Hasta la victoria siempre!

53 lata temu, 9 października 1967 roku, w małej boliwijskiej wiosce La Higuera śmierć poniósł Ernesto Guevara – bohater, którego historia powinna być wyrzutem sumienia dla wszystkich działaczy i polityków, którzy traktują lewicową sprawę jako trampolinę do stołków i kariery.

Che Guevary nie trzeba raczej nikomu przedstawiać – jego postać zdążyła już obrosnąć legendą, a on sam stał się jedną z ikon XX wieku. W naszym kraju, jak mało która historyczna osobistość wywołuje dziką histerię prawicowych komentatorów, którzy w typowy dla siebie sposób (tzn. bez podania dowodów) oskarżają go o masowe zbrodnie, sadystyczne skłonności, nienawiść do rodzaju ludzkiego i wiele innych rzeczy, które roją się umysłom ogarniętym ,,czerwoną paniką”. Tekstów dyskutujących z nimi i dementujących te bzdury jest wystarczająco dużo, bym nie musiał brać udziału w tej walce z wiatrakami. Zamiast tego, wspominając w rocznicę śmierci Ernesto Guevarę, chciałbym zwrócić uwagę na to, co czyni jego biografię szczególnie wyjątkową i wartą przypominania.
Po zwycięstwie kubańskiej rewolucji, której Che był jednym z przywódców, objął wiele wysokich stanowisk w nowych władzach Kuby. Był ministrem finansów i prezesem Banku Centralnego, ministrem przemysłu, odpowiadał za reformy gospodarcze i nacjonalizację wielkich przedsiębiorstw, prowadził szeroko zakrojoną kampanię alfabetyzacji i budowy szkół oraz służył w dyplomacji, m. in.: przewodząc kubańskiej delegacji w ONZ. Jako załogant jachtu ,,Granma”, niezłomny żołnierz z gór Sierra Maestra i zwycięski dowódca spod Santa Clary miał status żywej legendy rewolucji i mógł się spodziewać długiego życia wypełnionego względnie spokojną pracą w eleganckich gabinetach ministerialnych oraz wyjazdami na przyjmowane z honorami dyplomatyczne delegacje. Słowem, miał przed sobą przyszłość, jaka stała się udziałem zdecydowanej większości ważnych postaci kubańskiej rewolucji.
Ale życie gabinetowego urzędnika nie było dla idealisty, jakim był Ernesto Guevara. Wielką irytację zbudzała w nim postępująca biurokratyzacja rewolucji (według nieszczęśliwych wzorców z ZSRR) oraz godzenie się przez rząd na daleko idące i wątpliwe moralnie ,,kompromisy dyplomatyczne”.
Che wiedział, że zwycięstwo kubańskiej rewolucji nie jest celem samym w sobie, ale jedynie krokiem w stronę sprawiedliwszego świata. Jako szczery ideowiec nie potrafił wieść w spokoju życia ministra czy dyplomaty prowadzącego zakulisowe interesy z kapitalistycznymi mocarstwami, gdy w tym samym czasie tyle ludów cierpiało pod ich imperialistycznym butem. Widział w tym hipokryzję i zdradę ideałów, którym był wierny od czasu swojej motocyklowej podróży przez Ameryką Łacińską.
24 lutego 1965, na seminarium gospodarczym solidarności afro-azjatyckiej Guevara wygłosił swoje ostatnie przemówienie na arenie międzynarodowej. Otwarcie mówił o moralnym obowiązku budowy sprawiedliwszego świata, jaki spoczywa na krajach socjalistycznych i oskarżył je o niewywiązywanie się z niego oraz milczący współudział z krajami zachodnimi w eksploatacji państw trzeciego świata. Bardzo ostro skrytykował politykę ZSRR, nazywając go ,,wspólnikiem imperialnego wyzysku”. Dwa tygodnie później Che Guevara zrezygnował z życia publicznego, zrzekł się wszystkich godności oraz stanowisk i zdecydował się na powrót do organizowania działań partyzanckich, celem szerzenia rewolucji po świecie i walki z imperializmem. W liście pożegnalnym do Fidela pisał: ,,Obecnie potrzebna jest moja skromna pomoc w innych stronach kuli ziemskiej. (…) Uniosę z sobą na nowe pola bitew wiarę, którąś mnie natchnął, rewolucyjny duch mego narodu, świadomość, że spełniam najświętszy swój obowiązek – walki z imperializmem wszędzie tam, gdzie tylko on istnieje; to umacnia me zdecydowanie i stokrotnie wynagradza wszelki ból”. Ernesto najpierw wyjechał walczyć do Konga, gdzie prowadził operację wsparcia ruchu marksistowskiego „Simba”. Tamtejszy klimat spowodował jednak u Che ostry nawrót astmy i zmusił go do opuszczenia Afryki.
W następnym roku przybył do Boliwii, gdzie także zorganizował oddział partyzancki i rozpoczął kampanię partyzancką przeciwko juncie wojskowej generała Rene Barrientosa. Wojska dyktatora, korzystając z pomocy CIA i zbiegłego nazistowskiego zbrodniarza Klausa Barbie (rzeźnika z Lyonu), rozbiły oddział Guevary, a on sam został pojmany i rozstrzelany. Przed egzekucją boliwijski żołnierz zapytał go, czy myśli o nieśmiertelności, Che odpowiedział: „Nie, myślę o nieśmiertelności rewolucji”. Chwilę później dziewięć kul zakończyło krótkie życie bohaterskiego rewolucjonisty.
Jakże blado na tle Guevary wypadają rzesze dawnych i dzisiejszych ,,lewicowych” działaczy: biurokratów – karierowiczy z Bloku Wschodniego, ,,socjaldemokratów” z SLD, SPD czy Partii Pracy, którzy sprzedając się wielkiemu biznesowi forsowali neoliberalizm czy posłów polskiej ,,Lewicy”, głosujących za podwyżkami pensji dla posłów i ograniczających swoją ,,lewicowość” do czasu kampanii wyborczej. Jak bardzo poświęcenie Che kontrastuje z naszą obecną praktyką polityczną, gdzie prospołeczne hasła służą jedynie zdobyciu głosów, a wierność im kończy się po uzyskaniu stołków i wejściu na salony władzy. Historia Ernesto Guevary, który mógł dożyć starości w wygodnym fotelu ministra, a mimo to wybrał wierność ideałom i walkę do końca o lepszy świat, powinna być zawsze wyrzutem sumienia dla takich właśnie hipokrytów i karierowiczów, którzy instrumentalnie traktują lewicowe ideały.

Lenin dziś, czyli kto?

O Włodzimierzu Iljiczu Uljanowie (1870-1924) – historycznie i bez idolatrii.

Religijny niemal, a nawet bałwochwalczy – w formach – kult, do granic groteski doprowadzona idolatria, jakim przez dziesięciolecia, w ZSRR i krajach bloku radzieckiego, jaką otaczano postać Włodzimierza Iljicza Lenina, nie ułatwia ani wspominania, ani wyważonego opisu tej postaci. Także dziś, gdy upływa 150 rocznica jego urodzin.
Również – używając najdelikatniejszego określenia – dyskusyjne politycznie, ustrojowo i ekonomicznie rezultaty Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej w Rosji sprawiają, że postać Lenina otacza aura, w najlepszym przypadku, „czarnego Piotrusia”, w najgorszym – „krwawego komunistycznego tyrana”, jak określił go Antoni Ossendowski, jeden z jego pierwszych biografów, w swojej książce „Cień ponurego Wschodu” (1923).
W końcu jednak, mimo jego zasadniczego błędu, jakim było uznanie hegemonii klasy robotniczej i jej dyktatury za awangardę przemian społecznych ludzkości, błędem też byłoby zlekceważenie 150 rocznicy urodzin człowieka, którego hasło biograficzne w wikipedii zajmuje przeszło pięćdziesiąt stron, bohatera kilkunastu biografii i setek tysięcy wzmianek, który został uczczony największą, spośród wielkich postaci historycznych, liczbą pomników, wizerunków oraz różnego rodzaju upamiętnień na świecie.
Biografia – w telegraficznym skrócie
W życiu Włodzimierza Iljicza Uljanowa, urodzonego 22 kwietnia 1870 roku w Symbirsku (obecnie Uljanowsk), w rodzinie inspektora szkół ludowych, pierwszym i bardzo ważnym wstrząsem była śmierć na szubienicy brata Aleksandra, skazanego za udział w zamachu na cara Aleksandra III.
W tym samym 1887 roku 17-letni Włodzimierz wstąpił na wydział prawa uniwersytetu w Kazaniu, ale jego studia przerwało aresztowanie, skazanie i zesłanie w głąb guberni kazańskiej za podjęcie działalności rewolucyjnej. W tym czasie, w czasie pobytu w Samarze, młody Uljanow zaczął zapoznawać si dziełami Marksa i Engelsa, a studia wznowione po zwolnieniu z zesłania sfinalizował zdaniem egzaminów w 1891 roku na Uniwersytecie w Petersburgu. Gdy w 1893 roku przybył, w celu zamieszkania, do Petersburga, był i już powszechnie uznanym marksistą i liderem środowisk hołdujących ideom Marksa. W 1894 związał się z działaczką socjaldemokratyczną, Nadieżdą Krupską, z którą cztery lata później zawarł ślub w cerkwi.
W 1894 roku po raz pierwszy objawił się jako teoretyk i utalentowany, pełen stylistycznego, wybujałego temperamentu publicysta. Jego praca „Co to są „przyjaciele ludu” i jak oni wojują przeciwko socjaldemokratom” była pierwszym manifestem rosyjskich komunistów.
Punktem wyjścia tekstu był atak na tzw. „narodników”, ale jego istotą – wskazanie „klasy robotniczej jako przodującej siły rewolucyjnej” , a chłopstwa jako jej sojusznika. W 1895 roku Lenin zjednoczył w Petersburgu marksistowskie kółka robotnicze scalając je w Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej, który stał się „zalążkiem rewolucyjnej partii robotniczej w Rosji.
Ponownie w tym roku aresztowany, Uljanow znów znalazł się na zesłaniu w guberni jenisejskiej, gdzie napisał kolejną pracę programową „Zadania socjaldemokratów rosyjskich” oraz ukończył studium naukowe „Rozwój kapitalizmu w Rosji”.
Z zesłania powrócił w 1900 roku, a po pewnym czasie wyjechał za granicę, do Europy Zachodniej (przez szereg lat przebywał m.in. w Berlinie, Monachium, Londynie, Genewie, Zurichu) gdzie założył pierwszą ogólnorosyjską gazetę polityczną rewolucyjnych marksistów, „Iskrę”. W 1903 roku uczestniczył w opracowaniu programu partii marksistowskiej na II Zjazd Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji (SDPRR). Wbrew wewnątrzpartyjnej opozycji (tzw. mienszewikom) do programu socjaldemokracji wniesione zostały postulaty rewolucji socjalistycznej i dyktatury proletariatu, Lenin zaś stanął na czele frakcji bolszewickiej w SDPRR.
Wcześniej, w 1901 roku przybrał przydomek Lenin, od nazwy rzeki Leny, nieopodal której przez pewien czas przebywał w ukryciu. Jeszcze w 1902 roku, w pracy „Co robić?” Lenin zaatakował, jako ideologię reakcyjną, tzw. „ekonomizm”, którego zasadniczym założeniem było uznanie „żywiołowych”, „naturalnych” praw ekonomicznych jako jedynej drogi do przemian społecznych.
Rozpoczął też budowę podstaw Partii Komunistycznej, radykalnie odmiennej od reformistycznych partii II Międzynarodówki. W wydanej w 1904 roku pracy „Krok naprzód, dwa kroki wstecz” Lenin opracował naukę o partii jako kierowniczej organizacji proletariatu w walce o dyktaturę.
Utraciwszy wpływ na przejętą przez mienszewików „Iskrę”, założył w 1905 roku nowe pismo „Naprzód”. Powróciwszy u schyłku tego samym roku z zagranicy do Rosji, włączył się w toczącą się od stycznia rewolucję. Szeroko rozwinął front walki przeciwko kadetom (konstytucyjnym demokratom Pawła Milukowa i Piotra Struve), lewicowym eserowcom (socjalistom rewolucjonistom Marii Spiridonowej), mienszewikom i trockistom, wzywając do zbrojnego powstania.
W 1905 roku wydał pracę „Dwie taktyki socjaldemokracji w rewolucji demokratycznej” zarysował podwaliny rewolucyjnej taktyki partii komunistycznej, relacje między rewolucją burżuazyjną a socjalistyczną, zagadnienie hegemonii proletariatu oraz przerastania rewolucji burżuazyjno-demokratycznej w socjalistyczną.
Po klęsce rewolucji 1905-1907 Lenin ponownie udał się na emigrację, do Paryża i zamieszkał przy ulicy Marie Rose. Tam w 1909 roku wydał filozoficzną pracę „Materializm a empiriokrytycyzm”, w której wydał walkę idealizmowi subiektywnemu, przeciwstawiając mu materializm dialektyczny i historyczny. Było to rozwinięcie marksizmu jako filozofii stanowiącej materialistyczne uogólnienie nowych zdobyczy nauki, w szczególności przyrodoznawstwa.
W 1910 roku Lenin przedstawił wiele swoich idei politycznych w pracy „Dwie taktyki socjaldemokracji w rewolucji demokratycznej”. Przewidywał, że rosyjska liberalna burżuazja będzie w zupełności zadowolona z ustanowienia monarchii konstytucyjnej, nie będzie kontynuować rewolucji i zdradzi ją.
Przekonywał do sojuszu proletariatu i chłopstwa celem obalenia caratu i ustanowieniem systemu władzy, który nazywał „tymczasową rewolucyjną demokratyczną dyktaturą proletariatu i chłopstwa”. Pod wpływem rosyjskich agrarnych socjalistów oraz ideologii jakobinów z Wielkiej Rewolucji Francuskiej, zaczął głosić hasła „zbrojnego powstania”, „masowego terroru” i „wywłaszczenia ziemi szlacheckiej”. Z tego powodu przywarło do niego określenie „rosyjskiego Robespierre’a”.
W 1912 roku, na Konferencji Praskiej udało mu się wyrzucić z SDPRR mienszewików i zapoczątkować konsolidację obozu bolszewików. W tym samym roku w Petersburgu powstało bolszewickie pismo „Prawda”, a Lenin przyjechał z Paryża na dłuższy czas do Krakowa, przy czym przez pewien czas mieszkał także na Podhalu, w Białym Dunajcu obok Zakopanego.
Tu, latem 1914 roku zastał go wybuch Wielkiej Wojny, co spowodowało aresztowanie go i odstawienie do Nowego Targu przez policję austriacką jako poddanego rosyjskiego. Zwolniony dzięki protekcjom polskich towarzyszy i przyjaciół wyjechał do Szwajcarii i przebywał głównie w Zurichu.
Tam opracował teorię i praktykę partii komunistycznej w kwestiach wojny, pokoju i rewolucji. Wtedy też wypracował podstawy teorii rewolucji ogólnoświatowej, zwycięstwa rewolucji jednocześnie we wszystkich krajach kapitalistycznych.
Zaangażował się w ruch, który miał stanowić socjalistyczną odpowiedź na wojnę. We wrześniu 1915 roku uczestniczył w antywojennej konferencji w Zimmerwaldzie, a następnie w drugiej konferencji antywojennej w Kiental w kwietniu 1916 roku.
Lenin wezwał socjalistów na całym kontynencie do przekształcenia „wojny imperialistycznej” w wojnę domową – w każdym kraju europejskim robotnicy mieliby wystąpić przeciwko burżuazji i arystokracji.
Zachęcał do tworzenia organizacji rewolucyjnych strajków, fraternizowania się żołnierzy walczących po przeciwnych stronach, do krytyki nacjonalizmu i tworzenia nowych grup rewolucyjnych.
W 1916 roku wydał pracę „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, w której zdemaskował grabieżczy, imperialistyczny charakter wojny, uzasadnił odkryte przez siebie prawo nierównomiernego rozwoju kapitalizmu w stadium imperializmu, zdefiniował imperializm, jako „kapitalizm gnijący i umierający w przeddzień rewolucji socjalistycznej”. Wzywał też do przekształcenia wojny imperialistycznej w wojnę domową i hasło klęski rodzimych rządów.
Uderzył też w przywódców II Międzynarodówki jako „odszczepieńców i zdrajców klasy robotniczej”, występujących w roli „obrońców ojczyzny” czyli dyktatury burżuazji. Personalnie zaatakował Karola Kautsky’ego, określanego jako „papież marksizmu” ( któremu dwa lata później poświęcił polemiczną pracę „Rewolucja proletariacka jako renegat Kautsky”), a także Lwa Trockiego.
Jego działalność publicystyczna w dużym stopniu nasycona była ostrymi polemikami z liderami ruchu socjaldemokratycznego. Kontynuował też prace filozoficzne, które zawarł w „Zeszytach filozoficznych”. Z emigracji powrócił do Rosji po obaleniu caratu przez rewolucję lutową 1917 roku.
Do Petersburga przemianowanego na Piotrogród przybył na Dworzec Finlandzki słynnym pociągiem, 16 kwietnia, a nazajutrz ogłosił tzw. Tezy Kwietniowe, plan rewolucji socjalistycznej pod hasłem „Cała władza w ręce Rad”.
W lipcu Rząd Tymczasowy wydał rozkaz aresztowania Lenina, który zdołał jednak uciec i kierował organizacją w warunkach konspiracyjnych w Finlandii.
Wykorzystał ten czas także dla napisania pracy „Państwo a rewolucja”, w której wezwał do „zdruzgotania burżuazyjnej machiny państwowej i zastąpienia jej Republiką Rad”.
7 października Lenin przybył nielegalnie z Finlandii do Piotrogrodu, a 10 października Komitet Centralny partii bolszewickiej przyjął rezolucję o powstaniu zbrojnym. 24 października Lenin przybył do pałacu Instytutu Smolnego, skąd rozpoczął kierowanie rewolucją w noc 25 października (7 listopada).
Siedziba Rządu Tymczasowego została ostrzelana z krążownika „Aurora” i zdobyta. Nazajutrz, na posiedzeniu II Zjazdu Rad Lenin przedstawił projekty historycznych dekretów o pokoju i ziemi oraz stanął na czele rewolucyjnego rządu, Rady Komisarzy Ludowych, określanej jako „pierwszy w świecie rząd robotniczo-chłopski”.
W listopadzie 1917 roku nakazał utworzenie policji politycznej pod nazwą Wszechrosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, znanej potocznie jako „CzeKa”. Na czele tej organizacji postawił polskiego rewolucjonistę Feliksa Dzierżyńskiego.
Wiosną 1918 roku przeniósł się do Moskwy i zamieszkał na Kremlu. Wtedy też wycofał Rosję z wojny i zawarł pokój z Niemcami.
Wywołało to kontratak ze strony najważniejszego i zarazem najtrudniejszego sojusznika bolszewików, jakim byli lewicowi eserowcy (socjaliści-rewolucjoniści), którzy atakowali Lenina z pozycji lewicowych (jako „bardziej lewi od Lenina”).
6 lipca 1918 roku doszło do buntu lewicowych eserowców, który został stłumiony, ale 30 sierpnia obaleni eserowcy ciężko ranili Lenina w zamachu (był to kolejny z zamachów, których ofiarą padł). Wbrew stereotypowemu wyobrażeniu, że 7 listopada (25 października) 1917 roku Lenin i bolszewicy zdobyli władzę niepodzielną, musieli oni jeszcze długo toczyć ostrą, wewnętrzną walkę o jej utrzymanie i dopiero zdławienie buntu eserowców ostatecznie to umożliwiło.
Czas po 1918 roku poświęcił Lenin na budowanie zrębów nowego państwa. Kraj przekształcił się w jeden wielki obóz wojenny, całe życie gospodarcze podporządkowano potrzebom wojny (komunizm wojenny).
W latach 1921-1922 panował też Wielki Głód. Trwała wojna domowa oddziałami Białej Gwardii oraz obrona przed obcymi wojskami interwencyjnymi. Po zakończeniu wojny Lenin przygotował i wprowadził plan polityki ekonomicznej, tzw. Nową Politykę Ekonomiczną (NEP), która była odpowiedzią głównie na opustoszały rynek konsumpcyjny oraz zmierzała do zjednania dla rewolucji części nieprzychylnych jej kręgów społecznych, głównie mieszczaństwa.
W 1920 roku ukazała się jego praca „O dziecięcej chorobie „lewicowości” w komunizmie” – wykład strategii i taktyki leninizmu. Rok 1923 był de facto ostatnim rokiem życia Lenina. Jego wyniszczony organizm nie pozwalał już na aktywność inną niż publicystyczna. Zmarł 21 stycznia 1924 roku w Gorkach pod Moskwą.
Jego ciało zabalsamowano i umieszczono w Mauzoleum na placu Czerwonym w Moskwie. Przez dziesięciolecia odwiedziły je miliony wyznawców i turystów z całego świata.
Postać Lenina w sztuce i historiografii
Ze swojego dzieciństwa dobrze pamiętam kwiecień 1970 roku, gdy w krajach całego bloku radzieckiego, w tym w Polsce, obchodzona była bardzo uroczyście 100 rocznica urodzin Lenina. W miejscach publicznych, na frontonach gmachów urzędowych, w szkołach, w witrynach kin, teatrów, księgarń, a nawet na wystawach sklepowych eksponowano wizerunki Lenina.
W telewizji pokazywano uroczyste, okolicznościowe koncerty i akademie, emitowano klasyczne dzieła kinematografii radzieckiej, poświęcone Leninowi i Rewolucji Październikowej, takie jak „Październik” Sergiusza Eisensteina (1927) czy „Lenin w Październiku” Michaiła Romma (1937).
Przypominano jeden z najwybitniejszych artystycznie utworów literackich poświęconych wodzowi Rewolucji, poemat „Włodzimierz Iljicz Lenin” Włodzimierza Majakowskiego (1924).
W koprodukcji polsko-radzieckiej zrealizowano film „Lenin w Polsce” w reżyserii Siergieja Jutkiewicza (1970). W teatrach całej Polski, a także w Teatrze Telewizji wystawiono w rocznicowym roku sztuki: „Szósty lipca” i „Bolszewicy” Michała Szatrowa, „Pierwszy interesant” Daniła Granina i inne.
Do muzeum i pomnika Lenina w Poroninie przybywały niezliczone wycieczki szkolne z całego kraju (pomnik w Nowej Hucie powstał dopiero w 1973 roku). Ukazała się też antologia utworów literackich pod redakcją Stefana Klonowskiego, „Lenin: poezja, pieśń, proza”. Ubocznym skutkiem obchodów była moda na czapki „leninówki”. Oczywiście, w ZSRR czczenie rocznicy leninowskiej odbyło się na nieporównywalnie większą skalę.
Lenin, bezdyskusyjnie wielka postać historyczna najwyższej rangi, stał się też bohaterem szeregu biografii naukowych, m.in. Louisa Fischera, „Życie Lenina” (1964), Davida Shuba, „Lenin. Biografia” (1966) Christophera Rice, „Lenin: życie zawodowego rewolucjonisty” (1990), Dmitrija Wołkogonowa, „Lenin” (1994), Roberta Service, „Lenin. Biografia” (2000), Christophera Reada, „Życie rewolucjonisty” (2005), a także setek tysięcy passusów i wzmianek w różnego rodzaju publikacjach historycznych na całym świecie.
Mieszczanin w kawiarni i z gazetą. Intelektualista
Pewnego rodzaju paradoksem było to, że zewnętrzny wizerunek Lenina, będącego uosobieniem rewolucji, nie różnił się od wizerunku statecznego mieszczanina tamtych czasów, w ciemnym garniturze, w stosowanym kapeluszu, z laską i gazetą czytaną na tarasie kawiarni Paryża czy Zurichu.
Lenin nigdy nie przywdział quasi-wojskowego munduru, z jakim kojarzeni są n.p. Dzierżyński czy Stalin. Historyk Richard Pipes zauważył, że Lenin posiadał dużą charyzmę i osobisty magnetyzm oraz wykazywał „niezwykłą zdolność do zdyscyplinowanej pracy i całkowitego zaangażowania w sprawę rewolucyjną”. Przyjaciel Lenina, Maksym Gorki, opisywał go z kolei jako osobę „zbyt zwyczajną” i nie dającą „wrażenia bycia liderem”.
Biograf Louis Fischer opisał go jako „miłośnika radykalnej zmiany”, dla którego „na ziemi nigdy nie było niczego pośrodku, wszystko było albo czarne albo czerwone”. Inny biograf Robert Service podkreślał jego silną emocjonalność. Według niego Lenin był silnie „emocjonalnie przywiązany” do swoich ideologicznych bohaterów (Marksa, Engelsa i Czernyszewskiego) i posiadał portret każdego z nich, a także, że był człowiekiem „kapryśnym i niestabilnym”.
Pipes i Fischer zgodnie twierdzili, że przywódca Wielkiej Rewolucji Październikowej i twórca ZSRR był nietolerancyjny wobec opozycji i będąc osobą nieskłonną do kompromisów, odrzucał opinie, które różniły się od jego własnych poglądów.
Według Service’a bardzo rzadko przyznawał się do własnych błędów, a Fischer określił go mianem „zdeterminowanego ideologicznego fanatyka”. Z kolei według Dmitrija Wołkogonowa był człowiekiem prywatnie dobrodusznym, łagodnym (co silnie akcentowano w filmach i tekstach literackich), lubiącym zwierzęta, który lubił się śmiać się i żartować (wykazywał skłonności do czarnego humoru), z drugiej zaś strony jego zachowanie zupełnie zmieniało się, jeśli chodziło o politykę.
W niej wg rosyjskiego historyka pozostawał bezkompromisowy, brutalny i mściwy. Lenin był człowiekiem świetnie wykształconym, rasowym intelektualistą, wszechstronnym erudytą i poliglotą. Poza językiem rosyjskim biegle mówił i czytał po francusku, niemiecku i angielsku. Cenił też kulturę fizyczną. Nie cierpiał wszelkiego nieporządku. Według Fischera cechowała go „minimalna próżność”.
Stąd też nie lubił kultu jednostki, który radziecka administracja zaczęła budować wokół niego pod koniec życia (zauważając jednak, że może on w przyszłości mieć wpływ jednoczący na stworzony przez niego ruch). Po godzinnym spotkaniu z Leninem, filozof Bertrand Russell stwierdził, że był on człowiekiem bardzo przyjacielskim i skromnym w obejściu. Choć był politycznym radykałem, zajmował konserwatywną postawę wobec życia płciowego i instytucji małżeństwa.
W związku małżeńskim z Nadieżdą Krupską pozostał do końca życia. Lenin był ateistą i uważał, że socjalizm jest z natury sprzeczny z religią, odrzucając w ten sposób socjalizm chrześcijański.
Prywatnie był krytyczny wobec swojej rosyjskiej ojczyzny, opisując ją jako kraj będący daleko w tyle za Europą i bliższy Azji. Już od lat młodzieńczych pragnął, aby Rosja zbliżyła się kulturowo do Zachodu.
Pozostawił liczące kilkadziesiąt tysięcy stron 54 tomy dzieł zebranych.
Amerykański tygodnik „Time” umieścił go na liście stu najważniejszych ludzi stulecia i wśród dwudziestu pięciu najważniejszych ikon politycznych wszechczasów.

Nadchodzi światowa rewolucja

– Dziś walczymy i spieramy się o jakieś rzeczy, które wydają się niesłychanie ważne, a które za kilka lat przestaną istnieć, bo zmiecie je fala zmian – mówi Boris Kagarlicki, rosyjski lewicowy filozof i publicysta w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim i Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Na konferencji poświęconej obrazom przeszłości i ich rzutowaniu na teraźniejszość i przyszłość powiedział Pan wczoraj, że wszystkie zamierzenia i budowanie planów jest nic nie warte. Jeżeli tak, to po co o przyszłości w ogóle rozmawiać?

Niezupełnie o to mi chodziło. Mówiłem o tym, że nie ma sensu planować przyszłości opierając się na zasadach, którymi rządzą się dzisiejsze procesy, jednocześnie nie stawiając przed sobą zadania radykalnej zmiany obecnego stanu rzeczy. Jeśli nie podejmiemy się tego zadania, to w najlepszym wypadku przyszłość będzie przypominała teraźniejszość…

Nad czym więc musimy się zastanawiać?

Problem polega na tym, jak obecny system zmienić. I tutaj w moim odczuciu lewica ciągle zawodzi. Tak wielu jej działaczy powtarza: „nie ma odpowiedniej partii, nie ma Związku Radzieckiego, nie ma tamtej klasy robotniczej”. Mówiąc tak, tracimy z pola widzenia drugą okoliczność: obiektywne warunki do walki o politykę socjalistyczną są teraz o wiele lepsze niż w XIX i XX wieku.

Dlaczego? Jakie czynniki temu sprzyjają?

Od technologii informatycznych zaczynając, a kończąc ma poziomie światowej produkcji. Na przykład nigdy jeszcze w historii planety nie było tak, że ludzie pracy najemnej stanowią absolutną większość w skali światowej.

Paradoks współczesnego świata polega na tym, że jest on o wiele bardziej jednorodny niż za czasów Marksa. Sprzeczności takich, jak w XIX w., już nie ma. Są przeciwieństwa między Centrum a Peryferiami, ale ludzi pracy najemnej jest o wiele więcej w krajach Peryferii niż kiedykolwiek. Mówiąc inaczej, poziom proletaryzacji tak naprawdę jest ogromny i bezprecedensowy. Tylko to już jest inny proletariat niż za czasów Marksa.

Jest rozproszony.

Tak, jest go dużo, ale nie tych miejscach, gdzie byśmy chcieli. To nasz problem, a nie proletariatu, oczywiście. Kolejną sprawą jest poziom rozwoju technologii informatycznych. Pojawiła się dużo większa ilość czasu wolnego niż za czasów Marksa, Lenina i Engelsa. Burżuazyjna odpowiedź na tę sytuację jest taka: zostawiamy stosunki produkcji bez zmian, tylko zwiększymy ilość wolnego czasu. Albo wprowadzimy minimalny dochód gwarantowany, który ja uważam za całkowicie reakcyjny pomysł, bo gwarantuje on utrzymanie burżuazyjnych stosunków produkcji i społecznych. A przecież w istocie spór dotyczy czego innego: więcej wolnego czasu daje ludziom możliwość współuczestniczenia w zarządzaniu społeczeństwem. Czas wolny nie powinien być restrykcyjnie oddzielony od czasu pracy. Praca, zarządzanie i odpoczynek mogą był połączone w jeden proces dzięki technologii. Komputer może być narzędziem pracy, zarządzania i odpoczynku.

Proletariat, dzięki technologii pracuje w warunkach rozrzuconej (rozsianej) manufaktury. Freelancerzy to klasyczny przykład proletariuszy, tylko pracują jak kiedyś tkacze we Flandrii, przy swoim warsztacie w domu. Tyle, że tym warsztatem jest komputer. Ale relacje są takie same.

I teraz różnica: wszystkie te komputery mogą połączyć się w sieć. Inaczej niż kiedyś we Flandrii, gdzie robotnicy nie mogli zostać połączeni inaczej jak przez kapitalistę, który od nich odbierał towar, płacił i był komunikatorem łączącym cały system w jedną całość. Teraz pracownicy mogą się świetnie bez tego kapitalisty obejść.

Co z tego wynika?

Mamy obiektywne możliwości samoorganizacji i samozarządzania pracowników oraz stworzenia demokratycznych programów rozwoju w dużo większym stopniu niż kiedykolwiek w historii. A kryzys kapitalizmu w jego neoliberalnej formie doszedł do granic wytrzymałości. Oznacza to, że z jednej strony jest obiektywna możliwość, a z drugiej konieczność radykalnych zmian.
Coś jednak stoi im na przeszkodzie, skoro te zmiany nie zachodzą.

Czynnik subiektywny, czyli poziom rozwoju idei lewicowej i świadomość samych pracowników. Problemem naszej świadomości jest to, że tworzymy koncepcje przebudowy społecznej i rewolucji opierając się na doświadczeniach rewolucji rosyjskiej z 1917 r. Niejako instynktownie zakładamy, że to podstawowy model dla wszystkich rewolucji w ogóle. A to przecież nie tak: chińska rewolucja ma inne doświadczenia, inne ma kubańska, inne Wielka Rewolucja Francuska, nawet rosyjska 1905 roku, która dla dzisiejszych lewicowców może być szczególnie wartościowym punktem odniesienia.

Co może wyniknąć z analizowania tak odległych historycznie doświadczeń?

Pierwszy, ważny dla współczesnej lewicy wniosek jest taki: nie trzeba czekać, aż powstanie lewicowa partia i dopiero potem przygotowywać się do rewolucji. Tak naprawdę to proces rewolucyjny formuje partię rewolucyjną. Owszem, organizacja pracująca nad sformowaniem projektu przyszłej struktury społecznej jest bez wątpienia ważna i niezbędna dla ostatecznego zwycięstwa rewolucji, ale ma to znaczenie dopiero na etapie końcowym. Społeczeństwo musi przejść przez fazę buntu, żywiołowego burzenia, powstania i spontanicznej samoorganizacji. W Rosji też tak było, 1917 rok byłby niemożliwy bez 1905. Dzisiaj znajdujemy się na etapie globalnej rewolucji 1905 roku, w przededniu, jakoś w 1903 roku. Dziś walczymy i spieramy się o jakieś rzeczy, które wydają się niesłychanie ważne, a które za kilka lat przestaną istnieć, bo zmiecie je fala zmian. Globalne powstanie jest nieuniknione i lewica powinna się w nie włączyć.

No dobrze, a w jaki sposób?

Znajdujemy się w epoce, w której podstawową formą politycznej ekspresji jest populizm. A co to jest populizm w ujęciu marksowskim? To działalność, która nie ma jednorodnej bazy klasowej. Populista podoba się wszystkim. I dobrze, ale to nie znaczy, że to jest skuteczne. Populizm może być równie dobrze lewicowy, jak i prawicowy. Dlatego też lewica, jeśli nie bierze udziału w dzisiejszych protestach na całym świecie popełnia fundamentalny błąd. Puszcza prawicę w lukę, którą czeka na zapełnienie. I faszyści to robią. Ostrożność lewicy jest niesłuszna. Niepotrzebnie aktywiści rezygnują z udziału w protestach, twierdząc, że są za mało klasowe, albo odwrotnie, że tam za mało tam walczą o prawa LGBT. Taki błąd zrobiła Die Linke nie rozumiejąc, że protesty nie tylko były antyliberalne ale w istocie antykapitalistyczne.

Nie może lewica marszczyć noska, że jeżeli protestujący nie czytali Foucaulta, czy też nie chcą rozmawiać o toaletach dla osób transseksualnych, to my z nimi nie będziemy rozmawiali o ich problemach. W Polsce jest, jak się zdaje, podobnie.

To prawda.

Myślenie, że jak ktoś jest niewykształcony i nie posługuje się pojęciami, których lewica od niego oczekuje, to jest faszystą, jest błędne. To nieprawda, on faszystą jeszcze nie jest. Ale będzie, jeśli lewica go faszystom odda. Oni się nie brzydzą niewykształconych, oni z nimi będą pracowali. I wychowają nowych faszystów.Niemiecka lewica mówi: „Wszyscy zwolennicy AfD to faszyści”. Nie, to nie faszyści. Oni mogą się nimi stać, jeśli lewica będzie tak do nich podchodzić.

Odnoszę wrażenie, że Lewica, nawet, gdy włącza się w oddolne ruchy społeczne, to nie jest w stanie przekonywać do swojego programu, idei. Weźmy ruch Żółtych Kamizelek, który przez okrągły rok demonstrowania pozostał ideowo zagubiony…

To prawda, lewica tutaj zawiodła. Jean-Luc Melenchon włączył się w ten ruch, ale chciał potraktować go instrumentalnie. Chciał być nieformalnym liderem, który w parlamencie wyraża żądania Żółtych Kamizelek. Chciał pokazać się jako ich lider. Ale postawił się od razu nad nimi i to wyraźnie było widać. Hierarchiczność francuskiej kultury to duży problem. Tak jak zresztą i rosyjskiej. Wszyscy od razu chcą być wodzami. Melenchon był jedynym, który chciał z nimi pracować, ale zrobił to źle. Nie zrozumiał istoty tego ruchu, bardzo równościowego. On chciał być wodzem i dlatego go nie przyjęli. Żółte Kamizelki według mnie, wyczerpały już swój potencjał. Co nie znaczy, że kryzys został zażegnany i że bunt nie zacznie się znowu, w innej politycznej formie.

A gdzie w tej globalnej kryzysowej sytuacji są ludzie pracy w Rosji?

Wyczerpaliśmy potencjał, który dawała nam putinowska stabilizacja. Otoczenie Putina i sam Putin zresztą nie wiedzą, co robić dalej. Nie ma już drogiej ropy, nie ma światowej koniunktury, która pozwoliła podtrzymać poziom życia przez 20 lat, wyczerpano potencjał intensywnego wzrostu, opierający się na strukturze jeszcze z czasów radzieckich. Władza rozumie, że trzeba coś zmieniać, ale zmieniać nie chce, bo to, co jest, ich urządza. Tyle, że niedługo nie będzie już w ogóle mowy o utrzymaniu obecnego porządku. Rosja, tak jak cały świat, znajduje się na progu poważnych politycznych wstrząsów. Najbliższe 2-3 lata będą bardzo ciekawe. Ludzie będą szukać sposobów politycznego samookreślenia, samoorganizacji.

Obserwuję protesty społeczne. Stały się lepiej zorganizowane, bardziej racjonalne. będzie bunt, przemoc, rozlew Z drugiej strony ludzie boją się sami siebie i to ich hamuje. Ludzie boją się o państwo i nie chcą, by społeczny ład zawalił się z dnia na dzień. Istnieje obawa, że jeśli zaczniemy to wszystko, co osiągnęliśmy przez te lata, burzyć, to nie wiadomo, czym to się może skończyć.

Nasza rewolucja

To nie jest książka dla miłośników, szybkiego bezrefleksyjnego czytania. To nie jest powszechny dziś księgarski „Fast food”. Lektura do jednorazowego użytku.

Ten zbiór politycznych felietonów i esejów trzeba czytać bez pośpiechu. Odkrywając i kosztują ukryte tam smaki. Czytać i potem wracać do wybranych, inspirujących nas tekstów. Zawarta w nich mądrość gwarantuje, że nie zestarzeją się.
Bo jest to opis rzeczywistości dokonany przez socjalistę. Czasem przez okulary byłego wieloletniego przewodniczącego Rady Naczelnej PPS i Komisji Historycznej PPS. Czasem przez polityka myśliciela, który wznosi się ponad partyjne schematy. Bada konsekwencje i przewiduje skutki podejmowanych właśnie decyzji politycznych.
Dlatego jest to książka bardzo ważna dla całego ruchu socjalistycznego. Przypomina jego chlubną historię. Ale też pełni rolę współczesnego drogowskazu ideowego i politycznego.
Miło mi też przypomnieć, że zebrane w „Rewolucji konstytucyjnej” teksty miały swe premiery na łamach naszej „Trybuny”.

Andrzej Ziemski „Rewolucja konstytucyjna”. Wydawnictwo „Kto jest Kim”. Warszawa 2019. 500

Przywrócić blask PPS

Z nowym przewodniczącym Rady Naczelnej PPS Wociechem Koniecznym rozmawia Przemysław Prekiel.

W połowie marca zmieniły się władze PPS. To tylko zmiana pokoleniowa?
W rzeczywistości zmiana władz to dłuższy proces. Od Kongresu poprzez pierwsze posiedzenie Rady Naczelnej, ukonstytuowanie się władz, rejestrację w sądzie… Na pewno dokonała się zmiana pokoleniowa, chociaż istotniejsza pewnie jest zmiana mentalna. Wiek nie jest tak istotny, ważne jest podejście do polityki, do postrzegania siebie jako jej części. Polskiej Partii Socjalistycznej potrzeba wyjścia do ludzi, większej aktywności, uczestnictwa w codziennym życiu politycznym m.in. w wyborach. Do tego potrzeba działaczy chcących się zaangażować, poświęcić czas, co w dzisiejszym świecie, jeśli nie jest się zawodowym politykiem jest coraz trudniejsze. Krótko mówiąc – mniej mówienia, pisania, więcej pracy. Nie oznacza to odrzucenia dotychczasowego dorobku Partii, ludzi którzy pracowali aby przetrwała i kontynuowała swoją misję. Ale teraz musimy wszyscy ruszyć do przodu, rozwijać się, rozbudowywać struktury, pozyskiwać nowych członków i sympatyków. Podstawy, dorobek, tradycje mamy doskonałe, najlepsze nie tylko na lewicy. To, plus nowa energia w działaniu, nowe otwarcie na różne środowiska, powinno skutkować sukcesem.
Komu jest dziś potrzebna PPS?
Niewątpliwie żyjemy dzisiaj szybko, chcemy prostego, jasnego przekazu. Szybkiej identyfikacji. Polska Partia Socjalistyczna musi się do tego dostosować. Mamy wiele partii, organizacji lewicowych. Każda dba o swoją tożsamość, chce się uwiarygodnić programem, wykreować liderów, dotrzeć ze swoją nazwą i ideałami do jak największej części społeczeństwa. My części tej pracy nie musimy wykonywać, chciałbym, aby nasz program był dla ludzi lewicy, bo to im jesteśmy potrzebni, intuicyjny. Wszyscy bowiem wywodzimy się z jednego kamienia, z tego kamienia na Placu Grzybowskim.
Polska lewica potrzebuje partii, która nie zawiedzie, będzie nie tylko sercem, ale również rozumem i całym ciałem po lewej stronie. Wiadomo, polityka wymaga kompromisów, czasem jest grą kompromisów. Ale istnieją granice, których my nigdy nie przekroczymy – bo po prostu nie możemy, bo jesteśmy to winni całym pokoleniom tych, którzy byli przed nami jak i dzisiejszym zwolennikom lewicy.
Kapitalizm w Polsce wymaga korekty czy rewolucji?
Rewolucja to wielkie, może nawet niebezpieczne słowo. Żyjemy tu i teraz, mamy takie a nie inne problemy. Czas wielkich rewolucji przeminął. Dokonują się inne rewolucje – informatyczna, technologiczna, przemiany wewnątrz społeczeństw, zmiany podejścia do roli jednostek w społeczeństwie.
Naszą rolą jest ciągle dbanie o człowieka, o wartości humanistyczne, etyczne, aby uczynić ten zmieniający się świat lepszym, przyjaznym, pełnym wolności i sprawiedliwości społecznej. Nie dokonamy tego drogą rewolucji, bo musielibyśmy ich wywołać kilka, albo nawet kilkanaście. Kapitalizm też się zmienia, chociaż nie na lepsze. W Polsce musimy teraz dbać o to, by nie utracić tego, co udało się wywalczyć – wolności, demokracji, praworządności, udziału w wielkiej europejskiej rodzinie narodów.
Mamy wiele do zrobienia, musimy być czujni na co dzień, zanim zdążymy przygotować rewolucje, świat nas przegoni i pojawią się już nowe cele
czy zagrożenia.
Jednocześnie przyznam, że nie wierzę w samoistną czy dobrowolną korektę kapitalizmu. Musimy więc ciągle wywierać presję, w innym razie wyjdą demony o których istnieniu mogliśmy już zapomnieć. A nic nie jest dane raz na zawsze.
Towarzysz Przewodniczący jest lekarzem i dyrektorem jednego z częstochowskich szpitali. Służba zdrowia będzie oczkiem w głowie dla PPS?
Dla mnie na pewno. Dla PPS będzie jednym z ważnych punktów programu. Ochrona zdrowia powinna być na sztandarach lewicy, jest to sfera bliska ludziom, zarówno pacjentom jak i pracownikom. Z punktu widzenia politycznego jest też dla nas dobrym polem do działania. Osobiście dziwię się dość małemu zaangażowaniu różnych partii lewicowych w rozwiązywaniu problemów w tym zakresie, czy choćby temu, że nie przedstawiamy społeczeństwu jasnego programu poprawy jakości ochrony zdrowia w Polsce. Jest to dziedzina zaniedbana przez wszystkie rządy, obecnie ze złymi perspektywami.
Trzeba się zmierzyć z tym problemem, pomysły prawicy są śmieszne lub żadne, czasem groźne – jak na przykład zamiary liberałów chcących wszystko sprywatyzować i w ten sposób zrzucić odpowiedzialność państwa za zdrowie Polaków. Gdy lewica przedstawi spójny, realny plan naprawy ochrony zdrowia i zacznie go skutecznie wprowadzać w życie dostanie premię od społeczeństwa.
Mówiłem o tym na Kongresie Lewicy ponad dwa lata temu i odniosłem wrażenie, że nie jest to temat ,,nośny”, albo że nikt nie wierzy, że można tutaj odnieść sukces. A można, choć to wymaga ogromnej pracy, konsekwencji i pieniędzy.
Jesteście otwarci na współpracę z SLD i Razem? Pytam, bowiem PPS nie startuje w wyborach do PE. Dziwna decyzja.
Musimy w tym miejscu wrócić do pierwszego pytania… Poprzednie władze PPS nie podjęły decyzji co do udziału w wyborach do Europarlamentu. Wynikało to również z przyczyn, nazwijmy to, obiektywnych – przesunięcia daty Kongresu, więc naszych wewnętrznych spraw organizacyjnych. W kwietniu Rada Naczelna PPS podjęła decyzję o wsparciu kandydatów do Parlamentu Europejskiego startujących z list Lewicy Razem i tych kandydatów, którzy zostali zarekomendowani przez SLD na listę Koalicji Europejskiej. Po prostu będziemy wspierać tych, którzy prezentują socjalistyczną wrażliwość i jesteśmy przekonani o ich trwałych, lewicowych przekonaniach.
W poszczególnych województwach wygląda to różnie, ja jestem z Częstochowy, w Województwie Śląskim wspieramy Marka Balta, krajowego wiceprzewodniczącego SLD. Myślimy o jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu, mamy zamiar czynnie w nich uczestniczyć, przygotowujemy się do tego.
Możemy współpracować ze wszystkimi, z którymi znajdziemy wspólnotę programową. Mamy nadzieję, że tym razem powstanie jedna, lewicowa lista do Sejmu co będzie czytelnym sygnałem dla wyborców i pozwoli na zaistnienie tak potrzebnej lewicy w parlamencie. Osobną sprawą są wybory do Senatu. Ze względu na specyfikę okręgów jednomandatowych można tutaj pomyśleć o szerszej, prodemokratycznej koalicji.
Jak towarzysz chce przywrócić blask PPS? O tej partii słyszymy głównie w kontekście historycznym.
To prawda. Nasza historia jest piękna. Czerpiemy z niej, jak już wcześniej wspomniałem wszyscy się z niej wywodzimy. Czasem również powoduje nieporozumienia, zwłaszcza w kontaktach z młodszym pokoleniem – przykładowo słowo ,,towarzysz”, wywodzące się z ponad stuletniej tradycji, towarzyszami byli Daszyński, Piłsudski, Limanowski, Pużak, dziś brzmi anachronicznie, nawet dla niektórych dziwnie. To jednak właśnie nasza tożsamość, z której nie możemy i nie chcemy rezygnować.
W Europie działają partie o tradycjach jeszcze dłuższych niż nasza, do dziś zachowują swoje historyczne nazwy, np SPD obchodziła w 2013 roku 150 rocznicę powstania… A sposób na przywrócenie blasku to praca, rozbudowa struktur i lewicowa wiarygodność. Tutaj koła
nie wymyślimy.

Głos lewicy

Wielki powrót pirata

Publicysta Łukasz Moll dzieli się refleksją o ACTA2:
1) autorem piosenki może być jakiś tam Zenon Martyniuk – i jego autorstwo nadaje tej piosence „wartość użytkową” (jej „słuchalność”)
2) autorem „wartości wymiennej” tej piosenki (jej ceny) są dystrybutorzy, wydawcy – obojętnie czy dystrybucja odbywa się za pośrednictwem płyt czy serwisów z plikami mp3 – a konkretną wielkość tej ceny ustalają w oparciu o kalkulacje rynkowe
3) ale o „wartości” piosenki – czyli o tym, że w ogóle może ona zaistnieć i jako „wartość użytkowa” i jako „wartość wymienna” – decydują jej słuchacze, a więc ci wszyscy, którzy chcą tej piosenki słuchać, przekazywać ją dalej, pożyczać sobie, wymieniać się nią, zachęcać do jej słuchania, zabierać w podróż, na imprezę, podśpiewywać ją sobie, nucić, wykonywać na karaoke, tańczyć do niej na ślubach, przerabiać ją, recenzować, fałszować, mylić tekst, nie trafiać w dźwięk, rano grasować z nią po ulicach, po południu łowić przy niej ryby, wieczorem paść z nią w słuchawkach bydło, a wieczorem ją krytykować. Co więcej, autorami „wartości” piosenki są także wszyscy jej nie-słuchacze: ci, którzy krzyczą „wyłącz to”, ci, co zmieniają kanał, wyśmiewają piosenkę, pozostają głusi na jej walory, wybierają inne melodie itd. Popularne piosenki mogą istnieć tylko dlatego, że istnieją niepopularne. Rock istnieje, bo istnieje techno. Hip hop istnieje, bo istnieje muzyka klasyczna. Wartość jest, inaczej mówiąc, zawsze relacyjna. Bez bogactwa wielości, bez krążenia piosenki – a zwłaszcza jej refrenu – w tym, co społeczne, piosenka nie ma, nie może mieć żadnej wartości, bo nie odpowiada na żadną potrzebę, nie staje się dobrem pożądanym. I Internet jest doskonałą manifestacją tego procesu, choć sam proces jest przecież starszy niż internet. Najpierw użytkownicy stworzyli sieci wymiany plików – np. piosenek – nadając im społeczną wartość. Na to kapitał zwietrzył interes i przy pomocy prawa autorskiego ogradza nam ten obieg kulturalny, szatkując sieć na kawałki z metką właścicielska i przypisaną do niej ceną. Jest to klasyczne grodzenie oddolnie wytworzonych dóbr wspólnych. Nie ma sensu walczyć z piractwem, z łamaniem praw autorskich na Facebooku czy YouTubie. Prawdziwymi grabieżcami są tutaj wszystkie te platformy, które zarabiają na dawnych sieciach pirackich. Tak, nie powinny zarabiać! Ale rozwiązaniem nie jest ACTA2, która ogranicza resztki pirackiej swobody na tych wielkich tankowcach. Rozwiązaniem jest zatopienie tych tankowców i wyciągnięcie na powrót pirackiej bandery.

Polska i świat

Nie mam wątpliwości, że Europa wkroczyła w fazę nowego Świętego Przymierza chroniącego możnych przed demokratycznymi artykulacjami. Spójrzmy tylko na to, co się dzieje:
We Francji policja tydzień w tydzień brutalnie leje manifestujących, zakazuje się demonstracji, wyprowadza się wojsko na ulice – wszystko po to, by ochronić reformy korzystne dla bogaczy i niekorzystne dla większości społeczeństwa – a odpowiedzialny za to prezydent uchodzi za symbol europejskości,
W Wielkiej Brytanii premier jest głucha nie tylko na opinię publiczną, ale i na głosy Parlamentu, mającego być tejże opinii publicznej wyrazem – przedkłada ponad interes powszechny dobro własnej, fatalnie podzielonej partii i koalicji, a także własną, coraz bardziej zagrożoną posadę,
W Hiszpanii doszło do gorszącej kryminalizacji aspiracji Katalończyków do samostanowienia – z demonstracjami władze w Madrycie obeszły się bezwzględnie, a działaczom niepodległościowym postawiono zarzuty,
Niemcy ponownie weszły w samozwańczego centrum Europy, które lansuje wizję integracji, zgodnie z którą to co jest dobre dla niemieckiego kapitału, ma być dobre dla ludów Europy,
Włosi są na populistycznej wojnie ze zdesperowanymi uchodźcami, którym w bestialski sposób utrudniają przekraczanie Morza Śródziemnego,
Na Wschodzie Rosja na powrót stała się żandarmem, który poszerza swoją strefę wpływów, a Turcja robi za sojusznika Europy w powstrzymywaniu przepływów ludności i w walce z islamistami, odpłacając sobie przyzwoleniem Europy na dziesiątkowanie Kurdów,
A Polacy nie są już barometrem rewolucji w Europie, jakim byli w XIX wieku.
I w tych przerażających warunkach zamiast nowej Wiosny Ludów, dostajemy z lewej strony jakieś pastelowe, infantylne Wiosny i projekty dla kosmopolitycznych wykształciuchów…

Polegli niezapomniani

28 października, jak co roku, Kampania Historia Czerwona zorganizowała sprzątanie grobów rewolucjonistow na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Uporządkowane zostały groby Dąbrowszczaków oraz członków lewicowego ruchu oporu z czasów II wojny światowej.
Kampania Historia Czerwona ma na celu przypominanie i popularyzację historii polskiego ruchu robotniczego i zaprasza do współpracy

Pamięci Salvadora Allende

Chile, podobnie jak Polska, jest miejscem ostrego sporu dotyczącego najnowszej historii kraju. W lokalnej polityce działają jeszcze nieliczni apologeci junty wojskowej Augusto Pinocheta. Wydaje się jednak, że nieistniejący już konserwatywny reżim jeszcze więcej fanów ma pośród polskiej prawicy, począwszy od zwolenników PiS-u, po „korwinistów” i narodowców. Ci sami, którzy mówią o „wstawaniu z kolan”, hołubią satelicki reżim podporządkowany Stanom Zjednoczonym.

 

Na polskich portalach narodowo-katolickich Allende przedstawiany jest jako czerwony pająk i agent KGB, chcący wciągnąć swoją ojczyznę w pajęczynę rozciągniętą przez sowiecki imperializm. Pinochet, człowiek, który na całym świecie uznawany jest za zbrodniarza, w III/IV RP uchodzi za bohatera. Za to sylwetka Salvadora Allende nie jest powszechnie znana choćby ze względu na dominujący prawicowy, wolnorynkowy dyskurs polityczno-ideologiczny i odległość geograficzną, jaka dzieli nasz kraj od Ameryki Łacińskiej. Chilijski socjalista jest rzadko wspominany nawet na łamach lewicowych mediów, nad czym ubolewam. Niemal jedynymi, którzy piszą o Allende są dziennikarscy „fanboje” Pinocheta i tzw. „kuce”. Tymczasem 11 września mija kolejna rocznica wojskowego puczu z 1973 roku, warto więc podjąć próbę odkłamania tej historii.
Przyszły prezydent urodził się w czerwcu 1908 roku w rodzinie o baskijskich korzeniach. Ojcem Salvadora był wybitny adwokat, dziennikarz i wolnomularz Salvador Allende Castro. Rodzina od pokoleń sympatyzowała z mieszczańskim ruchem liberalnym, wśród przodków prezydenta znajdował się nawet liberalny parlamentarzysta Ramón Allende Padín. Salvador jako licealista zetknął się z anarchistycznymi radykałami, którzy – jak sam potem przyznawał – pchnęli go w stronę lewicowości. Mimo wolnościowego światopoglądu i buntowniczego usposobienia młodzieniec wybrał militarną ścieżkę rozwoju. Jako absolwent szkoły średniej przez rok służył w szeregach Fuerzas Armadas de Chile. Następnie podjął studia medyczne na Universidad de Chile w stolicy kraju, Santiago.
Już jako żak przesiąknął ideami marksizmu, nie był jednak leninistą, zawsze odżegnywał się od komunizmu rewolucyjnego i bolszewizmu. Będąc zadeklarowanym marksistą, odrzucał dyktaturę proletariatu i popierał ideologię socjalizmu demokratycznego, a więc koncepcję stopniowego reformowania państwa w duchu socjalistycznym na drodze pokojowych przemian. Jedynym (oprócz faszyzmu) systemem, jakim szczerze pogardzał przez całe życie, był dziki kapitalizm, dziś rzeklibyśmy kapitalizm w neoliberalnym wydaniu.
W 1929 roku rozpoczął działalność w prodemokratycznym ruchu studenckim, co zresztą przypłacił pobytem w areszcie. W cztery lata później znalazł się w gronie współzałożycieli Socjalistycznej Partii Chile. W 1937 roku po raz pierwszy wybrany został do parlamentu. Od połowy lat 30. działał na rzecz współpracy chilijskiej lewicy i był jednym z koordynatorów jednościowej koalicji Front Ludowy. U progu II wojny światowej wszedł do liberalnego rządu jako minister zdrowia.
Zanim udało mu się zdobyć upragniony urząd prezydenta Chile, trzy razy bez większych sukcesów brał udział w wyścigu wyborczym (w 1952, 1958 i 1964 roku). Porażki sprawiły, że lubił żartować, iż jego epitafium będzie brzmiało: „tu spoczywa następny prezydent Chile”. Rosnącej popularności Allende i PSCh z zaniepokojeniem przyglądały się kolejne amerykańskie gabinety. Waszyngtońskie jastrzębie uważały Allende i jego partię za niebezpiecznych marksistów skłonnych do aliansu ze Związkiem Radzieckim. Tymczasem przywódca chilijskich socjalistów, nie będąc antykomunistą, był jednak sceptycznie nastawiony do Związku Radzieckiego, patrzył raczej w kierunku innych przywódców Trzeciego Świata. Jako demokrata w 1956 roku potępił sowiecką interwencją na Węgrzech, a w 1968 roku skrytykował operację „Dunaj” przeprowadzoną przez Układ Warszawski w socjalistycznej Czechosłowacji. Jako prezydent był z kolei pierwszym przywódcą w Ameryce, jaki oficjalnie uznał Chińską Republikę Ludową, będącą wówczas w konflikcie z „socjalimperialistami” i „rewizjonistami” z ZSRR.
Mimo licznych przeciwności, Allende odniósł zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 1970 roku. Wystartował w nich jako kandydat progresywnego bloku Unidad Popular (porozumienie socjalistów, socjaldemokratów, liberałów, lewicy chadeckiej, zwolenników teologii wyzwolenia i komunistów). Głównym konkurentem lewicowca był eksprezydent i prawicowiec Jorge Allesandri, hojnie wspierany finansowo przez Stany Zjednoczone. Waszyngtońscy odpowiednicy współczesnych neokonserwatystów rozpoczęli intensywną kampanię wymierzoną w nowego lokatora pałacu La Moneda. Największym antylewicowym podżegaczem okazał się sam Richard Nixon, który polecił CIA opracowanie planu obalenia Allende.
Amerykanie już od listopada 1970 roku zaczęli podburzać przeciwko lewicy chilijski aparat wojskowy. W październiku tego samego roku zabity został lewicujący generał René Schneider Chereau. Polityczny mord nie przestraszył Jedności Ludowej, lewica zaczęła realizować reformy utrzymane w duchu socjalistyczno-demokratycznym obejmujące nacjonalizację największych firm, modernizację rolnictwa i reformę służby zdrowia. W ramach walki z bezrobociem rząd wdrożył program robót publicznych, jednocześnie wstrzymano spłatę długów międzynarodowych, podniesiono pensje i zamrożone wszystkie ceny. Takie działania zwróciły przeciwko Allende wyższą klasę średnią, latyfundystów, kler katolicki i prawicowych chadeków.
Socjalistyczny program gospodarczy Allende odnosił krótkotrwałe sukcesy, niemniej jednak do 1972 roku sytuacja gospodarcza Chile uległa gwałtownemu pogorszeniu, a galopująca inflacja osiągnęła 140 proc. To jednak nie oburzało Amerykanów, prawdziwy powód niepokoju Białego Domu był zgoła odmienny. Rzekomy komunista uderzył w gringo, nacjonalizując amerykańskie koncerny. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze… Demokratyczni i republikańscy politycy solidarnie opluwali Allende za wznowienie przez niego stosunków dyplomatycznych z Kubą, wbrew konwencji OPA. Po wizycie Castro w Santiago prawica chilijska i Amerykanie ogłosiła, że Allende pcha Chile w ramiona kubańskich komunistów. Jeszcze w 1972 roku wybuchł pierwszy większy strajk, protest został opłacony przez podżegaczy z Waszyngtonu.
Prowokatorskie działania USA na niewiele się zdały, w wyborach z 1973 roku lewica poszerzyła swój elektorat. Jeszcze w czerwcu tego samego roku płk. Roberto Souper wraz z dowodzonym przez siebie pułkiem czołgów, otoczył pałac La Moneda, puczyści tym razem zostali odparci przez siły wierne prawowitemu, legalnemu rządowi. Pod koniec sierpnia głównodowodzącym armii został generał, a zarazem skrajny prawicowiec i neoliberał Augusto Pinochet. Lato okazało się niezwykle gorące i nie chodzi tu bynajmniej o pogodę – Izba Deputowanych oskarżyła prezydenta o działania niezgodne z konstytucją. Rząd został niemal całkowicie sparaliżowany i nie był już w stanie egzekwować prawa. Epilog rządów lewicy nastąpił 11 września.
Tuż przed zajęciem pałacu prezydenckiego przez wspieraną przez CIA armię, prezydent wygłosił przez radio mowę pożegnalną. W pamiętnym przemówieniu Allende mówił o swojej miłości do Chile i wierze w przyszłość ojczyzny. Nadawanemu na żywo przemówieniu towarzyszyły odgłosy wystrzałów z broni palnej. Polityk powiedział również, że nie jest gotowy iść na żaden kompromis i nie pozwoli zdrajcom wykorzystać swojej osoby do celów propagandowych. Wszystko wskazuje na to, iż prezydent zamierzał walczyć do końca.
Na krótką chwilę po zakończeniu audycji Allende zginął. Okoliczności jego śmierci do tej pory budzą kontrowersje. Wiadome jest, że rebelianci planowali schwytać prezydenta żywego. Puczyści nie spodziewali się przy tym większego oporu ze strony zgromadzonych w gmachu cywilów. Mylili się, 42 przebywające w pałacu osoby przez pięć godzin dawały odpór nacierającym wojskowym. Na wyposażeniu obrońców pałacu znajdowały się pistolety maszynowe i ręczna wyrzutnia rakiet bazooka.
Według teorii popieranej przez część Chilijczyków, prezydent został zastrzelony w trakcie wymiany ognia (w której sam uczestniczył) w Salon Rojo, państwowej sali przyjęć, a jego mordercą był kapitan Roberto Garrido. Salon miał być następnie „udekorowany”, w taki sposób, aby wyglądało na to, że prezydent sam się zastrzelił. Inna wersja mówi o tym, że ciężko ranny Allende miał zostać dobity przez Mosquero i Riverosa. Według jeszcze innych źródeł, prezydent miał zostać ranny w brzuch, po czym upadł na podłogę i kontynuował ostrzał z AK-47 do czasu, gdy jeden z pocisków nie trafił go w okolicę serca. Kolumbijski pisarz Gabriel Garcia Marquez, który dotarł do relacji obrońców pałacu, twierdził, że puczyści zastrzelili prezydenta, a następnie zbezcześcili jego ciało – twarz Allende została zmiażdżona kolbą, a zwłoki ostrzelane. Na korzyść teorii o zabójstwie prezydenta świadczy również fakt niewpuszczenia do Salon Rojo strażaków, strażakom nakazano ponadto milczenie na temat tego, co widzieli w Palacio de La Moneda. Informacja o śmierci prezydenta została przekazana mieszkańcom Chile dopiero dzień później. W całej sprawie jedno jest pewne – Allende zginął z bronią w ręku.
Tego jak naprawdę wyglądała śmierć prezydenta, zapewne nie dowiemy się nigdy. Ale sposób, w jaki Allende zginął, nie jest rzeczą najważniejszą – jego oprawcy pewnie już są zbyt sędziwi, aby ich skazać, albo po prostu nie żyją. Najważniejsza jest pamięć o nim i głoszonych przez niego demokratyczno-progresywnych ideałach.
Według badania opinii publicznej z 2009 roku, Salvador Allende uchodzi za „największego Chilijczyka” – w głosowaniu zorganizowanym przez tamtejszą telewizję publiczną, prezydent został wskazany przez 38 proc. respondentów. Jego następca jest z kolei uznawany przez większość Chilijczyków za zbrodniarza i godnego potępienia dyktatora. Wychodzi na to, że ostatnią ostoją pinochetyzmu są nasi niezawodni rodacy ze skrajnej prawicy.

Spór o ocenę demokracji

Niedawna rocznica czerwcowych wyborów 1989 roku przypomniała, jak głęboko sięgają polityczne rozbieżności w ocenie tego wydarzenia, a raczej – bo tu tkwi istota sporu – całej polskiej drogi do demokracji.

 

Obóz rządzący rocznicę tę albo ignorował, albo nawet usiłował dezawuować, na przykład przez wysuwanie niepoważnego twierdzenia, jakoby wybory czerwcowe zostały przez Polaków zbojkotowane. Politycy Platformy Obywatelskiej i bliscy im publicyści potraktowali czerwcową rocznicę jako dogodną okazję do podkreślenia roli odegranej w tej historycznej zmianie przez ówczesną opozycję demokratyczną i jej historycznych przywódców. Mają do tego bezsporne prawo.

 

Miejsce dla lewicy

Gdzie w tym sporze stoi lewica? Czym dla niej jest czerwcowa rocznica? Są to pytania o istotnym znaczeniu politycznym, gdyż stosunek do wydarzeń, od których dzieli nas już niemal trzydzieści lat, ma istotne znaczenie dla dzisiejszej tożsamości wszystkich sił politycznych, w tym także – a może nawet szczególnie – lewicy.
Gdy pojawiły się informacje o wyniku pierwszej (najważniejszej) tury wyborów, byłem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Przewidywałem przegraną w wyborach do Senatu i dlatego proponowałem (niestety bezskutecznie) wprowadzenie innej ordynacji wyborczej, która pozwoliłaby na wejście do Senatu w przybliżeniu takiej liczby kandydatów ówczesnego obozu rządzącego, jaka odpowiadała zasięgowi jej poparcia (szacowanego na 25-30 procent biorących udział w głosowaniu). Jak wielu ludzi z obu stron ówczesnego podziału obawiałem się, że wynik wyborów zdestabilizuje trudny proces przebudowy systemu i doprowadzi do eskalacji konfliktów o trudnych do przewidzenia, być może dramatycznych, konsekwencjach.
Obawy te okazały się przesadne, co nie znaczy, by były bezzasadne. Wypracowany przy „okrągłym stole” kompromis polityczny został uratowany i stał się fundamentem polskiej, pokojowej drogi do demokracji. Chociaż wielu ludzi miało udział w zbudowaniu tego kompromisu, rolę podstawową odegrali dwaj przywódcy: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa. Nie jest więc przypadkiem, że obaj oni byli i są celem bezpardonowych ataków ze strony tych polityków, którzy albo już wtedy byli przeciwnikami historycznego kompromisu, albo po latach doszlusowali do obozu przeciwników „okrągłego stołu”.
W politologicznych teoriach przejścia do demokracji wyróżnia się pięć podstawowych wariantów. Pierwszym, niezwykle rzadkim, jest budowanie demokracji w warunkach przegranej wojny i obcej okupacji. Drugim, też rzadko występującym, jest rewolucyjne, dokonane siłą obalenie dyktatury. Doświadczenie historyczne pokazuje, że w większości wypadków rewolucja prowadzi nie do demokracji,, lecz do innego typu dyktatury, jak to miało na przykład miejsce w Iranie po obaleniu szacha Reza Pahlevi w 1979 roku. Trzecim jest implozja systemu, załamanie się dyktatury pod wpływem poniesionej klęski zagranicznej (Grecja 1974, Argentyna 1983), lub wewnętrznego kryzysu (ZSRR 1991). Czwartym jest udana reforma „odgórna”, prowadzona przez reformatorów w ramach systemu dyktatorskiego bez znaczącego udziału opozycji (co nastąpiło w Brazylii na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego stulecia i zapamiętane zostało pod nazwą „abertury” – otwarcia). Piątym wreszcie modelem zmiany jest negocjowana reforma, dla której modelowym wzorem był wielki kompromis hiszpański po śmierci (1975r.) generała Franco i pod patronatem nowego króla Juana Carlosa.

 

Kompromis

Model negocjowanego kompromisu zawiera w sobie obustronne ustępstwa, a więc wyklucza taki wynik, który po jednej stronie stawiałby stuprocentowych zwycięzców, po drugiej zaś – totalnie przegranych. Jak podkreślają badacze tego procesu (w tym pochodzący z Polski wybitny politolog amerykański Adam Przeworski) warunkiem powodzenia negocjowanej reformy jest to, by jeszcze przed podjęciem rokowań po obu stronach dokonały się przegrupowania, w wyniku których wpływy polityczne tracą fundamentalistyczni przeciwnicy ustępstw w obozie władzy i radykalni przeciwnicy kompromisu po stronie opozycji. To stało się zarówno w Hiszpanii, jak kilkanaście lat później w Polsce. Bez takiego, dokonanego po obu stronach, uporządkowania szeregów kompromis nie byłby możliwy.
Historia dopisała jednak ciąg dalszy. W wyniku rozczarowania znacznej części społeczeństwa polskiego tym, jak przebiegały przemiany posocjalistyczne, oraz w wyniku politycznych przetasowań w głównych partiach politycznych, władzę w Polsce zdobyło ugrupowanie, które wręcz ostentacyjnie nawiązuje do tego nurtu dawnej opozycji, który programowo odrzucał kompromis „okrągłego stołu”. Symbolicznym znakiem tej zmiany było powierzenie zaszczytnej funkcji marszałka-seniora otwierającego posiedzenie wybranego w 2015 roku Sejmu Kornelowi Morawieckiemu, który bardziej niż ktokolwiek inny reprezentuje nieprzejednany sprzeciw wobec kompromisu 1989 roku. Obóz rządzący kreuje się na bezkompromisowego przeciwnika tego kompromisu, potępia jego głównych autorów i sugeruje, że idąc inną drogą Polska miałaby się obecnie bez porównania lepiej.

 

Fałsz

Jest to fałsz historyczny i przejaw moralnej dezynwoltury. Nie ma ani jednego przykładu kraju, który z systemu państwowego socjalizmu wyszedłby drogą rewolucyjną i odniósł w jej wyniku lepsze niż Polska wyniki. Czy takim wzorem miałaby być dla nas Rumunia, która przez wiele lat nie mogła uporać się z konsekwencjami krwawej rewolty z grudnia 1989 roku? A może Rosja, Ukraina lub Białoruś, gdzie zmiany ustrojowe zrodziły się w wyniku gwałtownego załamania politycznego po nieudanym puczu sierpnio0wym 1991 roku?

 

Prawda

Polska droga de demokracji nie jest wolna od porażek i błędów, z których najważniejszym było zbytnie podporządkowanie polityki gospodarczej i społecznej państwa logice neoliberalnego podejścia do reform gospodarczych, co w konsekwencji doprowadziło do nadmiernej polaryzacji społecznej i do uzasadnionego poczucia pokrzywdzenia znacznej części społeczeństwa. Krytykując je i programując inną strategię na lata, które przyjdą po odsunięciu od władzy obozu PiS, powinniśmy jednak pamiętać, że nie stanowiły one nieuchronnej konsekwencji zawartego w 1989 roku historycznego kompromisu.
Kompromis ten ma natomiast znaczenie dla przyszłości jako wyraz takiego myślenia o państwie, w którym chciałbym widzieć drogowskaz ku lepszej niż obecna polityki polskiej. Fundamentem tego myślenia jest uznanie, że Rzeczpospolita jest wspólnym dobrem wszystkich jej obywateli. Za tym – wyrażonym w preambule do Konstytucji – sformułowaniem kryje się ważna myśl: odrzucenie traktowania polityki jako bezwzględnej walki opartej na podziale na „swoich” i „wrogów”. Kryje się także gotowość do wspólnego wypracowywania rozwiązań stwarzających szansę na wspólne działanie podstawowych sił politycznych.

 

Morał

Takie przesłanie, płynące z naszego – szanowanego w świecie – doświadczenia pokojowej drogi do demokracji, jest cennym dziedzictwem „okrągłego stołu”, czerwcowych wyborów i sposobu, w jaki wynik tych wyborów posłużył budowaniu demokratycznej Polski. Jako ludzie tego nurtu lewicy, który odegrał w tym procesie znaczącą rolę, mamy prawo do dumy z tego, że demokratyczna Polska rodziła się nie wbrew nam, lecz z naszym znaczącym udziałem.