwu chce też usunięcia z sieci spornego materiału.
PPL nie zgadza się między innymi z zarzutami o złe traktowanie zakładowych związków zawodowych, niekorzystne rozwiązania płacowe, brak dialogu, dużą skalę zwolnień dyscyplinarnych, stosowanie mobbingu i dyskryminacji, jak też uznawania Państwowych Portów Lotniczych za kolejny folwark dobrej zmiany.

Kuriozalny pozew

Zdaniem firmy poprzez swoje wypowiedzi na portalu naruszyłem renomę, dobre imię i wizerunek rzetelnego i uczciwego przedsiębiorstwa oraz pracodawcy oraz rozpowszechniałem nieprawdziwe informacje dotyczące PPL, działalności firmy, jej relacji ze związkami i pracownikami oraz systemu zatrudniania pracowników. Firma pozywa za tezy zawarte w wywiadzie (publikujemy poniżej jego fragmenty – red. DT)
PPL w ramach zadośćuczynienia domaga się 20 tys. zł na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt „Na Paluchu” oraz przeprosin przez pięć dni z rzędu w pięciu ogólnopolskich dziennikach na pierwszej stronie (!?). Firma chce też, aby przeprosiny widniały przez dwa tygodnie na portalach pięciu dzienników. PPL w ramach zabezpieczenia pozwu chce też usunięcia z sieci spornego materiału
PPL nie zgadza się między innymi z zarzutami o złe traktowanie zakładowych związków zawodowych, niekorzystne rozwiązania płacowe, brak dialogu, dużą skalę zwolnień dyscyplinarnych, stosowanie mobbingu i dyskryminacji, jak też uznawania Państwowych Portów Lotniczych za kolejny folwark dobrej zmiany.
Zarzuty formułowane przez firmę są kolejnym dowodem na tezy zawarte w wywiadzie. Dyrektor Mariusz Szpikowski traktuje firmę jak prywatny folwark, w którym wolno mu wszystko, a krytyków próbuje zastraszyć pozwami sądowymi. Dlatego Szpikowski powinien możliwie szybko zostać zdymisjonowany tak za swoje podejście wobec pracowników, jak też za psucie wizerunku firmy państwowej.

***

Pracownicy jak woda w akwarium

Z Piotrem Szumlewiczem rozmawia Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

WOJCIECH ŁOBODZIŃSKI (STRAJK.EU): Niedawno wspierałeś strajk pracowników PLL LOT, dziś angażujesz się w sprawie załogi innej państwowej firmy z tej samej branży. Czy jest między tymi sprawami jakiś związek?
PIOTR SZUMLEWICZ: Oczywiście. O sytuacji w Państwowych Portach Lotniczych dowiedziałem się między innymi dzięki Robertowi Zielińskiemu, który jest członkiem prezydium mazowieckich struktur OPZZ, a zarazem przewodniczącym Związku Zawodowego Pracowników Portu Lotniczego im. Chopina. W czasie strajku stewardess i kapitanów z PLL LOT wziął udział w pikiecie poparcia dla nich. Otrzymał z tego powodu maila od władz swojej firmy, w którym grożono mu konsekwencjami dyscyplinarnymi za „narażenie firmy na straty wizerunkowe”. Okazało się, że za udział w legalnej demonstracji związkowiec może ponieść karę, choć prawo do udziału w demonstracji jest prawem konstytucyjnym! Inna nić łącząca Porty Lotnicze i PLL LOT to zapowiedź obniżek rocznych nagród dla pracowników o 300 tys. zł z racji strat, jakie rzekomo firma miała ponieść przez strajk w LOT. Prezes otwarcie zadeklarował ukaranie pracowników PPL za ten protest.

Jaka była reakcja pracowników?
W połowie listopada, gdy nie wypłacono nagród, a zarząd dalej atakował związki zawodowe, Związek Zawodowy Lotnictwa Cywilnego ogłosił wejście z firmą w spór zbiorowy. Gdy spór został ogłoszony, prezes Szpikowski obwieścił, że wypłaci nagrody, które notabene są częścią zakładowego układu zbiorowego, jeśli tylko związki zawodowe przestaną naciskać na władze spółki. Jest to kompletnie bezprawna manipulacja, bo związki mają prawo wchodzić z pracodawcą w spory zbiorowe i nie powinny ich spotykać z tego powodu żadne negatywne konsekwencje. Ale z panem Szpikowskim sytuacja wygląda inaczej. Najpierw groził związkom, że mają zrezygnować ze sporu z pracodawcą, a 30 listopada ogłosił wypowiedzenie układu zbiorowego. Uczynił to bez żadnych konsultacji ze stroną związkową, co pokazuje jego wrogie intencje.

Kierunek antypracowniczy…
Pod koniec 2016 r. doszło do ostrego konfliktu zarządu spółki ze związkowcami, który dotyczył podwyżek płac zasadniczych. Przeprowadzono referendum strajkowe, w trakcie którego większość załogi opowiedziała się za strajkiem. Nie doszło do niego, bo prezes zrezygnował z konfrontacyjnego zachowania. Wkrótce potem okazało się jednak, że był to sygnał do ataku… Ostatnie dwa lata jego działań to dążenie do marginalizacji i zastraszenia zakładowych związków zawodowych tak, aby już nigdy nie pozwoliły sobie na organizację strajku. Masowe zwolnienia dyscyplinarne, które stały się jedną z metod zarządzania firmą. Nastąpił olbrzymi wzrost skali zwolnień, nagan, gróźb postępowań dyscyplinarnych wobec działaczy związkowych. W normalnej firmie pracodawca sięga po zwolnienie dyscyplinarne wyłącznie w wyjątkowych przypadkach. W PPL w ostatnim czasie było wiele przypadków tego typu zwolnień, a większość wiązała się z brakiem subordynacji wobec zwierzchnika. Pracownicy od wielu miesięcy skarżą się na mobbing i dyskryminację, czują się zastraszani i lekceważeni. Prezes korzysta z każdej okazji, aby podjąć wrogie działania wobec pracowników.
Jak to wygląda?
Przykładowo zagroził konsekwencjami dyscyplinarnymi kilku pracownikom, gdy Rafał Trzaskowski, wtedy jeszcze kandydat na prezydenta Warszawy, zorganizował konferencję prasową. Konferencja miała miejsce na pętli autobusowej poza lotniskiem, a mimo to pracownicy ochrony zostali oskarżeni o niedopełnienie obowiązków za brak reakcji. Wielu pracowników firmy jest na skraju wyczerpania psychicznego, co również sprzyja pogorszeniu jakości pracy i oczywiście fatalnie wpływa na relacje między ludźmi w firmie. W takich warunkach nie da się pracować i budować relacji opartych na dialogu. Pracownicy szepczą, dyskutują poza miejscem pracy, boją się o swoją przyszłość. Ci, z którymi mam kontakt, piszą do mnie z anonimowych kont na Facebooku…
Czy takie działania prezesa nie odbijają się negatywnie na funkcjonowaniu lotnisk?
Przygotowanie do pracy na lotnisku jest często drogie i czasochłonne, o czym prezes świetnie wie, bo sam o tym wspomina w wielu pismach. Ale to nie przeszkadzało mu to w rzucaniu takimi bon motami jak: „Wymiana pracowników ma być jak wymiana wody w akwarium. Nie wymienia się od razu całej, tylko najpierw 30 proc. Z czasem wszystko co stare i niedobre eliminuje się”. Prezes ma również wypracowaną inną technikę pozbywania się niewygodnych pracowników. Struktura pracy w portach lotniczych jest bardzo złożona. Na lotniskach istnieje wiele funkcji, komórek, profesji, różne rodzaje pracowników ochrony, oświetlenia, ochrony, załadunku itd. Daje to prezesowi wiele możliwości „reorganizacji” pracy, które często wykorzystuje, by osłabić związki zawodowe.
Jak to się odbywa?
W ostatnich miesiącach bardzo często „reorganizacja” polegała na zwalnianiu niewygodnych pracowników i osłabianiu organizacji związkowych. Zarząd mówi, że likwiduje stanowisko pracy, a tak naprawdę zespół szesnastoosobowy zostaje zastąpiony trzema zespołami po pięć osób. W praktyce oznacza to, że zarząd może pozbyć się połowy osób z tych szesnastu, które są dla zarządu niewygodne, a reszta wkracza do tych trzech nowych zespołów. W tym samym czasie związkowcy zauważyli, że na różnych portalach pośrednictwa pracy pojawiły się oferty współpracy z Portami Lotniczymi ze strony firm zewnętrznych. Zdaniem pracowników oznacza to, że prezes chce pozbyć się dużej części załogi i zastąpić ich outsourcingiem. Zważając na to, że porty lotnicze są jednym ze strategicznych instytucji państwa, taka elastyczność zatrudnienia i uzależnienie od podmiotów zewnętrznych może wiązać się ze spadkiem bezpieczeństwa pracy i pogorszeniem jakości usług. Gdy kilka dni temu w środku dnia ogłoszono alarm na Lotnisku Okęcie, pracownicy nie byli w stanie wyprowadzić ludzi, bo nie działała koordynacja między poszczególnymi komórkami lotniska. Gdyby wybuchł pożar, mogłoby dojść do gigantycznej tragedii.

Czy w związku z tym powiadomione zostaną służby bezpieczeństwa, takie jak ABW? Podobnie sprawy wyglądały w spółce LOT, gdzie doszło do tego, że pasażerowie musieli składać się na części zamiennie, by mógł się odbyć lot z Pekinu do Warszawy. Tam ABW było poinformowane na długo przed strajkiem o pogorszeniu się stanu technicznego samolotów, wywołanego polityką „oszczędnościową”.
Najpewniej wejdziemy na tę drogę. Nie może być tak, że „zarządzanie zasobami ludzkimi” w sposób „elastyczny”, a tak naprawdę antyludzki i antyzwiązkowy ma mieć konsekwencje w poziomie bezpieczeństwa ludzi przebywających na lotnisku. Dobrze, że wspominasz o niedawnych wydarzeniach związanych z LOT-em i jego pasażerami. Porty Lotnicze miały w tym swój udział. Współpraca pana Szpikowskiego z panem Milczarskim jest ogólnie znanym faktem. Należą oni ponoć do tak zwanego „układu radomskiego”, któremu przewodniczy pan poseł Suski, człowiek nie obdarzony wybitnym intelektem, jednak, jak widać, posiadający duże wpływy w co poniektórych spółkach skarbu państwa. O „układzie” tym powstał materiał Superwizjera.

Pójdźmy wszyscy do jałmużny

Znów w naszym kraju historia się powtarza. I znów, to co kiedyś miało poważny charakter, teraz staje się farsą.

W I Rzeczpospolitej wybierany przez stan szlachecki monarcha musiał wpierw podpisać ze swym elektoratem „Pacta conventa”. Przysiąc spełnienie danych im obietnic wyborczych.
Pierwsze takie umowy ukształtowały nowoczesny i demokratyczny wtedy system polityczny I Rzeczpospolitej. Określiły prawa obywatelskie stanu szlacheckiego.
Następne ewoluowały już ku coraz większej korupcji politycznej. Hamowały też reformy państwa, bo stan szlachecki wolał przedkładać swój krótkotrwały stanowy egoizm ponad wymagające wyrzeczeń reformy państwa. I tak nowoczesna ustrojowo XVI-wieczna Rzeczpospolita stała się wiek później państwem anachronicznym. Aby w XVIII wieku zamienić się w skansen politycznej ciemnoty i jako „chory człowiek Europy” bezradnie patrzeć na swój upadek.
Dziś czas biegnie szybciej. Trzydzieści lat temu polska klasa polityczna dowiodła, że potrafi ograniczyć swe bieżące fobie i interesy aby kompromisowo pogodzić się ze zmianami ustrojowymi. Bezkrwawymi, bo ówcześni rządzący pogodzili się z utratą władzy. Ale jednocześnie też nowe grupy przejmujące władzę nie dążyły do krwawej zemsty, rewanżu, ostatecznego pognębienia niedawnych wrogów.
Trzydzieści lat temu związki zawodowe, zwłaszcza NSZZ „Solidarność”, prześcigały się w deklaracjach broniących praw pracowniczych ludu pracującego miast i wsi. Dzisiaj NZSS „Solidarność” zachowuje się jak polityczna przybudówka i bojówka ideologiczna rządzącego PiS. Częściej hamuje płacowe protesty pracowników niż je wspiera. Swą aktywność skupią na walce z liberalizmem obyczajowym. Co sprawia, że staje się obrońcą księży-pedofilów.
Rządzące Polską elity PiS odwołują się do tradycji antyrządowych, robotniczych strajków z czasów Polski Ludowej. Do wolnościowego etosu dawnej NSZZ „Solidarności”. Ale w swojej IV PR nie widzą już miejsca dla aktywnych, niezależnych i samorządnych związków zawodowych. Rada Dialogu Społecznego, niedawne miejsce negocjacji reprezentantów mas pracujących, właścicieli firm i polskiego rządu, stała się ciałem martwym. Nieliczne, aktywne jeszcze związki zawodowe prezentowane są i w narodowo-katolickich, rządowych media i w tych liberalnych, komercyjnych jako lewaccy awanturnicy.
Nic dziwnego, że zachęceni tym egoistyczni prezesi państwowych firm, jak teraz w PPL, walczą wszelkimi środkami ze strajkującymi pracownikami i nawet ze wspierającymi strajkujących mediami. A bierna postawa innych mediów zachęca panów prezesów do eskalacji przeróżnych anty pracowniczych działań.
W IV Rzeczpospolitej elity PiS powróciły do tradycji wolnych elekcji i oferowanych stanowi szlacheckiemu przedwyborczych obietnic. Przekaz ponownie kandydującego na króla pan prezesa Kaczyńskiego jest jasny. Jeśli mnie i mój dwór wybierzecie, to dam wam obiecane korzyści. Z dóbr państwowych, bo sam przecież nic nie ma, bo „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”.
Takie nowe „pacta conventa” są dzisiejszą wielką farsą i przyszłą tragedią jednocześnie.
Farsą, bo każdy rozsądny wie, że król Kaczyński kupuje nasze głosy za nasze pieniądze. Że obiecuje nam po pięćset miesięcznie, aby jego dworki i dworacy wypłacali sobie przez następne cztery lata po pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie.
Farsę, bo taką polityka zamienia dumny naród Polski w ludzi żebraczej mentalności. Sprzedających swe głosy za chwile lepszego losu.
Chwile jedynie, bo przecież te czterdzieści rozdanych na potrzeby kampanii wyborczej miliardów złotych nie pójdzie na wydatki o długoterminowych skutkach. Na podwyżki płac dla nauczycieli. Na reformy służby zdrowia. Na naprawę Rzeczypospolitej.
Przeciwnie, przy tak słabych związkach zawodowych, przy kreujących jedynie indywidualistyczne postawy mediach, tworzy się w Polsce nowy system redystrybucji usług i pomocy socjalnej.
System kontraktów społecznych, umów zwieranych w czasie kampanii wyborczych przez liderów konkurujących partii politycznych z głosującym na nich ludem. Liderzy, niczym dawni elekcyjni królowie, prześcigają się w obietnicach kolejnych „Niderlandów”. Zaś lud już wie, że przedwyborcza eskalacja żądań jest najskuteczniejszym sposobem socjalnego transferu.
Bo jeśli związki zawodowe są słabe, jeśli milczą przeróżne rady dialogów, jeśli szkoły i media uczą jedynie indywidualnych karier i awansów społecznych, to te okresowe kampanie wyborcze są ostatnią, czasem już jedyną, szansą wyrównywania różnic społecznych.
Bierzcie, bierzcie póki dają!