Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej

Ponad trzydzieści lat od wielkiej zmiany ustrojowej, którą były zamknięcie okresu Polski Ludowej i budowa demokratycznej Rzeczpospolitej (nazwanej później trzecią przez odwołanie do historii sprzed rozbiorów i z lat międzywojennych), wyraźne stało się, że o kierunku zmian politycznych w naszym kraju zdecyduje nowe pokolenie – pokolenie wyrosłe już w nowych warunkach ustrojowych. Pokolenie to różni się bardzo wyraźnie od pokoleń starszych. Bez zrozumienia tej różnicy nie uda się nikomu wygrać walki o przyszłość Polski.

Używam tu pojęcia „pokolenie” w znaczeniu socjologicznym, które do nauki wprowadził niemiecki socjolog Helmut Schelsky (1912-1984) w swej głośnej książce o „sceptycznym pokoleniu” powojennych Niemiec („Die skeptische Generation”, 1957) . Pokoleniem w tym rozumieniu jest taka kategoria wiekowa, którą łączy wspólne, traumatyczne wydarzenie historyczne. Ludzie należący do tego samego pokolenia mogą w rozmaity sposób przeżywać to wspólne doświadczenie, ale niezależnie od takich różnic łączy ich właśnie to, że ich polityczne orientacje uformowały się pod jego wpływem.

W pokoleniach wcześniejszych takimi przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były wojny i dramatyczne przełomy polityczne. Dla Polaków urodzonych na początku dwudziestego wieku były to pierwsza wojna światowa, odrodzenie niepodległej Polski i wojna 1920 roku. Dla ludzi urodzonych na początku lat dwudziestych – druga wojna światowa. Dla mojego pokolenia – ludzi urodzonych na początku lat trzydziestych – przełom październikowy 1956. Dla ludzi urodzonych w pierwszych latach powojennych – marzec 1968 i grudzień 1970. Nieprzypadkowo ludzie z tego pokolenia stanowili trzon opozycji demokratycznej w latach siedemdziesiątych Dla pokolenia mojego syna – ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych – przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były kryzys letni 1980 roku, okres Solidarności i stan wojenny.

Wydarzeń tego ostatniego okresu nie da się zrozumieć bez uwzględnienia czynnika pokoleniowego. Gdy 31 sierpnia 1980 roku oglądałem w telewizji podpisywanie porozumień gdańskich, uderzyło mnie to, że po jednej stronie stołu siedzieli ludzie z pokolenia ojców, z drugiej – z pokolenia synów. Lech Wałęsa, mający wtedy zaledwie 37 lat, uważany był przez swych współtowarzyszy za starego. Od bardzo młodych działaczy robotniczych wiekiem i doświadczeniem różnili się doradcy komitetu strajkowego – ludzie z mojego lub nieco starszego pokolenia, a więc mający ostrą świadomość tego, jak może wyglądać sytuacja polityczna, jeśli zignoruje się realnie istniejący geopolityczny układ sił. Dlatego byli oni – Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jan Olszewski – znacznie bardziej ostrożni niż młodzi przywódcy robotniczy, którzy tego doświadczenia politycznego nie przeżywali.

W 1989 roku, gdy decydowała się sprawa zmian ustrojowych, po obu stronach ówczesnego podziału politycznego ton nadawali ludzie młodzi, dla których podstawowym doświadczeniem politycznym był niedawny kryzys lat 1980/81. Tak było nie tylko po stronie Solidarności, ale także w ówczesnym obozie władzy, gdzie na coraz silniejszą pozycję wybijał się Aleksander Kwaśniewski, w czasie „okrągłego stołu” mający zaledwie 34 lata. Przemianom politycznym towarzyszyła wyraźna zmiana pokoleniowa w elicie władzy, przyśpieszona rozwiązaniem PZPR i powstaniem nowej partii polskiej lewicy – Socjaldemokracji RP.

Lata następne to pierwszy od trzech stuleci okres w historii Polski, w którym nie było dramatycznych wydarzeń – wojen, powstań, starć ulicznych. Ten bezprecedensowy okres spokojnego bytu narodu i państwa naznaczony był wielkimi, wręcz historycznymi, zmianami w sytuacji Polski: ustabilizowaniem jej sytuacji międzynarodowej w uznanych traktatami granicach i w ramach Sojuszu Atlantyckiego oraz wejściem do Unii Europejskiej. Żadne wcześniejsze pokolenie Polaków nie żyło w tak bezpiecznym położeniu międzynarodowym, jak obecne.

Dla ludzi urodzonych po 1980 roku – a więc dla tej grupy wiekowej, którą nazywam „pokoleniem Trzeciej Rzeczpospolitej” – polityka nigdy nie stała się sprawą dramatycznych wyborów narodowych. Tak ważny w przeszłości podział na „realistów” i „idealistów” – opisywany między innymi przez Adama Bromke (1928-2008) w jego amerykańskiej książce „Poland’s Politics: Idealism vs. Realism: z 1967 roku – przestał konstruować podstawową linię politycznego podziału. W polityce nie brakło bardzo ostrych konfliktów, lecz ich sensem były sprawy związane ze sposobem sprawowania władzy, a nie wybory polityczne o egzystencjalnym charakterze.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej jest więc w sytuacji bez porównania lepszej niż pokolenia wcześniejsze. Dostało od historii bardzo dobre karty. Nie znaczy to jednak, by było zadowolone ze status quo. Wprost przeciwnie! Jest to pokolenie w swej podstawowej masie rozczarowane do otaczającej je sytuacji politycznej i społecznej.

Świadczą o tym zarówno statystyki wyborcze (wskazujące na stosunkowo wysoką absencję wyborczą ludzi młodych), jak i sondaże socjologiczne, w których ludzie młodzi deklarują silne sympatie dla lewicy lub (choć słabiej) dla kontestującej istniejący układ polityczny Konfederacji. Zjawisko alienacji politycznej młodego pokolenia spotęgowało się w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale ma ono wcześniejsze korzenie.

Zrozumieć przyczyny tego zjawiska to znaleźć drogę do przetworzenia rozczarowania młodego pokolenia w jego aktywne zaangażowanie na rzecz innej niż dotychczasowa polityki. Wydaje mi się, że w grę wchodzą trzy najważniejsze sprawy.

Po pierwsze: młode pokolenie jest w swej większości progresywne, wolne od konserwatyzmu obyczajowego pokoleń starszych, bardziej skłonne kwestionować autorytety kościelne, bardziej tolerancyjne w stosunku do mniejszości ( w tym seksualnych), odważnie domagające się prawa do decydowania o utrzymaniu lub zakończeniu ciąży. W tych sprawach pokolenie to natrafiło na skrajnie konserwatywne i nietolerancyjne rządy, których symbolem jest minister Czarnek z jego kuriozalnym programem oświatowego zacofania.

Po drugie: jest to pokolenie Europejczyków, dumnych z tego, że są obywatelami Unii Europejskiej i czujących się w niej jak we własnym domu. Gdy marszałek Witek powiada „tu jest Polska, a nie Unia Europejska”, daje mimo woli dowód tego, iż nie rozumie pokolenia dla którego Polska to jest także Unia Europejska. Skierowana przeciw Unii polityka obecnych władz nie może znaleźć zrozumienia, a tym bardziej poparcia, wśród młodych Polek i Polaków.

Po trzecie: jest to pokolenie rozczarowane i niepewne swej przyszłości. Sondaże po raz pierwszy odnotowują rozpowszechnione przekonanie, że perspektywy życiowe młodego pokolenia są i będą gorsze niż perspektywy ich rodziców i dziadków. Wtedy – także, a może szczególnie w latach Polski Ludowej – dominowało poczucie, że będzie lepiej, że życie ludzi młodych będzie łatwiejsze i szczęśliwsze niż ich rodziców. Dziś tego poczucia nie ma – w każdym razie nie na taką skalę. Składają się na to dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą jest zablokowanie kanałów awansu, także przez edukację. Dyplom uniwersytecki nie daje dziś takich gwarancji sukcesu zawodowego, jak 30-40 lat temu. Socjologiczne badania struktury społecznej sygnalizują jej zamykanie się, w czym niemałą rolę grają dziedziczone środki materialne i kapitał kulturowy. Atrakcyjna staje się emigracja na Zachód, ale nie może ona być rozwiązaniem dla wszystkich.
Drugą przyczyną rozczarowania jest poczucie, że świat zmierza ku katastrofie ekologicznej – lub, w lepszym wypadku, do takiej zmiany, która pociągnie za sobą wielkie wyrzeczenia materialne. Dla ludzi młodych wizja katastrofy ekologicznej, jaka może nastąpić w drugiej połowie obecnego stulecia, nie jest czymś abstrakcyjnym (jak dla mojego pokolenia, które tego nie dożyje), lecz bardzo realną perspektywą własnego losu.

Rozczarowanie młodego pokolenia może prowadzić do jego politycznej absencji, ale może także stać się zaczynem dla nowej polityki. Pytanie dla nas podstawowe brzmi: czy lewica potrafi wyjść naprzeciw lękom i oczekiwaniom młodego pokolenia, pokazać mu drogę skutecznego działania, stać się jego polityczną reprezentacją. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.

PS. Dzień po publikacji mojego poprzedniego artykułu (o kryzysie lewicowej polityki, 16 bm.) życie dopisało do niego swoisty komentarz. Otwarty konflikt w kierownictwie Nowej Lewicy jest bardzo groźnym sygnałem alarmowym. Ponieważ od niemal dziesięciu lat nie pełnię żadnych funkcji partyjnych (moją ostatnią było przewodniczenie Krajowej Komisji Etyki SLD), nie znam okoliczności tego konfliktu i nie mam wyrobionego zdania na temat racji obu stron. Wiem jednak, że jest to droga do klęski. Przypominam, czym skończył się rozłam w SLD w 2004 roku: katastrofalnym wynikiem wyborczym i trwałym zmarginalizowaniem lewicy. W dawnej SdRP, pod przywództwem Aleksandra Kwaśniewskiego, nieraz spieraliśmy się o to, jaką podjąć decyzję, ale były to zawsze spory przyjaciół prowadzone w klimacie życzliwości i skutkujące wspólnym działaniem, nie zaś wykluczeniem czy zawieszeniem mających inne zdanie. Czy od dzisiejszych działaczy Nowej Lewicy można oczekiwać tego samego?