Kapsułki pamięci

„Niedoszły polski Lawrence of Arabia”
W 1976 roku podczas pobytu wczasowego w Spale pokazano mi, jako ciekawostkę personalną, nobliwie wyglądającego starszego pana, który, jak mi powiedziano, pracował przed wojną w służbie kamerdynerskiej prezydenta Ignacego Mościckiego, w jego słynnej, tutejszej rezydencji. Z przedwojennym prezydentem zetknął się też mój rozmówca z czerwca 1997 roku, książę Jerzy Giedroyć, redaktor naczelny paryskiej „Kultury”.
Jako młody publicysta prosanacyjnego pisma „Bunt Młodych” uczestniczył w latach trzydziestych w grupowej audiencji redakcji „u Ignacego” na Zamku Królewskim w Warszawie. Po wojnie Giedroyć założył w Rzymie, a w 1947 roku przeniósł go do Maisons-Laffitte pod Paryżem, „Instytut Kultury”, gdzie redagował i wydawał m.in. legendarny przez kilka dziesięcioleci, sławny miesięcznik „Kultura”, który był osią myślowej politycznej światłej emigracji polskiej na Zachodzie. Okoliczność, jaką było wydanie w Paryżu i promocja tamże, mojego przewodnika historyczno-literackiego po stolicy Francji przyczyniła się przy okazji do takiego oto trafu, że w czerwcu 1997 miałem niebywałą okazję blisko godzinnej osobistej rozmowy z Giedroyciem w jego gabinecie w Maisons-Laffitte.
Giedroyć wpatrywał się we mnie badawczo swoimi sarnimi oczami i wypytywał mnie o różne sprawy polityczne w kraju, hojnie przy tym częstując mentolowymi papierosami marki „Cool”, które palił nałogowo, namiętnie i łańcuszkowo.
Przy tej okazji „opaliłem” go solidnie, a on wypytywał mnie o różne sprawy krajowe. „Audiencję” ową zawdzięczałem głównie temu, że redaktor Giedroyć uprzednio już wiedział, że jestem publicystą miesięcznika „Dziś” Mieczysława Franciszka Rakowskiego, którego bardzo cenił. A że w tym czasie rządził w Polsce Sojusz Lewicy Demokratycznej, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, więc odnosiłem wrażenie, że redaktor odbiera moje uwagi jako w jakimś stopniu „miarodajne”, co odbierałem z satysfakcją, która nie powinna dziwić.
Przez blisko godzinę miałem okazję obcować z postacią historyczną, a przy tym legendarną. Pięć lat później, w 2002 roku zjawiłem się ponownie w Maisons Laffitte, z pakietem książek z Polski, o których grzecznościowe przekazanie mnie poproszono, korzystając z mojej podróży do Paryża.
Jerzy Giedroyć już nie żył, więc przyjęła mnie kawą jego wieloletnia współpracowniczka, Zofia Hertzowa. Po rozmowie, na pożegnanie, podarowała mi ostatni egzemplarz „Kultury”, która przestała wychodzić po śmierci Giedroycia. Numer otwierał artykuł o zmarłym redaktorze, autorstwa Wacława Zbyszewskiego, zatytułowany „Niedoszły polski Lawrence of Arabia”. Tych, których zainteresował sens tytułu, porównującego obie te postacie, zachęcam do lektury biografii ich obu.
Moi pułkownicy sanacyjni
A skoro znaleźliśmy się w odrobinę sanacyjnych klimatach, to wspomnę jeszcze i to…
Mojego dziadka „po mieczu”, Teofila, nie tylko nigdy nie poznałem, ale nawet nigdy nie widziałem go na oczy. Zdaje się, że korzystając z kampanii wrześniowej 1939 roku lub okupacji, wyfiksował się od żony i trojga dzieci (mojego ojca i moich ciotek). Dziadek Teofil był młodocianym żołnierzem II Brygady Legionów, a później działaczem Polskiej Organizacji Wojskowej, który po 1918 roku, zostawszy w wojsku, dostał przydział do baonu Korpusu Ochrony Pogranicza w Klecku, gdzie w tamtejszych koszarach, w marcu 1927 roku przyszedł na świat mój ojciec. W 1932 roku dziadka przeniesiono służbowo do Warszawy, do dowództwa KOP przy Alei Niepodległości, u zbiegu z ulicą Oczki. Dali mu też z rodziną mieszkanie służbowe w nowej kamienicy przy ulicy Tarczyńskiej 12, nieopodal placu Zawiszy. W 1919 roku dziadek dostał Krzyże: Legionowy i POW. Pierwszy z dyplomem podpisanym przez Piłsudskiego i Sławka, a drugi przez Rydza i Koca.
Oba dyplomy mam wśród swoich pamiątek. Być może podpisy są faksymilami, nie wiem, ale na oko wyglądają jak własnoręczne. Tak czy owak sygnowali się pod moim nazwiskiem. Kolejne spotkanie z historią.
Hrabia Bieliński
Sprawami rodzinnymi, rodowymi, genealogicznymi nigdy wcześniej się nie interesowałem. Jestem człowiekiem mało rodzinnym, a z rodziną własną mam głównie złe skojarzenia i nawet wspólne fotografie są kiepskie.
Poza tym na ogół niepodobna, by chłopak, młodzieniec, a potem człowiek aż do późnego średniego wieku mógł interesować się genealogią. Przecież to sprzeczne z naturą rozwoju człowieka, z jego trwającym dziesięciolecia zajęciem się zupełnie innymi sprawami i zainteresowaniami. Zwyczajnie nie ma się wtedy do takich spraw ani serca ani głowy ani czasu.
Mówiąc najkrócej – do sześćdziesiątki wisiało mi to. Dopiero gdy do niej doszedłem, zainteresowałem się jednym z nazwisk z mojej orbity krewnych i powinowatych. Otóż pewna jej odnoga nosiła nazwisko „Bieliński”. Brzmi ono jak historyczne nazwisko arystokratyczne, a nosili je między innymi Franciszek Bieliński, słynny marszałek wielki koronny, a także Piotr Bieliński, prezes Sądu Sejmowego w 1823 roku czy targowiczanin Stanisław Bieliński.
Choć, jak wspomniałem, genealogią rodową się nie interesowałem, to zawsze podobały mi się postacie arystokratów, z którymi stykałem się w powieściach, sztukach, czy filmach. Wydawali mi się zawsze, co oczywiste, postaciami wykwintnymi, kontrastującymi z przaśnym, parcianym otoczeniem. Najbardziej lubiłem arystokratów francuskich, jako najwykwintniejszych, których zapamiętałem z takich filmów jak „Fanfan Tulipan”, „Czarny Tulipan”, „Trzej muszkieterowie”, „Serce i szpada”, „Garbus” czy „Mandrin” i tym podobnych, zwłaszcza gdy dobrze wywijali szpadami, ale nie pogardzałem też polskimi.
Że i ja mogę być potomkiem arystokracji nie przychodziło mi nawet do głowy. Jako się rzekło, po raz pierwszy w życiu zainteresowałem się arystokratycznym z powodu brzmienia wspomnianego nazwiska rodowego mojej babki, mojego wuja i mojego pradziadka. Zaczęło mnie nurtować pytanie, czy przypadkiem nie łączy ich jakaś, jakakolwiek, choćby najcieńsza nić ze wspomnianymi wyżej wielkimi panami. W końcu dlaczego nie? Nazwisko to brzmi tożsamo. Dodatkową inspiracją był dla mnie fragment czołówki filmu kostiumowego, historycznego, „Hrabina Cosel” Jerzego Antczaka, w której nazwisko Bielińskich pojawia się obok nazwisk Pociejów i Denhoffów, jako arystokratów oddających się hulankom i swawolom.
Widziałem tę czołówkę od 1968 roku kilkadziesiąt razy, ale nigdy ten fragment jakoś mojej specjalnej uwagi nie przyciągnął. Moi „Bielińscy” byli raczej biedni, ale wiadomo – Polska Ludowa, a poza tym przecież wiele historycznych rodów popadło w biedę wskutek konfiskat rosyjskich po upadku Powstania Styczniowego i stało się tzw. „wysadzonymi z siodła”. Poza tym po raz pierwszy w życiu z namysłem obejrzałem znaną mi od dzieciństwa starą fotografię mojego pradziadka Jana Bielińskiego, pochodzącą mniej więcej gdzieś z okolicy 1900 roku, na oko biorąc.
I wtedy właśnie po raz pierwszy uderzyło mnie, że wąsaty mój pradziadek na owej fotografii na owalnym, jajowatym tle, nie jest ubrany z chłopska, lecz ze szlachecka, w surdut, wąsy utrzymane nie z chłopska a z szlachecka i że ma zdecydowanie szlachetne, subtelne rysy twarzy. Po tym otworzyła mi się z mózgu kolejna klapka.
Uzmysłowiłem sobie, że pewna budowla należąca do jednej z odnóg rodziny, u której bywałem we w dzieciństwie, brana przeze mnie za chłopską chatę, a tak wyglądała od wewnętrznego podwórka, po którym taplały się w błocie i gnoju kury, świnie i krowy, ta parterowa, drewniana budowla od strony dziedzińca miała drewniany też ganek na półpięterku, z kolumienkami znamionującymi dawny dworek typu szlacheckiego.
W czasie wczesnodziecięcych wakacji u ciotki Zosi z domu Bielińskiej spędzaliśmy na tym ganku, w pobliżu drzewa orzechowego, na który właziłem setki razy, sporo czasu, choćby grając w karty w makao lub warcaby. Ponadto wyczytałem gdzieś historię właściciela majątku Jabłonna (nie mylić z podwarszawską Jabłonną) Aleksandrze Bielińskim, żyjącym w okolicach bytowania mojej rodziny. Do tego, wskutek przynależności do jakiegoś patriotycznego towarzystwa stracił on majątek i na lata wylądował na Syberii. Wziąłem to wszystko za poszlaki prowadzące do arystokratycznych źródeł mojego pokrewnego rodu. Pierwsze poszukiwania genealogiczne szły mi marnie. Znałem jedynie, z napisu grobowego, datę śmierci pradziadka Jana, ale nie tylko nie znałem dokładnej daty jego urodzenia, ale także imion jego rodziców i nazwiska rodowego praprababki. Z faktu, że pradziadek żył lat 81 a umarł w 1945 wywnioskowałem, że urodził się w roku 1864 roku, ale w archiwum akt dawnych w Lublinie położonym obok katedry wyczytałem, że jednak w 1865 lub coś koło tego.
W archiwum ustaliłem też, że jego rodzicami byli Józef Bieliński, urodzony w roku 1838 i Karolina z Gawrońskich. Z kolei Józef miał być synem Marka Bielińskiego, urodzonego w roku 1805 i Marianny z Kostrzewów. Niestety, tych Bielińskich w samej tylko okolicy, było jak psów, mnóstwo gałęzi a i z kilkoma herbami ród ten się łączy, więc ta „wiedza” okazała się wielce niepewna. Do tego, drążąc w tej przeszłości dodrążyłem się właścicieli młyna, natomiast żadnych tropów prowadzących do Marszałka Wielkiego Koronnego czy Hrabiego-Prezesa, ani też filiacji z Habsburgami, jako że jedna z Bielińskich wydała się za przedstawiciela tego rodu.
W tej sytuacji mój zapał nieco ochłódł i na razie na bok odstawiłem plan wyrobienia sobie sygnetu rodowego i wizytówki z napisem: „Krzysztof Hrabia Bieliński” z dodatkiem numeru telefonu i adresu mejlowego. Z nadziejami na odkrycie arystokratycznych korzeni całkowicie się jednak nie rozstaję. Na razie kontentuję się tym, że w indeksie nazwisk do wydania tomu dzienników pewnego znanego pisarza znalazłem się między Sofią Loren, a królem i patronem chrześcijańskiej Francji Ludwikiem IX Świętym. Bo też jestem na „L”. Co będzie dalej, zobaczę.

Hańba Berezy Kartuskiej

Tak prorządowa Gazeta Polska w dn. 19 VI 1934 uzasadniała powstanie obozu w Berezie Kartuskiej: „Wiemy co natomiast musi być w Polsce, bo my tak chcemy. Musi być porządek. Musi być powaga i będzie. Obozy koncentracyjne. Tak. Dlaczego? Dlatego, że widać owych osiem lat pracy nad wielkością Polski, osiem lat przykładu i osiem lat osiągnięć, osiem lat krzepnięcia – nie wystarczyło dla wszystkich”.

Czy po upływie prawie stulecia nad Wisłą, Odrą i Bugiem znów nie brzmią podobne frazy?

Mija 86 rocznica podpisania przez prezydenta II RP Ignacego Mościckiego dekretu o utworzeniu tzw. Miejsca Odosobnienia (MO) w Berezie Kartuskiej. Mówiąc dzisiejszym językiem i operując współczesnymi pojęciami – obozu koncentracyjnego. Sanacja, zwolennicy, a potem kontynuatorzy politycznych wizji Józefa Piłsudskiego, prawica sterująca z czasem ku rozwiązaniom bliskim faszyzmowi, spowodowała, iż sytuacja ówczesnej Polski była nad wyraz trudna. Złożona struktura etniczno-wyznaniowa (Polacy stanowili niepełne 2/3 populacji, na tzw. kresach byli często w zdecydowanej mniejszości), dramatyczne podziały polityczne i nabrzmiałe problemy społecznezderzały się stale z centralistycznymi, nacjonalistycznymi (siłowa polonizacja i katolicyzacja) ciągotami elity.
Miarą destabilizacji autorytarnego państwa były gwałtowne protesty rzesz bezrobotnych czy przeraźliwie biednej ludności wiejskiej, krwawo tłumione przez policję. Do tego kraj był skonfliktowany ze wszystkim sąsiadami.

Sanacyjna elita za główny środek utrzymywania władzy uważała nagą siłę. Bereza Kartuska to tylko jeden z symboli tej polityki. Jak przyznawali sami pomysłodawcy, w obozie panowały złe warunki sanitarno-bytowe oraz ostry reżim. Pobudka latem przypadała o godz. 3.30, a zimą o 4.00. Po apelu przydzielano do grup roboczych. Osoby, dla których danego dnia nie starczało zajęcia, poddawano permanentnej gimnastyce. Przerwa obiadowa trwała dwie godziny, praca – pięć godzin z wyjątkiem niedziel i świąt. Wyżywienie obejmowało poranną zupę lub czarną kawę i 75 dkg. chleba na resztę dnia. Typowy obiad składał się z kapuśniaku i gulaszu z kaszą.
Odosobnieni nie naruszający regulaminu mogli korzystać z biblioteki oraz wysyłać i otrzymywać listy (cenzurowane). Jednak to, czy zostało się oskarżonym o naruszanie regulaminu, zależało od widzimisię personelu. Wtedy następowały kary: nagana, pozbawienie prawa czytania książek przez 14 dni, pozbawienie prawa do korespondencji, pozbawienie prawa otrzymywania paczek, tygodniowe zmniejszenie racji żywnościowej, post (chleb i woda do 7 dni), tzw. twarde łoże (brak pościeli do 7 dni), karcer (do 7 dni). Szykany omijały najczęściej polskich narodowców oraz ukraińskich nacjonalistów. Znacznie gorzej mieli komuniści oraz socjaliści. Do Berezy trafiali również aktywiści ruchu chłopskiego i niezwiązani z jakąkolwiek partią krytycy reżimu. W 1939 r. spotkało to np. konserwatywnego dziennikarza Stanisława Cata-Mackiewicza (pod zarzutem „osłabiania ducha obronnego Polaków”).

Tak odbywało się przyjęcie osadzonego do obozu w Berezie Kartuskiej: „Po wstępnych formalnościach, w czasie których obrzucano go wyzwiskami, kierowano do izby przejściowej na kwarantannę, która trwała 3 dni. Izba przejściowa była nieumeblowana, okna do połowy były zabite dyktą, a górne były otwarte, przez co w zimie panowała tam zawsze temperatura poniżej zera. Podłoga była betonowa. Przez cały dzień osadzeni musieli stać zwróceni twarzami do ściany. W nocy mogli położyć się bez przykrycia na betonowej podłodze, jednak co pół godziny policjant budził osadzonych, każąc im wstawać, stawać pod ścianą w szeregu, odliczać, biegać, padać, skakać. Po tym więźniowie mogli znowu położyć się na pół godziny. Jakiekolwiek uchybienie w postawie, które dowolnie oceniał policjant, powodowało natychmiastowe bicie pałką. W tym pomieszczeniu bicie było stałym, bez jakiegokolwiek powodu, elementem pobytu. Ludzi masakrowano do krwi”. Czynności fizjologiczne załatwić można było raz na dobę, rano, na komendę.

Celem pracy w obozie było psychiczne złamanie więźniów. Najbardziej uciążliwe było pompowanie wody przy użyciu kieratu, którego orczyki były zamocowane tak, że więźniowie musieli pracować w głębokim pochyleniu. Wykonywali też prace zupełnie bezsensowne jak kopanie i zakopywanie rowów lub przenoszenie ciężkich kamieni z miejsca na miejsce. Po obozie musieli poruszać się biegiem i nie wolno im było ze sobą rozmawiać. Katorgą było zatrudnienie przy walcu. Było to kilkutonowe urządzenie do ubijania dróg, poruszane normalnie za pomocą traktora lub wielokonnego zaprzęgu. Tu zaprzęgano do niego ludzi.

Po upadku II RP emigracyjny rząd na wniosek ministra sprawiedliwości, socjalisty Hermana Liebermana, stwierdził, że obóz był bezprawiem i jednomyślnie przyjął rozporządzenie formalnie likwidujące Miejsce Odosobnienia. Zapowiedziano zbadanie sprawy po wojnie oraz ewentualne odszkodowania dla osób, które doznały szkód na zdrowiu, czci lub majątku. Dziś jednak IPN-owska narracja historyczna woli Berezę uzasadniać. Każde państwo, poucza, ma obowiązek zwalczać anarchię, dywersję i pospolity bandytyzm w interesie spokoju i bezpieczeństwa obywateli, nawet takimi środkami. Zapomina tylko, że administracyjne, wielomiesięczne odosobnienie bez wyroku sądu, nie mówiąc już o szykanowaniu więźniów, nie ma nic wspólnego z demokratycznym ustrojem państwa.

Ta rocznica jest tym bardziej znamienna, że w naszym kraju rządzi dziś ekipa jawnie odwołująca się do tradycji II RP, zafascynowana tamtymi politykami i tamtymi metodami rządzenia. „Miejsc odosobnienia” jeszcze brakuje, ale izolacja, auto-inwigilacja zaaplikowane społeczeństwu na kanwie epidemii koronawiursa, rozprawa ze środowiskami nie chcącymi się podporządkować władzy wykonawczej, wzrastająca brutalność organów państwa, retoryka różnych ośrodków i przedstawicieli władzy są tego jawną zapowiedzią. Zwolennicy i admiratorzy – także na lewicy – Józefa Piłsudskiego milczą dyskretnie na temat efektów jakie dała Polsce tzw. polityczna „myśl Marszałka”, i czym w ostatecznym rozrachunku zaowocowała.

Warto, by wstydliwa rocznica jednak nas czegoś nauczyła.

Mamy Sejm jak z czasów sanacji

Wszystko to, co robi Prawo i Sprawiedliwość, to wzorowanie się na czasach sanacji, na Piłsudskim.
Jarosław Kaczyński nie jest w stanie wykreować żadnej oryginalnej myśli. Również jeżeli chodzi o prawa kobiet chce on przywrócić stan, który był w 20-leciu międzywojennym. Chce przywrócić zakaz aborcji. To, co robi polska prawica, nawiązując do sanacji, robi nie tylko w zakresie praw reprodukcyjnych. Mamy sytuację, która jako całość zaczyna przypominać, niestety, tamte czasy. 
Ostatni wywiad prezesa Kaczyńskiego, w którym mówi o tym, że „opozycja nie dorosła do demokracji”, może sugerować, że może chodzi mu po głowie by rozwiązać parlament, wzorując się na swoich poprzednikach, ansestorach ideowych. Przecież Konstytucję Kwietniową uchwalono pod nieobecność ówczesnej opozycji.
Ale jest iskierka nadziei. To jesteśmy my – Lewica! Dlatego że nie pozwolimy, by błędy opozycji z tamtych czasów, powtórzyły się w XXI w. Nie pozwolimy cofnąć cywilizacji XXI w. do wczesnego XX w. Tadeusz Boy-Żeleński walczył o prawa kobiet, my jesteśmy kontynuatorami jego myśli. Uważamy, że kobieta powinna mieć prawo do decydowania o swoim ciele. Dlatego jest na stole projekt Lewicy, który złożyliśmy, dotyczący nie tylko prawa do przerwania ciąży do 12-tego tygodnia, jeżeli taką wolę wyrazi kobieta. Bez żadnych innych pytań, obostrzeń, chodzenia do psychologa, pytania się „czy na pewno”, bo kobieta nie jest upośledzona, ani nie jest dzieckiem. Ma prawo decydować. Ma też prawo dbać o swoje zdrowie, chodzić do ginekologa, skoro od 15 roku życia można legalnie w naszym kraju uprawiać seks, to powinniśmy również móc dbać o nasze zdrowie seksualne. Dlatego w tym projekcie również jest takie rozwiązanie, żeby nie trzeba było pytać się mamusi, tatusia, wujka, dziadka, czy mogę pójść do ginekologa i sprawdzić czy na pewno wszystko jest w porządku. To jest kolejne rozwiązanie. Następnym rozwiązaniem jest poszerzenie dostępu do badań prenatalnych. W tej chwili taki test, który umożliwia jak najbardziej skuteczne wykrycie wad płodu, jest dla większości kobiet po prostu niedostępny. Chcemy również darmowej antykoncepcji, przywrócenia pigułki dzień po i również przede wszystkim edukacji seksualnej w szkołach, bo dzieci muszą wiedzieć skąd się bierze życie i jak zdrowo prowadzić życie seksualne. Zdrowo z punktu widzenia fizjologicznego i psychicznego. Stąd jest nasz projekt, on jest na stole i nie pozwolimy na wprowadzenie drakońskiego, szaleńczego, kolejny raz przepychanego projektu, który cofnąłby nas w czasy, o których chcielibyśmy zapomnieć!

Krajobraz po bitwie warszawskiej

Bitwa polsko-bolszewicka pogrążyła republiki radzieckie w długotrwałym izolacjonizmie. To zdeterminowało charakter utworzonego w 1922 r. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

 

Za wypaczenia socjalizmu w ZSRR nie można winić tylko jednej konkretnej postaci. Przecenianie roli jednostki byłoby niezgodne z materializmem historycznym. Autorytarny charakter ZSRR był więc przede wszystkim konsekwencją izolacjonizmu. W podobny izolacjonizm popadła również Polska i to głównie ona ucierpiała na awanturniczej polityce zagranicznej Józefa Piłsudskiego.
I wojna światowa była eksplozją szowinizmu i imperializmu. Jedynie międzynarodowy ruch robotniczy mógł przeciwstawić się nacjonalistycznej burżuazji i jej wojennym tendencjom. Ruch socjalistyczny ostatecznie zawiódł. Opcja bolszewicka była jedną z nielicznych, które skutecznie przeciwstawiły się imperialistycznej wojnie. Od samego początku bolszewicy prowadzili agitację antywojenną. W lutym 1917 roku obalono skompromitowany carat. Burżuazyjno-demokratyczny zryw nie zakończył jednak bezsensownych działań wojennych prowadzonych przez Imperium Rosyjskie. Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego dążył do rządów bonapartystycznych, został jednak obalony przez bolszewików. To był też początek końca pierwszej wojny światowej.
Młode państwo radzieckie wycofało się z wojny, jednak w latach 1918-1921 trwała w Rosji radzieckiej wojna domowa. Przeciwko bolszewickiej Rosji wystąpiły siły monarchistyczne („biali”) i związane z Rządem Tymczasowym, wspierane przez zagraniczną burżuazję. Lew Trocki w pracy „Terroryzm i komunizm” pisał: „Kautsky przedstawia radzieckich robotników a i całą w ogóle rosyjską klasę robotniczą jako zbiorowisko egoistów, nierobów i samolubów. Ani słowem nie mówi o niebywałym w historii – z punktu widzenia rozmachu podłości – zachowaniu rosyjskiej bur­żuazji, o jej narodowych zdradach: o wydaniu Rygi Niemcom w celach «pedagogicznych»; o przygotowaniu takiego samego wydania Petersburga; o jej 129 odezwie do obcych armii, cze­chosłowackiej, niemieckiej, rumuńskiej, angielskiej, japońskiej, francuskiej, arabskiej i mu­rzyńskiej, przeciwko rosyjskim robotnikom i chłopom; o jej spiskach i zabójstwach za pienią­dze Ententy; o wykorzystaniu jej blokady nie tylko śmiertelnego wyczerpania naszych dzieci, lecz także systematycznego, niezmordowanego, wytrwałego rozprzestrzeniania w całym świecie niesłychanego łgarstwa i oszczerstw”. Rosyjscy komuniści byli w tej walce osamotnieni.
Gdy na byłym terytorium Imperium Rosyjskiego trwała wojna domowa, w Europie trwała walka robotnicza. Powstały Bawarska Republika Rad i Węgierska Republika Rad. 7 listopada 1918 r. utworzono w Polsce Rząd Ludowy pod wodzą Ignacego Daszyńskiego obiecujący m. in. nacjonalizację przemysłu, 8 godzinny dzień pracy i reformę rolną. Istniał on jednak tylko do 19 listopada 1918 r. Robotniczy entuzjazm trwał krótko. Jednostki Freikorpsu, paramilitarne formacje do których wstępowali zarówno monarchiści jak i socjaldemokraci, stłumiły Bawarską Republikę Rad. Do podobnego stłumienia rewolucji doszło na Węgrzech. Węgierska Republika Rad powołana w 1919 r., rządzona przez Bélę Kuna została obalona przez wojska Mikołaja Horthy de Nagybanya, który zaprowadził pierwszą po I wojnie światowej prawicową dyktaturę w Europie. Polscy socjaliści zachowywali się podobnie jak socjaldemokraci niemieccy – spacyfikowali polski ruch robotniczy, w tym utworzoną 6 listopada 1918 r. Republikę Tarnobrzeską. Młode państwo polskie pragnęło również realizować swoje imperialne ambicje tocząc batalie o wschodnie granice. Polska chcąc wykorzystać słabość państwa radzieckiego i mas rosyjskich wyniszczonych przez wojnę domową dążyła do wojny polsko-bolszewickiej.
Wojna polsko-bolszewicka stworzyła mit jakoby bolszewizm był w swojej istocie antypolski. To stworzona przez rzekomego zwycięzcę bzdura. Nie byłoby niepodległości Polski bez Rewolucji Październikowej. To rząd bolszewicki, nie Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego, zwrócił Polsce ziemię zanim zrobiła to reszta zaborców. Kluczowa była w tym rola Feliksa Dzierżyńskiego w anulowaniu samych zaborów.
Polska miała zdecydowanie lepsze warunki by zostać państwem socjalistycznym niż Rosja i republiki sąsiednie. Zabory pozostawiły Polsce bardziej uprzemysłowione tereny, m. in. ziemie polskie były najbardziej uprzemysłowionym obszarem na terenie Imperium Rosyjskiego. Niepodległa Polska nie wykorzystała jednak swojego materialnego potencjału. Historia w dosadny sposób przyznała rację Róży Luksemburg i jej teorii organicznego wcielenia. Protekcjonistyczny kapitalizm rosyjski przyczynił się do rozwoju przemysłu na terenie Królestwa Polskiego o czym pisała działaczka SDKPIL w swojej pracy doktorskiej „Rozwój przemysłu w Polsce”.
Róża Luksemburg twierdziła, że niepodległość Polski może przyczynić się do zerwania zależności gospodarczych, tym samym do upadku przemysłu. Tak też się stało w niepodległej burżuazyjnej Polsce – doszło do dezindustrializacji, choć wcale nie musiało. W tym miejscu należy odróżnić wolność polityczną od zależności gospodarczych, na co wskazywał chociażby Lenin w polemice z Różą Luksemburg broniąc postulatu niepodległości Polski. Dezindustrializacja wynikała z konfliktu polsko-radzieckiego. II RP nie odzyskała poziomu uprzemysłowienia sprzed I wojny światowej.
Uprzemysłowienie w II RP szło opornie, COP i Gdynia były wyjątkami. Wówczas gospodarka radziecka, odporna na kryzys światowy 1929 roku, rozwijała się błyskawicznie. Polska dopiero po II wojnie światowej, wraz z rozwijaniem przemysłu przez rządy Polski Ludowej przezwyciężała swą nędzę. Jak głoszą rozmaici historycy – w 1920 roku „uratowano Europę przed bolszewizmem”. Dodajmy jednak, że od tego czasu prym w Europie wiodły prawicowe dyktatury. Od Węgier począwszy, przez Włochy, gdzie ruch robotniczy nie zdołał zatrzymać faszystów, po Hiszpanię generała Franco.
Lenin przewidział, że następna wojna światowa będzie jeszcze bardziej okrutna. Pokój okresu międzywojennego nawet nie próbował zachować pozorów długotrwałości, gospodarki poszczególnych krajów były zorientowane na wojnę i zbrojenia. W Europie panował też wszechobecny autorytaryzm. W Polsce w 1926 r. doszło do zamachu majowego w którym wojska Piłsudskiego obaliły rządy parlamentarne. Pucz poparła lwia część ruchu robotniczego, w tym Komunistyczna Partia Polski i Polska Partia Socjalistyczna, mając nadzieje na rewolucję socjalną. Zamiast tego Piłsudski postawił na sojusz z ziemiaństwem, zaś tych, którzy wcześniej go popierali zamykał do politycznego więzienia – Berezy Kartuskiej.
Rusofobia i antykomunizm Piłsudskiego uczyniły go ślepym na interes Polski. Były socjalista skazał Polskę na peryferyjny kapitalizm z elementami feudalizmu. Wykorzystał on ruch robotniczy by oprzeć swoją dyktatorską władzę na zgniłym „porozumieniu narodowym”, a w gruncie rzeczy na czystej ideologii władzy i zgniłej polityce rzekomej równowagi między sąsiadami. W 1933 r. władzę w Niemczech objęło NSDAP wspierane przez niemieckich i zagranicznych przemysłowców. Niemcy zaczęły się zbroić w błyskawicznym tempie. Skutki były łatwe do przewidzenia.
W 1935 roku Józef Stalin zdobył władzę absolutną. W tym samym roku zmarł Józef Piłsudski. Po jego śmierci jego brunatni następcy mieli bardziej proniemieckie sympatie. Sanacyjne elity chadzały nawet na polowania z Hermanem Goeringiem. Stalin coraz bardziej uderzał w narodowe tony, co wiązało się także z zagrożeniem zewnętrznym. Owocem coraz bardziej patriotycznej propagandy były filmy historyczne takie jak „Aleksander Newski” Sergieja Eisensteina z 1938, czy „Minin i Pożarski” Wsiewołoda Pudowkina z 1939, które powstały jako odpowiedź na wrogość ze strony Polski i Niemiec.
Druga połowa lat 30-tych to również czas krwawych czystek w ZSRR. Zginęło również wielu działaczy Komunistycznej Partii Polski. KPP była także intensywnie infiltrowana przez sanacyjny wywiad. W tamtym okresie zamordowanych zostało także wielu doświadczonych wojskowych, w tym Michaił Tuchaczewski, który w 1920 roku wiódł Armię Czerwoną na Warszawę. Stalin nie wysłuchał wtedy jego rozkazu by udać się na Warszawę i sam wyruszył na Ukrainę. Tuchaczewski chciał wówczas dla niego kary śmierci za niesubordynację. Chwile przed swoją śmiercią Tuchaczewski dążył do porozumienia z Niemcami.
Czy nadużyciem jest obarczać odpowiedzialnością za czystki i za grzechy izolacjonizmu burżuazję? Z pewnością należy ją obarczyć za powszechną faszyzację Europy. 15 sierpnia uratowano zachodnią burżuazję kosztem m.in. Polski. Polska straciła swe szanse na rozwój na długie lata. Częściowo nieświadomie pogrążyła też w izolacjonizmie młode państwo radzieckie, a przede wszystkim siebie i to po to by zachodnie mieszczaństwo czuło się bezpieczniejsze. Burżuazja broni swojego panowania na różne sposoby – raz przekupując Matką Boską, raz faszystów czy nazistów. Gdyby socjalizm rozprzestrzenił się po całej Europie jego charakter byłby prawdopodobnie zupełnie inny.
Krótkowzroczność sanacyjnych elit miała swój wpływ także na pakt Ribbentrop-Mołotow i okupację Polski w 1939 r. Dla Stalina oznaczało to „jedno faszystowskie państwo mniej”, a właściwie pozbycie się jednego z bardziej wrogich dla ZSRR państw. Sanacyjni politycy nie chcąc zachować resztek godności, na czele z Rydzem-Śmigłym uciekli do Rumunii. Nikt rządzących w II RP wojskowych za to nie zdegradował, jak dziś degraduje się Jaruzelskiego za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania. Sanacyjne elity nie cieszyły się też powszechnym poparciem narodu. Podkreślał to m. in. przeciwny sanacji Władysław Sikorski.
Sanacyjni politycy mają swoich niegodziwych następców w politykach III RP, szczególnie w partii obecnie rządzącej. Po upadku Polski Ludowej po raz kolejny doszło do dezindustrializacji tym razem za sprawą terapii szokowej i neoliberalnych recept. Teoria organicznego wcielenia Róży Luksemburg ma już tu mniejsze zastosowanie, wszak przemysł na wskutek jeszcze brutalniejszej terapii szokowej upadał również Rosji. Jednak skłócenie Polski w Rosją w czasach III RP również znacznie hamuje polską gospodarkę. Sankcje gospodarcze nałożone przez UE na Rosję po tzw. „Euromajdanie” szkodzą głównie polskim rolnikom i sadownikom. Najgorsza jest jednak nieustannie nakręcana prowojenna atmosfera tym razem już nie przeciwko państwu rewolucyjnemu tylko konserwatywnej Rosji. Rząd PIS-u interesuje głównie interes amerykańskich firm zbrojeniowych.
Warto też porównać stosunek polskich polityków do ukraińskiego ruchu narodowego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasów współczesnych. Ukraińcy pod wodzą Szymona Petruli sprzymierzyli się z wojskami Piłsudskiego przeciwko bolszewikom. Ludzie Petruli jednak przegrali swoją sprawę, Piłsudski potraktował ich bardzo instrumentalnie. Część z nich utworzyło później podwaliny dla ukraińskiego szowinizmu, zdecydowanie antypolskiego – OUN i UPA. Obecnie rządzący rząd na Ukrainie w swojej polityce historycznej odwołuje się raczej do UPA i OUN niż do Szymona Petruli. To nie przeszkadza władzom Polski popierać tamtejszego rządu.
Dzisiejsza Polska nie jest, tak jak II RP, odizolowana od świata, choć PIS dąży do skłócenia nas ze wszystkimi sąsiadami. Jednak tak samo jak w II RP obecni polscy politycy realizują interesy państw zachodnich kosztem interesu Polski, deklarując hurrapatriotyzm. PIS pod tym względem bije wszystkich poprzedników na głowę. Nikt dotąd nie był tak nienawistny wobec Rosji, nikt nie kochał bardziej Polski i nikt bardziej nie kochał NATO.
Samo NATO nie daje zaś Polsce żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, także ze względu na nasze położenie geograficzne. Polska jak najszybciej powinna opuścić Pakt Północno-Atlantycki przestać służyć za poligon dla obcych sił, kosztem obywateli Polski i polskich podatników skupujących złom z USA. Obecność Polski w NATO to nieustanne prowokacje i nakręcanie atmosfery zagrożenia w interesie światowej finansjery. Kto wie, czy obecna polityka zagraniczna neosanacji nie jest nawet bardziej samobójcza niż ta elit sanacyjnych z lat 30 ubiegłego wieku.