Polegli niezapomniani

28 października, jak co roku, Kampania Historia Czerwona zorganizowała sprzątanie grobów rewolucjonistow na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Uporządkowane zostały groby Dąbrowszczaków oraz członków lewicowego ruchu oporu z czasów II wojny światowej.
Kampania Historia Czerwona ma na celu przypominanie i popularyzację historii polskiego ruchu robotniczego i zaprasza do współpracy

Pamięci Salvadora Allende

Chile, podobnie jak Polska, jest miejscem ostrego sporu dotyczącego najnowszej historii kraju. W lokalnej polityce działają jeszcze nieliczni apologeci junty wojskowej Augusto Pinocheta. Wydaje się jednak, że nieistniejący już konserwatywny reżim jeszcze więcej fanów ma pośród polskiej prawicy, począwszy od zwolenników PiS-u, po „korwinistów” i narodowców. Ci sami, którzy mówią o „wstawaniu z kolan”, hołubią satelicki reżim podporządkowany Stanom Zjednoczonym.

 

Na polskich portalach narodowo-katolickich Allende przedstawiany jest jako czerwony pająk i agent KGB, chcący wciągnąć swoją ojczyznę w pajęczynę rozciągniętą przez sowiecki imperializm. Pinochet, człowiek, który na całym świecie uznawany jest za zbrodniarza, w III/IV RP uchodzi za bohatera. Za to sylwetka Salvadora Allende nie jest powszechnie znana choćby ze względu na dominujący prawicowy, wolnorynkowy dyskurs polityczno-ideologiczny i odległość geograficzną, jaka dzieli nasz kraj od Ameryki Łacińskiej. Chilijski socjalista jest rzadko wspominany nawet na łamach lewicowych mediów, nad czym ubolewam. Niemal jedynymi, którzy piszą o Allende są dziennikarscy „fanboje” Pinocheta i tzw. „kuce”. Tymczasem 11 września mija kolejna rocznica wojskowego puczu z 1973 roku, warto więc podjąć próbę odkłamania tej historii.
Przyszły prezydent urodził się w czerwcu 1908 roku w rodzinie o baskijskich korzeniach. Ojcem Salvadora był wybitny adwokat, dziennikarz i wolnomularz Salvador Allende Castro. Rodzina od pokoleń sympatyzowała z mieszczańskim ruchem liberalnym, wśród przodków prezydenta znajdował się nawet liberalny parlamentarzysta Ramón Allende Padín. Salvador jako licealista zetknął się z anarchistycznymi radykałami, którzy – jak sam potem przyznawał – pchnęli go w stronę lewicowości. Mimo wolnościowego światopoglądu i buntowniczego usposobienia młodzieniec wybrał militarną ścieżkę rozwoju. Jako absolwent szkoły średniej przez rok służył w szeregach Fuerzas Armadas de Chile. Następnie podjął studia medyczne na Universidad de Chile w stolicy kraju, Santiago.
Już jako żak przesiąknął ideami marksizmu, nie był jednak leninistą, zawsze odżegnywał się od komunizmu rewolucyjnego i bolszewizmu. Będąc zadeklarowanym marksistą, odrzucał dyktaturę proletariatu i popierał ideologię socjalizmu demokratycznego, a więc koncepcję stopniowego reformowania państwa w duchu socjalistycznym na drodze pokojowych przemian. Jedynym (oprócz faszyzmu) systemem, jakim szczerze pogardzał przez całe życie, był dziki kapitalizm, dziś rzeklibyśmy kapitalizm w neoliberalnym wydaniu.
W 1929 roku rozpoczął działalność w prodemokratycznym ruchu studenckim, co zresztą przypłacił pobytem w areszcie. W cztery lata później znalazł się w gronie współzałożycieli Socjalistycznej Partii Chile. W 1937 roku po raz pierwszy wybrany został do parlamentu. Od połowy lat 30. działał na rzecz współpracy chilijskiej lewicy i był jednym z koordynatorów jednościowej koalicji Front Ludowy. U progu II wojny światowej wszedł do liberalnego rządu jako minister zdrowia.
Zanim udało mu się zdobyć upragniony urząd prezydenta Chile, trzy razy bez większych sukcesów brał udział w wyścigu wyborczym (w 1952, 1958 i 1964 roku). Porażki sprawiły, że lubił żartować, iż jego epitafium będzie brzmiało: „tu spoczywa następny prezydent Chile”. Rosnącej popularności Allende i PSCh z zaniepokojeniem przyglądały się kolejne amerykańskie gabinety. Waszyngtońskie jastrzębie uważały Allende i jego partię za niebezpiecznych marksistów skłonnych do aliansu ze Związkiem Radzieckim. Tymczasem przywódca chilijskich socjalistów, nie będąc antykomunistą, był jednak sceptycznie nastawiony do Związku Radzieckiego, patrzył raczej w kierunku innych przywódców Trzeciego Świata. Jako demokrata w 1956 roku potępił sowiecką interwencją na Węgrzech, a w 1968 roku skrytykował operację „Dunaj” przeprowadzoną przez Układ Warszawski w socjalistycznej Czechosłowacji. Jako prezydent był z kolei pierwszym przywódcą w Ameryce, jaki oficjalnie uznał Chińską Republikę Ludową, będącą wówczas w konflikcie z „socjalimperialistami” i „rewizjonistami” z ZSRR.
Mimo licznych przeciwności, Allende odniósł zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 1970 roku. Wystartował w nich jako kandydat progresywnego bloku Unidad Popular (porozumienie socjalistów, socjaldemokratów, liberałów, lewicy chadeckiej, zwolenników teologii wyzwolenia i komunistów). Głównym konkurentem lewicowca był eksprezydent i prawicowiec Jorge Allesandri, hojnie wspierany finansowo przez Stany Zjednoczone. Waszyngtońscy odpowiednicy współczesnych neokonserwatystów rozpoczęli intensywną kampanię wymierzoną w nowego lokatora pałacu La Moneda. Największym antylewicowym podżegaczem okazał się sam Richard Nixon, który polecił CIA opracowanie planu obalenia Allende.
Amerykanie już od listopada 1970 roku zaczęli podburzać przeciwko lewicy chilijski aparat wojskowy. W październiku tego samego roku zabity został lewicujący generał René Schneider Chereau. Polityczny mord nie przestraszył Jedności Ludowej, lewica zaczęła realizować reformy utrzymane w duchu socjalistyczno-demokratycznym obejmujące nacjonalizację największych firm, modernizację rolnictwa i reformę służby zdrowia. W ramach walki z bezrobociem rząd wdrożył program robót publicznych, jednocześnie wstrzymano spłatę długów międzynarodowych, podniesiono pensje i zamrożone wszystkie ceny. Takie działania zwróciły przeciwko Allende wyższą klasę średnią, latyfundystów, kler katolicki i prawicowych chadeków.
Socjalistyczny program gospodarczy Allende odnosił krótkotrwałe sukcesy, niemniej jednak do 1972 roku sytuacja gospodarcza Chile uległa gwałtownemu pogorszeniu, a galopująca inflacja osiągnęła 140 proc. To jednak nie oburzało Amerykanów, prawdziwy powód niepokoju Białego Domu był zgoła odmienny. Rzekomy komunista uderzył w gringo, nacjonalizując amerykańskie koncerny. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze… Demokratyczni i republikańscy politycy solidarnie opluwali Allende za wznowienie przez niego stosunków dyplomatycznych z Kubą, wbrew konwencji OPA. Po wizycie Castro w Santiago prawica chilijska i Amerykanie ogłosiła, że Allende pcha Chile w ramiona kubańskich komunistów. Jeszcze w 1972 roku wybuchł pierwszy większy strajk, protest został opłacony przez podżegaczy z Waszyngtonu.
Prowokatorskie działania USA na niewiele się zdały, w wyborach z 1973 roku lewica poszerzyła swój elektorat. Jeszcze w czerwcu tego samego roku płk. Roberto Souper wraz z dowodzonym przez siebie pułkiem czołgów, otoczył pałac La Moneda, puczyści tym razem zostali odparci przez siły wierne prawowitemu, legalnemu rządowi. Pod koniec sierpnia głównodowodzącym armii został generał, a zarazem skrajny prawicowiec i neoliberał Augusto Pinochet. Lato okazało się niezwykle gorące i nie chodzi tu bynajmniej o pogodę – Izba Deputowanych oskarżyła prezydenta o działania niezgodne z konstytucją. Rząd został niemal całkowicie sparaliżowany i nie był już w stanie egzekwować prawa. Epilog rządów lewicy nastąpił 11 września.
Tuż przed zajęciem pałacu prezydenckiego przez wspieraną przez CIA armię, prezydent wygłosił przez radio mowę pożegnalną. W pamiętnym przemówieniu Allende mówił o swojej miłości do Chile i wierze w przyszłość ojczyzny. Nadawanemu na żywo przemówieniu towarzyszyły odgłosy wystrzałów z broni palnej. Polityk powiedział również, że nie jest gotowy iść na żaden kompromis i nie pozwoli zdrajcom wykorzystać swojej osoby do celów propagandowych. Wszystko wskazuje na to, iż prezydent zamierzał walczyć do końca.
Na krótką chwilę po zakończeniu audycji Allende zginął. Okoliczności jego śmierci do tej pory budzą kontrowersje. Wiadome jest, że rebelianci planowali schwytać prezydenta żywego. Puczyści nie spodziewali się przy tym większego oporu ze strony zgromadzonych w gmachu cywilów. Mylili się, 42 przebywające w pałacu osoby przez pięć godzin dawały odpór nacierającym wojskowym. Na wyposażeniu obrońców pałacu znajdowały się pistolety maszynowe i ręczna wyrzutnia rakiet bazooka.
Według teorii popieranej przez część Chilijczyków, prezydent został zastrzelony w trakcie wymiany ognia (w której sam uczestniczył) w Salon Rojo, państwowej sali przyjęć, a jego mordercą był kapitan Roberto Garrido. Salon miał być następnie „udekorowany”, w taki sposób, aby wyglądało na to, że prezydent sam się zastrzelił. Inna wersja mówi o tym, że ciężko ranny Allende miał zostać dobity przez Mosquero i Riverosa. Według jeszcze innych źródeł, prezydent miał zostać ranny w brzuch, po czym upadł na podłogę i kontynuował ostrzał z AK-47 do czasu, gdy jeden z pocisków nie trafił go w okolicę serca. Kolumbijski pisarz Gabriel Garcia Marquez, który dotarł do relacji obrońców pałacu, twierdził, że puczyści zastrzelili prezydenta, a następnie zbezcześcili jego ciało – twarz Allende została zmiażdżona kolbą, a zwłoki ostrzelane. Na korzyść teorii o zabójstwie prezydenta świadczy również fakt niewpuszczenia do Salon Rojo strażaków, strażakom nakazano ponadto milczenie na temat tego, co widzieli w Palacio de La Moneda. Informacja o śmierci prezydenta została przekazana mieszkańcom Chile dopiero dzień później. W całej sprawie jedno jest pewne – Allende zginął z bronią w ręku.
Tego jak naprawdę wyglądała śmierć prezydenta, zapewne nie dowiemy się nigdy. Ale sposób, w jaki Allende zginął, nie jest rzeczą najważniejszą – jego oprawcy pewnie już są zbyt sędziwi, aby ich skazać, albo po prostu nie żyją. Najważniejsza jest pamięć o nim i głoszonych przez niego demokratyczno-progresywnych ideałach.
Według badania opinii publicznej z 2009 roku, Salvador Allende uchodzi za „największego Chilijczyka” – w głosowaniu zorganizowanym przez tamtejszą telewizję publiczną, prezydent został wskazany przez 38 proc. respondentów. Jego następca jest z kolei uznawany przez większość Chilijczyków za zbrodniarza i godnego potępienia dyktatora. Wychodzi na to, że ostatnią ostoją pinochetyzmu są nasi niezawodni rodacy ze skrajnej prawicy.

Spór o ocenę demokracji

Niedawna rocznica czerwcowych wyborów 1989 roku przypomniała, jak głęboko sięgają polityczne rozbieżności w ocenie tego wydarzenia, a raczej – bo tu tkwi istota sporu – całej polskiej drogi do demokracji.

 

Obóz rządzący rocznicę tę albo ignorował, albo nawet usiłował dezawuować, na przykład przez wysuwanie niepoważnego twierdzenia, jakoby wybory czerwcowe zostały przez Polaków zbojkotowane. Politycy Platformy Obywatelskiej i bliscy im publicyści potraktowali czerwcową rocznicę jako dogodną okazję do podkreślenia roli odegranej w tej historycznej zmianie przez ówczesną opozycję demokratyczną i jej historycznych przywódców. Mają do tego bezsporne prawo.

 

Miejsce dla lewicy

Gdzie w tym sporze stoi lewica? Czym dla niej jest czerwcowa rocznica? Są to pytania o istotnym znaczeniu politycznym, gdyż stosunek do wydarzeń, od których dzieli nas już niemal trzydzieści lat, ma istotne znaczenie dla dzisiejszej tożsamości wszystkich sił politycznych, w tym także – a może nawet szczególnie – lewicy.
Gdy pojawiły się informacje o wyniku pierwszej (najważniejszej) tury wyborów, byłem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Przewidywałem przegraną w wyborach do Senatu i dlatego proponowałem (niestety bezskutecznie) wprowadzenie innej ordynacji wyborczej, która pozwoliłaby na wejście do Senatu w przybliżeniu takiej liczby kandydatów ówczesnego obozu rządzącego, jaka odpowiadała zasięgowi jej poparcia (szacowanego na 25-30 procent biorących udział w głosowaniu). Jak wielu ludzi z obu stron ówczesnego podziału obawiałem się, że wynik wyborów zdestabilizuje trudny proces przebudowy systemu i doprowadzi do eskalacji konfliktów o trudnych do przewidzenia, być może dramatycznych, konsekwencjach.
Obawy te okazały się przesadne, co nie znaczy, by były bezzasadne. Wypracowany przy „okrągłym stole” kompromis polityczny został uratowany i stał się fundamentem polskiej, pokojowej drogi do demokracji. Chociaż wielu ludzi miało udział w zbudowaniu tego kompromisu, rolę podstawową odegrali dwaj przywódcy: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa. Nie jest więc przypadkiem, że obaj oni byli i są celem bezpardonowych ataków ze strony tych polityków, którzy albo już wtedy byli przeciwnikami historycznego kompromisu, albo po latach doszlusowali do obozu przeciwników „okrągłego stołu”.
W politologicznych teoriach przejścia do demokracji wyróżnia się pięć podstawowych wariantów. Pierwszym, niezwykle rzadkim, jest budowanie demokracji w warunkach przegranej wojny i obcej okupacji. Drugim, też rzadko występującym, jest rewolucyjne, dokonane siłą obalenie dyktatury. Doświadczenie historyczne pokazuje, że w większości wypadków rewolucja prowadzi nie do demokracji,, lecz do innego typu dyktatury, jak to miało na przykład miejsce w Iranie po obaleniu szacha Reza Pahlevi w 1979 roku. Trzecim jest implozja systemu, załamanie się dyktatury pod wpływem poniesionej klęski zagranicznej (Grecja 1974, Argentyna 1983), lub wewnętrznego kryzysu (ZSRR 1991). Czwartym jest udana reforma „odgórna”, prowadzona przez reformatorów w ramach systemu dyktatorskiego bez znaczącego udziału opozycji (co nastąpiło w Brazylii na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego stulecia i zapamiętane zostało pod nazwą „abertury” – otwarcia). Piątym wreszcie modelem zmiany jest negocjowana reforma, dla której modelowym wzorem był wielki kompromis hiszpański po śmierci (1975r.) generała Franco i pod patronatem nowego króla Juana Carlosa.

 

Kompromis

Model negocjowanego kompromisu zawiera w sobie obustronne ustępstwa, a więc wyklucza taki wynik, który po jednej stronie stawiałby stuprocentowych zwycięzców, po drugiej zaś – totalnie przegranych. Jak podkreślają badacze tego procesu (w tym pochodzący z Polski wybitny politolog amerykański Adam Przeworski) warunkiem powodzenia negocjowanej reformy jest to, by jeszcze przed podjęciem rokowań po obu stronach dokonały się przegrupowania, w wyniku których wpływy polityczne tracą fundamentalistyczni przeciwnicy ustępstw w obozie władzy i radykalni przeciwnicy kompromisu po stronie opozycji. To stało się zarówno w Hiszpanii, jak kilkanaście lat później w Polsce. Bez takiego, dokonanego po obu stronach, uporządkowania szeregów kompromis nie byłby możliwy.
Historia dopisała jednak ciąg dalszy. W wyniku rozczarowania znacznej części społeczeństwa polskiego tym, jak przebiegały przemiany posocjalistyczne, oraz w wyniku politycznych przetasowań w głównych partiach politycznych, władzę w Polsce zdobyło ugrupowanie, które wręcz ostentacyjnie nawiązuje do tego nurtu dawnej opozycji, który programowo odrzucał kompromis „okrągłego stołu”. Symbolicznym znakiem tej zmiany było powierzenie zaszczytnej funkcji marszałka-seniora otwierającego posiedzenie wybranego w 2015 roku Sejmu Kornelowi Morawieckiemu, który bardziej niż ktokolwiek inny reprezentuje nieprzejednany sprzeciw wobec kompromisu 1989 roku. Obóz rządzący kreuje się na bezkompromisowego przeciwnika tego kompromisu, potępia jego głównych autorów i sugeruje, że idąc inną drogą Polska miałaby się obecnie bez porównania lepiej.

 

Fałsz

Jest to fałsz historyczny i przejaw moralnej dezynwoltury. Nie ma ani jednego przykładu kraju, który z systemu państwowego socjalizmu wyszedłby drogą rewolucyjną i odniósł w jej wyniku lepsze niż Polska wyniki. Czy takim wzorem miałaby być dla nas Rumunia, która przez wiele lat nie mogła uporać się z konsekwencjami krwawej rewolty z grudnia 1989 roku? A może Rosja, Ukraina lub Białoruś, gdzie zmiany ustrojowe zrodziły się w wyniku gwałtownego załamania politycznego po nieudanym puczu sierpnio0wym 1991 roku?

 

Prawda

Polska droga de demokracji nie jest wolna od porażek i błędów, z których najważniejszym było zbytnie podporządkowanie polityki gospodarczej i społecznej państwa logice neoliberalnego podejścia do reform gospodarczych, co w konsekwencji doprowadziło do nadmiernej polaryzacji społecznej i do uzasadnionego poczucia pokrzywdzenia znacznej części społeczeństwa. Krytykując je i programując inną strategię na lata, które przyjdą po odsunięciu od władzy obozu PiS, powinniśmy jednak pamiętać, że nie stanowiły one nieuchronnej konsekwencji zawartego w 1989 roku historycznego kompromisu.
Kompromis ten ma natomiast znaczenie dla przyszłości jako wyraz takiego myślenia o państwie, w którym chciałbym widzieć drogowskaz ku lepszej niż obecna polityki polskiej. Fundamentem tego myślenia jest uznanie, że Rzeczpospolita jest wspólnym dobrem wszystkich jej obywateli. Za tym – wyrażonym w preambule do Konstytucji – sformułowaniem kryje się ważna myśl: odrzucenie traktowania polityki jako bezwzględnej walki opartej na podziale na „swoich” i „wrogów”. Kryje się także gotowość do wspólnego wypracowywania rozwiązań stwarzających szansę na wspólne działanie podstawowych sił politycznych.

 

Morał

Takie przesłanie, płynące z naszego – szanowanego w świecie – doświadczenia pokojowej drogi do demokracji, jest cennym dziedzictwem „okrągłego stołu”, czerwcowych wyborów i sposobu, w jaki wynik tych wyborów posłużył budowaniu demokratycznej Polski. Jako ludzie tego nurtu lewicy, który odegrał w tym procesie znaczącą rolę, mamy prawo do dumy z tego, że demokratyczna Polska rodziła się nie wbrew nam, lecz z naszym znaczącym udziałem.

Łódź pamięta o rewolucji!

Okrzyki „Rewolucja!”, „Precz z wyzyskiem!”, „Solidarność robotnicza!”, „Wolność, równość, niepodległość!” mogli usłyszeć mieszkańcy Łodzi oraz turyści, którzy w sobotnie popołudnie znajdowali się przy ul. Piotrkowskiej.

 

W miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy demonstrowali, ścierali się z carskim wojskiem i wznosili barykady, odbył się rocznicowy przemarsz i spektakl.
Kolejna już edycja efektownego upamiętnienia powstania łódzkiego, jednego z największych wystąpień robotniczych podczas rewolucji 1905 roku, zgromadziła około dwustu osób. W serii symbolicznych obrazów prezentowanych przez alternatywny teatr Chorea uczestnicy wydarzenia obserwowali wybuch robotniczego buntu, manifestacje i walkę pracownic i pracowników łódzkich fabryk, spory między organizacjami rewolucyjnymi działającymi w Królestwie Polskim, nieugiętość walczących i wreszcie stłumienie powstania i represje wobec rewolucjonistów. Aktorzy i aktorki występowali w tych samych miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy zbierali się, organizowali i walczyli – na ul. Piotrkowskiej i okolicznych podwórzach; zaś złość wyzyskiwanych przeciwko wyzyskiwaczom pokazali w sąsiedztwie pomnika łódzkich fabrykantów Poznańskiego, Grohmana i Scheiblera.
Z uwagi na 100. rocznicę odzyskania suwerenności przez państwo polskie w spektaklu silnie wyeksponowany był wątek rozważań nad tym, czym jest niepodległość, wolność i samowola. Równocześnie przypomniano o początku rewolucji 1905 r. – Krwawej Niedzieli w Petersburgu i o solidarności robotników polskich i rosyjskich podczas kilkunastu miesięcy walk z caratem o społeczne i narodowe wyzwolenie. Ważnym punktem obchodów był śpiew połączonych chórów rewolucyjnych, które wykonały m.in. „Międzynarodówkę”, „Gdy naród do boju”, „Czerwony sztandar”, „Gdy naród do boju” i „Łodziankę”.
Nieprzypadkowo marsz zakończył się w okolicy ulic Piotrkowskiej i Wschodniej – przy niej właśnie 22 czerwca 1905 r. zbuntowani robotnicy starli się z rosyjskimi oddziałami piechoty i Kozaków. W ciągu kolejnych dwóch dni na ulicach Łodzi wzniesiono ponad sto barykad; w bitwie ulicznej, do której carat rzucił przeciwko proletariuszkom i proletariuszom łącznie osiem pułków wojska, zginęło ponad 160 osób. Powstanie zostało stłumione, w Łodzi ogłoszono stan wojenny, ale kolejne strajki robotnicze wybuchały jeszcze do 1907 r.
– Obecnie mało kto pamięta o Powstaniu Łódzkim 1905 roku, które przyniosło za sobą falę zmian i – mimo upadku – odegrało ważną rolę w walce o niepodległość Polski. Chcemy pokazać, że każdy społeczny ruch pozostawia jakieś zmiany, a to, że ludzie w krytycznych sytuacjach decydują się na wyjście na ulicę nie idzie na marne – nawet, gdy walka okazuje się przegrana – tłumaczyła Onetowi Ewa Otomańska, reżyserka widowiska. Obserwatorzy spektaklu i zarazem uczestnicy przemarszu nieśli, tak jak walczący robotnicy w 1905 r., sztandary czerwone i biało-czerwone, a także flagi historycznych partii: PPS-u czy Bundu. Eksponowali i skandowali hasła rewolucyjne – precz z caratem! precz z cenzurą! precz z czarną sotnią! precz z wyzyskiem! zakaz pracy akordowej! ośmiogodzinny dzień pracy! Wezwania odnoszące się do sytuacji robotników nie straciły aktualności po dziś dzień…
Takie też poczucie mieli uczestnicy marszu. Wielu z nich przyszło na Piotrkowską nie tylko po to, by upamiętnić wydarzenie historyczne, ale także w poczuciu identyfikacji z lewicowymi hasłami.