Nasz obcoplemienny rodak

Sprowokował mnie Piotr Gadzinowski. W poniedziałkowej Trybunie napisał bowiem o imigrantach. Nie błąkał się przy tym po Usnarzu Górnym i wiecznym dylemacie moralnym: czy ważniejsze jest bezpieczeństwo państwa czy ludzki (uwaga prawico: chrześcijański!) odruch pomocy bliźniemu. Postawił kwestię jasno.

Obywatele Rzeczypospolitej się starzeją, bez pomocy imigrantów nie utrzymamy rozwoju gospodarczego, braknie ludzi do produkowania towarów, potem do opieki nad staruszkami, a wkrótce także do służby wojskowej. Demografia jest nieubłagana: będzie nas coraz mniej i coraz więcej starszych. Młodzi wobec tej perspektywy też będą z kraju uciekać. Jako wspólnota etniczno-obywatelska będziemy się zwijać.

Obecne czasy jedynie przyspieszyły te procesy. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że ludzie przemieszczają się, z tych samych zresztą powodów, co kilka wieków temu. Zaskoczyła nas tylko skala tego zjawiska. Dobrze widać to w Polsce, kraju jednoetnicznym, w którym pierwsi Czeczeni przybywający w latach 90-tych ubiegłego wieku byli traktowani jako ciekawostka kulturowo-religijna. Dwadzieścia lat później, tylko w 2019 roku administracja rządowa zezwoliła na pobyt w Polsce prawie 430 tysięcy cudzoziemcom. Spośród nich zaledwie połowa to Ukraińcy, reszta reprezentuje 188 krajów świata, w tym w pierwszej szóstce mieszczą się takie kraje jak Wietnam i Indie. Łączna liczba imigrantów zamieszkałych w Polsce nie jest znana, a szacunki wahają się od półtora do dwóch milionów ludzi. Dodać trzeba, że co 25-y ubezpieczony w ZUS-ie i płacący nań składki to obcokrajowiec.

Imigracja ma potężny wpływ na sytuację ekonomiczną (rynek pracy i konsumencki), kulturową (konflikt wartości, zwyczajów i obyczajów) i religijną – wszak w Polsce utrwaliła się dominacja jednego wyznania. Spora część naszych rodaków traktuje zatem imigrację jako zło konieczne. W jakiejś mierze toleruje imigrantów, jako tych, którzy wypełniają luki na rynku pracy, podejmują się prac, które nie cieszą się szacunkiem w potocznym przekonaniu. Konsekwencje imigracji mają jednak znaczenie polityczne, dla aktywności ludzi w polityce, stosunku do polityki i demokracji. Lada chwila stanie przed nami pytanie zasadnicze: czy imigrantom, dysponującym już dziś prawami pracowniczymi, objętym ochroną praw człowieka należą się jeszcze prawa polityczne. Innymi słowy czy staną się obywatelami RP, a w konsekwencji Polakami? Jaką drogą należy do tego dochodzić? Czy na początek nie warto wesprzeć ich samoorganizacji, wprowadzić ich przedstawicieli do Rady ds. Cudzoziemców przy Premierze? Czy wspólnie z OPZZ nie zacząć organizować ich w związkach zawodowych i umożliwić im np. interwencję w Państwowej Inspekcji Pracy? Czy wreszcie nie warto rozważyć przyznania im ograniczonych praw obywatelskich, np. biernego i czynnego prawa wyborczego w wyborach do samorządu gminnego? Czy nie warto pójść – przy pełnym dostrzeżeniu różnic między Polską a Francją – drogą Prezydenta Macrona, który wyłożył plan adaptacji islamskich imigrantów w swym przemówieniu w Les Moreaux.

Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał jeszcze jednej uwagi. To nie tylko problem natury politycznej, czy socjalnej. To także problem bezpieczeństwa. Stosunek obywateli polskich do obcokrajowców owocuje strategią przystosowania się przyjętą przez imigrantów. To strategia gettyzacji, ograniczania kontaktów z miejscowymi do niezbędnego minimum. Zjawisko to wywołuje problemy z bezpieczeństwem publicznym, ze zwalczaniem przestępczości w tym środowisku i przez jego przedstawicieli. Jak trudny to problem pokazują doświadczenia innych krajów, widoczne w dokumentach, a także w popkulturze.

A wszak to niejedyne zagrożenie. Masowa migracja rodzi także niebezpieczeństwo infiltracji przez obce służby, rodzi prawdopodobieństwo ukrywania się w Polsce sprawców przestępstw, które zostały popełnione na terytorium innych krajów. Wymaga to – najkrócej rzecz ujmując – efektywnej penetracji tych środowisk przez służby naszego państwa. Trzeba zatem sobie wyobrazić np. Wietnamczyka-policjanta lub funkcjonariusza innej służby. I znowu, formalnie rzecz biorąc – dopóki nie otrzyma on polskiego obywatelstwa – jest to niemożliwe. Opór społeczny, także ze strony funkcjonariuszy, jest oczywisty. Kto zatem powinien się tym zająć?

Oczywiście Lewica. I nie wystarczy tu poseł Krutul czy Konieczny w Usnarzu, z całym do nich szacunkiem. Tu musi się pojawić program socjalnej, edukacyjnej, kulturowej i politycznej implementacji imigrantów do państwa polskiego i społeczeństwa obywatelskiego. Program stworzenia im Domu, który choć przybrany, będzie jak własny. Lewico – jeśli jesteś prawdziwą – do roboty. Jak ty tego nie zrobisz, to kłopoty będą mieli wszyscy.

Wbrew pozorom, Lewica jest dziś bardziej zjednoczona

Lewica przechodzi obecnie burzliwy okres, jest wiele napięć na górze – ale na dole potrafimy rozmawiać, dyskutować, a potem wspólnie świętować, niezależnie od przynależności partyjnej, frakcyjnej czy jej braku.

Organizowany przez Stowarzyszenie Spójnik Festiwal Lewicy w Rzeszowie odbył się w dniach 31.07-1.08 w siedzibie rzeszowskiej Nowej Lewicy. Za nami dwa dni debat, spotkań merytorycznych i integracyjnych. Dyskusje o polityce, sprawach gospodarczych i społecznych. Rozmowy o ochronie środowiska naturalnego i przyszłości edukacji w Polsce, działalności związków zawodowych oraz aktywizmie młodzieży i osób LGBT.

Festiwal Lewicy w Rzeszowie stał się już wspomnieniem: ciekawym formacyjnie, optymistycznym, jakby od niechcenia zaprzeczającym kreowanym przez media konfliktom na Lewicy czy apokaliptycznym wizjom rozpadu formacji. Do Rzeszowa, miasta leżącego w sercu jednego z najbardziej konserwatywnych polskich regionów przyjechali działacze Nowej Lewicy, Lewicy Razem, OPZZ, ZNP, niepartyjne osoby lewicowe, związane organizacjami pozarządowymi, ekolodzy i niezaangażowani politycznie sympatycy lewicy.

Różnice, które na poziomie Twittera i liberalnych mediów zwiastują ostateczną klęskę formacji lewicowych i rychłe wchłonięcie ich elektoratu przez jeszcze dość mgliste „lewe skrzydło” Platformy, w bezpośredniej konfrontacji na przyjaznym gruncie, okazują się jedynie interesującym tematem rozmów z pełnym szacunkiem wszystkich na różnorodność poglądów wewnątrz lewicowych środowisk.

To co pomoże Lewicy zawalczyć o przyszłość (klimatyczną, młodych, pracowników, mniejszości, wykluczonych, pozostawionych za burtą), to świadomość tego, że idzie nowe: nowe pokolenie, nowe wyzwania, nowe zagrożenia. Nie będzie powrotu do polityki ciepłej wody w kranie, neoliberalnych paradygmatów, zwasalizowania instytucji (coraz bardziej topniejącemu) autorytetowi Kościoła.

W Rzeszowie tematy dyskusji na panelach toczyły zarówno wokół bieżących problemów (edukacja), zagrożeń przyszłości (ekologia, klimat) zahaczając o przeszłość (kwestie odzyskania lewicowej historii i etosu) jak i dotykały najbardziej praktycznych form lewicowej działalności (związki zawodowe, działalność na trudnych terenach). Nagle, tu na dole, na ścianie wschodniej pojawiła się lepsza perspektywa: wiara, że można zbudować szklane domy i świeckie, równościowe państwo niepozostawiające nikogo za burtą. Trzeba ustać i współpracować w ramach różnorodności .

Nie unikniemy sporów: ani programowych, ani tych o władzę i wpływy, ale warto pamiętać, że więcej nas łączy niż dzieli. Kiedy w czerwcu 2019 powstawało Stowarzyszenie Spójnik, wspólne listy lewicy w wyborach parlamentarnych, a co za tym idzie powrót lewicy do Sejmu było jedynie marzeniem: takim w zasięgu ręki, ale wymagającym trudnej współpracy i dialogu. Dwa lata później mamy trzeci największy klub w polskim parlamencie, a wchodzący w dorosłość wyborcy coraz częściej mają poglądy progresywne i deklarują chęć głosowania na Lewicę.

Lewica przechodzi obecnie burzliwy okres, jest wiele napięć na górze – ale na dole potrafimy rozmawiać, dyskutować, a potem wspólnie świętować, niezależnie od przynależności partyjnej, frakcyjnej czy jej braku.

Deklaracja ideowo-programowa Polskiej Partii Socjalistycznej. Tezy do dyskusji

Polska Partia Socjalistyczna, obecnie najstarsza partia polityczna w Polsce, pozostaje przez cały czas wierna swoim ideałom i wartościom, w oparciu, o które działa i na których buduje bieżące i perspektywiczne programy. Programy nastawione na zrównoważony rozwój państwa i społeczeństwa według socjalistycznych zasad sprawiedliwości społecznej.

Całkiem niedawno społeczeństwa zauważyły, że klątwą nieograniczonego i stale przyspieszającego rozwoju jest chęć pełnego podporządkowania środowiska naturalnego i że przekroczenie pewnych granic zagraża egzystencji. Coraz więcej jest takich, którzy rozumieją, że konieczne są daleko idące ograniczenia, nawet kosztem nieuniknionego spowolnienia rozwoju ekonomicznego.

Zbyt wolno natomiast narasta świadomość, że drugą klątwą nieograniczonego rozwoju jest niepohamowana chęć zysku, łamiąca zasady zdrowej ekonomii, prowadzącą do trudno wyobrażalnego rozwarstwienia społecznego, powstawania konkurencyjnych i wrogich sobie społeczeństw. W konsekwencji może to prowadzić do gwałtownego wybuchu niezadowolenia społecznego i nieuniknionych perturbacji, po których powstanie nowa cywilizacja o nieznanym charakterze. Trudno nie dostrzec analogii do katastrofy klimatycznej.

Elity polityczne i ekonomiczne myślą takimi samymi kategoriami jak w sprawie klimatu: „jakoś to będzie, jeszcze mamy czas”. A czas ucieka i pozostawiamy problem naszym dzieciom i wnukom.

W cieniu bieżącej walki PiS z opozycją zachodzą niepokojące zjawiska o dużym potencjale cofania Polski w rozwoju.

Polska jest krajem ogromnych nierówności społecznych spowodowanych kapitalistycznym wyzyskiem. Jest krajem wyniszczonym przez prawicową demagogię i liberalizm gospodarczy, który obiecał nam złote góry, dając w zamian bezrobocie, likwidację wielu praw socjalnych i stłamszenie ruchów pracowniczych. Społeczeństwo potrzebuje naprawdę dobrej zmiany, zmiany systemu neoliberalnego na demokratyczny socjalizm.

Polska Partia Socjalistyczna przedstawia założenia sprawiedliwego ładu społecznego, który chcemy stopniowo, ale nieustępliwie budować. Wytyczne dla nowego ładu pochodzą z zasad socjalizmu, a przede wszystkim:

– zasady, że działalność gospodarcza ma na celu zaspokojenie potrzeb społeczeństwa, a nie wypracowywanie zysku do dowolnego rozporządzania;

– zasady, że pieniądz jest odzwierciedleniem wartości dóbr materialnych i społecznych, a nie samoistnym towarem;

– zasady, że źródłem rozwoju jest praca (fizyczna i intelektualna), a nie obrót pieniędzmi czy instrumentami pochodnymi; to nie kapitał, a wspólny wysiłek społeczeństw zapewnić ma przyszłość ludzkości;

– zasady, że wynagrodzenie za tą pracę powinno być miarą jej użyteczności i zapewniać możliwość egzystencji na odpowiednim do tej użyteczności poziomie;

– zasady, że własność prywatna nie może być dominującą formą własności, taką formą powinny być różne formy własności społecznej;

– zasady, że każdy członek społeczeństwa ma równe prawa uczestniczenia w decyzjach dotyczących działalności tego społeczeństwa (w tym jego organizacji i porządku prawnego), a tryb podejmowania decyzji powinien umożliwiać jak najszerszą realizację tego prawa;

-zasady solidaryzmu społecznego oznaczającej równe traktowanie potrzeb społeczeństwa z potrzebami własnymi;

– zasady podporządkowania celów doraźnych celom zapewniającym przetrwanie ludzkości jako wspólnoty harmonijnie korzystającej ze środowiska naturalnego i społecznego;

– zasady budowania społeczeństwa zdrowego, tolerancyjnego, wyedukowanego i cieszącego się wolnościami obywatelskimi;

– zasady, że każdy obywatel jest równy wobec prawa niezależnie od płci, orientacji seksualnej i pochodzenia.

Polska Partia Socjalistyczna nie wzywa do rewolucji, lecz będzie czynnie popierać i inicjować zmiany prowadzące do ustanowienia sprawiedliwego ładu.

W dążeniu do tych zmian współpracować będziemy z innymi partiami lewicowymi, mając na uwadze, że nasza partia reprezentuje światopogląd socjalistyczny, a nie socjaldemokratyczny.

Podstawowe różnice w stosunku do programów socjaldemokratycznych dotyczą sposobu niwelowania rozwarstwienia społecznego oraz wolnego rynku. Socjaldemokraci akceptują kapitalistyczny ład gospodarczy, lecz chcą bardziej sprawiedliwego podziału zysków, poprzez system podatkowy i rozwój dostępnych usług społecznych. Socjaliści chcą przede wszystkim niwelowania różnic klasowych już na etapie powstawania zysku, usuwając mechanizmy prowadzące do wyzysku i niesprawiedliwości.

Socjaldemokraci akceptują kapitalistyczną zasadę, że regulacja procesów gospodarczych zachodzi głównie poprzez wolny rynek z narzuconymi przez państwo ograniczeniami, dla socjalistów rynek wymaga dalej idących regulacji dla przeciwdziałania powstającym na nim patologii.

Socjaldemokraci akceptują dominację prywatnej formy własności środków produkcji i kapitału, dla socjalistów dominującą formą własności środków produkcji i kapitału jest szeroko rozumiana własność społeczna.

Podobnie jak socjaldemokraci oraz inne ruchy lewicowe socjaliści dążą do wyeliminowania zagrożeń ekologicznych, równych praw dla wszystkich bez względu na różnice ekonomiczne, status społeczny, płeć, wyznawaną religię (lub jej negowanie), pochodzenie etniczne i różnice światopoglądowe. Priorytetem są i pozostaną dla nas problemy społeczne.

Członków PPS od jej powstania cechował żarliwy patriotyzm. Wyzwolenie narodowe oraz społeczne traktowane były jako zadania jednakowo ważne. Dzisiaj, kiedy naród polski ma swoje państwo, naszym zadaniem jest dbać o polskie racje stanu, o interesy ekonomiczne, kulturalne i polityczne społeczeństwa i państwa polskiego. Nasz patriotyzm wyraża się przede wszystkim gotowością do pracy dla dobra wspólnego, pracy na rzecz rozwoju społecznego i gospodarczego Polski.

Ze sposobami realizacji naszych celów będziemy zaznajamiać społeczeństwo w strategicznych sektorowych programach partii. Ich pełna realizacja może nastąpić po uzyskaniu udziału partii w większości parlamentarnej. Przedstawiać też będziemy programy doraźne np. wyborcze.

Poniżej przedstawione zostały skrótowo najważniejsze działania, które mają służyć realizacji zasad wyszczególnionych w niniejszej deklaracji ideowej:

1. Promocję własności społecznej środków produkcji i stopniowe eliminowanie prymatu własności prywatnej chcemy osiągnąć m.in. przez szeroki rozwój sektora spółdzielczego, wspieranie wprowadzania akcjonariatu pracowniczego do przedsiębiorstw prywatnych (np. w formie grantów), zmianę formy własnościowej przedsiębiorstw samorządowych i zasadnicze zmiany w sposobie zarządzania Spółkami Skarbu Państwa. Do składu Rad Nadzorczych tych Spółek wprowadzimy przedstawicieli związków zawodowych, stowarzyszeń branżowych i niezależnych ekspertów. Kadra Kierownicza tych spółek rekrutowana będzie w drodze otwartych konkursów, wykluczających nepotyzm i uznaniowość. Wprowadzimy obowiązek tworzenia Rad Pracowniczych we wszystkich przedsiębiorstwach o większej liczbie pracowników, również w przedsiębiorstwach należących do zagranicznego kapitału.
Nie chcemy odbierać kapitalistom na siłę ich majątków, ale zadbamy, aby w przedsiębiorstwach prywatnych nie dochodziło do wyzysku pracowników i do działań gospodarczych szkodliwych dla finansów państwa.
Współfinansowanie inwestycji podmiotów prywatnych przez państwo wiązać się będzie z częściowym przejmowaniem udziałów. Zmianom podlegać będzie rola banków. Programy finansowania inwestycji inicjowanych przez państwo będą obsługiwane przez Państwowe Agencje z wykorzystaniem kapitału państwowych banków inwestycyjnych, poddanych szerokiej kontroli społecznej i wyłączone z gry rynkowej pieniądzem. Będziemy przywracać rola pieniądza jako środka ułatwiającego obrót gospodarczy, a jego wartość powiązana będzie z realną wartością środków materialnych i świadczonych usług. Pieniądz nie może istnieć jako samoistny towar podlegający obrotowi zależnemu od manipulacji giełdowych. Państwo będzie zapobiegać lichwie i obrotem wirtualnymi towarami pieniężnymi, co jest podstawowym źródłem kryzysów w dotychczasowym ładzie neoliberalnym.

2. Dobrobyt społeczeństw powstaje z pracy, a kumulacja kapitału jest narzędziem, a nie celem działalności gospodarczej. Uzupełnieniem działań związanych z uspołecznieniem środków produkcji, będzie wprowadzenie szerokiej ochrony praw pracowniczych m.in. poprzez wzmocnienie roli związków zawodowych. Nowe Prawo Pracy zawierać będzie regulacje chroniące pracowników i ułatwiające im odwoływanie się od decyzji przełożonych.

Będziemy dążyć do spłaszczenia zarobków stosując zasadę, że rozpiętość płac wynikać może wyłącznie z różnej użyteczności pracowników. Nie do obronienia jest teza, że użyteczność Prezesa czy kierownika jest kilkadziesiąt razy wyższa od użyteczności szeregowego pracownika. Z taką rozpiętością płac mamy obecnie często do czynienia, a bez wysiłku pracowników użyteczność kadry kierowniczej byłaby zerowa. Spłaszczenie dochodów osiągniemy też poprzez odpowiednie ukształtowanie płacy minimalnej i wprowadzenie ustawowej płacy maksymalnej dostosowanej do rozpatrywanej branży. Płace w przedsiębiorstwach powinny regulować przejrzyste dla wszystkich układy zbiorowe. Świadomy i zadowolony pracownik, wyzwalający swoją inicjatywę to istotny czynnik rozwoju przedsiębiorstw.

Zreformujemy system podatkowy w myśl zasady solidaryzmu społecznego, który wymaga, aby osoby osiągające wyższe dochody, silniej partycypowały w wydatkach na cele ogólnospołeczne. Zmienimy stawki podatku VAT, którego obecna konstrukcja najbardziej obciąża osoby o niskich dochodach. Stawki podatków bezpośrednich uzależnimy od sumy całkowitych dochodów pochodzących z pracy i dochodów kapitałowych.
Nie zapomnimy o ulgach inwestycyjnych, premiując wydatki służące rozwojowi w stosunku do wydatków służących konsumpcji.

3. Dziś, gdy we współczesnym neoliberalnym kapitalizmie egoizm, indywidualizm i utrata więzi z innymi ludźmi są wszechobecne, samorządność lokalna musi być częścią innego świata. Świata, w którym obywatele sami decydują o sobie lub grupie, z którą łącza ich wspólne interesy lub upodobania i wspólnie rozwiązują wspólne problemy.
Na równi z demokracją przedstawicielską muszą tu obowiązywać mechanizmy demokracji bezpośredniej.

Wartości musi określać cała zbiorowość i ma ona prawo do należnej jej władzy, w szczególności do suwerennego decydowania o strategicznych wyborach gospodarczych, ustrojowych i kadrowych.

Widzimy konieczność odwrócenia istniejącego modelu, w którym struktury samorządowe realizują głównie wyznaczone im przez władze centralne zadania i obowiązki administracyjne na rzecz reprezentowania w pierwszej kolejności interesów wspólnoty lokalnej.

Ograniczymy w znacznym stopniu władzę wojewodów na rzecz organów samorządowych, rozpatrzymy celowość istnienia powiatów.

Wprowadzimy szeroko mechanizmy demokracji bezpośredniej jak referenda, wysłuchania publiczne, otwarte spotkania konsultacyjne, konsultacje ze stowarzyszeniami lokalnymi, obywatelskie inicjatywy ustawodawcze.

Konsultacjom poddane zostaną również budżety inwestycyjne miast i gmin i zasady dotacji na cele kultury, zdrowia, oświaty. Udział mieszkańców w określaniu potrzeb miasta czy gminy nie może ograniczać się do „budżetów partycypacyjnych”, które stanowią bardzo drobny ułamek finansów danej jednostki. Samorządy wyposażone zostaną w prawo kierowania interwencji do struktur samorządowych wyższego szczebla oraz zgłaszania inicjatyw legislacyjnych i opiniowania projektów ustaw i rozporządzeń, które mogą ich dotyczyć. Do samorządów przesunięta zostanie znacznie większa niż obecnie część dochodów państwa.

Wprowadzimy obowiązki dla radnych dotyczących stałego kontaktu z mieszkańcami, zaproponujemy tryb „odwołania radnego” przez wyborców. Konieczne jest daleko idące ograniczenie dyscypliny partyjnej przy głosowaniach w samorządach.

Będziemy sprzyjać rozwojowi samorządów struktur społecznych, jak samorządy mieszkańców, stowarzyszeń gospodarczych, kulturalnych i innych.

Państwo nie będzie narzucać zasad programowych telewizji publicznej, którą zarządzać będzie Rada wyłoniona przez organizacje i stowarzyszenia twórców i dziennikarzy, z udziałem przedstawicieli społeczeństwa. Oddamy w ręce samorządów media lokalne, łącznie z przejętymi przez spółki Skarbu Państwa.

4.Infrastruktura społeczna, którą będziemy tworzyć, zapewni każdemu obywatelowi równy dostęp do podstawowych dóbr, takich jak zdrowie, edukacja, kultura.

System dodatków wychowawczych i opiekuńczych, rozbudowa żłobków, przedszkoli, domów opieki pozwoli na wychowanie dzieci i opiekę nad osobami niepełnosprawnymi i przewlekle chorymi bez konieczności przerywania z tego powodu kariery zawodowej.

Pomoc materialna kierowana będzie w dla rodzin i osób w sposób indywidualny i celowy, bez korumpowania wybranych grup obywateli w formie np. 500+, 300+, 14 emerytur itp.

Do systemu zabezpieczenia społecznego zaliczamy również system indywidualnych ubezpieczeń chorobowych, ubezpieczeń mienia i wytworów własnej pracy (np. w rolnictwie i przetwórstwie) przed klęskami żywiołowymi. Stworzymy (przy udziale gwarancji państwowych) system ubezpieczeń dostępnego dla ogółu społeczeństwa.

5. Rozwój cywilizacyjny ostatnich dziesięcioleci stwarza nowe możliwości, ale także nowe problemy i wyzwania. Aby w tym rozwoju uczestniczyć i z niego korzystać, konieczny jest priorytet dla powszechnej edukacji, badań naukowych i działań kulturotwórczych.

Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów zrealizujemy dwa ogólne postulaty dotyczące bazy programowej naszego edukacyjnego programu narodowego opracowanego ponad podziałami społecznymi.

Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki. Po drugie przywrócimy i rozwiniemy formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy spowodowany przepełnieniem klas, niskimi wynagrodzeniami i celowym obniżaniem rangi nauczycieli w środowisku.
Położymy nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywać problemy, a nie zapamiętywania faktów i formułek. Jakość kształcenia nie polega na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych i zasad etycznych w duchu religijnym, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.
W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) będziemy kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej).

Wyprowadzimy religię ze szkół.

W naukach ścisłych i przyrodniczych będziemy kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w świecie, w którym technika zastępuje wysiłek ludzki, a człowiek musi zapewnić jej wykorzystanie zgodnie z potrzebami swoimi i otaczającego go środowiska.
Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży równego dostępu do kształcenia, umożliwiającego skuteczne konkurowanie o miejsca pracy w jednoczącej się Europie. Oznacza to bezpłatną edukację na wszystkich szczeblach. Rozwiniemy Fundusz Stypendialny, który zapewni możliwość kontynuowania nauki również młodzieży ze środowisk najuboższych.
Nasza polityka oświatowa będzie stabilna, unikająca niesprawdzonych zmian strukturalnych zakłócających ciągłość nauczania, jak to miało i nadal ma miejsce w polityce oświatowej ostatnich lat.

Zapewnimy młodzieży szkolnej podstawową opiekę medyczną i stomatologiczną np. poprzez ustanowienie stałej opieki nad każdą szkolą przez wyspecjalizowane placówki medyczne.

Przywrócimy realizację tzw. „zielonych szkół”.

Podział na szkoły prywatne i państwowe zakłóca jednolitość poziomu edukacji i sprzyja selekcjonowaniu i pozycjonowania młodzieży w społecznej strukturze. Zapewnimy jednolity poziom nauczania, poprzez zlikwidowanie przywilejów dla szkolnictwa prywatnego i zmianę polityki finansowania szkół.

6. Zdrowie to podstawowa potrzeba społeczna, a jej zaspokojenie powinno podlegać kryterium „non profit”. Tylko wtedy możliwa jest realizacja gwarantowanego konstytucyjnie powszechnego dostępu do opieki zdrowotnej.

Polska Partia Socjalistyczna ocenia, że problemy służby zdrowia są jedynie elementem walki politycznej dla poszczególnych partii, które traktują ochronę zdrowia, personel i pacjentów jako łatwy do manipulowania obszar życia społecznego. Brakuje prawdziwej, strukturalnej reformy.
Priorytetem obecnego rządu w dziedzinie ochrony zdrowia stała się centralizacja wydatków, poprzez całkowite podporządkowanie NFZ Ministrowi Zdrowia. Szpitale samorządowe chce się upaństwowić. Wiara, że na szczeblu centralnym podejmuje się lepsze decyzje niż na szczeblu lokalnym towarzyszy PiS od początku i skutkuje coraz wyraźniej stratami na skutek podejmowania spóźnionych i nietrafnych decyzji.

Przewidujemy:

– przyjęcie modelu przedwojennych Kas Chorych, w którym niezależny od rządu i poddany społecznej kontroli podmiot Narodowy Fundusz Zdrowia odpowiadać będzie w pełni za funkcjonowanie służby zdrowia i kształtowanie polityki państwa w tym zakresie,

-opracowanie rzetelnej wyceny świadczeń medycznych obowiązującej również w prywatnych zakładach zdrowotnych,

– zwiększenie nakładów na służbę zdrowia i zwiększenie w ramach Kas Chorych udziału samorządów w administrowaniu placówkami służby zdrowia z odpowiednią alokacją środków budżetowych,

-wprowadzenie społecznej kontroli gospodarowania środkami (społeczne Rady Nadzorcze z udziałem pacjentów w NFZ, szpitalach i ZOZ-ach);

– zahamowanie prywatyzacji i likwidacji szpitali i przychodni zdrowia, a w razie potrzeby przystąpienie do ich renacjonalizacji, tak aby podstawowy system lecznictwa zamkniętego i otwartego działającego na potrzeby opieki społecznej pozostał w sektorze publicznym;

– zrównanie praw i obowiązków sektora publicznego i prywatnego, aby przychodnie i szpitale komercyjne nie żerowały na publicznych w zakresie personelu i sprzętu medycznego,

– położenie większego zainteresowania, a w konsekwencji większych środków na profilaktykę medyczną i wczesne diagnozowanie chorób,

– natychmiastowe oddłużenie szpitali, przyjęcie ogólnopolskiego układu zbiorowego pracy dla pracowników ochrony zdrowia,

-ustalenie norm zatrudnienia oraz minimalnych standardów płacowych pracowników służby zdrowia, a także standardów postępowania w określonych stanach chorobowych;

– zracjonalizowanie wydatków, w tym rozdzielenie, w ramach przyznawanych środków, wydatków na płace personelu i procedury medyczne;

Także pracodawcy muszą zrozumieć, że zdrowe społeczeństwo, to także zdrowi pracownicy, a w konsekwencji większa wydajność pracy i większe zyski. Zrozumiało to wiele koncernów zagranicznych, które zapewniają swoim pracownikom (także w Polsce) dodatkowy dostęp do usług medycznych. Ustawowo przywrócimy przemysłową służbę zdrowia, finansowaną przez pracodawców.

Jako zasadę przyjmujemy, aby medycyna była oparta na nowoczesnej wiedzy bez wpływu na nią elementów światopoglądowych lansowanych np. przez kościół katolicki lub inne związki wyznaniowe, stowarzyszenia o charakterze światopoglądowym czy nieformalne grupy wpływu (np. antyszczepionkowcy).

7. Budownictwo mieszkaniowe traktujemy jako ważną dziedzinę gospodarki, w której kreowane są również nowe miejsca pracy. Będziemy wspierać udział w tym sektorze podmiotów spółdzielczych i komunalnych w większym stopniu niż developerów. Wprowadzimy mechanizmy zapewniające równość wobec prawa kredytodawców (banków) i kredytobiorców (obywateli).

Rozwarstwienie społeczne rośnie, co odbija się bezpośrednio także na dostępności mieszkań. Po transformacji ustrojowej mamy dużą podaż mieszkań dostępnych dla osób o wysokich dochodach, przewyższający nawet popyt w tej grupie, a wysoki deficyt mieszkań dostępnych dla osób o niskich i przeciętnych dochodach.

Budownictwo mieszkaniowe generuje znaczne zyski, przechwytywane przez developerów. Problemy mieszkalnictwa będą rozwiązywane przez samorządy, które mogą być lepiej kontrolowane przez obywateli niż ogólnopolska instytucja państwowa.

Dysponowanie pozyskanymi środkami i gruntami skarbu państwa przez pozbawione dotychczas środków samorządy, przy właściwych uregulowaniach prawnych, zapewniających bezpośrednia kontrolę zainteresowanych mieszkańców, oraz ujednolicenie zasad powinno przynieść efekty. Potrzebne są też głębokie zmiany w ustawie o finansowym wsparciu tworzenia lokali socjalnych, mieszkań chronionych, noclegowni i domów dla bezdomnych oraz ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego.

Spółdzielnie mieszkaniowe powinny odegrać kluczową rolę w rozwoju mieszkalnictwa. Wymaga to zmian w prawie spółdzielczym i powrotu (z koniecznymi zmianami) do roli, jaka odgrywały one przed wojną i w sposób ułomny w okresie PRL. Samorząd Spółdzielczy powinien zagwarantować bezpośredni nadzór nad prawidłowym działaniem programu. Stworzymy program budowy mieszkań przez spółdzielnie budowlane tworzone przez osoby zainteresowane współudziałem w budowie własnych mieszkań, Taka forma budownictwa będzie w pierwszym rzędzie uzyskiwać wsparcie państwowe i samorządowe.

8. Demokracja to system rządów, w którym wola większości obywateli stanowi prawo i powołuje władzę, nie ograniczając przy tym praw mniejszości.

Zapewnimy wszystkim obywatelom wpływ na system prawny poprzez mechanizmy opisane w rozdziale Polska Samorządna, zadbamy o pełne przestrzeganie prawa do wypowiedzi i manifestowania swych poglądów w mediach i w formie demonstracji publicznych.

Zapewnimy faktyczną neutralność światopoglądową instytucji państwowych.

Polskie społeczeństwo ma zapisane w swoich tradycjach szlachetne wartości solidarności, wielokulturowości i życzliwości. W imię demokracji nie pozwolimy na to, by skrajnie prawicowy jad i faszyzm zatruwał serca Polek i Polaków. Polska Partia Socjalistyczna dąży do Polski będącej Ojczyzną dla wszystkich, do Polski, która jest krajem, gdzie każdy może czuć się bezpiecznie, do Polski, która szanuje ludzi niezależnie od płci, orientacji seksualnej, pochodzenia bądź wyznania lub jego braku.

Wolność i równouprawnienie kobiet są dla nas szczególnym priorytetem. Te przymioty są ściśle powiązane z niezależnością ekonomiczną i proporcjonalną reprezentacją polityczną. Kobieta nie jest, jak głoszą to fundamentaliści katoliccy stworzona wyłącznie do tego, by towarzyszyć mężczyźnie. Nie dopuścimy do ograniczania praw kobiet do dysponowania własnym ciałem i intelektem. Aborcja to nie problem religijny, lecz społeczny dotyczący nie tylko istot nienarodzonych, lecz przede wszystkim żyjących, szczególnie kobiet.

9. Los ludzkości zależy od rozważnego decydowania w kwestiach rozwoju przemysłu i infrastruktury oraz wykorzystania bogactw naturalnych. Trzeba zaprzestać nadmiernej konsumpcji, eksploatacji i niszczenia zasobów.

Będziemy prowadzić politykę proekologiczną, zapewniającą równowagę w środowisku.

Włączymy się aktywnie w europejskie programy ograniczenia emisji CO2 oraz eliminacji smogu.

Wymagać to będzie szybkiej, lecz stopniowej likwidacji wykorzystania węgla, ropy naftowej i gazu do produkcji energii elektrycznej. W pierwszym rzędzie wyłączymy z eksploatacji stare elektrownie o niskiej sprawności oraz elektrownie spalające węgiel brunatny, Podstawową uwagę poświęcimy rozwojowi alternatywnych i rozproszonych źródeł energii: solarnej, wiatrowej, wodnej i geotermalnej. Ograniczeniem bazowania wyłącznie na energetyce ze źródeł odnawialnych jest konieczność zapewnienia stabilności systemu energetycznego, który zapewniają dotychczas wielkie elektrownie spalające węgiel. Uzasadniona jest budowa elektrowni atomowych, które muszą przejąć rolę stabilizacji systemu. Gdyby nie nierozważna polityka rządów Solidarności, która anulowała w roku 1990 program budowy elektrowni jądrowych, problem zapewnienia stabilności systemu bez elektrowni węglowych byłby rozwiązany.
Nie zapomnimy o zapewnieniu miejsc pracy lub zasiłków przedemerytalnych pracownikom likwidowanych kopalń i elektrowni.
Poświęcimy dużą uwagę ochronie przyrody podlegającej dewastacji i nadmiernej eksploatacji, a także rozwiążemy zaniedbany w Polsce problem składowania odpadów, ich utylizacji i recyklingu. Ochrona przyrody i klimatu wymaga ścisłej współpracy międzynarodowej. Aktywnie uczestniczyć będziemy w przygotowaniu regulacji prawnych i kontroli ich realizacji w wymiarze globalnym.

10. Pragnieniem socjalistów jest ustanowienie międzynarodowego systemu bezpieczeństwa opartego na współpracy, zgodnego z prawem międzynarodowym i zasadami zreformowanego i demokratycznego systemu ONZ. Stanowczo sprzeciwiamy się rosnącej militaryzacji w stosunkach zewnętrznych oraz walczymy o pokojową rolę Europy w świecie.

Polska powinna angażować się w obronę i budowę infrastruktury pokoju i porozumienia międzynarodowego, a nie wojny.

Wojna niweczy zasady współżycia społecznego, nie może wiec być narzędziem dążenia do spokoju między ludźmi i demokracji. Nie przyczynia się ona do wzrostu zamożności biednych społeczeństw, bogacą się tylko wasalni władcy tych krajów, a przede wszystkim międzynarodowe koncerny.

W imię interesów nielicznych, śmierć lub nieodwracalne kalectwo są udziałem tysięcy.

Chcemy rozwijać pokojową współpracę z sąsiadami i państwami naszego regionu.

Przeciwni jesteśmy budowaniu ładu światowego na wyścigu zbrojeń i filozofii odstraszania.

Opowiadamy się za solidarnym działaniem na rzecz jedności europejskiej i przyjęciem przez Unię Europejską mechanizmów stanowiących alternatywę do modelu neoliberalnego, alternatywnej cywilizacji.

Cywilizacji opartej na solidarności społeczeństw i obywateli. Będziemy współpracować z lewicowymi frakcjami w Parlamencie Europejskim dla stworzenia Europy na zasadach socjalnych, w zgodzie z ekologią i żyjących w pokoju społeczeństw.

Będziemy promować działania dla uwolnienia polityki Unii Europejskiej i rządów poszczególnych krajów z ucisku rynków finansowych, zmieniając logikę wypracowywania zysku w logikę rozwoju społecznego opartego na sprawiedliwości społecznej i trwałych działaniach proekologicznych.

PiS w opuszczonych okopach PZPR

W 1989 r. najtęższe głowy politologów nie były w stanie przewidzieć kuriozalnego i absurdalnego zjawiska przejmowania przez prawicową partię jaką jest PiS, opuszczonych, ideowych okopów PZPRu, z jej sposobem myślenia o polityce, świecie i społeczeństwie. Teraz obecna władza zamierza zaciekle bronić zajętych pozycji przed partią będącą spadkobiercą PZPR.

Od objęcia w 2015 roku rządów przez PiS, na polskiej scenie politycznej daje się zaobserwować przedziwne zjawisko. Gołym okiem staje się ono dostrzegalne kiedy spojrzymy na nie retrospektywnie, sięgając do czasów realnego socjalizmu i ówczesnych doświadczeń, kiedy wszystko wydawało się jasne i wyraziście określone, a polityczne i ideologiczne podziały przebiegały wzdłuż wyraźnie zdefiniowanych linii. Strona partyjno-rządowa i opozycyjna szły kursem kolizyjnym, a ich rozbieżne wizje, programy i zamierzenia były nie do pogodzenia, przynajmniej do czasów trudnych ustaleń Okrągłego Stołu. Ostatnie dekady to okres kiedy w wielu sferach życia społecznego i politycznego doszło do pewnej homogenizacji stanowisk partii, kompromisu i konsensusu wobec kluczowych spraw dotyczących życia wszystkich Polaków. To sfery choćby takie jak poszanowanie dla zasad demokracji, praworządności, niezależności sądownictwa, trójpodziału władzy, gospodarki rynkowej, podejścia do kwestii europejskich itd., uznawanych dotąd niezależnie od podziałów ideologicznych i barw partyjnych sztandarów.

O ile PZPR ze swym niedemokratycznym bagażem własnej ideologii i praktyki, była adresatem wielu zasadnych, krytycznych uwag i ataków ze strony ówczesnej opozycji, to dzisiejsza Lewica wykonała ogromną pracę, dzięki której reprezentuje wszelkie europejskie wartości, a w codziennej praktyce pokazuje poszanowanie dla zasad politycznej rywalizacji. Przeszła długą drogę ku demokracji, tolerancji i nowoczesności..

PiS – marsz ku przeszłości

PiS jednak przyjął kurs na drogę wstecz, na powrót do tego wszystkiego co wydawało się, odeszło w przeszłość wraz z transformacją ustrojową. To zjawisko dotyczące prawicowej siły jaką jest PiS, musi budzić zdumienie. Partia J. Kaczyńskiego coraz wyraźniej przybiera oblicze ideowe dawnej PZPR i w sposób zdumiewający zmierza w swej codziennej, partyjnej praktyce ku politycznemu regresowi, błędom przeszłości, z których Lewica dawno się otrząsnęła. Można powiedzieć, że PiS zajął opuszczone okopy PZPR, albowiem jesteśmy świadkami zdumiewającej zamiany miejsc i stanowisk dwóch przeciwstawnych sobie partii, z których jedna zmierza od przeszłości i autorytaryzmu, ku przyszłości i demokracji, druga w odwrotnym kierunku, od demokracji ku autorytaryzmowi. Obie partie przeszły zasadniczą metamorfozę, lecz o ile Lewicy wyszła ona na korzyść, to PiS musi swoje przepoczwarzenie wstydliwie maskować i z pewnością staje się to dla jej wyborców coraz większym obciążeniem.

Skoro PiS jest zdeklarowanym miłośnikiem polityki historycznej i uwielbia nurzać się w przeszłość, spójrzmy na ten polityczny dziw od strony historycznej. Niechże choć raz posłuży ona czemuś pożytecznemu, tj. obnażeniu antydemokratycznego profilu tej partii.

LGBT, wróg potrzebny od zaraz

Daleko do historii sięgać nie będę, zaledwie do tej sprzed kilku dziesiątków lat. Zacznę od spraw mniejszego kalibru, choć dla wielu Polek i Polaków jednak pierwszoplanowych. Porównajmy stosunek władz PRL i PiS do środowiska LGBT. Wówczas, w latach 1985 – 1987 władze rękoma milicji przeprowadzały pamiętną akcję ,,Hiacynt”, polegającą na zbieraniu materiałów o polskich homoseksualnych mężczyznach i ich środowisku, przesłuchiwaniu ich, szantażowaniu i zakładaniu teczek osobowych.
Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych. Choć u podstaw akcji ,,Hiacynt” leżała chęć zebrania kompromitujących materiałów na tzw. figurantów, to świadczyła ona zarazem o głęboko tkwiącej w świadomości aparatczyków niechęci do środowiska LGBT.

Minęły lata i Lewica kojarzona z tamtym systemem odrobiła trudną lekcję, zerwała z uwiędłymi, antyspołecznymi i antyeuropejskimi poglądami, dojrzała, nabrała świadomości społecznej i wyrosła wśród wszystkich partii politycznych na głównego, a może i jedynego obrońcę i rzecznika tego środowiska. To przedstawiciele Lewicy widoczni są na Paradach Równości, bronią praw gejów i lesbijek, osób transpłciowych, prowadzą akcję edukacyjną, podnoszącą stan świadomości społecznej do poziomu europejskich standardów. To współczesna, nowoczesna Lewica i jej ludzie są dziś najbardziej proeuropejscy, otwarci na równość i różnorodność, na poszanowanie europejskich norm politycznych, prawnych, kulturowych i obyczajowych.

Co tymczasem stało się w tym zakresie z stanowiskiem prawicy, szczególnie PiS?, co takiego zaszło w głowach pisowskich aparatczyków, jaki regres nastąpił w ich mentalności, tym bardziej absurdalny, iż żyjemy w XXI wieku, w cywilizowanej Europie nie zaś w dusznych latach 80. Jak wytłumaczyć tę zamianę miejsc i stanowisk Lewicy i Prawicy, jakie przemyślenia towarzyszyły prawicowcom zajmującym opuszczone okopy władz PRL? Kompetentnie wytłumaczyć mogliby to kuriozalne zjawisko socjolodzy, psycholodzy i pewnie psychiatrzy. Osobiście postrzegam to zjawisko w kategoriach politologicznych; obecnej grupie trzymającej władzę totalną, wszelkie sposoby sprawowania tej władzy rodem z komunistycznej przeszłości całkowicie odpowiadają i są dla niej wygodne; to sianie nienawiści, wskazywanie na wroga, dzielenie społeczeństwa, kategoryzowanie obywateli, odwracanie uwagi od własnej niegodziwości, bezprawia i licznych afer. Lecz poza takim obyczajem pisowców i ich wodza, cechuje ich po prostu mentalne zacofanie, zapatrzenie w normy, poglądy i obyczaje z przeszłości, choćby miały pochodzić z przeszłości komunistycznej, to im nie przeszkadza, chłoną je i nimi żywią się niczym bakterie martwą tkanką.

Prawicowa pruderyjność i lewicowy luz

A stosunek do norm moralności i obyczajności dzisiejszej Lewicy i PiS. Jakże ciekawe zjawisko rysuje się na naszych oczach. Kto pamięta posuniętych wiekiem towarzyszy partyjnych o niewysportowanych sylwetkach, w niemodnych garniturach, z zaczesami do tyłu, kojarzy ich z pruderią rozumianą jako fałszywą skromność lub udawaną wstydliwość. Niektórzy może pamiętają rysunek Andrzeja Mleczki przedstawiający cenzorów zgadzających się, że obejrzany właśnie film jest na tyle amoralny, odrażający, pornograficzny, że należy go uważnie obejrzeć jeszcze raz. Takimi właśnie zełganymi hipokrytami stali się dzisiaj pisowcy. Kreują średniowieczne normy moralne, ugruntowują cnoty niewieście, promują wstrzemięźliwość seksualną, dziewictwo, wierność małżeńską, wychowanie w trzeźwości, choć ich osobiste postawy rażąco przeczą głoszonym normom. W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją. Ale to już było … choć z drugiej strony, wróciło. Wróciło wraz z duszną władzą PiS wspieranego przez zakłamany i rozpasany kler i parafialnych aktywistów głoszących, że mycie części intymnych jest bezeceństwem i grzechem ciężkim. Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana. Ale tamtych działaczy już nie ma, są za to partyjni aktywiści PiS zawsze na straży katolickiej moralności, pruderyjności i ascetyzmu. I są u władzy i decydują. Dlatego decyzją ministra kultury Piotra Glińskiego, z Muzeum Narodowego w Warszawie zostały usunięte przypomniane po latach prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry, w związku z ich ,,gorszącym” i ,,genderowym” charakterem prowokacji.

Prawicowy pseudoascetyzm i kołtuństwo nie kończą się jednak na jednym incydencie. W 2017 r. przed Impartem we Wrocławiu odbyła się wspierana przez władzę Krucjata Różańcowa pikieta religijnych fanatyków i neofaszystów przeciwko wolności kultury, w ramach nagonki na spektakl ,,Klątwa”, nagonki pod przewodnictwem min. Glińskiego, Naczelnego Cenzora PiS. W tym samym czasie neofaszystowskie pieszczochy PiSu wtargnęli do Teatru Powszechnego w Warszawie, odpalali race, rozlali toksyczną substancję, lżyli i atakowali fizycznie. Powodem stał się awangardowy spektakl ,,Diabły” z jego scenami odnoszącymi się do zachowań seksualnych, a także tematyki religijnej.

Nowoczesność ocenzurować

Cenzura w Polsce przestała istnieć w 1990 r. wraz z likwidacją Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Jak wspominał Adam Michnik, nie wszyscy w ówczesnej opozycji życzyli sobie pełnej jej likwidacji. Dziś po stronie władz PiS obserwujemy wyraźny resentyment ku komunistycznym restrykcjom i cenzorskim zamaszkom. To oczywiste; władzy autorytarnej na rękę jest pełna kontrola nad wszystkimi dziedzinami życia społecznego, też w zakresie sztuki i kultury. Demokracja jest systemem wymagającym, opornym wobec ręcznego sterowania, za trudnym dla pisowskich dyletantów. Dlatego władzę totalną demokracja uwiera i stwarza dyskomfort trudny do zniesienia. Dlatego PiS z tęsknotą spoziera ku komunistycznej przeszłości i ile może, czerpie z niej pełnymi garściami.

Jak tymczasem i w jakiej mierze, Lewica odmieniła oblicze ziemi, tej ziemi w dziedzinie kultury i sztuki, wolności twórczej?. Dzisiejsza Lewica jest zupełnym zaprzeczeniem prawicowego, zatęchłego postrzegania podejścia do kultury i ludzi sztuki. Daleko za sobą zostawiła złe doświadczenia i metody, z których obecnie zachłannie korzysta PiS, jego dyletanci i szkodnicy. Lewica w swym programie daje świadectwo nowoczesnego podejścia do tej ważnej dziedziny kształtującej postawy Polaków: ,,Kultura bez cenzury. Zagwarantujemy, że kultura nie będzie obiektem cenzury ani narzędziem politycznej walki”. Krótko i jasno, a jak daleko od przeszłości i zarazem od pisowskiego szkodnictwa.

Kto naprawdę niszczy kościół

Spójrzmy z kolei na tę zadziwiającą zamianę miejsc i poglądów Lewicy i PiS pod kątem stosunku do kościoła. Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość ?. Dziś w warstwie propagandowej PiS wspiera kościół, a kościół pisowską władzę. Na dobre z pewnością nie wyjdzie to żadnej ze stron. Ale to akurat nie martwi. Zastanawia natomiast z czyich tak naprawdę rąk, na dłuższą metę, kościół, jego hierarchowie i słudzy boży, ponoszą większą szkodę. Metody walki z kościołem za PRL nie były wysublimowane, skrojono je na potrzeby podkopania autorytetu i pozycji kościoła i stosowano z żelazną konsekwencją, a mimo to celu nie udawało się osiągnąć. Cel ten natomiast udaje się osiągnąć partii Kaczyńskiego. Prawdopodobnie pisowcy ani też ludzie kościoła jeszcze nie zdali sobie z tego sprawy, ale uruchomiony przez nich proces trwa i postępuje. Najszybsze w Europie tempo sekularyzacji i apostazji świadczy o tym dobitnie. Ludzie oburzeni pychą, ukrywaną pedofilią księży, bogactwem nie przystającym do stanu duchownego, odwracają się od kościoła. Ale nikt i nigdy nie zaszkodził kościołowi tak trwale i nieodwracalnie jak zrobił to rządzący PiS. To jedno z bardzo niewielu osiągnięć tej partii. Za świeckie państwo rysujące się za horyzontem najbliższych wyborów PiSowi dziękujemy ! Sojusz tronu i ołtarza nigdy nie wychodził na dobre żadnej stronie takiego aliansu. Pazerny kler, hierarchowie zabiegający o dobra doczesne, przywileje i wpływy na władzę, na politykę, szkolnictwo, wychowanie, rodzinę, w toksycznym uścisku z politykami PiS, nieświadomie ściągają się wzajemnie na dno. Teraz komuchy widzicie jak kościół zagłaskać na śmierć, ale już za późno na nauki.

Paradoksalnie to Lewica i w pewnej mierze niektóre inne partie, jest nieoczekiwanym ratunkiem dla kościoła. Lewica nie występuje przeciw religii i wierze. To czego chce i zapisała w programie Lewica, to państwo świeckie i realizacja zasady rozdziału państwa od Kościoła, ich pokojowe współistnienie, przy opodatkowaniu księży na ogólnych zasadach. Ten powrót do korzeni i cywilizowanych zasad działania kościoła proponowane przez Lewicę powinno być przez hierarchów przyjęte z wdzięcznością i uwagą, to właśnie, a nie pisowska służalczość wobec kościoła, może faktycznie zadziałać jak rzucone mu koło ratunkowe. Nie mam jednak złudzeń; z lewackiej rady pyszny kościół nie skorzysta, ale to i dobrze.

Obronimy propagandę

Władza za PRL opierała się na kilku filarach, wśród których ważne miejsce zajmowała wszechobecna propaganda. Pamiętamy drugą Polskę, dziesiątą potęgę światową, powszechny dostatek i dobrobyt itp. Obecna Lewica od dawna odcięła się od prostackiej, prymitywnej propagandy, mówi językiem akceptowalnym przez ludzi, zrozumiałym, odpowiadającym realiom i faktom. PiS dobrze poznał potęgę propagandy zastępującej rzetelną informację. Korzysta z tego instrumentu bez opamiętania, a widząc wywołane propagandą podziały społeczne i poparcie dla swej linii, łatwość w indoktrynowaniu obywateli, zasila reżimową telewizję gigantycznymi subsydiami, tworzy nowe instytucje służące indoktrynacji i dezinformacji. To nic innego jak bezwstydne czerpanie pełnymi garściami przez prawicową partię z doświadczeń komunistycznego systemu.

Jaką na to zjawisko reakcję obserwujemy u Lewicy?. Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.

Zamknąć Polskę przed światem

Władze PRL przez długie lata zachowywały daleko posuniętą nieufność wobec świata zachodniego, trwały w konflikcie z Zachodem, wyznawanymi tam wartościami i demokratycznymi regułami. Świat zachodni był obcy i wrogi. Co pociągającego i jaki urok PiS dostrzegł w takiej postawie ówczesnych władz, co tak silnie uwiodło Kaczyńskiego w postawie wrogości PZPR wobec Zachodu, że postanowił ją w stanie nienaruszonym przenieść na grunt XXI wieku? Polska pod rządami prawicowego PiSu stała się w pisowskiej propagandzie, oblężoną twierdzą Europy, otoczoną wrogimi państwami, zawistnikami nie potrafiącymi przeboleć polskiego dobrobytu, osiągnieć gospodarczych, roli regionalnego mocarstwa i wzorcowego rozwiązywania problemów kowidowych. Tymczasem staliśmy się zaściankiem i pariasem Europy, gwałcicielem unijnego prawa i własnej Konstytucji, trouble makerem Unii Europejskiej, i jak za komuny – obiektem szykujących się właśnie sankcji. Pytanie: po co właściwie PiSowi taka postawa, jaką wyraźną korzyść z niej dostrzega Kaczyński. Za PRL dla władz, bycie w opozycji, po drugiej stronie barykady wobec Zachodu było racją stanu. Jak jednak pojąć dzisiejszy tok absurdalnego rozumowania władz PiS jeśli nie właśnie resentymentami wobec komunistycznej przeszłości, tkwiącymi w umysłach pisowców, przekonaniami o skuteczności komunistycznych metod sprawowania rządów i prowadzenia polityki.

Postawa Lewicy w tym zakresie daleka jest od pisowskiego pojmowania metod uprawiania polityki. Lewica jest głęboko nowoczesną partią, otwartą na świat, europejską, pro unijną, szukającą nie wrogów, a przyjaciół i sojuszników. Uchwała Lewicy w sprawie polityki zagranicznej jest odwrotnością tego co prezentuje dziś PiS, a niegdyś PZPR: ,,Polska powinna być partnerem współpracującym z innymi państwami UE, wychodzącym naprzeciw wspólnym wyzwaniom, przed którymi stoi cała Unia Europejska. Należy aktywnie promować swoje interesy, poprzez współtworzenie europejskiej polityki”.

Recydywa gospodarki księżycowej i stosunku do przyrody
W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania. Do tego neosocjalistyczny, nieufny stosunek do przedsiębiorców (kapitalistów) jako zagrożenia dla władzy. W oczach pisowców to ludzie gotowi iść na straty własne byle zaszkodzić rządzącym. Stąd wiele mówiące zawołanie Ziobry skierowane do biznesmenów: ,,Idziemy po was!”. Podobnych aspektów jest znacznie więcej, choćby podejście do zasobów naturalnych i przyrodniczych, rabunkowy sposób ich eksploatacji. Stan górniczy w epoce gierkowskiej oznaczał elitarność społeczną, a cała gospodarka opierała się na niepohamowanej konsumpcji czarnego złota. Coś się jednak przez kilka dekad zmieniło w świecie, a jednak PiS ustami swego wybrańca zapowiada eksploatację węgla przez 200 lat. Już na wstępie swych rządów sparaliżował program elektrowni wiatrakowych, a ostatnio zlikwidował dotacje na fotowoltaikę.

W realnym socjalizmie wprawdzie nie odwoływano się do biblijnej zasady czynienia sobie ziemi poddaną, lecz rabunkowo eksploatowano zasoby leśne. Tym wydeptanym śladem socjalizmu idzie obecny prawicowy, antyekologiczny rząd i jego agendy. Lasy Państwowe, które zgodnie z prawem w pierwszej kolejności mają troszczyć się o zachowanie lasów, zaciekle bronią się przed konsultowaną obecnie unijną Strategią na Rzecz Różnorodności Biologicznej. Leśni baronowie rozpowszechniają rozmaite analizy i powtarzają, że lepsza ochrona ekosystemów przyniesie szkody gospodarce. Przeliczają bezcenne lasy na metry sześcienne drewna, a metry sześcienne drewna – na worki pieniędzy. Rżniemy drzewa w takim tempie, że już nawet Ikea i Jysk nie chcą ich od nas kupować.

O ile daje się usprawiedliwić socjalistyczne podejście do zasobów leśnych w okresie socjalizmu kiedy nikt nie słyszał o ekologii, kryzysie klimatycznym i ociepleniu, to obecnie dane o tych zjawiskach są powszechne, a mimo to PiS robi wszystko by stosować socjalistyczne metody gospodarowania zasobami przyrodniczymi.

Lewica wykonała w tym zakresie ogromną pracę i nadrobiła zaległości z przeszłości, a błędy zostawiła na żer wandalicznej prawicy. Lewica mówi dziś: Koniec dominacji węgla. Zredukujemy zużycie paliw kopalnych w energetyce na rzecz czystych źródeł energii. Będziemy inwestować w sieci przesyłowe, termomodernizację budynków, panele słoneczne, elektrownie wiatrowe, pompy ciepła i domową produkcję energii. Do 2035 roku większość energii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Zakażemy importu węgla i uniezależnimy się od gazu z zagranicy.

Dla polskich lasów Lewica opracowała specjalny pakiet zakładający, że co najmniej 10% lasów będzie wolnych od ingerencji człowieka. Zapowiada powołanie Agencji Ochrony Przyrody odpowiedzialnej za kontrolę podmiotów zatruwających środowisko. Przeznaczy 20% przychodów z gospodarki leśnej na Fundusz Dzikiej Przyrody i utworzony zostanie urząd Rzecznika Praw Zwierząt, który będzie dbać o dobrostan zwierząt domowych, hodowlanych i dzikich.

Tymczasem PiS powraca do archaicznego sposobu myślenia o zwierzętach jaki cechował nie tylko okres socjalizmu ale i średniowiecza. Zachęca się do odstrzałów rzadkich gatunków zwierząt i ptaków, wdraża się dzieci do udziału w tym procederze. Pod pretekstem oczyszczania szkół z ideologii MEiN wprowadza własną ideologię w tym zakresie. Wiceminister edukacji Rzymkowski doszukał się w podręcznikach ,,ideologii praw zwierząt”, której usunięcie już zapowiedział. W samym resorcie oświaty powszechnym jest przekonanie, że zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw, a pojęcie prawa zwierząt nie istnieje.

Kadry są najważniejsze

I wreszcie kadry jako podstawa funkcjonowania aparatu państwa. Wydawało by się, że czasy kiedy funkcjonariusz państwowy, robiący zaoczną magisterkę, odpowiadał na egzaminie z fizyki, że ciało lotne to ,,ptok”, dawno przeminęły wraz z wczesnym okresem socjalizmu. Lewicę reprezentują ludzie świetnie wykształceni, kompetentni, mądrzy, rozsądni i otwarci na świat, kierujący się najlepiej rozumianym interesem społecznym. Tymczasem kadry PiSu to jakaś pokraczna karykatura minionej przeszłości, zwierciadło kadrowych błędów i wypaczeń. Likwidacja konkursów na funkcje urzędnika państwowego, obniżanie standardów przyjęć do MSZ, gdzie przyszły dyplomata nie musi już znać języków obcych, obsadzanie spółek skarbu państwa przez niekompetentnych krewnych funkcjonariuszy rządowo-partyjnych – wójtów, wujów, ciotki i bracii, młodociani wiceministrowie po liceach, doradcy ministerialni polecani przez proboszczy, umieszczanie na listach wyborczych PiS takich kandydatów na posłów i senatorów jak niewykształceni i nie mający pojęcia o polityce wyplatacze koszy wiklinowych, czeladnicy piekarscy, ślusarze i stolarze, to wszystko elementy zaczerpnięte z minionej praktyki Kraju Rad okresu leninowskiego czy PRL okresu wczesnopowojennego. Ale w PiSie wiedzą, że starzy bolszewicy mieli rację twierdząc, że rządzący państwem funkcjonariusze nie muszą być kompetentni i wykształceni, mają być posłuszni linii partii.
I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością. Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej

Ponad trzydzieści lat od wielkiej zmiany ustrojowej, którą były zamknięcie okresu Polski Ludowej i budowa demokratycznej Rzeczpospolitej (nazwanej później trzecią przez odwołanie do historii sprzed rozbiorów i z lat międzywojennych), wyraźne stało się, że o kierunku zmian politycznych w naszym kraju zdecyduje nowe pokolenie – pokolenie wyrosłe już w nowych warunkach ustrojowych. Pokolenie to różni się bardzo wyraźnie od pokoleń starszych. Bez zrozumienia tej różnicy nie uda się nikomu wygrać walki o przyszłość Polski.

Używam tu pojęcia „pokolenie” w znaczeniu socjologicznym, które do nauki wprowadził niemiecki socjolog Helmut Schelsky (1912-1984) w swej głośnej książce o „sceptycznym pokoleniu” powojennych Niemiec („Die skeptische Generation”, 1957) . Pokoleniem w tym rozumieniu jest taka kategoria wiekowa, którą łączy wspólne, traumatyczne wydarzenie historyczne. Ludzie należący do tego samego pokolenia mogą w rozmaity sposób przeżywać to wspólne doświadczenie, ale niezależnie od takich różnic łączy ich właśnie to, że ich polityczne orientacje uformowały się pod jego wpływem.

W pokoleniach wcześniejszych takimi przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były wojny i dramatyczne przełomy polityczne. Dla Polaków urodzonych na początku dwudziestego wieku były to pierwsza wojna światowa, odrodzenie niepodległej Polski i wojna 1920 roku. Dla ludzi urodzonych na początku lat dwudziestych – druga wojna światowa. Dla mojego pokolenia – ludzi urodzonych na początku lat trzydziestych – przełom październikowy 1956. Dla ludzi urodzonych w pierwszych latach powojennych – marzec 1968 i grudzień 1970. Nieprzypadkowo ludzie z tego pokolenia stanowili trzon opozycji demokratycznej w latach siedemdziesiątych Dla pokolenia mojego syna – ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych – przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były kryzys letni 1980 roku, okres Solidarności i stan wojenny.

Wydarzeń tego ostatniego okresu nie da się zrozumieć bez uwzględnienia czynnika pokoleniowego. Gdy 31 sierpnia 1980 roku oglądałem w telewizji podpisywanie porozumień gdańskich, uderzyło mnie to, że po jednej stronie stołu siedzieli ludzie z pokolenia ojców, z drugiej – z pokolenia synów. Lech Wałęsa, mający wtedy zaledwie 37 lat, uważany był przez swych współtowarzyszy za starego. Od bardzo młodych działaczy robotniczych wiekiem i doświadczeniem różnili się doradcy komitetu strajkowego – ludzie z mojego lub nieco starszego pokolenia, a więc mający ostrą świadomość tego, jak może wyglądać sytuacja polityczna, jeśli zignoruje się realnie istniejący geopolityczny układ sił. Dlatego byli oni – Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jan Olszewski – znacznie bardziej ostrożni niż młodzi przywódcy robotniczy, którzy tego doświadczenia politycznego nie przeżywali.

W 1989 roku, gdy decydowała się sprawa zmian ustrojowych, po obu stronach ówczesnego podziału politycznego ton nadawali ludzie młodzi, dla których podstawowym doświadczeniem politycznym był niedawny kryzys lat 1980/81. Tak było nie tylko po stronie Solidarności, ale także w ówczesnym obozie władzy, gdzie na coraz silniejszą pozycję wybijał się Aleksander Kwaśniewski, w czasie „okrągłego stołu” mający zaledwie 34 lata. Przemianom politycznym towarzyszyła wyraźna zmiana pokoleniowa w elicie władzy, przyśpieszona rozwiązaniem PZPR i powstaniem nowej partii polskiej lewicy – Socjaldemokracji RP.

Lata następne to pierwszy od trzech stuleci okres w historii Polski, w którym nie było dramatycznych wydarzeń – wojen, powstań, starć ulicznych. Ten bezprecedensowy okres spokojnego bytu narodu i państwa naznaczony był wielkimi, wręcz historycznymi, zmianami w sytuacji Polski: ustabilizowaniem jej sytuacji międzynarodowej w uznanych traktatami granicach i w ramach Sojuszu Atlantyckiego oraz wejściem do Unii Europejskiej. Żadne wcześniejsze pokolenie Polaków nie żyło w tak bezpiecznym położeniu międzynarodowym, jak obecne.

Dla ludzi urodzonych po 1980 roku – a więc dla tej grupy wiekowej, którą nazywam „pokoleniem Trzeciej Rzeczpospolitej” – polityka nigdy nie stała się sprawą dramatycznych wyborów narodowych. Tak ważny w przeszłości podział na „realistów” i „idealistów” – opisywany między innymi przez Adama Bromke (1928-2008) w jego amerykańskiej książce „Poland’s Politics: Idealism vs. Realism: z 1967 roku – przestał konstruować podstawową linię politycznego podziału. W polityce nie brakło bardzo ostrych konfliktów, lecz ich sensem były sprawy związane ze sposobem sprawowania władzy, a nie wybory polityczne o egzystencjalnym charakterze.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej jest więc w sytuacji bez porównania lepszej niż pokolenia wcześniejsze. Dostało od historii bardzo dobre karty. Nie znaczy to jednak, by było zadowolone ze status quo. Wprost przeciwnie! Jest to pokolenie w swej podstawowej masie rozczarowane do otaczającej je sytuacji politycznej i społecznej.

Świadczą o tym zarówno statystyki wyborcze (wskazujące na stosunkowo wysoką absencję wyborczą ludzi młodych), jak i sondaże socjologiczne, w których ludzie młodzi deklarują silne sympatie dla lewicy lub (choć słabiej) dla kontestującej istniejący układ polityczny Konfederacji. Zjawisko alienacji politycznej młodego pokolenia spotęgowało się w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale ma ono wcześniejsze korzenie.

Zrozumieć przyczyny tego zjawiska to znaleźć drogę do przetworzenia rozczarowania młodego pokolenia w jego aktywne zaangażowanie na rzecz innej niż dotychczasowa polityki. Wydaje mi się, że w grę wchodzą trzy najważniejsze sprawy.

Po pierwsze: młode pokolenie jest w swej większości progresywne, wolne od konserwatyzmu obyczajowego pokoleń starszych, bardziej skłonne kwestionować autorytety kościelne, bardziej tolerancyjne w stosunku do mniejszości ( w tym seksualnych), odważnie domagające się prawa do decydowania o utrzymaniu lub zakończeniu ciąży. W tych sprawach pokolenie to natrafiło na skrajnie konserwatywne i nietolerancyjne rządy, których symbolem jest minister Czarnek z jego kuriozalnym programem oświatowego zacofania.

Po drugie: jest to pokolenie Europejczyków, dumnych z tego, że są obywatelami Unii Europejskiej i czujących się w niej jak we własnym domu. Gdy marszałek Witek powiada „tu jest Polska, a nie Unia Europejska”, daje mimo woli dowód tego, iż nie rozumie pokolenia dla którego Polska to jest także Unia Europejska. Skierowana przeciw Unii polityka obecnych władz nie może znaleźć zrozumienia, a tym bardziej poparcia, wśród młodych Polek i Polaków.

Po trzecie: jest to pokolenie rozczarowane i niepewne swej przyszłości. Sondaże po raz pierwszy odnotowują rozpowszechnione przekonanie, że perspektywy życiowe młodego pokolenia są i będą gorsze niż perspektywy ich rodziców i dziadków. Wtedy – także, a może szczególnie w latach Polski Ludowej – dominowało poczucie, że będzie lepiej, że życie ludzi młodych będzie łatwiejsze i szczęśliwsze niż ich rodziców. Dziś tego poczucia nie ma – w każdym razie nie na taką skalę. Składają się na to dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą jest zablokowanie kanałów awansu, także przez edukację. Dyplom uniwersytecki nie daje dziś takich gwarancji sukcesu zawodowego, jak 30-40 lat temu. Socjologiczne badania struktury społecznej sygnalizują jej zamykanie się, w czym niemałą rolę grają dziedziczone środki materialne i kapitał kulturowy. Atrakcyjna staje się emigracja na Zachód, ale nie może ona być rozwiązaniem dla wszystkich.
Drugą przyczyną rozczarowania jest poczucie, że świat zmierza ku katastrofie ekologicznej – lub, w lepszym wypadku, do takiej zmiany, która pociągnie za sobą wielkie wyrzeczenia materialne. Dla ludzi młodych wizja katastrofy ekologicznej, jaka może nastąpić w drugiej połowie obecnego stulecia, nie jest czymś abstrakcyjnym (jak dla mojego pokolenia, które tego nie dożyje), lecz bardzo realną perspektywą własnego losu.

Rozczarowanie młodego pokolenia może prowadzić do jego politycznej absencji, ale może także stać się zaczynem dla nowej polityki. Pytanie dla nas podstawowe brzmi: czy lewica potrafi wyjść naprzeciw lękom i oczekiwaniom młodego pokolenia, pokazać mu drogę skutecznego działania, stać się jego polityczną reprezentacją. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.

PS. Dzień po publikacji mojego poprzedniego artykułu (o kryzysie lewicowej polityki, 16 bm.) życie dopisało do niego swoisty komentarz. Otwarty konflikt w kierownictwie Nowej Lewicy jest bardzo groźnym sygnałem alarmowym. Ponieważ od niemal dziesięciu lat nie pełnię żadnych funkcji partyjnych (moją ostatnią było przewodniczenie Krajowej Komisji Etyki SLD), nie znam okoliczności tego konfliktu i nie mam wyrobionego zdania na temat racji obu stron. Wiem jednak, że jest to droga do klęski. Przypominam, czym skończył się rozłam w SLD w 2004 roku: katastrofalnym wynikiem wyborczym i trwałym zmarginalizowaniem lewicy. W dawnej SdRP, pod przywództwem Aleksandra Kwaśniewskiego, nieraz spieraliśmy się o to, jaką podjąć decyzję, ale były to zawsze spory przyjaciół prowadzone w klimacie życzliwości i skutkujące wspólnym działaniem, nie zaś wykluczeniem czy zawieszeniem mających inne zdanie. Czy od dzisiejszych działaczy Nowej Lewicy można oczekiwać tego samego?

Nowa Lewica ma dwie drogi

Czerwcowe zamknięcie projektu Wiosny Biedronia i rozpoczęcie procesu formalnej konsolidacji ugrupowań lewicowych ujawniło długo skrywane pretensje, ambicje i animozje działaczy.

Chodzi o zbyt dużą (zdaniem części działaczy) uległość wobec mniejszego koalicjanta, ale również o słabe sondaże i konflikt z liberalną opozycją. Powiedzieć, że polska Lewica przeżywa swe największe zawirowania to truizm. Idzie o głębszy dylemat ideologiczny. To problem większości niegdyś potężnych socjaldemokracji.

Wystarczy spojrzeć na sondaże z ostatniej dekady – spadek poparcia dla centrolewicy jest powszechny. Problem jest stary i znany a diagnozy mądrych głów zbliżone: zmiany technologiczne i kulturowe napędzają indywidualizację i liberalizację, utrudniając dawne formy organizacji i rozmywając niegdysiejsze tożsamości grupowe. Klasa robotnicza zanika, ale jej problemy pozostają. Partie lewicowe potrzebują populistycznego przebudzenia, ale problem leży w samej strukturze kapitalizmu, który wchłania wszelkie formy organizacji, nie pozwalając na żadne poważne alternatywy. Starzy socjaliści opierali swoją politykę na pracy u podstaw, z kolei ci nowi już nie chcą być aktywistami. Zdołali urządzić się w tym świecie, podobnie jak znaczna część elektoratu.

Tak zwana Trzecia Droga przyniosła jedynie chwilowe wytchnienie, bo na dłuższą metę neoliberalna lewica nie była nikomu potrzebna (konserwatyści i liberałowie byli bardziej autentyczni). Tymczasem za horyzontem już majaczyli populiści, gotowi obiecać wszystko wszystkim, z solidną dokładką w postaci kulturowych resentymentów i tęsknotą za tym, co „inni” (imigranci/kosmopolici/muzułmanie/lewacy) zabrali. W 2021 roku szwedzka socjaldemokracja traci większość z powodu polityki likwidacji sufitów czynszowych, zaś brytyjska Partia Pracy kończy swój dryf w prawo kolejnym łomotem wyborczym. Problem nie dotyczy tylko złego programu, lecz wiarygodności: wspomniana Labour Party zaliczyła największy upadek za socjalisty Corbyna. Jego plany były popularne i ambitne, ale mało kto uwierzył w możliwość ich realizacji. Kiedy grecka Syriza próbowała wyrwać się z uścisku Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bardzo szybko stanęła przed wizją bankructwa kraju. Lewica neoliberalna wyczerpała możliwości, ale udawanie, że można zmienić reguły globalnego kapitalizmu za sprawą czołowego zderzenia, jest równie naiwne.

Są też jaśniejsze punkty, jak socjalistyczne rządy w Portugalii i Hiszpanii. Oba zaczęły przygodę z rządzeniem od parlamentarnych przewrotów wymierzonych w skorumpowane i bezwolne rządy centroprawicy. Podobnie jak w Polsce, tam również kwestionowano prawo lewicy do rządzenia. Zwycięstwa w kolejnych wyborach odsunęły te argumenty. W innych krajach lewica wygrywa kompetencjami np. w Danii (rząd Mette Frederiksen praktykuje migracyjny realpolitik), Finlandii czy Nowej Zelandii (w której postawiono na gospodarczy patriotyzm i feminizm). W dwóch ostatnich krajach rządzą pragmatyczne kobiety biegłe w narracji progresywnej wspólnotowości. Sanna Marin otworzyła debatę o dochodzie gwarantowanym, z kolei Jacinda Arend otwarcie krytykuje kapitalizm, inwestując w odbudowę sektora publicznego. Jeszcze ciekawiej dzieje się w Islandii, tam czerwono-zielona Katrín Jakobsdóttir premierka gabinetu wdraża 4-dniowy tydzień pracy. Co ciekawe – w koalicji z liberałami i konserwatystami. Lewica odnosi sukcesy tam, gdzie podejmuje realne wyzwania gospodarcze, uznając kwestie związane z prawami człowieka za pewnik. Tym samym unika kulturowych wojenek, które są na rękę prawicy.

Jak to się wszystko ma do polskiego podwórka? W 2019 roku Koalicja Wiosny, SLD i Razem odtrąbiła sukces i początek wielkiego projektu, ale dwa lata później wciąż nie ma pewności, jaki ostatecznie kierunek obejmie. Pokusa schowania ambicji i wejścia w prosty „anty-PiS”, wydaje się wielka – przynajmniej dla zawodowych polityków, zasępionych perspektywą utraty mandatu. To bezpieczna droga, ale rodząca pytanie: na co komu lewica, która nie ma ambicji realizowania własnego programu? A przecież przyszłość puka do drzwi i trzeba odpowiadać na ważne pytania: jaka transformacja energetyczna? Jakiego modelu ekonomii potrzeba, aby sprostać wyzwaniom globalnego ocieplenia? Czy dochód podstawowy to dobra odpowiedź na automatyzację pracy? Co z masową migracją? Jak zahamować wzrost potęgi wielkich monopoli? Nierówności? Kryzys mieszkaniowy? Usychanie demokratycznych struktur? Politycy z prawej lubią unikać odpowiedzi na te trudne pytania. Kiedy to samo robią ci postępowi konsekwencje są bolesne. Tutaj lewicy faktycznie wolno mniej.

Nowa Lewica ma dwie drogi: powtarzanie błędów siostrzanych formacji z innych krajów lub utrzymanie różnorodnej koalicji, budowanie politycznej podmiotowości i programowej odwagi. To eksperyment bez jakiejkolwiek gwarancji wyborczego sukcesu, ale innej drogi nie ma. Błyskawiczne tempo przemian społecznych pozostawia wielką grupę zagubionych wyborców – oni są gotowi na poważną wizję. Jedno jest pewne: najbliższe miesiące zadecydują o losach polskiej lewicy na lata.

Krótki plan dla Lewicy

Polityczną odbudowę – i co zwykle z tym się wiąże – faktyczną b u d o w ę Lewicy w Polsce w najbliższym czasie określać będzie i jednocześnie utrudniać powrót Donalda Tuska, co wraz z wpływem formalnie „niedookreślonego” ugrupowania Szymona Hołowni wywoła (i już wywołuje) rosnącą falę konfrontacji politycznej wewnątrz prawicowych obozów.

Prawica nie dokończyła jeszcze w Polsce wewnętrznej walki, a ponieważ doprowadziła do nieomal pełnej hegemonii i działa z pozycji politycznej dominacji, wypełnia i okupuje „bez reszty” scenę polityczną, narzuca jej swój ton i zwodzi pozorną dynamiką: tak wiele się dzieje, pada tyle słów, oskarżeń i obietnic, stale coś się szykuje, wszyscy są wciąż w stanie „podwyższonej gotowości”, itd. Z politycznego doświadczenia wynika, że przebicie tego muru nie będzie ani proste, ani natychmiastowe. Oznacza to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat nie należy szykować się na żaden wielki skok i nie należy także wyobrażać sobie przejęcia władzy. Zadbać trzeba przede wszystkim o to, aby zachować dotychczasowe zdobycze i przygotować pole i siły do skutecznej ekspansji.

Zachowanie młodzieży

Podstawową siłą Lewicy jest obecnie poparcie, którym cieszy się ona wśród ludzi młodych. Nie miejsce tu, by szeroko analizować przyczyny, dla których znaczne grupy młodzieży opowiadają się dziś za hasłami lewicowymi. Mówiąc najkrócej, wynika to zapewne ze sprzeciwu wobec panujących obecnie i w niedawnej przeszłości partii prawicowych w naszym kraju a także – i to w znacznym stopniu – wobec sprzeciwu wobec prawicy globalnej i skutków jej poczynań. Pamiętajmy, że współczesna młodzież faktycznie żyje w zglobalizowanej rzeczywistości… Wynika to z utrzymującego się nadal wizerunku lewicy jako siły rewolucyjnej i krytycznej. Z aprobaty wobec postulatów tradycyjnej lewicy wreszcie czerpanej z postaw etycznych i światopoglądowych. Nie należy lekceważyć także kwestii stylu. Stylu wypowiedzi, życia, działania, wybitnie nieznośnego na polskiej prawicy. Nie lekceważąc zatem starszego pokolenia, to właśnie młodzież jest przyszłością Lewicy. Celem politycznym lewicowych ugrupowań musi być więc zwiększenie atrakcyjności Lewicy dla ludzi młodych. Im większą część młodzieży uda się Lewicy przyciągnąć, tym większe będzie jej poparcie za kilka lat. Aby nie zrazić do siebie młodzieży Lewica musi przy tym zadbać o kilka podstawowych spraw.
Po pierwsze należy włączać młodych – mam tu na myśli polityków poniżej 35 roku życia – w główny nurt i pierwszą linię politycznej aktywności, dawać „biorące” miejsca w kolejnych wyborach i niwelować wrażenie, że polityka jest dla ludzi młodych niedostępna, nieosiągalna. Należy też stopniowo rezygnować z młodzieżówek, które zawsze są „przystawką” i gorszą wersją partii politycznych. Wszyscy chętni i zasługujący na to powinni stawać się członkami partii po ukończeniu 18 roku życia. W ten sposób nie tylko likwiduje się partyjną gerontokrację: polityczny podział na „nibypartię” dla młodych i „prawdziwą partię” dla starych, ale także ożywia skostniałe struktury partyjne, które dzięki temu zyskują energicznych i młodych działaczy.

Po drugie program musi koniecznie zawierać postulaty dotyczące młodych osób i ważne dla nich, takie jak: kwestia mieszkaniowa, kwestia śmieciówek i tymczasowego zatrudnienia, kwestia reform w systemie edukacji, itd. Chodzi jednak także i o to, aby postulaty te nie znajdowały się w jakiejś oddzielnej sekcji programowej „Dla Młodych”, ale były pełnoprawnymi i pierwszoplanowymi punktami programowymi dla całej formacji. Należy przygotować nawet odpowiedni zestaw postulatów dla osób w wieku licealnym. Tu przede wszystkim liczyłoby się: odejście od opartego na „punktozie”, testach i kluczach systemu edukacji, wprowadzenie do liceów nowych przedmiotów (przygotowania zawodowego, poważnej wiedzy o kulturze, obowiązkowej etyki i filozofii), likwidacja zadań domowych, wycofanie ze szkół religii.

Po trzecie niezbędny jest bardziej nowoczesna, bardziej radykalna narracja. Kwestię obecności w Unii Europejskiej, szacunek dla Konstytucji i prawa oraz inne klasycznie liberalne postulaty należy przesunąć na drugi plan. Lewica potrzebuje energetycznego, krytycznego języka, który bezlitośnie będzie obchodził się z klerykalizmem, ze śmieciowym i prowadzącym nas ku zagładzie klimatycznej kapitalizmem, z systemowymi dogmatami, które wtłoczono do głów starszym pokoleniom. Wprost należy więc mówić, że w kapitalizmie nie ma demokracji i pokazywać na to przykłady. Wprost należy mówić o niszczycielstwie kapitalizmu, zbrodniach imperializmu, głodzie na świecie, czy o tym, że obecny system wymordował większość form życia na planecie. Wreszcie wprost należy też krytykować świętości III RP: prawicowy katolicyzm, mit wolności przyniesionej przez „Solidarność” czy też „naturalną” uczciwość zasad obecnego systemu ekonomicznego. Bo brak uczciwości kapitalistycznej gospodarki, jej brutalny charakter i wyzysk najlepiej odczuwają właśnie młode osoby, które stają się pierwszymi ofiarami rynku pracy w chwili nadejścia dowolnego kryzysu.

Określenie różnic

Drugim koniecznym wyzwaniem, które pomoże Lewicy przetrwać i przygotować się do nowych czasów jest wypracowanie i umiejętne przedstawianie wyróżniających ją na tle liberałów i konserwatystów politycznych kwestii. Lewica musi być świadoma tego, czym różni się od prawicy. Zaczynając od poziomu teoretycznego opracowania trzeba dojść do wykształcenia lewicowych kadr w takim zakresie, aby przy okazji każdej konferencji prasowej politycy Lewicy potrafili wskazać to, czym program ich formacji różni się od prawicowych propozycji.

Obecnie wielu polityków Lewicy orbituje wokół liberalizmu, niektórzy darzą nawet szczególnym szacunkiem Leszka Balcerowicza, a jeszcze inni uważają (bardziej lub mniej świadomie), że lewicowość jest to nic innego, jak liberalizm, to znaczy kapitalizm przyozdobiony tęczową tolerancją i „uczłowieczony” paroma programami socjalnymi. Tak dalej być nie może z prostego powodu: tę pozycję zajmą i już zajmują nowocześni, uczący się na własnych błędach liberałowie oraz konserwatyści nowego typu, tacy jak Szymon Hołownia, którzy z taką kartą w ręku i tak z Lewicą wygrają, bo w oczach zideologizowanych prawicowo mas nie będą obarczeni „czerwonym bagażem” negatywnych skojarzeń, a nawet po prostu bardziej w swej roli naturalni i wiarygodni.

A zatem po pierwsze, Lewica stoi po stronie ludzi pracy. Po drugie, lewica opowiada się za prawdziwą równością i przeciwko rosnącym nierównościom, nie chce świata miliarderów żyjących obok nędzarzy. Po trzecie, lewica jest krytyczna wobec kapitalizmu i sposobów jego funkcjonowania.

Lewica w odróżnieniu od liberałów nie chce taniego państwa. Ani niskich podatków dla kapitału zagranicznego i lokalnego, ani wolnych stref służących okradaniu społeczeństwa. Lewica widzi też i rozumie, że to kapitalizm – system kierujący się chciwością i podłością bez żadnych granic – odpowiada za zniszczenie klimatu i naszej planety. Lewica chce też powiększania funduszu spożycia zbiorowego czyli poszerzania zakresu tego, co wspólne, społeczne. Jej celem jest zawsze wyłączanie z wyścigu szczurów i rywalizacji ekonomicznej kolejnych segmentów społecznej egzystencji. Wszelkie podstawowe dobra – mieszkanie, pożywienie, edukację, opiekę medyczną, bezpieczne środowisko – lewica pragnie uczynić powszechnymi prawami, a nie elementami rynkowej walki o życie przeciwko innym pod groźbą bezdomności, śmierci z głodu czy braku dostępu do leczenia.

Są to wszystko kwestie podstawowe, na fundamencie których utrwalić się musi w umysłach lewicowych działaczy świadomość, że stanowią one całościową alternatywą dla prawicowych ideologii. Duża część – zwłaszcza młodych – działaczy już posiada tego typu świadomość.

Często są to jednak tożsamości i polityki marginalizowane, aby „na salonach” dalej dominowały stare teksty o dumie z przynależności do UE, NATO i stworzenia polskiej konstytucji. Te wszystkie uprawomocniające lewicę w oczach liberałów zasługi przynależą tymczasem do przeszłości. A wiadomo, że „trzeba z żywymi naprzód iść i po życie sięgać nowe”. Dziś lewicę konstytuuje konflikt, niezgoda i sprzeciw wobec panującego porządku i sytuacji. Są to jednocześnie jej korzenie, do których koniecznie musi wrócić. Przestrzeń krytyki w imię przyszłości jest to jedyna przestrzeń, której nie zagospodarują partie pochodzenia prawicowego. Niezależnie od wszystkiego jest to więc konieczność, szczególnie w czasach kryzysów i katastrof, które są przed nami.

Przygotowanie całościowej ideologii

Nie ulega wątpliwości, że Lewica ma problem. Ten problem widać najlepiej, kiedy rozważymy kwestię polityki realizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość oraz przez Platformę Obywatelską pod rządami Donalda Tuska. Te prawicowe byty – mimo że stare i wyjątkowo już przejrzałe – przyciągają wyborców, bo oferują im coś znacznie istotniejszego niż cenne reformy, racjonalne postulaty czy gwarancję dobrego administrowania państwem. Te partie oferują swym wyborcom ideologię. I to w czystej postaci.

Ideologię w sensie marksistowskim – to znaczy całościowy zestaw poglądów i interesów, który tworzy pewną większą, ogólną formację politycznego myślenia. Głosując na PiS czujesz więc, że jesteś obrońcą Polski, obrońcą polskiego ludu, polskiej tradycji, polskiej własności i walczysz przeciwko zagranicznym potęgom, lewactwu, tęczowym świrom, czy amoralnemu i antyreligijnemu zepsuciu. Głosując na PO odczuwasz, że bronisz racjonalnego polskiego kapitalizmu, prywatnej własności przed zakusami państwa, że walczysz o nowoczesną konstytucję, o prawo, które nie poddaje się partiom politycznym, że jesteś praworządnym obywatelem Republiki i postępowym liberałem szanującym wolność… A Lewica? Od Lewicy wieje pustką, pod którą skrywa się chaos.

Niemrawe przebąkiwania o państwie opiekuńczym typu skandynawskiego, co jakiś czas wystąpienie za tolerancją, zestawy chaotycznie przedstawianych reform, przypadkowe wystąpienia posłów motywowane czysto indywidualistycznie … Lewica nie potrafi i nie jest w stanie sformułować swej ideologii. Nie ma doktryny, ponieważ rządzi nią przypadek będący sumą indywidualnych zwyrów. Jest jak serie memów wstawiane na kontach Lewicy na Facebooku – ma mnóstwo słuszności, ale nie ma żadnego planu politycznego, żadnego uporządkowania ani większej narracji. Lewica nie ma haseł. Nie ma projektu systemowego. Nie ma utopii. Dlatego też jest skazana na odbijanie się od ideologii-utopii dominujących partii prawicowych. Samo krążenie pomiędzy „Polskim ładem” i kolejną inkarnacją liberalizmu jednak nie wystarczy. I pokazują to sondaże.
Dochodzimy tu także do „kwestii działaczowskiej”. Lewicy potrzebna jest większa narracja, tak samo jak potrzebuje ona narratorów. Potrzebni są ludzie mówiący coś więcej niż „Bo myśmy załatwili trochę pieniędzy na szpitale” albo „Mamy dobry pomysł numer 2438234, popatrzcie na piętnasty dobry mem w tym tygodniu”. Polityka to projektowanie idei i spektakl ich prezentacji. Skuteczna ideologia musi zostać skutecznie zaoferowana i wyrażona. Lewica potrzebuje zdolnych mówców, którzy działają według planu. Potrzebuje planowanych przemówień i najlepszego możliwego przygotowania na poziomie, którego obecnie nie prezentuje. Działacze muszą zacząć poważniej dzielić się obowiązkami i funkcjonować zespołowo. Obecnie są to raczej grupki skupione wokół zatomizowanych politycznie posłów walczących o uwagę i rywalizujących także pomiędzy sobą. Struktura. Partia to struktura.

Podstawowym krokiem do odbudowania własnej ideologii jest wytyczenie linii oddzielającej nas od przeciwników. Obie prawicowe, hegemoniczne partie należy wobec tego zestawiać i przedstawiać wspólnie jako jedno zło w dwóch smakach. Lewica potrzebuje wyrazistego wycięcia swojej przestrzeni politycznej. Dlatego oba prawicowe obozy musi prezentować, jako głównych odpowiedzialnych za masakrę ludzi („nadmiarowe zgony”) w czasie pandemii, jako winnych osłabienia i utrwalania słabego, niedofinansowanego i w efekcie antyludzkiego państwa. Lewica musi krytykować kartonowość państwa czasów PO, ale też skutecznie wykazywać, że PiS niewiele tu zmienił. Według danych z GUS ubóstwo wzrosło w 2020 roku o 1 punkt procentowy. Fatalnie wygląda także wskaźnik dzietności. Polska ma nadal najgorsze i trucicielskie powietrze w Europie. Rząd realizuje też kolejny prywatyzatorski zamach na emerytury… Są więc argumenty w pełni wystarczające do obarczenia PiS-u odpowiedzialnością za kontynuację neoliberalnych polityk. POPiS to niewielkie różnice w obrębie jednej rodziny, a przy tym wielka wspólnota poglądów w wielu kwestiach. Na szczególną uwagę zasługuje konserwatyzm obyczajowy i religijny, który czyni z tych partii twory anachroniczne, rażąco nieodpowiednie wobec szybko laicyzującej się tożsamości polskich obywateli i obywatelek.

Poważna walka polityczna zacznie się w momencie, kiedy Lewica przyswoi sobie nowy program i postanowi działać jak siła polityczna, jak prawdziwa partia. Zachowanie sympatii młodzieży, wypracowanie wyróżniających politycznie punktów i przedstawienie całościowej ideologii-projektu to niezbędne minimum. Minimum, które pozwoli marzyć o powtórzeniu wyniku wyborczego i przygotuje Lewicę do starć politycznych w bliskiej przyszłości, kiedy kolejne kryzysy i katastrofy jeszcze bardziej osłabią zaufanie społeczne do prawicowych zdolności zarządzania państwem. Jednocześnie osłabnie też wiara w dobroczynne właściwości kapitalizmu. Lewica – bliska świata pracy i grup wyzyskiwanych, systemowo prześladowanych – musi wyprzedzić tę świadomość i czekać na nią z gotowym projektem. Kaczyński i Tusk mogą prowadzić kolejną turę wielkiej prawicowej wojny o Polskę. Ale Lewica może sprawić, że to będzie ostatni konflikt tego typu. To właśnie ze strachu przed Lewicą POPiS poczynił zresztą ogromne inwestycje w sferze kultury i propagandy, w IPN i antyracjonalistyczne, antysocjalistyczne nauczanie… A czas wrócić właśnie do haseł i do politycznego języka, który wyróżnia. Przyszłość będzie czerwona jeśli czerwień będzie na nią gotowa.

Bezradne państwo policyjne

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk z Uniwersytetu SWPS, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ostatni tydzień w polityce był pełny nagłych zmian, a wszyscy zastanawiają się, czy rząd ma nadal większość. Czy zatem koalicja dotrwa do 2023 r., czy czekają nas wcześniejsze wybory?

KLAUS BACHMANN: To jest faktycznie intrygujące pytanie, jeśli na moment abstrahujemy od tego, czy takie wybory cokolwiek zmienią. Moim zdaniem wiele nie zmienią, i to nie tylko dlatego, że PiS może je wygrać. Ktokolwiek wygra, odziedziczy owo autorytarne państwo policyjne, które PiS zbudowało przez ostatnie lata. W przypadku powstania bardzo zróżnicowanego rządu od lewicy do prawicy będzie oczywiście trochę więcej pluralizmu w publicznych mediach, ale autorytarne państwo policyjne nie przestaje takim być tylko dlatego, że rządzić nim będą inne partie.

Obecnie mamy taką sytuację, że to funkcjonariusze mianowani i kontrolowani przez PiS ogłaszają i organizują wybory, liczą głosy, ogłaszają wyniki i potem decydują o tym – w Sądzie Najwyższym – czy wynik jest ważny. I w dodatku dowolnie manipulują przekazem w mediach państwowych. W takich warunkach wybory mają dla opozycji tylko sens, jeśli najpierw przejmuje ona władzę i potem przeprowadza wybory. Inaczej to się skończy jak z wyborami prezydenckimi.

Ale wygląda na to, że rząd już teraz nie ma większości, po odejściu trzech posłów PiS. Co dalej?
Rząd przed każdym głosowaniem musi kupować głosy. To fantastyczna okazja dla tych posłów, od których zależą teraz losy ustaw. Jednocześnie rząd traci możliwość uchwalenia najbardziej radykalnych i kontrowersyjnych ustaw, a Solidarna Polska będzie mogła wyskakiwać z takimi radykalnymi pomysłami i konsolidować swój elektorat, aby przekroczyć próg procentowy przy ewentualnych wcześniejszych wyborach, wiedząc, że jej pomysły i tak nie mają szans w Sejmie. Im mniej ktoś ma wpływu na politykę, tym bardziej nieodpowiedzialnie może się zachowywać.

Jaka jest kondycja Zjednoczonej Prawicy?

Mamy w Polsce bezradne państwo policyjne, którym rządzi autorytarny rząd mniejszościowy. To dość oryginalny wkład w historię systemów politycznych. Na czele tego stoi ugrupowanie, które składa się z trzech – a wkrótce nawet z czterech albo pięciu lub jeszcze więcej ugrupowań – które zwalczają się nawzajem i które jedynie łączy chęć utrzymania władzy, prześladowania sędziów i opozycji i unikania odpowiedzialności za korupcję.

Czy partia Adama Bielana może odegrać znaczącą rolę?
Ona jest pionkiem w tej grze, kto kogo wykańcza. Przed wyborami będzie się łączyć z innymi ugrupowaniami, aby mieć jakąś perspektywę przekroczenia progu wyborczego. Jako samodzielny byt polityczny ona nie istnieje.

Czy Jarosław Gowin będzie tolerował w Zjednoczonej Prawicy buntowników z Porozumienia, a obecnie członków Republikanów Adama Bielana?

Nie wiem i nie zawracam sobie z tym głowy. Polski system partyjny na nowo się układa, podobnie jak po rządach SLD, AWS i PO/PSL. Myślę, że będzie dużo transferów, na końcu powstaną całkowicie nowe partie, które będą nam obiecywać, że zrobią wszystko zupełnie inaczej, lewicowcy powiedzą nam, że oddadzą całą władzę w ręce społeczeństwa, a prawicowcy będą nam wmawiać, że całą władzę oddadzą narodowi.

Tak naprawdę będzie znowu tak jak jest, jak w tej piosence. Pojawią się nowi mesjasze polskiej polityki (jeden już jest, drugi zaraz zstąpi na ziemię), których zwolennicy po kolejnej kadencji będą tak samo rozczarowani jak wszyscy dotychczasowi zwolennicy innych mesjaszy. I poszukają sobie innego mesjasza, za którym mogą podążać. Wpływ chrześcijaństwa jest bardzo głęboki w Polsce, on się też udziela ateistom i liberałom.

Co czeka opozycję, czy będzie w stanie się dogadać, jakie są tu możliwe scenariusze?
Patrzmy na moment czysto racjonalnie na rozwój wydarzeń, bez ideologii i moralizowania. Zgodnie z tymi przepisami konstytucji, które PiS jeszcze uznaje, do samorozwiązania parlamentu PiS potrzebuje dwóch trzecich posłów – a więc dużej części opozycji. Nawet przy sprzyjających sondażach nie jest w interesie opozycji, aby się na to zgodzić, bo PiS mógłby je niemal dowolnie manipulować.

Inne opcje to wotum nieufności wobec własnego rządu – bardzo ryzykowne ze względu na kampanię wyborczą potem i na konieczność współdziałania ze strony prezydenta. Można mu dać też pretekst do rozwiązania parlamentu, nie uchwalając budżetu w wymaganym czasie – ale to jest możliwe tylko jesienią. W momencie, kiedy PiS zmierza do wcześniejszych wyborów, opozycja powinna przejąć władzę. Ale ponieważ PiS to wie, to nie powinno nawet dążyć do tego, zwłaszcza obecnie, kiedy nie ma pewności, że ma jeszcze większość. To samo jednak dotyczy też opozycji: nawet po odejściu tych trzech posłów nie ma ona pewności, że wotum nieufności uzyska większość.

Między wnioskiem i głosowaniem musi upłynąć tydzień, podczas którego rząd może kupować sobie dodatkowych posłów. Jeśli wotum nieufności upadnie, rząd będzie miał trzy miesiące spokoju. Czeka nas okres perturbacji – wcześniejszych wyborów raczej nie będzie, ale ponieważ wszyscy będą zakładać, że mogą nastąpić w każdej chwili, to zaczną prowadzić kampanię wyborczą.

To też oznacza, że im bliżej do wyborów, tym więcej Gowin może żądać od opozycji za udział w obaleniu rządu i tworzeniu nowego. W okolicach wiosny 2023 roku – albo przy jakiejkolwiek próbie przeprowadzenia wcześniejszych wyborów – będziemy więc świadkami publicznej licytacji ugrupowania Gowina: kto da więcej, opozycja czy PiS? Jeśli PiS, to Gowin zostanie i wróci po wyborach w barwach PiS do Sejmu, spółek Skarbu Państwa i innych benefitów, jakie w Polsce daje władza państwowa. Jeśli opozycja da więcej, obali z nią rząd. Szkopuł w tym, że w warunkach autorytarnego państwa policyjnego ta licytacja jest trochę nierówna: PiS dysponuje i kijem, i marchewką wobec Gowina, podczas gdy opozycja ma tylko obietnice, które mogą się okazać nic niewarte, jeśli przegra wybory.

Według tej logiki PiS utrzyma się u władzy, Gowin zostaje przy PiS i wspólnie wygrają wybory w 2023 roku?

Tak jest, jeśli zakładamy, że wszyscy zachowują się racjonalnie. Jeśli komuś puszczą nerwy, jeśli PiS zbyt wcześnie i za ostro dociśnie Gowina, jeśli opozycja wtedy wspólnie zaoferuje mu honorowe wyjście z sytuacji, sprawy mogą wyglądać inaczej. Polska polityka nie jest racjonalna. Gdyby nią była, taka oferta miałaby już miejsce rok temu.

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii i opozycja i Unia Europejska i sądownictwo międzynarodowe nie miałoby żadnego powodu, aby podważyć wyroki TK. Teraz mamy taki moment, kiedy znowu wychodzi ten brak racjonalności: PiS mógłby rządzić jeszcze długo, ale ponieważ coraz więcej posłów PiS sądzi, że ten statek zaraz utonie, to opuszczają go.

Każdy wie, że ci, którzy teraz odchodzą, potem będą chwaleni jako ci porządni, odważni, którzy umożliwili odsunięcie PiS od władzy, i będą potem rozliczać tych, którzy wiernie trwali przy prezesie. I nikt nie będzie pytać, jak głosowali w sprawie TK, ustaw sądowniczych, ustawy o IPN czy wyborów kopertowych.

Co afera mailowa ministra Dworczyka mówi nam o polskim państwie?

Niewiele. To, że polskie służby specjalne są głównie zajęte inwigilowaniem i zwalczaniem siebie nawzajem i opozycji, wiemy już od bardzo dawna. Mam wrażenie, że to są takie skrzynki pocztowe, gdzie Amerykanie od czasu do czasu wrzucają wiadomości, kiedy natrafiają na coś, co ma związek z Polską. Wtedy ABW dokonuje spektakularnego zatrzymania i później przed sądem (jeśli rozprawa jest w ogóle jawna) dowiadujemy się, że dowody zostały przekazane przez „zagraniczne źródła”. Kiedy polskie służby mają samodzielnie coś śledzić, to kończy się to jak w przypadku Fundacji Otwarty Dialog.

Dlatego najciekawszym wątkiem tak zwanej afery mailowej jest dla mnie przypuszczenie, że czołowi członkowie obozu rządzącego przenieśli swoje kanały komunikacji z państwowych serwerów do gmail, bo bali się inwigilacji ze strony kolegów. To naprawdę wiele mówi o elitach politycznych, zwłaszcza obecnie rządzących. Państwo na tym tle wygląda całkiem dobrze. Jeśli na moment naśladuję polityków PiS, którzy nieustannie pomstują na Niemcy, ale przy każdej okazji usprawiedliwiają swoje działania porównaniami z Niemcami, to wychodzi mi, że Polska może nie jest drugą Estonią, ale w elektronicznych usługach publicznych jest ona o niebo lepsza niż Niemcy.

Kiedy Niemcy nosili jeszcze papierowe recepty do aptek, w Polsce już dawno mieliśmy e-recepty, a na coś takiego jak e-obywatel i e-pacjent w Niemczech jeszcze czekamy. Niemcy obecnie muszą 10 mln szczepień wprowadzić ręcznie do unijnego systemu zaświadczeń, Polska robiła to automatycznie od pierwszej fali szczepień. Z tej perspektywy nie ma powodu, aby nie ufać polskiemu e-państwu. Natomiast zgadzam się: zaufania wśród elit politycznych, i to nawet tego samego obozu władzy, nie ma ani krzty.

Co może zmienić powrót Tuska dla PO i dla całej opozycji?

Może wprowadzić kogoś do polityki polskiej, który będzie w stanie – ze względu na swoja reputację i doświadczenie – lepiej koordynować działania przynajmniej części opozycji. W przeciwieństwie do innych liderów partii Tusk nic nie musi udowodnić. On już wszystko osiągnął, co polski polityk może osiągnąć, dlatego jedni tak mu zazdroszczą, a inni widzą w nim mesjasza. Łatwiej mu będzie pójść na ustępstwa wobec innych partii i innych polityków. On nie musi się przy każdej decyzji zastanawiać, czy ona pozwala mu zachować twarz, umocni swoja pozycję i jak wpłynie na jego przyszłą karierę. Większej kariery niż ma za sobą już nie zrobi tak czy owak.

Dlaczego lewica bardziej atakuje KO i Tuska niż PiS, czy możliwa jest stała, cykliczna współpraca lewicy z PiS?

Na lewicy jest dużo ludzi, którzy mylą systematyczne zastąpienie usług publicznych transferami gotówkowymi z polityką prospołeczną, i nie interesuje ich to, że taka polityka pogłębia nierówności, osłabia zaufanie do państwa i zbliża nas do modelu Stanów Zjednoczonych. Tam każdy sam jest kowalem swojego losu i nie liczy na państwo, bo wie, że nie ma na co liczyć. Za to płaci niskie podatki. W Polsce zbliżamy się do tego, z tą różnicą, że płacimy wysokie podatki, które państwo nam potem zwraca w gotówce, aby kupować naszą lojalność.

Dlaczego dla lewicy ważniejsze są postulaty socjalne niż praworządność?

Praworządność, niezależność sądownictwa od rządzących i od parlamentu ograniczają pole manewru władzy, każdej władzy. Żadna władza tego nie lubi, czy to jest władza lewicowa jak w Wenezueli, prawicowa jak w Polsce i na Węgrzech, taka postkomunistyczna hybryda jak na Białorusi czy religijna jak w Turcji. To jest poniekąd naturalne, politycy poddają się rygorom praworządności nie dlatego, że są tacy wspaniali i demokratyczni (i Orbán i Erdogan kiedyś byli wspaniali i demokratyczni), lecz dlatego, że inne instytucje, obywatele, organizacje społeczne, ustrój państwa ich do tego zmuszają. O tym, jak mało demokratyczna opozycja jest przywiązana do praworządności, dowiemy się, kiedy zdobędzie większość i wtedy PO skieruje ostrzał tego post-PiS-owskiego państwa policyjnego przeciwko PiS, a lewica stanie przed dylematem, czy uczestniczyć w odbudowie TK, który potem zablokuje liberalizację aborcji…

Czy wybory w 2023 roku to będzie mecz o wszystko?

To będzie mecz o to, która ekipa będzie rządzić autorytarnym państwem policyjnym, które zbudowało PiS. Czy to państwo będzie trochę bardziej pluralistyczne niż obecnie, czy – jeśli PiS zostanie – o wiele mniej pluralistyczne niż obecnie.

PiS od lat podąża drogą węgierską, jak idzie wprowadzanie Budapesztu w Warszawie?

O wiele gorzej. Orbán na początku swoich rządów miał stabilne większości, nie musiał pogwałcić konstytucji, mógł ją po prostu zmienić legalnie. PiS nigdy nie miał i nie ma większości ani wśród Polaków, ani wśród wyborców, jedynie ma słabnącą większość w Sejmie i przyjaznego prezydenta. W dodatku – i to też inaczej niż na Węgrzech – polityka PiS jest kontrproduktywna nawet dla tych celów, które PiS samo sobie stawia.

PiS atakuje uchodźców i ludzi LGBT, ale poparcie Polaków dla nich wzrasta. PiS „stanowczo i z przytupem” przeciwstawia się w Brukseli imigracji, ale obniża wiek emerytalny, wypycha kobiety z rynku pracy i – dzięki likwidacji usług publicznych i zaostrzeniu aborcji – obniża gotowość kobiet do rodzenia dzieci. Z tego powodu Polska jest tylko zdana na imigrację, aby wyrównać deficyt pracowników na rynku pracy i deficyt systemu emerytalnego. Nawet Putin zrozumiał tę logikę i podwyższył wiek emerytalny.

W Krajowym Planie Odbudowy jest taki zabawny akapit, proszący UE o to, aby to ona zapłaciła za aktywizację emerytów i rencistów, aby oni broń Boże nie korzystali z niskiego wieku emerytalnego. Dzięki polityce ostatnich sześciu lat sądy międzynarodowe wyręczają polskie sądy, Komisja Europejska, rząd Stanów Zjednoczonych i nawet rząd Izraela zajmują się szczegółami ustawodawstwa w Polsce, dzięki rekordowemu zadłużeniu państwa międzynarodowe rynki finansowe decydują o finansach publicznych w Polsce, a tu polski rząd uprzejmie prosi tę znienawidzoną UE o to, aby rozwiązała problem, który on sam stworzył.

Klasa średnia: fikcja i statystyczna, i ideologiczna

Odpowiednie dać rzeczy lewicowe słowo

Klasa średnia znów znalazła się na języku medialnego komentariatu. Powstała kałuża łez po tym, jak PiS w Krajowym Planie Odbudowy  koryguje system podatkowy, by potrząsnąć trochę kiesą lepiej sytuowanych. Politycy przypominają teraz, że jej dziełem jest ”sukces transformacji” (poseł M. Wypij), a nawet dzięki niej amerykański Manifest Destiny przyoblekł się w światowe imperium (J. Biden). „Klasa średnia” to nazwa wora, do którego wpada konglomerat klas i stanów społecznych.  Chętnie posługuje się tym określeniem  popsocjologia, a także politycy i publicyści. Dlaczego?  Służy im do tego, by ukryć niewygodne fakty. A te fakty to duże różnice w dochodach, władzy, prestiżu między ludźmi. Nie budzą one zawiści, kiedy stoi za nimi praca i jej efektywność jako równe dla wszystkich kryterium dostępu do dóbr społecznych. Oburzenie budzi natomiast uwłaszczanie się na wspólnym majątku dzięki kontaktom partyjnym, towarzyskim, wykorzystywaniu luk prawnych, słowem, bogactwo materialne przedsiębiorczych inaczej, których lista jest coraz dłuższa.

Dlatego trzeba przypomnieć elementarną wiedzę o zróżnicowaniu społecznym. Taki precyzyjny opis struktury każdego społeczeństwa umożliwia aparat teoretyczny tworzony przez lata przez wybitnych socjologów poznańskich Stanisława Kozyr-Kowalskiego i Jacka Tittenbruna. 

Ogólnie, udział jednostki w puli wytworzonego bogactwa zależy od jej pozycji  w społecznym podziale pracy, a także w podziale własności materialnych i intelektualnych środków produkcji dóbr. Są to dwa systemy zdobywania środków egzystencji biospołecznej: praca i własność, czyli posiadanie względnie niezależnych od pracy czynników gospodarowania. W ten sposób powstaje materialne bogactwo zarówno całych narodów, jak i poszczególnych jednostek.  

Ludzie zajmujący zbliżoną pozycję w systemie własności ekonomicznej i jakości siły roboczej („kapitału ludzkiego”, ergodynamis) tworzą wielkie klasy społeczne – kasy właścicieli kapitału pieniężnego, przemysłowego, handlowego, klasy i stany menedżerów i specjalistów, klasy i stany pracownicze. 

W odróżnieniu od kryterium jakości pracy i własności, klasę średnią wyodrębnia arbitralne kryterium finansowe, zwykle przedział 75-200 proc. krajowej mediany dochodów. To kryterium stosuje OECD. W Polsce należy do klasy średniej około 11-12 milionów w wieku 24-64 lat. Ogólnie, członków klasy średniej wyróżniają wyższe kwalifikacje, zwykle potwierdzone dyplomami wyższych uczelni. Są to w 85. procentach  pracownicy najemni. Przybliżonym wskaźnikiem ich pozycji może być zdolność kredytowa, skoro 70 proc. Europejczyków zaciągnęło kredyty, głównie hipoteczne. To kryterium proponował swego czasu Krzysztof  Gawkowski.   Sprawa się komplikuje, kiedy weźmiemy pod uwagę rolę, jaką poszczególne klasy i stany pełnią we wspólnocie życia i pracy: czy przyczyniają się do jej rozwoju, czy przeciwnie – gratisowo korzystają z jej dorobku. Kiedy weźmiemy pod uwagę rolę jednostek w gospodarce i pozostałych instytucjach życia społecznego – wtedy mamy mozaikę klas i stanów. Rozpada się wówczas obraz wielkiej rodziny Polaków – dumnego narodu cywilizacji łacińskiej. 

W obrębie klasy średniej szczególną pozycję zajmuje klasa menedżerska, zawłaszcza zatrudniona w zagranicznych korporacjach. Wyróżnia ją to, że  na ogół jej członkowie nie są właścicielami materialnych i intelektualnych warunków (czynników) produkcji. Jednak menedżer nie tylko pełni funkcje pośrednio produkcyjną, zarządczą, często posiada też kapitał pieniężny w postaci grubego portfela akcji macierzystej firmy bądź firm notowanych na giełdzie. To top menedżment, kierujący współczesnymi korporacjami przemysłowymi, bankami, funduszami inwestycyjnymi. Jedni z nich pracują w spółkach skarbu państwa, z epizodami pracy w bankach, w zagranicznych korporacjach. Premier Mazowiecki i prezes Obajtek mogą być modelowymi  reprezentantami. Tworzą oni poligarchię – kumulują majątki, dyspozycje władcze w systemie gospodarki, w instytucjach pozagospodarczych. To w ich interesie pisowskie państwo uprawia nacjonalizm gospodarczy, by z jednej strony ograniczyć konkurencję zagranicznego kapitału w strategicznych branżach, a z drugiej chronić bieda-firmy polskiego biznesu.

Menedżerów wspiera drużyna specjalistów – prawnicy, spece reklamy i marketingu, maklerzy, pracownicy naukowo-badawczy, księgowi, planiści, inżynierowie kontrolujący pracę robotów, konserwatorzy,  twórcy programów komputerowych. To polscy working rich, 15-17 proc, najlepiej sytuowanych. Przejmują w Polsce 40 proc. dochodu narodowego (Th. Blanchet, L. Chancel, A. Gethin,WID, World Working Paper No 2019/06). Ponad 23 tys. osób osiąga dochód powyżej 1 mln zł brutto co miesiąc. Zwykle zmieniają status, stają się samozatrudnionymi jednoosobowymi firmami-agentami. To ich uszczęśliwił Leszek Miller 19% podatkiem liniowym. Pełnią kulturotwórczą rolę przewodników stylu konsumpcji, w ich ślady chcą podążać absolwenci uczelni wyższych, zwłaszcza SGH, cieszą się, kiedy firma rzuci ich na odpowiedzialne odcinki do innych krajów. Stają się nabywcami dóbr luksusowych – zegarków Cartiera, torebek Luisa Vuittona, prywatnych samolotów,  jachtów z pływającymi plażami. To polska klasa kompradorska – korzysta z nadwyżek osiąganych przez zagraniczne filie korporacji, które eksploatują tanią pracę rodzimych podwykonawców i poddostawców,  korzystają z polskiego dużego wewnętrznego rynku, z optymalizacji podatkowej. Mogą się wykazać w sektorze bankowym, w którym udział zagranicznego kapitału sięga 60 proc., kiedy w innych krajach rzadko przekracza 10-20%. Pomogli opanować zagranicznym korporacjom handel wielkopowierzchniowy kosztem małych rodzimych firm. Dzięki optymalizacji podatkowej, w której osiągają mistrzostwo, 3 proc. polskiego PKB trafia do macierzystych siedzib korporacji w postaci zysków, sami zaś mogą grać w giełdowym kasynie na małą polską miarę (0,35% światowych przepływów kapitałowych). To pogardzany przez prowincję  warszawski salon, do którego wpuszczają smakosze demokracji liberalnej. Całkiem zasłużeni Neoeuropejczycy – oddali sektor finansowy zagranicznym gościom, by znaleźć w nim zatrudnienie, prywatyzowali emerytury, osłabili warunki pracy i płacy polskiego pracownika, sprywatyzowali ponad 600 przedsiębiorstw zbudowanych przez PRL, często za równowartość działek budowlanych. W istocie, ich dziełem jest powrót Polski do historycznej normalności, tj. statusu peryferii w systemie globalnego kapitalizmu. Co ciekawe, to ich wsparła rządowa pomoc podczas pandemii w przeciwieństwie do prekariuszy. Tych potraktowano po macoszemu. Mając duże dochody płacowe i majątki dokonują recesji ze wspólnoty życia i pracy. Potrzebne usługi zdrowotne dla siebie czy edukacyjne dla dzieci kupują na rynku prywatnym, nie chcą płacić podatków. Ich polityczną reprezentacją jest PO, w mniejszym stopniu Konfederacja. W ostatnich wyborach samorządowych na ówczesną Koalicję Obywatelską głosowało 37 proc. właścicieli firm (na PiS 21), wśród wyborców z wykształceniem wyższym było to 33,5 proc. głosów, PiS poparło 23 proc.

Współczesnym odpowiednikiem robotnika fabrycznego stał się office proletariat. To pracownicy sektora usług dla korporacji w stolicy, w Krakowie , we Wrocławiu – w polskich centrach obsługi biznesowej. Ich liczba sięga 300 tys. To pracownicy z wyższym wykształceniem, ze znajomością języków obcych, znający kulturę organizacyjną. Wypełniają rubryki exela, formularze sprawozdań, wysłuchują reklamacji. To odpowiednik dawnych pracowników fabrycznych, tyle że rękami uderzają w komputerowe klawiatury, męczą oczy śledząc szare szeregi cyferek, boli ich kręgosłup, a dobija monotonia pracy pod nadzorem korporacyjnego kapo. Poświęcił im ostatnią swoją książkę antropolog David Greaber („Praca bez sensu”). Znajdziemy tu także pozarobotnicze klasy pracowników najemnych zatrudnionych w handlu, w finansach, w usługach czy biurach. Są tu także bezpośredni nadzorcy pracy produkcyjnej jak brygadziści, majstrowie.

I wreszcie eksponowanym komponentem umownej klasy średniej są stany wyższego wykształcenia, specjaliści wykonujący pracę pozaprodukcyjną: lekarze, nauczyciele, prawnicy, urzędnicy, piastujący kierownicze stanowiska w wojsku, policji, służbie zdrowia, edukacji. Należą tu też ludzie władzy politycznej i pracy duchowej: politycy, duchowni, uczeni, dziennikarze, artyści. Są tu też pracownicy najemni zatrudnieni w instytucjach pozagospodarczych:  pracownicy biurowi, pracownicy centralnej i lokalnej administracji rządowej, samorządowej na średnich szczeblach zarządzania. To sfera budżetowa żyjąca z wtórnego podziału dochodu narodowego. 

Komercjalizacja sektora usług publicznych, zwłaszcza ochrony zdrowia i edukacji, pozwala specjalistom łączyć pracę w sektorze publicznym z pracą w firmach prywatnych. Mogą łączyć pozycję właściciela czy współwłaściciela firmy prywatnej z pracą najemną w sektorze publicznym (np. sprywatyzowane usługi dentystyczne). Udział funduszy prywatnych w całości nakładów na służbę zdrowia wynosi prawie 30 proc., co plasuje nas w europejskiej czołówce (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 102/2021).

Pozostaje jeszcze stara klasa średnia: farmerzy, rzemieślnicy, właściciele rodzinnych firm handlowych czy usługowych (restauratorzy, branża fitness, biura rachunkowe). To drobni i średni przedsiębiorcy kapitalistyczni, posiadacze środków pracy, które obsługują własną pracą, wspartą pracownikami na niestabilnych warunkach zatrudnienia, często w szarej strefie. Znajdujemy tu też drobnicę poddostawców i podwykonawców, wolnych strzelców (informatycy, influenserzy, doradcy podatkowi).  Natomiast polscy kapitaliści przemysłowi okupują końcowe ogniwa łańcuchów produkcji o małej wartości dodanej: papier toaletowy, meble, standardowe profile okienne. Potrafili tylko stworzyć centrum logistyki dla zagranicznych firm, w następstwie kolejną polską specjalność: usługi transportowe.

Wniosek ogólny potwierdza obraz kapitalizmu, jaki naszkicował w swoich dziełach wielki francuski badacz społeczny Fernand Braudel. Realny kapitalizm  to piramida bogactwa i władzy. Na jej szczycie znajdują się zawsze wielcy posiadacze kapitału pieniężnego, operujący na różnych polach akumulacji – kiedyś John Law, dziś  Elon Musk czy Jeff Bezos. Szeroką podstawę tej piramidy tworzy plankton drobnych producentów. Tu konkurują ze sobą podwykonawcy i poddostawcy globalnych firm. Tu jest Polska.

Co to znaczy dla lewicy? Lewica powinna tworzyć sojusz z klasami specjalistów zatrudnionych w sektorze publicznym (nauczyciele, służba zdrowia, urzędnicy). Ich standard  życia zależy i od dochodów płacowych, i od poziomu usług publicznych, podobnie jak klas pracowniczych o niższych kwalifikacjach. Wszyscy oni uzyskują korzyści i w formie płacy (pocket money),  i w formie konsumpcji zbiorowej.  To w istocie płaca pośrednia. W tym celu muszą istnieć i funkcjonować sprawne, efektywne publiczne systemy ochrony zdrowia, edukacji, domy kultury, stabilne systemy zabezpieczenia społecznego, publiczny system komunikacji, odpowiedniej jakości powietrze i tereny zielone, dostęp do szerokopasmowego internetu – jak w krajach skandynawskich, Niemczech, Kanadzie, Korei Południowej. By to było możliwe, musi istnieć progresywny, sprawiedliwy system podatkowy oraz sprawny aparat państwa. Badania różnych modeli polityki społecznej wykazują, że ważnym warunkiem jej efektywności jest bezpłatność oraz uniwersalność świadczeń. Jest tak, że „gdzie prowadzenie tych polityk zastępuje się działalnością przedsiębiorstw nastawionych na zysk, mamy edukację dla bogatych i edukację dla biednych, opiekę zdrowotną  dla bogatych i opiekę zdrowotną dla biednych, ze wszystkimi  napięciami i stratami dla produktywności systemowej, które z tego wynikają” (L. Dowbor, Poza kapitalizm, KiP 2020). Najlepszy przykład to  najmniej efektywny system opieki zdrowotnej w krajach rozwiniętych,  jakim jest system amerykański, kosztujący 17 proc. PKB. Tym samym pozarobotniczy pracownicy sfery budżetowej powinni być zainteresowani reformą systemu podatkowego, opodatkowaniem korporacji, uspołecznianiem firm za sprawą zwiększania udziału w ich zyskach przez podatki. By zaś uniknąć wyścigu do dna w podatkach czy elastycznych warunkach zatrudnienia – zmiany te powinny mieć charakter globalny.   

W sukurs przychodzi prezydent Biden – w końcu Ameryka causa. Ostatnio do agendy wrócił za sprawą prezydenta USA postulat likwidacji rajów podatkowych i globalnego CIT na poziomie 21 proc. dla firm o dochodzie powyżej 20 mld dolarów. Ten warunek spełniają prawie wszystkie tzw. korporacje technologiczne w rodzaju Amazona, Facebooka czy Google`a. Nadwiślańscy liberałowie i narodowa prawica mają o czym myśleć. Zostali osieroceni. Na początek musieli szybo zrewidować swój stosunek do projektu Nordstream 2. Nagle stał się tym, czym był od początku – ważnym dla zachodniego sąsiada szlakiem zaopatrzenia w gaz w związku z rozwojem energetyki krajowej wykorzystującej to paliwo. Mniej o jedną fobię wobec Rosji. Lewica powinna skorzystać ze sprzyjającej koniunktury międzynarodowej, którą tworzy fiasko neoliberalnego urządzenia społeczeństwa i globalnej gospodarki. Swój program powinna zaadresować nie tylko do klas i stanów pracowniczych, ale też odwołać się do wspólnego interesu całego społeczeństwa. Kapitalizm, podporządkowany logice zysku, dociera do ekologicznych granic. Wymaga radykalnej przebudowy mechanizmów sterowania, by zastopować  kryzys planetarny. W tej sytuacji klasy i stany pracownicze  o różnej jakości „kapitału ludzkiego” mogą stać się sojusznikami partii lewicowych. Według Exit Polls  po wyborach 2019, 31% głosujących na lewicę albo zajmowało kierownicze stanowiska, albo to byli specjaliści. Blisko 2/3 wśród nich to mieszkańcy dużych miast. Popierają oni wolnościowe postulaty, ale lekceważą socjalne – jakby mieli zablokowany dostęp do wiedzy o realnym kapitalizmie. Dostęp blokują dyżurni ekonomiści kraju, lekcje przedsiębiorczości, uśmiechnięte reklamy, eliminowanie lewicowej perspektywy w popularnych mediach. Stąd niechęć do 500+, do rozszerzania państwa socjalnego – mimo braku  mieszkań, największego w Europie prekariatu, emigracji zarobkowej, niskich kosztów pracy. Według Eurostatu w r. 2017 r. za godzinę  pracy polskiego pracownika wystarczyło zapłacić  9,4 euro,  w Szwecji 38,3 euro. Jest jeszcze gorzej, kiedy weźmiemy pod uwagę aktualne badania postaw i wyobrażeń polskiego społeczeństwa. Całkowity triumf narracji liberałów o cudach wolnego rynku i merytokracji! O sukcesie życiowym decyduje najpierw ambicja (20 proc.), potem ciężka praca (15 proc). Dopiero dalej, z kilkunastoprocentowymi wskazaniami, fortuna i wiara w wykształcenie (raport Klasa średnia w Polsce, Polski Instytut Ekonomiczny 2019). Co najgorsze, tyko 4 proc wskazuje na pozycję i zasoby finansowe rodziny jako źródło sukcesu. To klapa ideologiczna, do której przyłożył się bezklasowy język opisu rynkowego społeczeństwa. Językiem tym operuje przecież nowoczesna, progresywna lewica, czekająca na przepustki od bramkarzy stołecznego salonu.

Dlatego dla partii lewicowych zbliżenia z nadwiślańskimi liberałami POPiSu mają charakter sadomasochistyczny. By nie stały się pocałunkiem śmierci politycznej, trzeba precyzyjnie oddzielić taktykę od strategii, a ta się nie zmienia: „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Socjaldemokracja – nadzieja w predystrybucji?

Niedawno ukazał się w prasie wywiad z Marianą Mazzucato, włoską profesorką, uważaną za jedną z czołowych ekonomistek świata. Uczona odnosi się do spraw odnowy gospodarek po pandemii, i do działań (a raczej ich braku) wychodzących naprzeciw wyzwaniom klimatycznym, społecznym, oraz do sposobów wykorzystania w tym zakresie Funduszu Odbudowy UE.

Jest to odniesienie generalnie krytyczne wobec rządów i polityków, w tym wobec zaangażowania oraz roli lewicy w tej kwestii:
„Lewica stała się leniwa intelektualnie. To dotyczy zarówno Ameryki Łacińskiej, jak i Europy… Cały dyskurs skupia się na redystrybucji. Nie ma prawdziwej, sugestywnej, powszechnej narracji, która by wyjaśniła skąd bierze się bogactwo. Ja coraz bardziej wierzę w potrzebę dyskusji o predystrybucji. Jak moglibyśmy stworzyć lepszą, większą wartość w inny sposób, zamiast zbierać resztki ze stołu kapitalizmu…? Oczywiście potrzebujemy progresywnej polityki fiskalnej, aby dokonywać sensownej redystrybucji, ale postępowa agenda musi się skupić również na tworzeniu bogactwa. Jeśli skupimy się tylko na redystrybucji, to wkrótce nie będzie czego redystrybuować.”

Powyższa ocena zdaje się potwierdzać, iż zagadnienie redystrybucji/ predystrybucji powinno się dziś stawać jednym z istotnych tematów socjaldemokracji, a przyjęcie dobrych w tej sprawie rozwiązań – lekiem na słabą pozycję lewicy na politycznej scenie Europy, Polski, której najbardziej dramatycznym następstwem jest wzrost prawicy, w tym skrajnej, i wielorakie polityczno-społeczne tego implikacje.

Winę za ów dramatyczny dla społeczeństwa/człowieka/przyrody stan ponosi między innymi: ideowo-programowy zastój lewicy, bierność w poszukiwaniu i formułowaniu nowych idei oraz niezdolność do wyjścia naprzeciw coraz to nowym wyzwaniom ze strony kapitału. Jeśli socjaldemokracja będzie dalej uparcie trwać tylko przy swoich, tradycyjnych kanonach i postulatach, nie może liczyć na odrodzenie i wzrost poparcia. Formacja musi się zdobyć w zakresie ideowo-programowym, w sferze ekonomiczno- społecznej, na przekroczenie ram klasycznej myśli socjaldemokratycznej. Doszła, bowiem do punktu, w którym musi odpowiedzieć sobie na pytania, czy z obecnym kapitalizmem powinno być jej dalej po drodze? Lub/i, czy za pomocą swoich tradycyjnych zasad i narzędzi, będzie w stanie zwalczyć bardzo negatywne, społeczne skutki aktualnej formuły tego systemu?

Konieczność takiej refleksji wynika z obecnego stanu kondycji socjaldemokracji. Gdy za jej kryterium przyjąć znaczenie formacji na scenach politycznych Europy (skalę uczestnictwa w rządzeniu), można tę kondycję określić, jako wyraźnie słabnącą. Ocena ta staje się jednak jeszcze bardziej surowa, gdy za wskaźnik posłuży kwestia nie tyle formalna (stopień partycypacji we władzy), ile problem stanowiący sens istnienia formacji: jak w ostatnich dekadach udawało się jej strukturalne cywilizowanie systemu, zapobieganie przepaściom społeczno- ekonomicznymi, walka z dewastacją środowiska naturalnego?

Nie był to dobry czas socjaldemokracji. Ustępstwa wobec kapitału (korporacji), odchodzenie od idei i praktyki państwa dobrobytu, na rzecz trzeciej drogi itp., wpływały/ wpływają na bardzo niekorzystne dla lewicy decyzje wyborcze obywateli, na przenoszenie ich poparcia na prawicę, nierzadko skrajną.

W wyniku splotu tych i innych jeszcze czynników, i osłabieniu pozycji, przed formacją staje zadanie, określenia „jakby na nowo” swojej roli i miejsca w obecnej sytuacji społeczno-politycznej, określenia stosunku do obecnego etapu kapitalizmu, i przede wszystkim do aspiracji i dążeń mas ludowych.

Biorąc pod uwagę te uwarunkowania oraz wynikające z nich imperatywy, warto by było, aby polska lewica w okresie tworzenia nowej jakości organizacyjnej, a wkrótce i programowej, uwzględniła także – jako swoisty wkład ideowy do nowej formacji lewicy – sugerowane niżej, choć zapewne nietypowe z punktu widzenia klasycznej socjaldemokracji, rozważenie problemu redystrybucji/ predystrybucji.

Mianowicie, jeśli główna, choć w uproszczony sposób tu nakreślana myśl socjaldemokracji (w sferze społeczno-ekonomicznej) sprowadza się do trzech punktów: tak – dla gospodarki rynkowej; tak – dla własności prywatnej; nie – dla biedy oraz nadmiernych różnic egzystencjalnych pomiędzy ludźmi (dot. ich bytu materialnego, kulturowego), poniższe propozycje – nie naruszając tych kanonów, i również zawierając się w pewnej triadzie – idą dalej. Zatem: tak – dla rynku; tak – dla własności prywatnej; ale, nie – dla własnościowego rozwarstwienia (w zakresie własności środków produkcji: wytwórczych, usługowych, finansowych, intelektualnych, technologicznych/SI) pomiędzy członkami społeczeństwa.
Za punkt wyjścia do wyartykułowania, i uzasadnienia tezy wiodącej tych refleksji (nie, dla rażących różnic własnościowych; tak, dla sprawiedliwych, wyrównanych stosunków oraz struktury własności), przyjmijmy podstawowy kanon myśli socjaldemokratycznej, zasadę powiększonej redystrybucji dóbr (obecnie: produktu krajowego brutto – PKB, w przyszłości będą to prawdopodobnie inne parametry).

Powiększona redystrybucja PKB/ dóbr, jest wyróżnikiem, swego rodzaju znakiem socjaldemokracji, odróżniającym ją od innych kierunków polityczno-ideowych. Wszakże, pod społecznym ciśnieniem, także opcje centrowe, centro-prawicowe zaczynają coraz częściej sięgać po jej instrumenty.

W tym kontekście redystrybucja to nic innego, jak – w pewnym uproszczeniu – przeniesienie (przez państwo) części wytworzonych dóbr, środków (PKB) od ludzi, grup, klas, posiadających ich dużo lub więcej, do ludzi, grup, klas uboższych. Taka redystrybucja spełnia pewną rolę socjalno-ekonomiczną – zapewnia minimum egzystencjalne ludziom biednym; i moralną – zapewnia jakieś minimum godności.

Panowały i panują opinie wygłaszane w szczególności przez neoliberalnych, prawicowych adwersarzy socjaldemokracji, że zwiększona redystrybucja powoduje obniżanie tempa rozwoju, wydajności pracy i efektywności gospodarowania. Iż socjaldemokracja, przesuwając powiększoną część wytworzonego produktu na spożycie, psuje gospodarkę, którą później oni (prawica, neoliberałowie) muszą naprawiać. Wprawdzie obecna sytuacja wybija chwilowo z rąk wymienionych sił powyższe argumenty, to jednak nie usuwa rzeczywiście ważnej dla socjaldemokratycznej lewicy kwestii, w wymiarze długofalowym. Mianowicie, czy jest możliwa realizacja powiększonej redystrybucji tak, by nie obniżała skali postępu (rozwoju), przeciwnie, aby go stymulowała? A jeżeli jest możliwa, to, na czym by mogła polegać?

Konieczność reinterpretacji przez socjaldemokratyczną lewicę, sposobu rozwiązywania tego dylematu wynika z przebiegu i skutków procesów polityczno- społecznych zachodzących w ostatnich dekadach XX i pierwszych dekadach XXI wieku, pogarszających najogólniejsze warunki funkcjonowania takich kierunków ideowo-politycznych, jak socjaldemokracja. Spośród tych założeń, idzie między innymi, o jej stosunki z kapitałem, który klasyczne jej postulaty, o sprawiedliwszy podział dóbr, kwituje tezami: o potrzebie oszczędzania; groźbami przeniesienia produkcji w rejony świata, gdzie koszty są mniejsze.

Ale, są też oczywiście i okoliczności obiektywne. Idzie o to, iż burzliwy rozwój nauki i technologii/SI powoduje, w procesach pracy, coraz powszechniejsze zastępowanie ludzi maszynami, a tym samym wzrost bezrobocia strukturalnego, które to z kolei przyczynia się do narastającego marginalizowania klasy pracowników najemnych, stanowiącej tradycyjny elektorat socjaldemokracji.

Wymienione wyżej, lecz i inne jeszcze uwarunkowania sprawiają, iż socjaldemokracja, jeśli zamierza realizować swoje wartości i cele, powinna – w odpowiedzi na owe uwarunkowania, oraz na wyzwania wynikające z aktualnych (kryzys pandemiczny, postpandemiczny), oraz fundamentalnych procesów i zjawisk polityczno-ekonomicznych obecnej doby (z jednej strony – z dominacji obecnej formy ustroju, ale z drugiej, ze strukturalnego kryzysu tej formy) – inaczej niż dotychczas potraktować swe klasyczne kanony, instrumenty, mechanizmy, działania. Do nich należy również dziedzina redystrybucji PKB.

Uwzględniając to wyzwanie, i poszukiwanie sposobów działań wychodzących mu naprzeciw, można dokonać pewnego podziału (klasyfikacji) zagadnienia redystrybucji. Można podzielić ją (w umowny sposób) na aktywną i pasywną. Ściślej zaś, idzie oczywiście o podział dóbr (środków) podlegających redystrybucji, których charakter można by określić, jako właśnie pasywny lub aktywny.

Redystrybucja pasywna to ta jej część, która w swoim głównym wymiarze nie wpływa bezpośrednio na pobudzanie rozwoju gospodarczego (są to, m.in. nakłady na usługi społeczne, edukację, ochronę zdrowia, kulturę, na świadczenia zapewniające klasom i warstwom uboższym podstawy egzystencji).

Redystrybucja aktywna to ta z kolei jej część, albo, te rodzaje przesuwanych środków, które będą pobudzać postęp, rozwój społeczno-ekonomiczny. Zaliczamy tutaj nakłady na naukę, inwestowanie w innowacje, w ekologię, ale również i w edukację.

Ale, na sprawę redystrybucji można spojrzeć jeszcze inaczej (niż według klucza aktywna – pasywna). Można ją rozumieć tak jak dziś, jako bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział wytworzonych dóbr, lecz można także zacząć rozumieć zagadnienie redystrybucji po nowemu, za czym optuję, jako bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział, również czynników i możliwości tworzenia dóbr. Nie trzeba dodawać, że zrównoważony (sprawiedliwszy) podział czynników tworzenia dóbr powinien pociągać za sobą niejako automatycznie, zrównoważony, sprawiedliwszy podział dóbr wytworzonych.

Jest sprawą oczywistą, iż – gdy redystrybucję potraktujemy, jako czynnik mający pobudzać też postęp ekologiczny, ekonomiczny – taką, stymulującą funkcję bardziej wypełni redystrybucja aktywna, oraz redystrybucja czynników tworzenia, niż redystrybucja dóbr konsumpcyjnych i pasywna. Jeżeli, zatem założyć jak wyżej (że redystrybucja ma również stymulować rozwój, oraz, że tę rolę wypełni raczej redystrybucja czynników tworzenia dóbr, a nie podział samych dóbr), to muszą się również nasunąć pytania: o redystrybucji jakich to czynników tu myślimy, lub, redystrybucję, jakich to czynników, dla zdobycia celu należy powiększać? A zatem, jakie w ogóle mamy czynniki rozwoju, postępu, wzrostu?

Dwa podstawowe to praca i kapitał. Dziś dochodzi trzeci czynnik: informacja, wiedza, technologia/SI (sztuczna inteligencja), nauka. One zawsze były czynnikami rozwoju, ale teraz ich znaczenie staje się szczególne w związku z wyższym etapem ich rozwoju. Lecz, czy nauka, wiedza itd., są samoistnymi i autonomicznymi czynnikami rozwoju? Wydaje się, iż są raczej „nową formą kapitału”, i „nową formą pracy”, nie zaś bytem samoistnym. Ale to jest temat do poruszenia przy innych okazjach.

Jeśli, więc mówimy o stymulującej rozwój i postęp roli redystrybucji, i widzimy możliwość realizacji tego zadania poprzez bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział czynników tworzenia, to siłą rzeczy musimy mieć na myśli powiększoną redystrybucję również pracy, która jest jednym z owych podstawowych czynników rozwoju. Na przykład: dzielenie się pracą, poprzez skracanie czasu (dnia, tygodnia) pracy. Lecz sprawa nie jest prosta. Bo w wyniku dynamicznego postępu nauki, technologii (komputeryzacji, robotyzacji, informatyzacji), pracy nie będzie przybywać, lecz przeciwnie – ubywać. Są w tej kwestii znane opracowania: o społeczeństwie1/5; 20 plus 80 i inne. Czy to oznacza, iż należy rezygnować, w bieżącej i średniookresowej działalności z poszukiwań możliwości sprawiedliwszego dzielenia czynnika/czasu pracy, na przykład poprzez skracanie dnia, tygodnia pracy? Oczywiście nie!

Jeśli jednak patrzeć perspektywicznie i respektować założenie, iż redystrybucja winna pobudzać, a nie hamować rozwój/postęp ekonomiczny, społeczny, ekologiczny, kulturowy, konieczne jest rozważenie problemu, zwiększonej redystrybucji innych niż praca czynników twórczych. Innych, zatem czynnika kapitału, a dokładniej – własności. Własności wytwórczej, usługowej, naukowej, finansowej, wiedzy i technologii, intelektualnej, SI, jak i również redystrybucji zasobów edukacji, kultury, zdrowia itp.

Sposobem na to są działania przebudowujące stosunki i strukturę społeczną, a w tym własnościową, w kierunku uspołeczniania własności, łączenia (syntezy) pracy i własności środków produkcji – między innymi poprzez – rozwijanie własności pracowniczej, spółdzielczej. Bardziej konkretne propozycje, dotyczące już praktycznej realizacji tych zagadnień – przebudowy stosunków i struktury społecznej/ własności zawiera opracowanie będące podstawą do napisania niniejszego tekstu.